30 czerwca 2015

[Recenzja] UFO - "U.F.O. Landed Japan" (1971)



Pierwszy koncertowy album UFO zarejestrowany został tuż przed premierą albumu "UFO II: Flying", 25 września 1971 roku w Tokio. Początkowo miał zostać wydany jedynie w Japonii, ale w 1972 roku ukazał się także w Niemczech (z inną okładką i pod strywializowanym tytułem "Live"). W rodzimej Wielkiej Brytanii koncertówka ukazała się dopiero w 1982 roku (tym razem jako "Live in Japan").

Okładka wydania niemieckiego ("Live").
Pierwsza strona albumu składa się z trzech coverów, w tym dwóch, które zespół nagrał na swój debiutancki album: "C'mon Everybody" Eddiego Cohrana i "Who Do You Love?" Bo Diddleya. W wersjach koncertowych zyskały na energii, większą rolę odgrywa w nich Mick Bolton, ale ogólnie są dość bliskie studyjnych pierwowzorów. Trzeci cover, "Loving Cup" z repertuaru The Paul Butterfield Blues Band, jest już unikalny dla tego wydawnictwa. I zarazem stanowi jeden z jego najbardziej porywających fragmentów. Zespół świetnie sobie poradził z tym utworem, nadając mu hard rockowego ciężaru, zachowując bluesowy charakter. Naprawdę nieźle wypadają tutaj solówki Boltona, sekcja rytmiczna jak zwykle nie ogranicza się do prostego podkładu, a szorstki wokal Phila Mogga okazuje się idealnie pasować do takiego blues rockowego grania. Jednym zdaniem, świetne wykonanie. Drugą stronę "U.F.O. Landed Japan", złożoną z autorskich utworów zespołu, rozpoczyna jedyny fragment albumu "Flying" - połączone w jeden utwór "Prince Kajuku" i "The Coming of Prince Kajuku". Pierwsza z tych kompozycji - utrzymana w szybkim tempie i pełna energetycznych partii gitar - idealnie nadaje się do grania na żywo, druga natomiast przynosi odrobinę uspokojenia i "kosmicznego" klimatu. Jedenastominutowe wykonanie "Boogie for George", z rozbudowanymi improwizacjami wszystkich muzyków, to kolejny mocny punkt albumu. Wieńczący całość "Follow You Home" nie należy może do najlepszych utworów UFO, ale grany na żywo pozwala na świetną interakcję z publicznością. Ciekawostką jest rozpoczęcie go cytatem z "You Really Got Me" The Kinks - tym samym muzycy potwierdzili, że podobieństwo tych dwóch utworów nie jest przypadkowe.

"U.F.O. Landed Japan" to bardzo udane zwieńczenie i zarazem podsumowanie "kosmicznego" etapu działalności UFO. Z dzisiejszej perspektywy można jednak żałować, że nie jest to wydawnictwo dwupłytowe - fantastycznie byłoby przecież usłyszeć koncertowe wersje takich utworów, jak "Silver Bird" czy "Star Storm" (oba były grane na żywo). Cóż, pozostaje się cieszyć, że zachowała się przynajmniej tak krótka rejestracja koncertowych poczynań pierwszego wcielenia UFO.

Ocena: 8/10

PS. "Loving Cup", w nieco skróconej wersji, znalazł się także na stronie B singla "Galactic Love". Niealbumowa strona A to dość przeciętny utwór, z wstępem będącym plagiatem "Astronomy Domine" Pink Floyd. Dziś najłatwiej można go znaleźć na niektórych kompaktowych reedycjach albumu "UFO II: Flying".



UFO - "U.F.O. Landed Japan" (1971)

1. C'mon Everybody; 2. Who Do You Love?; 3. Loving Cup; 4. Prince Kajuku / The Coming of Prince Kajuku; 5. Boogie for George; 6. Follow You Home

Skład: Phil Mogg - wokal; Mick Bolton - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: UFO i Milton Samuel


29 czerwca 2015

[Recenzja] Chris Squire - "Fish Out of Water" (1975)



Zmarły wczoraj Chris Squire był jednym z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych basistów rockowych. Do inspiracji nim przyznają się m.in. Geddy Lee z Rush i Steve Harris z Iron Maiden. Squire znany jest przede wszystkim jako długoletni basista grupy Yes. Był jej współzałożycielem i najtrwalszym filarem - jako jedyny z jej członków grał we wszystkich składach. Dopiero gdy przed miesiącem zdiagnozowano u niego białaczkę szpikową, został zmuszony do opuszczenia zespołu. Był kompozytorem lub współkompozytorem wielu utworów grupy, a swój wpływ na jej brzmienie i styl potwierdził solowym albumem "Fish Out of Water". Dzieło to spokojnie mogłoby zostać wydane pod szyldem Yes. I byłoby jedną z ciekawszych i najbardziej udanych pozycji w dyskografii zespołu.

W połowie lat 70. muzycy Yes (oprócz Squire'a zespół tworzyli wówczas: wokalista Jon Anderson, gitarzysta Steve Howe, perkusista Alan White i klawiszowiec Patrick Moraz), po kilku latach intensywnego nagrywania i koncertowania, postanowili odpocząć od zespołu. W latach 1975-76 każdy muzyk wydał album solowy. I o ile dla Andersona, Howe'a i Moraza był to początek długich karier solowych, tak Squire swoją praktycznie zakończył na tym jednym albumie (w 2007 roku wydał jeszcze świąteczny "Chris Squire's Swiss Choir"). W nagraniach swojego dzieła basista został wsparty m.in. przez Moraza, a także przez byłego perkusistę Yes i King Crimson, Billa Bruforda, oraz saksofonistę King Crimson, Mela Collinsa. "Fish Out of Water" to album brzmiący bardzo yesowo, znacznie jednak różniący się pod względem aranżacyjnym. Na pierwszy plan wysunięty został oczywiście bass, nieco mniejsza jest rola klawiszy (stanowią tu wyłącznie akompaniament, nie są używane do solówek), a gitara jest niemal nieobecna. Zamiast tego mamy tu partie orkiestry, a także nigdy niewykorzystywanych w twórczości Yes instrumentów dętych - fletu i saksofonu.

Chris Squire (1948-2015)

Longplay składa się z trzech krótszych utworów - o bardziej piosenkowym charakterze, jednak dalekich od popowego banału - a także dwóch rozbudowanych kompozycji. Jest zatem o wiele bardziej przystępny od ostatnich (wówczas) albumów Yes: "Close to the Edge", "Tales of Topographic Oceans" i "Relayer". Niemal bez charakteryzującej je (szczególnie środkowy) pretensjonalności i pompatyczności, bardziej wyważony, ale wciąż ambitny. A przy tym w pełni pokazuje ogromny talent Chrisa, w zespole często przyćmiewanego przez innych muzyków. A przecież był on nie tylko fantastycznym basistą, ale również świetnym kompozytorem. Co właśnie potwierdza ten album. "Fish Out of Water" przykuwa uwagę już od pierwszego utworu, "Hold Out Your Hand". Opartego na rewelacyjnie pulsującej partii basu, z akompaniamentem kościelnych organów i oszczędną grą Bruforda, a także zapadającą w pamięć melodią. Tego ostatniego elementu często brakowało w dokonaniach macierzystego zespołu. Najbardziej zaskakuje jednak partia wokalna - Squire nie tylko śpiewa w stylu Jona Andersona, ale posiada również bardzo zbliżoną barwę głosu, na szczęście nie tak irytującą. Dlaczego to nie on pełnił rolę wokalisty w Yes pozostanie dla mnie zagadką.

"Hold Out Your Hand" płynnie przechodzi w kolejny utwór, "You by My Side", w którym mocnej grze sekcji rytmicznej towarzyszy chwytliwa partia pianina i bardzo melodyjna linia wokalna. Wrażenie psuje jednak zbyt nachalna orkiestracja - zwłaszcza w zakończeniu, któremu nadaje zbyt pompatyczny charakter. Ale zaraz potem rozbrzmiewa wspaniały, niemal dwunastominutowy "Silently Falling". Fragmenty z wokalem czarują przepiękną melodią, a instrumentalne części utworu pokazują kunszt grających tutaj muzyków. Całość opiera się przede wszystkim na doskonałej grze sekcji rytmicznej, której towarzyszą klawiszowe, fletowe i orkiestrowe ozdobniki. Pod koniec tego utworu w końcu słychać gitarę, na której zagrał sam Squire. "Lucky Seven", trzeci z krótszych utworów, wyróżnia się bardziej jazzowym charakterem, głównie za sprawą partii pianina elektrycznego i saksofonu. Podobnie jak poprzednie utwory zachwyca głębokim, pięknie pulsującym basem, a także chwytliwą linia wokalną. Wielki finał albumu to ponad czternastominutowy "Safe (Canon Song)", z najbardziej uwypukloną orkiestracją, nadającą kompozycji bardzo podniosły charakter, ale także z najbardziej porywającymi basowymi popisami Squire'a. Wokalnie w tym utworze Chris najbardziej przypomina Andersona - gdyby ktoś powiedział mi, że śpiewa tutaj Jon, uwierzyłbym bez zastrzeżeń. Inna sprawa, że byłaby to jego najlepsza partia wokalna.

Świetny album. Fakt, że mało odkrywczy - Chris Squire po prostu rozwija tutaj pomysły z twórczości macierzystego zespołu. A jednak, "Fish Out of Water" przekonuje mnie bardziej, niż jakikolwiek album Yes. Bo mimo tej samej stylistyki, udało się tutaj uniknąć nadmiernego patosu i przerostu formy nad treścią, tak charakterystycznej dla tej grupy. Chris Squire zaprezentował tutaj po prostu zbiór przyjemnych, melodyjnych utworów, zagranych jednak z prawdziwą wirtuozerią.

Ocena: 8/10



Chris Squire - "Fish Out of Water" (1975)

1. Hold Out Your Hand; 2. You by My Side; 3. Silently Falling; 4. Lucky Seven; 5. Safe (Canon Song)

Skład: Chris Squire - wokal i bass, gitara (3,4), perkusja (2)
Gościnnie: Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Andrew Jackman - pianino, aranżacja orkiestry; Barry Rose - organy (1); Nikki Squire - dodatkowy wokal (1); Patrick Moraz - organy i syntezator (3); Mel Collins - saksofon (3,4); Jimmy Hastings - flet (3)
Producent: Chris Squire


26 czerwca 2015

[Recenzja] Blood Ceremony - "Blood Ceremony" (2008)



Dziś wyjątkowo nie będzie o kolejnym zapomnianym zespole z lat 70., a o czymś bardziej współczesnym, chociaż nawiązującym swoją twórczością do wspomnianej dekady. Kanadyjska grupa Blood Ceremony to jeden z przedstawicieli tzw. "retro rocka" - nurtu reprezentowanego m.in. także przez takie kapele, jak szwedzkie Witchcraft i Blues Pills. Muzyka Kanadyjczyków przywołuje skojarzenia przede wszystkim z takimi grupami, jak Coven (żeński wokal, okultystyczna tematyka tekstów), Black Sabbath (charakterystyczne riffy w stylu Tony'ego  Iommiego) i Jethro Tull (wszechobecne partie fletu). Na piśmie wygląda to intrygująco. A jak sprawdza się w praktyce?

Pierwszy utwór, "Master of Confusion", rozpoczyna się od dwuminutowego wstępu na organach, który nagle ustępuje miejsca intensywnej partii perkusji i posępnemu, sabbathowemu riffowi. W tle przyjemnie dudni bas, od czasu do czasu pobrzmiewają organy, a żeński wokal Alii O'Brien niepodziewanie dobrze pasuje do tej muzyki. Brzmienie niczym we wczesnych latach 70., bardzo naturalne i surowe. Kolejny utwór, "I'm Coming with You", utrzymany jest w podobnym stylu, tylko zamiast organów słychać flet. Instrument ten zaskakująco dobrze uzupełnia mroczne riffy. Kto wie, czy tak właśnie nie grałoby Jethro Tull, gdyby Tony Iommi pozostał w tym zespole nieco dłużej? Niestety, wówczas nie byłoby Black Sabbath... W każdym razie Blood Ceremony wypełnił lukę, jaką był brak doom metalowego zespołu używającego fletu. Debiut Kanadyjczyków udowadnia, że muzycy mają na siebie ciekawy pomysł. Niestety, brakuje im umiejętności kompozytorskich na miarę grup, na których się wzorują, przez co po kilku utworach cały album zaczyna zlewać się w jedną długą kompozycję. Najbardziej na tle całości wyróżnia się "A Wine of Wizardry", oparty na akompaniamencie gitary akustycznej i fletu, ale to tylko niespełna dwuminutowa instrumentalna miniaturka. Poza tym warto wyróżnić rozbudowany finał albumu - ponad siedmiominutowy "Hymn to Pan". Dużo w nim oczywistych, wręcz sztampowych zwrotów akcji (nagłe przyśpieszenia/zwolnienia, zmiany nastroju), ale jak na debiutantów - i album wydany w 2008 roku - jest naprawdę nieźle. Do ciekawszych fragmentów albumu zaliczyć można jeszcze posępny "Into the Coven" (z ciekawym gitarowo-organowym przyśpieszeniem), a także bardzo melodyjny mimo swojej surowości "Hop Toad". Pozostałych utworów również słucha się przyjemnie, ale brakuje im wyrazistości.

Dla osób chcących posłuchać czegoś nowego, ale przywiązanych do rockowej tradycji lat 70., debiut Blood Ceremony jest ciekawym rozwiązaniem. Nie jest to album wybitny, ani nawet bardzo dobry, ale naprawdę ciekawy. Jeden z lepszych "retrorockowych" longplayów, jakie słyszałem.

Ocena: 7/10



Blood Ceremony - "Blood Ceremony" (2008)

1. Master of Confusion; 2. I'm Coming with You; 3. Into the Coven; 4. A Wine of Wizardry; 5. The Rare Lord; 6. Return to Forever; 7. Hop Toad; 8. Children of the Future; 9. Hymn to Pan

Skład: Alia O'Brien - wokal, flet, organy; Sean Kennedy - gitara; Chris Landon - bass; Jeremy Finkelstein - perkusja
Gościnnie: Jacques Mindreau - altówka (5)
Producent: Blood Ceremony


24 czerwca 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Slowhand" (1977)



"Slowhand" to piąty solowy album Claptona, a zarazem najbardziej popularny obok "461 Ocean Boulevard". Jego początek może sugerować, że muzyk w końcu postanowił wrócić do swoich korzeni. Bo cover "Cocaine" z repertuaru J.J. Cale'a to najbardziej blues/hard rockowy utwór, jaki nagrał od czasu rozpadu Derek and the Dominos. Odrobinę cięższy od oryginału (nagranego zaledwie rok wcześniej), oparty na świetnym, bardzo nośnym riffie (kojarzącym się z "Sunshine of Your Love" Cream) i w końcu z długimi, porywającymi solówkami, których tak bardzo brakowało na poprzednich solowych albumach Claptona. Oczywiście, na tle jego dokonań z poprzedniej dekady "Cocaine" wypada dość blado. Ale i tak jest to zdecydowanie najlepszy utwór, jaki nagrał pod własnym nazwiskiem. Niestety, reszta albumu nie jest już tak ekscytująca.

"Cocaine" stał się jednym z najpopularniejszych utworów Erica, mimo że album był promowany na singlach dwoma innymi kawałkami. Jako pierwszy na małej płycie został wydany "Lay Down Sally" - bardzo komercyjna, banalna i przesłodzona piosenka, z wygładzonym brzmieniem i żeńskimi chórkami. Drugim singlem była ballada "Wonderful Tonight" - utwór również bardzo komercyjny, ale niepozbawiony uroku i naprawdę zgrabnej melodii. To jedna z najpiękniejszych kompozycji Claptona, zaraz po "Presence of the Lord" i "Tears in Heaven". I w tym miejscu mógłbym właściwie zakończyć opis tego albumu, bo wszystkie pozostałe utwory są tak mdłe i bezbarwne, że szkoda marnować czas na ich dokładne opisywanie. Większość z nich to łagodne, popowe piosenki w stylu poprzednich solowych albumów Claptona. Jedynie "Mean Old Frisco" (z repertuaru Arthura Crudupa) oparty jest na ostrzejszych dźwiękach gitary, ale wykonany jest strasznie topornie. Można jeszcze odnotować, że w "The Core" gościnnie wystąpił saksofonista Mel Collins, znany z King Crimson (był członkiem tej grupy na początku lat 70., jest także obecny w aktualnym składzie). Tutaj jednak gra w stricte popowy sposób, pogłębiając komercyjny charakter tej kompozycji.

"Slowhand", podobnie jak pozostałe solowe albumy Claptona, ma niewielką wartość artystyczną. "Cocaine" i "Wonderful Tonight" odrobinę podnoszą poziom, ale przesłuchanie bezpłciowej reszty albumu jest męczącym doświadczeniem. Jest to muzyka "dla nikogo" - łatwa, lekka, w sam raz do radia, ale pozbawiona dobrych melodii.

Ocena: 5/10



Eric Clapton - "Slowhand" (1977)

1. Cocaine; 2. Wonderful Tonight; 3. Lay Down Sally; 4. Next Time You See Her; 5. We're All the Way; 6. The Core; 7. May You Never; 8. Mean Old Frisco; 9. Peaches and Diesel

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; George Terry - gitara; Carl Radle - bass; Jamie Oldaker - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Sims - instr. klawiszowe; Yvonne Elliman - dodatkowy wokal; Marcy Levy - dodatkowy wokal
Gościnnie: Mel Collins - saksofon (6)
Producent: Glyn Johns


23 czerwca 2015

[Recenzja] UFO - "UFO II: Flying" (1971)



"UFO II: Flying" (z wiele mówiącym podtytułem "Space Rock") to album wyjątkowo długi, jak na czasy przedkompaktowe - zabrakło dosłownie kilku sekund do pełnej godziny. Mimo tego, wydano go na jednej płycie winylowej, dzięki czemu oszczędzono słuchaczom konieczności zmieniania co chwilę stron (gdyby ukazał się na dwóch płytach, najkrótsza strona trwałaby niecałe siedem minut). Dziś wytwórnie muzyczne nie są już tak wyrozumiałe i krótsze albumy ukazują się na dwóch płytach, dzięki czemu można je sprzedawać w wyższej cenie... Ale nie o tym miał być ten tekst, a o jednym z najbardziej niesamowitych albumów w historii ciężkiego rocka. Ogromnie zaskakujący jest już sam postęp, jaki muzycy UFO poczynili w ciągu jednego roku. Zaledwie dwanaście miesięcy po wydaniu niedopracowanego, niemal amatorskiego debiutu, "UFO 1", zaproponowali dojrzałe, w pełni świadome i - mimo słyszalnych podobieństw do innych wykonawców - oryginalne dzieło. Bardzo rozwinął się przez ten czas gitarzysta Mick Bolton. Wciąż gra prosto, ale bardziej efektownie, z większą pewnością siebie - jego partie już nie muszą być chowane w miksie. Tym razem to na nim spoczywa obowiązek prowadzenia linii melodycznych, co oznacza zmniejszenie roli basisty Pete'a Waya. Jednak partie basu wciąż są wyraźnie słyszalne w miksie, a basista ma sporo miejsca do popisu w rozbudowanych fragmentach instrumentalnych.

Już na sam początek zespół proponuje niemal siedmiominutowy utwór, "Silver Bird". Rozpoczyna się od spokojnego gitarowego motywu - prostego, ale przyciągającego uwagę - wspartego wyraźną grą sekcji rytmicznej. Phil Mogg śpiewa wyjątkowo czystym głosem, dopiero wraz z zaostrzeniem muzyki jego głos nabiera charakterystycznej szorstkiej barwy. W utworze dominują jednak fragmenty instrumentalne, kojarzące się z koncertowymi improwizacjami grupy Cream - opartymi na doskonałej interakcji wszystkich instrumentalistów, a jednocześnie sprawiających wrażenie, jakby każdy instrumentalista chciał swoją grą przyćmić grę pozostałych. Wyszło naprawdę świetnie. Jest to jednak dopiero przystawka przed niesamowitym, dziewiętnastominutowym "Star Storm". Dopiero tutaj muzycy w pełni rozwijają skrzydła i serwują rewelacyjny spacerockowy odlot. Rozpoczyna się od monotonnego pulsu gitary basowej, któremu towarzyszą przetworzone dźwięki gitary. Dopiero po dwóch minutach utwór nabiera bardziej "piosenkowego" charakteru. W tej części znalazło się miejsce i na bardzo chwytliwy gitarowy motyw przewodni, i na zadziorne, hardrockowe riffowanie (któremu wtórują szorstkie partie Mogga), i na długie gitarowe solówki. Ale już po chwili klimat całkowicie się zmienia, zaczynają się kolejne dźwiękowe eksperymenty, nie tak odległe od ówczesnych dokonań Pink Floyd (takich utworów, jak "A Saucerful of Secrets" czy "Echoes"). Przed końcem kompozycji następuje jeszcze kilka zwrotów akcji, ale całość brzmi bardzo spójnie i ani przez chwilę nie nudzi.

Album zawiera także dwa krótsze, niespełna czterominutowe, utwory: rozpędzony, hardrockowy "Prince Kajuku" (ze świetnymi popisami Boltona na tle mocnej gry sekcji rytmicznej), oraz instrumentalny, częściowo balladowy "The Coming of Prince Kajuku". Stanowią one chwilę odpoczynku przed kolejnym spacerockowym odlotem - tytułowym "Flying". To pełna rozmachu, monumentalna kompozycja, o czasie trwania przekraczającym dwadzieścia sześć minut. Pomysłami w niej zawartymi można by obdarzyć kilka różnych utworów. Utwór charakteryzuje się licznymi zmianami nastroju - od rozbudowanych bluesrockowych improwizacji w stylu Cream, przez hardrockowe riffowanie bliskie Led Zeppelin, po bardziej eksperymentalne fragmenty przywołujące na myśl wczesne Pink Floyd. A całość niczym klamra spinają bardzo ładne fragmenty o balladowym charakterze, ze spokojnym śpiewem Mogga i przejmującymi solówkami Boltona o bluesowym nastroju. Całość wypada jednak odrobinę mniej spójnie od "Star Storm". I w sumie nie zaszkodziłoby, gdyby w kilku momentach trochę ją poskracać (szczególnie niepotrzebne wydaje się kilka ostatnich sekund, z puszczoną wspak recytacją fragmentu wiersza "Gunga Din" Rudyarda Kiplinga). Ogólne wrażenie jest jednak bardzo pozytywne. To naprawdę niezwykła i intrygująca kompozycja.

Od premiery "UFO II: Flying" minęło już ponad czterdzieści lat, a album wciąż brzmi świeżo i zaskakuje bogactwem pomysłów oraz niepowtarzalnym klimatem. Zespół wypracował sobie tutaj swój własny, oryginalny styl, będący połączeniem hard/bluesrockowego brzmienia z hipnotycznym nastrojem space rocka. I tylko pozostaje żałować, że grupa nie rozwijała tego stylu na kolejnych wydawnictwach, a poszła w całkowicie innym kierunku... 

Ocena: 9/10



UFO - "UFO II: Flying" (1971)

1. Silver Bird; 2. Star Storm; 3. Prince Kajuku; 4. The Coming of Prince Kajuku; 5. Flying

Skład: Phil Mogg - wokal; Mick Bolton - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: Guy Fletcher i Doug Flett


22 czerwca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "BBC Sessions" (1999)



Ostatnie dziesięciolecie muzycznej kariery Gallaghera było zdecydowanie jej najmniej ekscytującym etapem. Dwa wydane w tym czasie albumy - "Defender" (1987) i "Fresh Evidence" (1990) - przyniosły raczej niezajmujący materiał. Zaprezentowaną na nich stylistykę można by nazwać "wygładzonym blues rockiem" - bo na obu, niestety, brakuje energii i żaru wcześniejszych dokonań Irlandczyka. Dlatego też daruję sobie recenzowanie tych longplayów i od razu przejdę do pośmiertnych wydawnictw Rory'ego. Nie są one tak liczne, jak chociażby w przypadku Jimiego Hendrixa, ale za to utrzymane na wysokim poziomie. Na pierwszy ogień - cztery lata po śmierci Gallaghera, w 1999 roku - poszły nagrania z koncertów i sesji dla radia BBC. Kompilację zatytułowano "BBC Sessions", a złożyły się na nią dwie płyty kompaktowe.

Pierwszy dysk, "In Concert", to oczywiście nagrania koncertowe. Głównie z lat 1973-77, a więc z czasów największej popularności Gallaghera. Jego zespół tworzyli wówczas perkusista Rod de'Ath, klawiszowiec Lou Martin, a także wierny basista, Gerry McAvoy. Jedynie ostatni utwór, "Cruise on Out", pochodzi z 1979 roku, a nagrany został już z perkusistą Tedem McKenną i bez klawiszowca w składzie. Na repertuar składają się głównie utwory znane ze studyjnych albumów, jak np. energetyczne "Country Mile" i "I Take What I Want", czy jazz rockowy "Calling Card". Ten ostatni został tutaj zaprezentowany w naprawdę przepięknej wersji, z rewelacyjnymi solówkami Rory'ego. Dodatkową atrakcją są cztery covery, nieobecne wcześniej na żadnym innym - ani studyjnym, ani koncertowym - albumie Gallaghera: "Garbage Man" z repertuaru Williego Hammonda, "Got My Mojo Working" oryginalnie wykonywany przez Ann Cole, ale spopularyzowany przez Muddy'ego Watersa, a także "What in the World" i "Roberta" nieznanego autorstwa. Prawdziwą perłą jest "What in the World" - dziewięciominutowy blues, z fantastycznie budowanym napięciem i porywającymi, a zarazem przejmującymi solówkami Rory'ego. Może nawet jego najlepszymi z tych, które zostały wydane. Utrzymany w podobnym klimacie "Garbage Man" nie robi aż takiego wrażenia, chociaż solówki Gallaghera jak zwykle przykuwają uwagę. Dwa pozostałe covery to już granie bardziej żywiołowe, niestety trochę pozbawione wyrazistości.

Druga płyta, "Studio", to już utwory zarejestrowane bez udziału publiczności. Znów dominują nagrania z lat 1973-77, ale znalazło się też miejsce dla czterech utworów z '71 roku ("For the Last Time", "It Takes Time", "Tore Down", "Hoodoo Man") i jednego z '86 ("When My Baby She Left Me"). Przeważają kompozycje doskonale znane ze studyjnych longplayów - jak np. dynamiczne "Hands Off" i "Crest of a Wave", niemal progresywny "Seventh Son of a Seventh Son", czy balladowy "Daughter of the Everglades" - wszystkie zaprezentowane w bardziej surowych, ale porażających energią wersjach. Mnie najbardziej cieszy obecność "For the Last Time" - przepięknej ballady z debiutanckiego albumu, która niestety dość szybko przestała być wykonywana przez Rory'ego na koncertach, mimo że to utwór idealnie nadający się do grania na żywo. Podobnie, jak na poprzednim dysku, sporo tutaj coverów, również niewydanych wcześniej w wersjach Gallaghera: "Feel So Bad" Chucka Willisa, "Tore Down" Sonny'ego Thompsona, "When My Baby She Left Me" Sonny'ego Boya Williamsona, oraz "It Takes Time" i "Hoodoo Man" nieznanego autorstwa. Może i nie ma wśród nich perły na miarę "What in the World", ale wszystkie trzymają wysoki poziom wykonawczy. "Feel So Bad", "It Takes Time", "Tore Down" i "When My Baby She Left Me" porywają ogromną dawką energii, natomiast "Hoodoo Man" czaruje bluesową improwizacją.

"BBC Sessions" to nie tylko pozycja dla największych wielbicieli twórczości Rory'ego Gallaghera. To także świetna pozycja dla osób, które dopiero chcą zagłębić się w jego dokonania. Idealnie nadaje się, aby to właśnie od niej zacząć poznawanie muzyki Irlandczyka, ponieważ z jednej strony pokazuje jego wszechstronność (utwory są zróżnicowane stylistycznie), a z drugiej - zawiera wiele z jego najlepszych kompozycji, w wersjach nierzadko lepszych od albumowych pierwowzorów.

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "BBC Sessions" (1999)

CD1 ("In Concert"): 1. Calling Card; 2. What in the World; 3. Jacknife Beat; 4. Country Mile; 5. Got My Mojo Working; 6. Garbage Man; 7. Roberta; 8. Used to Be; 9. I Take What I Want; 10. Cruise On Out
CD2 ("Studio"): 1. Race the Breeze; 2. Hands Off; 3. Crest of a Wave; 4. Feel So Bad; 5. For the Last Time; 6. It Takes Time; 7. Seventh Son of a Seventh Son; 8. Daughter of the Everglades; 9. They Don't Make Them Like You; 10. Tore Down; 11. When My Baby She Left Me; 12. Hoodoo Man

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja (CD1: 1-9, CD2: 1-4,7-9); Lou Martin - instr. klawiszowe  (CD1: 1-9, CD2: 1-4,7-9); Ted McKenna - perkusja (CD1: 10); Wilgar Campbell - perkusja (CD2: 5,6,10,12); Brendan O'Neill - perkusja (CD2: 11)
Producent: Donal Gallagher


19 czerwca 2015

[Recenzja] Armageddon - "Armageddon" (1975)




Efemeryczna grupa Armageddon pozostawiła po sobie tylko jeden album. Zespół powstał na gruzach blues rockowego Steamhammer, rozwiązanego niedługo po śmierci perkusisty Micka Bradleya. Pozostali muzycy - gitarzysta Martin Pugh i basista Louis Cennamo - wspólnie z producentem ich ostatniego albumu ("Speech" z 1972 roku), Keithem Relfem (znanym przede wszystkim jako wokalista The Yardbirds i Renaissance; w drugim z tych zespołów grał także Cennamo), postanowili założyć nowy zespół, właśnie Armageddon. Muzycy wyjechali do Stanów, gdzie zorganizowali kasting na perkusistę. Przesłuchali kilku muzyków, ostatecznie decydując się na niejakiego Bobby'ego Caldwella (ex-Captain Beyond, później w Iron Butterfly). Jedyny album kwartetu ukazał się w maju 1975 roku i spotkał się z uznaniem krytyków oraz słuchaczy. Niestety, zespół zdecydował się nie promować go koncertami, co negatywnie wpłynęło na wyniki sprzedaży. Niedługo po premierze, Relf postanowił wrócić do Wielkiej Brytanii. Zmarł wkrótce po przyjeździe, 14 maja, w wyniku porażenia prądem ze źle uziemionej gitary. Oznaczało to koniec grupy Armageddon.

Wielka szkoda, ponieważ zespół miał spory potencjał, co doskonale słychać na jego debiucie. Zawarta na nim muzyka brzmieniowo wpisuję się w styl hard rockowy, ale same kompozycje więcej mają wspólnego z rockiem progresywnym. Już na otwarcie grupa zaproponowała ponad ośmiominutowy utwór "Buzzard", wyróżniający się zakręconym gitarowym riffem, połamanym rytmem, a także oszałamiającą - jak na 1975 rok - prędkością. Do tego zaskakujący finał, w który ciekawie wpleciono bluesującą partię harmonijki. Zupełnym przeciwieństwem tego utworu jest następujący po nim "Silver Tightrope" - leniwa ballada oparta na brzmieniach akustycznych. Główny motyw jest bardzo prosty i sztampowy, a odbiór pogarsza przesadnie wysoka partia wokalna (w stylu Jona Andersona z Yes). Utwór wlecze się przez ponad minut; szczególnie nużąca jest końcówka z monotonnie - i zdecydowanie zbyt długo - powtarzanym refrenem. Broni się tylko środkowa część instrumentalna, w której muzycy zmierzają w nieco bardziej progresywne rejony, ale nie jest ona w stanie zmazać złego wrażenia, wywołanego zasadniczą częścią kompozycji.

Na szczęście w "Paths and Planes and Future Gains" zespół wraca na właściwe tory. Znów jest ostro, szybko i niesztampowo, a przy tym całkiem przebojowo; jest też całkiem niezła gitarowa solówka. "Last Stand Before" to dla odmiany utwór o wyraźnie funkowym zabarwieniu i nieco lżejszym brzmieniu. Całkiem chwytliwy, ale dość monotonny - dopiero pod koniec muzycy zaczynają bardziej kombinować. Finał albumu stanowi natomiast najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór, ponad jedenastominutowy "Basking in the White of the Midnight Sun". Kompozycja składa się z czterech części: pełniącej rolę podniosłego wstępu "Warning Coming On"; rozpędzonej, opartej na pokręconych riffach "Basking in the White of the Midnight Sun"; wolnej, zadziornej "Brother Ego" (z długim improwizowanym fragmentem, podczas którego każdy z muzyków może zaprezentować swoje umiejętności); oraz znów rozpędzonej "Basking in the White of the Midnight Sun (Reprise)". Utwór doskonale podsumowuje cały longplay.

Na pewno nie jest to album wybitny, ale z pewnością interesujący. Mimo braku choćby jednego naprawdę rewelacyjnego utworu i obecności jednego ewidentnego niewypału, słucha się tego longplaya naprawdę dobrze. Fani ciężkiego rocka progresywnego mogą brać ten album w ciemno. 

Ocena: 7/10



Armageddon - "Armageddon" (1975)

1. Buzzard; 2. Silver Tightrope; 3. Paths and Planes and Future Gains; 4. Last Stand Before; 5. Basking in the White of the Midnight Sun

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka; Martin Pugh - gitara; Louis Cennamo - bass; Bobby Caldwell - perkusja, instr. perkusyjne, pianino, dodatkowy wokal
Producent: Armageddon


17 czerwca 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "461 Ocean Boulevard" (1974)



Niedługo po triumfalnym powrocie Claptona na deskach londyńskiego Rainbow Theatre, gitarzysta wszedł do studia, by zarejestrować materiał na drugi album solowy. Nieco wcześniej otrzymał taśmę demo od dawnego kompana z Derek and the Dominos, basisty Carla Radle'a. Zawierała ona kilka coverów, nagranych przez niego wraz z perkusistą Jamie Oldakerem i klawiszowcem Dickiem Simsem. Materiał przypadł do gustu Ericowi i postanowił go wykorzystać na swoim albumie. W nagraniach wspomogli go wymienieni wyżej muzycy, a także gitarzysta George Terry i wokalistka Yvonne Elliman. Skład okazał się wyjątkowo stabilny i towarzyszył Claptonowi także na kolejnych trzech albumach.

Zawartość albumu "461 Ocean Boulevard" - tytuł odnosi się do willi w pobliżu Miami, w której w tamtym czasie mieszkał Clapton (widocznej zresztą na okładce) - to głównie przeróbki cudzych utworów, uzupełnione dwiema kompozycjami Erica ("Let It Grow" i  napisana  z pomocą Elliman "Get Ready") oraz jedną autorstwa George'a Terry'ego ("Mainline Florida"). Pod względem stylistycznym album jest niestety daleki nie tylko od dokonań Cream i Blind Faith, ale nawet od twórczości Derek and the Dominos. Stanowi raczej kontynuację nieudanego solowego debiutu, "Eric Clapton". Tym razem na szczęście obyło się bez nachalnych partii dęciaków, ale niewiele to zmienia. "461 Ocean Boulevard" to znów album stricte popowy, wypełniony banalnymi piosenkami o wygładzonym brzmieniu i aranżacjach. Z niewiadomych powodów Clapton unika tutaj grania solówek, a gdy już jakieś proponuje, sprawiają one wrażenie wymuszonych, zagrane są bez polotu ("Motherless Children", "Let It Grow", "Steady Rollin' Man").

Najbardziej znanym fragmentem longplaya jest cover "I Shot the Sheriff" Boba Marleya. Nagranie go zasugerował Terry, a Clapton z początku nie był chętny umieszczeniu go na płycie. Uległ jednak namowom pozostałych muzyków. Utwór stał się później jego jedynym numerem jeden w Stanach. Utwór nie różni się specjalnie od oryginału, również utrzymany jest w stylu reggae, co pewnie doprowadzało do rozpaczy wielbicieli bluesowego i hard rockowego wcielenia Claptona. Wpływy tego stylu słychać zresztą także w innych utworach ("Willie and the Hand Jive", "Get Ready"). A chociaż nigdy nie przepadałem za reggae, muszę przyznać, że "I Shot the Sheriff" to najjaśniejszy fragment longplaya. Ma coś, czego brakuje innym kompozycjom - wyrazistość. Ile jednak w tym zasługi Claptona, a ile Marleya, jest pytaniem retorycznym. Reszta utworów jest całkowicie wyprana z zapamiętywalnych melodii, ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, czy czegokolwiek wartościowego.

"461 Ocean Boulevard" jest jednym z najwyżej ocenianych solowych albumów Claptona, ale słuchacze o wyrobionym guście nie znajdą tu wiele dla siebie. To taka lekkostrawna, popowa papka, w sam raz nadająca się do komercyjnych stacji radiowych (tych grających starszą muzykę), ale dla większości wielbicieli twórczości gitarzysty z poprzedniej dekady może być po prostu niestrawna.

Ocena: 4/10



Eric Clapton - "461 Ocean Boulevard" (1974)

1. Motherless Children; 2. Give Me Strength; 3. Willie and the Hand Jive; 4. Get Ready; 5. I Shot the Sheriff; 6. I Can't Hold Out; 7. Please Be With Me; 8. Let It Grow; 9. Steady Rollin' Man; 10. Mainline Florida

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; George Terry - gitara i wokal; Carl Radle - bass; Jamie Oldaker - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Sims - instr. klawiszowe; Yvonne Elliman - wokal
Gościnnie: Albhy Galuten - instr. klawiszowe; Marcy Levy - harmonijka, dodatkowy wokal; Al Jackson, Jr. - perkusja (2); Tom Bernfield - dodatkowy wokal
Producent: Tom Dowd


16 czerwca 2015

[Recenzja] UFO - "UFO 1" (1970)



Zespół UFO zawsze należał raczej do drugiej ligi hard rocka, chociaż w drugiej połowie lat 70. odnosił całkiem spore sukcesy. Zdobycie popularności zajęło jednak kilka lat. Wczesne albumy grupy spotkały się z uznaniem wyłącznie w Japonii i Niemczech - krajach, które w tamtym czasie przyjmowały z entuzjazmem praktycznie każdy brytyjski zespół. Historia UFO sięga 1969 roku, kiedy to czwórka muzyków - wokalista Phil Mogg, gitarzysta Mick Bolton, basista Pete Way, oraz perkusista Andy Parker - postanowili razem założyć zespół. Początkowo przybrali nazwę Hocus Pocus, by zmienić ją po kilku miesiącach na tą właściwą - będącą hołdem dla londyńskiego klubu UFO. To właśnie w nim zostali zauważeni przez przedstawiciela wytwórni Beacon Records, który zaproponował im podpisanie kontraktu. Niedługo potem nagrali swój debiutancki album, wydany w październiku 1970 roku.

Jak prezentuje się zawartość muzyczna "UFO 1"? Słychać, że longplay ukazał się już po muzycznej rewolucji, przeprowadzonej przez Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Muzycy UFO nie naśladują jednak tych grup, a podobnie jak one przekuwają swoje muzyczne inspiracje w coś, co w 1970 roku mogło brzmieć świeżo. Niestety, przeważnie z dość przeciętnym skutkiem. W przeciwieństwie do dojrzałych debiutów Led Zeppelin i Black Sabbath, ten album zdradza brak doświadczenia nagrywających go muzyków. Pod tym względem UFO bliżej było do Deep Purple, który potrzebował kilku albumów i istotnej zmiany składu, by w pełni zabłysnąć. W przypadku Niezidentyfikowanego Obiektu Latającego najsłabszym ogniwem był gitarzysta. Mick Bolton nie dysponował wielkimi umiejętnościami i bynajmniej nie nadrabiał tego inwencją (o jej braku świadczy przede wszystkim "Follow You Home", oparty na riffie podprowadzonym z "You Really Got Me" The Kinks). Bohaterem albumu jest natomiast basista Pete Way, którego partie napędzają wszystkie utwory, a także nadają im melodyjności. Gitara basowa wybija się na tym albumie na pierwszy plan, zajmując miejsce gitary rytmicznej.

Doskonale słychać to już na przykładzie pełniącego rolę intra "Unidentified Flying Object", który rozpoczyna się od dźwięków gitary, ale już po chwili prowadzenie przejmuje bass, spychając na dalszy plan niezbyt efektowną solówkę Boltona. W tle słychać różne dziwne, "kosmiczne" dźwięki, wprowadzające w space rockowy klimat wczesnego UFO. Pierwszym właściwym utworem jest "Boogie for George", już z charakterystyczną, szorstką partią wokalną Mogga. Utwór wyróżnia się wyjątkowo udaną, jak na ten album, współpracą wszystkich instrumentalistów. Melodię prowadzi oczywiście Way, ale i Bolton proponuje wyjątkowo udane, jak na niego, gitarowe popisy. W coverze "C'mon Everybody" Eddiego Cohrana rola gitarzysty jest już mocno ograniczona - przez większość utworu przygrywa w tle, dopiero pod koniec pozwala sobie na niezbyt wyszukaną solówkę. Więcej daje z siebie w mocno bluesowym "Shake It About", opartym na fantastycznej partii basu, ale pełnym także udanych, chociaż sztampowych, solówek Boltona. Prawdziwą perłą albumu jest wieńcząca pierwszą stronę winylowego wydania interpretacja kompozycji "(Come Away) Melinda", oryginalnie wykonywanej przez Harry'ego Belafonte'a. Co ciekawe, w tym samym roku utwór został scoverowany także przez grupę Uriah Heep i umieszczony na ich debiutanckim albumie. Jednak to wersja UFO sprawia znacznie lepsze wrażenie; porywa niesamowitym klimatem. Z początku jest to po prostu tradycyjna rockowa ballada, z wyjątkowo subtelnym śpiewem Mogga, jednak z czasem przeradza się w space rockowy odlot.

Drugą stronę rozpoczyna utwór "Timothy" - chyba najbardziej ekscytujący popis Waya, grającego tutaj bardzo intensywną, gęstą partię. Ale i Bolton wspina się na wyżyny swoich umiejętności, proponując ciekawe, orientalizujące solówki. Natomiast wspomniany już "Follow You Home" to ewidentna wpadka - nie dość, że plagiat, to jeszcze wyjątkowo banalny. Całkiem zgrabnie wypada natomiast balladowy "Treacle People", z piękną partią basu i znów nieco "kosmicznym" nastrojem. "Who Do You Love?" to kolejny cover, tym razem muzycy sięgnęli do repertuaru Bo Diddleya. To typowy dla przełomu lat 60. i 70. rozbudowany blues. Niestety, muzycy porwali się na coś przekraczającego ich umiejętności - a właściwie umiejętności jednego z nich. Taki utwór potrzebuje gitarzysty na miarę Claptona, Hendrixa, Gallaghera, Page'a lub Blackmore'a, a Boltonowi do nich daleko. W tym utworze całkowicie obnaża swoje niedostatki; gra monotonnie i bez polotu. W rezultacie ta niemal ośmiominutowa kompozycja - która wykonana z innym gitarzystą mogłaby być najbardziej porywającym fragmentem longplaya - szybko zaczyna nużyć. Na szczęście, na zakończenie albumu pojawia się jeszcze jeden, bardziej udany utwór - zadziorny "Evil", fajnie wzbogacony partią gitary akustycznej, a także dwoma zaskakująco udanymi solówkami Boltona.

"UFO 1" to album niedopracowany, momentami ocierający się o amatorstwo. Nic dziwnego, że został praktycznie niezauważany - tym bardziej, że 1970 rok przyniósł mnóstwo znacznie lepszych albumów, w tym kilka, może kilkanaście, naprawdę wybitnych. Ogromną zaletą tego longplaya jest natomiast oryginalność. W tamtym czasie ciężko było pomylić UFO z jakimkolwiek innym zespołem. Co prawda dopiero na kolejnym wydawnictwie muzycy dopracowali ten intrygujący styl, ale już tutaj słychać pewne przebłyski geniuszu. I dlatego warto z tym materiałem się zapoznać.

Ocena: 7/10



UFO - "UFO 1" (1970)

1. Unidentified Flying Object; 2. Boogie for George; 3. C'mon Everybody; 4. Shake It About; 5. (Come Away) Melinda; 6. Timothy; 7. Follow You Home; 8. Treacle People; 9. Who Do You Love?; 10. Evil

Skład: Phil Mogg - wokal; Mick Bolton - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: Doug Flett i Guy Fletcher


15 czerwca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Jinx" (1982)



Wczoraj obchodziliśmy smutną rocznicę. Dokładnie dwadzieścia lat temu, 14 czerwca 1995 roku, Rory Gallagher zmarł w wyniku powikłań po przeszczepie wątroby, będącym z kolei rezultatem postępującego od wielu lat uzależnienia od alkoholu. To właśnie alkohol zniszczył karierę Irlandczyka, który począwszy od początku lat 80. coraz rzadziej wchodził do studia, by rejestrować nowy materiał, a podczas koncertów coraz bardziej słyszalny - a jeszcze lepiej widoczny - był spadek jego formy. Wydany w 1982 roku album "Jinx" w pewnym sensie zakończył regularną działalność Gallaghera (w kolejnych latach przerwy miedzy kolejnymi wydawnictwami znacznie się wydłużyły, z drugiej jednak strony muzyk wciąż aktywnie koncertował). Był też ostatnim longplayem, na którym wyraźnie słychać przebłyski geniuszu Rory'ego. Niestety, są to właśnie już tylko przebłyski, gdyż spora część zawartych tutaj utworów wypada najwyżej poprawnie i nie porywa aż tak bardzo, jak wcześniejsze dokonania Gallaghera.

"Jinx" był niestety skazany na niepowodzenie. Lata 80. to przecież okres największej popularności heavy metalu, ale też syntezatorowego pop rocka. Tymczasem Rory uparcie tkwił w coraz bardziej niszowym blues rocku. Ba, w porównaniu z wydanym trzy lata wcześniej, najcięższym w jego dyskografii "Top Priority", "Jinx" jest albumem o wiele bardziej konserwatywnym. Co słychać zwłaszcza na przykładzie takich utworów, jak  rock and rollowy "The Devil Made Me Do It" czy nowoorleański blues "Ride On Red, Ride On". Pytanie tylko czy to źle? Oczywiście, że nie. Chwała Gallagherowi za to, że nie poszedł za modą i nie skomercjalizował swojej muzyki, jak wielu innych wykonawców w tamtym czasie, a grał to, co było najbliższe jego sercu. Wyszło na korzyść dla zawartej tutaj muzyki, która jest po prostu uniwersalna, ponadczasowa. Od blisko ćwierć wieku syntezatory są synonimem kiczu i archaizmu, a i wartość heavy metalu znacznie się zdewaluowała, styl ten niemal stał się własną parodią. Za to klasyczny blues rock zawsze będzie brzmiał świeżo i ekscytująco.

Do najlepszych fragmentów albumu zalicza się przede wszystkim otwierający całość "Signals". Bardzo lubię w twórczości Gallaghera nawiązania do jego irlandzkiego pochodzenia, a to właśnie jeden z tego typu utworów. Dodatkowo wyróżnia się on chwytliwą melodią, uwypukloną partią gitary basowej i oczywiście świetnymi solówkami Rory'ego. Drugą szczególnie udaną kompozycją jest blues rockowa ballada "Easy Come Easy Go". I chociaż Irlandczyk nagrał już wcześniej mnóstwo utworów tego typu, nierzadko lepszych, to nie potrafię się oprzeć jej urokowi. Nie można też zapomnieć o singlowym "Big Guns". Akurat w tym jednym, jedynym utworze, można usłyszeć nawiązanie do ówczesnych trendów - na szczęście tych bardziej przyjaznych dla rockowego ucha. Utwór opiera się bowiem na zadziornym, niemal heavy metalowym riffowaniu. Ale ma też  wyraźnie bluesową podstawę, charakterystyczną raczej dla poprzedniej dekady. Warto jeszcze wyróżnić "Double Vision" i "Bourbon" - dość ostre, ale też całkiem chwytliwe, utwory bluesowe. Pozostałe kompozycje to całkiem przyjemne wypełniacze.

Na "Jinx" nie brakuje wartościowej muzyki, jednak album sygnalizował spadek formy Gallaghera. W praktyce nie wnosi on nic do jego dorobku. Rory niemal popadł tu w rutynę (co zresztą jeszcze bardziej słychać na przykładzie jego kolejnego albumu, "Defender"). Na tle poprzednich wydawnictw Irlandczyka, "Jinx" wypada więc raczej blado. Natomiast na tle ogółu muzyki z dekady, w której powstał, wypada naprawdę bardzo dobrze.

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Jinx" (1982)

1. Signals; 2. The Devil Made Me Do It; 3. Double Vision; 4. Easy Come Easy Go; 5. Big Guns; 6. Jinxed; 7. Bourbon; 8. Ride On Red, Ride On; 9. Loose Talk

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara, harmonijka (6,8); Gerry McAvoy - bass; Brendan O'Neill - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Bob Andrews - instr. klawiszowe (3,7); Ray Beavis - saksofon (6); Dick Parry - saksofon (6)
Producent: Rory Gallagher


12 czerwca 2015

[Recenzja] Taste - "Live at the Isle of Wight" (1971)



Irlandzkie trio Taste - dowodzone przez wówczas jeszcze nieznanego Rory'ego Gallaghera - w ostatnim roku swojego istnienia zaliczyło obecność na dwóch ważnych festiwalach. 28 sierpnia 1970 roku muzycy wystąpili na brytyjskim Isle of Wight, a ledwie trzy dni później na szwajcarskim Montreux Jazz Fastival. Oba występy zostały udokumentowane albumami koncertowymi (wydanymi już po rozpadzie grupy). Najpierw, w lutym '71 ukazał się zapis tego drugiego, zatytułowany "Live Taste". Album niestety pozostawiał wiele do życzenia, zarówno w kwestii brzmienia (jakość bootlegowa), jak i tracklisty, składającej się zaledwie z jednego autorskiego utworu, "Same Old Story", a także czterech interpretacji bluesowych standardów: "Gamblin' Blues" Melvina Jacksona, "I Feel So Good" Big Billa Broonzy'ego (pociętego na dwie części, aby wyrównać czas trwania obu stron płyty winylowej), oraz dwóch utworów nieznanego autorstwa,  "Sugar Mama" i "Catfish" (już wcześniej nagranych przez zespół w studiu i wydanych na debiutanckim albumie "Taste").

O wiele bardziej interesujący okazał się wydany w grudniu "Live at the Isle of Wight". Brzmienie nie jest idealne, ale nieporównywalnie lepsze, bardziej "czytelne", niż na poprzedniej koncertówce. Ciekawszy jest także zestaw utworów - poza trzema powtórkami z "Live Taste" ("I Feel So Good", "Sugar Mama" i "Catfish", zaprezentowanymi w bardziej porywających wersjach), obejmujący także trzy utwory autorstwa Gallaghera. Całość rozpoczyna się dokładnie tak samo, jak drugi album Taste, "On the Boards" - od utworu "What's Going On". W tej wersji brzmi ostrzej, solówki Rory'ego są bardziej rozbudowane, ale kompozycja zachowuje swój przebojowy charakter. Gallagher najlepiej czuł się jednak w rozbudowanych bluesowych improwizacjach, co przypomina już drugi utwór, ekspresyjnie wykonany "Sugar Mama". Zanim jednak muzycy zagrali kolejne utwory tego typu, zaprezentowali dwie krótsze, bardziej zwarte kompozycje: "Morning Sun" (kolejny fragment "On the Boards") oraz zagrany przedpremierowo "Sinner Boy" - zespół nie zdążył już zarejestrować go w studiu, jednak Gallagher sięgnął po niego podczas nagrywania solowego debiutu (nagrał go jednak w nieco przearanżowanej wersji). Z kolei "I Feel So Good" nigdy nie zostało przez niego nagrane w studiu - ani z Taste, ani podczas kariery solowej. Zaletą tego utworu są jednak fantastyczne popisy solowe muzyków, rozciągające go do dziewięciu minut, dla których nie byłoby miejsca w wersji studyjnej - dlatego nie ma czego żałować. Album kończy jeszcze bardziej rozimprowizowana, rewelacyjna wersja "Catfish", trwająca ponad czternaście minut.

"Live at the Isle of Wight" to koncertówka, jakiej nie powstydziłby się żaden czołowy rockowy wykonawca. Tym bardziej niezrozumiałe wydaje się, czemu grupie Taste nie udało się zyskać popularności na miarę Cream, Jimiego Hendrixa czy Led Zeppelin. Ten album najlepiej pokazuje, że potencjału zespołowi bynajmniej nie brakowało. Tylko szczęścia zabrakło.

Ocena: 9/10



Taste - "Live at the Isle of Wight" (1971)

1. What's Going On; 2. Sugar Mama; 3. Morning Sun; 4. Sinner Boy; 5. I Feel So Good; 6. Catfish

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Richard McCracken - bass; John Wilson - perkusja
Producent: Tony Colton


9 czerwca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970" (2004)



Najciekawszym okresem twórczości Jethro Tull była bez wątpienia pierwsza dekada działalności. Zespół wydał w tym czasie jedenaście albumów studyjnych, wśród których trafiły się dwa lub trzy niewypały, ale większość trzymała wysoki poziom. Z zupełnie niezrozumiałych względów, przez wiele lat dostępny był tylko jeden album koncertowy dokumentujący tamten okres - "Bursting Out". Zarejestrowany i wydany w 1978 roku, zawierał głównie utwory z najnowszych wówczas albumów, pomijając wiele interesujących kompozycji z początków kariery. Luka została uzupełniona dopiero w 1993 roku, kiedy ukazał się boks "25th Anniversary Box Set", na jednym z dysków zawierający fragment zapisu występu z 4 listopada 1970 roku w nowojorskiej Carnegie Hall (pominięto dwa utwory wydane wcześniej na kompilacji "Living in the Past" z 1972 roku; kompletny zapis opublikowano dopiero w 2010 roku, jako drugi dysk reedycji albumu "Stand Up"). Wydawnictwo to nie należało jednak do łatwo dostępnych, dlatego wielu fanów na pewno ucieszył wydany w 2004 roku album "Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970", zarejestrowany kilka miesięcy wcześniej, a zawierający bardzo zbliżony repertuar (zabrakło "A Song for Jeffrey", "Sossity, You're a Woman" i "Reasons for Waiting", są za to znacznie ciekawsze "My Sunday Feeling" i "Bourée").

Album jest zapisem występu z 30 sierpnia 1970 roku na brytyjskim festiwalu Isle of Wight. Jethro Tull wystąpiło ostatniego, piątego dnia festiwalu, tuż przed Jimim Hendrixem. Zespół zaprezentował przekonujący wybór utworów z dotychczas wydanych longplayów - z porywającymi wersjami "To Cry You a Song", "Bourée", "Dharma for One" i "Nothing Is Easy" na czele - a także jedną nową kompozycję, "My God", która dopiero pół roku później została wydana na albumie "Aqualung". Wykonania są pełne rockowej energii, a muzycy nie unikają długich improwizacji. Każdy z nich ma czas na zaprezentowanie swoich umiejętności. Już w drugim w setliście "My God" pojawia się długa solówka Iana Andersona na flecie, a zagrany chwilę potem "With You There to Help Me" został rozbudowany o instrumentalną część noszącą tytuł "By Kind Permission of...", będącą przede wszystkim klawiszowym popisem Johna Evana (który dopiero co stał się pełnoprawnym członkiem grupy). Basowe solówki Glenna Cornicka słychać zarówno w "Bourée", jak i w "Dharma for One". W tym drugim pojawia się także długi perkusyjny popis Clive'a Bunkera (oraz nieobecna w wersji studyjnej partia wokalna). Gitarzysta Martin Barre okazję do zaprezentowania swoich umiejętności ma przede wszystkim pomiędzy utworami "We Used to Know" i "For a Thousand Mothers", ale błyszczy także w innych utworach, chociażby w świetnej wersji "To Cry You a Song".

"Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970" to fantastyczne dopełnienie wczesnych albumów Jethro Tull, pokazujące jak skład z Cornickiem i Bunkerem radził sobie na żywo. Koncerty zespołu były wtedy o wiele bardziej energetyczne, niż w okresie "Bursting Out", a chociaż w jego repertuarze nie było jeszcze takich koncertowych klasyków, jak "Locomotive Breath" czy "Aqualung", zaprezentowany materiał sprawdzał się równie dobrze na żywo - a może nawet lepiej.

Ocena: 8/10

W 2005 roku, pod tym samym tytułem, zapis występu Jethro Tull na Isle of Wight Festival został wydany także na DVD. Jego zawartość różni się nieco od wydania CD. Przede wszystkim zabrakło utworów "With You There to Help Me"/"By Kind Permission of..." i "To Cry You a Song", a rejestracja "Bourée" pochodzi z próby przed koncertem, a nie z samego  występu. Zamiast tego, w filmie znalazła się pełna wersja "Dharma for One" (na CD został skrócony o ponad cztery minuty), a także utwór "A Song for Jeffrey", nagrany dwa lata wcześniej na potrzeby filmu "The Rolling Stones Rock and Roll Circus" (zespół grał w wówczas z playbacku, ale nagranie jest o tyle interesujące, że jako gitarzysta wystąpił w nim Tony Iommi).



Jethro Tull - "Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970" (2004)

1. My Sunday Feeling; 2. My God; 3. With You There to Help Me / By Kind Permission of...; 4. To Cry You a Song; 5. Bourée; 6. Dharma for One; 7. Nothing Is Easy; 8. We Used to Know / Guitar solo / For a Thousand Mothers

Skład: Ian Anderon - wokal, flet i gitara; Martin Barre - gitara; Glenn Cornick - bass; Clive Bunker - perkusja; John Evan - instr. klawiszowe
Producent: Ian Anderson


8 czerwca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Stage Struck" (1980)



Trzecia koncertówka Rory'ego Gallaghera pod dwiema istotnymi kwestiami różni się od obu poprzednich, "Live in Europe" i "Irish Tour '74". Po pierwsze, składa się na nią wyłącznie autorski materiał Irlandczyka, nie ma ani jednego coveru. Druga kwestia to wykonania - o ile wcześniejsze koncertówki Rory'ego były zdominowane przez bluesowe improwizacje, tak tutaj otrzymujemy zwięzły, rockowy czad. W repertuarze dominują utwory z albumu "Photo-Finish", reprezentowanego aż czterema kompozycjami: "Shin Kicker", "Brute Force and Ignorance", "The Last of the Independents", oraz "Shadow Play". I bardzo dobrze. Bo w wersjach studyjnych wypadają one bardzo blado. Dopiero tutaj brzmią tak, jak powinny - zagrane mocniej, z niesamowitą energią. Co prawda, nie są to najlepsze koncertowe wykonania tych utworów, jakie słyszałem (zwłaszcza dotyczy to "Shadow Play", drastycznie wyciszonego w trakcie solówki), ale i tak świetne.

Szkoda natomiast, że reprezentacja "Top Priority" to zaledwie dwa utwory: "Wayward Child" i "Follow Me". Przecież na tym longplayu jest o wiele więcej utworów, które rewelacyjnie wypadały na żywo: "Philby", "Bad Penny", "Keychain"... (dwa ostatnie zostały dołączone do kompaktowej reedycji "Stage Struck", ale w kiepskiej, bootlegowej jakości, przez co wyraźnie odstają od reszty materiału). Pocieszeniem jest obecność dwóch starszych utworów: "Bought and Sold" z "Against the Grain", oraz prawdziwej koncertowej petardy - "Moonchild" z "Calling Card", zaprezentowanego tutaj w genialnej wersji, pełnej porywających solówek Gallaghera. Już dla tego jednego fragmentu warto zapoznać się z "Stage Struck". Chociaż tak naprawdę nie ma tutaj słabych momentów. Niestety, nie ma też zbyt wielu wzlotów na miarę "Irish Tour '74".

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "Stage Struck" (1980)

1. Shin Kicker; 2. Wayward Child; 3. Brute Force and Ignorance; 4. Moonchild; 5. Follow Me; 6. Bought and Sold; 7. The Last of the Independents; 8. Shadow Play

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Gerry McAvoy - bass; Ted McKenna - perkusja
Producent: Rory Gallagher


5 czerwca 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame" (1971)



Klasyka muzyki fusion. Jeden z najlepszych albumów jazzrockowych. O czym mowa? O "The Inner Mounting Flame", debiutanckim dziele grupy Mahavishnu Orchestra. A właściwie należałoby napisać "supergrupy", gdyż została stworzona przez doświadczonych muzyków, mających na koncie już pewne sukcesy. Pierwszy skład tworzyli instrumentaliści pochodzący z różnych części świata: brytyjski gitarzysta John McLaughlin, irlandzki basista Rick Laird, panamski perkusista Billy Cobham, czeski klawiszowiec Jan Hammer, oraz amerykański skrzypek Jerry Goodman. Wszyscy oni poznali się w Stanach, gdzie działali głównie jako muzycy sesyjni (McLaughlin i Cobham współpracowali z samym Milesem Davisem).

Album "The Inner Mounting Flame" posiada ciężkie, rockowe brzmienie, ale tak naprawdę zdecydowanie bliżej mu do jazzu. Chociażby dlatego, że mamy tu do czynienia ze stricte instrumentalnym graniem, pozbawionym wyraźnych struktur, opartym na improwizacjach krążących wokół jakiegoś tematu - dokładnie tak, jak w muzyce jazzowej. Grający tutaj muzycy są prawdziwymi wirtuozami swoich instrumentów, a doskonała interakcja między nimi, czyni ich improwizacje jeszcze bardziej interesującymi. Słychać to już w otwierającym całość "Meeting of the Spirits". Na pierwszy plan wybija się tutaj ciężka, ale finezyjna gra McLaughlina i sekcji rytmicznej, a w całość doskonale wtapiają się partie skrzypiec i organów. Utwór wywołuje skojarzenia z King Crimson, ale Brytyjczycy w ten sposób zaczęli grać dopiero dwa lata później, na albumie "Larks' Tongues in Aspic". I jednak, mimo wszystko, prezentowali nieco niższy poziom, niż Mahavishnu Orchestra na swoim debiucie. Warto zwrócić też uwagę na jego brzmienie - czyste, selektywne, ale zarazem naturalne. Gdyby tylko odrobinę lepiej słyszalna była gitara basowa, uznałbym ten album za ideał rockowego - i nie tylko - brzmienia.

Drugi utwór, "Dawn", rozpoczyna się spokojniej, od klawiszowej partii wspartej subtelną grą sekcji rytmicznej. Ale już po chwili dołącza do nich ostra partia gitary, która przez większą część kompozycji zdaje się rywalizować ze skrzypcami o pierwszoplanową rolę. Ale pod koniec utworu następuje uspokojenie i wszyscy instrumentaliści zaczynają grać w doskonałej harmonii. Rozpędzony "The Noonward Race" z początku zniechęca nieskładnym, hałaśliwym wstępem, ale po chwili przekształca się w interesujący, chociaż nieco monotonny, popis muzyków. "A Lotus on Irish Streams" to zwrot o 180 stopni - delikatna kompozycja, z gitarą akustyczną, pianinem i dominującą nad całością partią skrzypiec. Zgodnie z tytułem, słychać tutaj nieco irlandzki klimat. Drugą stronę albumu otwiera kolejny cięższy utwór, "Vital Transformation". Tak agresywnie w 1971 roku nie grał chyba żaden inny wykonawca, a liczne zmiany klimatu tylko podkreślają to wrażenie. Mniej agresywny, ale równie ciężki, jest "The Dance of Maya". Początek znów wywołuje skojarzenia z King Crimson (szczególnie z albumem "Red", wydanym w 1974 roku), ale po kilku minutach następuje zaskakujące przejście w prosty blues, by pod koniec wrócić do bardziej zakręconego grania. Uspokojenie przynosi prześliczny "You Know You Know", oparty na charakterystycznym gitarowym temacie, który ciężko zapomnieć. Na zakończenie czeka jeszcze jeden agresywny utwór, "Awakening", będący przede wszystkim perkusyjnym popisem Cobhama, ale pełen także rozdzierających solówek McLaughlina.

"The Inner Mounting Flame" to dość trudny album, który nie każdemu przypadnie do gustu. Ja potrzebowałem wielu podejść, na przestrzeni kilku lat, by w ogóle zrozumieć, a potem docenić, zawartą tutaj muzykę. Szczególnie przeszkadzał mi brak partii wokalnych, przez który jeszcze trudniej było ogarnąć tę niezwykle intensywną i wielowarstwową muzykę. Longplay o wiele łatwiej docenią słuchacze jazzu, niż rocka. Jednak przynajmniej wielbiciele King Crimson mogą tutaj znaleźć wiele dla siebie. Na pewno warto spróbować.

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame" (1971)

1. Meeting of the Spirits; 2. Dawn; 3. The Noonward Race; 4. A Lotus on Irish Streams; 5. Vital Transformation; 6. The Dance of Maya; 7. You Know You Know; 8. Awakening

Skład: John McLaughlin - gitara; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce
Producent: Mahavishnu Orchestra


3 czerwca 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "In Rock" Deep Purple

Wśród albumów, które odegrały największą rolę w powstaniu i popularyzacji ciężkiego rocka, wymienić trzeba przede wszystkim "Are You Experienced?" The Jimi Hendrix Experience, "Disraeli Gears" Cream, dwa pierwsze longplaye Led Zeppelin, debiut Black Sabbath, oraz "In Rock" Deep Purple. Dziś mija równo 45 lat, odkąd ostatni z nich ujrzał światło dzienne. "In Rock" to album przełomowy zwłaszcza dla samego zespołu - wcześniej postrzeganego, poniekąd słusznie, za grupę coverującą popowe hity - a od jego wydania w końcu traktowaną z powagą i szacunkiem. "In Rock" stanowi jednak także klasę sam w sobie. To jeden z najlepszych albumów rockowych wszech czasów, cieszący się uznaniem także wśród osób nie słuchających na co dzień cięższej muzyki. 


Karuzela

Historia Deep Purple sięga 1967 roku, kiedy to były perkusista The Searchers, Chris Curtis, postanowił założyć własny zespół. Od samego początku przyświecała mu konkretna wizja - grupa miała nosić nazwę Roundabout (ang. rondo, karuzela) i składać się z czterech instrumentalistów (gitarzysty, basisty, perkusisty i klawiszowca), do których podczas koncertów mieli dołączać różni muzycy, zmieniający się jak w karuzeli. Planów tych nigdy nie udało się zrealizować, jednak Curtisowi udało się pozyskać do projektu dwóch niezwykle utalentowanych muzyków: gitarzystę Ritchiego Blackmore'a i klawiszowca Jona Lorda, już wtedy mających spore doświadczenie, głównie jako muzycy sesyjni. Składu dopełnił niejaki Dave Curtiss, wokalista i basista. Jednak już na początku 1968 roku Chris Curtis stracił zainteresowanie zespołem. Na jego miejsce przyjęto Bobby'ego Woodmana. W tym samym czasie odszedł także Curtiss. Miejsce basisty zajął Nick Simper, a poszukiwania wokalisty trwały do marca, gdy zaproponowano tę posadę Rodowi Evansowi z grupy The Maze. Razem z nim przyjęto także perkusistę tej grupy, Iana Paice'a, posiadającego o wiele większe umiejętności niż Woodman.

Deep Purple Mark I (ok. 1968 roku), od lewej: Rod Evans, Jon Lord, Ritchie Blackmore, Nick Simper i Ian Paice.

20 kwietnia zespół, już pod nazwą Deep Purple (wziętej od tytułu ulubionej piosenki babci Blackmore'a), rozpoczął swoją pierwszą trasę - składającą się z pięciu występów w Danii. Były to jedyne koncerty, jakie muzycy zagrali, zanim weszli do studia nagraniowego, by zarejestrować swój debiutancki album. Dzięki wpływom Curtisa już od dawna mieli podpisany kontrakt (z wytwórnią EMI), nie musieli jak inne zespoły stopniowo pracować na sukces. Popularność przyszła im aż zbyt gładko. Już debiutancki singiel "Hush" (przeróbka hitu Billy'ego Joe'a Royala) doszedł do 4. miejsca listy Billboardu, a zawierający go album "Shades of Deep Purple" - do 24. pozycji. Tymczasem w rodzimej Wielkiej Brytanii zespół pozostał praktycznie nieznany. EMI w tamtym czasie skupiała się niemal wyłącznie na promocji The Beatles; debiut Deep Purple był praktycznie niedostępny w sklepach. Brytyjscy prezenterzy radiowi też nie byli specjalnie zainteresowani promocją nowego zespołu. Nic zatem dziwnego, że kolejne albumy zespół nagrywał głównie z myślą o rynku amerykańskim, gdzie był prawdziwą gwiazdą. Nie bez znaczenia był też fakt, że tamtejszy wydawca, Tetragrammaton, chcąc jak najwięcej zyskać na niespodziewanym sukcesie Brytyjczyków, naciskał na jak najszybsze dostarczanie nowego materiału. Chcieli nas zaharować na śmierć - mówił Simper. Byliśmy dla nich wyłącznie "produktem" i mieli zamiar nas doić tak długo, aż skonamy. Odczuwaliśmy wówczas ogromną presję. Drugi album zespołu, "The Book of Taliesyn" w Wielkiej Brytanii ukazał się osiem miesięcy po amerykańskiej premierze, w czerwcu 1969 roku. W tym samym miesiącu w Stanach został wydany trzeci longplay, "Deep Purple", którego brytyjska premiera miała miejsce dopiero w listopadzie. Występujący na niej skład należał wówczas już do przeszłości...

Cięższe brzmienie

Zawartość trzech pierwszych albumów Deep Purple nie odbiegała stylistycznie od mainstreamu późnych lat 60. To typowa dla tamtych czasów mieszanka rocka psychodelicznego z ciężkim blues rockiem w stylu Cream i The Jimi Hendrix Experience, chociaż ubarwiona wpływami muzyki klasycznej (szczególnie w utworze "April", nagranym z udziałem orkiestry), co również było znakiem tamtych czasów - vide twórczość The Nice. Ale już na początku 1969 roku, po ukazaniu się przełomowego debiutu Led Zeppelin, ówczesny styl Deep Purple zaczął brzmieć nieco archaicznie. Dopiero kiedy pojawiło się Led Zeppelin, odnaleźliśmy właściwy kierunek - przyznawał Blackmore. Gitarzysta, wspólnie z Lordem i Paicem, doszli do wniosku, że jeśli zespół ma przetrwać, muszą grać ciężej. Już album "Deep Purple" wyraźnie zdradzał chęć pójścia w takim kierunku. Pozostawała jednak pewna przeszkoda - brak odpowiedniego wokalisty. Problem z Rodem był taki, że chociaż miał świetny głos, nie umiał się z nim przebić w głośniejszych numerach - wyjaśniał Lord. Zespół szedł w kierunku cięższego brzmienia, a głos Roda po prostu do niego nie pasował. W podobnym duchu wypowiadał się Paice: Wokalne ograniczenia Roda zaczęły być wyraźnie widoczne. Gdy zapadła już decyzja o zmianie wokalisty, Blackmore, Lord i Paice postanowili pozbyć się także Nicka Simpera. Był dobrym muzykiem, ale nie odnajdywał się w ostrzejszym graniu - twierdził Lord. Tymczasem Paice podaje inną przyczynę: Nastawienie Nicka do życia było nieznośne - nie można było przebywać z nim na co dzień bez popadnięcia w depresję.

Deep Purple Mark II (ok. 1970 roku), od lewej: Ian Paice, Ian Gillan, Ritchie Blackmore, Roger Glover i Jon Lord.

Evans i Simper o planach pozostałej trójki dowiedzieli się dopiero w lipcu 1969 roku - po zagraniu ostatnich zakontraktowanych koncertów. Tymczasem już od czerwca Blackmore, Lord i Paice odbywali tajne próby z nowymi muzykami - wokalistą Ianem Gillanem i basistą Rogerem Gloverem (obaj występowali wcześniej w popowym Episode Six). To właśnie ten skład, powszechnie znany jako Mark II, stał się tym najbardziej klasycznym. To w tej konfiguracji personalnej powstały najważniejsze dzieła Deep Purple. Czemu akurat wtedy zaiskrzyło? [Gillan i ja] byliśmy twórcami piosenek - wyjaśniał Glover. Pozostali członkowie Deep Purple byli muzykami, którzy potrafili komponować, ale tak naprawdę nie byli twórcami piosenek. A połączenie tandemu, który potrafi to robić, z tymi świetnymi muzykami, dało coś w rodzaju magicznej formuły. Wirtuozerię zespołu zrównoważyła nasza umiejętność pisania prostych piosenek. Początki nowego składu były jednak trudne. Szczególnie niejasna była sytuacja Glovera. To Gillan nalegał na jego dołączenie do Deep Purple, podczas gdy zarówno basista, jak i "starszyzna" grupy, mieli spore wątpliwości co do tej współpracy. Ale nawet pozycja Gillana - którego ostry głos tak idealnie pasował do nowego oblicza grupy - nie była pewna. Po jednym z pierwszych koncertów Mark II, Jon Lord uciął sobie pogawędkę z wokalistą supportującego ich zespołu, Davidem Coverdalem, podczas której poprosił o jego numer telefonu, mówiąc: Tak na wszelki wypadek, gdyby nam nie wyszło z Gillanem. Zadzwonił dopiero cztery lata później... Tymczasem Mark II coraz bardziej się docierał. Gdy znalazłem się z tymi czterema ludźmi na scenie, od pierwszej chwili wiedziałem, że dzieje się coś ważnego - mówił Gillan. Jakieś poczucie wspólnoty z pozostałymi muzykami, powiedzmy - rodzaj zbiorowej świadomości.

Proces naturalizacji

Co ciekawe, dołączenie Gillana i Glovera wcale nie przyśpieszyło metamorfozy Deep Purple w zespół zeppelino-podobny. Ba, najwcześniejsze dokonania tego składu były krokiem w zupełnie przeciwnym kierunku. Pierwszym wspólnym nagraniem był singiel "Hallelujah" (nagrany 12 czerwca 1969, wydany 25 lipca), napisany przez ludzi spoza zespołu, Rogera Cooka i Rogera Greenawaya. Gdyby nie ostre solówki Blackmore'a i wydarcie Gillana w końcówce, byłby to utwór stricte popowy. We wrześniu zespół wyruszył natomiast na trasę koncertową z udziałem orkiestry symfonicznej, której głównym punktem było odegranie godzinnej kompozycji Jona Lorda "Concerto for Group and Orchestra" (jej rejestracja z 24 września w Royal Albert Hall została wydana na tak samo zatytułowanym albumie, który w Stanach ukazał się w grudniu, a w Europie miesiąc później). W programie koncertów znalazło się także miejsce dla kilku utworów zagranych bez udziału orkiestry. Wśród nich, poza znanymi już utworami ("Hush" i "Wring That Neck"), także jedna premierowa kompozycja, podpisana przez cały nowy skład - "Child in Time". To jedno z największych arcydzieł Deep Purple szybko stało się klasyką rocka. Utwór jest prezentacją niesamowitych umiejętności Gillana, płynnie przechodzącego tutaj z delikatnego śpiewu do przeszywającego wrzasku, a także równie rewelacyjnych popisów instrumentalistów.

Martin Birch.

Niedługo później, Lord przygotował kolejną kompozycję na zespół rockowy i orkiestrę, zatytułowaną "The Gemini Suite". Pozostali muzycy zaczynali jednak mieć dosyć jego ambicji. Zmęczyło mnie granie z orkiestrami - mówił Blackmore. Gillan, Glover i ja chcieliśmy być zespołem hard rockowym. Czułem, że ta sprawa z orkiestrą jest trochę zbyt grzeczna. Grasz w Royal Albert Hall, publiczność siedzi z założonymi ramionami, a ty stoisz obok skrzypka, który zasłania uszy za każdym razem, gdy grasz solówkę. Niespecjalnie mnie to inspirowało. Gitarzyście udało się przekonać Lorda, aby w końcu nagrać coś cięższego. Sesja trwała od 14 października 1969 roku do 13 kwietnia, w trzech londyńskich studiach: IBC, De Lane Lea i Abbey Road. Zespół nie zatrudnił żadnego producenta z zewnątrz, formalnie sami muzycy odpowiadają za produkcję longplaya. W rzeczywistości bardzo pomógł im Martin Birch - oficjalnie "tylko" inżynier dźwięku. Birch wkrótce miał zyskać sławę jako producent czołowych zespołów hardrockowych i heavy metalowych (m.in. Rainbow, Whitesnake, Black Sabbath, Iron Maiden), a chociaż w tamtym czasie dopiero zaczynał swoją karierę, już wtedy był wartościowym partnerem. Miał bardzo zdecydowane zdanie, jeśli chodzi o muzykę - mówił Blackmore. I mógł dzięki temu służyć nam za przewodnika. Bezbłędnie oceniał która wersja nagrania jest najlepsza. Zawsze też wyczuwał, kiedy zrobiliśmy coś poniżej naszych możliwości i nalegał, byśmy to poprawili. Paice dodawał: Myślę, że w końcu zostawałeś z brzmieniem Martina, a nie swoim, ale ono było tak dobre, że nie miałeś nic przeciw. Zespół, a konkretnie Blackmore, miał dla Bircha tylko jedną instrukcję: Zrób tak, żeby była głośniejsza niż wszystko inne. Za pomoc odwdzięczyli się dedykując Martinowi jeden z utworów, "Hard Lovin' Man".

Sesja przebiegła bezproblemowo. Poszło bardzo łatwo i bardzo szybko - wspominał Blackmore. Wszystkie swoje utwory przygotowywałem dość starannie, zanim jeszcze przedstawiłem je na próbach zespołowi. Ale dopiero na próbach podlegały procesowi naturalizacji. I właściwie wszyscy mieli w nie jakiś wkład. Nawet jeśli Jonowi Lordowi nie przychodził żaden pomysł do głowy, zawsze był gotów wzbogacić te czy inną kompozycję świetną solówką. Ian Paice, który nie komponuje, czuwał by wszyscy trzymali tempo, by to się nie rozlazło. A Ian Gillan zadziwił wspaniałym sposobem śpiewania, bliskim krzyku, zupełnie niespotykanym w tamtych czasach. Wypadł świetnie, zwłaszcza w "Child in Time". Natomiast Roger Glover był tym, który czuwał nad całościowym efektem. Był jak klej, który spaja poszczególne elementy układanki w całość.

Na scenie.

Poza "Child in Time" - składającym się z części balladowej (opartej na klawiszowym motywie, zaczerpniętym z utworu "Bombay Calling" grupy It's a Beautiful Day), oraz ciężkiej części z instrumentalnymi popisami - zespół zarejestrował osiem innych, już stricte hardrockowych, kompozycji. Sześć z nich trafiło na album, a odrzucone "Cry Free" i "Jam Stew" dopiero po kilku latach ujrzały światło dzienne (pierwszy na kompilacji "Powerhouse" z 1977 roku, drugi na reedycji "In Rock" z 1995 roku). Jeśli kawałek nie jest ani dramatyczny, ani ekscytujący, to nie ma dla niego miejsca na tej płycie - mówił Blackmore jeszcze w czasie sesji. Zespół przez pewien czas miał także wątpliwości co do utworu "Living Wreck", ale ostatecznie umieszczono go na albumie. Był także jednym z czterech fragmentów longplaya, które zespół wykonywał na promującej go trasie. Pozostałe trzy to "Into the Fire", "Child in Time" i "Speed King". Dwa ostatnie stały się koncertowymi klasykami. Obecnie Ian Gillan niestety jest już w stanie wykonywać partii wokalnej "Child in Time" i zespół przestał go grać kilkanaście lat temu. Za to "Speed King" do dziś jest stałym punktem koncertów. Zresztą powstał właśnie z myślą o występach na żywo. Ritchie chciał coś szybkiego na otwarcie setu i ten riff wyszedł ode mnie - wyjaśniał Glover. Dwa inne utwory z albumu, "Bloodsucker" i "Hard Lovin' Man" zespół wykonywał dopiero podczas późniejszych tras (pierwszy w latach 1996-2009, drugi jest stale obecny w setliście od 2010 roku). Jedynym utworem, który nigdy nie został zaprezentowany na żywo, jest "Flight of the Rat".

Stratosfera

Kiedy album został ukończony, przedstawiciele wytwórni stwierdzili, że żaden z zawartych na nim utworów nie nadaje się na singiel. W tamtym czasie, gdy znacznie wzrosło znaczenie płyt długogrających, wiele czołowych zespołów, z Led Zeppelin i Pink Floyd na czele, całkowicie zrezygnowało z wydawania małych płyt (w Wielkiej Brytanii, bo w innych krajach nie mieli na to wpływu), ale decydenci EMI pozostali nieugięci. Wymusili na zespole powrót do studia. Mordowaliśmy się z tym cały dzień - wspominał Gillan. Próbowaliśmy różnych rzeczy, ale żadna się do niczego nie nadawała. Rzuciliśmy to więc w cholerę i poszliśmy do pubu. A kiedy wróciliśmy do studia, pierwsza rzecz, jaka przyszła Ritchiemu do głowy to właśnie ten riff. Dopiero wtedy wszyscy się zrelaksowali. A ja i Roger wróciliśmy do pubu i przy kolejnym piwie napisaliśmy tekst. Popatrzyliśmy na siebie i któryś z nas zapytał: "Ale o czym to właściwie jest?", a drugi odpowiedział: "Nie mam pojęcia!". Utwór, zatytułowany "Black Night", został wydany na singlu 5 czerwca 1970 (strona B, w zależności od kraju, zawierała jeden z trzech albumowych utworów: "Speed King", "Into the Fire" lub "Living Wreck"). Płytka okazała się niespodziewanym sukcesem w Wielkiej Brytanii, dochodząc do 2. miejsca na liście singli (w Stanach ledwie do 66. pozycji). "Black Night" wyniósł nas w stratosferę w Europie - mówił Glover. To niesamowite czego może dokonać jedna piosenka. Nagle wszyscy Cię znają! 

Deep Purple ze złotymi płytami za "In Rock" (Berlin Zachodni, 1 września 1971).

Dwa dni przed premierą singla, 3 czerwca, do sklepów trafił album (amerykańska premiera miała miejsce dopiero we wrześniu). Dzieło zostało zatytułowane "In Rock". Kiedy gdzieś graliśmy, mówiło się: "Deep Purple in concert" - wyjaśniał Glover. Nie "Deep Purple show", nie "Deep Purple gra dziś wieczorem", ale "Deep Purple in concert". Trochę pretensjonalnie. A Tony Edwards [menadżer zespołu] wpadł na pomysł, aby to "Deep Purple in concert" zmienić na "Deep Purple in rock" i przedstawić nas wykutych w skale Mount Rushmore. To cała historia. Longplay, podobnie jak singiel, okazał się sukcesem w ojczyźnie muzyków (4. miejsce na UK Albums Chart), a w Stanach został niemal niezauważony (143. miejsce na liście Billboardu). Dotarliśmy do punktu, w którym jesteśmy na tyle szczęśliwi i zadowoleni, że wszystko może toczyć się naturalnym torem - mówił Jon Lord niedługo po premierze albumu. Wcześniej próbowaliśmy robić wszystko wbrew naturze, chwytaliśmy się wielu pomysłów naraz. Szukaliśmy tożsamości zespołu. "In Rock" jest naszym jedynym albumem, który posiada wyrazisty kierunek. Wiele lat później mówił natomiast: W dźwiękach, które zostały utrwalone na winylu, niemal słyszy się nasze podniecone głosy: "I o to właśnie chodziło!". Czuje się ekscytację towarzyszącą odkrywaniu czegoś nowego. To sprawia, że "In Rock" jest tak niezwykłą płytą.

"In Rock" uczynił z zespołu prawdziwą gwiazdę. To, że nam się naprawdę, naprawdę udało, zrozumiałem przy dwóch zdarzeniach - wspominał Roger Glover. Najpierw w Szkocji. Na koncert Deep Purple przyszło tak wiele osób, że zablokowano ulice. Tygodnik "Melody Maker" skomentował to tytułem "Purplemania" na pierwszej stronie najbliższego wydania. Pamiętajmy, że było to w czasach, gdy końcówkę "mania" doklejano wyłącznie ludziom z pierwszych miejsc, więc to był dla nas pewien znak. I drugie zdarzenie, w Stuttgarcie, w Niemczech... Przed sceną trzy barierki, a jedną z nich opleciono drutem kolczastym. Była policja z psami i żandarmeria na koniach. Gdy dotarliśmy do garderoby, pomyślałem: "To wszystko po to, by pięciu ludzi mogło grać muzykę?". Koncert był dobry, a potem wyjeżdżając utknęliśmy w gigantycznym korku przed salą. I wtedy zdałem sobie sprawę, jak wielki jest zespół Deep Purple.




Źródła cytatów: 
1. Thompson Dave, Smoke on the Water. Opowieść o dobrych nieznajomych, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2013
2. Babula Jordan, Ulubiona piosenka babci, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 4, s. 6-7
3. Filipowski Robert, Purplemania, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 4, s. 12-13
4. Blackmore Ritchie, Zabrakło pomysłów, rozm. przepr. Wiesław Weiss, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 4, s. 15
5. Koziczyński Bartek, Demontaż: "In Rock", "Teraz Rock" 2010, nr 7, s. 48-51
6. Glover Roger, Ostrożnie z tą siekierką. Ritchie..., rozm. przepr. Wiesław Weiss, "Teraz Rock" 2010, nr 10, s. 56-57

Więcej na temat:


1 czerwca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Top Priority" (1979)



"Top Priority" to ostateczne zerwanie z różnorodnością charakterystyczną dla wcześniejszych albumów Rory'ego Gallaghera (i innych wykonawców rozpoczynających karierę na przełomie lat 60. i 70.). Album jednoznacznie hardrockowy, bez żadnych wycieczek w stronę folku lub jazzu. Nawet blues występuje tu tylko w śladowych ilościach. Obyło się również bez ballad - od pierwszej do ostatniej sekundy mamy do czynienia z gitarowym czadem. Szczerze powiedziawszy, nie przepadam za taką monotonią, chociaż zdarzają się przecież bardzo dobre, a nawet genialne, albumy także wśród tych najbardziej jednowymiarowych. "Top Priority" nie nazwałbym genialnym, ale znalazło się na nim kilka naprawdę rewelacyjnych utworów.

Album zawiera dwie z najdoskonalszych kompozycji Gallaghera: "Philby" i "Bad Penny". Obie niesamowicie chwytliwe, oparte na genialnych, bardzo nośnych riffach. Szczególnie riff "Bad Penny", wzbogacony prostą solówkową zagrywką, robi wrażenie. W "Philby" smaczkiem jest natomiast wykorzystanie elektrycznego sitaru, który intrygująco wprowadza odrobinę orientalnego klimatu. Nic dziwnego, że oba utwory stały się koncertowymi klasykami, bo brzmią jak stworzone do grania na żywo. Jednak - w przeciwieństwie do chociażby "Shadow Play" z poprzedniego albumu  - w wersjach studyjnych także wypadają wspaniale. Niemal tak samo udane są "Follow Me" i "Wayward Child" - rozpędzone utwory, pełne gitarowych popisów - a także wolniejszy "Key Chain", zdradzający wyraźną inspirację twórczością Jimiego Hendrixa. Zwolenników bardziej bluesowego wcielenia Rory'ego powinien natomiast zachwycić "Off the Handle". Reszta albumu niestety nie porywa. "At the Depot" - klasyczny rock and roll zagrany z hardrockowym brzmieniem - wprowadza odrobinkę urozmaicenia, ale to nic więcej jak wypełniacz. Utwór, o którym zapomina się tuż po wybrzmieniu ostatnich taktów. Jako wypełniacze trzeba też zaklasyfikować "Just Hit Town" i "Public Enemy No. 1", które nic nie wznoszą do całości.

"Top Priority" to album kipiący energią, której często brakowało w studyjnych nagraniach Gallaghera (szczególnie na poprzednim w dyskografii "Photo-Finish"). To największa zaleta tego materiału. Niestety, trochę nierównego. Z jednej strony są tutaj utwory, które kilka lat wcześniej mogłyby stać się hardrockową klasyką (wydane na singlach "Philby" i "Wayward Child" nie miały jednak szans na sukces w czasach dominacji punk rocka), a z drugiej - kilka ewidentnych zapychaczy. Przeważają jednak te pierwsze, dlatego nie waham się wystawić wysokiej oceny.

Ocena: 9/10

PS. Pierwsze kompaktowe reedycje albumu zawierały bonusowy utwór "Nothing But the Devil" - akustyczny blues, oryginalnie wykonywany przez amerykańskiego bluesmana Lightnin' Slima. Utwór pochodzi z singla dołączonego do niektórych wydań koncertowego albumu "Stage Struck". Późniejsze reedycje zawierają dwa inne utwory, bardziej pasujące do hardrockowego oblicza albumu: "Hell Cat" (wcześniej dostępny na wspomnianym wyżej singlu, a także na stronie B singla "Philby") i "The Watcher" (wcześniej niewydane demo, niestety fatalnej jakości - szkoda, bo to naprawdę fantastyczna kompozycja, ze świetnymi popisami Gallaghera).



Rory Gallagher - "Top Priority" (1979)

1. Follow Me; 2. Philby; 3. Wayward Child; 4. Key Chain; 5. At the Depot; 6. Bad Penny; 7. Just Hit Town; 8. Off the Handle; 9. Public Enemy No. 1

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka i sitar; Gerry McAvoy - bass; Ted McKenna - perkusja
Producent: Rory Gallagher


Po prawej: okładka reedycji.