8 maja 2015

[Recenzja] Toad - "Toad" (1971)



Z czym kojarzy się Szwajcaria? W pierwszej kolejności na myśl przychodzą Alpy, banki, zegarki, czekolada, sery. A pod względem muzycznym? Większość wymieniłaby pewnie zespoły metalowe - takie jak Krokus, czy grające bardziej ekstremalnie Celtic Frost i Coroner. Ale z wskazaniem wykonawców grających bardziej klasyczne odmiany rocka byłby już pewnie problem. A jednak już w latach 70. powstało tam kilka grup wykonujących rock progresywny i psychodeliczny, a także hard i blues rock. Z tych ostatnich warto przypomnieć zespół o nazwie Toad. Do legendy przeszły jego energetyczne koncerty, porównywane do występów Jimiego Hendrixa, ale mimo tego grupie nie udało się zdobyć popularności poza rodzimą Szwajcarią. Tam z kolei był pierwszym ciężko grającym zespołem, który zaznaczył swoją obecność na rodzimej liście bestsellerów (za sprawą debiutanckiego singla "Stay!").

Toad został założony w 1970 roku w mieście Basel przez trzech dość doświadczonych muzyków: basistę Wernera Fröhlicha i perkusistę Cosima Lampisa, którzy właśnie opuścili zespół Brainticket, oraz włoskiego gitarzystę Vittoria "Vica" Vergeata, który przez krótki czas grał w brytyjskim Hawkwind. Na sesję nagraniową debiutanckiego albumu dołączył do nich wokalista Benjamin Jaeger (odszedł zaraz po jej zakończeniu, a jego obowiązki przejął Vergeat). Warto dodać, że podczas nagrań za konsoletą zasiadł Martin Birch - słynny brytyjski inżynier dźwięku i producent, znany ze współpracy m.in. z Deep Purple, Wishbone Ash i Fleetwood Mac (a później także Rainbow, Whitesnake, Black Sabbath i Iron Maiden).

Longplay rozpoczyna się od rozbudowanej, ośmiominutowej kompozycji "Cottonwood Hill", w której ciężkie riffowanie łagodzone jest akustycznym refrenem, zaś druga, głównie instrumentalna część utworu przypomina koncertowe improwizacje Cream - tzn., że panuje w niej idealna interakcja między trzema instrumentalistami jednocześnie grającymi swoje solówki. Świetne otwarcie albumu. "A Life That Ain't Worth Living" to dla odmiany bardziej zwarty utwór, o wyraźniejszej strukturze i melodii. Jednak i w nim nie brakuje instrumentalnych popisów, znów przywołujących skojarzenia z Cream. Szkoda tylko, że kończący go, bardzo intrygujący motyw zostaje nagle wyciszony - mógł to być świetny punkt wyjścia do długiej improwizacji. Która pewnie pojawiała się na koncertach, a w wersji studyjnej postanowiono zakończyć utwór wcześniej, bo z powodu ograniczeń czasowych płyty winylowej zmieściłoby się mniej utworów. Szczerze jednak mówiąc pisząc , są na tym albumie mniej udane fragmenty, których brak wyszedłby tylko na dobre. Należy do nich np. instrumentalny "Tank", sprawiający wrażenie chaotycznego jamu.

Inne oblicze grupy pokazuje "They Say I'm Mad" - to właściwie klasyczny blues, tylko zagrany ciężej (chociaż na tym albumie jest jednym z lżejszych fragmentów). Pole do popisu ma tutaj przede wszystkim Vergeat, grający długie solówki o niemal takiej samej dramaturgii, co Jimmy Page w "Since I've Been Loving You" Zeppelinów. Powrót do mocniejszego grania następuje w "Life Goes On" - najbardziej rozbudowanej na albumie, dwunastominutowej kompozycji. Utwór charakteryzuje się licznymi zmianami motywów i klimatu, od ciężkiego, posępnego riffowania w stylu Black Sabbath, do pogodnego, akustycznego grania, z niemal beatlesowskimi harmoniami wokalnymi. Do tego mamy tutaj dwie świetne gitarowe solówki - pierwszą bardziej melodyjną, drugą ostrzejszą. Ciężko przebić taki utwór, ale udaje się to w naprawdę szalonym "Pig's Walk" - niemal w całości składającym się z zakręconych solówek Vergeata (słyszalnych w prawym kanale) i Frohlicha (w lewym), które w połowie milkną na kilkadziesiąt sekund, wypełnionych perkusyjnym popisem Lampisa. Kilkuwersowa partia wokalna jest tylko dodatkiem, w sumie niepotrzebnym.

Niestety, rozczarowanie przynosi sam koniec albumu, w postaci utworu "The One I Mean" - miniaturki opartej na klasycyzującym akompaniamencie gitary akustycznej. Coś, co świetnie sprawdziłoby się jako przerywnik między mocniejszymi utworami, albo wstęp do rozbudowanej kompozycji, zupełnie nie pasuje na zakończenie tego ciężkiego longplaya, za bardzo odstając od reszty utworów. Problem ten niejako rozwiązują kompaktowe reedycje - na wszystkich z nich znalazł się wspomniany na początku utwór "Stay!" z wydanego równolegle z albumem singla. Kompozycja to naprawdę interesująca, bo chociaż wyróżnia się bardzo chwytliwą melodią, to jak na singlowy przebój zaskakuje naprawdę ciężkim brzmieniem i długą, ostrą solówką gitarową. Na większości reedycji znalazła się także strona B tego singla, "Animal World" - utwór mniej ciekawy, chociaż z interesującą częścią instrumentalną, z partią basu wysuniętą na pierwszy plan, przed solówkę gitarową. Najbardziej obszerna reedycja zawiera także nagrania z późniejszych, nagranych już bez Benjamina Jaegera, singli: "Fly" i cover Jimiego Hendrixa, "Purple Haze". Dla kolekcjonerów winyli, o ile nie zdecydują się polować na oryginalne wydanie, najlepszym rozwiązaniem jest reedycja włoskiej firmy Akarma, która dodatkowo zawiera 7-calowy singiel "Stay!"/"Animal World".

Debiutancki album Toad to obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników gitarowo-basowo-perkusyjnych improwizacji w stylu Cream lub hendrixowego Band of Gypsys. Grupa do perfekcji opanowała tego typu granie, czym nadrabia kompozytorskie braki - bo pod tym względem album jest niestety co najwyżej przeciętny. Najsłabszym ogniwem jest tu jednak warstwa wokalna. Benjamin Jaeger nie dysponuje ani ciekawą barwą głosu, ani większymi umiejętnościami używania go. Jednak problem ten dotyczy większości takich zapomnianych zespołów, co pewnie było jedną z przyczyn braku sukcesu.

Ocena: 7/10

PS. Późniejsze dokonania Toad były dalekie od poziomu debiutu. Kilka niezłych fragmentów posiada drugi album zespołu, "Tomorrow Blue" z 1972 roku (jak przypominający twórczość Wishbone Ash "Thoughts", albo rozimprowizowany utwór tytułowy), ale ogólnie znalazł się na nim bardziej wygładzony materiał, pozbawiony wszystkich zalet debiutu. Kompletną porażką okazał się natomiast trzeci album, "Dreams" (1974), zawierający mieszankę utworów wyraźnie inspirowanych funkiem i nagrań akustycznych. Po jego wydaniu grupa zamilkła na wiele lat, by w 1993 roku przypomnieć o sobie albumem "Stop This Crime" (znanym też pod tytułem "Hate to Hate"), zawierającym bardzo przeciętny hardrockowy materiał. Dyskografii zespołu dopełnia koncertowy "Live at St. Joseph, Basel 22.04.1972" (dostępny także jako "Open Fire - Live in Basel 1972"), którego należy unikać ze względu na bootlegową jakość.



Toad - "Toad" (1971)

1. Cottonwood Hill; 2. A Life That Ain't Worth Living; 3. Tank; 4. They Say I'm Mad; 5. Life Goes On; 6. Pig's Walk; 7. The One I Mean

Skład: Benjamin Jaeger - wokal; Vic Vergeat - gitara; Werner Frohlich - bass; Cosimo Lampis - perkusja
Producent: Chris Schwegler


1 komentarz:

  1. Świetny album! Dzięki za polecenie kolejnego mało znanego wykonawcy!

    OdpowiedzUsuń