14 maja 2015

[Recenzja] Faith No More - "Sol Invictus" (2015)



Dla wielu jest to pewnie najważniejsza premiera tego roku. Wszak minęło już prawie dwadzieścia lat od wydania ironicznie zatytułowanego "Album of the Year" (de facto będącego jednym z największych rozczarowań 1997 roku), po którym nastąpiła długa przerwa w działalności. Co prawda koncertowy powrót zespołu nastąpił już w 2009 roku, ale na album z premierowym materiałem trzeba było czekać aż do teraz. Jego przedsmakiem były dwa wydane wcześniej single. Pierwszy, "Motherfucker", ukazał się już w listopadzie zeszłego roku i wśród fanów Faith No More spotkał się głównie z krytyką. I mnie nie przypadł do gustu ten prosty utwór, zbudowany na nudnych zwrotkach z monotonnym rapowaniem (wyjątkowo nie w wykonaniu Mike'a Pattona, a Roddy'ego Bottuma) i pompatycznym, śpiewanym refrenie. Zapowiadał on raczej kontynuację "Album of the Year", niż powrót do formy. Ale kilka miesięcy później, w marcu br., muzycy objawili światu kolejną zapowiedź nowego longplaya - utwór "Superhero". A to kompozycja nieporównywalnie ciekawsza. Już od pierwszych sekund niepokojąca partia klawiszy, wsparta gitarowymi uderzeniami w tle, tworzy klimat niczym z albumu "Angel Dust", a gdy dochodzi do tego zwariowana partia wokalna Pattona, otrzymujemy Faith No More w najlepszym wydaniu!

Już te dwa utwory sugerowały, że "Sol Invictus" będzie bardzo eklektycznym albumem, łączącym cechy poprzednich dzieł grupy. Dokładnie taki charakter ma to wydawnictwo. Muzycy zadbali, aby nie zawieść fanów oczekujących nawiązań do przeszłości. Zawiedzeni mogą być tylko ci, którzy liczyli na powrót do samych korzeni zespołu, kiedy w warstwie wokalnej dominowało rapowanie (zwrotki "Motherfucker" są praktycznie jedynym odniesieniem do tamtych czasów). Wielbiciele trzech poprzednich albumów Faith No More powinni być natomiast zachwyceni. Chcecie czegoś w klimacie "Angel Dust"? Proszę bardzo, poza singlowym "Superhero" jest tu jeszcze chociażby "Separation Anxiety", oparty na skradającym się riffie, z "nawiedzonym" klawiszowym tłem i bardzo plastyczną partią wokalną, budzącą skojarzenia z hitem "Midlife Crisis". Albo "Rise of the Fall", łączący gitarowy czad z kabaretowymi wstawkami. A może wolicie coś bardziej surowego, w stylu albumu "King for a Day... Fool for a Lifetime"? Są tu i takie utwory: "Cone of Shame", który po spokojnym wstępie atakuje agresywnym riffowaniem i wściekłym wrzaskiem Pattona; albo "Black Friday", zdominowany przez brzmienie gitary akustycznej, jednak nie pozbawiony ostrzejszych fragmentów. Na albumie nie brakuje również bardziej stonowanych utworów, jakby nawiązujących do "Album of the Year" (ale też do przeboju "Easy"): tytułowy "Sol Invictus", który stopniowo buduje napięcie na początku longplaya; piosenkowy "Sunny Side Up" z zaskakująco chwytliwą melodią (typuję go na trzeci singiel); oraz finałowy, akustyczny "From the Dead".

Warto zwrócić uwagę, że "Sol Invictus" to bardzo krótki album, trwający niespełna czterdzieści minut (najkrócej ze wszystkich pięciu longplayów grupy z Pattonem). I to niewątpliwie jest zaletą tego wydawnictwa. Większość wykonawców wracających po długiej przerwie nie może oprzeć się pokusie, aby pierwszy album po reaktywacji wypełnić po brzegi nową muzyką - z której tak naprawdę tylko część nadaje się do wydania. Muzycy Faith No More wyszli obronną ręką z tej próby. Zamiast nadmiaru materiału dostajemy dziesięć dość krótkich utworów, z których większość trzyma poziom ("Motherfucker" to wyjątek potwierdzający regułę). Mam jednak wrażenie, że "Sol Invictus" to dopiero przystawka. Album, który ma przypomnieć o istnieniu grupy - zwłaszcza tym, którzy niegdyś jej słuchali, a później znaleźli sobie nowych idoli. Stąd te wszystkie oczywiste nawiązania do przeszłości. Kolejnym krokiem Faith No More powinno być nagranie następnego albumu, na którym zaproponują coś zupełnie nowego. Zapowiedzią tego jest niejako utwór "Matador" - jedyny na tym longplayu, który nie przypomina niczego, co grupa kiedykolwiek nagrała (może z wyjątkiem tytułowego utworu z "The Real Thing"). Najdłuższy na albumie, pełen rozmachu i niemal progrockowych zwrotów akcji. Jeżeli tak ma wyglądać przyszłość grupy - nie mam nic przeciwko. Ale być może to tylko jednorazowy eksperyment. Na tyle jednak intrygujący i interesujący, że stanowi punkt kulminacyjny albumu.

Przyznaję, ze nie spodziewałem się wiele dobrego po tym albumie. Tymczasem "Sol Invictus" zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. To naprawdę udany przegląd (prawie) wszystkich wcieleń Faith No More. Longplay łączy zalety poprzednich wydawnictw grupy, przekuwając je w interesującą, spójną całość. Na chwilę obecną, "Sol Invictus" ma realną szansę dostania się na podium mojego podsumowania najlepszych albumów 2015 roku.

Ocena: 7/10*

* Oryginalna ocena: 8/10. Zmieniona po nabraniu dystansu.



Faith No More - "Sol Invictus" (2015)

1. Sol Invictus; 2. Superhero; 3. Sunny Side Up; 4. Separation Anxiety; 5. Cone of Shame; 6. Rise of the Fall; 7. Black Friday; 8. Motherfucker; 9. Matador; 10. From the Dead

Skład: Mike Patton - wokal; Jon Hudson - gitara; Billy Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe
Producent: Billy Gould


9 komentarzy:

  1. Oj tam zaraz się nie zgadzamy - to chyba pierwsza płyta, którą recenzujemy naprawdę baaardzo podobnie, miłe zaskoczenie, piona! ;) Powiem szczerze, że też mam nieodparte wrażenie jakoby Sol Invictus była jedynie przystawką, czymś pomiędzy próbą generalną a rozgrzewką. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta niezgoda dotyczy tylko odmiennych opinii na temat długości albumu i jakości utworu "Motherfucker" ;)

      (PS. początek tej wymiany zdań znajduje się na fanpage'u bloga na FB)

      Usuń
    2. Co do długości płyty - tu mogę się zgodzić, cieszę się, że na płycie brak zapychaczy. Ale Motherfuckera dalej baaaardzo lubię. ;-)

      Usuń
  2. Mnie single początkowo rozczarowywały, ale z biegiem dni je polubiłem. Jesteśmy zgodni w jednej sprawie - "Sol Invictus" to solidny album, pozbawiony niepotrzebnych treści.

    OdpowiedzUsuń
  3. To solidna płyta, ale jakoś niczym mnie nie zachwyciła. Brzmi raczej jak zbiór odrzutów z płyt z lat 90. niż pierwszorzędny materiał, więc dziwi mnie że ma taką samą ocenę :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Arturze, odbiór muzyki to bardzo subiektywna kwestia. Dlatego możesz się nie zgadzać z oceną, ale dziwić się nie powinieneś. Bo to, co dla Ciebie brzmi jak odrzuty, dla mnie brzmi jak utwory na tym samym poziomie, co te z "Angel Dust" i "King for a Day..." (chociaż bez tak porywających kompozycji, jak "Midlife Crisis" czy "Evidence"), a zdecydowanie wyższym niż z "Album of the Year".

      Usuń
    2. Na tym samym poziomie co te z "Angel Dust" i "King for a Day ..." ? Takie słowa to profanacja tych albumów. Nawet kilka utworów z "Album of the Year" zjada nowy album na śniadanie (próżno szukać na nim czegoś na poziomie, Collision, Last Cup of Sorrow, Stripsearch czy Ashes to Ashes) - gdzie się podział rozmach aranżacyjny obecny na poprzednich płytach, gdzie intrygujące riffy sypiące się jak z rękawa na poprzednich płytach? Kilka utworów na nowej płycie jest opartych na prostych irytująco i zbyt długo się powtarzających motywach (np. klawiszowych w Superhero czy Matador), bardzo mało czystych partii wokalnych. Moim zdaniem ta muzyka lepiej by pasowała do któregoś z projektów solowych MP, np. Mr Bungle (np. takie utwory jak Separation Anxiety, Rise Of The Fall czy Black Friday), brzmienie też wydaje się krokiem w tył (King For a Day... jest chyba niedoścignionym wzorem, a nawet Album of the Year pod tym względem lepiej wypada). Szkoda, żal ...

      Usuń
    3. Każdy album FNM jest zupełnie inny, ma inny klimat, inne zalety. Dlatego porównywanie na zasadzie "bo to nie to, co dawniej" nie ma sensu.

      Usuń
    4. Przecież nie twierdzę, że masz mieć identyczne zdanie co ja. :P Raczej nie przekonamy się nawzajem więc zostańmy przy swoich zdaniach.

      Usuń