20 maja 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)



Zespół Derek and the Dominos rozpadł się niedługo po zakończeniu trasy promującej debiutancki album. Chociaż muzycy (bez Duane'a Allmana, który w październiku 1971 roku zginął w wypadku motocyklowym) weszli do studia, by nagrać drugi album, kłótnie między nimi spowodowały rychłe przerwanie sesji. W tym samym czasie Eric Clapton niemal całkowicie odizolował się od otaczającego go świata, pogrążając się w heroinowym nałogu i nieodwzajemnionej miłości do Pattie Boyd, wówczas żony najlepszego kumpla, George'a Harrisona. W ciągu tego blisko dwuletniego okresu tylko raz pojawił się na scenie - w sierpniu 1971 roku, na zorganizowanym przez Harrisona Concert for Bangladesh.

Kto wie, jak dalej potoczyłyby się jego losy, gdyby nie pomoc Pete'a Townshenda. Gitarzysta The Who zaplanował koncertowy powrót Claptona, który miał pomóc mu w zerwaniu z uzależnieniem - co, o dziwo, udało się. 13 stycznia 1973 roku w londyńskim Rainbow Theatre odbyły się dwa występy, będące pierwszym publicznym wystąpieniem Erica od czasu Concert for Bangladesh (co ciekawe, właśnie wtedy po raz pierwszy wystąpił ze swoim słynnym czarno-białym Stratocasterem, nazwanym "Blackie"). Poza Claptonem i Townshendem, na scenie pojawił się także przyszły gitarzysta The Rolling Stones, Ronnie Wood, oraz prawie cały ówczesny skład zespołu Traffic: Steve Winwood, Ric Grech, Jim Capaldi i Rebop Kwaku Baah (dwaj pierwsi już wcześniej grali z Claptonem, w supergrupie Blind Faith). Pamiątką po tym wydarzeniu jest album "Rainbow Concert".

W oryginalnej wersji winylowej album zawiera zaledwie sześć utworów o łącznym czasie nie przekraczającym trzydziestu pięciu minut. Rewelacyjnie wykonania wynagradzają jednak wszelkie niedostatki. Szczególnie zyskał "After Midnight" JJ Cale'a. Aż trudno rozpoznać, że to ta sama kompozycja, która na solowym debiucie Claptona została przedstawiona w banalnej, spopowionej wersji. Tutaj jest to porywający bluesrockowy utwór, pełen energetycznych gitarowych popisów. Większej mocy nabrały także utwory Derek and the Dominos: "Roll It Over" i hendrixowski "Little Wing". Pełne autentycznych emocji, słyszalnych w gitarowych i wokalnych partiach Claptona, wykonanie tego drugiego wypada naprawdę poruszająco. Ogromny ładunek emocjonalny niesie także wspaniałe wykonanie "Presence of the Lord", które dzięki partii wokalnej Winwooda (tak jak w oryginalnej wersji Blind Faith) wypada o wiele bardziej przekonująco, niż na "In Concert" Derek and the Dominos. Winwood w roli głównego wokalisty występuje także w "Pearly Queen" z repertuaru Traffic - zaprezentowanym w porywającej, rozimprowizowanej wersji. Repertuaru dopełnia "Badge" z pożegnalnego albumu Cream, który w tej wersji traci nieco oryginalnego uroku, ale zyskuje więcej energii, co w warunkach koncertowych sprawdza się lepiej.

"Rainbow Concert" to świetne udokumentowanie triumfalnego powrotu Claptona na scenę (inna sprawa, że nie przełożyło się to na jego późniejsze albumy studyjne). Może trochę szkoda, że nie zdecydowano się wydać go w formie dwupłytowego albumu, ale nawet w takiej "esencjonalnej" wersji dostarcza wystarczającą ilość pozytywnych wrażeń. Dla spragnionych więcej są kompaktowe reedycje, bogatsze o osiem utworów ("Layla", "Blues Power", "Bottle of Red Wine", "Bell Bottom Blues", "Tell the Truth", "Key to the Highway", "Let It Rain" i "Crossroads").

Ocena: 8/10



Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)

1. Badge; 2. Roll It Over; 3. Presence of the Lord; 4. Pearly Queen; 5. After Midnight; 6. Little Wing

Skład: Eric Clapton - wokal (1,2,5,6) i gitara; Steve Winwood - wokal (3,4) i instr. klawiszowe; Pete Townshend - gitara i dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara i dodatkowy wokal; Ric Grech - bass; Jim Capaldi - perkusja; Jimmy Karstein - perkusja; Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Producent: Bob Pridden


8 komentarzy:

  1. Świetny koncert. Nie jest to jakaś wybitna płyta koncertowa jakich w tamtych latach było bez liku ale słucha się tego naprawde dobrze. Fajnie jest usłyszeć Claptona w dobrej formie który czaruje solówkami. To chyba jego ostatnie podrygi grania na najwyższym poziomie? No i zaskoczył mnie Winwood który doskonale zaśpiewał Presence of the Lord. Posidam wersję dwupłytową i mówiąc szczerze miałbym sporo niedosytu sluchając wydania jednopłytowego, tym bardziej że brakuje Layla czy mojego ulubionego Bell Bottom Blues. Ale na szczęście rozszerzona wersja to kompletny set. Moja ocena nie jest tak wysoka ale 8 daję z czystym sumieniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też obecnie daję 8. Śpiew Steve'a Winwooda nie powinien być zaskoczeniem, bo to był wtedy jeden z najlepszych wokalistów ;) Wydaje mi się, że dłuższa wersja tej koncertówki może momentami nużyć, skoro są na niej także kawałki z solowego debiutu Claptona (tak samo słabego, jak inne jego studyjne albumy). Ale byłoby fajnie, gdyby na winyl upchnięto trochę więcej muzyki - spokojnie starczyłoby jeszcze miejsca na "Laylę" i "Crossroads". Naprawdę fajna jest także wspólna koncertówka Claptona i Winwooda z 2009 roku. Tylko trochę za długa, z kilkoma nudniejszymi momentami.

      Usuń
  2. No właśnie przymierzałem się też do tej koncertowki z 2009 r. ale trochę zniechęciła mnie setlista. Brakuje mi utworów które chciałbym usłyszeć. Poza tym Twoja recenzja też jakoś nie zbyt entuzjastyczna. Chyba lepiej posłuchać koncertowego Derek and the Dominos?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że lepiej. Zawsze lepiej najpierw posłuchać wszystkiego z lat świetności danego wykonawcy, a dopiero potem ewentualnie wziąć się współczesne rzeczy.

      A album Blind Faith znasz?

      Usuń
  3. Nie znam ale czytałem Twoją recenzję i ten album jest na mojej liście do posłuchania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest jeden z najlepszych rockowych albumów. Polecam posłuchać najpierw tego, a dopiero potem kolejnych koncertówek Claptona. Ale od razu uprzedzam, że bluesa i hard rocka jest na nim mało, to bardzo różnorodne stylistycznie wydawnictwo.

      A Traffic? Trochę to mniej rockowe, dużo tam wpływów folku i jazzu, ale takie albumy, jak "John Barleycorn Must Die" czy "The Low Spark of High Heeled Boys" warto znać. Mnóstwo pięknych melodii i wspaniałego śpiewu Winwooda.

      Usuń
  4. Traffic też nie znam. Do czego mógłbyś to porównać z czegoś bardziej znanego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda nie znać takiej kapeli... Pierwsze trzy albumy to typowa psychodelia. A późniejsze longplaye, w tym te dwa, które wyżej polecam, to w sumie dość oryginalne granie, które ciężko porównać do czegoś konkretnego. Może trochę do Jethro Tull, ze względu na elementy folkowe i flet. Trochę też do Blind Faith, w końcu oboma zespołami dowodził Winwood.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.