27 maja 2015

[Recenzja] Cream - "Live Cream Volume II" (1972)



Druga "pośmiertna" koncertówka Cream przynosi kolejne nagrania z 9 i 10 marca 1968 roku w San Francisco (utwory od czwartego do szóstego), ale też z kolejnej, pożegnalnej trasy - zarejestrowane 4 października '68 w Oakland Coliseum Arena (trzy pierwsze utwory). "Live Cream Volume II" pod pewnymi względami stanowi przeciwieństwo wydanego dwa lata wcześniej "Live Cream". O ile na tamtym wydawnictwie znalazły się utwory nienależące do najbardziej udanych w dorobku tria, ale rozbudowane o długie, porywające improwizacje, tak tutaj trafił zdecydowanie bardziej "hitowy" repertuar, ale zaprezentowany w wersjach niespecjalnie odbiegających od studyjnych pierwowzorów.

Najwięcej zyskały dwa fragmenty albumu "Disraeli Gears" - "Tales of Brave Ulysses" i "Sunshine of Your Love", z nieco rozbudowanymi partiami solowymi, które jednak nie zmieniają drastycznie charakteru tych kompozycji (jak miało to miejsce w przypadku utworów z poprzedniej koncertówki). Trzy utwory pochodzące z albumu "Wheels of Fire" zostały potraktowane bardziej zachowawczo. W "White Room" nowością jest tylko wokaliza Jacka Bruce'a zamiast partii altówki i ostrzej zagrana końcówka. "Deserted Cities of the Heart" i "Politican" zyskały natomiast na ciężarze. Co ciekawe, ten drugi wypada znacznie lepiej, niż w koncertowej wersji z albumu "Goodbye", zarejestrowanej dwa tygodnie później. Brak długich improwizacji w powyższych utworach w pełni wynagradza "Steppin' Out" - porywający, trzynastominutowy popis muzyków na bazie utworu amerykańskiego bluesmana Memphisa Slima z 1959 roku. Warto dodać, że utwór ten nie został nigdy nagrany przez Cream w studiu, co dodatkowo podnosi wartość tej koncertówki.

W sumie szkoda, że materiał z "Live Cream" i "Live Cream Volume II" nie został wymieszany i wydany na jednym, dwupłytowym albumie, gdyż obie koncertówki świetnie się uzupełniają, pokazując nieco inne oblicze grupy. Jako całość robiłyby jeszcze większe wrażenie, niż każda osobno. Osobiście preferuję natomiast "Dwójkę", ze względu na ciekawszy wybór utworów. 

Ocena: 8/10



Cream - "Live Cream Volume II" (1972)

1. Deserted Cities of the Heart; 2. White Room; 3. Politician; 4. Tales of Brave Ulysses; 5. Sunshine of Your Love; 6. Steppin' Out

Skład: Jack Bruce - wokal, bass i harmonijka; Eric Clapton - wokal i gitara; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Felix Pappalardi


6 komentarzy:

  1. Tak sobie patrzę, jak co i rusz odgrzebujesz coraz to nowe dinozaury, wydawnictwa znane w zasadzie tylko fanom tego typu muzyki - czy w najbliższym/bądź trochę dalszym czasie masz w planach recenzje jakichś nowszych (1990s) wydawnictw?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego typu muzyka jest mi najbliższa, a co za tym idzie - najchętniej o niej piszę. Natomiast pisanie o rzeczach, które nie bardzo mi podchodzą, wcale nie sprawia mi przyjemności. A nie prowadziłbym bloga, gdyby samo pisanie nie dawało mi satysfakcji, bo innych korzyści z tego nie mam ;) Po drugie, zauważyłem, że recenzje takich zapomnianych wykonawców cieszą się większą popularnością, niż recenzję znanych grup i muzyków z lat 80./90. Co być może wynika stąd, że tych drugich jest mnóstwo w Internecie, a pierwszych niewiele - niektóre w wersji polskojęzycznej tylko na tym blogu ;)

      Jeżeli chodzi o lata 90., to na blogu pojawiły się już recenzję około 150. albumów z tej dekady. Obawiam się, że opisałem już niemal wszystko, co mogło mnie z tego okresu zaciekawić, ale być może coś przeoczyłem. Dlatego proszę o konkretne propozycję. Na najbliższe dwa tygodnie mam już sporo planów, kilka skończonych lub rozpoczętych recenzji, ale nie wykluczam, że później mogłoby pojawić się coś z tych sugestii ;)

      Usuń
  2. Tyle, że wiele osób preferuje właśnie takie "dinozaury":) Poza tym chyba nie można powiedzieć, że Cream czy Rory Gallagher są mało znani.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W czasach działalności bardzo popularni, ale dziś już nieco zapomniani (szczególnie Gallagher) - co jest kolejnym powodem, dla którego warto o nich pisać ;)

      Usuń
  3. Pisanie o "dinozaurach" ma sto razy więcej sensu niż pisanie o czymkolwiek powstałym od końca lat 80', albo nawet wcześniej. Prawie wszystko co nagrano od lat 90' to międlenie w kółko tych samych pomysłów, powstałych na przełomie lat 60' i 70' - a bywa, że i dawniej.

    Czytając tego bloga rzuca mi się w oczy trochę co innego - metodyczne recenzowanie przeciętnych, czy ledwo dobrych płyt różnych Jethro Tullów. Uważam, że znacznie ciekawsze byłoby skupienie się na albumach mniej znanych twórców, a z legend rocka na naprawdę dobrych wydawnictwach odpuszczając popłuczyny. Opowiadanie o jakimś tam War Child to generalnie strata czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już jakiś czas temu zrozumiałem, że pisanie przez kilka tygodni wyłącznie o jednym wykonawcy jest nudne. I to nie tylko dla Czytelników, ale i dla mnie. Dlatego teraz stosuję inną metodę - każdy dzień tygodnia poświęcając innemu wykonawcy (np. poniedziałki na Gallaghera, środy na Claptona, a piątki właśnie na mniej znanych twórców). Z czasem wszystko się pewnie unormuje i będzie większa różnorodność niż obecnie, a wtedy każdy znajdzie tu coś dla siebie.

      Jednak, jak wiadomo, każdemu się nie dogodzi. Bo z drugiej strony spotkałem się też z zarzutami, że nie omówiłem kilku słabszych albumów Yes. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że jeśli teraz recenzowałbym tylko najbardziej wartościowe albumy, to za kilka miesięcy, jeśli nie tygodni, już w ogóle nie miałbym o czym pisać.

      Usuń