29 maja 2015

[Recenzja] Montrose - "Montrose" (1973)



Grupa Montrose z pewnością jest znana fanom Van Halen i Iron Maiden. Tym pierwszym, ponieważ to właśnie w niej zadebiutował drugi wokalista Van Halen, Sammy Hagar. Drugim natomiast dlatego, że Brytyjczycy nagrali covery dwóch utworów amerykańskiego zespołu: "Space Station #5" i "I Got the Fire". Montrose powstał w 1972 roku w San Francisco, z inicjatywy gitarzysty Ronniego Montrose'a - do tamtej pory działającego jako muzyk sesyjny (współpracował m.in. z Vanem Morrisonem i Edgarem Winterem). Debiutancki album zespołu nie został doceniony w chwili wydania (zaledwie 133. pozycja na liście Billboardu), ale po latach zyskał status kultowego. Z czasem zaczął być postrzegany jako "pierwszy amerykański album heavy metalowy", a o samym zespole mówiono "amerykańska odpowiedź na Led Zeppelin". Oczywiście jest w tym sporo przesady, aczkolwiek nie jest to też całkiem bezpodstawne.

Okładka wydania europejskiego.
Kluczowym utworem na albumie jest niesamowicie nośny, a przy tym ciężki "Rock Candy". To jedyny utwór, w którym rzeczywiście słychać wyraźny wpływ Led Zeppelin - począwszy od perkusyjnego intra (perkusista Denny Carmassi nie krył, że zagrał je pod wpływem "When the Levee Breaks"), poprzez zadziorne gitarowe riffy (nie tak odległe od tych, które Jimmy Page grał na zeppelinowej "Dwójce"), a kończąc na ostrym śpiewie Hagara (chociaż bliżej mu do Paula Rodgersa niż Roberta Planta). Innym wyróżniającym się utworem jest "Space Station #5". Rozpoczęty spokojnym wstępem, z pojedynczymi uderzeniami w struny gitary akustycznej (poza tym w ogóle nie występującej na albumie) na tle "kosmicznych" dźwięków, po chwili jednak nabierający hardrockowej mocy. Całość napędza wyrazista, galopująca partia basu - zupełnie jak później u Iron Maiden. Nic dziwnego, że Brytyjczycy wzięli ten utwór na warsztat (nagrali go w 1992 roku, na stronę B singla "Be Quick or Be Dead"). Drugim utworem uzasadniającym tezę o "pierwszym amerykańskim albumie heavy metalowym" jest rozpędzony "Rock the Nation", oparty na przyjemnym riffowaniu Ronniego Montrose'a. Ale longplay zawiera głównie wolniejsze kawałki, kojarzące się z wygładzonym hard rockiem w stylu Bad Company ("Bad Motor Scooter", "I Don't Want It", "One Thing on My Mind", oraz najciekawszy z nich "Make It Last", ozdobiony gitarowymi slide'ami). Chociaż trzeba dodać, że to Montrose zadebiutował rok wcześniej. Podobne skojarzenia wywołuje cover "Good Rockin' Tonight" Roya Browna, o nieco lżejszym brzmieniu i bardziej rock and rollowym charakterze. To jedyne, zresztą niewielkie, urozmaicenie na tym albumie - nie ma tu żadnych ballad, jest wyłącznie stricte hardrockowy materiał.

Debiut Montrose powinien zainteresować przede wszystkim tych wielbicieli ciężkiego rocka, którym nie przeszkadza monotonia i pewna toporność, charakterystyczna dla większości amerykańskich grup, a będąca przeciwieństwem brytyjskiej finezji. Jest tutaj kilka naprawdę niezłych fragmentów, a całość jest dość równa - co oznacza, że nie ma tu żadnego utworu zaniżającego poziom, ale też żadnego wybitnego, który uczyniłby z tego albumu coś więcej, niż ciekawostkę dla fanów Van Halen i Iron Maiden.

Ocena: 7/10

PS. Z dyskografii Montrose warto sięgnąć jeszcze po drugi album, "Paper Money" (1974). To właśnie na nim znalazł się drugi utwór przerobiony później przez Iron Maiden, "I Got the Fire". Od pierwszych sekund porywa świetnymi riffami i solówkami, wspartymi mocną grą sekcji rytmicznej. Inne utwory tego typu, chociaż już mniej porywające, to "The Dreamer" i tytułowy. Ogólnie jednak na longplayu dominuje łagodniejsze granie. Znalazły się na nim nawet ballady z brzmieniami akustycznymi i klawiszowymi (np. cover "Connection" Rolling Stonesów, albo śpiewany wyjątkowo przez Ronniego Montrose'a "We're Going Home"). Po wydaniu "Paper Money", Sam Hagar odszedł z grupy, aby rozpocząć karierę solową (a w 1985 roku dołączył do Van Halen). Ronnie Montrose wydał z zespołem jeszcze trzy niezbyt udane albumy, po czym porzucił go na rzecz solowej działalności. 3 marca 2012 roku popełnił samobójstwo, prawdopodobnie w związku z chorobą nowotworową, która go dotknęła.



Montrose - "Montrose" (1973)

1. Rock the Nation; 2. Bad Motor Scooter; 3. Space Station #5; 4. I Don't Want It; 5. Good Rockin' Tonight; 6. Rock Candy; 7. One Thing on My Mind; 8. Make It Last

Skład: Sam Hagar - wokal; Ronnie Montrose - gitara; Bill Church - bass; Denny Carmassi - perkusja
Producent: Ted Templeman


28 maja 2015

[Recenzja] Dave Gahan - "Hourglass" (2007)



Wydany w 2005 roku "Playing the Angel" był pierwszym albumem Depeche Mode od czasu debiutanckiego "Speak & Spell", na którym przełamany został kompozytorski monopol Martina Gore'a. Dave Gahan dostarczył na niego trzy utwory, skomponowane wspólnie z Christianem Eignerem (koncertowym perkusistą Depeche Mode od 1997 roku) i Andrewem Phillpottem. Ta sama dwójka pomogła wokaliście w stworzeniu jego drugiego albumu solowego, zatytułowanego "Hourglass". Nagrywanie znacznie różniło się od tworzonego tradycyjnymi metodami debiutanckiego "Paper Monsters". Christian gra na perkusji, a Andrew swobodnie posługuje się gitarą i basem - wyjaśniał Gahan. Nagrywamy to, a potem tniemy na kawałki i bawimy się tym używając ProTools, efektów i innych zabawek. Wszystkie partie gitar zarejestrowane przez Phillpotta zostały tak przetworzone, że brzmią jakby pochodziły z syntezatorów, natomiast perkusja brzmi jak z automatu. W rezultacie album jest bardzo elektroniczny, odległy od surowego debiutu. Dopiero na koniec do kilku utworów dodano niezmodyfikowane partie gitar, nagrane przez różnych muzyków zaproszonych do studia.

Album rozpoczyna się zaskakująco spokojnie, od "Saw Something" - powoli rozwijającej się kompozycji o pięknej melodii, z punktem kulminacyjnym w postaci gitarowej solówki, zagranej przez Johna Frusciante'a (w tamtym czasie członka Red Hot Chili Peppers). Naprawdę bardzo udany utwór. Zaryzykuję stwierdzenie, że bije on na głowę wszystkie utwory Depeche Mode nagrane po albumie "Ultra" (no może z wyjątkiem "Heaven"). Kolejny utwór, "Kingdom", to już zupełnie inny klimat. Konkretny, dynamiczny kawałek oparty na prostym rytmie, z wyraźnym - chociaż zniekształconym - brzmieniem gitar, oraz całkiem chwytliwą melodią. Świetny materiał na przebój, chociaż nie zaszedł wysoko w notowaniach singli. Poziom spada w agresywnym "Deeper and Deeper", z zadziornym śpiewem Gahana i podkładem muzycznym kojarzącym się z remiksami Depeche Mode. Ostre, przesterowane brzmienia pojawiają się jeszcze np. w "21 Days" (w którym znów wyraźniej słychać gitarę) albo w "Use You", ale są one bardziej przystępne, nie tak agresywne. Najbardziej udanym utworem tego typu jest natomiast "A Little Lie", który ma większy potencjał hitowy, niż jakikolwiek singiel Depeche Mode z XXI wieku. Na albumie nie brak też bardziej stonowanych utworów. Najbardziej subtelnie brzmi "Miracles", z wręcz ambientowym podkładem muzycznym. Najbardziej intrygujący jest jednak "Insoluble", w którym ciekawie jest budowane napięcie. Interesujący klimat ma także finałowy "Down". Ewidentnie słabszy okazuje się "Endless" - podobnie jak w "Deeper and Deeper", słychać w nim coś z remiksów Depeche Mode, chociaż tym razem tych łagodniejszych.

"Hourglass" to album nieco nierówny, można mu także zarzucić zbytnie podobieństwo do twórczości macierzystej grupy Dave'a Gahana. Jest to jednak album o wiele bardziej dojrzały i odważny, niż debiutancki "Paper Monsters". Także w porównaniu z trzema utworami autorstwa Gahana (i jego dwóch pomocników) z "Playing the Angel", słychać znaczny postęp w kwestii kompozytorskiej.

Ocena: 7/10



Dave Gahan - "Hourglass" (2007)

1. Saw Something; 2. Kingdom; 3. Deeper and Deeper; 4. 21 Days; 5. Miracles; 6. Use You; 7. Insoluble; 8. Endless; 9. A Little Lie; 10. Down

Skład: Dave Gahan - wokal; Andrew Phillpott - gitara i bass; Christian Eigner - perkusja
Gościnnie: John Frusciante - gitara (1); Kevin Murphy - wiolonczela (1); Niko Stoessl - gitara (2,6); Graham Finn - bass (2), gitara (4); Tony Hoffer - gitara (9); Karl Ritter - gitara (10); Jenni Muldaur - dodatkowy wokal (10)
Producent: Dave Gahan, Andrew Phillpott i Christian Eigner


27 maja 2015

[Recenzja] Cream - "Live Cream Volume II" (1972)



Druga "pośmiertna" koncertówka Cream przynosi kolejne nagrania z 9 i 10 marca 1968 roku w San Francisco (utwory od czwartego do szóstego), ale też z kolejnej, pożegnalnej trasy - zarejestrowane 4 października '68 w Oakland Coliseum Arena (trzy pierwsze utwory). "Live Cream Volume II" pod pewnymi względami stanowi przeciwieństwo wydanego dwa lata wcześniej "Live Cream". O ile na tamtym wydawnictwie znalazły się utwory nienależące do najbardziej udanych w dorobku tria, ale rozbudowane o długie, porywające improwizacje, tak tutaj trafił zdecydowanie bardziej "hitowy" repertuar, ale zaprezentowany w wersjach niespecjalnie odbiegających od studyjnych pierwowzorów.

Najwięcej zyskały dwa fragmenty albumu "Disraeli Gears" - "Tales of Brave Ulysses" i "Sunshine of Your Love", z nieco rozbudowanymi partiami solowymi, które jednak nie zmieniają drastycznie charakteru tych kompozycji (jak miało to miejsce w przypadku utworów z poprzedniej koncertówki). Trzy utwory pochodzące z albumu "Wheels of Fire" zostały potraktowane bardziej zachowawczo. W "White Room" nowością jest tylko wokaliza Jacka Bruce'a zamiast partii altówki i ostrzej zagrana końcówka. "Deserted Cities of the Heart" i "Politican" zyskały natomiast na ciężarze. Co ciekawe, ten drugi wypada znacznie lepiej, niż w koncertowej wersji z albumu "Goodbye", zarejestrowanej dwa tygodnie później. Brak długich improwizacji w powyższych utworach w pełni wynagradza "Steppin' Out" - porywający, trzynastominutowy popis muzyków na bazie utworu amerykańskiego bluesmana Memphisa Slima z 1959 roku. Warto dodać, że utwór ten nie został nigdy nagrany przez Cream w studiu, co dodatkowo podnosi wartość tej koncertówki.

W sumie szkoda, że materiał z "Live Cream" i "Live Cream Volume II" nie został wymieszany i wydany na jednym, dwupłytowym albumie, gdyż obie koncertówki świetnie się uzupełniają, pokazując nieco inne oblicze grupy. Jako całość robiłyby jeszcze większe wrażenie, niż każda osobno. Osobiście preferuję natomiast "Dwójkę", ze względu na ciekawszy wybór utworów. 

Ocena: 8/10



Cream - "Live Cream Volume II" (1972)

1. Deserted Cities of the Heart; 2. White Room; 3. Politician; 4. Tales of Brave Ulysses; 5. Sunshine of Your Love; 6. Steppin' Out

Skład: Jack Bruce - wokal, bass i harmonijka; Eric Clapton - wokal i gitara; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Felix Pappalardi


[Recenzja] Cream - "Live Cream" (1970)



Grupa Cream zapisała się w historii muzyki przede wszystkim dzięki swoim porywającym występom na żywo. Niewielu rockowym wykonawcom udało się podczas koncertów zbliżyć do poziomu reprezentowanego przez brytyjskie trio. Dla wszystkich, którzy nie mieli szans na zobaczenie - i usłyszenie - Cream na scenie, pocieszeniem są koncertowe rejestracje. Już albumy "Wheels of Fire" i "Goodbye" częściowo składały się z utworów zarejestrowanych na żywo, jednak pierwszy w pełni koncertowy album, "Live Cream", ukazał się dopiero po rozpadzie supergrupy. No, nie do końca w pełni koncertowy... Uzupełniono go bowiem niespełna trzyminutowym utworem nagranym w studiu - "Lawdy Mama", będącym pierwotną wersją przeboju "Strange Brew". Co ciekawe, w tej starszej wersji utwór jest podpisany jako "Traditional, arr. Eric Clapton". Tymczasem późniejsza wersja z albumu "Disraeli Gears" - różniąca się tylko tekstem i gitarową solówką - jest już podpisana jako dzieło Erica Claptona, Felixa Pappalardiego i Gail Collins. Cóż, nie tylko muzycy Led Zeppelin wpadli na pomysł przypisywania sobie autorstwa kompozycji nieznanych twórców...

Pozostałe cztery utwory zostały zarejestrowane już podczas koncertów - 7, 9 i 10 marca 1968 roku w San Francisco. Pierwszy z nich odbył się w słynnej hali The Fillmore (obecnie Fillmore West), dwa kolejne w Winterland Ballroom. Warto dodać, że to właśnie podczas tych ostatnich zarejestrowano koncertowe utwory z "Wheels of Fire" - m.in. genialną interpretację "Spoonful" i legendarne wykonanie "Crossroads". Na "Live Cream" niestety nie ma tak wybitnych kompozycji. Wszystkie cztery utwory pochodzą z debiutanckiego albumu "Fresh Cream" - najmniej interesującego ze studyjnej dyskografii zespołu, zawierającego głównie konwencjonalny pop rock. Na koncertach materiał ten nabierał jednak zupełnie innego charakteru. Melodie i motywy znane z wersji studyjnych były właściwie tylko pretekstem do rozpoczęcia długich improwizacji. Weźmy taki "N.S.U.", który otwiera ten album. Pierwsze półtora minuty to pośpieszne odegranie trzech pierwszych zwrotek (każda z nich składa się z dwóch wersów) i tyluż refrenów (jeszcze bardziej banalnych, złożonych z powtórzonego kilka razy "aaah aaaah"). Muzycy robią to jakby od niechcenia, nie przykładając się specjalnie. Ale po zakończeniu trzeciego refrenu rozpoczynają porywającą improwizację, opartą na świetnej interakcji między całą trójką. Trwa ona blisko osiem minut, po czym zespół na zakończenie odgrywa szybko ostatnią zwrotkę i refren. Dla odmiany, "Sleepy Time Time" odegrany jest dość wiernie pierwowzoru - muzycy cały czas trzymają się podstawowego tematu, jedynie Clapton nieco wydłużył swoje solówki. Za to w "Sweet Wine" poszli na całość - instrumentalna improwizacja (nawiasem mówiąc, rewelacyjna) zajmuje dwanaście i pół minuty z... piętnastominutowego nagrania. Całości dopełnia przeróbka "Rollin' and Tumblin'", będąca przede wszystkim popisem Jack Bruce'a na harmonijce. Utwór jest nieznacznie dłuższy od wersji studyjnej, ale za to zagrany ostrzej i bardziej energetycznie.

Dobór materiału na pewno nie jest zaletą "Live Cream" - same improwizacje są o wiele ciekawsze, niż utwory, w które je wpleciono. Album jest jednak fantastycznym świadectwem tego, jak wyglądały koncerty jednej z najważniejszych i najlepszych grup w historii muzyki rockowej.

Ocena: 7/10



Cream - "Live Cream" (1970)

1. N.S.U.; 2. Sleepy Time Time; 3. Lawdy Mama; 4. Sweet Wine; 5. Rollin' and Tumblin'

Skład: Jack Bruce - wokal i bass; Eric Clapton - wokal i gitara; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Felix Pappalardi (1,2,4,5), Ahmet Ertegun i Robert Stigwood (3)


26 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "The Christmas Album" (2003)



Dość niefortunnie się złożyło, że ostatni studyjny album sygnowany nazwą Jethro Tull to... płyta świąteczna. Wydawnictwa tego typu mają to do siebie, że nadają się do słuchania tylko podczas konkretnego okresu w roku. Miałem poważne obawy, czy w ogóle powinienem recenzować ten album w maju, czy może lepiej byłoby poczekać do grudnia? Z drugiej strony, chciałbym już zamknąć temat Jethro Tull na blogu, bez robienia kilkumiesięcznej przerwy na samym finiszu. Album zresztą nie odstaje drastycznie pod względem muzycznym od swoich poprzedników. Ba, Ian Anderson i spółka umieścili na nim nowe wersje kilku utworów z wcześniejszych albumów lub singli grupy ("A Christmas Song", "Another Christmas Song", "Jack Frost and the Hooded Crow", "Weathercock", "Fire at Midnight", "Ring Out Solstice Bells" i "Bourée") oraz swoich solowych wydawnictw ("Birthday Card at Christmas" Andersona i "A Winter Snowscape" Martina Barre'a). Poza tym repertuaru dopełniają interpretacje tradycyjnych pieśni bożonarodzeniowych (m.in. fajna wersja "God Rest Ye Merry, Gentlemen") i tzw. muzyki poważnej (np. "Pavane" Gabriela Fauré'a), oraz kilka nowych utworów autorstwa Andersona (np. całkiem udany "Last Man at the Party"). Wszystko to składa się na bardzo spójny album, który - pomijając warstwę tekstową - nie różni się specjalnie od "normalnych" dzieł Jethro Tull. Na pewno bardziej udany, niż poprzedni w dyskografii, bezbarwny "J-Tull Dot Com". Tutaj zespół o wiele bardziej przekonująco nawiązał do swojej przeszłości. W sumie można potraktować "The Christmas Album" jako ciekawy suplement do podstawowej dyskografii. I zdecydowanie najlepszy świąteczny album, jaki słyszałem (fakt, że nie było ich wiele).

Ocena: 7/10

PS. Reedycja albumu z 2009 roku zawiera drugi dysk, zatytułowany "Christmas at St Bride's 2008". Jest to zapis świątecznego występu Jethro Tull z udziałem chóru w londyńskim St Bride's Church. Repertuar mocno pokrywa się z dyskiem studyjnym, ale doszły m.in. "Living in These Hard Times" (odrzut z okresu "Heavy Horses") i fragment "Thick as a Brick".



Jethro Tull - "The Jethro Tull Christmas Album" (2003)

1. Birthday Card at Christmas; 2. Holly Herald; 3. A Christmas Song; 4. Another Christmas Song; 5. God Rest Ye Merry, Gentlemen; 6. Jack Frost and the Hooded Crow; 7. Last Man at the Party; 8. Weathercock; 9. Pavane; 10. First Snow on Brooklyn; 11. Greensleeved; 12. Fire at Midnight; 13. We Five Kings; 14. Ring Out Solstice Bells; 15. Bourée; 16. A Winter Snowscape

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina i instr. perkusyjne; Martin Barre - gitara; Andrew Giddings - instr. klawiszowe, bass (1,3,6-8,10,12,14), akordeon (2,13,15); Jonathan Noyce - bass (2,5,9,11,13,15); Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne (1,4,6,8,10,12,14)
Gościnnie: James Duncan - perkusja i instr. perkusyjne (2,3,5,9,11,13,15); Dave Pegg - mandolina (3), bass (4); Gábor Csonka - skrzypce (10); Péter Szilágyi - skrzypce (10); Gyula Benkő - altówka (10); András Sturcz - wiolonczela (10)
Producent: Ian Anderson


25 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Photo-Finish" (1978)



W grudniu 1977 roku Rory Gallagher, wraz ze swoim zespołem, udał się do San Francisco, gdzie pod okiem producenta Elliota Mazera (znanego ze współpracy z Neilem Youngiem i Janis Joplin), zarejestrował materiał na swój siódmy studyjny album solowy. Longplay, zatytułowany "Torch", został ukończony i nawet wytłoczono już pierwsze egzemplarze, kiedy niezadowolony z rezultatu Gallagher postanowił wstrzymać jego wydanie. Następnie przegrupował swój zespół, wyrzucając perkusistę Roda de'Atha i klawiszowca Lou Martina, zastępując tylko pierwszego z nich nowym muzykiem - Szkotem Tedem McKenną (wcześniej członkiem Tear Gas i The Sensational Alex Harvey Band). Latem 1978 roku, w niemieckim studiu Dietera Dierksa, podjęto kolejną próbę nagrania albumu (muzycy ponownie zarejestrowali pięć utworów z poprzedniej sesji, a także cztery nowe kompozycje). Tym razem w pełni satysfakcjonującą Gallaghera. Materiał został dostarczony wytwórni tuż przed wyznaczonym ostatecznym terminem - nawiązaniem do tego jest ostateczny tytuł albumu, "Photo-Finish".

Pod względem muzycznym, album kontynuuje hardrockowy kierunek obrany na "Calling Card". Niestety, tym razem zabrakło różnorodności, tak charakterystycznej dla wcześniejszych dzieł Gallaghera. No dobrze, nie do końca zabrakło... Znalazły się tutaj dwa utwory o nieco innym klimacie. W częściowo akustycznym "Overnight Bag" pobrzmiewa irlandzki folk, a finałowy "Fuel to the Fire" to udramatyzowana bluesrockowa ballada. Te dwie kompozycje to najjaśniejsze punkty longplaya. Całej reszcie brakuje wyrazistości. Nawet "Shadow Play" - niesamowicie porywający w wersjach koncertowych - tutaj brzmi zbyt zachowawczo, bezbarwnie. To samo dotyczy innych utworów, które Rory wykonywał na żywo: "Shin Kicker", "Brute Force & Ignorance" i "The Last of the Independents". Dopiero na scenie nabrały właściwej energii. W studyjnych wersjach słychać natomiast niechęć Gallaghera do spędzania czasu w studiu. W "Cruise On Out" uwagę przyciągają dwie długie solówki Irlandczyka, ale reszta utworu jest zwyczajnie mdła. Nieco toporny, monotonny "Cloak & Dagger" zaskakuje z kolei niespodziewanie chwytliwym refrenem. Najmniej wyróżniającym się utworem jest natomiast "The Mississippi Sheiks". Jego tytuł to hołd dla tak właśnie nazywającej się bluesowej grupy z lat 30. (najbardziej znanej z utworu "Sitting on Top of the World", coverowanego m.in. przez Cream), jednak utrzymany jest w bluesrockowym stylu typowym dla lat 70. Szkoda tylko, że został zagrany jakby zupełnie bez przekonania.

"Photo-Finish" nagrywany był w pośpiechu i odbiło się to niestety na jakości tego materiału. Poprzednie albumy Gallaghera (z wyjątkiem "Blueprint") ustawiły poprzeczkę wysoko. "Photo-Finish" brzmi natomiast tak, jakby Rory nawet nie próbował jej przeskoczyć. Na szczęście, spadek poziomu nie jest ogromny. Album jak najbardziej nadaje się do słuchania, nawet jeśli wypada blado na tle poprzednich dzieł Irlandczyka. Są tutaj przynajmniej dwie naprawdę dobre kompozycje, a kilka innych okazało się typowo koncertowymi utworami, które w wersjach studyjnych po prostu nie mogą zabrzmieć tak dobrze, jak na żywo.

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Photo-Finish" (1978)

1. Shin Kicker; 2. Brute Force & Ignorance; 3. Cruise On Out; 4. Cloak & Dagger; 5. Overnight Bag; 6. Shadow Play; 7. The Mississippi Sheiks; 8. The Last of the Independents; 9. Fuel to the Fire

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Ted McKenna - perkusja
Producent: Rory Gallagher i Alan O'Duffy


22 maja 2015

[Recenzja] Jack Bruce - "Songs for a Tailor" (1969)



W ostatnim czasie w piątki recenzuję albumy wykonawców mniej znanych, zapomnianych, przeważnie takich, którzy nigdy nie przedostali się do świadomości przeciętnych słuchaczy. Czemu zatem dziś prezentuję album Jacka Bruce'a - niegdyś członka jednego z najbardziej popularnych zespołów rockowych, tria Cream; człowieka, który zrewolucjonizował grę na gitarze basowej i inspirował dziesiątki, jeśli nie setki basistów? Niestety, jego kariera po rozpadzie Cream daleka była od komercyjnych sukcesów Erica Claptona. Ba, nawet perkusista Ginger Baker częściej przypominał o swoim istnieniu szerszemu gronu odbiorców, chociażby jako członek Public Image Ltd. i Hawkwind, nie wspominając już o tym, że wziął udział w nagrywaniu "Band on the Run" Paula McCartneya. Tymczasem działalność Bruce'a stała raczej w opozycji do mainstreamu, co może dziwić tym bardziej, że to on właśnie był kompozytorem większości przebojów Cream, z "I Feel Free", "Sunshine of Your Love" i "White Room" na czele. Z jego licznych solowych albumów, komercyjny sukces odniósł tylko debiutancki "Songs for a Tailor", któremu udało się dojść do 6. miejsca UK Albums Chart.

Chociaż Jack pozyskał do swojego obozu dwóch ważnych współpracowników Cream - tekściarza Pete'a Browna i producenta Felixa Pappalardiego - postanowił odejść od muzyki, jaką wykonywał z zespołem. Podczas gdy Clapton i Baker kontynuowali blues/hardrockową tradycję Cream w swojej kolejnej supergrupie, Blind Faith, Bruce zdecydował się zaprezentować światu swoje łagodniejsze oblicze. Jeżeli już na siłę szukać jakiś podobieństw między post-creamowymi albumami byłych członków grupy, to "Songs for a Tailor" najbliżej do solowego debiutu Claptona. Przynajmniej pod względem aranżacyjnym, bo artystycznie jest to jednak wyższa półka. Podobnie jak tam, dominują tutaj utwory proste, często o wyraźnie popowym charakterze (np. "Tickets to Water Falls", "Weird of Hermiston"), czasem z pierwszoplanową rolą dęciaków ("Never Tell Your Mother She's Out of Tune", "The Ministry of Bag", "Boston Ball Game 1967" - w pierwszym z nich gościnnie wystąpił George Harrison, ale jego partia jest niezbyt słyszalna).

Jednak "Songs for a Tailor" jest albumem o wiele bardziej zróżnicowanym. Znalazła się tu chociażby zgrabna ballada oparta przede wszystkim na akompaniamencie organów - "Theme for an Imaginary Western" (bardziej chyba znana z wykonania Mountain - zespołu w którym występował Pappalardi). Albo nieco bardziej rozbudowany "To Isengard", składający się z dwóch części - akustycznej z partią wokalną, oraz głównie instrumentalnej, z improwizacją na granicy funku, jazzu i rocka. Największym kontrastem do reszty longplaya jest jednak finałowy "The Clearout" - dynamiczna, ostra, niemal hardrockowa kompozycja. Ale to akurat odrzut z sesji nagraniowej "Disraeli Gears" Cream. Z tego samego okresu pochodzi także wspomniany już "Weird of Hermiston" - muzycznie dość błahy, ale ozdobiony intrygującym, poetyckim tekstem Browna. Zresztą to właśnie warstwa tekstowa jest największym atutem "Songs for a Tailor". Bo muzycznie - jak na album jednego z prekursorów hard rocka - trochę brakuje tu dynamiki. Chociaż może to i lepiej, że Bruce zamiast odcinania kuponów od sukcesów Cream, poprzez granie w tym samym stylu, zaproponował coś innego. Może i nie odkrywczego, ani szczególnie wybitnego, ale zdecydowanie wartego poznania.

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Songs for a Tailor" (1969)

1. Never Tell Your Mother She's Out of Tune; 2. Theme for an Imaginary Western; 3. Tickets to Water Falls; 4. Weird of Hermiston; 5. Rope Ladder to the Moon; 6. The Ministry of Bag; 7. He the Richmond; 8. Boston Ball Game 1967; 9. To Isengard; 10. The Clearout

Skład: Jack Bruce - wokal i bass, pianino (1-6,8,10), organy (2-4,10), gitara (5,7,8), wiolonczela (5)
Gościnnie: George Harrison - gitara (1); Chris Spedding - gitara (2-4,6,9,10); Felix Pappalardi - dodatkowy wokal (5,9), instr. perkusyjne (7), gitara (9); Jon Hiseman - perkusja (1-4,6,8-10); John Marshall - perkusja (5,7); Dick Heckstall-Smith - saksofon (1,6,8); Art Themen - saksofon (1,6,8); Harry Beckett - trąbka (1,6,8); Henry Lowther - trąbka (1,6,8); John Mumford - puzon (8)
Producent: Felix Pappalardi


21 maja 2015

[Recenzja] Dave Gahan - "Paper Monsters" (2003)



W ostatnim czasie odświeżyłem sobie dyskografię Depeche Mode i okazało się, że wciąż znajduję w ich twórczości wiele dla siebie - szczególnie na albumach od "Black Celebration" do "Ultra". Twórczość grupy omówiłem na blogu już dawno temu, pozostają jednak solowe dokonania jej członków. Największą karierę poza zespołem zrobił wokalista Dave Gahan. Dla wielu mogło to być szokiem, ponieważ przed 2003 rokiem Gahan praktycznie zupełnie nie przejawiał chęci komponowania własnych utworów (podczas sesji nagraniowej "Ultra" zaproponował jeden swój utwór, "Closer", ale został on odrzucony przez pozostałych muzyków). Inna sprawa, że materiału na swoje solowe albumy nie komponował zupełnie samodzielnie. W przypadku debiutanckiego "Paper Monsters" jego songwritterskim partnerem został multiinstrumentalista Knox Chandler (fanom Depeche Mode znany już wcześniej, dzięki małemu wkładowi w album "Exciter" - zaaranżował partię smyczków do utworu "When the Body Speaks").

Zawartość "Paper Monsters" w porównaniu z twórczością Depeche Mode brzmi bardziej naturalnie - mniej elektroniki, więcej prawdziwych instrumentów (chociaż w części utworów wykorzystano automat perkusyjny). Ale właśnie tego można było się spodziewać - Gahan, wspólnie z Alanem Wilderem, należał do tej frakcji Depeche Mode, która na początku lat 90. opowiadała się za bardziej rockowym brzmieniem. "Paper Monsters" rozpoczyna się zresztą od dość ostrego, rockowego utworu "Dirty Sticky Floors". To jednak zmyłka, bo nie ma tu więcej takich energetycznych kawałków, a ostrzejsze gitary słychać jeszcze tylko w nieco bluesowych "Bottle Living" (momentami wręcz plagiatującym depechowy "Personal Jesus") i "Black and Blue Again", a także w refrenach intrygującego "Hidden Houses" (zdecydowanie najlepszego pod względem melodycznym fragmentu albumu) i w końcówce "Goodbye". Poza tym, mamy tu do czynienia głównie ze spokojniejszym graniem. Niestety, większość z tych utworów jest strasznie nużąca, wręcz smętna ("Hold On", "A Little Piece", "Stay", "Bitter Apple"). Jako tako broni się żywszy, chwytliwy "I Need You" - jest to jednak utwór stricte popowy, ewidentnie zrobiony pod masowych odbiorców (został wydany na drugim - po "Dirty Sticky Floors" - singlu promującym album).

"Paper Monsters" okazał się punktem zwrotnym w karierze Dave'a Gahana - dzięki niemu pozostali muzycy Depeche Mode uwierzyli w kompozytorskie zdolności wokalisty i już na każdym kolejnym albumie grupy umieszczali po kilka utworów jego autorstwa. Z drugiej strony, solowy debiut Gahana pozostawia we mnie mieszane odczucia. Znalazło się na nim kilka udanych utworów, które mogłyby ozdobić album Depeche Mode, ale jako całość zwyczajnie męczy. 

Ocena: 6/10



Dave Gahan - "Paper Monsters" (2003)

1. Dirty Sticky Floors; 2. Hold On; 3. A Little Piece; 4. Bottle Living; 5. Black and Blue Again; 6. Stay; 7. I Need You; 8. Bitter Apple; 9. Hidden Houses; 10. Goodbye

Skład: Dave Gahan - wokal, instr. klawiszowe i harmonijka; Knox Chandler - gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wiolonczela i aranżacja instr. smyczkowych
Gościnnie: Victor Indrizzo - perkusja (3,5,9)Paul Garisto - perkusja (4,9,10)Doug Petty - pianino (3,6); Maxim Moston, Antoine Silverman, Joan Wasser - skrzypce (3,5); David Gold - altówka (3,5); Jane Scarpantoni - wiolonczela (3,5); Jolyon Thomas - instr. perkusyjne (6); Dee Lewis - dodatkowy wokal (1)
Producent: Ken Thomas


20 maja 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)



Zespół Derek and the Dominos rozpadł się niedługo po zakończeniu trasy promującej debiutancki album. Chociaż muzycy (bez Duane'a Allmana, który w październiku 1971 roku zginął w wypadku motocyklowym) weszli do studia, by nagrać drugi album, kłótnie między nimi spowodowały rychłe przerwanie sesji. W tym samym czasie Eric Clapton niemal całkowicie odizolował się od otaczającego go świata, pogrążając się w heroinowym nałogu i nieodwzajemnionej miłości do Pattie Boyd, wówczas żony najlepszego kumpla, George'a Harrisona. W ciągu tego blisko dwuletniego okresu tylko raz pojawił się na scenie - w sierpniu 1971 roku, na zorganizowanym przez Harrisona Concert for Bangladesh.

Kto wie, jak dalej potoczyłyby się jego losy, gdyby nie pomoc Pete'a Townshenda. Gitarzysta The Who zaplanował koncertowy powrót Claptona, który miał pomóc mu w zerwaniu z uzależnieniem - co, o dziwo, udało się. 13 stycznia 1973 roku w londyńskim Rainbow Theatre odbyły się dwa występy, będące pierwszym publicznym wystąpieniem Erica od czasu Concert for Bangladesh (co ciekawe, właśnie wtedy po raz pierwszy wystąpił ze swoim słynnym czarno-białym Stratocasterem, nazwanym "Blackie"). Poza Claptonem i Townshendem, na scenie pojawił się także przyszły gitarzysta The Rolling Stones, Ronnie Wood, oraz prawie cały ówczesny skład zespołu Traffic: Steve Winwood, Ric Grech, Jim Capaldi i Rebop Kwaku Baah (dwaj pierwsi już wcześniej grali z Claptonem, w supergrupie Blind Faith). Pamiątką po tym wydarzeniu jest album "Rainbow Concert".

W oryginalnej wersji winylowej album zawiera zaledwie sześć utworów o łącznym czasie nie przekraczającym trzydziestu pięciu minut. Rewelacyjnie wykonania wynagradzają jednak wszelkie niedostatki. Szczególnie zyskał "After Midnight" JJ Cale'a. Aż trudno rozpoznać, że to ta sama kompozycja, która na solowym debiucie Claptona została przedstawiona w banalnej, spopowionej wersji. Tutaj jest to porywający bluesrockowy utwór, pełen energetycznych gitarowych popisów. Większej mocy nabrały także utwory Derek and the Dominos: "Roll It Over" i hendrixowski "Little Wing". Pełne autentycznych emocji, słyszalnych w gitarowych i wokalnych partiach Claptona, wykonanie tego drugiego wypada naprawdę poruszająco. Ogromny ładunek emocjonalny niesie także wspaniałe wykonanie "Presence of the Lord", które dzięki partii wokalnej Winwooda (tak jak w oryginalnej wersji Blind Faith) wypada o wiele bardziej przekonująco, niż na "In Concert" Derek and the Dominos. Winwood w roli głównego wokalisty występuje także w "Pearly Queen" z repertuaru Traffic - zaprezentowanym w porywającej, rozimprowizowanej wersji. Repertuaru dopełnia "Badge" z pożegnalnego albumu Cream, który w tej wersji traci nieco oryginalnego uroku, ale zyskuje więcej energii, co w warunkach koncertowych sprawdza się lepiej.

"Rainbow Concert" to świetne udokumentowanie triumfalnego powrotu Claptona na scenę (inna sprawa, że nie przełożyło się to na jego późniejsze albumy studyjne). Może trochę szkoda, że nie zdecydowano się wydać go w formie dwupłytowego albumu, ale nawet w takiej "esencjonalnej" wersji dostarcza wystarczającą ilość pozytywnych wrażeń. Dla spragnionych więcej są kompaktowe reedycje, bogatsze o osiem utworów ("Layla", "Blues Power", "Bottle of Red Wine", "Bell Bottom Blues", "Tell the Truth", "Key to the Highway", "Let It Rain" i "Crossroads").

Ocena: 8/10



Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)

1. Badge; 2. Roll It Over; 3. Presence of the Lord; 4. Pearly Queen; 5. After Midnight; 6. Little Wing

Skład: Eric Clapton - wokal (1,2,5,6) i gitara; Steve Winwood - wokal (3,4) i instr. klawiszowe; Pete Townshend - gitara i dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara i dodatkowy wokal; Ric Grech - bass; Jim Capaldi - perkusja; Jimmy Karstein - perkusja; Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Producent: Bob Pridden


19 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "J-Tull Dot Com" (1999)



Dwudziesty - i ostatni z kompletnie premierowym materiałem - studyjny album Jethro Tull nie sprawia niestety najlepszego wrażenia. Po zaskakującym "Roots to Branches", na którym zespół eksplorował nowe dla siebie muzyczne rejony, Ian Anderson postanowił nagrać coś bardziej konwencjonalnego. No dobrze, momentami pobrzmiewa coś z orientalnego klimatu poprzedniego albumu - chociażby w "AWOL" i "El Niño", przede wszystkim zaś w tytułowym "Dot Com", wyróżniającym się wschodniobrzmiącymi wokalizami Najmy Akhtar (znanej także z albumu "No Quarter" Jimmy'ego Page'a i Roberta Planta). Ogólnie jednak longplay brzmi zdecydowanie bardziej europejsko, co samo w sobie nie jest oczywiście wadą. Problem w tym, że większość utworów ociera się o popowy banał. Gdyby chociaż szła za tym autentyczna przebojowość... Melodie są tu jednak co przeważnie średnie. Intrygujące - chociaż niespecjalnie zapadające w pamięć - linie melodyczne "Dot Com" i "Wicked Windows" można potraktować jako wyjątki potwierdzające regułę.

Kolejna wada "J-Tull Dot Com" to jego czas trwania. Czternaście utworów (w tym dwa instrumentalne przerywniki - "Nothing @ All" i "Mango Surprise") o łącznym czasie przekraczającym pięćdziesiąt cztery minuty to jednak trochę za długo. Zwłaszcza, że wszystkie kompozycje są do siebie dość podobne. Różnią się właściwie smaczkami - a to cięższe riffy (np. "Spiral", "Hunt by Numbers", "Far Alaska"), a to odrobina elektroniki ("Wicked Windows") lub brzmienie akordeonu ("A Gift of Roses"). Jednak na pierwszym planie zawsze jest wokal i flet Andersona - w każdym utworze brzmiące tak samo. A jeśli dodać do tego, że lider Jethro Tull nigdy specjalnie nie dbał o różnorodność melodii... Do pozytywów można natomiast zaliczyć warstwę tekstową albumu, poruszająca np. temat wyobcowania w erze Internetu ("Dot Com"), który dziś jest o wiele bardziej aktualny, niż szesnaście lat temu, gdy longplay się ukazał.

Szczerze wątpię, aby "J-Tull Dot Com" był w stanie zainteresować kogokolwiek poza najbardziej gorliwymi wielbicielami Iana Andersona i Jethro Tull. Ale i oni nie znajdą tu wiele dla siebie - to wszystko już było i to w znacznie lepszym wydaniu. 

Ocena: 5/10

PS. Tak, tym razem żaden utwór nie brzmi jak Dire Straits.



Jethro Tull - "J-Tull Dot Com" (1999)

1. Spiral; 2. Dot Com; 3. AWOL; 4. Nothing @ All; 5. Wicked Windows; 6. Hunt by Numbers; 7. Hot Mango Flush; 8. El Niño; 9. Black Mamba; 10. Mango Surprise; 11. Bends Like a Willow; 12. Far Alaska; 13. The Dog-Ear Years; 14. A Gift of Roses

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, buzuki, gitara; Martin Barre - gitara; Jonathan Noyce - bass; Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne; Andrew Giddings - instr. klawiszowe, akordeon
Gościnnie: Najma Akhtar - dodatkowy wokal (2)
Producent: Ian Anderson


18 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Calling Card" (1976)



Nagrywając album "Calling Card", Rory Gallagher po raz pierwszy w ciągu  swojej solowej kariery postanowił współpracować z producentem zewnątrz. Początkowo planował zaangażować Jimmy'ego Page'a. Jednak z obawy, że wówczas może całkowicie stracić kontrolę nad ostatecznym kształtem albumu, postanowił nawiązać współpracę z Rogerem Gloverem. W tamtym czasie Glover, znany przede wszystkim jako basista Deep Purple, wykorzystywał swój "urlop" od grania w tym zespole właśnie na działalność producencką (miał już za sobą współpracę w tej roli m.in. z Nazareth, The Spencer Davis Group, Elf i Ian Gillan Band, zaś rok później wyprodukował album "Sin After Sin" Judas Priest).

Być może pod wpływem Glovera, a może ze względu na zmieniające się trendy w muzyce, "Calling Card" pokazuje zdecydowanie cięższe, hardrockowe oblicze Gallaghera. Chociaż na albumie nie brakuje eklektyzmu charakterystycznego dla wcześniejszych dzieł Irlandczyka, dominuje tutaj zdecydowanie mocniejsze granie. Otwierający całość, chwytliwy "Do You Read Me" za sprawą ciężkiej partii perkusji i istotnej roli organów Hammonda może nawet kojarzyć się z.... Deep Purple, aczkolwiek gitarowe zagrywki Rory'ego i jego wokal nie dają zapomnieć czyj to album. Rozpędzony "Moonchild" jeszcze lepiej obrazuje zmiany, jakie nastały w twórczości Gallaghera - to już niemal nie hard rock, a zapowiedź heavy metalowych brzmień następnej dekady. Ale nawet bardziej blues rockowe "Country Mile" i "Secret Agent" brzmią wyjątkowo ciężko. "Jack-Knife Beat" to z kolei intrygujące połączenie hard rocka z... jazzem.

A skoro już o jazzie mowa, pora przejść do bardziej stonowanych fragmentów longplaya. Właśnie jazzowo pobrzmiewa tytułowy "Calling Card". Znacznie jednak różni się on od poprzednich utworów Gallaghera w tym stylu, które były utrzymane raczej w szybkim tempie - tutaj tempo jest dla odmiany dość leniwe, kawałek ma bardzo wyluzowany klimat. Jak zwykle, Rory nie zapomniał o folkowym aspekcie swojej twórczości. Akustycznym "I'll Admit You're Gone" i "Barley and Grape Rag"nie można odmówić uroku, jednak prawdziwą perłą jest "Edged in Blue". Rozbudowany wstęp tej kompozycji nasuwa skojarzenia z balladami Jimiego Hendrixa (szczególnie "Little Wing"), ale później utwór zostaje niespodziewanie przełamany, nabiera dynamiki i dryfuje w bardziej folkowe rejony, o wyraźnie irlandzkim klimacie i pięknej melodii.

"Calling Card" to jeden z ciekawszych albumów w dyskografii Gallaghera. Może nie aż tak udany, jak debiut czy "Deuce", ale też mający wiele ciekawego do zaoferowania. Dla miłośników blues/hard rocka - pozycja obowiązkowa. Dla reszty - zdecydowanie warta poznania.

Ocena: 9/10



Rory Gallagher - "Calling Card" (1976)

1. Do You Read Me; 2. Country Mile; 3. Moonchild; 4. Calling Card; 5. I'll Admit You're Gone; 6. Secret Agent; 7. Jack-Knife Beat; 8. Edged in Blue; 9. Barley and Grape Rag

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne; Lou Martin - instr. klawiszowe
Producent: Roger Glover i Rory Gallagher


[Recenzja] Rory Gallagher - "Against the Grain" (1975)



W połowie lat 70. Rory Gallagher należał do najbardziej rozchwytywanych gitarzystów. Muzycy The Rolling Stones, po odejściu Micka Taylora, poważnie rozważali zatrudnienie na jego miejsce Irlandczyka. Zaprosili go nawet na kilka dni wspólnego jamowania. Również muzycy Deep Purple, widzieli w nim potencjalnego następcę Ritchiego Blackmore'a, z którym ich drogi właśnie się rozeszły. Dla Rory'ego najważniejsza była jednak kariera solowa, która dawała mu pełną swobodę. W dodatku w tamtym czasie dopiero co podpisał nowy, lepszy kontrakt i rozpoczął już pracę nad kolejnym solowym albumem, zatytułowanym "Against the Grain".

Ostatnia rzecz, jakiej należy spodziewać się po tym longplayu, to oryginalność. Album został przygotowany dokładnie z tych samych składników, co wszystkie poprzednie. Trochę zmieniły się tylko proporcje. Po bardziej hard rockowym "Tattoo", Gallagher najwyraźniej postanowił wrócić do swoich korzeni. Dominuje tu zatem klasyczny blues rock - przeważnie o lżejszym, zmiękczonym klawiszami brzmieniu (np. "Let Me In", "Bought and Sold"), chociaż takiemu "Souped-Up Ford" nie można odmówić hard rockowej żywiołowości. Tradycyjnie zdarzają się również wycieczki w stronę innych gatunków muzycznych, przede wszystkim folku (szczególnie w coverze "Out on the Western Plain" Lead Belly'ego, oraz w własnych, bardzo przyjemnych "Lost at Sea" i "At the Bottom"), ale też i jazz rocka (fantastyczny "Cross Me Off Your List").

Do najlepszych fragmentów longplaya bez wątpienia należy wspomniany "Cross Me Off Your List", który poza jazzującymi solówkami Gallaghera - jak zwykle na najwyższym poziomie - wyróżnia się także rewelacyjną, naprawdę chwytliwą melodią. Kolejną perłą jest przepiękna ballada "Ain't Too Good", w której znalazły się jedne z najbardziej urokliwych, natchnionych solówek Rory'ego i być może najwspanialsza partia wokalna w jego karierze. Prawdziwie magiczny utwór. Potężną dawką energii porywa natomiast przeróbka "I Take What I Want" (oryginalnie wykonywanego przez rhythm'n'bluesowy duet Sam & Dave). Nie jest to może hard rock, ale mocy w tym mnóstwo. Bardziej stonowany, akustyczny "Out on the Western Plain" czaruje natomiast niezwykłym klimatem. Jest jeszcze finałowy "At the Bottom", nad którym wyraźnie unosi się Irlandzki duch.

"Against the Grain" nie sposób postawić w jednym rzędzie z najwybitniejszymi dziełami Rory'ego Gallaghera (debiut, "Deuce", "Irish Tour '74"), ale nie jest to też album, który powinno się zignorować. To wciąż blues rock na wysokim poziomie, jaki udało się osiągnąć tylko nielicznym.

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "Against the Grain" (1975)

1. Let Me In; 2. Cross Me Off Your List; 3. Ain't Too Good; 4. Souped-Up Ford; 5. Bought and Sold; 6. I Take What I Want; 7. Lost at Sea; 8. All Around Man; 9. Out on the Western Plain; 10. At the Bottom

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne; Lou Martin - instr. klawiszowe
Producent: Rory Gallagher


14 maja 2015

[Recenzja] Faith No More - "Sol Invictus" (2015)



Dla wielu jest to pewnie najważniejsza premiera tego roku. Wszak minęło już prawie dwadzieścia lat od wydania ironicznie zatytułowanego "Album of the Year" (de facto będącego jednym z największych rozczarowań 1997 roku), po którym nastąpiła długa przerwa w działalności. Co prawda koncertowy powrót zespołu nastąpił już w 2009 roku, ale na album z premierowym materiałem trzeba było czekać aż do teraz. Jego przedsmakiem były dwa wydane wcześniej single. Pierwszy, "Motherfucker", ukazał się już w listopadzie zeszłego roku i wśród fanów Faith No More spotkał się głównie z krytyką. I mnie nie przypadł do gustu ten prosty utwór, zbudowany na nudnych zwrotkach z monotonnym rapowaniem (wyjątkowo nie w wykonaniu Mike'a Pattona, a Roddy'ego Bottuma) i pompatycznym, śpiewanym refrenie. Zapowiadał on raczej kontynuację "Album of the Year", niż powrót do formy. Ale kilka miesięcy później, w marcu br., muzycy objawili światu kolejną zapowiedź nowego longplaya - utwór "Superhero". A to kompozycja nieporównywalnie ciekawsza. Już od pierwszych sekund niepokojąca partia klawiszy, wsparta gitarowymi uderzeniami w tle, tworzy klimat niczym z albumu "Angel Dust", a gdy dochodzi do tego zwariowana partia wokalna Pattona, otrzymujemy Faith No More w najlepszym wydaniu!

Już te dwa utwory sugerowały, że "Sol Invictus" będzie bardzo eklektycznym albumem, łączącym cechy poprzednich dzieł grupy. Dokładnie taki charakter ma to wydawnictwo. Muzycy zadbali, aby nie zawieść fanów oczekujących nawiązań do przeszłości. Zawiedzeni mogą być tylko ci, którzy liczyli na powrót do samych korzeni zespołu, kiedy w warstwie wokalnej dominowało rapowanie (zwrotki "Motherfucker" są praktycznie jedynym odniesieniem do tamtych czasów). Wielbiciele trzech poprzednich albumów Faith No More powinni być natomiast zachwyceni. Chcecie czegoś w klimacie "Angel Dust"? Proszę bardzo, poza singlowym "Superhero" jest tu jeszcze chociażby "Separation Anxiety", oparty na skradającym się riffie, z "nawiedzonym" klawiszowym tłem i bardzo plastyczną partią wokalną, budzącą skojarzenia z hitem "Midlife Crisis". Albo "Rise of the Fall", łączący gitarowy czad z kabaretowymi wstawkami. A może wolicie coś bardziej surowego, w stylu albumu "King for a Day... Fool for a Lifetime"? Są tu i takie utwory: "Cone of Shame", który po spokojnym wstępie atakuje agresywnym riffowaniem i wściekłym wrzaskiem Pattona; albo "Black Friday", zdominowany przez brzmienie gitary akustycznej, jednak nie pozbawiony ostrzejszych fragmentów. Na albumie nie brakuje również bardziej stonowanych utworów, jakby nawiązujących do "Album of the Year" (ale też do przeboju "Easy"): tytułowy "Sol Invictus", który stopniowo buduje napięcie na początku longplaya; piosenkowy "Sunny Side Up" z zaskakująco chwytliwą melodią (typuję go na trzeci singiel); oraz finałowy, akustyczny "From the Dead".

Warto zwrócić uwagę, że "Sol Invictus" to bardzo krótki album, trwający niespełna czterdzieści minut (najkrócej ze wszystkich pięciu longplayów grupy z Pattonem). I to niewątpliwie jest zaletą tego wydawnictwa. Większość wykonawców wracających po długiej przerwie nie może oprzeć się pokusie, aby pierwszy album po reaktywacji wypełnić po brzegi nową muzyką - z której tak naprawdę tylko część nadaje się do wydania. Muzycy Faith No More wyszli obronną ręką z tej próby. Zamiast nadmiaru materiału dostajemy dziesięć dość krótkich utworów, z których większość trzyma poziom ("Motherfucker" to wyjątek potwierdzający regułę). Mam jednak wrażenie, że "Sol Invictus" to dopiero przystawka. Album, który ma przypomnieć o istnieniu grupy - zwłaszcza tym, którzy niegdyś jej słuchali, a później znaleźli sobie nowych idoli. Stąd te wszystkie oczywiste nawiązania do przeszłości. Kolejnym krokiem Faith No More powinno być nagranie następnego albumu, na którym zaproponują coś zupełnie nowego. Zapowiedzią tego jest niejako utwór "Matador" - jedyny na tym longplayu, który nie przypomina niczego, co grupa kiedykolwiek nagrała (może z wyjątkiem tytułowego utworu z "The Real Thing"). Najdłuższy na albumie, pełen rozmachu i niemal progrockowych zwrotów akcji. Jeżeli tak ma wyglądać przyszłość grupy - nie mam nic przeciwko. Ale być może to tylko jednorazowy eksperyment. Na tyle jednak intrygujący i interesujący, że stanowi punkt kulminacyjny albumu.

Przyznaję, ze nie spodziewałem się wiele dobrego po tym albumie. Tymczasem "Sol Invictus" zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. To naprawdę udany przegląd (prawie) wszystkich wcieleń Faith No More. Longplay łączy zalety poprzednich wydawnictw grupy, przekuwając je w interesującą, spójną całość. Na chwilę obecną, "Sol Invictus" ma realną szansę dostania się na podium mojego podsumowania najlepszych albumów 2015 roku.

Ocena: 7/10*

* Oryginalna ocena: 8/10. Zmieniona po nabraniu dystansu.



Faith No More - "Sol Invictus" (2015)

1. Sol Invictus; 2. Superhero; 3. Sunny Side Up; 4. Separation Anxiety; 5. Cone of Shame; 6. Rise of the Fall; 7. Black Friday; 8. Motherfucker; 9. Matador; 10. From the Dead

Skład: Mike Patton - wokal; Jon Hudson - gitara; Billy Gould - bass; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe
Producent: Billy Gould


13 maja 2015

[Recenzja] Derek and the Dominos - "In Concert" (1973)



Wkrótce po zakończeniu nagrań na album "Layla and Other Assorted Love Songs", a jeszcze przed jego wydaniem, grupa Derek and the Dominos rozpoczęła podbój Stanów Zjednoczonych. Trasa odbyła się praktycznie bez udziału Duane'a Allmana - ze względu na swoje zobowiązania wobec macierzystego The Allman Brothers Band, pojawił się tylko na dwóch koncertach, na początku grudnia 1970 roku, w Tampie i Nowym Jorku. Najważniejsze występy odbyły się jednak nieco ponad miesiąc wcześniej, 23 i 24 października w nowojorskim Fillmore East. To właśnie ich fragmenty wypełniły album "In Concert", wydany ponad dwa lata później.

Na repertuar albumu, poza utworami z "Layla and Other Assorted Love Songs" ("Why Does Love Got to Be So Sad?", "Tell the Truth", "Roll It Over", "Have You Ever Loved a Woman?") i jednego odrzutu z jego sesji ("Got to Get Better in a Little While"), złożyły się także trzy utwory z solowego debiutu Claptona ("Let It Rain", "Bottle of Red Wine", "Blues Power"), a także "Presence of the Lord" z repertuaru Blind Faith (to zresztą pierwsza kompozycja w całości skomponowana przez Erica). Zgodnie z ówczesnymi standardami, utwory zostały potraktowane bardzo swobodnie - studyjne pierwowzory są tylko punktem wyjścia do długich improwizacji. Dominują oczywiście gitarowe solówki Claptona, ale dużo miejsca do popisu ma także klawiszowiec Bobby Whitlock, a w 18-minutowej wersji "Let It Rain" sporo miejsca zajmuje perkusyjna solówka Jima Gordona. Dzięki takiemu podejściu zyskują przede wszystkim te słabsze, banalne w oryginalnych wersjach kompozycje, jak "Why Does Love Got to Be So Sad?", "Bottle of Red Wine" lub "Blues Power". Niestety, wyjątkowo kiepsko wypada tutaj warstwa wokalna. Odbiło się to przede wszystkim na "Presence of the Lord", który stracił całą głębię oryginału. Ale w końcu w wersji studyjnej śpiewał utalentowany Steve Winwood, a tutaj z jego partią zmaga się Eric Clapton, który wokalistą został nieco przypadkiem, z konieczności.

"In Concert" to typowa koncertówka lat 70., którą nie sposób wymienić wśród najlepszych, ale też nie przynosi ona wstydu grającym na niej muzykom. Najlepiej potraktować ją po prostu jako suplement do "Layla and Other Assorted Love Songs".

Ocena: 7/10

PS. W 1994 roku ukazał się album "Live at the Fillmore" zawierający wszystkie dziewięć utworów z "In Concert" (aczkolwiek "Why Does Love Got to Be So Sad?", "Let It Rain" i "Tell the Truth" w wersjach z innego występu), a ponadto także "Key to the Highway", "Nobody Knows You When You're Down and Out", "Little Wing" i "Crossroads".



Derek and the Dominos - "In Concert" (1973)

LP1: 1. Why Does Love Got to Be So Sad?; 2. Got to Get Better in a Little While; 3. Let It Rain; 4. Presence of the Lord
LP2: 1. Tell the Truth; 2. Bottle of Red Wine; 3. Roll It Over; 4. Blues Power; 5. Have You Ever Loved a Woman?

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; Bobby Whitlock - instr. klawiszowe i dodatkowy wokal; Carl Radle - bass; Jim Gordon - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Derek and the Dominos


11 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Irish Tour '74" (1974)



W połowie lat 70. Irlandia Północna nie należała do najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Zbrojny konflikt pomiędzy irlandzkimi protestantami i katolikami sprawił, że większość muzyków unikała koncertów w tym kraju, szczególnie zaś w Belfaście, będącym epicentrum konfliktu. Nie zniechęciło to jednak Rory'ego Gallaghera, który traktował Belfast jak swój drugi dom (mieszkał tam w czasach działalności grupy Taste). Muzyk zignorował wszystkie ostrzeżenia, twierdząc, że skoro co roku jeździ tam koncertować i nic złego się nie dzieje, to nie ma powodu by nie zatrzymać się tam podczas trasy promującej album "Tattoo". Zagrał tam dwa koncerty, 28 i 29 grudnia 1973 roku, po czym udał się do Irlandii, gdzie 2 stycznia wystąpił w Carlton Cinema w Dublinie, a 3 i 5 stycznia w City Hall w rodzimym Cork. Wszystkie te koncerty zostały zarejestrowane i sfilmowane. Efektem był wyświetlany w kinach film "Irish Tour '74", a także towarzyszący mu dwupłytowy album koncertowy o tym samym tytule (wg opisu z reedycji z 2014 roku na longplay trafiły wyłącznie fragmenty występów w Cork).

Album "Irish Tour '74" uznawany jest za szczytowe osiągnięcie Gallaghera. Nie jest tajemnicą, że irlandzki muzyk nienawidził spędzać czasu w studiu - prawdziwą satysfakcję dawało mu wyłącznie występowanie przed tłumem ludzi. Dopiero wtedy mógł wykrzesać z siebie całą energię, niezbędną w uprawianym przez niego stylu. Żeby przekonać się, co dokładnie oznaczało to w praktyce, wystarczy porównać oryginalną wersję "Walk on Hot Coals" (z albumu "Blueprint") z tutejszym wykonaniem. Zamiast produkcyjnie wygładzonej piosenki z wysuniętą na pierwszy plan partią pianina, mamy tutaj do czynienia z porywającym utworem pełnym rozbudowanych, energetycznych gitarowych popisów na granicy hard i blues rocka. Na żywo zyskały też utwory z albumu "Tattoo" ("Cradle Rock", "Tattoo'd Lady", "A Million Miles Away" i "Who's That Coming"). Chociaż wersjom studyjnym nie mogę nic zarzucić, to przy tych wykonaniach brzmią one jak skromne zalążki tego, czym powinny być.

Repertuaru koncertówki dopełniają utwory cudzego autorstwa, niedostępne na żadnym studyjnym albumie Gallaghera. Wśród nich znalazły się dwa porywające, rozbudowane opracowania dwóch bluesowych standardów: energetyczny "I Wonder Who" Muddy'ego Watersa i bardziej stonowany "Too Mush Alcohol" Josepha Benjamina Hutto (ironia losu, że tytuł tego drugiego okazał się dla Gallaghera tak bardzo proroczy). Nieco inny charakter ma "As the Crow Flies" z repertuaru Tony'ego Joego White'a, w którym Rory zagrał na harmonijce i gitarze rezofonicznej (zmodyfikowanej wersji gitary akustycznej, z wzmacniającą dźwięk metalową membraną). Mimo że jej brzmienie jest lżejsze od gitary elektrycznej, Gallagher gra na niej z taką energią, że utwór nie odstaje od hard/blues rockowej reszty albumu. Na albumie (a konkretnie na czwartej, ostatniej stronie) znalazły się także dwa utwory zarejestrowane 4 stycznia w Cork City Hall, na żywo, ale bez udziału publiczności: "Back on My Stompin' Ground (After Hours)" i "Just a Little Bit" - dość surowe, ale porywające fantastycznymi popisami Gallaghera i spółki. Jest jeszcze nieuwzględniony w opisie "Maritime" -  ale to zaledwie półminutowa miniaturka, brzmiąca jak wycięty fragment jakiejś solówki.

"Irish Tour '74" to esencja Rory'ego Gallaghera (chociaż szkoda, że nie ma tu ani jednego utworu z dwóch pierwszych albumów studyjnych) i jeden z najlepszych albumów koncertowych, nie tylko z jego dorobku. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników brzmień z pogranicza hard i blues rocka.

Ocena: 9/10

PS. Wspomniana na początku reedycja z 2014 roku to 8-płytowy boks, zawierający DVD z filmową wersją "Irish Tour '74", oraz siedem płyt CD. Dwa pierwsze dyski wypełniły fragmenty występów w Cork (poza utworami z oryginalnej wersji, także m.in. "Messin' with the Kid", "Laundromat", "Hands Off" i "In Your Town"). Analogicznie, dyski trzeci i czwarty to fragmenty koncertu w Dublinie, a piąty i szósty - w Belfaście (setlista wszystkich koncertów była bardzo podobna). Ostatnia płyta CD zawiera utwory zarejestrowane 4 styczna w Cork City Hall (poza "Back on My Stompin' Ground (After Hours)", "Just a Little Bit" i "Maritime" także utwory znane już z reedycji innych albumów Gallaghera - jak np. "Treat Her Right" - ale też kilka premierowych nagrań: "I Want You / Raunchy Medley", "I Wonder Who", "Too Much Alcohol", "I Can't Be Satisfied" i "Acoustic Medley"). Warto dodać, że równolegle ukazała się także trzypłytowa reedycja winylowa - zawierająca dokładnie ten sam materiał, co dwie pierwsze płyty CD z boksu.



Rory Gallagher - "Irish Tour '74" (1974)

LP1: 1. Cradle Rock; 2. I Wonder Who; 3. Tattoo'd Lady; 4. Too Much Alcohol; 5. As the Crow Flies; 6. A Million Miles Away
LP2: 1. Walk on Hot Coals; 2. Who's That Coming?; 3. Back on My Stompin' Ground (After Hours); 4. Just a Little Bit

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja; Lou Martin - instr. klawiszowe
Producent: Rory Gallagher


8 maja 2015

[Recenzja] Toad - "Toad" (1971)



Z czym kojarzy się Szwajcaria? W pierwszej kolejności na myśl przychodzą Alpy, banki, zegarki, czekolada, sery. A pod względem muzycznym? Większość wymieniłaby pewnie zespoły metalowe - takie jak Krokus, czy grające bardziej ekstremalnie Celtic Frost i Coroner. Ale z wskazaniem wykonawców grających bardziej klasyczne odmiany rocka byłby już pewnie problem. A jednak już w latach 70. powstało tam kilka grup wykonujących rock progresywny i psychodeliczny, a także hard i blues rock. Z tych ostatnich warto przypomnieć zespół o nazwie Toad. Do legendy przeszły jego energetyczne koncerty, porównywane do występów Jimiego Hendrixa, ale mimo tego grupie nie udało się zdobyć popularności poza rodzimą Szwajcarią. Tam z kolei był pierwszym ciężko grającym zespołem, który zaznaczył swoją obecność na rodzimej liście bestsellerów (za sprawą debiutanckiego singla "Stay!").

Toad został założony w 1970 roku w mieście Basel przez trzech dość doświadczonych muzyków: basistę Wernera Fröhlicha i perkusistę Cosima Lampisa, którzy właśnie opuścili zespół Brainticket, oraz włoskiego gitarzystę Vittoria "Vica" Vergeata, który przez krótki czas grał w brytyjskim Hawkwind. Na sesję nagraniową debiutanckiego albumu dołączył do nich wokalista Benjamin Jaeger (odszedł zaraz po jej zakończeniu, a jego obowiązki przejął Vergeat). Warto dodać, że podczas nagrań za konsoletą zasiadł Martin Birch - słynny brytyjski inżynier dźwięku i producent, znany ze współpracy m.in. z Deep Purple, Wishbone Ash i Fleetwood Mac (a później także Rainbow, Whitesnake, Black Sabbath i Iron Maiden).

Longplay rozpoczyna się od rozbudowanej, ośmiominutowej kompozycji "Cottonwood Hill", w której ciężkie riffowanie łagodzone jest akustycznym refrenem, zaś druga, głównie instrumentalna część utworu przypomina koncertowe improwizacje Cream - tzn., że panuje w niej idealna interakcja między trzema instrumentalistami jednocześnie grającymi swoje solówki. Świetne otwarcie albumu. "A Life That Ain't Worth Living" to dla odmiany bardziej zwarty utwór, o wyraźniejszej strukturze i melodii. Jednak i w nim nie brakuje instrumentalnych popisów, znów przywołujących skojarzenia z Cream. Szkoda tylko, że kończący go, bardzo intrygujący motyw zostaje nagle wyciszony - mógł to być świetny punkt wyjścia do długiej improwizacji. Która pewnie pojawiała się na koncertach, a w wersji studyjnej postanowiono zakończyć utwór wcześniej, bo z powodu ograniczeń czasowych płyty winylowej zmieściłoby się mniej utworów. Szczerze jednak mówiąc pisząc , są na tym albumie mniej udane fragmenty, których brak wyszedłby tylko na dobre. Należy do nich np. instrumentalny "Tank", sprawiający wrażenie chaotycznego jamu.

Inne oblicze grupy pokazuje "They Say I'm Mad" - to właściwie klasyczny blues, tylko zagrany ciężej (chociaż na tym albumie jest jednym z lżejszych fragmentów). Pole do popisu ma tutaj przede wszystkim Vergeat, grający długie solówki o niemal takiej samej dramaturgii, co Jimmy Page w "Since I've Been Loving You" Zeppelinów. Powrót do mocniejszego grania następuje w "Life Goes On" - najbardziej rozbudowanej na albumie, dwunastominutowej kompozycji. Utwór charakteryzuje się licznymi zmianami motywów i klimatu, od ciężkiego, posępnego riffowania w stylu Black Sabbath, do pogodnego, akustycznego grania, z niemal beatlesowskimi harmoniami wokalnymi. Do tego mamy tutaj dwie świetne gitarowe solówki - pierwszą bardziej melodyjną, drugą ostrzejszą. Ciężko przebić taki utwór, ale udaje się to w naprawdę szalonym "Pig's Walk" - niemal w całości składającym się z zakręconych solówek Vergeata (słyszalnych w prawym kanale) i Frohlicha (w lewym), które w połowie milkną na kilkadziesiąt sekund, wypełnionych perkusyjnym popisem Lampisa. Kilkuwersowa partia wokalna jest tylko dodatkiem, w sumie niepotrzebnym.

Niestety, rozczarowanie przynosi sam koniec albumu, w postaci utworu "The One I Mean" - miniaturki opartej na klasycyzującym akompaniamencie gitary akustycznej. Coś, co świetnie sprawdziłoby się jako przerywnik między mocniejszymi utworami, albo wstęp do rozbudowanej kompozycji, zupełnie nie pasuje na zakończenie tego ciężkiego longplaya, za bardzo odstając od reszty utworów. Problem ten niejako rozwiązują kompaktowe reedycje - na wszystkich z nich znalazł się wspomniany na początku utwór "Stay!" z wydanego równolegle z albumem singla. Kompozycja to naprawdę interesująca, bo chociaż wyróżnia się bardzo chwytliwą melodią, to jak na singlowy przebój zaskakuje naprawdę ciężkim brzmieniem i długą, ostrą solówką gitarową. Na większości reedycji znalazła się także strona B tego singla, "Animal World" - utwór mniej ciekawy, chociaż z interesującą częścią instrumentalną, z partią basu wysuniętą na pierwszy plan, przed solówkę gitarową. Najbardziej obszerna reedycja zawiera także nagrania z późniejszych, nagranych już bez Benjamina Jaegera, singli: "Fly" i cover Jimiego Hendrixa, "Purple Haze". Dla kolekcjonerów winyli, o ile nie zdecydują się polować na oryginalne wydanie, najlepszym rozwiązaniem jest reedycja włoskiej firmy Akarma, która dodatkowo zawiera 7-calowy singiel "Stay!"/"Animal World".

Debiutancki album Toad to obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników gitarowo-basowo-perkusyjnych improwizacji w stylu Cream lub hendrixowego Band of Gypsys. Grupa do perfekcji opanowała tego typu granie, czym nadrabia kompozytorskie braki - bo pod tym względem album jest niestety co najwyżej przeciętny. Najsłabszym ogniwem jest tu jednak warstwa wokalna. Benjamin Jaeger nie dysponuje ani ciekawą barwą głosu, ani większymi umiejętnościami używania go. Jednak problem ten dotyczy większości takich zapomnianych zespołów, co pewnie było jedną z przyczyn braku sukcesu.

Ocena: 7/10

PS. Późniejsze dokonania Toad były dalekie od poziomu debiutu. Kilka niezłych fragmentów posiada drugi album zespołu, "Tomorrow Blue" z 1972 roku (jak przypominający twórczość Wishbone Ash "Thoughts", albo rozimprowizowany utwór tytułowy), ale ogólnie znalazł się na nim bardziej wygładzony materiał, pozbawiony wszystkich zalet debiutu. Kompletną porażką okazał się natomiast trzeci album, "Dreams" (1974), zawierający mieszankę utworów wyraźnie inspirowanych funkiem i nagrań akustycznych. Po jego wydaniu grupa zamilkła na wiele lat, by w 1993 roku przypomnieć o sobie albumem "Stop This Crime" (znanym też pod tytułem "Hate to Hate"), zawierającym bardzo przeciętny hardrockowy materiał. Dyskografii zespołu dopełnia koncertowy "Live at St. Joseph, Basel 22.04.1972" (dostępny także jako "Open Fire - Live in Basel 1972"), którego należy unikać ze względu na bootlegową jakość.



Toad - "Toad" (1971)

1. Cottonwood Hill; 2. A Life That Ain't Worth Living; 3. Tank; 4. They Say I'm Mad; 5. Life Goes On; 6. Pig's Walk; 7. The One I Mean

Skład: Benjamin Jaeger - wokal; Vic Vergeat - gitara; Werner Frohlich - bass; Cosimo Lampis - perkusja
Producent: Chris Schwegler


7 maja 2015

[Recenzja] Whitesnake - "The Purple Album" (2015)



W ostatnim czasie prawdziwą plagą są albumy byłych muzyków znanych zespołów, zawierające nowe wersje utworów owych grup. Po Stevie Hacketcie odświeżającym kompozycje Genesis i Ulim Jonie Rothu przypominającym dawne nagrania Scorpions, przyszła pora na Davida Coverdale'a, który pod szyldem Whitesnake postanowił odgrzać utwory, które niegdyś wykonywał z grupą Deep Purple. Teoretycznie ma to być hołd dla zespołu, który wyciągnął go praktycznie znikąd i w jednej chwili uczynił rockową gwiazdą. Teoretycznie, bo obawiam się, że pobudki nagrania "The Purple Album" były znacznie mniej wzniosłe. Po pierwsze, nagranie albumu z coverami jest ewidentnym przejawem kryzysu twórczego (zresztą jakość ostatniego albumu Whitesnake z premierowym materiałem, "Forevermore" z 2011 roku, potwierdza tę tezę). Po drugie, skoro miał to być hołd dla Deep Purple, to czemu znalazły się na nim wyłącznie utwory, których współautorem jest Coverdale? Zapewne chodzi wyłącznie o tantiemy. Ewentualnie samouwielbienie, wszak już w przeszłości zdarzało mu się coverować własne utwory.

Przyznaję, że tracklista "The Purple Album" robi dobre wrażenie. "Burn", "You Fool No One", "Sail Away", "Mistreated", "Soldier of Fortune" i "Stormbringer" to prawdziwe perły w dyskografii Deep Purple. Pozostałe utwory też się bronią (no dobra, z wyjątkiem banalnego "Holy Man"). Gdyby była to jakaś kompilacja z oryginalnymi wersjami - naprawdę zasługiwałaby na wysoką ocenę. Ale chyba nikt nie sądzi, że nowe wersje są w stanie dorównać pierwowzorom? Czterdzieści lat, jakie minęło od ich powstania, nie wpłynęło korzystnie na głos Coverdale'a - obecnie dysponującego węższą skalą i mniejszymi umiejętnościami. Komputerowa obróbka nie jest w stanie tego ukryć. Brakuje też dodatkowych partii wokalnych Glenna Hughesa, które ubarwiały oryginały. Kolejna sprawa to fakt, że w obecnym wcieleniu Whitesnake Coverdale'owi towarzyszą zwykli rzemieślnicy, którzy opanowali technikę gry na instrumentach, ale brakuje im talentu Ritchiego Blackmore'a, Jona Lorda, Iana Paice'a i Glenna Hughesa. Natomiast nowoczesne, komputerowe brzmienie zabija klimat tych utworów. Może gdyby Coverdale i spółka spróbowali przedstawić je w innych, zaskakujących aranżacjach, powstało by coś godnego uwagi. Na to jednak zabrakło im jaj. Przearanżowanie "Sail Away" na akustyczne instrumentarium i rozbudowanie wstępów kilku utworów to jednak zdecydowanie za mało, jeśli większość utworów nie odbiega pod tym względem od pierwowzorów.

Słuchanie "The Purple Album" to kompletna strata czasu. Lepiej przeznaczyć go na odświeżenie sobie albumów "Burn", "Stormbringer" i fantastycznej koncertówki "Made in Europe", albo wczesnych dokonań Whitesnake.

Ocena: 1/10



Whitesnake - "The Purple Album" (2015)

1. Burn; 2. You Fool No One; 3. Love Child; 4. Sail Away; 5. The Gypsy; 6. Lady Double Dealer; 7. Mistreated; 8. Holy Man; 9. Might Just Take Your Life; 10. You Keep On Moving; 11. Soldier of Fortune; 12. Lay Down Stay Down; 13. Stormbringer

Skład: David Coverdale - wokal; Reb Beach - gitara, dodatkowy wokal; Joel Hoekstra - gitara, dodatkowy wokal; Michael Devin - bass, dodatkowy wokal; Tommy Aldridge - perkusja; Michele Luppi - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: David Coverdale i Michael McIntyre


6 maja 2015

[Recenzja] Derek and the Dominos - "Layla and Other Assorted Love Songs" (1970)



Współpraca Erica Claptona z Delaney & Bonnie, której efektem ubocznym było wydanie przez niego nieudanego solowego debiutu, miało też swoje dobre strony. To właśnie w zespole Bramlettów Clapton poznał basistę Carla Radle'a, perkusistę Jima Gordona i klawiszowca Bobby'ego Whitlocka, z którymi utworzył nową grupę - Derek and the Dominos. Jej jedyny studyjny album, zatytułowany "Layla and Other Assorted Love Songs", uznawany jest przez wielu krytyków i fanów za najlepsze dokonanie Erica. Z tym można polemizować. Osobiście wyżej stawiam jego dokonania z grupami Cream i Blind Faith. Faktem jednak pozostaje, że to właśnie na tym albumie znalazł się jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych utworów Claptona - "Layla", mający status prawdziwego rockowego klasyka.

"Layla" to miłosne wyznanie do niejakiej Pattie Boyd - wówczas żony George'a Harrisona, najlepszego kumpla Claptona. Początkowo miała to być ballada, ale nabrała bardziej rockowego charakteru, kiedy dodano do niej charakterystyczny, energetyczny riff, wymyślony przez - nieuwzględnionego jako współautora - Duane'a Allmana (inna sprawa, że jest to po prostu szybciej zagrany motyw z kompozycji "As the Years Go Passing By" Alberta Kinga). Duane, gitarzysta amerykańskiej grupy The Allman Brothers Band, dołączył do Derek and the Dominos już w trakcie sesji nagraniowej albumu (dlatego nie wystąpił w trzech zarejestrowanych najwcześniej utworach: "I Looked Away", "Bell Bottom Blues" i "Keep On Growing"). Jako współautor "Layli" został uwzględniony natomiast Gordon, który wymyślił długą fortepianową kodę - nie mającą nic wspólnego z właściwą częścią utworu, ale dobrze z nią współgrającą.

Ale "Layla and Other Assorted Love Songs" to nie tylko (prawie) tytułowa "Layla". Poza nią znalazło się tutaj trzynaście innych utworów. Przeważnie stricte bluesrockowych - raczej w amerykańskim stylu, w czym spora zasługa Allmana - jak "Nobody Knows You When You're Down and Out", "Key to the Highway" (pełen świetnych solówek, rozciągających go do niemal dziesięciu minut), "Tell the Truth" czy "Have You Ever Loved a Woman?". Ale są tutaj również utwory w innym klimacie. W "I Looked Away" i "Bell Bottom Blues" pobrzmiewa coś z utworów The Beatles pisanych przez Harrisona (nie bez znaczenia jest chyba fakt, że pomiędzy sesjami "Layla..." Clapton, Radle, Gordon i Whitlock wzięli udział w nagraniach na album "All Things Must Pass" byłego Beatlesa). "I Am Yours" to z kolei prosta akustyczna piosenka, pięknie ubarwiona przez Allmana partiami gitary elektrycznej granymi techniką slide. Wyróżnia się też mocniejsza, rozbudowana wersja "Little Wing", niemal nie przypominająca balladowego oryginału Jimiego Hendrixa (który nigdy nawet nie usłyszał tej wersji - zmarł zaledwie osiem dni po jej nagraniu).

Niestety, na albumie są też słabsze fragmenty, jak banalne "Keep On Growing" i "Why Does Love Got to Be So Sad?", albo brzmiący nieco zbyt staroświecko "It's Too Late" (ale to akurat utwór z lat 50., oryginalnie wykonywany przez Chucka Willisa). Tym samym longplay potwierdza regułę, że co za dużo, to niezdrowo. Około 45-minutowy album, zawierający tylko najciekawsze utwory, byłby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Mimo wszystko, "Layla and Other Assorted Love Songs" należy do najbardziej wartościowych dokonań Erica Claptona - który już nigdy później nie umiał wspiąć się na ten poziom.

Ocena: 8/10



Derek and the Dominos - "Layla and Other Assorted Love Songs" (1970)

LP1: 1. I Looked Away; 2. Bell Bottom Blues; 3. Keep On Growing; 4. Nobody Knows You When You're Down and Out; 5. I Am Yours; 6. Anyday; 7. Key to the Highway
LP2: 1. Tell the Truth; 2. Why Does Love Got to Be So Sad?; 3. Have You Ever Loved a Woman?; 4. Little Wing; 5. It's Too Late; 6. Layla; 7. Thorn Tree in the Garden

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; Duane Allman - gitara; Bobby Whitlock - instr. klawiszowe, gitara i dodatkowy wokal; Carl Radle - bass i instr. perkusyjne; Jim Gordon - perkusja, instr. perkusyjne i pianino
Gościnnie: Albhy Galuten - pianino
Producent: Tom Dowd, Derek and the Dominos


5 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Roots to Branches" (1995)



Po zespołach z ponad ćwierćwiecznym stażem raczej nie oczekuje się żadnych rewolucji. Tymczasem album "Roots to Branches" okazał się jedną z najbardziej zaskakujących pozycji w dyskografii Jethro Tull. Zespół niemal całkiem rezygnuje tutaj z charakterystycznych dla siebie elementów folkowych i renesansowych, na rzecz wpływów etnicznych. Album pełen jest przeróżnych orientalizmów i arabizmów. Całość została zresztą zainspirowana pobytem Iana Andersona w Indiach. A skoro już o nim mowa, lider Jethro Tull po dwudziestu pięciu latach postanowił zrezygnować ze swojego unikalnego stylu gry na flecie - który przez tyle lat był znakiem rozpoznawczym grupy - i zacząć grac na nim we "właściwy" sposób.

Longplay rozpoczyna się od melodyjnego utworu tytułowego, w którym dominują dość ostre partie gitary Martina Barre'a, a wpływy etniczne są tylko dodatkiem, bardziej słyszalnym pod koniec utworu. Za to w następującym po nim "Rare and Precious Chain" muzycy idą już na całego - zarówno melodia, jak i instrumentarium (szczególnie klimatyczna partia klawiszy i perkusjonalia) przywołują skojarzenia z muzyką egipską, zaś rockowe zaostrzenia czynią kompozycję jeszcze bardziej wyjątkową i oryginalną. Zdecydowanie mniej udanym, nieco chaotycznym utworem jest "Out of the Noise", brzmiący jak wygładzone Deep Purple. Dalej jednak znów jest klimatycznie, w orientalnym stylu, za sprawą takich utworów, jak mocny, transowy "This Free Will", balladowy, ale nie pozbawiony wzrostów dynamiki "Valley", ostrzejszy "Dangerous Veils", oraz naprawdę uroczy "Beside Myself".

W bardziej typowym dla Jethro Tull stylu utrzymany jest "Wounded, Old and Treacherous", ale to akurat jeden ze słabszych momentów albumu - długi, monotonny, z pogłębiającą znużenie melodeklamacją Andersona; z drugiej strony pojawia się tu też całkiem niezła solówka Barre'a. Całkiem niezła jest za to ballada "At Last, Forever", w której znów pojawia się sporo orientalizmów, ale też bardzo typowa dla Tull melodia - utwór spokojnie mógłby trafić np. na album "Heavy Horses". Szkoda tylko, że sprawia wrażenie na siłę rozbudowanego, przez co pewnym momencie zaczyna nudzić. Mimo wszystko, pozostawia raczej pozytywne wrażenie - szkoda, że zaraz zrujnowane dwoma kolejnymi utworami, zupełnie niepasującymi do klimatu albumu. "Stuck in the August Rain" to banalna ballada, a "Another Harry's Bar" brzmi jak... utwór Dire Straits - a tak mało brakowało, żeby w końcu nie wymieniać tej nazwy w recenzji albumu Jethro Tull.

"Roots to Branches" to album bardzo długi, trwający około godziny. Gdyby tak skrócić go o jakieś dwadzieścia minut (czyli o utwory "Wounded, Old and Treacherous", "Stuck in the August Rain" i "Another Harry's Bar"), sprawiałby o wiele lepsze wrażenie. Bo to naprawę interesujący longplay, o nietypowym dla grupy, ale jakże intrygującym klimacie. Według mnie jest to najlepszy album Jethro Tull od czasu "The Broadsword and the Beast" (a gdyby nie zawierał tylu wypełniaczy, byłby najlepszym od czasu "Heavy Horses").

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "Roots to Branches" (1995)

1. Roots to Branches; 2. Rare and Precious Chain; 3. Out of the Noise; 4. This Free Will; 5. Valley; 6. Dangerous Veils; 7. Beside Myself; 8. Wounded, Old and Treacherous; 9. At Last, Forever; 10. Stuck in the August Rain; 11. Another Harry's Bar

Skład: Ian Anderson - wokal, flet i gitara; Martin Barre - gitara; Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne; Andrew Giddings - instr. klawiszowe; Dave Pegg - bass (3,5,11)
Gościnnie: Steve Bailey - bass (1,2,4,6-10)
Producent: Ian Anderson


4 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Tattoo" (1973)



Album "Tattoo" to powrót do wysokiej formy po chwilowym jej spadku, którego efektem był mniej udany longplay "Blueprint". Klawisze nie pełnią tutaj już tak ważnej roli jak na poprzedniku - czasem pojawiają się gdzieś w tle, zaś na pierwszy plan wróciły porywające gitarowe popisy Rory'ego Gallaghera. Co prawda otwierający całość utwór "Tattoo'd Lady" rozpoczyna się od dźwięków akordeonu, ale to tylko zmyłka, po której następuje prawdziwie rockowy czad. Zarazem mamy tu do czynienia z jedną z najbardziej chwytliwych melodii w twórczości Irlandczyka - nic dziwnego, że utwór był stałym punktem jego występów. Do koncertowego repertuaru na dłużej wszedł także "Cradle Rock", wyróżniający się jeszcze większą dawką energii i ognistymi solówkami Gallaghera, z akompaniamentem galopującej sekcji rytmicznej i organów Hammonda (instrument ten o wiele lepiej pasuje do takiej muzyki, niż nadużywane na "Blueprint" pianino). Dziwić może natomiast, że na żywo nie były wykonywane inne utwory tego typu - przebojowy riffowiec "Livin' Like a Trucker" i najbardziej hardrockowy "Admit It". Oba sprawiają wrażenie wręcz stworzonych na koncerty.

Jak przystało na album Gallaghera, są tutaj również utwory o bardziej bluesowym charakterze: "Sleep on a Clothes Line", akustyczny "20:20 Vision", nieco zeppelinowy "Who's That Coming" (w klimacie "When the Levee Breaks"), a także fantastyczna ballada "A Million Miles Away", przypominająca najlepsze fragmenty debiutanckiego albumu Gallaghera. Te dwa ostatnie utwory były kolejnymi, które weszły do koncertowego repertuaru Irlandczyka. Tradycyjnie, na albumie nie zabrakło utworu zdradzającego inspirację jazzem - tutaj rolę tą pełni  "They Don't Make Them Like You Anymore", będący hołdem dla greckiego muzyka Manolisa Chiotisa; Rory zagrał w nim nawet na typowym dla greckiej muzyki instrumencie strunowym o nazwie buzuki. O ile jednak eksperymenty tego typu świetnie sprawdzały się na poprzednich, bardziej zróżnicowanych albumach gitarzysty, tak tutaj utwór ten nie przegryza się za bardzo z blues/hardrockową resztą. Zresztą sam utwór wypada raczej blado na tle swoich poprzedników. Na szczęście to jedyny słabszy fragment albumu.

Można narzekać, że "Tattoo" jest kolejnym albumem Gallaghera zbudowanym na tym samym schemacie, że właściwie niewiele nowego wnosi do jego twórczości. Ale z drugiej strony - po co zmieniać coś, co jest dobre?

Ocena: 8/10

PS. Kompaktowe reedycje albumu zawierają dwa bonusowe utwory: akustyczny "Tucson, Arizona", zdradzający wpływ muzyki country, a także rozimprowizowany bluesowy jam "Just a Little Bit", zarejestrowany po jednym z koncertów podczas słynnej trasy Irish Tour.



Rory Gallagher - "Tattoo" (1973)

1. Tattoo'd Lady; 2. Cradle Rock; 3. 20:20 Vision; 4. They Don't Make Them Like You Anymore; 5. Livin' Like a Trucker; 6. Sleep on a Clothes Line; 7. Who's That Coming; 8. A Million Miles Away; 9. Admit It

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, buzuki, harmonijka i saksofon; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne; Lou Martin - instr. klawiszowe, akordeon (1)
Producent: Rory Gallagher


1 maja 2015

[Recenzja] Message - "From Books and Dreams" (1973)



Grupa Message została założona w 1968 roku w Düsseldorfie, przez basistę Horsta Stachelhausa (do tamtej pory związanego z zespołem Birth Control). Składu dopełnił perkusista Gerhard Schaber, a także trzech Brytyjczyków: wokalista / saksofonista Tommy McGuigan oraz gitarzyści Allan Murdoch i Billy Tabbert. Zespół działał głównie w Niemczech, gdzie dość szybko wzbudził zainteresowanie niejakiego Dietera Dierksa (znanego przede wszystkim jako producent albumów Scorpions z lat 1974-88). W należącym do niego studiu muzycy zarejestrowali swój pierwszy singiel (z utworami "Smile" i "Painted Lady"), wydany w 1971 roku przez niezależną wytwórnię Bacillus Records należącą do Petera Hauke'a.

Wkrótce potem zespół zabrał się do nagrywania debiutanckiego albumu (z Dierksem jako inżynierem dźwięku i Haukiem jako producentem). Rezultat, zatytułowany "The Dawn Anew Is Comin'", ukazał się w 1972 roku i zawierał całkiem przyzwoity materiał, utrzymany gdzieś na pograniczu rocka psychodelicznego i progresywnego, z słyszalnymi wpływami hard rocka i folku. Przyzwoity, całkiem przyjemny w odsłuchu, ale zupełnie pozbawiony oryginalności. Brzmiący jak średnia kopia brytyjskich grup, z naciskiem na King Crimson (takie skojarzenia budzą przede wszystkim partie saksofonu) i Wishbone Ash. Dopiero na kolejnym albumie, wydanym rok później "From Books and Dreams", muzycy (w nieco zmienionym składzie) rozwinęli skrzydła. Rozwój  polega głównie na tym, że muzycy połączyli tutaj inspirację brytyjskim rockiem z transowym klimatem typowym dla krautrocka. Efekt brzmi naprawdę oryginalnie, chociaż momentami wciąż pojawiają się skojarzenia z innymi wykonawcami.

Rozpoczynający longplay "Sleep!" to pełniąca rolę intra recytacja na tle mrocznego podkładu klawiszy. Intrygujący początek, zachęcający do dalszego słuchania. Płynnie przechodzi w "Dreams And Nightmares (Dreams)" - niemal trzynastominutowy utwór, otwarty tworzącym świetny klimat monotonnym basowym motywem, który po chwili przejmuje gitara (a w dalszej części zostaje podjęty także przez saksofon). Utwór wyróżnia się częstymi zmianami motywów, długimi i licznymi solówkami gitary i saksofonu, oraz zadziornym śpiewem Tommy'ego McGuigana, a w tle przyjemnie buja bas. Jednym zdaniem - heavy prog w najlepszym wydaniu. Rozwinięciem tej kompozycji jest krótszy "Turn Over!". Zaczyna się od nieprzesterowanej partii gitary, do której po chwili dołącza saksofon, następnie utwór powoli nabiera dynamiki; kończy natomiast kolejną recytacją, z zapętlonymi słowami "turn over" - sygnalizującymi, że czas przewrócić winyl na drugą stronę.

A ta rozpoczyna się od zaskakująco melodyjnego i pogodnego "Sigh" - pierwsze dwie minuty to właściwie ocierający się o banał pop rock, później jednak utwór dryfuje w bardziej ambitne rejony - instrumentalna część środkowa zahacza nawet o jazz rock (w stylu King Crimson). Te bardziej melodyjne fragmenty dają natomiast pole do popisu basiście, którego partie zostają wysunięte na pierwszy plan. Mroczny klimat wraca w finałowym "Dreams And Nightmares (Nightmares)" - kolejny rozbudowany, kilkunastominutowy utwór, składający się z dwóch części, zatytułowanych "Introducing the Myth" i "The Unpleasent Spell". Pierwsze sekundy, z melotronem na pierwszym planie, brzmią jak hołd dla King Crimson, ale już po chwili utwór nabiera hardrockowej mocy. Jest tutaj wiele genialnych fragmentów, jak delikatne saksofonowe solo z akompaniamentem rozpędzonej sekcji rytmicznej, czy liczne zwolnienia, wspaniale kontrastujące z ostrzejszymi fragmentami.

"From Books and Dreams" to jedna z najwspanialszych zapomnianych pereł muzyki rockowej (należąca do tej samej ligi, co np. "It'll All Work Out in Boomland" T2 lub "Death Walks Behind You" Atomic Rooster). Żaden miłośnik rocka progresywnego, hard rocka oraz krautrocka nie powinien pozostać obojętny wobec tej pozycji.

Ocena: 8/10

PS. Niestety, późniejsze dokonania Message (nieustannie zmieniającego skład) okazały się zdecydowanie mniej ekscytujące. Brak komercyjnego sukcesu "From Books and Dreams" sprawił, że grupa na następnym albumie, "Message" (1975), zwróciła się w stronę prostszej, bardziej komercyjnej muzyki, co jednak nie pomogło jej zdobyć popularności. Rozczarowaniem okazał się także jazz rockowy longplay "Synapse" (1976), a także późniejsze albumy, na których zespół proponował dość sztampowy hard rock ("Using the Head", "Astral Journeys" i "Miles of Smiles" z lat 1977-80). Ostatecznie Message został rozwiązany na początku lat 80.



Message - "From Books and Dreams" (1973)

1. Sleep!; 2. Dreams And Nightmares (Dreams); 3. Turn Over!; 4. Sigh; 5. Dreams And Nightmares (Nightmares)

Skład: Tommy McGuigan - wokal, saksofon i melotron; Allan Murdoch - gitara; Horst Stachelhaus - bass; Günther Klingel - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Hauke