7 kwietnia 2015

[Recenzja] Warpig - "Warpig" (1970)



Poszukując mało znanych, zapomnianych grup rockowych nie można przeoczyć kanadyjskiego Warpig. Zespół powstał w 1966 roku w małej miejscowości Woodstock (nie mającej nic wspólnego ze słynnym festiwalem) w prowincji Ontario. Inicjatorem powstania grupy był wokalista i gitarzysta Rick Donmoyer, mający za sobą doświadczenie w licznych amatorskich zespołach, takich jak The Turbines, The Kingbees przemianowany później na The Wot, oraz Mass Destruction. Zresztą własnie muzyków tego ostatniego - klawiszowca Danę Snitcha, basistę Terry'ego Bretta i perkusistę Terry'ego Hooka - zrekrutował do nowego projektu. Zespół powoli zdobywał popularność w lokalnych klubach, by pod koniec 1968 roku podpisać kontrakt z Fonthill Records. Kilkanaście miesięcy później jej nakładem został wydany debiutancki album grupy, zatytułowany po prostu "Warpig".

Longplay przyniósł bardzo intrygującą muzykę, czerpiącą raczej z brytyjskich wzorców, niż kanadyjskich i amerykańskich. Słychać tutaj przede wszystkim podobieństwo do Deep Purple (pod względem kompozytorskim i używanego instrumentarium), ale brzmienie jest cięższe, a nad całością unosi się mroczny klimat, co z kolei wywołuje skojarzenia z Black Sabbath; gdzieniegdzie pobrzmiewa też coś z Led Zeppelin i innych brytyjskich grup. Terry Hook na krótko przed dołączeniem do zespołu spędził jakiś czas w Wielkiej Brytanii, więc prawdopodobnie tam zatknął się z twórczością tych grup (albumy "Black Sabbath" i "In Rock" po drugiej stronie Atlantyku ukazały się dopiero w - odpowiednio - czerwcu i wrześniu 1970 roku, a więc już po premierze "Warpig", która miała miejsce wiosną). Co jednak ciekawe, dostrzec można także inspirację w drugą stronę - utwór "Rock Star" brzmi jak pierwowzór purplowego "Fireball", nagranego rok później! Zagrany jest może mniej energetycznie, ale podobieństwo riffu i melodii jest ewidentne. Nazwa grupy mogła być natomiast inspiracją dla tytułu utworu "War Pigs" Black Sabbath, ale to już chyba trochę zbyt naciągana teoria.

Album rozpoczyna się od rozpędzonego "Flaggit", utrzymanego w bardzo purplowym stylu - z gitarowymi zagrywkami w stylu Ritchiego Blackmore'a, organowym tłem i gęstym podkładem sekcji rytmicznej. Wokal Donmoyera jest natomiast prawie tak samo krzykliwy jak Iana Gillana, ale barwę ma zupełnie inną, momentami przypominającą nieco Ozzy'ego Osbourne'a. Kolejny utwór to trwający niewiele ponad dwie minuty "Tough Nuts", oparty na nawiedzonym klawiszowym motywie i posępnym gitarowym riffie. "Melody With Balls" rozpoczyna się natomiast od riffu przypominającego ten z "Communication Breakdown" Led Zeppelin, ale utrzymany jest w znacznie wolniejszym tempie; w środku pojawia się natomiast bardzo psychodeliczna część, w której słychać tylko gitarowe zgrzyty, po czym następuje powrót do głównego motywu. W instrumentalnym "Advance AM" słychać z kolei inspirację muzyką klasyczną; dominującą rolę pełnią tutaj klawisze, ale w drugiej połowie utwór na chwile staje się bardziej gitarowy i nabiera rockowej dynamiki.

Drugą stronę otwiera wspomniany już "Rock Star". Inspiracja stylem Deep Purple jest ewidentna, podobnie jak późniejsze splagiatowanie go przez ten zespół. I właściwie trudno się dziwić, że Brytyjczycy postanowili "przejąć" ten utwór, bo to naprawdę świetna kompozycja, od razu zapadająca w pamięć. Bardzo chwytliwy jest również nieco lżejszy brzmieniowo "Sunflight", którego melodia przypomina z kolei - również późniejszy - "(Don't Fear) The Reaper" Blue Öyster Cult. "U.X.I.B" rozpoczyna się od ładnego akustycznego wstępu, ale to tylko zmyłka, po chwili wraca hard rockowy ciężar, a w połowie utwór nabiera orientalnego klimatu. Ciekawostką jest także partia wokalna, bardzo w stylu Glenna Hughesa. Całość kończy utwór "The Moth" o nieco jamowym charakterze, z kilkoma zmianami nastroju. Udane zakończenie naprawdę dobrego albumu.

Okładka reedycji z 1973 roku.
Niestety, grupie nie było dane zyskać sławy, album nie był nawet dostępny poza Kanadą. Niewiele pomogło wchłonięcie wytwórni Fonthill przez brytyjską London Records - chociaż w 1973 wydano jej nakładem reedycję "Warpig" (z nową okładką i nowymi miksem przygotowanym przez Terry'ego Browna, późniejszego producenta Rush), to znów była ona dostępna wyłącznie w Kanadzie. Warto jednak dodać, że równolegle ukazał się singiel z utworami "Rock Star" i "Flaggit", który doszedł do 52. miejsca kanadyjskiego notowania. Niestety, wytwórnia nie była zainteresowana wydaniem drugiego albumu zespołu, mimo że został nagrany. Doprowadziło to do odejścia z grupy Terry'ego Hooka i Dany Snitcha, co z kolei zadecydowało o rozwiązaniu Warpig.

Okładka reedycji z 2006 roku.
Dziś jednak "Warpig" jest pozycją kultową, uznawaną za jeden z pierwszych proto-metalowych albumów nagranych po tamtej stronie Atlantyku (obok debiutów Dust i Sir Lord Baltimore). Zainteresowanie albumem na aukcjach sprawiło, że w 2004 muzycy Warpig postanowili reaktywować zespół. W 2006 roku album "Warpig" w końcu został wydany na CD (amerykańskie wydanie miało trzecią wersję okładki, za to w Niemczech wykorzystano oryginalny projekt), nieco później został także wznowiony na winylu (z pierwszą lub trzecią wersją okładki w zależności od wydania). Mniej więcej w tym samym czasie zespół przygotował trzeci album, ale podzielił on los drugiego - oba do dziś nie zostały wydane.

Ocena: 8/10



Warpig - "Warpig" (1970)

1. Flaggit; 2. Tough Nuts; 3. Melody With Balls; 4. Advance AM; 5. Rock Star; 6. Sunflight; 7. U.X.I.B.; 8. The Moth

Skład: Rick Donmoyer - wokal i gitara; Dana Snitch - instr. klawiszowe i wokal; Terry Brett - bass; Terry Hook - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Robert Thomson


14 komentarzy:

  1. Ten album to coś wspaniałego. Poproszę więcej takich perełek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie zapomniane perełki pojawiają się na blogu regularnie, w samym tym roku były już recenzje m.in. Leaf Hound, T2, Khan - i jeszcze wiele innych się pojawi ;)

      Usuń
    2. Wszystkie takie "zapomniane perełki" sprawdzam regularnie, wraz z datą publikacji recenzji. I oczywiście czekam na więcej :)

      Usuń
    3. A jeśli można wiedzieć, gdzie znajdujesz (skąd bierzesz pomysły na) te perełki? Ja również staram się znajdować coś podobnego, ale np. nigdy nie słyszałem o T2, Demon Fuzz czy Warpig.

      Usuń
    4. Chyba najwięcej takich zespołów odkryłem dzięki propozycjom z YouTube'a - tak było na pewno w przypadku Warpig i Demon Fuzz (polecam wpisywanie haseł typu "hard rock 1970 full album"). Ale np. o istnieniu Leaf Hound dowiedziałem się z Teraz Rocka, a Khan polecił mi ktoś w komentarzu ;)

      Usuń
    5. To wszystko jest na RateYourMusic. Ten portal to baza chyba wszystkiego co kiedykolwiek wydano, każdy album otagowany i oceniony przez użytkowników, których jest ileś tam dziesiąt tysięcy, więc te rankingi często coś faktycznie pokazują - i z tych ocen płyt do każdego rocznika i każdego gatunku są rankingi.

      Wystarczy trochę to ogarnąć, odrobinę poszukać i wszystko jest do znalezienia. A jako, że jest to dosyć "hipsterska strona" to mniej znane płyty są w każdym z tych rankingów dość wysoko i bardzo łatwo na nie trafić. Ranking hard rocka z lat 70' liczy tam tysiąc pozycji, więc po odrzuceniu rzeczy znanych, bardzo kiepskich, albo nie do końca na temat wyjdzie pewnie z 200-300 takich mało znanych hard rockowych płyt z dekady.

      Szukanie przez YouTuba to gra w ruletkę. Znajduje się kompletnie przypadkowe rzeczy, ma się minimalną kontrolę nad tym na co się właściwie trafi. Oczywiście, coś tam się zawsze fajnego złapie, ale trudno w ten sposób poznawać cokolwiek metodycznie.

      Usuń
    6. Bo i też wszystkie moje okrycia z YT były przypadkowe, kiedy słuchając czegoś innego zaciekawiła mnie nazwa lub okładka z propozycji ;) Nie pamiętam natomiast, żebym odkrył jakiegoś wykonawcę dzięki RYM. Chyba po prostu za późno poznałem tę stronę (jakieś pół roku przed założeniem bloga), więc przeglądając tamtejsze rankingi natrafiałem głównie na rzeczy już mi znane, albo takie, które okazywały się kiepskie. Zresztą najlepiej ocenionym albumem ze wszystkich jest tam "OK Computer" Radiohead - według mnie totalny smęt - co trochę podkupuje moją wiarę, że można znaleźć tam coś godnego uwagi ;) Dlatego też używam tej strony głównie do katalogowania swojej kolekcji. Przydałoby się tam usprawnić system automatycznych rekomendacji - obecnie wyświetla on głównie jakieś single, bootlegi, składanki i inne nieinteresujące wydawnictwa wykonawców, których już oceniłem. Powinna być opcja wyświetlania tylko albumów studyjnych, z możliwością ustawienia konkretnego roku i gatunku.

      Usuń
    7. Poznawanie muzyki przez RYM ma sens jeżeli chce się ogarnąć jakiś bardzo konkretny jej wycinek. Powiedzmy - płyty hard rockowe i blues rockowe z 1971 roku. Wtedy ustawiasz sobie co trzeba w rankingu i słuchasz jak leci. Wiadomo, sporo z tych albumów będzie nieciekawych, ale na pewno coś fajnego się znajdzie, a w dodatku pozna się cały kontekst.

      Wysokie oceny rożnych zespołów "alternatywnych" to znak czasu i nie ma co się tym przejmować. Używając RYMowych rankingów z głową, da się od razu odsiać rzeczy wysoko notowane, a nieciekawe (wystarczy na przykład, że coś ma w tagach "alternative rock", a data wydania jest późniejsza niż połowa lat 90' ;) ) i skupić się na tym co może być interesujące.

      Zresztą pomyśl w ten sposób: skoro, jak twierdzisz, znasz Khan dlatego, że ktoś Ci ich polecił w komentach - a to jest legendarny zespół i bardzo znany album! - to zapewne jest jeszcze trochę muzyki, do której w gruncie rzeczy łatwo dotrzeć, a którą przeoczyłeś bo Ci się nie wyświetliła w YouTube, albo dawno nikt o niej nie napisał w czasopismach i blogach, które czytujesz :)

      Usuń
    8. Ja doskonale wiem, że w tych rankingach można wszystko ustawić do swoich potrzeb, nieraz tak je przeglądałem ;) Nie mówię, że to zły sposób poznawania takich zapomnianych albumów i wykonawców - prawdopodobnie nie ma lepszego. Tylko akurat mnie, jak już pisałem, nie udało się tam znaleźć jeszcze niczego wartościowego, najwyżej przypomniałem sobie o czymś, co już wcześniej znałem ;) Po prostu najbardziej byłem zaangażowany w poszukanie takich "pereł" zanim jeszcze dowiedziałem się o istnieniu RYM.

      A zaczęło się od tego, że sprzedawca w sklepie z winylami polecił mi przesłuchać debiut Stray (później inny sprzedawca w tym samym sklepie polecił mi East of Eden). Posłuchałem i nie mogłem uwierzyć, że przez tyle lat słuchania rocka nigdy nie zetknąłem się z tą nazwą. Pomyślałem, że warto poszukać więcej takich nieznanych wykonawców. Ponieważ nie wiedziałem o RYMie, najłatwiej było szukać na YT. Wtedy odkryłem takie zespoły, jak np. Andromeda, Atomic Rooster, T2, Dust, Warpig, Cressida i wiele innych, także takich, o których jeszcze nie pisałem. A z tych, które już opisałem na blogu, nowym odkryciem, z wyjątkiem Khan, był chyba tylko Demon Fuzz. Przypominałem sobie wtedy jakiś album przed zrecenzowaniem go (chyba T2) i obok, w proponowanych filmach był m.in. album "Afreaka!" w całości. Zaintrygowała mnie nazwa i rok wydania, więc włączyłem i byłem w szoku, bo nigdy nie słyszałem niczego podobnego ;) Później na RYM próbowałem znaleźć w rankingach coś w tym stylu, ale nie powiodło się. Funkadelic i Black Merda były ok, ale jak dla mnie zbyt amerykańskie (zresztą słyszałem je już wcześniej), a brytyjskie grupy tworzone przez czarnoskórych muzyków okazały się znacznie mniej ciekawe.

      Usuń
    9. Spoko, rozumiem :)

      Swoją drogą też nigdy nie udało mi się znaleźć niczego autentycznie podobnego do Demon Fuzz. Jest niby parę kapel (zwłaszcza Cymande, mniej Osibisa, może trochę Exuma, czy w jakimś tam stopniu Rare Earth), ale w gruncie rzeczy mało podobnych. Możliwe, że po prostu nie ma nic w więcej w tym stylu i na tym poziomie.

      O swojej niechęci do amerykańskiej muzyki kiedyś pisałeś. Zastanawiam się czy byłbyś w stanie kiedyś zmienić swój sposób jej odbioru ;) Może gdyby chciało Ci się przesłuchać uważne paru płyt coś by się zaczęło w tej kwestii zmieniać, hm? Wydaje mi się, że warto poznać też tamte rejony. Weź posłuchaj sobie na spokoju:

      The Allman Brothers Band - At Fillmore East (1971)
      Return to Forever - Hymn of the Seventh Galaxy (1973)
      i może jeszcze Mahavishnu Orchestra - The Inner Mounting Flame (1971). To wszystko jak najbardziej amerykańskie granie, ale wydaje mi się, że z różnych względów relatywnie przystępne dla, powiedzmy anglocentryków ;)

      PS: A jeżeli chodzi Funkadelic to oni nie zawsze grali to samo. Dwie pierwsze płyty to trochę inna bajka. Debiut to Jimi Hendrix nafaszerowany thc, a dwójka to Jimi Hendrix nafaszerowany psylocybiną i lsd ;) To nie jest jeszcze taki typowy, amerykański funk.

      Usuń
    10. Na pewno ukazało się tam wiele albumów, które trafiłyby w mój gust ;) The Allman Brothers Band jest na mojej liście wykonawców do zrecenzowania (przynajmniej cztery pierwsze albumy, w tym wspomniana koncertówka), "The Inner Mounting Flame" słuchałem kilka lat temu, ale nigdy nie przepadałem za muzyką w całości instrumentalną (może jednak przekonam się do niego przy kolejnej próbie), a Return to Forever znam tylko z nazwy.

      Usuń
  2. Ze swej strony polecam więc album grupy Toad o tej samej nazwie (1971) - naprawdę świetna muza.

    OdpowiedzUsuń
  3. Po obu stronach oceanu grało wiele znakomitych zespołów. Jeśli chodzi o Amerykanów, wystarczy wspomnieć takie power-tia, jak choćby:

    JP Scare Band i album Sleeping Sickness oraz wydane już w wieku XXI Jamm Vapour, Rumdum Daddy i Acid Blues Is The White Man`s Burden
    Wildfire - płyta Smokin`

    Poza tym, godna polecenia jest znakomita grupa Rain i jej koncertowy album Live, Christmas Night i wiele, wiele innych.
    Wystarczy tylko dobrze poszukać. Niekoniecznie na YouTube czy RYM.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak usłyszałem pierwsze dźwięki tej płyty to już wiedziałem że będzie dobrze. Ale nie sądziłem że będzie genialnie! Ależ ja uwielbiam takie granie! Brzmienie i energia płynące z głośników wciskają w siedzenie.Gitara i hammondy brzmią ciężko i mają taki specyficzny brud. Każdy kawałek to perełka i trudno coś tu wyróżnić. Mnie np. bardzo przypadł do gustu utwór Advance AM. Ciekaw jestem czy rzeczywiście Purple splagiatowali kawałek Rock Star? Skoro płyta nie ukazała się poza Kanadą to dostęp do niej był dość trudny, zatem czy rzeczywiście? Wszystko na to wskazuje że jest to plagiat, bo riff i melodia są niemal identyczne jak Fireball i naprawdę ciężko uwierzyć że to zbieg okoliczności. Fascynująca historia, podobnie jak cały ten album. Klasyka gatunku. Dzięki Paweł!!!

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.