6 kwietnia 2015

[Recenzja] Taste - "On the Boards" (1970)



Drugi album irlandzkiego Taste ukazał się niespełna rok po debiucie. A jednak słychać tutaj znaczny postęp, jaki poczynili muzycy. Przede wszystkim, Rory Gallagher poczuł się o wiele pewniej jako kompozytor i tym razem wszystkie utwory stworzył samodzielnie, nie sięgał do repertuaru innych wykonawców. Kolejną oznaką dojrzałości jest wszechstronność "On the Boards". O ile debiut był albumem niemal jednoznacznie blues rockowym, z lekkimi wpływami folku, tak drugi album tria jest o wiele bardziej różnorodny. Właściwie tylko w jednym utworze, "Railway and Gun", mamy do czynienia ze stricte blues rockowym graniem. Jest tu natomiast całkiem sporo hard rocka (przebojowy riffowiec "What's Going On", wyróżniający się spokojniejszym refrenem i świetną gitarową solówką; brzmiący bardzo zeppelinowo "Eat My Words"; oraz najbardziej czadowy "I'll Remember"), a także trochę boogie ("Morning Sun", "If I Don't Sing I'll Cry").

Różnorodność albumu zapewniają jednak przede wszystkim cztery pozostałe utwory. Piosenkowy "If the Day Was Any Longer" i akustyczny "See Here" pokazują delikatniejsze oblicze grupy. Największe wrażenie sprawiają jednak najdłuższe w zestawie, ponad sześciominutowe "It's Happened Before, It'll Happen Again" i tytułowy "On the Boards". Oba są świetnym przykładem zespołowej improwizacji i interakcji, w której wszyscy instrumentaliści pełnią pierwszoplanową rolę: gra perkusisty Johna Wilsona ma zdecydowanie jazzowy charakter, uwypuklony bas Richarda McCrackena hipnotyzuje słuchacza, a Rory Gallagher jak zwykle gra porywające solówki, tym razem jednak nie tylko na gitarze, ale także na... saksofonie altowym. Chociaż jednak obie kompozycje zostały zbudowane z tych samych elementów, mają nieco inny charakter - w "It's Happened Before, It'll Happen Again" jest bardziej jazz rockowo, podczas gdy w "On the Boards" pobrzmiewa coś orientalnego. Rezlutat jest jednak równie intrygujący w obu przypadkach.

Debiutancki album zapewnił grupie tytuł "nowego Cream", tymczasem "On the Boards" pokazuje większą wszechstronność tria, może nawet zalążek własnego, unikalnego stylu. Niestety, nie udało się go nigdy w pełni rozwinąć; grupa zakończyła działalność niedługo po wydaniu tego albumu. Powodów było kilka. Po pierwsze, mimo tego, że "On the Boards" okazał się komercyjnym sukcesem (18. miejsce na UK Album Chart), a zespół sporo koncertował, muzycy nie odnotowali prawie żadnych zysków. Doszły do tego problemy personalne. John Wilson przyznawał, że wspólnie z Richardem McCrackenem mieli dość Rory'ego Gallaghera, który podczas występów zachowywał się, jakby nie zauważał ich obecności na scenie. To jednak on z tego składu miał największe predyspozycje do zostania gwiazdą, co potwierdza jego udana kariera solowa, podczas gdy o pozostałej dwójce słuch praktycznie zaginął.

Ocena: 8/10

PS. Na początku 2000 roku John Wilson reaktywował Taste z dwójką nowych muzyków - wokalistą/gitarzystą Samem Davidsonem i basistą Albertem Millsem. To wcielenie grupy istnieje do dziś, aczkolwiek ogranicza się do działalności koncertowej.



Taste - "On the Boards" (1970)

1. What's Going On; 2. Railway and Gun; 3. It's Happened Before, It'll Happen Again; 4. If the Day Was Any Longer; 5. Morning Sun; 6. Eat My Words; 7. On the Boards; 8. If I Don't Sing I'll Cry; 9. See Here; 10. I'll Remember

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara, saksofon (3,7), harmonijka (4,8); Richard McCracken - bass; John Wilson - perkusja
Producent: Tony Colton


6 komentarzy:

  1. Nie jest to poziom późniejszych płyt solowych Gallaghera ale słucha się tego bardzo przyjemnie. Jest tu kilka fajnych i melodyjnych akustycznych numerów ale są też prawdziwe hard rockery, z których What's Going On robi największe wrażenie ze zwzględu na rewelacyjną solówkę. Największą perłą jest natomiast niezwykle nastrojowy On the Boards z wyśmienitymi partiami solowymi Rory'ego na gitarze i saksofonie w jazzowym klimacie. Genialna kompozycja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja oprócz wspomnianych przez Ciebie utworów, bardzo lubię także "It's Happened Before, It'll Happen Again". Może najbardziej z tego albumu.

      Usuń
  2. Nooo pewnie że to świetny numer. Partia solowa to już chyba czysty jazz. No prawie ;) Troche brakuje mi na tym albumie porywających bluesrockowych i hradrockowych solówek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zadziwia, że Rory był tak dobrym saksofonistą. Pewnie, że nie grał na poziomie Coltrane'a, Colemana czy innych jazzmanów, ale już na tle saksofonistów rockowych wyróżniał się naprawdę na plus. Nie pamiętam jak w wersji studyjnej "It's Happened Before...", ale jedno z koncertowych wykonań ma niewiarygodne, prawdziwie jazzowe solo na saksie, jakiego mógłby pozazdrościć nie jeden jazzrockowy zespół.

      Usuń
  3. Pełna zgoda. Szkoda że tak mało saksofonu Rory wykorzystywał na solowych płytach. Ale chciałem zwrócić uwagę na jeszcze jeden ekement jego niesamowitego talentu, miał niezwykły dar tworzenia pięknych melodii. Przecież jego solowe płyty to skarbnica naprawdę fantastycznych melodii. Szczególnie mam tu na myśli te bardziej subtelne kompozycje które urzekają pięknem. Nawet największe zespoły rockowe tamtych czasów nie komponowały tak cudownych melodii. Powtórzę jeszcze raz że talent Gallaghera nie został w pełni doceniony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, całkowicie się pod tym podpisuję. Naprawdę nie rozumiem, czemu tak wielki muzyk jest dziś prawie zapomniany. To jedna z największych pomyłek w dziejach rocka.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.