29 kwietnia 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Eric Clapton" (1970)



Już w latach 60. Eric Clapton zyskał status rockowej gwiazdy i tytuł jednego z najlepszych gitarzystów. Sam jednak starał raczej trzymać się w cieniu - być członkiem zespołu, ale nie jego liderem. O karierze solowej nawet nie myślał... Do czasu, gdy po rozpadzie supergrupy Blind Faith dołączył na jedną trasę do zespołu Delaney & Bonnie, prowadzonego przez małżeństwo o nazwisku Bramlett (efektem tej współpracy był koncertowy album "On Tour with Eric Clapton"). To właśnie w tamtym czasie Delaney Bramlett namówił Claptona, aby ten nagrał album solowy. Sam został jego producentem, a także wspólnie ze swoją żoną i Erikiem podpisał się pod większością kompozycji. Ponadto, w nagraniach wziął udział prawie cały skład z albumu "On Tour with Eric Clapton".

Niestety, w rezultacie za mało na tym albumie... Claptona. Kilkanaścioro zaproszonych na sesję muzyków - w tym sekcja dętą i żeński chórek - spycha gitarzystę na dalszy plan. Wokalnie jest bardziej aktywny niż kiedykolwiek wcześniej, ale jego gitarę słychać zdecydowanie rzadziej na pierwszym planie, niż na albumach jego dawnych zespołów. Kolejna sprawa, to kwestia stylistyki, w jakiej album jest utrzymany. Trudno uwierzyć, że to dokonanie tego samego muzyka, który kiedyś opuścił The Yardbirds, bo grupa zaczęła oddalać się od bluesa, a potem jako członek Cream i Blind Faith współtworzył fundamenty ciężkiego rocka. "Eric Clapton" to longplay, który praktycznie nie ma nic wspólnego z bluesem, ani tym bardziej hard rockiem. To właściwie czysty pop - zbiór prostych, banalnych i do bólu komercyjnych piosenek, w których na pierwszy plan wysuwają się partie dęciaków, klawiszy i żeńskiego chórku. Na tle całości bronią się tylko dwa utwory: "Easy Now" i "Let It Rain". Oba wyróżniają się przyjemnymi melodiami o bardzo beatlesowskim charakterze (raczej w stylu George'a Harrisona, niż spółki Lennon/McCartney). Ten pierwszy to zresztą jedyny naprawdę solowy utwór Claptona z tego albumu - nie tylko skomponował go bez niczyjej pomocy, ale też nagrał bez udziału innych muzyków. W drugim natomiast w końcu pojawia się dłuższa gitarowa solówka.

Nie sposób uznać ten album za udany początek solowej kariery Claptona. Sam twórca najwyraźniej też zdawał sobie z tego sprawę, bo kolejny longplay sygnowany własnym nazwiskiem wydał dopiero w 1974 roku. Zaś w międzyczasie po raz kolejny stał się członkiem zespołu - ochrzczonego nazwą Derek and the Dominoes. Ale to już temat na inną recenzję.

Ocena: 4/10



Eric Clapton - "Eric Clapton" (1970)

1. Slunky; 2. Bad Boy; 3. Lonesome and a Long Way from Home; 4. After Midnight; 5. Easy Now; 6. Blues Power; 7. Bottle of Red Wine; 8. Lovin' You Lovin' Me; 9. Told You For the Last Time; 10. Don't Know Why; 11. Let It Rain

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara
Gościnnie: Delaney Bramlett - gitara, dodatkowy wokal; Carl Radle - bass; Jim Gordon - perkusja; Tex Johnson - instr. perkusyjne; Bobby Whitlock - organy, dodatkowy wokal; Leon Russell - pianino; John Simon - pianino; Bobby Keys - saksofon; Jim Price - trąbka; Bonnie Bramlett, Rita Coolidge, Sonny Curtis, Jerry Allison i Stephen Stills - dodatkowy wokal
Producent: Delaney Bramlett


8 komentarzy:

  1. Solowe płyty Eryka są bardzo przeciętne. W zasadzie jedyne jaśniejsze na nich momenty to wykonania cudzych utworów, zresztą i tak znacznie słabsze od oryginałów. Na debiucie nawet After Midnight, wspaniała przecież piosenka, brzmi tragicznie, ale nawet później, w lepszej wersji pozostaje daleko w tyle za JJ Calem, tak samo jak kilka lat późniejsza przeróbka I Shot the Sheriff nie umywa się do Marleya. Chciałem kiedyś tych wszystkich płyt słuchać, ale po zapoznaniu się z najwyżej notowanymi z całej dyskografii 461 Ocean Boulevard i Slowhand dałem sobie spokój. Kompletna strata czasu.

    Przypadek Claptona, ale nie tylko bo i Santany, Jefferson Airplane i paru innych twórców pokolenia dzieci kwiatów pokazuje dobitnie, że nie każdy artysta będzie przez całe życie wielki, niektórzy po kilku latach po prostu się wypalają. Gdyby Eric Clapton zaćpał się po nagraniu Layli (albo po In Concert ) do dzisiaj byłby bogiem, a ludzie zastanawialiby się ile to wielkich płyt jeszcze by nie nagrał. A prawda jest taka, że gdyby umarł w 70' roku świat muzyki wiele by od tego nie zubożał. Brzmi brutalnie, ale taka prawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety muszę się z tym zgodzić. Eric to świetny gitarzysta, ale nawet w najlepszym okresie kompozytor był z niego żaden ("Tales of Brave Ulysses", "Presence of the Lord" i "Layla" to wyjątki potwierdzające regułę). Po prostu miał wtedy szczęście pracowania ze zdolniejszymi od siebie, jak John Mayall, Jack Bruce czy Steve Winwood. Sam niewiele komponował, już wtedy wolał sięgać po bluesowe standardy.

      Usuń
    2. Z tego, co opowiada sam Clapton wynika, że znaczna część tych jego solowych płyt to była zwyczajna chałtura. Gość siedział sobie zadowolony z drinkiem w ręce, producent przynosił mu jakiś materiał, który miał się sprzedać, a on po prostu to grał i tyle. Czasami spodobała mu się jakaś piosenka to włączał ją do swojego repertuaru i to był przez pewien okres cały jego wkład.

      Z tych jego solowych hitów chyba tylko Tears in Heaven jest jego autorstwa (chociaż nie śledzę hitów, możliwe, że było tego więcej) i to niby jest ładna ballada, ale straszliwie zgrana. W ogóle jak o niej słyszę stają mi przed oczyma ci wszyscy ludzie co mówią, że słuchają Erica Claptona, zwłaszcza Tears in Heaven i nawet nie widzą co to Blid Faith ;)

      Usuń
    3. Poza "Tears in Heaven" można jeszcze wymienić "Wonderful Tonight" - nie wiem czy to był jakiś wielki przebój, ale jest dość znany. A poza tym na hasło "solowy Clapton" rzeczywiście przychodzą mi na myśl same covery ;)

      Usuń

  2. Laylę kocham. A przygodę z gitarą jeszcze w harcerstwie zaczęłam od Tears in Heaven. Ale poza tym... niestety wydaje mi się, że Clapton jest trochę przereklamowany i nad wyrost. Tak właśnie - mało legend o Claptopnie w nim samym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz wyjaśnić o co chodzi w ostatnim zdaniu, albo napisać je poprawnie? ;)

      Usuń
    2. Och, jasne. Może faktycznie mało zrozumiale. Chodziło mi o to, że generalnie wokół Claptona obrosło wiele legend na zasadzie "klasyka muzyki", artysta, którego wszyscy znają itd. A moim zdaniem takie określenia są nad wyrost i tak naprawdę legendy o Claptonie przerastają samego Claptona ;) Przepraszam za literówki! Pilnuję, ale czasem gdzieś jakąś literkę zjem lub przestawię ;)

      Usuń
    3. Jeżeli brać pod uwagę tylko jego solową twórczość, to rzeczywiście można pomyśleć, że jest przeceniany. Ale trzeba pamiętać o tym, co napisałem w recenzji: "jako członek Cream i Blind Faith współtworzył fundamenty ciężkiego rocka". Gdyby nie tamten epizod jego kariery, być może w ogóle by nie powstały takie zespoły, jak Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath czy wiele innych. A w każdym razie grałyby zupełnie inną muzykę. Oczywiście, można przypuszczać, że gdyby Jack Bruce i Ginger Baker stworzyli Cream z innym gitarzystą, to historia potoczyłaby się tak samo - w końcu Clapton nie tworzył za wiele muzyki dla zespołu. Ale jednak wybrali właśnie jego i to z nim tworzyli historię ciężkiego grania. Za to należy mu się szacunek, nawet jeśli po 1970 roku nie stworzył już nic naprawdę wartościowego.

      Usuń