9 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Rock Island" (1989)



Na początek garść dobrych wiadomości. Po pierwsze, zespół nie kopiuje już stylu Dire Straits. Po drugie, automat perkusyjny na dobre został odstawiony do kąta. I po trzecie, rola klawiszy została ograniczona do tła, a na pierwszy plan zostały wysunięte gitary. W połączeniu z mocnym brzmieniem dało to najbardziej hardrockowy album w dotychczasowej karierze Jethro Tull. Niestety, tym samym na dalszy plan zepchnięte zostały elementy folkowe. Nie oznacza to bynajmniej, że zespół zrezygnował także z brzmienia fletu i mandoliny. Instrumenty te pojawiają się często, ale raczej na zasadzie dodatku, który nic nie wnosi do całości - tak jest np. w "Kissing Willie", "The Rattlesnake Trail" i "Undressed to Kill". Inna sprawa, że to właśnie partie fletu w tych utworach przypominają, z jakim zespołem mamy do czynienia. Bez nich byłyby to przeciętne rockowe kawałki jakich wiele. Poza tym znów irytuje wokal Iana Andersona, któremu wciąż bliżej do Marka Knopflera niż siebie samego z albumów wydanych przed "Crest of a Knave".

Jeśli już momentami robi się nieco bardziej folkowo (np. "Ears of Tin", "Big Riff and Mando", "Strange Avenues"), to brakuje tego wspaniałego klimatu z przeszłości. Fragmenty te wydają się wymuszone, jakby muzycy (czyt. Anderson) nie chcieli powtarzać błędu z albumu "Under Wraps", na którym całkowicie wyrzekli się swojej muzycznej tożsamości, ale jednocześnie zupełnie nie mieli pomysłu na takie granie. Podobnie ma się sprawa z "Another Christmas Song", któremu brakuje uroku wcześniejszych świątecznych utworów grupy. Co zostało do omówienia? Chaotyczny utwór tytułowy, który w zamyśle miał być progrockowo rozbudowaną kompozycją, ale muzycy przekombinowali - całość się po prostu nie klei. A w jeszcze dłuższym, sztucznie podniosłym "The Whaler's Dues" przesadzili w drugą stronę - utwór jest monotonny, spokojnie mógłby trwać o połowę krócej. Albumu dopełnia "Heavy Water" - bodajże najlepsza kompozycja na albumie, oparta na niezłym gitarowo-fletowym riffie, z całkiem fajną solówką Martina Barre'a. Jednak banalna partia wokalna sprowadza i ten utwór do przeciętności.

"Rock Island" to album po prostu kiepski pod względem kompozytorskim, w tej kwestii prezentujący poziom podobny do niesławnego "Under Wraps". Brzmieniowo jest jednak znacznie lepiej (a jak na lata 80. - wręcz fantastycznie), ale chyba tylko to wypada tutaj na plus. Całość może i jest bardziej tullowa od wydanego dwa lata wcześniej "Crest of a Knave", ale tam było przynajmniej kilka całkiem dobrych utworów - na "Rock Island" nie ma ani jednego, do którego nie można się przyczepić. Longplay może się podobać najbardziej zagorzałym fanom Jethro Tull, może też trafić do osób, które wcześniej nie miały styczności z tą grupą i jeszcze nie wiedzą, jak blado wypada on na tle jej klasycznych albumów.

Ocena: 4/10



Jethro Tull - "Rock Island" (1989)

1. Kissing Willie; 2. The Rattlesnake Trail; 3. Ears of Tin; 4. Undressed to Kill; 5. Rock Island; 6. Heavy Water; 7. Another Christmas Song; 8. The Whaler's Dues; 9. Big Riff and Mando; 10. Strange Avenues

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, mandolina, flet, instr. klawiszowe, perkusja (2,7); Martin Barre - gitara; David Pegg - bass i mandolina; Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Martin Allcock - instr. klawiszowe (1,10); Peter-John Vettese - instr. klawiszowe (3-6)
Producent: Jethro Tull


Brak komentarzy

Prześlij komentarz