1 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Crest of a Knave" (1987)



Podczas 31. ceremonii rozdawania nagród Grammy (za 1988 rok) po raz pierwszy przyznawano statuetkę w kategorii "Best Hard Rock/Metal Performance Vocal or Instrumental". Zdecydowanym faworytem była Metallica ze swoim czwartym albumem "...And Justice for All". Tymczasem nagroda powędrowała do grupy Jethro Tull, za wydany rok wcześniej album "Crest of the Knave" - niewiele mający wspólnego z hard rockiem, a jeszcze mniej z metalem. Decyzja o uhonorowaniu tego właśnie albumu wywołała ogromne poruszenie. Krytyka sprawiła, że już w następnym roku podjęto decyzję o zrezygnowaniu z tej kategorii - a właściwie rozbicie jej na dwie osobne: "Best Hard Rock Performance" i "Best Metal Performance"*.

Ale album "Crest of the Knave" jest kontrowersyjny także sam w sobie. Już na poprzednim longplayu, "Under Wraps", zespół stracił rozpoznawalność, swoje charakterystyczne brzmienia. Tutaj natomiast upodobnił się do innego wykonawcy. Zarówno linie wokalne Iana Andersona, jak i brzmienie gitary i sposób gry na niej Martina Barre'a, wywołują nieodparte skojarzenia z Dire Straits. Takie utwory, jak "Steel Monkey", "Farm on the Freeway" czy "Budapest", mogłyby zostać nagrane przez grupę Marka Knopflera, ale odrobinę inne są aranżacje - w "Steel Monkey" pojawia się dość agresywna elektronika, zestawiona z zadziornymi partiami gitary, a "Farm on the Freeway" (swoją drogą naprawdę rewelacyjny utwór, o pięknej melodii i pełnej dynamicznych kontrastów muzyce) i "Budapest" zostały ubarwione charakterystyczną grą Andersona na flecie, w ostatnim dodatkowo pojawia się partia skrzypiec. Ale już "Said She Was a Dancer" spokojnie mógłby zostać wydany pod szyldem Dire Straits i pewnie mało kto zorientowałby się, że grają zupełnie inni muzycy. Dziwnym utworem jest natomiast "Raising Steam", brzmiący jak Dire Straits w wersji... soft metalowej.

Cieszy natomiast, że grupa wróciła do bardziej "żywego" brzmienia. Co prawda, w "Steel Monkey" i "Raising Steam" wykorzystano syntezatory i automat perkusyjny, ale w pozostałych utworach gra prawdziwy perkusista - a właściwie dwóch, występujący tutaj w charakterze gości Gerry Conway i Doane Perry (pierwszy grał już wcześniej w zespole w okresie "The Broadsword and the Beast", drugi koncertował z nim od 1984 roku i wkrótce miał do niego dołączyć jako pełnoprawny członek). Najbardziej cieszy jednak utwór "Jump Start", w którym najwięcej klimatu "starego" Jethro Tull, dzięki najbardziej uwypuklonym partiom fletu. Utwór wyróżnia się przeplataniem spokojniejszych fragmentów o nieco bluesowym charakterze ze stricte hard rockowym czadowaniem. Wyróżnia się także bardzo chwytliwą melodią, z którą konkurować może tu tylko "Farm on the Freeway".

"Crest of a Knave" był jednym z pierwszych albumów, który od razu został wydany na płycie CD. Przy czym wersja kompaktowa była bogatsza od winylowej o dwa utwory: "Dogs in the Midwinter" i "The Waking Edge". Ten pierwszy to kolejny utwór z cyklu "Dire Straits z fletem" (a dodatkowo mocno ubarwiony klawiszami i irytujący mechanicznym podkładem automatu perkusyjnego), drugi jest natomiast balladą z fortepianowym akompaniamentem, o melodii która znów wywołuje skojarzenia z twórczością zespołu Knopflera, ale też z odrobiną tullowo-folkowego klimatu - tak więc mimo wszystko szkoda, że nie trafił na winylowe wydanie (zamiast zupełnie nietullowego "Said She Was a Dancer").

Podsumowując, "Crest of the Knave" pozostawia bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony jest to bardzo przyjemny album, którego słucha się o wiele lepiej, niż "Under Wraps" czy "A". Ale z drugiej strony - za dużo tutaj rzeczy budzących skojarzenia z Dire Straits, a za mało klimatu i brzmienia Jethro Tull.

Ocena: 6/10

* W 2012 roku znów zostały połączone w jedną kategorię, o nazwie "Best Hard Rock/Metal Performance". Przyznano ją dwukrotnie, po czym wycofano ją, jednocześnie przywracając "Best Metal Performance".



Jethro Tull - "Crest of a Knave" (1987)

LP: 1. Steel Monkey; 2. Farm on the Freeway; 3. Jump Start; 4. Said She Was a Dancer; 5. Budapest; 6. Mountain Men; 7. Raising Steam

CD: 1. Steel Monkey; 2. Farm on the Freeway; 3. Jump Start; 4. Said She Was a Dancer; 5. Dogs in the Midwinter; 6. Budapest; 7. Mountain Men; 8. The Waking Edge; 9. Raising Steam

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara i instr. klawiszowe; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass
Gościnnie: Doane Perry - perkusja (CD: 2,7); Gerry Conway - perkusja (CD: 3,4,6,8); Ric Sanders - skrzypce (CD: 6)
Producent: Jethro Tull


3 komentarze:

  1. Potworne są te płyty z lat 80'. Szczególnie te okropne elementy popowej popłuczyny po muzyce elektronicznej sprawiają, że przeciętne kompozycje zmieniły się w fatalne piosenki. I jeszcze te zapożyczenia od Dire Straits, kompletnie nie wiadomo czemu służące. Ian Anderson nie miał pojęcia jak sensownie na większa skalę wykorzystać syntezator, automat perkusyjny, który przecież nie jest "przeklętym" instrumentem, da się z niego dużo dobrego wykrzesać, u Jethro Tull dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy, do tego banał, tandeta i - w najlepszych momentach - piąta woda po tym, co zespół grał w latach 60' i 70'.

    Niestety, przytłaczająca większość gwiazd rockowego mainstreamu lat 60' i 70' próbując utrzymać się na komercyjnym szczycie w latach 80' tworzyła rzeczy karygodne, ewidentnie wychodząc z założenia, że od teraz łączenie kasy i ambicji polega na tym, żeby i jedno i drugie władować sobie do kieszeni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, lata 80. nie były dobre dla ambitniejszej muzyki rockowej. Właściwie wszystkie grupy, które w poprzedniej dekadzie należały do czołówki rocka progresywnego, w tym dziesięcioleciu zafascynowały się elektroniką, zaczęły grać prościej i przeważnie własnie banalnie.

      Ale są też wyjątki - albumy na których uproszenie utworów i zastosowanie syntezatorów dało świetne efekty. Przede wszystkim "Moving Pictures" Rush. To jest czołówka najlepszych longplayów lat 80. (zresztą kolejne dwa albumy też są dość udane, dopiero na następnych przekroczyli granicę kiczu). Genesis też nagrał kilka niezłych rzeczy w "popowym" okresie swojej działalności, chociaż były to raczej pojedyncze utwory ("Home By the Sea", "Mama"), niż całe albumy. Ale i Jethro Tull wg mnie świetnie odnalazł się w latach 80. albumem "The Broadsword and the Beast" - udało się na nim połączyć folkowy klimat wcześniejszych dokonań z brzemieniem lat 80., bez popadania w banał (z wyjątkiem kawałka "Watching Me, Watching You"). "Under Wraps" jest rzeczywiście tragiczny. Ale "Crest of a Knave"? Najbardziej rockowy album zespołu od czasu "Stormwatch", kompozycje wg mnie całkiem udane, tylko razi to nieszczęsne podobieństwo do Dire Straits.

      Usuń
  2. Lata 80' uginały się od obfitości znakomitej, ambitnej muzyki rockowej (i nie tylko), ale z jednym poważnym zastrzeżeniem - poza głównym nurtem. Jak się grało ambitnie, to nawet spory potencjał komercyjny znacząco utrudniał osiągnięcie szczytów popularności, czego przykładem chociażby Rush, Peter Gabriel, King Crimson, czy z młodszych twórców The Cure, Kate Bush, Dead Can Dance, Talking Heads, Cocteau Twins, Japan i wielu, wielu innych.

    To były czasy, w których można było grać mega ambitnie, ale w totalnym undergroundzie, dosyć ambitnie i przebojowo, ale kosztem mniejszych przychodów przy dużym nakładzie pracy, albo zwyczajnie chałturzyć i bez większego wysiłku zarabiać dobre pieniądze. Ileż pracy musiał włożyć Peter Gabriel w swój, trzeci, czwarty, czy nawet najbardziej komercyjny piąty album, w te koronkowe aranżacje, w inspiracje muzyką wszystkich rejonów świata, w kompilowanie tego wszystkiego tak, żeby wyszła spójna całość. A Phil Collins kiedy wpadła mu dobra melodia aranżował ją najprościej, najprzystępniej jak się da i trzepał potężną kasę.

    Jethro Tull poszło po absolutnie najmniejszej linii oporu. Anderson komponował już tak sobie, większość tych numerów nawet w klasycznej jethrotullowej aranżacji byłyby średnia - słuchając tego mam wrażenie, że na ogół nieszczególnie się wysilał. Żeby lepiej sprzedać te popłuczyny pododawał gdzie się dało, tandeciarskie keyboardy, które wtedy były modne (zafascynowanie elektroniką to dobra rzecz, tylko, że te syntezatorowe podkłady to elektronika podobnej klasy co w Ruskim budziku). Crest of a Knave, czy tym bardziej Under Wraps to jest muzyka, na której trzydzieści lat temu Ian nakosił siana i od trzydziestu lat nikt już tego nie słucha. I słusznie, bo absolutnie nie ma po co. Wynika to w znacznej mierze z oportunizmu i artystycznej nieporadności zespołu, w których może i nie był on osamotniony, ale też nie była to jedyna dostępna opcja, nawet dla starych gwiazd prog rocka, vide Gabriel, King Crimson, Camel, czy nawet Mike Oldfield, którzy potrafili w latach 80' grać po nowemu, a na poziomie.

    OdpowiedzUsuń