29 kwietnia 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Eric Clapton" (1970)



Już w latach 60. Eric Clapton zyskał status rockowej gwiazdy i tytuł jednego z najlepszych gitarzystów. Sam jednak starał raczej trzymać się w cieniu - być członkiem zespołu, ale nie jego liderem. O karierze solowej nawet nie myślał... Do czasu, gdy po rozpadzie supergrupy Blind Faith dołączył na jedną trasę do zespołu Delaney & Bonnie, prowadzonego przez małżeństwo o nazwisku Bramlett (efektem tej współpracy był koncertowy album "On Tour with Eric Clapton"). To właśnie w tamtym czasie Delaney Bramlett namówił Claptona, aby ten nagrał album solowy. Sam został jego producentem, a także wspólnie ze swoją żoną i Erikiem podpisał się pod większością kompozycji. Ponadto, w nagraniach wziął udział prawie cały skład z albumu "On Tour with Eric Clapton".

Niestety, w rezultacie za mało na tym albumie... Claptona. Kilkanaścioro zaproszonych na sesję muzyków - w tym sekcja dętą i żeński chórek - spycha gitarzystę na dalszy plan. Wokalnie jest bardziej aktywny niż kiedykolwiek wcześniej, ale jego gitarę słychać zdecydowanie rzadziej na pierwszym planie, niż na albumach jego dawnych zespołów. Kolejna sprawa, to kwestia stylistyki, w jakiej album jest utrzymany. Trudno uwierzyć, że to dokonanie tego samego muzyka, który kiedyś opuścił The Yardbirds, bo grupa zaczęła oddalać się od bluesa, a potem jako członek Cream i Blind Faith współtworzył fundamenty ciężkiego rocka. "Eric Clapton" to longplay, który praktycznie nie ma nic wspólnego z bluesem, ani tym bardziej hard rockiem. To właściwie czysty pop - zbiór prostych, banalnych i do bólu komercyjnych piosenek, w których na pierwszy plan wysuwają się partie dęciaków, klawiszy i żeńskiego chórku. Na tle całości bronią się tylko dwa utwory: "Easy Now" i "Let It Rain". Oba wyróżniają się przyjemnymi melodiami o bardzo beatlesowskim charakterze (raczej w stylu George'a Harrisona, niż spółki Lennon/McCartney). Ten pierwszy to zresztą jedyny naprawdę solowy utwór Claptona z tego albumu - nie tylko skomponował go bez niczyjej pomocy, ale też nagrał bez udziału innych muzyków. W drugim natomiast w końcu pojawia się dłuższa gitarowa solówka.

Nie sposób uznać ten album za udany początek solowej kariery Claptona. Sam twórca najwyraźniej też zdawał sobie z tego sprawę, bo kolejny longplay sygnowany własnym nazwiskiem wydał dopiero w 1974 roku. Zaś w międzyczasie po raz kolejny stał się członkiem zespołu - ochrzczonego nazwą Derek and the Dominoes. Ale to już temat na inną recenzję.

Ocena: 4/10



Eric Clapton - "Eric Clapton" (1970)

1. Slunky; 2. Bad Boy; 3. Lonesome and a Long Way from Home; 4. After Midnight; 5. Easy Now; 6. Blues Power; 7. Bottle of Red Wine; 8. Lovin' You Lovin' Me; 9. Told You For the Last Time; 10. Don't Know Why; 11. Let It Rain

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara
Gościnnie: Delaney Bramlett - gitara, dodatkowy wokal; Carl Radle - bass; Jim Gordon - perkusja; Tex Johnson - instr. perkusyjne; Bobby Whitlock - organy, dodatkowy wokal; Leon Russell - pianino; John Simon - pianino; Bobby Keys - saksofon; Jim Price - trąbka; Bonnie Bramlett, Rita Coolidge, Sonny Curtis, Jerry Allison i Stephen Stills - dodatkowy wokal
Producent: Delaney Bramlett


27 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Blueprint" (1973)



Rok 1972 przyniósł pierwszą zmianę w składzie zespołu Rory'ego Gallaghera. Czującego strach przed lotniczymi podróżami - i opuszczającego przez to koncerty - perkusistę Wilgara Campbella zastąpił Rod de'Ath. Ponadto skład został rozszerzony o klawiszowca Lou Martina. Ta ostatnia zmiana niestety wyraźnie wpłynęła na złagodzenie brzmienia pierwszego albumu nagranego w tym składzie -  "Blueprint". Doskonale słychać to już na przykładzie otwierającego go utworu "Walk on Hot Coals" - niby typowego dla irlandzkiego muzyka rozpędzonego hard rocka z rewelacyjnymi jak zwykle partiami gitar, ale zmiękczonego przez nachalną partię pianina, która pasuje tu jak pięść do nosa.

Pianino świetnie podkreśla natomiast klimat bluesowych "Banker's Blues" (z repertuaru Big Billa Broonzya), "Hands Off" i "Race the Breeze", chociaż akurat tych kawałków nie wymieniłbym wśród swoich ulubionych. Klawisze sprawdzają się także w balladowych "Daughter of the Everglades" (ze świetną solówką Rory'ego i zgrabną melodią zwrotek, ale nieco banalnym refrenem) i "If I Had a Reason" (z najlepszą na albumie, nieco beatlesowską melodią). Opus magnum albumu stanowi jednak ponad ośmiominutowy, nieco jazzrockowy "Seventh Son of a Seventh Son", pełen gitarowych popisów Rory'ego i ciekawych klawiszowych ozdobników. Całości dopełnia instrumentalny "Unmilitary Two-Step", zagrany wyłącznie na gitarze akustycznej.

"Blueprint" to niestety dowód spadku kompozytorskiej formy Rory'ego Gallaghera - ewidentnie zaczęło brakować mu dobrych pomysłów na utwory, czego nie udało się ukryć przy pomocy bogatszych aranżacji.

Ocena: 6/10

PS. Kompaktowe reedycje albumu zawierają dwa bonusowe utwory: "Stompin' Ground" i cover "Treat Her Right" Roya Heada. Nie wnoszą one nic ciekawego do całości, a wręcz zaniżają jej poziom.



Rory Gallagher - "Blueprint" (1973)

1. Walk on Hot Coals; 2. Daughter of the Everglades; 3. Banker's Blues; 4. Hands Off; 5. Race the Breeze; 6. Seventh Son of a Seventh Son; 7. Unmilitary Two-Step; 8. If I Had a Reason

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, harmonijka i saksofon; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne; Lou Martin - instr. klawiszowe i gitara
Producent: Rory Gallagher


24 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Live in Europe" (1972)



Pierwszy koncertowy album Rory'ego Gallaghera zaskakuje doborem repertuaru. Zamiast zbioru najlepszych utworów z dotychczasowych albumów, znalazły się tutaj tylko dwie wcześniej wydane kompozycje Irlandczyka ("Laundromat" i "In Your Town"). Reszta longplaya to przeróbki bluesowych standardów ("Messin' with the Kid" Juniora Wellsa i "Pistol Slapper Blues" Blind Boy Fullera) oraz własne aranżacje tradycyjnych pieśni ("I Could've Had Religion", "Going to My Hometown" i "Bullfrog Blues").

Rory Gallagher był prawdziwym koncertowym zwierzęciem i właśnie na scenie dawał z siebie najwięcej. Już od początku otwierającego album "Messin' with the Kid" sypie jak rękawa rewelacyjnymi solówkami. Równie porywająco wypada "Laundromat", zagrany o wiele ciężej niż w wersji studyjnej. Dalej napięcie jednak wyraźnie spada. "I Could've Had Religion" to stonowany wolny blues, w którym niestety nie dzieje się zbyt wiele. Podobnie jak w następujących po nim akustycznych "Pistol Slapper Blues" i "Going to My Hometown" - ten pierwszy jeszcze się broni, przynajmniej nie trwa zbyt długo, ale drugi... nie dość, że strasznie rozwleczony, to jeszcze Gallagher odstawił na jego potrzeby gitarę na rzecz mandoliny, z której nie da się przecież zbyt wiele wydobyć, przez co utwór razi monotonnością. Energia wraca dopiero wraz z początkiem "In Your Town" - tutaj rozbudowanym do dziesięciu minut, w ciągu których Rory znów czaruje licznymi solówkami. A na zakończenie pojawia się jeszcze bardziej energetyczny "Bullfrog Blues"; tutaj z kolei okazję do popisu ma sekcja rytmiczna - najpierw krótkie solo na basie gra Gerry McAvoy, następnie pojawia się kilkunastosekundowa solówka perkusyjna Wilgara Campbella.

"Live in Europe" przeważnie oceniany jest wysoko, jednak mnie to wydawnictwo nie przekonuje. Nie odpowiada mi dobór materiału - pomiędzy genialnym początkiem i niezłą końcówką pojawia się długa nużąca część, która znacznie zaniża moją ocenę.

Ocena: 7/10

PS. Kompaktowe reedycje "Live in Europe" zawierają dwa bonusowe utwory, "What in the World" i "Hoodoo Man", również będące interpretacjami tradycyjnych pieśni.



Rory Gallagher - "Live in Europe" (1972)

1. Messin' with the Kid; 2. Laundromat; 3. I Could've Had Religion; 4. Pistol Slapper Blues; 5. Going to My Hometown; 6. In Your Town; 7. Bullfrog Blues

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Wilgar Campbell - perkusja
Producent: Rory Gallagher


23 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Deuce" (1971)



Nagrywając ten album, Rory Gallagher postanowił zrezygnować z pochłaniającego wiele godzin dopieszczania utworów w studiu. Materiał na "Deuce" był rejestrowany spontanicznie, tuż przed lub zaraz po koncertach, aby uzyskać podobny klimat i energię, jak podczas grania na żywo. Zresztą spora część utworów została zarejestrowana w jednym podejściu, bez żadnych dogrywek. Czasem nawet wokal był nagrywany jednocześnie z muzyką. Niestety, odbiło się to na jakości brzmienia (brakuje tutaj tego rewelacyjnego, uwypuklonego brzmienia basu z debiutu). A jak album prezentuje się od strony kompozytorskiej?

Całość została przygotowana według sprawdzonych wzorców. Znów sporo jest bluesa - zarówno w elektrycznej ("Should've Learnt My Lesson"), jak i akustycznej odmianie ("Don't Know Where I'm Going"); nie zabrakło odrobiny folku ("Out of My Mind"), jest też kolejny utwór o charakterze jazzrockowym ("There's a Light" - tym razem w zdecydowanie szybszym tempie  i bez saksofonu); a już tradycyjnie longplay rozpoczyna się od solidnego hardrockowego czadu ("Used to Be"). Problem w tym, że wszystkie te utwory na tle swoich poprzedników wypadają dość blado. Przewidywanie. Gra Gallaghera jest w nich jakby mniej porywająca niż dawnej, zabrakło również pomysłu na dobre melodie. Być może album został po prostu nagrany zbyt szybko po wydaniu poprzedniego, a może jednak potrzebne było spędzenie więcej czasu w studiu?

Bo przecież mimo wszystko wciąż tu słychać, że mamy do czynienia z cholernie uzdolnionym muzykiem, który potrafi tworzyć rzeczy genialne. I dowodów tu na to nie brakuje. Choćby "I'm Not Awake Yet" - jedna z najpiękniejszych kompozycji Gallaghera. Oparta głównie na brzmieniach akustycznych (nawet większość solówek Rory gra na akustyku), z prześliczną melodią, nad którą unosi się wspaniały irlandzki klimat. Ciężko oddać w słowach piękno tego utworu - trzeba go po prostu posłuchać. Innym rewelacyjnym utworem jest finałowy "Crest of a Wave". Najcięższy na longplayu, wyróżniający się dwiema fantastycznymi solówkami zagranymi techniką slide - niektórzy uważają je za najlepsze w całym dorobku Irlandczyka. Wcale nie gorszy popis grania tą techniką znalazł się w "Whole Lot of People". "Maybe I Will" to z kolei całkiem przyjemny utwór o nieco bardziej przebojowym charakterze, chociaż ozdobiony jazzującą solówką. Natomiast utrzymany w rytmie boogie, rozimprowizowany "In Your Town" stał się koncertowym klasykiem.

"Deuce" to jeden z tych albumów, które najtrudniej było mi ocenić. Z jednej strony są tu utwory genialne i bardzo dobre, a z drugiej - kompozycje sprawiające wrażenie mniej interesujących kopii starszych nagrań Gallaghera. Inna sprawa, że gdybym nie słyszał wcześniej debiutanckiego albumu, pewnie inaczej patrzyłbym na zawartość "Deuce". Tym bardziej, że jako całość longplay sprawia o wiele lepsze wrażenie, niż po rozbiciu go na poszczególne utwory; słucha się go wyśmienicie. A o to przecież głównie chodzi w muzyce. 

Ocena: 9/10



Rory Gallagher - "Deuce" (1971)

1. Used to Be; 2. I'm Not Awake Yet; 3. Don't Know Where I'm Going; 4. Maybe I Will; 5. Whole Lot of People; 6. In Your Town; 7. Should've Learnt My Lesson; 8. There's a Light; 9. Out of My Mind; 10. Crest of a Wave

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Wilgar Campbell - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rory Gallagher


22 kwietnia 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Rory Gallagher" (1971)



Rory Gallagher, jeden z najwspanialszych gitarzystów bluesrockowych, jest dziś postacią niemal całkiem zapomnianą.  Nie stał się legendą na miarę chociażby Jimiego Hendrixa, choć w latach siedemdziesiątych odnosił naprawdę spore sukcesy. W 1971 roku w rankingu opiniotwórczego brytyjskiego magazynu Melody Marker został wybrany Międzynarodowym Muzykiem Roku, wyprzedzając między innymi samego Erica Claptona (który w tamtym czasie uznawany był za najlepszego gitarzystę rockowego i bluesowego). Kilka lat później, w połowie dekady Gallagher został zaproszony przez muzyków The Rolling Stones na kasting mający wyłowić nowego gitarzystę solowego grupy. Zespół był podobno zachwycony, ale Rory wolał kontynuować karierę solową. Co ciekawe, w tym samym czasie muzycy Deep Purple, z którymi właśnie rozstał się Ritchie Blackmore, również rozważali zaproponowanie stanowiska gitarzysty Rory'emu.

Pochodzący z Cork muzyk karierę zaczynał w zespole o nazwie Taste. W pierwotnym składzie towarzyszyli mu basista Eric Kitteringham i perkusista Norman Damery, których szybko zastąpili Richard McCracken i John Wilson. Porywające występy tria na żywo, a także blues rockowy materiał zawarty na debiutanckim albumie "Taste" (1969), zapewniły im tytuł "nowego Cream". Większe ambicje zespołu pokazał drugi album, "On the Boards" (1970), na którym słyszalne są nie tylko wpływy bluesa, ale także folku i jazzu. Niestety, zespół rozpadł się niedługo później. Oficjalnie z powodu złego zarządzania, przez które muzycy nie odnosili żadnych zysków, mimo licznych koncertów. Nieoficjalnie z powodu zbyt "gwiazdorskiego" zachowania Gallaghera na scenie - tak przynajmniej twierdził John Wilson (obecnie zresztą koncertujący z nowym wcieleniem Taste, bez innych muzyków współtworzących grupę w latach sześćdziesiątych).

Rory nie poddawał się i postanowił kontynuować karierę, już pod własnym nazwiskiem. Pozostało tylko znaleźć nowych muzyków. Odbył kilka prób z Noelem Reddingiem i Mitchem Mitchellem - słynną sekcją rytmiczną The Jimi Hendrix Experience - ale ostatecznie wybrał dwóch nieznanych muzyków z Irlandii Północnej - basistę Gerry'ego McAvoya i perkusistę Wilgara Campbella. W tym składzie został nagrany solowy debiut Gallaghera. To bez żadnych wątpliwości jedno z największych osiągnięć irlandzkiego muzyka. Właśnie ten album, najlepiej z całej jego dyskografii, pokazuje wszechstronność Gallaghera, który swobodnie czerpie tutaj z różnych gatunków muzycznych. Ponadto, to bardzo szczery album, bez przesadnego kombinowania, zarejestrowany prawie na żywo. Na szczęście, nie słychać tu jeszcze - jak na wielu późniejszych albumach - niechęci Rory'ego do spędzania czasu w studiu (muzyk uważał, że tylko na koncertach potrafi osiągnąć właściwą energię, a do studia wchodził wyłącznie z powodu zobowiązań kontraktowych).

Całość rozpoczyna "Laundromat" - chwytliwy utwór o ciężkim hard rockowym brzmieniu, oparty na charakterystycznym, bardzo nośnym bluesowym riffie. Jednak już w drugim na trackliście "Just the Smile" następuje drastyczna zmiana klimatu - kompozycja opiera się na brzmieniach akustycznych, wyraźnie słyszalna jest inspiracja folkiem. Od dźwięków gitary akustycznej rozpoczyna się także "I Fall Apart", ale tym razem mamy do czynienia z bardziej rozbudowaną kompozycją, w której powoli budowane napięcie prowadzi do intensywnej, natchnionej końcówki. Utwór przyciąga uwagę już od pierwszych sekund wspaniałą, przepiękną melodią i fantastycznymi partiami gitary. To jeden z najlepszych utworów Rory'ego i chyba najbardziej poruszający. "Wave Myself Goodbye" to kolejna zmiana klimatu - akustyczny blues z bardziej mówioną, niż śpiewaną, partią wokalną i partią pianina w nowoorleańskim stylu. Za ten ostatni element odpowiada zaproszony na sesję gość, Vincent Crane z grupy Atomic Rooster.

"Hands Up" i "Sinner Boy" to pełen energii, bluesowo zabarwiony hard rock, ze świetnymi partiami gitarowymi (drugi z tych utworów powstał jeszcze w czasach Taste i był wykonywany przez zespół na koncertach, ale nie doczekał się wersji studyjnej). W balladowym "For the Last Time" znów rewelacyjnie budowane jest napięcie, a elektryzującym popisom Rory'ego towarzyszy wyrazista i dość ciężka gra sekcji rytmicznej. Dwa kolejne utwory to powrót do akustycznego brzmienia. "It's You" zdradza wpływ muzyki country, jednak jest naprawdę przyjemny i łatwo wpada w ucho. Akustyczny blues "I'm Not Suprised", znów nagrany z pomocą Crane'a, również posiada całkiem przyjemną melodię. Kolejną perłą jest natomiast finałowy "Can't Believe It's True", wyróżniający się bardziej jazzową rytmiką i partiami saksofonu w wykonaniu samego Gallaghera. Poradził sobie naprawdę wyśmienicie. Można wręcz stwierdzić, że saksofonistą był niemal tak samo dobrym, jak gitarzystą.

Solowy debiut Rory'ego Gallaghera to naprawdę wspaniały album, zachwycający różnorodnością, doskonałymi kompozycjami i rewelacyjnym dokonaniem. Longplay podniósł poprzeczkę naprawdę wysoko. I chociaż Rory nagrał później jeszcze wiele rewelacyjnych albumów, to jednak poziom tego wydawnictwa nie został już nigdy przez niego osiągnięty. Praktycznie nie ma tutaj słabych punktów. Każdy utwór czymś zachwyca, a mimo stylistycznego zróżnicowania, wszystko idealnie tu do siebie pasuje. To najprawdziwsze arcydzieło, któremu z czystym sumieniem wystawiam maksymalną ocenę.

Ocena: 10/10

PS. Kompaktowe reedycje albumu zawierają dwa bonusowe utwory: covery "Gypsy Woman" Muddy'ego Watersa i "It Takes Time" Otisa Rusha. Oba bliskie oryginałów, ale warte poznania ze względu na porywające solówki Gallaghera.



Rory Gallagher - "Rory Gallagher" (1971)

1. Laundromat; 2. Just the Smile; 3. I Fall Apart; 4. Wave Myself Goodbye; 5. Hands Up; 6. Sinner Boy; 7. For the Last Time; 8. It's You; 9. I'm Not Surprised; 10. Can't Believe It's True

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, saksofon i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Wilgar Campbell - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Vincent Crane - pianino (4,9)
Producent: Rory Gallagher


21 kwietnia 2015

[Recenzja] John Mayall with Eric Clapton - "Blues Breakers" (1966)



Album definiujący styl zwany blues rockiem, brytyjskim bluesem lub po prostu "białym" bluesem. Fakt, że już wcześniej w Wielkiej Brytanii pojawiły się zespoły rockowe inspirujące się afroamerykańskim bluesem - vide The Rolling Stones, The Yardbirds czy The Animals - jednak dopiero "Blues Breakers" był pierwszym stricte blues rockowym longplayem. Pojawiły się na nim wszystkie elementy tego stylu, rozwijane później przez takie grupy, jak m.in. Cream, Fleetwood Mac, Free, The Jimi Hendrix Experience, Savoy Brown, oraz Chicken Shack.

John Mayall zadebiutował w 1965 roku koncertowym albumem "John Mayall Plays John Mayall" (zarejestrowanym w grudniu '64), na którym towarzyszyli mu tacy muzycy, jak basista John McVie (późniejszy członek Fleetwood Mac), perkusista Hughie Flint (później w Savoy Brown), oraz gitarzysta Roger Dean. Ten ostatni odszedł niedługo później, a na jego miejsce przyjęty został niejaki Eric Clapton - muzyk, który już wtedy cieszył się sporym uznaniem, zdobytym dzięki występom z grupą The Yardbids. Opuścił ją jednak w połowie lat 60., gdy pozostali muzycy zaczęli zmierzać w bardziej popowym kierunku, podczas gdy on pragnął wówczas grać wyłącznie bluesa. Właśnie kogoś takiego poszukiwał Mayall. Co prawda w drugiej połowie 1965 roku Clapton wyjechał na trzy miesiące do Grecji, gdzie występował z grupą nazwaną The Glands, ale po powrocie znów nawiązał współpracę z Mayallem i jego zespołem.

Na początku 1966 roku zarejestrowano koncert grupy w londyńskim Flamingo Club (podczas którego w roli basisty występował Jack Bruce, z którym wkrótce potem Clapton stworzył supergrupę Cream) z myślą o wydaniu go na płycie. Fatalna jakość nagrania zmusiła jednak muzyków do odrzucenia tego materiału i zarejestrowaniu go w studiu (tym razem z Johnem McVie na basie). Na repertuar złożyły się w sporej części przeróbki standardów amerykańskich bluesmanów - m.in. Otisa Rusha, Freddiego Kinga i Roberta Johnsona - a także kilka autorskich kompozycji Mayalla ("Little Girl", "Another Man", "Key to Love", "Have You Heard" i napisany wspólnie z Claptonem "Double Crossing Time").

Materiał zawarty na "Blues Breakers" można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się utwory bliższe czystego bluesa - np. leniwie snujący się "Another Man", w którym istotną rolę odgrywa harmonijka, "Parchman Farm", albo "It Ain't Right". Ale jest też druga grupa, zawierająca bardziej dynamiczne nagrania w rodzaju "All Your Love", "Little Girl" i "Double Crossing Time", w których nie brakuje ostrych solówek Claptona, wyraźnie zwiastujących jego późniejsze dokonania z Cream. Niestety, muzycy nie mają tu zbyt wiele miejsca do popisu. Album został zarejestrowany jeszcze przed nastaniem mody na długie solówki, więc średnia długość utworów wynosi trzy minuty. A jednak znalazły się tutaj takie utwory, jak instrumentalne "Hideaway" i "Steppin' Out", będące świetnymi przykładami zespołowej improwizacji, albo interesująca wersja "What'd I Say" z repertuaru Raya Charlesa, wzbogacona długą solówką perkusyjną i cytatem z "Day Tripper" Beatlesów. Ciekawostką jest natomiast utwór "Ramblin' on My Mind", będący debiutem Claptona w roli głównego wokalisty.

"Blues Breakers" to bardzo ważny longplay, kamień milowy zarówno w muzyce rockowej, jak i bluesowej. Szczególnie rewolucyjna jest na nim gra Erica Claptona (to w okresie jego współpracy z Mayallem zaczęły pojawiać się słynne graffiti "Clapton Is God"), która zainspirowała dziesiątki, jeśli nie setki gitarzystów, w tym naprawdę znane nazwiska. W takim kontekście album zasługuje nawet i na maksymalną ocenę. Jeśli jednak spojrzeć na samą muzykę, bez tego całego tła historycznego, można się przyczepić do kilku rzeczy, z archaicznym brzmieniem na czele. Cóż, "pierwszy" i "prekursorski" rzadko są synonimami "najlepszego". W tym przypadku niewiele brakowało.

Ocena: 9/10



John Mayall with Eric Clapton - "Blues Breakers" (1966)

1. All Your Love; 2. Hideaway; 3. Little Girl; 4. Another Man; 5. Double Crossing Time; 6. What'd I Say; 7. Key to Love; 8. Parchman Farm; 9. Have You Heard; 10. Ramblin' on My Mind; 11. Steppin' Out; 12. It Ain't Right

Skład: John Mayall - wokal, instr. klawiszowe i harmonijka; Eric Clapton - gitara, wokal (10); John McVie - bass; Hughie Flint - perkusja
Gościnnie: Alan Skidmore - saksofon (5,7,9,11); Johnny Almond - saksofon (7,9,11); Derek Healey - trąbka (7,9,11)
Producent: Mike Vernon


18 kwietnia 2015

[Artykuł] Najciekawsze opakowania płyt winylowych

W związku z obchodzonym dzisiaj Record Store Day (międzynarodowym dniem sklepów z płytami i płyt winylowych) postanowiłem opublikować listę najciekawszych okładek. Bynajmniej nie chodzi tutaj o same grafiki, a o najbardziej pomysłowe, oryginalne i niekonwencjonalne projekty. Kolejność chronologiczna. 



1. The Beatles - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1966)

Beatlesi zrewolucjonizowali praktycznie wszystkie dziedziny muzycznego biznesu. Także okładki. Do połowy lat 60. były to tylko zwykłe opakowania, ze zdjęciem wykonawcy, jego nazwą, tytułem płyty, listą utworów i logiem wytwórni. Za sprawą Wspaniałej Czwórki stały zaczęły stawać się małymi dziełami sztuki, stanowiącymi integralną część albumu, tak samo ważną, jak zawartość muzyczna. Przełomowym wydawnictwem był "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" z 1966 roku, z okładką, której czas przygotowania i budżet znacznie wykraczały poza ówczesne standardy. Chociaż już samo okładkowe zdjęcie było wyjątkowe jak na tamte czasy, na tym się nie skończyło. Był to bowiem pierwszy jednopłytowy album w historii muzyki, który został wydany w rozkładanej kopercie. Płyta znalazła się w jej prawym "skrzydle", natomiast w lewym umieszczono kartonową wkładkę, z której można było wyciąć przeróżne dodatki: zdjęcie zespołu, znaczki, a nawet... sztuczne wąsy, będące repliką tych, które nosił Paul McCartney, gdy chciał zachować anonimowość. Warto dodać, że to własnie McCartney był pomysłodawcą okładki albumu, a w realizacji pomogli mu graficy Peter Blake i Jann Haworth.



2. The Beatles - "Magical Mystery Tour" (1967)

I jeszcze raz Beatlesi. Brytyjskie wydanie "Magical Mystery Tour" jest o tyle intrygujące, że wchodzące w jego skład dwie 7-calowe EPki zostały umieszczone w 28-stronicowej książeczce w twardej oprawie, zawierającej teksty utworów i kolorowe zdjęcia. Dziś takie wydania są standardem, ale wówczas był to szczyt ekstrawagancji.



3. Soft Machine - "Soft Machine" (1968)

Do frontowej strony koperty przymocowano obrotową tarczę z otworami, przez które można oglądać fragmenty schowanego pod nią kolażu zdjęć. Podobny paten został wykorzystany na albumie "Led Zeppelin III" grupy Led Zeppelin - tam jednak tarcza umieszczona jest wewnątrz frontowego skrzydła rozkładanej koperty, a umieszczoną na niej grafikę można oglądać przez otwory w kopercie.




4. Jethro Tull - "Stand Up" (1969)

"Stand Up", czyli - w wolnym tłumaczeniu - powstań. Po otarciu rozkładanej koperty albumu, podnoszą się z niej kartonowe sylwetki muzyków. Pomysł został wykorzystany także przez grupę Badger na jej albumie "One Live Badger" z 1973 roku.



5. The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)

W okładkę niektórych wydań albumu został "wszyty" prawdziwy zamek błyskawiczny. W środku koperty można było znaleźć... papierowego banana. Po rozsunięciu rozporka można... a, mniejsza z tym.



6. Uriah Heep - "Look at Yourself" (1971)

Do okładki albumu zostało "wstawione" lusterko (a właściwie srebrna folia). Pomysł nie był całkowicie nowy, ponieważ pierwsza "lustrzana" okładka pojawiła się już w 1968 roku ("Head" grupy The Monkees), jednak w przypadku "Look at Yourself" o wiele lepiej koresponduje ona z tytułem albumu. W późniejszych wydaniach zrezygnowano z folii.



7. Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)

Płyta została opakowana w... 12-stronicową gazetę o wymiarach 12 x 16 cali, z artykułami napisanymi przez członków zespołu. Wytwórnia początkowo nie zgadzała się na zrealizowanie tego pomysłu, twierdząc, że koszt produkcji będzie zbyt duży. Przekonał ich argument, że prawdziwe gazety są przecież codziennie drukowane w ogromnych nakładach, a sprzedaje się je za grosze, a nawet rozdaje za darmo.



8. Emerson, Lake & Palmer - "Brain Salad Surgery" (1973)

We wczesnych wydaniach albumu okładka otwierała się jak wrota, za którymi kryła się kolejna grafika. Więcej na jej temat w poświęconej jej części cyklu "Historie okładek" - do przeczytania tutaj. Patent został wykorzystany także na albumie "Lifemask" Roya Harpera, który ukazał się w tym samym roku.



9. Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)

W okładce, przedstawiającej gmachy dwóch budynków, w miejscu ich okien wycięto szesnaście otworów, w których można ustawić jeden z sześciu dostępnych kompletów grafik (po dwa na każdej z wewnętrznych kopert podwójnego albumu i dwa kolejne na dodatkowej wkładce). Identyczny pomysł wykorzystany został wcześniej na albumie "Compartments" Jose'a Feliciano (1973), ale z mniejszym rozmachem, niż na dziele Led Zeppelin. Więcej o okładce i samym albumie do przeczytania tutaj



10. Public Image Ltd - "Metal Box" (1979)

Zgodnie z tytułem, album został zapakowany w metalowe pudełko, przypominające te, w których przechowuje się 16-milimetrowe taśmy filmowe. Pomysł interesujący, ale niedopracowany, ze względu na trudności z wyciąganiem płyty.


16 kwietnia 2015

[Recenzja] Stomu Yamashta's Go - "Go... Live from Paris" (1976)



Można polemizować nad sensem wydawania dwupłytowej koncertówki przez zespół mający na koncie zaledwie jeden album studyjny. Materiał zawarty na "Go... Live from Paris" rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości. Bo chociaż teoretycznie jest to tylko rozbudowana wersja debiutu, w praktyce otrzymujemy znacznie więcej. Na początek warto zwrócić uwagę na pewne różnice repertuarowe. Pierwszą płytę koncertówki wypełniły utwory ze strony B studyjnego albumu, a kompozycje ze strony A znalazły się na drugiej płycie - poza tym jednak kolejność poszczególnych fragmentów została zachowana. Dziś trudno byłoby ustalić, czy muzycy rzeczywiście w ten sposób odgrywali album na żywo, czy może to błąd w opisie "Live from Paris" - zawsze można jednak słuchać płyt w odwrotnej kolejności. Kolejna różnica to brak fragmentu o tytule "Space Theme". Zamiast niego (ale w innym miejscu) pojawia się za to nieobecny w studyjnej wersji "Windspin" - ponad dziewięciominutowa improwizacja muzyków, potwierdzająca ich kunszt wykonawczy.

Przyznaję jednak, że trochę brakuje mi tutaj wspomnianego "Space Theme", a zwłaszcza jego genialnej, hipnotyzującej końcówki. To jednak jedyny mankament "Go... Live from Paris". Pod każdym innym względem album przewyższa studyjny odpowiednik. Na pewno na dobre wyszła rezygnacja z sekcji dętej w "Man of Leo" i "Time is Here". Dzięki temu o wiele lepiej wtapiają się one w całość, która w rezultacie brzmi o wiele bardziej spójnie. Kolejną zaletą jest luźniejsze potraktowanie utworów, które dzięki długim improwizacjom znacznie się rozrastają. Przykładowo, trwający oryginalnie niewiele ponad dwie minuty "Man of Leo" tutaj został zaprezentowany w porywającej, piętnastominutowej wersji. Podobnie rozciągnięty został "Time is Here", tutaj trzykrotnie dłuższy, niż w oryginale. Moim faworytem jest jednak "Crossing the Line" - nie rozbudowany aż tak jak dwa poprzednie, dzięki czemu zachował swój przebojowy charakter (zresztą właśnie w tej wersji został wydany na singlu), ale z fantastycznie wydłużoną gitarową solówką. Warto jeszcze wspomnieć o fragmencie "Solitude"/"Nature", który wypada tutaj jeszcze piękniej i bardziej poruszającą od wersji studyjnej.

O ile studyjny album "Go" może zaciekawić przede wszystkim wielbicieli grających na nim muzyków, tak z "Go... Live from Paris" powinien zapoznać się każdy miłośnik muzyki z tamtych czasów, a szczególnie koncertowych improwizacji z pogranicza jazzu, bluesa i rocka.

Ocena: 8/10



Stomu Yamashta's Go - "Go... Live from Paris" (1976)

LP1: 1. Space Song; 2. Carnival; 3. Windspin; 4. Ghost Machine; 5. Surfspin; 6. Time is Here; 7. Winner/Loser
LP2: 1. Solitude; 2. Nature; 3. Air Voice; 4. Crossing the Line; 5. Man of Leo; 6. Stellar; 7. Space Requiem

Skład: Stomu Yamashta - instr. perkusyjne i klawiszowe; Steve Winwood - wokal i pianino; Klaus Schulze - instr. klawiszowe; Al Di Meola - gitara; Pat Thrall - gitara; Jerome Rimson - bass; Michael Shrieve - perkusja; Brother James - kongi
Producent: Stomu Yamashta


15 kwietnia 2015

[Recenzja] Stomu Yamashta's Go - "Go" (1976)



Stomu Yamashta to japoński perkusista i klawiszowiec, obracający się głównie w rejonach jazzu i awangardy. W połowie lat 70. powołał jednak do życia projekt Go, który może zaciekawić znacznie szersze grono odbiorców. Yamashta zaprosił bowiem do niego imponujący zestaw muzyków, pochodzących z różnych krajów i różnych muzycznych światów. Wśród nich znaleźli się m.in.: wokalista Steve Winwood (z rockowych Traffic i Blind Faith), basista Rosko Gee (z Traffic, później w krautrockowym Can), klawiszowiec Klaus Schulze (wykonujący głównie muzykę elektroniczną), perkusista Michael Shrieve (z latinrockowego Santana), oraz gitarzyści Al Di Meola (z jazzrockowego Return to Forever) i Pat Thrall (później w hardrockowym Pat Travers Band). Debiutancki album projektu, zatytułowany po prostu "Go", jest jakby wypadkową stylów tych wszystkich muzyków.

Longplay podzielony jest na czternaście utworów, które jednak płynnie się przenikają, tworząc swego rodzaju suitę. Tylko dwukrotnie słychać przerwy - ta pomiędzy "Space Theme" i "Space Requiem" wymuszona została ograniczeniem czasowymi płyty winylowej, natomiast ta przed finałowym "Winner/Loser" wynika stąd, że utwór ten jest jakby bonusem, odbiegającym charakterem od reszty albumu, ze względu na bardziej piosenkową formę. Nie znaczy to bynajmniej, że podstawowa część albumu jest monotonna. Wręcz przeciwnie, dzieje się tu całkiem sporo (co nie zawsze wychodzi na dobre, o czym więcej za chwilę). Całość rozpoczyna się od przepięknego tematu "Solitude", zdominowanego przez brzmienia klawiszowe, jak większość tego albumu. Jego rozwinięciem jest "Nature" - oparty na tym samym motywie, ale wzbogacony poruszającą partią wokalną Winwooda. To w ogóle jeden z najbardziej utalentowanych wokalistów tamtych czasów, niestety dziś już nieco zapomniany. Wróćmy jednak do albumu. "Air Dance" to instrumentalny pejzaż dźwiękowy, o bardzo "kosmicznym" klimacie, przechodzący w kolejną przepiękną pieśń, "Crossing the Line". Po niej następuje pierwsza drastyczna zmiana nastroju. "Man of Leo" i jego instrumentalna kontynuacja, "Stellar", to dynamiczne funkowe granie, z klangującym basem, sekcją dętą i żeńskimi chórkami. Według mnie za bardzo jednak burzy to klimat całości i po prostu nie pasuje do reszty albumu. Warto jednak odnotować gitarowy popis Ala Di Meoli w "Stellar". Pierwszą część albumu kończy kolejny "kosmiczny" pejzaż, trafnie zatytułowany "Space Theme". Wrażenie robi jego końcówka, z hipnotyzującą linią basu.

Druga część albumu - a zarazem druga strona winylowego wydania - rozpoczyna kontynuacja kosmicznej podróży, w postaci syntezatorowych pejzaży "Space Requiem" i "Space Song". Na ziemię wracamy w dynamicznym "Carnival", o którym wszystko mówi tytuł. Rozwinięciem tego tematu jest rozpędzony "Ghost Machine", oparty na pulsującej grze sekcji rytmicznej i gitarowych popisach Di Meoli. Chwilę uspokojenia przynosi kolejny instrumentalny pejzaż, "Surfspin", po którym następuje jeszcze jeden funkowy utwór, tym razem jednak bardziej stonowany, "Time is Here". W tle znów słychać żeńskie chórki, nadające nieco soulowego charakteru. Zamykający album, wspomniany już wcześniej "Winner/Loser" to jedyny fragment albumu, w którego komponowaniu brał udział Winwood - i doskonale to słychać, bowiem już tutaj wiele z klimatu późnego Traffic, a jeszcze bliżej mu do solowych dokonań muzyka. Na tle całości wyróżnia się prostszą i przebojową melodią - aż dziwne, że nie został wydany na singlu, bo ma naprawdę spory potencjał komercyjny. O ile jednak broniłby się w  porównaniu z resztą zawartych tu utworów wypada natomiast banalnie.

Podsumowując, album wypada dość niespójnie, co jest tym większym zarzutem, że wyraźnie słychać tutaj, iż miał on tworzyć spójną całość. W rezultacie stanowi on raczej ciekawostkę dla wielbicieli grających na nim muzyków, niż album mogący zainteresować postronnych słuchaczy. A wystarczyłoby tylko zmienić kolejność utworów, żeby całość robiła lepsze wrażenie - na jednej stronie umieścić bardziej dynamiczne fragmenty, a na drugiej spokojniejsze. Mimo wszystko, znalazło się tutaj wiele wspaniałych momentów, dla których naprawdę warto poznać ten longplay.

Ocena: 7/10



Stomu Yamashta's Go - "Go" (1976)

1. Solitude; 2. Nature; 3. Air Over; 4. Crossing the Line; 5. Man of Leo; 6. Stellar; 7. Space Theme; 8. Space Requiem; 9. Space Song; 10. Carnival; 11. Ghost Machine; 12. Surfspin; 13. Time is Here; 14. Winner/Loser

Skład: Stomu Yamashta - syntezator i instr. perkusyjne; Steve Winwood - wokal i instr. klawiszowe, gitara (14); Rosko Gee - bass; Michael Shrieve - perkusja; Klaus Schulze - instr. klawiszowe; Chris West - gitara (1,11,13); Pat Thrall - gitara (3,4); Junior Marvin - gitara (4-6,10,14); Al Di Meola - gitara (5,6,10,11,13); Bernie Holland - gitara (10); Hisako Yamashta - skrzypce (9); Brother James - kongi (11,14); Lenox Langton - kongi (11); Thunderthighs - dodatkowy wokal (5,13); Paul Buckmaster - aranżacja instr. dętych (5,13)
Producent: Paul Buckmasteri Stomu Yamashta


14 kwietnia 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "Iron Maiden" Iron Maiden

Dziś fani heavy metalu obchodzą podwójne święto. Dokładnie 35 lat temu ukazał się przełomowy album Judas Priest, "British Steel", jak również debiutancki longplay grupy Iron Maiden. Już na nim zespół zawarł wiele elementów swojego charakterystycznego stylu, chociaż pod kilkoma względami znacznie różni się od jego późniejszych wydawnictw. Więcej na ten temat w poniższym artykule, opisującym pierwsze lata działalności Żelaznej Dziewicy, a także szczegóły powstania jej pierwszego albumu.




Żelazna Dziewica

Grupa Iron Maiden powstała w 1975 roku z inicjatywy basisty Steve'a Harrisa. Pierwsze lata działalności to występy w małych klubach i notoryczne zmiany składu - do końca lat 70. przez grupę przewinęło się kilkunastu muzyków. Pierwszy istotny skład wykrystalizowywał się w 1978 roku: Harrisowi towarzyszyli wówczas wokalista Paul Di'Anno, gitarzyści Dave Murray i Paul Cairns, oraz perkusista Doug Sampson. To właśnie z tymi muzykami po raz pierwszy wszedł do studia. Sesja odbyła się w sylwestra 1978 roku w Spaceward Studios w Cambridge. Jej rezultatem były cztery utwory: "Iron Maiden", "Invasion", "Prowler" i "Strange World". Trzy pierwsze zostały wydane w listopadzie 1979 roku na EPce "The Soundhouse Tapes", wydanej własnym sumptem w ilości 5000 egzemplarzy (ostatni utwór czekał na premierę do 1996 roku, kiedy znalazł się na kompilacji "Best of the Beast"). W opisie EPki nie znalazło się nazwisko Cairnsa, który wówczas już nie grał w zespole. W ciągu kolejnych miesięcy jego miejsce zajmowali kolejno Paul Todd i Tony Parsons. Ten ostatni wziął udział w kolejnej sesji zespołu, która odbyła się w listopadzie. Jej wynikiem były dwa utwory "Sanctuary" i "Wrathchild", zarejestrowane z myślą o kompilacji "Metal for Muthas" wytwórni EMI, wydanej 15 lutego 1980 roku. Zawierała ona utwory zespołów z tzw. nurtu NWOBHM, które nie miały jeszcze podpisanego kontraktu. Nagrania Iron Maiden zrobiły jednak wystarczające wrażenie na przedstawicielach wytwórni, aby od razu podsunąć grupie odpowiednie papiery.

Iron Maiden '79: Doug Samson, Paul Di'Anno, Tony Parsons, Dave Murray i Steve Harris.

NWOBHM, czyli Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu, to nurt, który powstał pod koniec lat 70. jako opozycja do popularnego w tamtym czasie punk rocka. Nienawidziliśmy punk rocka - przyznawał Steve Harris. Uważaliśmy, że punk to gówno. Nienawidziliśmy otoczki jaka mu towarzyszyła, nienawidziliśmy samej muzyki. Nie było w niej nic, co mogłoby nas zainteresować. Większość zespołów punkowych nie potrafiła grać, nie miała dobrych utworów. W tym samym wywiadzie wymieniał swoje inspiracje z tamtego okresu: Słuchałem oczywiście Black Sabbath, ale też Yes, The Who, Wishbone Ash, Jethro Tull, wczesnego Genesis, UFO, Judas Priest. Właśnie taki był cel wielu grup z nurtu NWOBHM - przywrócić muzykę na jakiej sami się wychowali, a o której brytyjskie media zapomniały wraz z pojawieniem się punk rocka. Harris zastrzegał jednak: Termin Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu był wymysłem dziennikarzy. Dla nas nie miało znaczenia czy jesteśmy częścią jakiegoś nurtu, czy nie. Inna sprawa, że nazwa nurtu była pewnym paradoksem, bowiem wcześniej termin "heavy metal" nie był używany jako nazwa konkretnego stylu - muzykę takich zespołów, jak Black Sabbath czy Judas Priest, określano po prostu mianem "hard rock". Kolejny paradoks to fakt, że dziennikarzy zaliczali do nurtu wszystkie brytyjskie zespoły, które debiutowały w tamtym czasie, często bardzo na wyrost (np. bluesrockowy Samson, albo grający bardziej ekstremalnie Venom).

Wróćmy jednak do Iron Maiden. Oczywistym następstwem podpisania kontraktu było przystąpienie do nagrywania debiutanckiego albumu. Do studia grupa (w czteroosobowym składzie: Harris, Di'Anno, Murray, Sampson) weszła w grudniu 1979 roku, razem z producentem Guyem Edwardsem. Rezultaty tej współpracy nie były jednak zadowalające. Jedynym znanym efektem tej sesji jest utwór "Burning Ambitions" (napisany przez Harrisa wiele lat wcześniej), który trafił na stronę B singla "Running Free". Zanim jednak to nastąpiło, zespół zatrudnił nowego producenta, Willa Malone'a, a także... zmienił skład. Nieradzący sobie z rosnącą popularnością grupy Doug Sampson postanowił odejść, a na jego miejsce przyjęto Clive'a Burra (wcześniej występującego w grupie Samson); w tym samym czasie zatrudniono także drugiego gitarzystę, Dennisa Strattona. Właściwa sesja odbyła się w styczniu 1980 roku w londyńskim Kingsway Studios. Według Harrisa zajęła ona zaledwie trzynaście dni. Zarejestrowano dziewięć utworów (w tym nowe wersje "Iron Maiden", "Prowler", "Strange World" i "Sanctuary"). Na europejskie wydanie trafiło osiem z nich - pominięto utwór "Sanctuary", który w maju został wydany jako niealbumowy singiel (trafił też na amerykańskie wydanie albumu).

Iron Maiden '80: Dave Murray, Clive Burr, Dennis Stratton, Steve Harris i Paul Di'Anno.

Album został poprzedzony wspomnianym singlem z utworem "Running Free", wydanym 8 lutego. Jak na dzieło nieznanej powszechnie grupy całkiem nieźle poradził sobie w brytyjskim notowaniu, docierając do 34. miejsca i zapewniając grupie występ w programie Top of the Pops. Warto dodać, że Ironi byli drugą grupą w jego historii, po The Who, która odmówiła grania z playbacku i wystąpiła na żywo. Album trafił do sklepów 14 lutego i również okazał się sukcesem, docierając do 4. miejsca UK Albums Chart, cieszył się także umiarkowaną popularnością poza ojczyzną muzyków. Byliśmy gotowi walczyć o popularność w kraju, ale nie myśleliśmy nawet o wybicie się poza Wielką Brytanię - przyznawał Harris. Tyle musieliśmy się napracować, żeby rozpoznawano nas w samym Londynie, że nasz horyzont nie wykraczał poza Wielką Brytanię. Gdy dowiedzieliśmy się, że nasza płyta sprzedaje się dobrze na kontynencie i w Stanach, nie mogliśmy w to uwierzyć. To było jak sen.

Album bliższy był jednak standardów poprzedniej dekady, niż lat 80. Przede wszystkim ze względu na jego różnorodność: od prostych metalowych czadów w rodzaju "Prowler" i "Running Free", po rozbudowany, progrockowy utwór "Phantom of the Opera"; od agresywnego "Transylvania" po subtelną balladę "Strange World". Nigdy później zespół już nie nagrał tak urozmaiconego albumu. Niestety, miał on też wady, do których zaliczyć trzeba przede wszystkim surowe brzmienie, wynikające po części z braku zaangażowania Willa Malone'a (później zajmującego się głównie muzyką pop), a po części z niedoświadczenia samego zespołu. Jednak pochodzące z niego utwory utwory wytrzymały próbę czasu i do dziś grupa chętnie wykonuje wiele z nich na żywo. Do najczęściej granych należą "Running Free" i "Phantom of the Opera", zaś będąca prawdziwym hymnem zespołu kompozycja "Iron Maiden" jest obowiązkowym punktem każdego koncertu, zamykającym podstawowy set.

Okładka reedycji z 1998 roku.
Na okładce albumu znalazła się maskotka zespołu, Eddie. Już wcześniej na koncertach zespołu pojawiała się nosząca to imię teatralna maska (plująca krwią), jednak ostateczny wizerunek Eddiego to zasługa grafika Dereka Riggsa. To oni do mnie dotarli - wyjaśniał Riggs. Jako wolny strzelec projektowałem wtedy okładki płyt, czasem też książek. Menadżer Ironów widywał okładki albumów jazzowych i zapragnął obejrzeć moje portfolio. Co się tyczy Eddiego, to narodził się on jeszcze przed Iron Maiden. Wymyśliłem go półtora roku przed podpisaniem kontraktu przez zespół. Od tamtej pory postać Eddiego pojawia się na okładkach wszystkich studyjnych albumów zespołu, a także większości koncertówek, singli i składanek. Do 1992 roku Riggs miał wyłączność na projektowanie okładek Iron Maiden, później zlecenia zaczęli otrzymywać inni twórcy. Okładkę albumu "Iron Maiden" ciężko zaliczyć do najlepszych dokonań Riggsa. Nie dziwi zatem, że przy okazji reedycji albumu z 1998 roku, został on poproszony o stworzenie nowej grafiki, aczkolwiek opartej na tym samym projekcie. Na późniejszych reedycjach przywrócono jednak oryginalną okładkę.




Źródło cytatów: 
1. Stenning Paul, Iron Maiden. Historia Żelaznej Dziewicy, Wydawnictwo In Rock, 2011
2. Harris Steve, Aż do śmierci, rozm. przepr. Wiesław Weiss, Teraz Rock Kolekcja 2008, nr 1, str. 20


Więcej na temat:


[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "British Steel" Judas Priest

14 kwietnia 1980 ukazały się dwa klasyczne albumy heavy metalowe: "British Steel" Judas Priest i debiut grupy Iron Maiden, zatytułowany po prostu "Iron Maiden". Był to czas największej popularności takiej muzyki, do czego zresztą oba zespoły także znacznie się przyczyniły: Judas Priest - jako jeden z głównych prekursorów nurtu zwanego Nową Falą Brytyjskiego Heavy Metalu; a Iron Maiden - jako jeden z najpopularniejszych przedstawicieli owego nurtu. Co jednak ciekawe, to ci pierwsi wydali album posiadający wszelkie cechy heavy metalu lat 80., podczas gdy dzieło drugiego zespołu bliższe jest standardów poprzedniej dekady. W poniższym artykule przyjrzymy się jak powstał pierwszy z tych albumów.



Brytyjska Stal

W 1980 roku Judas Priest był już uznanym zespołem, z pięcioma albumami studyjnymi na koncie. Zadebiutował w 1974 roku longplayem "Rocka Rolla", jeszcze stricte hard rockowym i właściwie całkowicie pozbawionym własnego charakteru. Jednak już na wydanym dwa lata później "Sad Wings of Destiny" grupa zaprezentowała swój własny styl, będący połączeniem ciężaru Black Sabbath i wyrafinowanych solówek w stylu Wishbone Ash. Na kolejnych albumach ("Sin After Sin" z 1977, oraz "Stained Class" i "Killing Machine" z 1978) zespół grał coraz ciężej, zbliżając się do stylu, który w latach 80. miał zostać nazwany heavy metalem. Jak jednak przystało na lata 70., muzycy nie unikali jednak na tych albumach różnorodności - nie obawiali się nagrać fortepianowej ballady z harmoniami wokalnymi w stylu Queen ("Epitaph" z "Sad Wings of Destiny") albo akustycznej piosenki o niemal popowym charakterze ("Before the Dawn" z "Killing Machine"). Dekadę zakończyli jednak koncertowym albumem "Unleashed in the East" (1979), na którym nie było już miejsca na takie eksperymenty - trafił na niego stricte heavy metalowy materiał. W takim kierunku grupa miała podążyć w kolejnej dekadzie.

Trzon grupy od czasu debiutanckiego albumu pozostawał bez zmian, a tworzyli go wokalista Rob Halford, gitarzyści Glenn Tipton i K.K. Downing, oraz basista Ian Hill. Perkusiści zmieniali się regularnie, praktycznie z albumu na album. Również do pracy nad "British Steel" grupa przystąpiła z nowym bębniarzem, Davem Hollandem (ex-Trapeze). Sesja rozpoczęła się w grudniu 1979 roku w Startling Studios mieszczącym się w posiadłości Tittenhurst Park w Ascot, należącej do Ringo Starra, a wcześniej do Johna Lennona (to w niej nakręcono teledysk do utworu "Imagine"). Nie wiem, który z nich urządził tam studio, ale gdy Ringo przeniósł się do Francji, postanowił je wynajmować, żeby się nie marnowało - wyjaśniał Hill. Producentem został Tom Allom, wypróbowany już podczas miksowania "Unleashed in the East". Allom miał już wówczas spore doświadczenie - jako inżynier dźwięku brał udział w nagrywaniu debiutu Genesis i trzech pierwszych albumów Black Sabbath, później jako producent współpracował z grupą The Strawbs.

Judas Priest '80: Rob Halford, K.K. Downing, Dave Holland, Ian Hill i Glenn Tipton.

Podczas sesji nie obyło się bez problemów. Weszliśmy do studia, które było ciasne i głuche - wspominał Allom. Od razu zrozumieliśmy, że w tych warunkach nie uzyskamy odpowiedniego brzmienia. Narażając się na trudności w komunikacji między reżyserką a muzykami, postanowiliśmy zająć cały dom. Na dole ustawiliśmy perkusję. Powiesiliśmy parę mikrofonów pod balustradą. Bębny brzmiały rewelacyjnie. To samo zrobiliśmy w pomieszczeniach dla gitarzystów. Ich instrumenty brzmiały jak na wielkiej scenie. Właściwie mieliśmy gotowe brzmienie płyty. Muzycy od początku mieli jasno sprecyzowane, jak powinien brzmieć album. Brytyjski metal powinien być czysty i ostry - wyjaśniał Downing. Zawartość albumu idealnie trafiła w swój czas, przypominając dokonania grup z nurtu NWOBHM. Nie było tu miejsca na żadne eksperymenty (wstawki w rytmie reggae w "The Rage" to wyjątek potwierdzający regułę), zespół po raz pierwszy nie umieścił na albumie żadnej ballady. Całość składa się z samych heavy metalowych czadów. Utwory w rodzaju "Breaking the Law", "Living After Midnight", "United" czy "Metal Gods" stały się prawdziwymi hymnami, nie tylko zespołu, ale całego gatunku. Wszyscy znają je na pamięć - twierdzi Halford. Na koncertach przestajemy na chwilę grać, a tłum nadal śpiewa.

Trzy pierwsze z wymienionych utworów promowały album na singlach. "Living After Midnight" i "Breaking the Law" doszły do 12. miejsca na UK Singles Chart, stając się tym samym ex aequo największymi przebojami Judas Priest w Wielkiej Brytanii; "United" doszedł natomiast do 26. pozycji. Jeszcze większym sukcesem okazał się sam album, dochodząc do 4. miejsca na UK Albums Chart i 34. pozycji amerykańskiego Billboard 200 (do dziś pokrył się srebrną płytą w Wielkiej Brytanii i platynową w Stanach). Ale dla zespołu był to dopiero początek pasma sukcesów. O dziwo skład z Hollandem utrzymał się do końca lat 80., a każdy kolejny album nagrany w tej dekadzie ("Point of Entry", "Screaming for Vengeance", "Defenders of the Faith", "Turbo" i "Ram It Down") okazywał się komercyjnym sukcesem.

Okładka reedycji z 2010 roku,
Nie można nie wspomnieć o słynnej okładce "British Steel", którą zaprojektował artysta polskiego pochodzenia, Rosław Szaybo - wówczas dyrektor artystyczny CBS Records, dla której nagrywał Judas Priest. Z zespołem współpracował już wcześniej, to on zaprojektował okładki albumów "Stained Class" i "Killing Machine". Tytuł "British Steel" od razu przypomniał mu czasy, kiedy mieszkając w Warszawie kupował żyletki z takim właśnie napisem. Były o wiele porządniejsze od tych polskich, szybko rdzewiejących - wspominał. Od razu naszkicował projekt okładki, przedstawiający dłoń trzymającą wielką żyletkę. Dzisiaj wykonanie takiej okładki nie sprawiłoby większych trudności, inaczej było jednak w tamtych czasach. Trzeba było zamówić ślusarza, by taką żyletkę wykonał, potem zrobić zdjęcie i zyskać akceptację - wyjaśniał Szaybo. Zespołowi pomysł od razu się spodobał, w przeciwieństwie do przedstawicieli wytwórni, którzy uznali go za... za mało metalowy. Zespół stanął jednak murem za mną - wspominał grafik. Muzycy zagrozili nawet zerwaniem kontraktu! Wytwórnia dopięła jednak swojego przy okazji reedycji albumu z 2010 roku, "ozdobioną" nową okładką - na której także znalazła się żyletka, ale zniknęła trzymająca ją dłoń.




Źródła cytatów: 
1. Klasyczne albumy rocka - Judas Priest - "British Steel", reż. Tim Kirkby, Wielka Brytania, 2001
2. Paweł Piotrowicz, Rosław Szaybo: nie za stary na metal, [online, dostęp 13 kwietnia 2015], dostępny w Internecie: http://muzyka.onet.pl/rock/roslaw-szaybo-nie-za-stary-na-metal/wpmf4


Więcej na temat:


10 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Catfish Rising" (1991)



"Catfish Rising" to kolejny krok ku powrotowi do bardziej naturalnego brzmienia. Instrumenty klawiszowe wciąż są obecne, ale na miejsce syntezatorów wróciły organy elektryczne. Bardzo istotną rolę odgrywają one już w dynamicznym otwieraczu albumu, hardrockowym "This Is Not Love". Świetnie uzupełniają tutaj zadziorne partie gitarowe Martina Barre'a. Inne smaczki w tym utworze to wyraźny puls basu i fletowe ozdobniki. Poziom kompozycji zaniża jednak beznamiętna, knopflerowska partia wokalna Iana Andersona. Sam utwór jest natomiast zmyłką, bowiem później na albumie jest niewiele hard rocka - pod ten styl można podciągnąć jeszcze najwyżej niemrawy "Occasional Demons" - kojarzący się nieco z twórczością ZZ Top, ale zagrany zupełnie bez energii - oraz bardzo chwytliwy i energetyczny "Doctor to My Disease", w którym Anderson w końcu budzi się z letargu i śpiewa prawie jak za najlepszych lat. To mój zdecydowany faworyt z tego albumu.

Ciekawostką jest natomiast "Sleeping with the Dog", w którym zespół nawiązuje do swoich bluesrockowych korzeni. Rezultat jest jednak niezbyt udany - zespół gra tutaj bardzo sztampowo i znów bez energii, całość ożywiają nieco partie fletu, ale irytują odgłosy szczekającego psa i kolejna nieciekawa partia wokalna Andersona. Kolejnym nietypowym utworem jest najdłuższy w zestawie, niemal ośmiominutowy "White Innocence", w warstwie muzycznej zdominowany przez klawisze (niestety, tym razem są to wyjątkowo głównie syntezatory), a pod względem wokalnym znów brzmiący jak Dire Straits. Czyli kolejny niewypał. Na plus trzeba jednak zaliczyć partie gitar.

Cała reszta longplaya to już Jethro Tull w wydaniu folkrockowym. Na początku "Sparrow on the Schoolyard Wall" - wykorzystującym bardzo bogate instrumentarium (gitara akustyczna, organy, flet, mandolina) - udaje się nawet przywołać klimat albumu "Songs from the Wood". Niestety, wrażenie to trwa tylko przez chwilę, a wraz z wejściem partii wokalnej i gitary elektrycznej skojarzenia znów idą w stronę twórczości Dire Straits. Z grupą Marka Knopflera bardzo kojarzy się także "Rocks on the Road", chociaż to akurat jeden z lepszych fragmentów albumu, oparty na całkiem zgrabnej melodii. Bo większość utworów nie przekonuje pod tym względem (najbardziej tullowy "Roll Yer Own", "Still Loving You Tonight" - w którym uwagę przykuwa tylko gitarowa solówka, "Gold-Tipped Boots, Black Jacket and Tie" i "When Jesus Came to Play"). Dość udane są dynamiczne "Thinking Round Corners" i "Like a Tall Thin Girl", ale i one nie zapadają w pamięć.

"Catfish Rising" to kolejne rozczarowanie w dyskografii Jethro Tull. Niby brzmieniowo nastąpił zwrot we właściwym kierunku, niby pod względem kompozytorskim jest lepiej niż na wydanym dwa lata wcześniej "Rock Island", ale wciąż daleko tu do poziomu, jaki grupa prezentowała w latach 70.

Ocena: 6/10

PS. Większość winylowych wydań albumu nie zawiera utworów "White Innocence", "Sleeping with the Dog" i "When Jesus Came to Play", ale w niektórych są one dostępne na dodatkowej 12-calowej EPce.



Jethro Tull - "Catfish Rising" (1991)

1. This Is Not Love; 2. Occasional Demons; 3. Roll Yer Own; 4. Rocks on the Road; 5. Sparrow on the Schoolyard Wall; 6. Thinking Round Corners; 7. Still Loving You Tonight; 8. Doctor to My Disease; 9. Like a Tall Thin Girl; 10. White Innocence; 11. Sleeping with the Dog; 12. Gold-Tipped Boots, Black Jacket and Tie; 13. When Jesus Came to Play

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, mandolina, flet, instr. klawiszowe, perkusja i instr. perkusyjne; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass (2,3,5-7,9-13); Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Matt Pegg  - bass (1,4,8); Andy Giddings - instr. klawiszowe (1,4,8); Foss Patterson - instr. klawiszowe (10); John Bundrick - instr. klawiszowe (11)
Producent: Jethro Tull


9 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Rock Island" (1989)



Na początek garść dobrych wiadomości. Po pierwsze, zespół nie kopiuje już stylu Dire Straits. Po drugie, automat perkusyjny na dobre został odstawiony do kąta. I po trzecie, rola klawiszy została ograniczona do tła, a na pierwszy plan zostały wysunięte gitary. W połączeniu z mocnym brzmieniem dało to najbardziej hardrockowy album w dotychczasowej karierze Jethro Tull. Niestety, tym samym na dalszy plan zepchnięte zostały elementy folkowe. Nie oznacza to bynajmniej, że zespół zrezygnował także z brzmienia fletu i mandoliny. Instrumenty te pojawiają się często, ale raczej na zasadzie dodatku, który nic nie wnosi do całości - tak jest np. w "Kissing Willie", "The Rattlesnake Trail" i "Undressed to Kill". Inna sprawa, że to właśnie partie fletu w tych utworach przypominają, z jakim zespołem mamy do czynienia. Bez nich byłyby to przeciętne rockowe kawałki jakich wiele. Poza tym znów irytuje wokal Iana Andersona, któremu wciąż bliżej do Marka Knopflera niż siebie samego z albumów wydanych przed "Crest of a Knave".

Jeśli już momentami robi się nieco bardziej folkowo (np. "Ears of Tin", "Big Riff and Mando", "Strange Avenues"), to brakuje tego wspaniałego klimatu z przeszłości. Fragmenty te wydają się wymuszone, jakby muzycy (czyt. Anderson) nie chcieli powtarzać błędu z albumu "Under Wraps", na którym całkowicie wyrzekli się swojej muzycznej tożsamości, ale jednocześnie zupełnie nie mieli pomysłu na takie granie. Podobnie ma się sprawa z "Another Christmas Song", któremu brakuje uroku wcześniejszych świątecznych utworów grupy. Co zostało do omówienia? Chaotyczny utwór tytułowy, który w zamyśle miał być progrockowo rozbudowaną kompozycją, ale muzycy przekombinowali - całość się po prostu nie klei. A w jeszcze dłuższym, sztucznie podniosłym "The Whaler's Dues" przesadzili w drugą stronę - utwór jest monotonny, spokojnie mógłby trwać o połowę krócej. Albumu dopełnia "Heavy Water" - bodajże najlepsza kompozycja na albumie, oparta na niezłym gitarowo-fletowym riffie, z całkiem fajną solówką Martina Barre'a. Jednak banalna partia wokalna sprowadza i ten utwór do przeciętności.

"Rock Island" to album po prostu kiepski pod względem kompozytorskim, w tej kwestii prezentujący poziom podobny do niesławnego "Under Wraps". Brzmieniowo jest jednak znacznie lepiej (a jak na lata 80. - wręcz fantastycznie), ale chyba tylko to wypada tutaj na plus. Całość może i jest bardziej tullowa od wydanego dwa lata wcześniej "Crest of a Knave", ale tam było przynajmniej kilka całkiem dobrych utworów - na "Rock Island" nie ma ani jednego, do którego nie można się przyczepić. Longplay może się podobać najbardziej zagorzałym fanom Jethro Tull, może też trafić do osób, które wcześniej nie miały styczności z tą grupą i jeszcze nie wiedzą, jak blado wypada on na tle jej klasycznych albumów.

Ocena: 4/10



Jethro Tull - "Rock Island" (1989)

1. Kissing Willie; 2. The Rattlesnake Trail; 3. Ears of Tin; 4. Undressed to Kill; 5. Rock Island; 6. Heavy Water; 7. Another Christmas Song; 8. The Whaler's Dues; 9. Big Riff and Mando; 10. Strange Avenues

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, mandolina, flet, instr. klawiszowe, perkusja (2,7); Martin Barre - gitara; David Pegg - bass i mandolina; Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Martin Allcock - instr. klawiszowe (1,10); Peter-John Vettese - instr. klawiszowe (3-6)
Producent: Jethro Tull


7 kwietnia 2015

[Recenzja] Warpig - "Warpig" (1970)



Poszukując mało znanych, zapomnianych grup rockowych nie można przeoczyć kanadyjskiego Warpig. Zespół powstał w 1966 roku w małej miejscowości Woodstock (nie mającej nic wspólnego ze słynnym festiwalem) w prowincji Ontario. Inicjatorem powstania grupy był wokalista i gitarzysta Rick Donmoyer, mający za sobą doświadczenie w licznych amatorskich zespołach, takich jak The Turbines, The Kingbees przemianowany później na The Wot, oraz Mass Destruction. Zresztą własnie muzyków tego ostatniego - klawiszowca Danę Snitcha, basistę Terry'ego Bretta i perkusistę Terry'ego Hooka - zrekrutował do nowego projektu. Zespół powoli zdobywał popularność w lokalnych klubach, by pod koniec 1968 roku podpisać kontrakt z Fonthill Records. Kilkanaście miesięcy później jej nakładem został wydany debiutancki album grupy, zatytułowany po prostu "Warpig".

Longplay przyniósł bardzo intrygującą muzykę, czerpiącą raczej z brytyjskich wzorców, niż kanadyjskich i amerykańskich. Słychać tutaj przede wszystkim podobieństwo do Deep Purple (pod względem kompozytorskim i używanego instrumentarium), ale brzmienie jest cięższe, a nad całością unosi się mroczny klimat, co z kolei wywołuje skojarzenia z Black Sabbath; gdzieniegdzie pobrzmiewa też coś z Led Zeppelin i innych brytyjskich grup. Terry Hook na krótko przed dołączeniem do zespołu spędził jakiś czas w Wielkiej Brytanii, więc prawdopodobnie tam zatknął się z twórczością tych grup (albumy "Black Sabbath" i "In Rock" po drugiej stronie Atlantyku ukazały się dopiero w - odpowiednio - czerwcu i wrześniu 1970 roku, a więc już po premierze "Warpig", która miała miejsce wiosną). Co jednak ciekawe, dostrzec można także inspirację w drugą stronę - utwór "Rock Star" brzmi jak pierwowzór purplowego "Fireball", nagranego rok później! Zagrany jest może mniej energetycznie, ale podobieństwo riffu i melodii jest ewidentne. Nazwa grupy mogła być natomiast inspiracją dla tytułu utworu "War Pigs" Black Sabbath, ale to już chyba trochę zbyt naciągana teoria.

Album rozpoczyna się od rozpędzonego "Flaggit", utrzymanego w bardzo purplowym stylu - z gitarowymi zagrywkami w stylu Ritchiego Blackmore'a, organowym tłem i gęstym podkładem sekcji rytmicznej. Wokal Donmoyera jest natomiast prawie tak samo krzykliwy jak Iana Gillana, ale barwę ma zupełnie inną, momentami przypominającą nieco Ozzy'ego Osbourne'a. Kolejny utwór to trwający niewiele ponad dwie minuty "Tough Nuts", oparty na nawiedzonym klawiszowym motywie i posępnym gitarowym riffie. "Melody With Balls" rozpoczyna się natomiast od riffu przypominającego ten z "Communication Breakdown" Led Zeppelin, ale utrzymany jest w znacznie wolniejszym tempie; w środku pojawia się natomiast bardzo psychodeliczna część, w której słychać tylko gitarowe zgrzyty, po czym następuje powrót do głównego motywu. W instrumentalnym "Advance AM" słychać z kolei inspirację muzyką klasyczną; dominującą rolę pełnią tutaj klawisze, ale w drugiej połowie utwór na chwile staje się bardziej gitarowy i nabiera rockowej dynamiki.

Drugą stronę otwiera wspomniany już "Rock Star". Inspiracja stylem Deep Purple jest ewidentna, podobnie jak późniejsze splagiatowanie go przez ten zespół. I właściwie trudno się dziwić, że Brytyjczycy postanowili "przejąć" ten utwór, bo to naprawdę świetna kompozycja, od razu zapadająca w pamięć. Bardzo chwytliwy jest również nieco lżejszy brzmieniowo "Sunflight", którego melodia przypomina z kolei - również późniejszy - "(Don't Fear) The Reaper" Blue Öyster Cult. "U.X.I.B" rozpoczyna się od ładnego akustycznego wstępu, ale to tylko zmyłka, po chwili wraca hard rockowy ciężar, a w połowie utwór nabiera orientalnego klimatu. Ciekawostką jest także partia wokalna, bardzo w stylu Glenna Hughesa. Całość kończy utwór "The Moth" o nieco jamowym charakterze, z kilkoma zmianami nastroju. Udane zakończenie naprawdę dobrego albumu.

Okładka reedycji z 1973 roku.
Niestety, grupie nie było dane zyskać sławy, album nie był nawet dostępny poza Kanadą. Niewiele pomogło wchłonięcie wytwórni Fonthill przez brytyjską London Records - chociaż w 1973 wydano jej nakładem reedycję "Warpig" (z nową okładką i nowymi miksem przygotowanym przez Terry'ego Browna, późniejszego producenta Rush), to znów była ona dostępna wyłącznie w Kanadzie. Warto jednak dodać, że równolegle ukazał się singiel z utworami "Rock Star" i "Flaggit", który doszedł do 52. miejsca kanadyjskiego notowania. Niestety, wytwórnia nie była zainteresowana wydaniem drugiego albumu zespołu, mimo że został nagrany. Doprowadziło to do odejścia z grupy Terry'ego Hooka i Dany Snitcha, co z kolei zadecydowało o rozwiązaniu Warpig.

Okładka reedycji z 2006 roku.
Dziś jednak "Warpig" jest pozycją kultową, uznawaną za jeden z pierwszych proto-metalowych albumów nagranych po tamtej stronie Atlantyku (obok debiutów Dust i Sir Lord Baltimore). Zainteresowanie albumem na aukcjach sprawiło, że w 2004 muzycy Warpig postanowili reaktywować zespół. W 2006 roku album "Warpig" w końcu został wydany na CD (amerykańskie wydanie miało trzecią wersję okładki, za to w Niemczech wykorzystano oryginalny projekt), nieco później został także wznowiony na winylu (z pierwszą lub trzecią wersją okładki w zależności od wydania). Mniej więcej w tym samym czasie zespół przygotował trzeci album, ale podzielił on los drugiego - oba do dziś nie zostały wydane.

Ocena: 8/10



Warpig - "Warpig" (1970)

1. Flaggit; 2. Tough Nuts; 3. Melody With Balls; 4. Advance AM; 5. Rock Star; 6. Sunflight; 7. U.X.I.B.; 8. The Moth

Skład: Rick Donmoyer - wokal i gitara; Dana Snitch - instr. klawiszowe i wokal; Terry Brett - bass; Terry Hook - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Robert Thomson


6 kwietnia 2015

[Recenzja] Taste - "On the Boards" (1970)



Drugi album irlandzkiego Taste ukazał się niespełna rok po debiucie. A jednak słychać tutaj znaczny postęp, jaki poczynili muzycy. Przede wszystkim, Rory Gallagher poczuł się o wiele pewniej jako kompozytor i tym razem wszystkie utwory stworzył samodzielnie, nie sięgał do repertuaru innych wykonawców. Kolejną oznaką dojrzałości jest wszechstronność "On the Boards". O ile debiut był albumem niemal jednoznacznie blues rockowym, z lekkimi wpływami folku, tak drugi album tria jest o wiele bardziej różnorodny. Właściwie tylko w jednym utworze, "Railway and Gun", mamy do czynienia ze stricte blues rockowym graniem. Jest tu natomiast całkiem sporo hard rocka (przebojowy riffowiec "What's Going On", wyróżniający się spokojniejszym refrenem i świetną gitarową solówką; brzmiący bardzo zeppelinowo "Eat My Words"; oraz najbardziej czadowy "I'll Remember"), a także trochę boogie ("Morning Sun", "If I Don't Sing I'll Cry").

Różnorodność albumu zapewniają jednak przede wszystkim cztery pozostałe utwory. Piosenkowy "If the Day Was Any Longer" i akustyczny "See Here" pokazują delikatniejsze oblicze grupy. Największe wrażenie sprawiają jednak najdłuższe w zestawie, ponad sześciominutowe "It's Happened Before, It'll Happen Again" i tytułowy "On the Boards". Oba są świetnym przykładem zespołowej improwizacji i interakcji, w której wszyscy instrumentaliści pełnią pierwszoplanową rolę: gra perkusisty Johna Wilsona ma zdecydowanie jazzowy charakter, uwypuklony bas Richarda McCrackena hipnotyzuje słuchacza, a Rory Gallagher jak zwykle gra porywające solówki, tym razem jednak nie tylko na gitarze, ale także na... saksofonie altowym. Chociaż jednak obie kompozycje zostały zbudowane z tych samych elementów, mają nieco inny charakter - w "It's Happened Before, It'll Happen Again" jest bardziej jazz rockowo, podczas gdy w "On the Boards" pobrzmiewa coś orientalnego. Rezlutat jest jednak równie intrygujący w obu przypadkach.

Debiutancki album zapewnił grupie tytuł "nowego Cream", tymczasem "On the Boards" pokazuje większą wszechstronność tria, może nawet zalążek własnego, unikalnego stylu. Niestety, nie udało się go nigdy w pełni rozwinąć; grupa zakończyła działalność niedługo po wydaniu tego albumu. Powodów było kilka. Po pierwsze, mimo tego, że "On the Boards" okazał się komercyjnym sukcesem (18. miejsce na UK Album Chart), a zespół sporo koncertował, muzycy nie odnotowali prawie żadnych zysków. Doszły do tego problemy personalne. John Wilson przyznawał, że wspólnie z Richardem McCrackenem mieli dość Rory'ego Gallaghera, który podczas występów zachowywał się, jakby nie zauważał ich obecności na scenie. To jednak on z tego składu miał największe predyspozycje do zostania gwiazdą, co potwierdza jego udana kariera solowa, podczas gdy o pozostałej dwójce słuch praktycznie zaginął.

Ocena: 8/10

PS. Na początku 2000 roku John Wilson reaktywował Taste z dwójką nowych muzyków - wokalistą/gitarzystą Samem Davidsonem i basistą Albertem Millsem. To wcielenie grupy istnieje do dziś, aczkolwiek ogranicza się do działalności koncertowej.



Taste - "On the Boards" (1970)

1. What's Going On; 2. Railway and Gun; 3. It's Happened Before, It'll Happen Again; 4. If the Day Was Any Longer; 5. Morning Sun; 6. Eat My Words; 7. On the Boards; 8. If I Don't Sing I'll Cry; 9. See Here; 10. I'll Remember

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara, saksofon (3,7), harmonijka (4,8); Richard McCracken - bass; John Wilson - perkusja
Producent: Tony Colton


4 kwietnia 2015

[Recenzja] Taste - "Taste" (1969)



Na hasło "blues rock" do głowy przychodzą przede wszystkim nazwy brytyjskich grup uprawiających ten styl. Zupełnie słusznie - to właśnie brytyjscy muzycy wpadli na pomysł połączenia afroamerykańskiej muzyki, jaką jest blues, z rockową dynamiką i brzmieniem. Jednak także poza granicami Zjednoczonego Królestwa powstawała tego typu muzyka - czasem na naprawdę wysokim poziomie, czego najlepszym przykładem irlandzki Taste. Grupa powstała w 1966 roku z inicjatywy niezwykle utalentowanego gitarzysty (i przyzwoitego wokalisty) Rory'ego Gallaghera, a w pierwszym składzie znaleźli się także basista Eric Kitteringham i perkusista Norman Damery. Przez około dwa lata grupa koncertowała głównie w swojej ojczyźnie i w Hamburgu, ciesząc się pewną popularnością. Prawdziwy sukces przyszedł jednak dopiero w 1968 roku, już w nowym składzie - z basistą Richardem McCrackenem (ex-Spencer Davis Group) i perkusistą Johnem Wilsonem (ex-Them) - kiedy grupa zaczęła podbijać Wielką Brytanię. Najpierw wspólnie z Yes supportując Cream na ich pożegnalnej trasie, następnie rozgrzewając publiczność przed Blind Faith. Brytyjska prasa zaczęła nawet określać irlandzkie trio mianem "nowego Cream"...

Debiutancki album Taste ukazał się w kwietniu 1969 roku. Znalazła się na nim mieszanka kompozycji autorstwa Rory'ego Gallaghera i przeróbek bluesowych standardów. Zacznijmy od tych drugich, bowiem właśnie wśród nich znalazły się dwie największe perły tego longplaya. Oba są interpretacjami utworów nieznanego autorstwa. Prawdziwym opus magnum albumu jest ośmiominutowe wykonanie "Catfish" - bardzo ciężki, rozimprowizowany blues, z porywającymi gitarowymi popisami Gallaghera i mocną, wyrazistą grą sekcji rytmicznej. Drugą perłą jest niewiele krótszy "Sugar Mama" z bardzo ekspresyjną partią wokalną  i nie mniej udramatyzowaną warstwą muzyczną, będącą kolejnym rozimprowizowanym popisem muzyków. Bardzo dobrze wypadają także covery "Leavin' Blues" Lead Belly'ego - prowadzonego chwytliwym basowym motywem - i spokojniejszego "I'm Moving On" Hanka Snowa, w którym rządzi gitara akustyczna i ozdobniki grane techniką slide. Kompozycje Gallaghera wcale nie nikną w ich cieniu. Wyróżnia się na pewno "Born on the Wrong Side of Time", utwór o bardziej przebojowym charakterze i nagłą zmianą nastroju w środku. Rewelacyjnie wypada rozpędzony "Same Old Story", oparty na zaczepnym gitarowym riffie, a hardrockowej mocy nie brakuje również w "Blister on the Moon" i "Dual Carriageway Pain". Słabiej na tle całości wypada tylko monotonny akustyczny blues "Hail".

"Taste" to bardzo udany debiut, który w niczym nie odstaje od największych dzieł brytyjskich grup bluesrockowych. Może i nie postawiłbym go w jednym rzędzie z "Disraeli Gears" i "Wheels of Fire" (chociażby ze względu na brak sztandarowej kompozycji na miarę "Sunshine of Your Love" lub "White Room"), niemniej jednak trio miało spory potencjał i naprawdę niewiele mu brakowało, by rzeczywiście stać się "nowym Cream".

Ocena: 9/10



Taste - "Taste" (1969)

1. Blister on the Moon; 2. Leavin' Blues; 3. Sugar Mama; 4. Hail; 5. Born on the Wrong Side of Time; 6. Dual Carriageway Pain; 7. Same Old Story; 8. Catfish; 9. I'm Moving On

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Richard McCracken - bass; John Wilson - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony Colton


1 kwietnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Crest of a Knave" (1987)



Podczas 31. ceremonii rozdawania nagród Grammy (za 1988 rok) po raz pierwszy przyznawano statuetkę w kategorii "Best Hard Rock/Metal Performance Vocal or Instrumental". Zdecydowanym faworytem była Metallica ze swoim czwartym albumem "...And Justice for All". Tymczasem nagroda powędrowała do grupy Jethro Tull, za wydany rok wcześniej album "Crest of the Knave" - niewiele mający wspólnego z hard rockiem, a jeszcze mniej z metalem. Decyzja o uhonorowaniu tego właśnie albumu wywołała ogromne poruszenie. Krytyka sprawiła, że już w następnym roku podjęto decyzję o zrezygnowaniu z tej kategorii - a właściwie rozbicie jej na dwie osobne: "Best Hard Rock Performance" i "Best Metal Performance"*.

Ale album "Crest of the Knave" jest kontrowersyjny także sam w sobie. Już na poprzednim longplayu, "Under Wraps", zespół stracił rozpoznawalność, swoje charakterystyczne brzmienia. Tutaj natomiast upodobnił się do innego wykonawcy. Zarówno linie wokalne Iana Andersona, jak i brzmienie gitary i sposób gry na niej Martina Barre'a, wywołują nieodparte skojarzenia z Dire Straits. Takie utwory, jak "Steel Monkey", "Farm on the Freeway" czy "Budapest", mogłyby zostać nagrane przez grupę Marka Knopflera, ale odrobinę inne są aranżacje - w "Steel Monkey" pojawia się dość agresywna elektronika, zestawiona z zadziornymi partiami gitary, a "Farm on the Freeway" (swoją drogą naprawdę rewelacyjny utwór, o pięknej melodii i pełnej dynamicznych kontrastów muzyce) i "Budapest" zostały ubarwione charakterystyczną grą Andersona na flecie, w ostatnim dodatkowo pojawia się partia skrzypiec. Ale już "Said She Was a Dancer" spokojnie mógłby zostać wydany pod szyldem Dire Straits i pewnie mało kto zorientowałby się, że grają zupełnie inni muzycy. Dziwnym utworem jest natomiast "Raising Steam", brzmiący jak Dire Straits w wersji... soft metalowej.

Cieszy natomiast, że grupa wróciła do bardziej "żywego" brzmienia. Co prawda, w "Steel Monkey" i "Raising Steam" wykorzystano syntezatory i automat perkusyjny, ale w pozostałych utworach gra prawdziwy perkusista - a właściwie dwóch, występujący tutaj w charakterze gości Gerry Conway i Doane Perry (pierwszy grał już wcześniej w zespole w okresie "The Broadsword and the Beast", drugi koncertował z nim od 1984 roku i wkrótce miał do niego dołączyć jako pełnoprawny członek). Najbardziej cieszy jednak utwór "Jump Start", w którym najwięcej klimatu "starego" Jethro Tull, dzięki najbardziej uwypuklonym partiom fletu. Utwór wyróżnia się przeplataniem spokojniejszych fragmentów o nieco bluesowym charakterze ze stricte hard rockowym czadowaniem. Wyróżnia się także bardzo chwytliwą melodią, z którą konkurować może tu tylko "Farm on the Freeway".

"Crest of a Knave" był jednym z pierwszych albumów, który od razu został wydany na płycie CD. Przy czym wersja kompaktowa była bogatsza od winylowej o dwa utwory: "Dogs in the Midwinter" i "The Waking Edge". Ten pierwszy to kolejny utwór z cyklu "Dire Straits z fletem" (a dodatkowo mocno ubarwiony klawiszami i irytujący mechanicznym podkładem automatu perkusyjnego), drugi jest natomiast balladą z fortepianowym akompaniamentem, o melodii która znów wywołuje skojarzenia z twórczością zespołu Knopflera, ale też z odrobiną tullowo-folkowego klimatu - tak więc mimo wszystko szkoda, że nie trafił na winylowe wydanie (zamiast zupełnie nietullowego "Said She Was a Dancer").

Podsumowując, "Crest of the Knave" pozostawia bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony jest to bardzo przyjemny album, którego słucha się o wiele lepiej, niż "Under Wraps" czy "A". Ale z drugiej strony - za dużo tutaj rzeczy budzących skojarzenia z Dire Straits, a za mało klimatu i brzmienia Jethro Tull.

Ocena: 6/10

* W 2012 roku znów zostały połączone w jedną kategorię, o nazwie "Best Hard Rock/Metal Performance". Przyznano ją dwukrotnie, po czym wycofano ją, jednocześnie przywracając "Best Metal Performance".



Jethro Tull - "Crest of a Knave" (1987)

LP: 1. Steel Monkey; 2. Farm on the Freeway; 3. Jump Start; 4. Said She Was a Dancer; 5. Budapest; 6. Mountain Men; 7. Raising Steam

CD: 1. Steel Monkey; 2. Farm on the Freeway; 3. Jump Start; 4. Said She Was a Dancer; 5. Dogs in the Midwinter; 6. Budapest; 7. Mountain Men; 8. The Waking Edge; 9. Raising Steam

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara i instr. klawiszowe; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass
Gościnnie: Doane Perry - perkusja (CD: 2,7); Gerry Conway - perkusja (CD: 3,4,6,8); Ric Sanders - skrzypce (CD: 6)
Producent: Jethro Tull