10 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "A Passion Play" (1973)



Tworzenie następcy "Thick as a Brick" było jednym z najtrudniejszych momentów w historii Jethro Tull. Zespół zaszył się we francuskim Château d'Hérouville (miejscu, w którym został nagrany m.in. album "Obscured by Clouds" Pink Floyd), o którym Anderson mówił później "Château d'Isaster" (dosł. "zamek katastrofa"), ze względu na liczbę nieszczęść, jakie dotknęły tam muzyków. Co gorsze, rezultat trwającej ponad miesiąc sesji został uznany przez Andersona za niezadowalający, w związku z czym zarządził rozpoczęcie pracy nad nowym albumem od podstaw (już w londyńskim Morgan Studios). Większość materiału, nad którym grupa pracowała we Francji, została odrzucona. Wyjątkiem była kompozycja "Critique Oblique", zaadoptowana do nowego dzieła (a także utwory "Skating Away on the Thin Ice" i "Solitaire", do których zespół wrócił na następnym albumie, "War Child").

Jego ostateczny kształt przyjął natomiast taką samą formę, jak poprzedni album - wszystkie pomysły zostały połączone w jedną, ponad czterdziestominutową kompozycję, która następnie została podzielona na dwie części, ze względu na pojemność płyty winylowej. Nawet pod względem tekstowym "A Passion Play" jest kontynuacją poprzednika - o ile "Thick as a Brick" opowiadał o życiu jednego człowieka, Ronniego Pilgrima, tak następny album opowiada o tym, co działo się z nim po śmierci - w formie przedstawienia teatralnego, składającego się z czterech aktów. Pretensjonalne? Tak właśnie uważali ówcześni krytycy, którzy po okazaniu się albumu bez żadnych skrupułów zmieszali go z błotem. Ale i fani grupy nie byli przekonani do nowego dzieła. Przyjęcie "A Passion Play" było tak złe, że Anderson rozważał nawet rozwiązanie Jethro Tull.

Chociaż albumowi faktycznie można zarzucić powielanie patentów z poprzednika, to sam w sobie nie jest wcale tak tragiczny. Słabiej wypada tutaj tylko interludium pomiędzy drugim i trzecim aktem (rozmieszczone na końcu strony A i początku strony B winylowego wydania), będące groteskową opowieścią Jeffreya Hammonda o... zającu, który zgubił swoje okulary ("The Story of the Hare Who Lost His Spectacles"), wygłaszaną na tle równie groteskowego, teatralnego podkładu. Zasadnicza część "A Passion Play" prezentuje się jednak naprawdę dobrze. Podobnie jak na poprzedniku, mamy tutaj interesujący miks hard rocka, folku i rocka progresywnego, podany z iście symfonicznym rozmachem. Całość jest również dowodem poszukiwań zespołu, objawiających się przede wszystkim w eksperymentowaniu z instrumentarium: Ian Anderson niemal całkiem porzucił tutaj flet na rzecz saksofonu; zaś kompletną nowością w twórczości grupy jest wykorzystanie syntezatorów - które całkiem nieźle wtopiły się w brzmienie zespołu.

"A Passion Play" na pewno nie zasłużył na te wszystkie negatywne opinie, którymi został obrzucony. To naprawdę solidny materiał, nawet jeśli grupa ma w swoim dorobku lepsze albumy.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "A Passion Play" (1973)

1. A Passion Play, Part I; 2. A Passion Play, Part II

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, saksofon i flet; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass, wokal; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson


1 komentarz:

  1. Nie słuchałem tej płyty od wielu lat, więc zainspirowany Twoją recenzją stwierdziłem - posłucham, przypomnę sobie co mi się tu nie podobało. No więc, posłuchałem i już po kilku minutach dostałem odpowiedź. Passion Play nie jest złym albumem, ale jest dramatycznie nieoryginalny i jak na tamte czasy przeciętny. Podrzędne kapele progresywne, głównie włoskie (moje pierwsze skojarzenie to właśnie włoski progres) grały coś takiego. Muzyka absolutnie sztampowa, powielająca kostniejące powoli wzorce progowego mainstreamu, niby dobra, ale jak się głębiej wejdzie w prog okazuje się, że w takim stylu i na takim poziomie nagrywano wtedy na całym świecie na potęgę. Brzmi to wszystko jakby pomniejszy zespół - nie jakiś okropny, niezły, ale nieoryginalny i bez większych przebłysków - podrabiał Jethro Tull.

    Inaczej mówiąc, jest to album dla dwóch typów odbiorców: takich, co to bardzo lubią prog, ale się w niego za bardzo nie zagłębiają i tego typu granie nie wyszło im jeszcze bokiem, albo przeciwnie - takich, którzy łykają cały prog z epoki jak leci, słyszeli tysiąc pięćset takich Passion Playów nagranych we wszystkich zakątkach kuli ziemskiej i dalej im mało. Niestety, ci wszyscy, którzy nie zaliczają się ani do jednej, ani do drugiej grupy nie znajdą tutaj niczego szczególnie szczególnie ciekawego.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.