27 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "A" (1980)



Grupa Jethro Tull została rozwiązana pod koniec 1979 roku. Perkusista Barriemore Barlow postanowił wycofać się z muzycznego biznesu (od tamtego czasu pojawiał się tylko gościnnie na albumach różnych wykonawców, m.in. "The Principle of Moments" Roberta Planta, czy "Outrider" Jimmy'ego Page'a), klawiszowcy John Evan i David Palmer zajęli się innymi projektami, a Ian Anderson postanowił nagrać album solowy, przy pomocy dwóch pozostałych członków ostatniego składu Tull, Martina Barre'a i Dave'a Pegga. Do nagrań zaproszeni zostali także perkusista Mark Craney, oraz - w charakterze gościa - grający na klawiszach i elektrycznych skrzypcach Eddie Jobson (znany z takich grup, jak Curved Air, Roxy Music i UK). Niestety, przedstawiciele wytwórni uznali, że nazwisko Andersona jest za mało rozpoznawalne i postawili mu ultimatum: albo album ukaże się pod szyldem Jethro Tull, albo nie ukaże się wcale. Tym samym longplay został wcielony do dyskografii zespołu, mimo że muzycznie niewiele ma wspólnego z jego wcześniejszą twórczością.

"A" to album zdominowany przez brzmienia syntezatorów. Co prawda, pojawiały się one w twórczości zespołu już od jakiegoś czasu - po raz pierwszy i zarazem najbardziej słyszalny na "A Passion Play" - ale ich rola zawsze ograniczała się do ozdobników. Tutaj natomiast wysuwają się na pierwszy plan, przysłaniając sobą pozostałe instrumenty. Nic dziwnego, że album spotkał się z bardzo złym przyjęciem przez fanów Jethro Tull i właściwie do dziś wywołuje głównie negatywne emocje. Na tle poprzednich wydawnictw grupy, "A" rzeczywiście prezentuje się słabo. Kompozycje uległy uproszczeniom, często ocierają się o banał (szczególnie "Batteries Not Included" oparty na żenującym klawiszowym motywie). I nawet jeśli gdzieniegdzie, za sprawą charakterystycznych partii fletu Andersona, pojawia się trochę znanego z poprzednich albumów folkowego klimatu, to przeważnie tonie on pod warstwą syntetycznych brzmień (np. "Protect and Survive").

Jeśli jednak uda się zapomnieć na te czterdzieści minut o wcześniejszych dokonaniach Jethro Tull, można tutaj znaleźć kilka całkiem interesujących momentów. Nieźle wypada otwieracz albumu, oparty na świetnej, funkowej linii basu "Crossfire". Melodia też niczego sobie, może trochę zbyt prosta, ale za to zapadająca w pamieć. Jeszcze lepiej wypada "Fylingdale Flyer", z ostrzejszym brzmieniem, jeszcze bardziej chwytliwą melodią i jeszcze lepszą partią basu (momentami wywołującą skojarzenia z Rush, kiedy indziej bardziej funkową). Chwilowy spadek poziomu następuje podczas "Working John, Working Joe" - muzycy próbowali połączyć tutaj swoje klasyczne brzmienie z nowinkami technicznymi, wyszedł chaos. I jeden z najbardziej odpychających refrenów w ich dyskografii. "Black Sunday" z początku zniechęca kiczowatym klawiszowym wstępem, ale później zmierza w bardziej rockowe rejony i okazuje się najbardziej ambitnym fragmentem longplaya. Z drugiej strony winylowego wydania warto właściwie poznać tylko dwa ostatnie utwory: instrumentalny "The Pine Marten's Jig", w którym za sprawą fletu, skrzypiec i mandoliny udaje się wytworzyć stricte folkowy nastrój (szkoda tylko, że w środkowej części zepsuty nagłym zaostrzeniem), a także finałową balladę "And Further On".

Odbiór "A" byłby na pewno o wiele lepszy, gdyby album został jednak wydany pod nazwiskiem Andersona, zamiast szyldu Jethro Tull. Jednak nawet wówczas pozostawiałby mieszane odczucia, gdyż zawarty na nim materiał jest bardzo nierówny - dobre utwory przeplatają się z wypełniaczami i ewidentnymi niewypałami. Nawet przy bardziej rockowym brzmieniu byłby to album co najwyżej średni.

Ocena: 5/10



Jethro Tull - "A" (1980)

1. Crossfire; 2. Fylingdale Flyer; 3. Working John, Working Joe; 4. Black Sunday; 5. Protect and Survive; 6. Batteries Not Included; 7. Uniform; 8. 4.W.D. (Low Ratio); 9. The Pine Marten's Jig; 10. And Further On

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara i flet; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass i mandolina; Mark Craney - perkusja
Gościnnie: Eddie Jobson - instr. klawiszowe i skrzypce; James Duncan - głos (6)
Producent: Ian Anderson i Robin Black


1 komentarz:

  1. Mi ich album się nawet podobał, ale (szczerze przyznaję) jestem kompletnym laikiem, jeżeli chodzi o kwestię R'n'R-owe. Chociaż starałam się korzystać z Twoich recenzji i odpalać kawałki z jak najwyższą oceną ;-)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.