19 marca 2015

[Artykuł] 25 lat albumu "Violator" Depeche Mode

Grupa Depeche Mode w ciągu swojej kariery przeszła interesującą ewolucję muzyczną. Zaczynali jako zespół, który chciał udowodnić, że można ograniczyć całe instrumentarium do syntezatorów i automatu perkusyjnego. Z biegiem lat zaczęli jednak coraz częściej korzystać z "żywych" instrumentów, dzięki czemu ich twórczość zbliżyła się do muzyki rockowej - szczególnie na albumach "Songs of Faith and Devotion" (1993) i "Ultra" (1997). Punktem zwrotnym był jednak wydany dokładnie 25 lat temu siódmy longplay zespołu, "Violator" - pierwszy na którym brzmienia gitarowe przestały być tylko drobnym dodatkiem, a w kilku utworach stały się wręcz dominującym elementem.



Muzyka dla mas

Martin Gore, główny kompozytor Depeche Mode, właściwie zawsze chciał być gitarzystą - zresztą w swoich pierwszych zespołach grał właśnie na gitarze. Kiedy jednak dołączył do grupy Composition of Sound, później przemianowanej na Depeche Mode, całkowicie porzucił ten instrument na rzecz syntezatora. I być może pozostał by przy nim do dzisiaj, gdyby w 1982 roku do zespołu nie dołączył Alan Wilder. To głównie jego zasługą było namówienie pozostałych muzyków - także wokalisty Dave'a Gahana i klawiszowca Andy'ego Fletchera - aby wprowadzić więcej żywych brzmień. Już w 1984 roku grupa nagrała utwór "Somebody", który w całości opierał się na akompaniamencie pianina. Gitary pojawiały się natomiast jako dodatek, w postaci przetworzonych sampli. Przełomem pod tym względem okazał się album "Music for the Masses" z 1987 roku. To na nim po raz pierwszy pojawiły się wyraźne gitarowe motywy - przede wszystkim w utworach "Never Let Me Down Again", "Strangelove" i "Behind the Wheel" (a jeszcze wyraźniejsze w dwóch stronach B singli z tamtego okresu: "Pleasure, Little Treasure" i "Route 66" - coverze rhythm & bluesowego standardu, napisanego przez Bobby'ego Troupa w 1946 roku).

Co ciekawe, więcej kontrowersji niż zmiany muzyczne, wzbudził sam tytuł albumu. Kiedy zatytułowaliśmy nasz album "Music for the Masses", oskarżano nas o protekcjonalność i egoizm - wspominał Gore. W rzeczywistości był to żart związany z niekomercyjnością tej płyty. Przecież to nie była muzyka dla mas. Czy jednak aby na pewno? To właśnie trasa promująca ten longplay pomogła grupie po wielu latach prób w końcu podbić amerykański rynek. Grupa grała wyprzedane do ostatniego miejsca koncerty w tak prestiżowych miejscach, jak nowojorska hala Madison Square Garden. Do historii przeszedł jednak finałowy, sto pierwszy występ na trasie, mający miejsce na stadionie Rose Bowl w Pasadenie, 18 czerwca 1988 roku. Grupę oglądało wówczas ponad 60 tysięcy osób. Nikt nie wierzył, że alternatywny zespół może zagrać dla tylu ludzi - mówił Fletcher. W ten sposób otworzyliśmy drogę wielu grupom, które przyszły po nas. Koncert został utrwalony albumem i filmem "101", których premiera przypadła na marzec 1989 roku. Wydawało się, że zespół osiągnął szczytowy moment swojej kariery. A jednak najlepsze dopiero miało nadejść...

Tylko gitara i organy

Staliśmy się świadomi wzlotów i upadków - mówił Gahan. Potrafimy bardziej rozmyślnie budować klimat, nadawać utworom potężny ładunek emocjonalny, a potem znowu je wyciszać. Odkryliśmy dynamikę. "Music for the Masses" było naszym pierwszym naprawdę zaangażowanym albumem. W tym samym czasie dotarliśmy do takiego etapu, że już nie mogliśmy pójść bardziej w tym kierunku. Wiedzieliśmy, że musimy zmienić metody pracy. Musieliśmy się zdystansować i wszystko przemyśleć. Do tamtej pory zespół trzymał się jednej metody - z wyjątkiem kilku utworów wymyślonych przez Alana Wildera (a wcześniej Vince'a Clarke'a), wszystkie kompozycje samodzielnie tworzył Martin Gore, następnie sam je nagrywał w bardzo dopracowanych wersjach demo, które przeważnie nie potrzebowały już żadnych poprawek. W gruncie rzeczy po prostu nagrywaliśmy ponownie demo Martina, ulepszając brzmienie i produkcję, oraz dodając wokal Dave'a - przyznawał Fletcher. Natomiast w przypadku tego albumu powiedzieliśmy Martinowi: "Przygotuj demo tylko za pomocą gitary akustycznej i organów - tylko tekst i akordy". Dzięki temu mogliśmy jako zespół zdecydować, w jakim kierunku pójdą utwory.

Depeche Mode w 1990 roku: Martin Gore, Andy Fletcher, Alan Wilder i Dave Gahan.
Nowe podejście do tworzenia zaowocowało powstaniem największego przeboju grupy - "Enjoy the Silence". Według oryginalnej wizji Martina Gore'a miała to być łagodna ballada. Alan Wilder zaproponował jednak zupełnie inną aranżację. Stwierdziłem, że świetnie nadaje się na swego rodzaju utwór taneczny o przyśpieszonym tempie - wyjaśniał. Poczułem, ze podejście do tego kawałka jak do zwykłej ballady byłoby karygodnym zlekceważeniem jego potencjału komercyjnego. To była wspaniała melodia, wręcz prosząca się o potraktowanie jej tak, jak ostatecznie została potraktowana. Pozostali muzycy nie byli przekonani do szybszej wersji utworu, dopóki Gore nie dorzucił do niej charakterystycznego gitarowego motywu. Wówczas zrozumieli, że mają potężny hit, jak określił to Andy Fletcher. Warto dodać, że niektóre wersje singla "Enjoy the Silence", pomiędzy przeróżnymi remiksami, zawierają także oryginalną, balladową wersję demo utworu, śpiewaną przez Martina do akompaniamentu fisharmonii (opisaną jako "Enjoy the Silence (Harmonium)").

Sesja nagraniowa albumu rozpoczęła się w maju 1989 roku i trwała aż do stycznia następnego roku. Zespół pracował w kilku różnych studiach: mediolańskim Logic Studios, duńskim PUK Studios, londyńskich The Church i Master Rock Studios, a także nowojorskim Axis. Muzycy po raz pierwszy w karierze zdecydowali się zatrudnić profesjonalnego producenta - Marka Ellisa, lepiej znanego pod pseudonimem Flood, który już wtedy miał na koncie współpracę m.in. z New Order, Nickiem Cavem, U2 i Nine Inch Nails (zresztą i z Depeche Mode pracował już wcześniej - jako inżynier dźwięku podczas nagrywania singla "Shake the Disease" w 1985 roku). O decyzji zaangażowania Flooda mówił Gahan: Chcieliśmy kogoś, kto nam dokopie i będzie w stanie zebrać nas do kupy, aby wydobyć to, co najlepsze z piosenek, niekoniecznie znając jedynie nasz punkt widzenia. Gore dodawał: On naprawdę sprawił, że robiliśmy rzeczy całkowicie odmienne od poprzednich. W pewnym sensie spowodował, że o wiele więcej graliśmy naprawdę, zamiast wszystko programować. Producent również wypowiadał się ciepło na temat zespołu: Zawsze kochałem ich jako grupę; grali niespotykaną odmianę popu. W tamtym czasie współpracowałem z wieloma zespołami, jak Nitzer Ebb czy Nine Inch Nails, i byłem przekonany, że zespół pop może mieć brzmienie podobne do nich. Na "Violatorze" Depeche Mode chcieli zbadać nowe terytoria; myślę więc, że dzięki temu, iż byłem nowy na tym polu, udało nam się coś osiągnąć.

Dobra zabawa i depresja

Okładka singla "Personal Jesus".
Chociaż praca nad albumem się przeciągała, fani dostali jego przedsmak już pod koniec sierpnia 1989 roku. Wówczas ukazał się zapowiadający go singiel "Personal Jesus". Utwór przełomowy, bo pokazujący zupełnie nowe oblicze grupy: akompaniament stanowią w nim przede wszystkim gitarowe zagrywki Gore'a o nieco bluesowym charakterze, a brzmienia elektroniczne są tylko dopełnieniem. Muzycy od razu polubili ten utwór i postanowili wydać go na małej płycie, chociaż mieli obawy, że utwór zostanie uznany za bluźnierczy (chociaż w rzeczywistości nie ma nic wspólnego z religią; został zainspirowany książką "Elvis i ja" Priscilli Presley). Uważaliśmy, że zwłaszcza w Ameryce utwór będzie walczył o emisję, ale okazało się, że byliśmy w błędzie - mówił Gore. "Personal Jesus" okazał się jednym z największych przebojów grupy, dochodząc do 13. miejsca na brytyjskiej liście sprzedaży, a w konserwatywnych Stanach - do 28. pozycji (najlepszy wynik od czasu "People Are People" z 1984 roku). Na stronie B singla znalazł się utwór "Dangerous", który nie został powtórzony na albumie. Co ciekawe, amerykańskie stacje radiowe grały go prawie tak często, jak stronę A, w wyniku czego znalazł się na 13. miejscu listy Modern Rock Tracks magazynu Billboard (tworzonej właśnie w oparciu o liczbę radiowych emisji) - to wynik tylko o dziesięć miejsc niższy, niż osiągnął "Personal Jesus".

Na planie teledysku "Personal Jesus".
"Personal Jesus" i "Dangerous" były jedynymi utworami, które udało się ukończyć podczas sesji w Mediolanie. Andy Fletcher nie krył, że zespół miał wówczas inne priorytety: Po prostu wychodziliśmy, imprezowaliśmy i niczego nie nagraliśmy, ale dobrze się bawiliśmy. Latem zespół przeniósł się do Danii, gdzie sprawy nabrały tempa. Czas spędzony w PUK był o wiele płodniejszy i choć część utworów, takich jak "Clean" i "Policy of Truth" przeszło wiele modyfikacji, zanim pojawiły się ostateczne wersje, był to naprawdę owocny i przyjemny okres - twierdził Alan Wilder. Nie dla wszystkich był jednak równie przyjemny. Pustkowie, na którym mieściło się studio, nie wpływało dobrze na samopoczucie Fletchera. W końcu popadł w prawdziwą depresję. Andy siedział w studiu i jęczał ze zbolałą miną, a potem wstawał i szedł w stronę drzwi, powłócząc nogami jak starzec - wspominał Gore. Pewnego dnia, kiedy wyszedł, reszta z nas spojrzała na siebie i wybuchnęła śmiechem, ponieważ wyglądało to tak, jakby udawał! Myśleliśmy, że się wygłupia, ale wcale tak nie było. Za namową pozostałych członków zespołu postanowił w końcu wrócić do Wielkiej Brytanii i zapisać się na leczenie.

Andy Fletcher, zajmujący się przede wszystkim sprawami biznesowymi grupy (która nigdy nie miała prawdziwego menadżera), nigdy nie odgrywał istotnej roli w studiu - większość, jeśli nie wszystkie, partii instrumentalnych wykonywali Gore i Wilder - dlatego jego brak nie powstrzymał reszty przed kontynuowaniem pracy. Wilder wyznał nawet: W pewnym stopniu nam to pomogło, bo w gruncie rzeczy bardzo nas rozpraszał. Od tamtej pory wszystko toczyło się już bardzo szybko. Do września muzycy zdążyli nagrać kolejnych osiem utworów. Wówczas przenieśli się do Londynu, gdzie rozpoczęła się praca nad miksami. Na nowo zmiksowany został także "Personal Jesus" - dłuższa o minutę wersja albumowa zawiera znacznie więcej elektroniki. Większość pozostałych nagrań - dynamiczne "World in My Eyes" i "Halo", balladowy "Waiting for the Night", oraz śpiewane przez Gore'a "Sweetest Perfection" i "Blue Dress" - nie odbiega specjalnie od tego, co zespół tworzył wcześniej. Ale już "Enjoy the Silence" i "Policy of Truth" są napędzane wyrazistymi gitarowymi motywami. Wyjątkowym utworem jest natomiast "Clean" - to własnie na jego potrzeby Alan Wilder po raz pierwszy zagrał na perkusji i gitarze basowej (co ciekawe, linia basu została zainspirowana utworem "One of These Days" Pink Floyd). "Clean" wyróżnia się także z tego powodu, że jest pierwszym utworem Depeche Mode, w którym wystąpił ktoś spoza zespołu - Nils Tuxen, grający na gitarze hawajskiej.

Okładka singla "Enjoy the Silence".
Ostatni etap pracy nad albumem odbył się w Nowym Jorku. Wówczas przygotowano remiksy na potrzeby stron B singli, a także dokończono ostatnie utwory: "Happiest Girl" zostało nagrane podczas produkcji albumu i później przeznaczone na stronę B [singla "World in My Eyes"], choć pierwotnie miało znaleźć się na płycie - wyjaśniał Wilder. "Sea of Sin" od zawsze miało być stroną B i stworzyliśmy go później. Szczerze mówiąc, nie szaleję za żadną z tych piosenek. Na początku lutego 1990 w sklepach pojawił się drugi singiel poprzedzający album - "Enjoy the Silence". Osiągnął jeszcze większy sukces od poprzedniego, dochodząc do wysokiej 6. pozycji w Wielkiej Brytanii; w Stanach było odrobinę gorzej - zaledwie 8. miejsce listy sprzedaży (chociaż to i tak tamtejszy rekord Depeche Mode), ale też szczyt Modern Rock Tracks.



Depechemania

Grupa po raz kolejny zdecydowała się na kontrowersyjny tytuł albumu - "Violator", co można przetłumaczyć jako "Agresor", ale też "Gwałciciel". Chcieliśmy tytułu w stylu heavy metalowym - przyznawał Fletcher. Charakterystyczna okładka została zaprojektowana przez słynnego fotografa Antona Corbijna. Longplay ukazał się 19 marca i pobił wszystkie dotychczasowe rekordy grupy, dochodząc do 2. miejsca na UK Album Chart, a także do 7. na US Billboard 200 (na której wcześniejszym najlepszym wynikiem była 35. pozycja "Music for the Masses"). Do dzisiaj longplay zdołał pokryć się trzykrotną platyną w Stanach, podwójną w Kanadzie, oraz pojedynczą we Francji, Niemczech i Szwajcarii, natomiast złotem w Austrii, Szwecji i Wielkiej Brytanii.

Premierze albumu towarzyszył prawdziwy szał, w pewnym momencie porównywalny nawet do Beatlemanii. 20 marca zespół miał podpisywać swoje albumy w sklepie muzycznym Wherehouse w Los Angeles. Na miejscu ujrzeli oczekujący na nich około 17-tysięczny tłum fanów - niektórzy z nich podobno zajęli już miejsca z czterodniowym wyprzedzeniem. Nie obyło się bez interwencji policji, która po półtorej godziny postanowiła ewakuować muzyków, w obawie o ich bezpieczeństwo. Nikt się tego nie spodziewał - mówił na zwołanej po tym wydarzeniu konferencji Alan Wilder. Nie były to jednak żadne zamieszki. Nie było żadnej przemocy, choć niestety parę osób odniosło obrażenia. Ogromnym sukcesem okazała się także trasa promująca album, szczególnie jej amerykańska cześć. Największy występ odbył się na Giants Stadium w New Jersey, gdzie zespół grał dla 80 tysięcy osób. Jednym z widzów był Flood. Wybrałem się zobaczyć ich na Giants Stadium, a oni pobili rekord handlowy Bon Jovi, U2 i innych - mówił producent. Depeche Mode pobili wszystkich.

W ciągu kolejnych miesięcy udało się "wykroić" z albumu jeszcze dwa single: "Policy of Truth" i "World in My Eyes". Na listach oba radziły sobie nieźle (niższe pozycje w drugiej dziesiątce UK Singles Chart, w Stanach dobre miejsca na Modern Rock Tracks), ale nie powtórzyły sukcesów "Personal Jesus" i "Enjoy the Silence". Suplementem do albumu była wydana pod koniec 1990 roku kaseta VHS "Strange Too", zawierająca teledyski do sześciu utworów, w reżyserii Antona Corbijna. Oprócz wideoklipów nakręconych do czterech singli promujących album, pojawiły się na niej także obrazki do "Halo" i "Clean". Alan Wilder przyznawał, że pierwszy z  tych utworów, był brany pod uwagę jako kandydat do wydania na kolejnym singlu. Ostatecznie użyliśmy tego utworu [do promocji albumu] okrężną drogą, robiąc do niego klip - podsumowywał muzyk. Co ciekawe, "Halo" i tak było prezentowane przez amerykańskich radiowców, co zaowocowało 21. pozycją na Modern Rock Tracks.


"Violator" jest perfekcyjną płytą - entuzjazmował się Andy Fletcher. Nie moglibyśmy zrobić w tym stylu nic lepszego. W innym wywiadzie mówił natomiast: To był szczyt. Oczywiście każdy [nasz] album był dobry, ale "Violator" cenię szczególnie wysoko za wszystko - jakość dźwięku, jakość piosenek, produkcję, teksty, po prostu za wszystko. To była zdecydowanie wyróżniająca się płyta. Na zakończenie najlepsze będą jednak słowa Alana Wildera: Przez lata tworzyliśmy muzykę w typowy dla siebie sposób i Depeche Mode stawało się modne, lub wręcz odwrotnie, wychodziło z mody, w zależności od ówczesnych trendów. Zawsze lepiej jest pozostać wiernym swoim ideałom, zamiast podążać za najnowszą modą.



Źródła cytatów: 
1. Miller Johnathan, Obnażeni: Prawdziwa historia Depeche Mode, Wydawnictwo In Rock, 2005
2. Kirmuć Michał, Bardzo nietypowa sytuacja, "Teraz Rock Kolekcja" 2013, nr 3, str. 18-19


Więcej na temat:


2 komentarze:

  1. Violator ma hity, ale wcześniejsze płyty, zwłaszcza Black Celebration, prezentują fajniejszy klimat. Dziś jednak wracam do depeszy sporadycznie i chyba częściej słucham Violatora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zespół miał niespotykanie dobrą passę, wydając pięć bardzo dobrych albumów pod rząd: "Black Celebration", "Music for the Masses", "Violator", "Songs of Faith and Devotion" i "Ultra", a w międzyczasie ukazała się jeszcze świetna koncertówka "101". Wg mnie wszystkie te albumy mają świetny klimat, chociaż każdy ma trochę inny charakter.

      Do pozostałych wydawnictw grupy właściwie nie wracam, ale do tych wciąż chętnie, mimo że nie jest to mój ulubiony rodzaj muzyki.

      Usuń