31 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Under Wraps" (1984)



W 1983 roku Ian Anderson w końcu zrealizował swój pomysł z wydaniem albumu solowego. Nagrany z pomocą Petera-Johna Vettese'a "Walk into Light" znacznie odbiega od twórczości Jethro Tull - to album niemal stricte elektroniczny, całkowicie zdominowany przez brzmienia syntezatorów i automatu perkusyjnego. Longplay sprzedawał się nieźle, ale i tak słabiej od albumów Jethro Tull. Być może właśnie to doprowadziło do największego błędu, jaki kiedykolwiek popełnił Anderson - kolejny album postanowił wydać pod szyldem zespołu, mimo że pod względem muzycznym był ewidentną kontynuacją "Walk into Light".

"Under Wraps" całkowicie zdominowany jest przez syntezatory, a co gorsze, w ówczesnym składzie zabrakło perkusisty, co rozwiązano użyciem automatu. Charakterystyczny dla grupy flet jest tu praktycznie nieobecny, a do roli dodatku zostały zredukowane także partie gitar i basu - co prawda obecne w każdym utworze, ale ich brzmienie i sposób w jaki na nich grają Barre i Pegg tylko podkreślają dyskotekowy charakter całości. Bo zawartość "Under Wraps" to typowe dla "ejtisowego" synthpopu granie: proste piosenki o tandetnym, syntetycznym brzmieniu, z łatwo wpadającymi w ucho melodiami - ale też łatwo z niego wypadającymi. Wszystkie zawarte tu utwory są do siebie bardzo podobne, praktycznie nie do rozróżnienia. Na tle całości wyróżnia się tylko akustyczny "Under Wraps #2" - utwór zupełnie niepasujący do reszty albumu, nawiązujący za to do wcześniejszej twórczości grupy. Ma swój urok, ale zespół nagrał wiele lepszych utworów w tym stylu.

Grupa Jethro Tull w ciągu swojej kariery grała i blues, i folk, i hard rock, i rock progresywny, słyszalne były też wpływy jazzu i muzyki dawnej, ale zawsze od razu było słychać jaki to zespół. "Under Wraps" jest natomiast jego pierwszym albumem, który w ogóle nie brzmi jak Jethro Tull. Podczepienie się pod ówczesne trendy opłaciło się jednak, gdyż "Under Wraps" sprzedawał się świetnie - przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdzie osiągnął najwyższą pozycję od czasu "Songs from the Wood". Pod względem artystycznym album jest jednak kompletną porażką. To po prostu najsłabsze i najbardziej tandetne "dzieło" Andersona i spółki.

Ocena: 1/10

PS. W wersji kasetowej i na kompaktowych reedycjach "Under Wraps" zawiera cztery dodatkowe utwory: "Astronomy", "Tundra",  "Automotive Engineering" i "General Crossing". Ten ostatni był pierwszym utworem Jethro Tull, który nigdy nie został wydany na płycie winylowej - pozostałe trzy można znaleźć na 12-calowej wersji singla "Lap of Luxury". Wszystkie te utwory są jednak równie nieciekawe, co podstawowa zawartość longplaya.



Jethro Tull - "Under Wraps" (1984)

LP: 1. Lap of Luxury; 2. Under Wraps #1; 3. European Legacy; 4. Later, That Same Evening; 5. Saboteur; 6. Radio Free Moscow; 7. Nobody's Car; 8. Heat; 9. Under Wraps #2; 10. Paparazzi; 11. Apogee

CD: 1. Lap of Luxury; 2. Under Wraps #1; 3. European Legacy; 4. Later, That Same Evening; 5. Saboteur; 6. Radio Free Moscow; 7. Astronomy; 8. Tundra; 9. Nobody's Car; 10. Heat; 11. Under Wraps #2; 12. Paparazzi; 13. Apogee; 14. Automotive Engineering; 15. General Crossing

Skład: Ian Anderson - wokal, syntezator, flet i gitara; Peter-John Vettese - instr. klawiszowe i perkusyjne; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass
Producent: Ian Anderson


30 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)



Na "The Broadsword and the Beast" Anderson i spółka kontynuują swoje eksperymenty z muzyką elektroniczną, które dominowały na poprzednim w dyskografii "A", ale tym razem chętniej nawiązują do swojej wcześniejszej twórczości (nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że ten album od początku miał być sygnowany przez Jethro Tull, podczas gdy poprzednik był nagrywany jako solowe dzieło Andersona). Tym samym longplay stanowi całkiem udany pomost pomiędzy albumami zespołu z lat 70., a tymi z kolejnej dekady.

Rezultat połączenia tych dwóch muzycznych światów słychać już w otwierającym całość "Beastie", łączącym nowoczesną (jak na 1982 rok) elektronikę z zadziornymi partiami gitar. Fuzja brzmień syntezatorów i "żywych" instrumentów ciekawiej wyszła jednak w "Clasp" i "Fallen on Hard Times", w których za sprawą wykorzystania fletu i mandoliny pojawia się charakterystyczny dla grupy folkowy klimat. Przy okazji oba wyróżniają się dobrymi melodiami. "Flying Colours" rozpoczyna się balladowym wstępem, opartym wyłącznie na akompaniamencie pianina, po chwili jednak nabiera dynamiki - hardrockowe partie gitar i wyrazista gra sekcji rytmicznej znów uzupełniane są elektroniką, jednak podobnie jak w poprzednich utworach nie odbiera na rockowego charakteru. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy ładna ballada "Slow Marching Band", w której w ogóle nie użyto syntezatorów.

"Broadsword" dla odmiany opiera się głównie na brzmieniach elektronicznych, chociaż nie brakuje tu mocnej perkusji i gitarowych wstawek. "Pussy Willow" to kolejna ballada, w której znów dominują "prawdziwe" instrumenty, z bezprogowym basem na czele i brzmieniem gitary Martina Barre'a, które kojarzy się z Dire Straits. "Watching Me, Watching You" to z kolei najbardziej kontrowersyjny fragment albumu, w którym na pierwszy plan wysuwa się bardzo eksperymentalna elektronika o tanecznym charakterze. W tym jednym utworze zespół posunął się odrobinę za daleko. Nawet na poprzednim albumie nie było tak koszmarnego kawałka. Na szczęście więcej takich wpadek tu nie ma. "Seal Driver" to jeszcze jedna udana ballada (mimo że bardziej syntezatorowa od dwóch poprzednich). Całość zamyka natomiast zgrabna folkowa miniaturka "Cheerio", czarująca szkockim klimatem.

O ile na poprzednim albumie było zdecydowanie za mało charakterystycznego dla grupy klimatu (a gdy już się pojawiał, to często sprawiał wrażenie wymuszonego), tak tutaj udało się wkomponować go w brzmienie lat 80. "The Broadsword and the Beast" to najbardziej udany album Jethro Tull z tej dekady, aczkolwiek daleko mu do największych dokonań grupy.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)

1. Beastie; 2. Clasp; 3. Fallen on Hard Times; 4. Flying Colours; 5. Slow Marching Band; 6. Broadsword; 7. Pussy Willow; 8. Watching Me, Watching You; 9. Seal Driver; 10. Cheerio

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara i syntezator; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass i mandolina; Gerry Conway - perkusja i instr. perkusyjne; Peter Vettese - instr. klawiszowe
Producent: Paul Samwell-Smith


27 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "A" (1980)



Grupa Jethro Tull została rozwiązana pod koniec 1979 roku. Perkusista Barriemore Barlow postanowił wycofać się z muzycznego biznesu (od tamtego czasu pojawiał się tylko gościnnie na albumach różnych wykonawców, m.in. "The Principle of Moments" Roberta Planta, czy "Outrider" Jimmy'ego Page'a), klawiszowcy John Evan i David Palmer zajęli się innymi projektami, a Ian Anderson postanowił nagrać album solowy, przy pomocy dwóch pozostałych członków ostatniego składu Tull, Martina Barre'a i Dave'a Pegga. Do nagrań zaproszeni zostali także perkusista Mark Craney, oraz - w charakterze gościa - grający na klawiszach i elektrycznych skrzypcach Eddie Jobson (znany z takich grup, jak Curved Air, Roxy Music i UK). Niestety, przedstawiciele wytwórni uznali, że nazwisko Andersona jest za mało rozpoznawalne i postawili mu ultimatum: albo album ukaże się pod szyldem Jethro Tull, albo nie ukaże się wcale. Tym samym longplay został wcielony do dyskografii zespołu, mimo że muzycznie niewiele ma wspólnego z jego wcześniejszą twórczością.

"A" to album zdominowany przez brzmienia syntezatorów. Co prawda, pojawiały się one w twórczości zespołu już od jakiegoś czasu - po raz pierwszy i zarazem najbardziej słyszalny na "A Passion Play" - ale ich rola zawsze ograniczała się do ozdobników. Tutaj natomiast wysuwają się na pierwszy plan, przysłaniając sobą pozostałe instrumenty. Nic dziwnego, że album spotkał się z bardzo złym przyjęciem przez fanów Jethro Tull i właściwie do dziś wywołuje głównie negatywne emocje. Na tle poprzednich wydawnictw grupy, "A" rzeczywiście prezentuje się słabo. Kompozycje uległy uproszczeniom, często ocierają się o banał (szczególnie "Batteries Not Included" oparty na żenującym klawiszowym motywie). I nawet jeśli gdzieniegdzie, za sprawą charakterystycznych partii fletu Andersona, pojawia się trochę znanego z poprzednich albumów folkowego klimatu, to przeważnie tonie on pod warstwą syntetycznych brzmień (np. "Protect and Survive").

Jeśli jednak uda się zapomnieć na te czterdzieści minut o wcześniejszych dokonaniach Jethro Tull, można tutaj znaleźć kilka całkiem interesujących momentów. Nieźle wypada otwieracz albumu, oparty na świetnej, funkowej linii basu "Crossfire". Melodia też niczego sobie, może trochę zbyt prosta, ale za to zapadająca w pamieć. Jeszcze lepiej wypada "Fylingdale Flyer", z ostrzejszym brzmieniem, jeszcze bardziej chwytliwą melodią i jeszcze lepszą partią basu (momentami wywołującą skojarzenia z Rush, kiedy indziej bardziej funkową). Chwilowy spadek poziomu następuje podczas "Working John, Working Joe" - muzycy próbowali połączyć tutaj swoje klasyczne brzmienie z nowinkami technicznymi, wyszedł chaos. I jeden z najbardziej odpychających refrenów w ich dyskografii. "Black Sunday" z początku zniechęca kiczowatym klawiszowym wstępem, ale później zmierza w bardziej rockowe rejony i okazuje się najbardziej ambitnym fragmentem longplaya. Z drugiej strony winylowego wydania warto właściwie poznać tylko dwa ostatnie utwory: instrumentalny "The Pine Marten's Jig", w którym za sprawą fletu, skrzypiec i mandoliny udaje się wytworzyć stricte folkowy nastrój (szkoda tylko, że w środkowej części zepsuty nagłym zaostrzeniem), a także finałową balladę "And Further On".

Odbiór "A" byłby na pewno o wiele lepszy, gdyby album został jednak wydany pod nazwiskiem Andersona, zamiast szyldu Jethro Tull. Jednak nawet wówczas pozostawiałby mieszane odczucia, gdyż zawarty na nim materiał jest bardzo nierówny - dobre utwory przeplatają się z wypełniaczami i ewidentnymi niewypałami. Nawet przy bardziej rockowym brzmieniu byłby to album co najwyżej średni.

Ocena: 5/10



Jethro Tull - "A" (1980)

1. Crossfire; 2. Fylingdale Flyer; 3. Working John, Working Joe; 4. Black Sunday; 5. Protect and Survive; 6. Batteries Not Included; 7. Uniform; 8. 4.W.D. (Low Ratio); 9. The Pine Marten's Jig; 10. And Further On

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara i flet; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass i mandolina; Mark Craney - perkusja
Gościnnie: Eddie Jobson - instr. klawiszowe i skrzypce; James Duncan - głos (6)
Producent: Ian Anderson i Robin Black


26 marca 2015

[Recenzja] Leaf Hound - "Growers of Mushroom" (1971)



Leaf Hound to jeden z tych zespołów, którym nie udało się zdobyć popularności w czasach swojej działalności, ale dziś są otaczane prawdziwym kultem wśród poszukiwaczy takich zapomnianych pereł. Co niektórzy stawiają go nawet w jednym rzędzie z Led Zeppelin. To oczywiście spore nadużycie, chociaż grupa Leaf Hound naprawdę miała potencjał i może po kilku latach działalności osiągnęłaby podobny poziom. Muzycy popełnili jednak błąd wiążąc się kontraktem z niesławną wytwórnią Decca (tą samą, która odprawiła Beatlesów, twierdząc, że czasy zespołów z gitarami już przeminęły). To właśnie z winy wytwórni zespół nie miał szans dotarcia do szerszego grona odbiorców. Album "Growers of Mushroom" został nagrany pod koniec 1970 roku (w zaledwie jedenaście godzin). Premiera została wyznaczona na początek następnego roku i miała zbiec się w czasie z rozpoczęciem trasy koncertowej. Tylko to drugie doszło do skutku, w rezultacie czego muzycy promowali album, którego nie można było nigdzie kupić. "Growers of Mushroom" ukazał się dopiero w październiku 1971 roku, kiedy zespół był już rozwiązany.

Warto jednak dodać, że koncerty grupy w Niemczech spotkały się z tak dobrym przyjęciem, że tamtejsza wytwórnia Telefunken postanowiła wydać - na kilka miesięcy przed ogólnoświatową premierą - okrojoną wersję albumu (pod tytułem "Leaf Hound", z inną okładką, bez utworów "Freelance Fiend" i "Growers of Mushroom"), a także niewydany nigdzie indziej singiel z utworami "Drowned My Life in Fear" i niealbumowym "It's Gonna Get Better". Ten ostatni jest zresztą bardzo nietypową kompozycją dla grupy - balladą opartą głównie na akompaniamencie pianina, z czystym śpiewem i żeńskimi chórkami. To klimaty Lynyrd Skynyrd, a nie Led Zeppelin, Free, Cream i Mountain, do których grupa nawiązuje na "Growers of Mushroom". Wystarczy posłuchać otwierającego longplay "Freelance Fiend" - bardzo surowe brzmienie, ciężkie riffy i krzykliwy, zadziorny wokal Pete'a Frencha to główne wyznaczniki tej kompozycji. To już nie blues rock, jak na albumie "Barbed Wire Sandwich" poprzedniej inkarnacji Leaf Hound, grupy The Black Cat Bones, a czysty (chociaż ze względu na brzmienie wypadałoby raczej napisać: "brudny") hard rock, o lekkim bluesowym zabarwieniu. A chociaż już w drugim utworze, "Sad Road to the Sea", istotną rolę odgrywa gitara akustyczna, nie jest to żadna ballada, a dynamiczny rockowy utworów, o równie surowym brzmieniu, co poprzedni.

Wspomniany już "Drowned My Life in Fear" oparty jest na wyrazistym basowym motywie, posępnych riffach i nieco psychodelicznych partiach gitary solowej. Nic dziwnego, że właśnie ten utwór został wytypowany na singiel, bo pod ostrym brzmieniem i krzykliwą partią wokalną kryje się naprawdę nośna melodia. Trochę uspokojenia przynosi psychodeliczny "Work My Body", mimo pojawiających się od czasu do czasu zaostrzeń. To najdłuższy, trwający ponad osiem minut, utwór na albumie. A także najbardziej zaskakujący, ze względu na pojawiające się w drugiej połowie organowe tło. Wszystko wraca do normy w "Stray", moim osobistym faworycie z tego albumu. Kompozycja przypomina zeppelinowy "Heartbreaker" - opiera się na podobnym, bardzo nośnym riffie, ale zamiast gitarowej solówki granej bez żadnego podkładu pojawia się tutaj krótkie wyciszenie z uwypukloną partią basu. "With a Minute to Go" to kolejny łagodniejszy fragment, z gitarą akustyczną, ale na pierwszy plan wybija się partia gitary basowej. Tytułowy "Growers of Mushroom" jest natomiast najbardziej piosenkowym fragmentem longplaya, z najczystszą partią wokalną Frencha. Przypomina bardziej psychodeliczne utwory Cream, szczególnie w refrenie. Powrotem do hard rockowego czadowania jest rozpędzony "Stagnant Pool", oparty na bardzo zeppelinowym riffie i z przyjemnie pulsującym basem, a także z zaskakującym balladowym zwolnieniem. Całości dopełnia "Sawdust Caesar", wyróżniający się lekko funkową rytmiką.

Jak już wspomniałem, Leaf Hound został rozwiązany na kilka miesięcy przed premierą tego albumu, ale tak naprawdę rozpad zaczął się już wcześniej. Niedługo po zakończeniu nagrań odeszli bracia Brooks, a na trasę zespół wyruszył w czteroosobowym składzie, z nowym basistą, Ronem Thomasem. Rozczarowanie wynikające z faktu promowania niedostępnego nigdzie albumu, doprowadziło do odejścia Pete'a Frencha tuż po dopełnieniu koncertowych obowiązków. W czerwcu 1971 roku dołączył do grupy Atomic Rooster, z którym nagrał album "In Hearing of Atomic Rooster" (wydany wcześniej niż "Growers of Mushroom"). Niedługo później odszedł i z tego zespołu, by dołączyć do amerykańskiego Cactus, z którym również zarejestrował jeden album, "'Ot 'N' Sweaty". W międzyczasie, do sklepów w końcu trafił "Growers of Mushroom" - w niewielkim nakładzie, przez co dziś oryginalne tłoczenia osiągają kosmiczne sumy na aukcjach. Na szczęście longplay po latach doczekał się licznych reedycji, zarówno winylowych, jak i kompaktowych. Wszystkie z nich jako bonus zawierają wspomniany już, niepasujący do reszty "It's Gonna Get Better". Późniejsze reedycje zawierają także niepublikowany wcześniej utwór "Hip Shaker", nieróżniący się stylistycznie od utworów z podstawowej wersji longplaya, ale niewyróżniający się niczym szczególnym.

Odkąd twórczość grupy stała się łatwiej dostępna dzięki reedycjom, Leaf Hound zaczął być otaczany coraz większym kultem. Pete French postanowił to wykorzystać i w 2004 roku reaktywował zespół z zupełnie nowymi muzykami: gitarzystą Lukiem Raynerem, basistą Peterem Herbertem i perkusistą Jamesem Rowlandem. Skład ten zarejestrował zupełnie nowy materiał (a także utwór "Breakthrough" z repertuaru Atomic Rooster), który wypełnił wydany w 2007 roku album "Unleashed". Zawierający przyzwoity hard rockowy materiał, ale pozbawiony klimatu i charakterystycznego, surowego brzmienia oryginalnego Leaf Hound. Czyli wszystkiego, co czyni "Growers of Mushroom" tak wyjątkowym longplayem.

Ocena: 8/10



Leaf Hound - "Growers of Mushroom" (1971)

1. Freelance Fiend; 2. Sad Road to the Sea; 3. Drowned My Life in Fear; 4. Work My Body; 5. Stray; 6. With a Minute to Go; 7. Growers of Mushroom; 8. Stagnant Pool; 9. Sawdust Caesar

Skład: Pete French - wokal; Mick Halls - gitara; Derek Brooks - gitara; Stuart Brooks - bass; Keith Young - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Paul Lynton


25 marca 2015

[Recenzja] The Black Cat Bones - "Barbed Wire Sandwich" (1970)



The Black Cat Bones to jedna w wielu brytyjskich grup, które pojawiły się na fali popularności muzyki bluesrockowej. Zespół powstał w 1966 roku w składzie: Paul Tiller (wokal, harmonijka), Paul Kossoff (gitara), Derek Brooks (gitara), Stuart Brooks (bass) i Terry Sims (perkusja). Skład grupy nieustannie się jednak zmieniał. W ciągu kolejnych miesięcy nastąpiły dwie zmiany perkusisty (Simsa zastąpił Frank Perry, na którego miejsce następnie wszedł Simon Kirke) i jedna wokalisty (następcą Tillera został Brian Short). Na początku 1968 roku odeszli Kossoff i Kirke, aby wspólnie z Paulem Rodgersem i niedawno zmarłym Andym Fraserem stworzyć grupę Free. Kiedy na ich miejsce przyjęto Roda Price'a i Phila Lenoira, The Black Cat Bones zarejestrowali swój jedyny album - "Barbed Wire Sandwich".

Zawartość longplaya to właściwie typowe dla tamtych czasów granie, raz bliższe tradycyjnego bluesa (np. "Please Tell Me Baby", "Coming Back", "Sylvester's Blues"), kiedy indziej zagrane z hardrockową mocą (np. "Chauffeur", "Save My Love", "Good Lookin' Woman"), ale album niepozbawiony jest również balladowych fragmentów ("Death Valley Blues", "Feelin' Good", "Four Women"). Twórczość grupy nie wyróżniała się na tle innych zespołów wykonujących taką muzykę, z Cream czy wspomnianym Free na czele, zaś w porównaniu z Led Zeppelin - momentami brzmiała wręcz archaicznie (szczególnie w "Coming Back" i "Sylvester's Blues"). Ale z drugiej strony, są tutaj również fragmenty, których brzmienie do dziś się broni. Do nich należy czadowy "Save My Love", oparty na porywającym riffie, jakiego nie powstydziliby się muzycy Cream. Prawie tak samo udany jest "Chauffeur" - z początku nieco niemrawy, ale później nabierający mocy.

Natomiast "Death Valley Blues" przyciąga uwagę już od pierwszych sekund. To ciężka bluesowa ballada, przypominająca "Since I've Been Loving You" Led Zeppelin. Wyróżnia się podobnym dramatyzmem i perfekcyjnym budowaniem napięcia, solówki też prezentują równie wysoki poziom. Jednym słowem - rewelacja. A tuż po nim pojawia się równie piękne, poruszające wykonanie utworu "Feelin' Good" (napisanego przez Anthony'ego Newleya i Lesliego Bricusse'a na potrzeby musicalu "The Roar of the Greasepaint - The Smell of the Crowd" z 1965 roku; znanego też m.in. z wykonania grupy Traffic). Te dwa utwory to prawdziwe perły, pokazujące jak wielki potencjał tkwił w tym zespole.

Niestety, "Barbed Wire Sandwich" nie spotkał się z uznaniem krytyki, w rezultacie czego z grupy postanowili odejść Short, Price i Lenoir, pozostawiając w składzie samych braci Brooks. Szybko jednak udało im się znaleźć nowych muzyków: wokalistę Pete'a Frencha, gitarzystę Mike'a Hallsa, oraz perkusistę Keitha Younga. Wkrótce potem zmienili nazwę na Leaf Hound - ale to już temat na osobną recenzję... Co zaś się tyczy albumu "Barbed Wire Sandwich", powinien on zainteresować przede wszystkim wielbicieli brytyjskiego bluesa, szczególnie zaś wymienionych w powyższym tekście wykonawców. Co prawda oryginalne tłoczenia albumu osiągają obecnie zawrotne ceny na internetowych aukcjach, ale istnieje alternatywa w postaci tanich wznowień kompaktowych.

Ocena: 7/10



The Black Cat Bones - "Barbed Wire Sandwich" (1970)

1. Chauffeur; 2. Death Valley Blues; 3. Feelin' Good; 4. Please Tell Me Baby; 5. Coming Back; 6. Save My Love; 7. Four Women; 8. Sylvester's Blues; 9. Good Lookin' Woman

Skład: Brian Short - wokal; Rod Price - gitara, wokal (9); Derek Brooks - gitara; Stu Brooks - bass; Phil Lenoir - perkusja
Producent: David Hitchcock


24 marca 2015

[Recenzja] Europe - "War of Kings" (2015)



Grupa Europe zostanie zapamiętana jako twórcy jednego z najbardziej tandetnych i irytujących kawałków w historii muzyki rockowej - "The Final Countdown". Ten utwór znany jest wszystkim, nawet ludziom kompletnie nie interesującym się muzyką. Obawiam się jednak, że nawet osoby mające duże pojęcie o muzyce, miałyby problem z wymieniem tytułów innych utworów szwedzkiej grupy. Najczęściej padałyby pewnie nazwy dwóch innych przebojów z albumu "The Final Countdown" - przesłodzonej, kiczowatej ballady "Carrie" i sztampowego hard rocka "Rock the Night". Nie ukrywam, że moja znajomość twórczości Europe kończyła się właśnie na tych trzech kawałkach i późniejszym albumie "Start from the Dark" z 2004 roku, który również mnie nie zachwycił. Dlatego też informacja o przygotowaniu przez grupę nowego materiału zupełnie mnie nie obeszła, a zapowiedzi, że muzycy oddadzą na niej hołd swoim idolom z dzieciństwa - takim jak Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath - bardziej mnie śmieszyły, niż zachęcały do sięgnięcia po "War of Kings". Jednak, ku mojemu zdziwieniu, album spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem i ogólnym zachwytem - pomyślałem, że może jednak warto spróbować...

Dziesiąty (a piąty od czasu reaktywacji) studyjny album Europe rozpoczyna się od tytułowego "War of Kings". Kawałek opiera się na ciężkich, ale bardzo topornych riffach, łagodzonych klawiszowym tłem. Wrażenia nie poprawia wymęczony śpiew Joey'a Tempesta, próbującego śpiewać tutaj wyżej, niż jest w stanie. Ogólnie bardzo przypomina mi to twórczość niejakiego Axela Rudiego Pella - niby czerpiącą z zacnych wzorców (Rainbow, Deep Purple, Black Sabbath), ale pozbawioną własnego charakteru, a przez to sztampową i po prostu nieszczerą. Podobne odczucia mam podczas słuchania "Hole in My Pocket" i wolniejszego "The Second Day". Przyjemną niespodzianką okazuje się natomiast balladowy "Praise You" o nieco bluesowym zabarwieniu. Przypomina mi twórczość Whitesnake - przy czym ta grupa w ciągu ostatnich 30 lat nie nagrała niczego choćby w połowie tak dobrego. Jest tu nawet krótkie solo na Hammondach, a potem bardzo ładna gitarowa solówka Johna Noruma. Piękny utwór, chociaż porównania do "When a Blind Man Cries" Purpli i "Since I've Been Loving You" Zeppelinów, jakie znalazły się w recenzji pewnego muzycznego pisma, są sporym nadużyciem. Może nastrój jest trochę podobny, ale poziom zupełnie inny.

W "Nothin' to Ya" niestety znów jest sztampowo - basowy motyw za bardzo kojarzy się z "No More Tears" Ozzy'ego Osbourne'a. Rewelacji nie ma także w lżejszym "California 405", chociaż został fajnie ubarwiony uwypukloną partią organów. "Days of Rock 'n' Roll" z kolei nachalnie kojarzy się z twórczością Thin Lizzy, ale wyróżnia się naprawdę dobrą, zapadającą w pamieć melodią. Zupełnie nie dziwi, że wybrano go na drugi singiel promujący album (pierwszym był zupełnie nie sprawdzający się w tej roli "War of Kings"). W "Children of the Mind" znów słychać Whitesnake, ale raczej z okresu pudel metalowego - spokojnie mógłby trafić na "1987" lub "Slip of the Tongue"; nawet Tempest próbuje tutaj śpiewać w stylu Davida Coverdale'a. Dla odmiany "Rainbow Bridge" jest wyraźnie inspirowany grupą... Rainbow. Brzmi to jednak jak parodia utworów w rodzaju "Gates of Babylon" i "Stargazer". Dalej pojawia się jednak naprawdę zgrabna, bluesująca ballada "Angels (with Broken Hearts)", przywołująca klimat lat 70. Muzycy zadedykowali ją Jackowi Bruce'owi (zmarłemu pod koniec zeszłego roku basiście Cream) i nawet wsamplowali tutaj fragment jego gry na melotronie. Podstawowe wydanie albumu kończy mocniejszy, nijaki "Light It Up". Rozszerzone wydanie zawiera natomiast jeszcze jeden utwór - instrumentalny "Vasastan", kolejny piękny utwór o bluesowo balladowym charakterze, kojarzący się nieco z twórczością Gary'ego Moore'a.

"War of Kings" pozostawia u mnie mieszane odczucia. Ballady wyszły tutaj wyśmienicie. Ale w mocniejszych utworach za dużo jest zapożyczeń od innych wykonawców - oczywiście sama inspiracja nie jest niczym złym, ale powinna z niej powstawać nowa jakość. Tutaj tego brakuje, jest tylko naśladownictwo i utwory, które nie wytrzymają próby czasu. Bo kto by chciał słuchać np. kopii Deep Purple, mając do wyboru oryginał i jego znacznie lepsze kompozycje? Na pewno nie ja. Mimo wszystko, nowy album Europe zaskoczył mnie pozytywnie. Nie spodziewałem się, że spodoba mi się jakikolwiek utwór twórców "The Final Countdown" - tymczasem "War of Kings" zawiera przynajmniej cztery kompozycje, do których z przyjemnością jeszcze wrócę.

Ocena: 6/10



Europe - "War of Kings" (2015)

1. War of Kings; 2. Hole in My Pocket; 3. The Second Day; 4. Praise You; 5. Nothin' to Ya; 6. California 405; 7. Days of Rock 'n' Roll; 8. Children of the Mind; 9. Rainbow Bridge; 10. Angels (with Broken Hearts); 11. Light It Up

Skład: Joey Tempest - wokal; John Norum - gitara; John Levén - bass; Ian Haugland - perkusja; Mic Michaeli - instr. klawiszowe
Producent: Dave Cobb


23 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Stormwatch" (1979)



Koncertowy album "Bursting Out" zakończył erę wielkich albumów Jethro Tull. Grupa już nigdy nie miała się wspiąć na wyżyny, a pierwszą oznaką spadku formy był album "Stormwatch" - ostatni nagrany przez klasyczne wcielenie zespołu. Tym razem nie była to niestety jednorazowa wpadka (jak wcześniej "War Child" i "Too Old to Rock 'n' Roll..."), a początek długiej drogi w dół. Być może na słabszy poziom tego materiału miała wpływ ówczesna sytuacja w zespole - basista John Glascock zdążył zagrać tylko w trzech utworach, po czym z przyczyn zdrowotnych (wrodzona wada serca w połączeniu ze zbyt rozrywkowym trybem życia) musiał się wycofać. Zmarł niedługo później, w listopadzie 1979 roku, mając zaledwie 28 lat (a to z kolei doprowadziło do kolejnych zmian składu - bliski przyjaciel Glascocka, Barriemore Barlow, odszedł z grupy zaraz po zakończeniu trasy promującej "Stormwatch"). Pozostałe partie basu na album zarejestrował sam Ian Anderson, a dopiero na trasę zatrudniono nowego basistę, a właściwie basistów - najpierw Tony'ego Williamsa, a po jego odejściu Dave'a Pegga (znanego z folkowego Fairport Convention).

"Stormwatch" uznawany jest za trzecią (i ostatnią) część tzw. "folkowej trylogii". Trochę na wyrost, chociaż w pewnym sensie stanowi kontynuację dwóch poprzednich albumów - podczas gdy teksty na "Songs from the Wood" dotyczyły czasów dawnych, a na "Heavy Horses" okresu rewolucji przemysłowej, tak teksty na "Stormwatch" dotyczą współczesności (co zresztą sugeruje już "cyfrowa" czcionka, której użyto na okładce). Tym samym współcześniejsza jest także sama muzyka - w większości utworów jednoznacznie rockowa, tylko gdzieniegdzie pobrzmiewająca folkiem. Szkoda, bo tym samym uleciał charakterystyczny klimat poprzednich wydawnictw. Na "Stormwatch" brzmienie jest do bólu konwencjonalnie. Chociaż album zaczyna się całkiem niezłe. "North Sea Oil" to naprawdę zgrabny, dynamiczny utwór rockowy, ciekawie wzbogacony fletem i gitarą akustyczną, ale wyróżniający się przede wszystkim zapadającą w pamieć melodią. "Orion" wyróżnia się jeszcze cięższym - mimo akustycznych fragmentów - hard rockowym brzmieniem; pod względem melodycznym jest nieco mniej atrakcyjny, ale ogólnie się broni. Zwłaszcza na tle kolejnych utworów.

Począwszy od "Home" następuje znaczny spadek poziomu. Wspomniany utwór to zdecydowanie zbyt przesłodzona, pełna patosu ballada. Chociaż z oszczędniejszą aranżacją mógłby to być naprawdę piękny utwór, z wspaniałą melodią. Natomiast absolutnie nic dobrego nie mogę napisać o najdłuższym na albumie, ponad dziewięciominutowym "Dark Ages", który sprawia wrażenie chaotycznie posklejanego z różnych fragmentów. Następujący po nim instrumentalny, lekko orientalizujący "Warm Sporran" sprawia tylko wrażenie przydługiego przerywnika. Trochę lepiej wypada "Something's on the Move", wyjątkowo ciężki utwór, brzmiący jak Deep Purple z fletem - a tym samym za mało w nim Jethro Tull. Trudno jednak byłoby postawić mu jako zarzut, że nie pasuje do reszty albumu, bo właściwie każdy zgromadzony tutaj utwór utrzymany jest w nieco innej stylistyce. Np. w "Old Ghosts" pojawiają się - w końcu! - folkowe akcenty. Jednak gdyby trafił na któryś z dwóch poprzednich albumów, byłby tam najsłabszym fragmentem.

Znacznie lepszym nawiązaniem do klimatu poprzednich albumów jest akustyczny "Dun Ringill". Zresztą od tego utworu poziom "Stormwatch" znacząco się podnosi. Bo tuż po nim rozbrzmiewa opus magnum albumu - "Flying Dutchman", zainspirowany marinistyczną legendą o Latającym Holendrze. To kolejna rozbudowana kompozycja, tym razem jednak logicznie się rozwijająca i oparta na wyrazistej melodii. W długich instrumentalnych fragmentach pojawia się natomiast nieco folkowego klimatu. Na zakończenie longplaya umieszczona została jeszcze urocza instrumentalna kompozycja "Elegy", napisana przez Davida Palmera (dla zmarłego ojca, a nie - jak sądzą niektórzy - dla Johna Glascocka, który zresztą akurat w tym nagraniu zdążył jeszcze wziąć udział). Naprawdę piękny finał.

Nie sposób zaliczyć "Stormwatch" do najlepszych dokonań Jethro Tull, ale z drugiej strony nie jest to album, który powinno się zlekceważyć. Chociaż nie brakuje tutaj fragmentów po prostu nużących, to są też utwory, obok których nie można przejść obojętnie.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "Stormwatch" (1979)

1. North Sea Oil; 2. Orion; 3. Home; 4. Dark Ages; 5. Warm Sporran; 6. Something's on the Move; 7. Old Ghosts; 8. Dun Ringill; 9. Flying Dutchman; 10. Elegy

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, bass (1,3-8); Martin Barre - gitara, mandolina; John Glascock - bass (2,9,10); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe i aranżacja instr. smyczkowych
Gościnnie: Francis Wilson - recytacja (1,8)
Producent: Ian Anderson i Robin Black


21 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Bursting Out" (1978)



Muzycy Jethro Tull długo zwlekali z wydaniem albumu koncertowego. W czasach, kiedy standardem było wydanie koncertówki w okolicach piątego albumu studyjnego, oni zrobili to dopiero po jedenastym longplayu. Trochę szkoda, bo w rezultacie zabrakło na niej wielu ważnych utworów z wczesnego okresu działalności zespołu. Z drugiej strony, zawartość "Bursting Out" wynagradza wszelkie braki. Album zmontowano z fragmentów różnych koncertów trasy promującej album "Heavy Horses", z maja i czerwca 1978 roku (dokładne miejsca poszczególnych rejestracji nie są znane, ale przynajmniej cześć utworów pochodzi z szwajcarskiego Bern Festhalle, z 25 maja). I trzeba przyznać, że wybrano naprawdę świetne wykonania, które razem tworzą ekscytującą całość.

"Bursting Out" różni się jednak od innych koncertówek z lat 70. Prawdopodobnie dlatego, że został nagrany w czasach, gdy swoje pięć minut miał punk rock - gdy prostota i zwięzłość były bardziej cenione od wirtuozerskich popisów. Dlatego też, w przeciwieństwie do koncertówek z początku tamtej dekady, nie ma tutaj improwizacji rozciągających poszczególne utwory do kilkunastu minut (jedynie "Jack-in-the-Green", "Aqualung" i "Locomotive Breath" zostały lekko wydłużone). Ba, zamiast tego muzycy wręcz skracają utwory. Najbardziej dotknęło to, oczywiście, "Thick as a Brick", zaprezentowanego tutaj w zgrabnej, dwunastominutowej wersji. W tym przypadku wyszło na plus, bo zagrany w całości zająłby całą płytę, a to oznaczałoby rezygnację z innych utworów. Natomiast zaprezentowany tutaj skrót wypada naprawdę porywająco, szczególnie w instrumentalnej części z fantastycznie pulsującym basem. Jednak skrócone zostały także np. "Songs from the Wood" i "Minstrel in the Gallery", co trochę zmniejsza ich atrakcyjność.

Zamiast dodatkowych popisów wewnątrz utworów, znalazły się tutaj osobne solówki, grane pomiędzy właściwymi kompozycjami. Mamy więc tutaj improwizację Iana Andersona na flecie (częściowo z akompaniamentem pozostałych muzyków), do której przemycone zostały cytaty z angielskiej kolędy "God Rest Ye Merry Gentlemen", a także z "Suity E-moll na lutnię" Bacha (której opracowanie pojawiło się już na drugim albumie Jethro Tull, "Stand Up", pod tytułem "Bourée"). "Conundrum" to z kolei porywający popis umiejętności Martina Barre'a, Johna Glascocka i Barriemore'a Barlowa (z lekkim wsparciem klawiszowców, Johna Evana i Davida Palmera). Instrumentaliści mają swoje przysłowiowe pięć minut także pod postacią napisanego przez Barre'a "Quatrain" - prostej miniaturki o szkockim klimacie. Natomiast cały skład, włącznie z Andersonem, bierze udział w finałowej improwizacji na bazie utworu "The Dambusters March" angielskiego kompozytora Erica Coatesa, zakończonej cytatem z "Aqualunga".

Poza tym "dodatkami", znalazł się tutaj całkiem niezły przegląd dyskografii zespołu. Co prawda nie ma żadnego utworu z "This Was" i "Benefit", ale wszystkie pozostałe albumy są reprezentowane przez co najmniej jeden utwór. Całość rozpoczyna się naprawdę mocno, od utworów "No Lullaby" i "Sweet Dreams", zagranych znacznie ciężej niż w oryginale, w czym spora zasługa sekcji rytmicznej - znacznie lepiej słyszalnej niż na studyjnych albumach grupy. Po dziesięciu minutach następuje jednak nagły zwrot o 360 stopni - utworem "Skating Away" rozpoczęty zostaje kilkunastominutowy set akustyczny, obejmujący także "Jack-in-the-Green" i "One Brown Mouse". W samym "Skating Away" następuje małe przegrupowanie - Barre gra na marimbie, Glascock na gitarze, Evan na akordeonie, a Palmer... poszedł się odlać, jak poinformował publiczność Anderson. Do mocniejszego grania zespół powraca w "A New Day Yesterday" - fajnie, że znalazł się tu ten utwór, przypominający o blues rockowych korzeniach Jethro Tull. Na pierwszej płycie zmieściły się jeszcze wspomniane już "Songs from the Wood" i "Thick as a Brick".

Drugą płytę otwiera świetny "Hunting Girl", brzmiący trochę bardziej folkowo niż w oryginale, ale zachowujący dynamikę studyjnego wykonania. Po nim następuje natomiast utwór, którego w wersji studyjnej nie toleruję, czyli "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!", tutaj jednak zaprezentowany w bardziej surowym wykonaniu, które jest dla mnie odrobinę łatwiejsze do zaakceptowania. "Minstrel in the Gallery" wyszedł natomiast trochę przyciężkawo, całkiem tracąc świetny klimat oryginału. Na szczęście, dzięki ostatniej stronie (w wydaniu winylowym) można szybko zapomnieć o tej wpadce - złożyły się na nią bowiem trzy klasyczne kompozycje z albumu "Aqualung": "Cross-Eyed Mary", tytułowa i "Locomotive Breath". Te utwory zostały wręcz stworzone do grania na żywo i właśnie w tutejszych wersjach wypadają najlepiej.

"Bursting Out" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów rocka. Świetnie nadaje się też jako pierwszy album do zapoznania z twórczością zespołu. Niestety, ktoś wpadł na pomysł, jak zepsuć to wydawnictwo. Mamy tutaj do czynienia z dwiema rażącymi rzeczami: irytującą cenzurą niektórych zapowiedzi Iana Andersona (wypikane przekleństwa), a także słyszalne w kilku miejscach cięcia między utworami.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Bursting Out" (1978)

LP1: 1. No Lullaby; 2. Sweet Dream; 3. Skating Away (On the Thin Ice of the New Day); 4. Jack-in-the-Green; 5. One Brown Mouse; 6. A New Day Yesterday; 7. Flute solo improvisation / God Rest Ye Merry Gentlemen / Bourée; 8. Songs from the Wood; 9. Thick as a Brick
LP2: 1. Hunting Girl; 2. Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!; 3. Conundrum; 4. Minstrel in the Gallery; 5. Cross-Eyed Mary; 6. Quatrain; 7. Aqualung; 8. Locomotive Breath; 9. The Dambusters March

Skład: Ian Anderson - wokal, flet i gitara; Martin Barre - gitara, mandolina, marimba (LP1: 3); John Glascock - bass, gitara (LP1: 3); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne, flet; John Evan - instr. klawiszowe, akordeon (LP1: 3); David Palmer - instr. klawiszowe
Producent: Ian Anderson


19 marca 2015

[Artykuł] 25 lat albumu "Violator" Depeche Mode

Grupa Depeche Mode w ciągu swojej kariery przeszła interesującą ewolucję muzyczną. Zaczynali jako zespół, który chciał udowodnić, że można ograniczyć całe instrumentarium do syntezatorów i automatu perkusyjnego. Z biegiem lat zaczęli jednak coraz częściej korzystać z "żywych" instrumentów, dzięki czemu ich twórczość zbliżyła się do muzyki rockowej - szczególnie na albumach "Songs of Faith and Devotion" (1993) i "Ultra" (1997). Punktem zwrotnym był jednak wydany dokładnie 25 lat temu siódmy longplay zespołu, "Violator" - pierwszy na którym brzmienia gitarowe przestały być tylko drobnym dodatkiem, a w kilku utworach stały się wręcz dominującym elementem.



Muzyka dla mas

Martin Gore, główny kompozytor Depeche Mode, właściwie zawsze chciał być gitarzystą - zresztą w swoich pierwszych zespołach grał właśnie na gitarze. Kiedy jednak dołączył do grupy Composition of Sound, później przemianowanej na Depeche Mode, całkowicie porzucił ten instrument na rzecz syntezatora. I być może pozostał by przy nim do dzisiaj, gdyby w 1982 roku do zespołu nie dołączył Alan Wilder. To głównie jego zasługą było namówienie pozostałych muzyków - także wokalisty Dave'a Gahana i klawiszowca Andy'ego Fletchera - aby wprowadzić więcej żywych brzmień. Już w 1984 roku grupa nagrała utwór "Somebody", który w całości opierał się na akompaniamencie pianina. Gitary pojawiały się natomiast jako dodatek, w postaci przetworzonych sampli. Przełomem pod tym względem okazał się album "Music for the Masses" z 1987 roku. To na nim po raz pierwszy pojawiły się wyraźne gitarowe motywy - przede wszystkim w utworach "Never Let Me Down Again", "Strangelove" i "Behind the Wheel" (a jeszcze wyraźniejsze w dwóch stronach B singli z tamtego okresu: "Pleasure, Little Treasure" i "Route 66" - coverze rhythm & bluesowego standardu, napisanego przez Bobby'ego Troupa w 1946 roku).

Co ciekawe, więcej kontrowersji niż zmiany muzyczne, wzbudził sam tytuł albumu. Kiedy zatytułowaliśmy nasz album "Music for the Masses", oskarżano nas o protekcjonalność i egoizm - wspominał Gore. W rzeczywistości był to żart związany z niekomercyjnością tej płyty. Przecież to nie była muzyka dla mas. Czy jednak aby na pewno? To właśnie trasa promująca ten longplay pomogła grupie po wielu latach prób w końcu podbić amerykański rynek. Grupa grała wyprzedane do ostatniego miejsca koncerty w tak prestiżowych miejscach, jak nowojorska hala Madison Square Garden. Do historii przeszedł jednak finałowy, sto pierwszy występ na trasie, mający miejsce na stadionie Rose Bowl w Pasadenie, 18 czerwca 1988 roku. Grupę oglądało wówczas ponad 60 tysięcy osób. Nikt nie wierzył, że alternatywny zespół może zagrać dla tylu ludzi - mówił Fletcher. W ten sposób otworzyliśmy drogę wielu grupom, które przyszły po nas. Koncert został utrwalony albumem i filmem "101", których premiera przypadła na marzec 1989 roku. Wydawało się, że zespół osiągnął szczytowy moment swojej kariery. A jednak najlepsze dopiero miało nadejść...

Tylko gitara i organy

Staliśmy się świadomi wzlotów i upadków - mówił Gahan. Potrafimy bardziej rozmyślnie budować klimat, nadawać utworom potężny ładunek emocjonalny, a potem znowu je wyciszać. Odkryliśmy dynamikę. "Music for the Masses" było naszym pierwszym naprawdę zaangażowanym albumem. W tym samym czasie dotarliśmy do takiego etapu, że już nie mogliśmy pójść bardziej w tym kierunku. Wiedzieliśmy, że musimy zmienić metody pracy. Musieliśmy się zdystansować i wszystko przemyśleć. Do tamtej pory zespół trzymał się jednej metody - z wyjątkiem kilku utworów wymyślonych przez Alana Wildera (a wcześniej Vince'a Clarke'a), wszystkie kompozycje samodzielnie tworzył Martin Gore, następnie sam je nagrywał w bardzo dopracowanych wersjach demo, które przeważnie nie potrzebowały już żadnych poprawek. W gruncie rzeczy po prostu nagrywaliśmy ponownie demo Martina, ulepszając brzmienie i produkcję, oraz dodając wokal Dave'a - przyznawał Fletcher. Natomiast w przypadku tego albumu powiedzieliśmy Martinowi: "Przygotuj demo tylko za pomocą gitary akustycznej i organów - tylko tekst i akordy". Dzięki temu mogliśmy jako zespół zdecydować, w jakim kierunku pójdą utwory.

Depeche Mode w 1990 roku: Martin Gore, Andy Fletcher, Alan Wilder i Dave Gahan.
Nowe podejście do tworzenia zaowocowało powstaniem największego przeboju grupy - "Enjoy the Silence". Według oryginalnej wizji Martina Gore'a miała to być łagodna ballada. Alan Wilder zaproponował jednak zupełnie inną aranżację. Stwierdziłem, że świetnie nadaje się na swego rodzaju utwór taneczny o przyśpieszonym tempie - wyjaśniał. Poczułem, ze podejście do tego kawałka jak do zwykłej ballady byłoby karygodnym zlekceważeniem jego potencjału komercyjnego. To była wspaniała melodia, wręcz prosząca się o potraktowanie jej tak, jak ostatecznie została potraktowana. Pozostali muzycy nie byli przekonani do szybszej wersji utworu, dopóki Gore nie dorzucił do niej charakterystycznego gitarowego motywu. Wówczas zrozumieli, że mają potężny hit, jak określił to Andy Fletcher. Warto dodać, że niektóre wersje singla "Enjoy the Silence", pomiędzy przeróżnymi remiksami, zawierają także oryginalną, balladową wersję demo utworu, śpiewaną przez Martina do akompaniamentu fisharmonii (opisaną jako "Enjoy the Silence (Harmonium)").

Sesja nagraniowa albumu rozpoczęła się w maju 1989 roku i trwała aż do stycznia następnego roku. Zespół pracował w kilku różnych studiach: mediolańskim Logic Studios, duńskim PUK Studios, londyńskich The Church i Master Rock Studios, a także nowojorskim Axis. Muzycy po raz pierwszy w karierze zdecydowali się zatrudnić profesjonalnego producenta - Marka Ellisa, lepiej znanego pod pseudonimem Flood, który już wtedy miał na koncie współpracę m.in. z New Order, Nickiem Cavem, U2 i Nine Inch Nails (zresztą i z Depeche Mode pracował już wcześniej - jako inżynier dźwięku podczas nagrywania singla "Shake the Disease" w 1985 roku). O decyzji zaangażowania Flooda mówił Gahan: Chcieliśmy kogoś, kto nam dokopie i będzie w stanie zebrać nas do kupy, aby wydobyć to, co najlepsze z piosenek, niekoniecznie znając jedynie nasz punkt widzenia. Gore dodawał: On naprawdę sprawił, że robiliśmy rzeczy całkowicie odmienne od poprzednich. W pewnym sensie spowodował, że o wiele więcej graliśmy naprawdę, zamiast wszystko programować. Producent również wypowiadał się ciepło na temat zespołu: Zawsze kochałem ich jako grupę; grali niespotykaną odmianę popu. W tamtym czasie współpracowałem z wieloma zespołami, jak Nitzer Ebb czy Nine Inch Nails, i byłem przekonany, że zespół pop może mieć brzmienie podobne do nich. Na "Violatorze" Depeche Mode chcieli zbadać nowe terytoria; myślę więc, że dzięki temu, iż byłem nowy na tym polu, udało nam się coś osiągnąć.

Dobra zabawa i depresja

Okładka singla "Personal Jesus".
Chociaż praca nad albumem się przeciągała, fani dostali jego przedsmak już pod koniec sierpnia 1989 roku. Wówczas ukazał się zapowiadający go singiel "Personal Jesus". Utwór przełomowy, bo pokazujący zupełnie nowe oblicze grupy: akompaniament stanowią w nim przede wszystkim gitarowe zagrywki Gore'a o nieco bluesowym charakterze, a brzmienia elektroniczne są tylko dopełnieniem. Muzycy od razu polubili ten utwór i postanowili wydać go na małej płycie, chociaż mieli obawy, że utwór zostanie uznany za bluźnierczy (chociaż w rzeczywistości nie ma nic wspólnego z religią; został zainspirowany książką "Elvis i ja" Priscilli Presley). Uważaliśmy, że zwłaszcza w Ameryce utwór będzie walczył o emisję, ale okazało się, że byliśmy w błędzie - mówił Gore. "Personal Jesus" okazał się jednym z największych przebojów grupy, dochodząc do 13. miejsca na brytyjskiej liście sprzedaży, a w konserwatywnych Stanach - do 28. pozycji (najlepszy wynik od czasu "People Are People" z 1984 roku). Na stronie B singla znalazł się utwór "Dangerous", który nie został powtórzony na albumie. Co ciekawe, amerykańskie stacje radiowe grały go prawie tak często, jak stronę A, w wyniku czego znalazł się na 13. miejscu listy Modern Rock Tracks magazynu Billboard (tworzonej właśnie w oparciu o liczbę radiowych emisji) - to wynik tylko o dziesięć miejsc niższy, niż osiągnął "Personal Jesus".

Na planie teledysku "Personal Jesus".
"Personal Jesus" i "Dangerous" były jedynymi utworami, które udało się ukończyć podczas sesji w Mediolanie. Andy Fletcher nie krył, że zespół miał wówczas inne priorytety: Po prostu wychodziliśmy, imprezowaliśmy i niczego nie nagraliśmy, ale dobrze się bawiliśmy. Latem zespół przeniósł się do Danii, gdzie sprawy nabrały tempa. Czas spędzony w PUK był o wiele płodniejszy i choć część utworów, takich jak "Clean" i "Policy of Truth" przeszło wiele modyfikacji, zanim pojawiły się ostateczne wersje, był to naprawdę owocny i przyjemny okres - twierdził Alan Wilder. Nie dla wszystkich był jednak równie przyjemny. Pustkowie, na którym mieściło się studio, nie wpływało dobrze na samopoczucie Fletchera. W końcu popadł w prawdziwą depresję. Andy siedział w studiu i jęczał ze zbolałą miną, a potem wstawał i szedł w stronę drzwi, powłócząc nogami jak starzec - wspominał Gore. Pewnego dnia, kiedy wyszedł, reszta z nas spojrzała na siebie i wybuchnęła śmiechem, ponieważ wyglądało to tak, jakby udawał! Myśleliśmy, że się wygłupia, ale wcale tak nie było. Za namową pozostałych członków zespołu postanowił w końcu wrócić do Wielkiej Brytanii i zapisać się na leczenie.

Andy Fletcher, zajmujący się przede wszystkim sprawami biznesowymi grupy (która nigdy nie miała prawdziwego menadżera), nigdy nie odgrywał istotnej roli w studiu - większość, jeśli nie wszystkie, partii instrumentalnych wykonywali Gore i Wilder - dlatego jego brak nie powstrzymał reszty przed kontynuowaniem pracy. Wilder wyznał nawet: W pewnym stopniu nam to pomogło, bo w gruncie rzeczy bardzo nas rozpraszał. Od tamtej pory wszystko toczyło się już bardzo szybko. Do września muzycy zdążyli nagrać kolejnych osiem utworów. Wówczas przenieśli się do Londynu, gdzie rozpoczęła się praca nad miksami. Na nowo zmiksowany został także "Personal Jesus" - dłuższa o minutę wersja albumowa zawiera znacznie więcej elektroniki. Większość pozostałych nagrań - dynamiczne "World in My Eyes" i "Halo", balladowy "Waiting for the Night", oraz śpiewane przez Gore'a "Sweetest Perfection" i "Blue Dress" - nie odbiega specjalnie od tego, co zespół tworzył wcześniej. Ale już "Enjoy the Silence" i "Policy of Truth" są napędzane wyrazistymi gitarowymi motywami. Wyjątkowym utworem jest natomiast "Clean" - to własnie na jego potrzeby Alan Wilder po raz pierwszy zagrał na perkusji i gitarze basowej (co ciekawe, linia basu została zainspirowana utworem "One of These Days" Pink Floyd). "Clean" wyróżnia się także z tego powodu, że jest pierwszym utworem Depeche Mode, w którym wystąpił ktoś spoza zespołu - Nils Tuxen, grający na gitarze hawajskiej.

Okładka singla "Enjoy the Silence".
Ostatni etap pracy nad albumem odbył się w Nowym Jorku. Wówczas przygotowano remiksy na potrzeby stron B singli, a także dokończono ostatnie utwory: "Happiest Girl" zostało nagrane podczas produkcji albumu i później przeznaczone na stronę B [singla "World in My Eyes"], choć pierwotnie miało znaleźć się na płycie - wyjaśniał Wilder. "Sea of Sin" od zawsze miało być stroną B i stworzyliśmy go później. Szczerze mówiąc, nie szaleję za żadną z tych piosenek. Na początku lutego 1990 w sklepach pojawił się drugi singiel poprzedzający album - "Enjoy the Silence". Osiągnął jeszcze większy sukces od poprzedniego, dochodząc do wysokiej 6. pozycji w Wielkiej Brytanii; w Stanach było odrobinę gorzej - zaledwie 8. miejsce listy sprzedaży (chociaż to i tak tamtejszy rekord Depeche Mode), ale też szczyt Modern Rock Tracks.



Depechemania

Grupa po raz kolejny zdecydowała się na kontrowersyjny tytuł albumu - "Violator", co można przetłumaczyć jako "Agresor", ale też "Gwałciciel". Chcieliśmy tytułu w stylu heavy metalowym - przyznawał Fletcher. Charakterystyczna okładka została zaprojektowana przez słynnego fotografa Antona Corbijna. Longplay ukazał się 19 marca i pobił wszystkie dotychczasowe rekordy grupy, dochodząc do 2. miejsca na UK Album Chart, a także do 7. na US Billboard 200 (na której wcześniejszym najlepszym wynikiem była 35. pozycja "Music for the Masses"). Do dzisiaj longplay zdołał pokryć się trzykrotną platyną w Stanach, podwójną w Kanadzie, oraz pojedynczą we Francji, Niemczech i Szwajcarii, natomiast złotem w Austrii, Szwecji i Wielkiej Brytanii.

Premierze albumu towarzyszył prawdziwy szał, w pewnym momencie porównywalny nawet do Beatlemanii. 20 marca zespół miał podpisywać swoje albumy w sklepie muzycznym Wherehouse w Los Angeles. Na miejscu ujrzeli oczekujący na nich około 17-tysięczny tłum fanów - niektórzy z nich podobno zajęli już miejsca z czterodniowym wyprzedzeniem. Nie obyło się bez interwencji policji, która po półtorej godziny postanowiła ewakuować muzyków, w obawie o ich bezpieczeństwo. Nikt się tego nie spodziewał - mówił na zwołanej po tym wydarzeniu konferencji Alan Wilder. Nie były to jednak żadne zamieszki. Nie było żadnej przemocy, choć niestety parę osób odniosło obrażenia. Ogromnym sukcesem okazała się także trasa promująca album, szczególnie jej amerykańska cześć. Największy występ odbył się na Giants Stadium w New Jersey, gdzie zespół grał dla 80 tysięcy osób. Jednym z widzów był Flood. Wybrałem się zobaczyć ich na Giants Stadium, a oni pobili rekord handlowy Bon Jovi, U2 i innych - mówił producent. Depeche Mode pobili wszystkich.

W ciągu kolejnych miesięcy udało się "wykroić" z albumu jeszcze dwa single: "Policy of Truth" i "World in My Eyes". Na listach oba radziły sobie nieźle (niższe pozycje w drugiej dziesiątce UK Singles Chart, w Stanach dobre miejsca na Modern Rock Tracks), ale nie powtórzyły sukcesów "Personal Jesus" i "Enjoy the Silence". Suplementem do albumu była wydana pod koniec 1990 roku kaseta VHS "Strange Too", zawierająca teledyski do sześciu utworów, w reżyserii Antona Corbijna. Oprócz wideoklipów nakręconych do czterech singli promujących album, pojawiły się na niej także obrazki do "Halo" i "Clean". Alan Wilder przyznawał, że pierwszy z  tych utworów, był brany pod uwagę jako kandydat do wydania na kolejnym singlu. Ostatecznie użyliśmy tego utworu [do promocji albumu] okrężną drogą, robiąc do niego klip - podsumowywał muzyk. Co ciekawe, "Halo" i tak było prezentowane przez amerykańskich radiowców, co zaowocowało 21. pozycją na Modern Rock Tracks.


"Violator" jest perfekcyjną płytą - entuzjazmował się Andy Fletcher. Nie moglibyśmy zrobić w tym stylu nic lepszego. W innym wywiadzie mówił natomiast: To był szczyt. Oczywiście każdy [nasz] album był dobry, ale "Violator" cenię szczególnie wysoko za wszystko - jakość dźwięku, jakość piosenek, produkcję, teksty, po prostu za wszystko. To była zdecydowanie wyróżniająca się płyta. Na zakończenie najlepsze będą jednak słowa Alana Wildera: Przez lata tworzyliśmy muzykę w typowy dla siebie sposób i Depeche Mode stawało się modne, lub wręcz odwrotnie, wychodziło z mody, w zależności od ówczesnych trendów. Zawsze lepiej jest pozostać wiernym swoim ideałom, zamiast podążać za najnowszą modą.



Źródła cytatów: 
1. Miller Johnathan, Obnażeni: Prawdziwa historia Depeche Mode, Wydawnictwo In Rock, 2005
2. Kirmuć Michał, Bardzo nietypowa sytuacja, "Teraz Rock Kolekcja" 2013, nr 3, str. 18-19


Więcej na temat:


18 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Heavy Horses" (1978)



Druga część tzw. "folkowej trylogii", "Heavy Horses", w pewnym sensie stanowi kontynuację wydanego rok wcześniej "Songs from the Wood", a zarazem jest to album o zupełnie innym charakterze. O ile teksty na poprzednim albumie inspirowane były brytyjskim folklorem z czasów średniowiecza i renesansu, tak na "Heavy Horses" przenosimy się do Wielkiej Brytanii z czasów rewolucji przemysłowej, kiedy maszyny zaczęły wypierać tytułowe konie pociągowe. Warstwa tekstowa ma odzwierciedlenie w warstwie muzycznej. Podczas gdy na "Songs from the Wood" dominowały klimaty folkowe, z domieszką brzmień rockowych, tak "Heavy Horses" brzmi bardziej współcześnie, bardziej rockowo, ale wciąż z folkowym pierwiastkiem.

Najbardziej błyszczą tutaj dwa najdłuższe utwory, "No Lullaby" i tytułowy "Heavy Horses". Oba charakteryzują się licznymi zmianami motywów i nastroju, przy czym w pierwszym zdecydowanie rządzą hardrockowe galopady, podczas gdy w drugim zadziorne partie gitary elektrycznej są tylko dodatkiem do przepięknej melodii - nie bez przyczyny utwór ten często jest wymieniany wśród największych arcydzieł Jethro Tull. Nastrój podkreśla tutaj partia skrzypiec w wykonaniu Darryla Waya z grupy Curved Air. Muzyk udziela się także w skocznym "Acres Wild", w którym wiodącą rolę pełni jednak celtycki motyw grany na mandolinie, dzięki któremu najbliżej mu do klimatu poprzedniego albumu. Stricte folkowym utworem jest także singlowy "Moths", oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej i fletu. Z kolei "...And the Mouse Police Never Sleeps", "Rover", "One Brown Mouse" i "Weathercock" łączą folkowe brzmienia z rockową dynamiką. Całości dopełnia natomiast ostrzejszy "Journeyman", w którym skoczna melodia ubrana jest w hardrockowe brzmienie.

"Heavy Horses" to album trochę bardziej zróżnicowany od "Songs from the Wood" i nie tak równy (tam wszystkie kompozycje prezentowały podobny poziom, tutaj utwór tytułowy i "No Lullaby" zdecydowanie wyróżniają się na tle całości). Ponadto brakuje tutaj tego magicznego klimatu i bogatych aranżacji poprzednika. Jeśli jednak odrzucić na bok te porównania, "Heavy Horses" to naprawdę udany album - jeden z najlepszych w dyskografii Jethro Tull.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Heavy Horses" (1978)

1. ...And the Mouse Police Never Sleeps; 2. Acres Wild; 3. No Lullaby; 4. Moths; 5. Journeyman; 6. Rover; 7. One Brown Mouse; 8. Heavy Horses; 9. Weathercock

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara i mandolina; Martin Barre - gitara; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe i aranżacja instr. smyczkowych
Gościnnie: Darryl Way - skrzypce (2,8)
Producent: Ian Anderson


16 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)



Album "Songs from the Wood" uznawany jest za pierwszą część tzw. "folkowej trylogii" (do której należą także dwa kolejne longplaye, "Heavy Horses" i "Stormwatch"). Trochę to jednak nietrafione określenie, bo przecież folkowe wpływy w twórczości Jethro Tull były wyraźnie słyszalne już od debiutanckiego "This Was". Fakt, że na "Songs from the Wood" ta inspiracja, przede wszystkim muzyką celtycką, stała się jeszcze bardziej słyszalna, nie jest to jednak album jednoznacznie folkowy. Nie brakuje tutaj przecież ostrych partii gitary elektrycznej, a mocne brzmienie perkusji dobitnie przypomina o hardrockowych korzeniach grupy. Ba, na tym albumie jest o wiele więcej rockowej dynamiki, niż na poprzednim w dyskografii "Too Old to Rock 'n' Roll: To Young to Die!".

Dobrą zapowiedzią całego albumu jest rozpoczynające go nagranie tytułowe, łączące folkową melodykę i instrumentarium (m.in. flet i gitara akustyczna) z mocnym rockowym brzmieniem. W sumie utwór nie odbiega daleko od wczesnych utworów Jethro Tull, więcej tu tylko brzmień klawiszowych (co nie powinno dziwić, bo przed nagraniem "Songs from the Wood" skład zespołu poszerzył się o drugiego klawiszowca, którym został stały współpracownik grupy, David Palmer). Innym przykładem łączenia folku z rockową dynamiką jest świetny "Cup of Wonder", wyróżniający się bardzo chwytliwym motywem przewodnim granym na flecie (a w jednym momencie także na pisaninie). Albo najdłuższy na albumie, ponad ośmiominutowy "Pibroch (Cap in Hand)", z początku bliższy bluesa, ale później nabierający bardziej "celtyckiego" charakteru.

Nie brak też tutaj utworów jednoznacznie folkowych, jak ascetyczny "Jack-in-the-Green" (w nagraniu którego brał udział tylko Anderson); przywołujący bożonarodzeniowy klimat, przepiękny "Ring Out, Solstice Bells"; równie uroczy "Velvet Green"; a także singlowy, bardzo chwytliwy "The Whistler". Na tle całości wyróżniają się natomiast "Hunting Girl" i "Fire at Midnight", w których prawie w ogóle nie słychać folku. Ten pierwszy to niemal hardrockowy kawałek, oparty na galopującej grze sekcji rytmicznej, wyróżniający się jednak bardzo bogatą aranżacją, obejmującą organy i flet. Drugi jest natomiast bardzo zgrabną balladą, której zarzucić można tylko jedno - że kończy się po niespełna trzech minutach.

"Songs from the Wood" to jedno z najwspanialszych dzieł Jethro Tull. Zebrane tutaj utwory tworzą bardzo spójną całość, dzięki unoszącemu się nad nimi folkowemu nastrojowi, a jednocześnie każdy z nich ma swój własny charakter.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)

1. Songs from the Wood; 2. Jack-in-the-Green; 3. Cup of Wonder; 4. Hunting Girl; 5. Ring Out, Solstice Bells; 6. Velvet Green; 7. The Whistler; 8. Pibroch (Cap in Hand); 9. Fire at Midnight

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, bass (2), perkusja (2); Martin Barre - gitara i lutnia; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe
Producent: Ian Anderson


13 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" (1976)



Podobno nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Ian Anderson i spółka udowadniają, że jednak można. Analogicznie jak w przypadku albumu "War Child", "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" w zamyśle miał być soundtrackiem do filmu - i znów ostatecznie film nie powstał, a jedyną pozostałością projektu jest nieciekawa ścieżka dźwiękowa. W tym miejscu muszę podkreślić, że chociaż nie przepadam za albumem "War Child", to uważam, że ma on liczne zalety, z których największą jest różnorodność. Brakuje jej natomiast na "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" - w chwili wydania najbardziej monotonnym albumie Jethro Tull.

Wiele o jego zawartości mówi sam tytuł - całość brzmi właśnie tak, jakby Anderson i reszta rzeczywiście czuli się zmęczeni graniem rock and rolla. Na albumie tym dominują łagodne piosenki oparte na brzmieniu gitary akustycznej i orkiestracjach. Niestety, nie mają one klimatu utworów z wydanego rok wcześniej "Minstrel in the Gallery" - za to niebezpiecznie zbliżają się do granicy popu. Fakt, że poszczególnym utworom nie można odmówić uroku (np. "From a Dead Beat to an Old Greaser", zakończonemu piękną solówką na saksofonie), ale w takim natężeniu zwyczajnie męczą. Trochę mocniejszych, bardziej rockowych brzmień pojawia się w otwierającym album - i stanowiącym jego najciekawszy fragment - "Quizz Kid"; ale tak naprawdę jedynymi stricte rockowym kawałkami są "Taxi Grab" i "Big Dipper" - akurat dość kiepskie pod względem melodycznym. Najbardziej znanym utworem z tego longplaya jest natomiast tytułowy "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die", co ciężko mi zrozumieć - ta banalna, popowa piosenka jest według mnie najsłabszym momentem całości.

"Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" to po prostu najsłabszy album Jethro Tull z wydanych w latach 70. Na szczęście już kolejny album okazał się powrotem do wysokiej formy - ale to już temat na osobną recenzję.

Ocena: 4/10



Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" (1976)

1. Quizz Kid; 2. Crazed Institution; 3. Salamander; 4. Taxi Grab; 5. From a Dead Beat to an Old Greaser; 6. Bad-Eyed and Loveless; 7. Big Dipper; 8. Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die; 9. Pied Piper; 10. The Chequered Flag (Dead or Alive)

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet i harmonijka; Martin Barre - gitara; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - saksofon (5), aranżacja orkiestry; Angela Allen - dodatkowy wokal (2,7); Maddy Prior - dodatkowy wokal (8)
Producent: Ian Anderson


12 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery" (1975)



Muzycy Jethro Tull szybko wyszli z kryzysu twórczego, którego oznaką był album "War Child". Wydany niespełna rok później "Minstrel in the Gallery" to nie tylko powrót do formy, a wręcz jeden z najlepszych albumów w całej dyskografii zespołu. Longplay wydaje się efektem wyciągnięcia wniosków z błędów popełnionych na kilku poprzednich wydawnictwach. Ian Anderson i spółka doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mogą sobie pozwolić na wydanie kolejnego albumu składającego się z jednej rozbudowanej kompozycji. Ale z drugiej strony najwidoczniej zdali sobie sprawę, że złym pomysłem było również przesadzanie w drugą stronę - nagranie albumu zawierającego dziesięć krótkich, prostych kawałków.

"Minstrel in the Gallery" jest bliski tzw. "złotego środka" między tymi dwoma podejściami. Nie brak tutaj łatwiejszych w odbierze utworów, o czasie trwania nieprzekraczającym pięciu minut (np. "Cold Wind to Valhalla", "Requiem"), ale są i bardziej rozbudowane formy - vide ponad 16-minutowy "Baker St. Muse" lub trwający o połowę krócej tytułowy "Minstrel in the Gallery". Właśnie od tej kompozycji wszystko się zaczyna. Po wyraźnie nawiązującym do muzyki dawnej wstępie - w którym słychać tylko głos Andersona i akompaniamentem gitary akustycznej - następuje nagłe przełamanie, po którym utwór nabiera hard rockowej mocy. Dużo w nim prog rockowego kombinowania, chociaż gitarowe riffy Martina Barre'a nie należą do najbardziej wyrafinowanych. W "Cold Wind to Valhalla" mamy podobną zmyłkę w postaci akustycznego wstępu, ale tutaj również po chwili następuje zaostrzenie. Tym razem jednak nad całą kompozycją - i to znacznie wyraźniej - unosi się klimat muzyki dawnej, podkreślony partiami fletu i smyczków.

Na podobnej zasadzie zbudowany został także "Black Satin Dancer". Z początku jest to przepiękna, podniosła ballada, która znienacka przeradza się w ognisty hard rockowy popis. Dla odmiany wieńczący pierwszą stronę winylowego wydania "Requiem" i "podwójna" kompozycja "One White Duck / 0^10 = Nothing at All" to utwory w całości oparte na ascetycznym brzmieniu gitary akustycznej, z delikatnym tłem instrumentów smyczkowych. A tuż po nich następuje opus magnum albumu, wspomniany już "Baker St. Muse". Akustyczno-orkiestrowy początek podtrzymuje "minstrealowy" nastrój poprzednich kompozycji, ale prawdziwa magia zaczyna się dopiero, gdy pojawia się kontrast w postaci rockowego instrumentarium. Cała kompozycja w typowy dla rocka progresywnego sposób charakteryzuje się licznymi zmianami nastroju i tematów. Pod tym względem wywołuje oczywiste skojarzenia z "Thick as a Brick" i "A Passion Play", mimo znacznie bardziej zwartej budowy. Według mnie jest to jednak o wiele bardziej wyjątkowy utwór, ze względu na specyficzny klimat muzyki dawnej. Następujący po nim "Grace" to już tylko półminutowy dodatek, nieodbiegający klimatem od reszty albumu.

Chociaż jednak album urzeka swoim "mistrelowym" charakterem i znalazły się na nim jedne z najbardziej wyjątkowych utworów w dorobku Jethro Tull (przede wszystkim tytułowy i "Baker St. Muse"), to mam wobec niego jeden poważny zarzut. Niestety, brakuje tutaj choćby jednego utworu, który wyróżniałby się zapadającą w pamięć melodią. A przecież nawet na poprzednim albumie, średnim "War Child", był taki "Bungle in the Jungle", który zostaje w głowie na długo już po pierwszym przesłuchaniu. Tymczasem z "Minstrel in the Gallery" nawet po wielokrotnym przesłuchaniu ciężko przypomnieć sobie jakąkolwiek melodię.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery" (1975)

1. Minstrel in the Gallery; 2. Cold Wind to Valhalla; 3. Black Satin Dancer; 4. Requiem; 5. One White Duck / 0^10 = Nothing at All; 6. Baker St. Muse; 7. Grace

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara i flet; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass i kontrabas; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja instr. smyczkowych; Rita Eddowes, Elizabeth Edwards, Patrick Halling i Bridget Procter - skrzypce; Katharine Tullborn - wiolonczela
Producent: Ian Anderson


11 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "War Child" (1974)



Po dwóch udanych, ale trochę zbyt pretensjonalnych albumach, Ian Anderson postanowił wydać bardziej konwencjonalny longplay, składający się z dziesięciu krótkich, niepowiązanych ze sobą utworów. "War Child" to taka trochę kompilacja niewykorzystanych wcześniej nagrań - "Skating Away on the Thin Ice of the New Day" i "Only Solitaire" to pozostałości po  nieudanej sesji w Château d'Hérouville, "Bungle in the Jungle" powstał na przełomie lat 1972/73, a "Two Fingers" to nowe opracowanie utworu "Lick Your Fingers Clean" - odrzutu z czasów albumu "Aqualung".

Jeżeli zespół sięga po odrzuty sprzed lat, zazwyczaj oznacza to kryzys twórczy. Niestety, dotyczy to także Jethro Tull i tego albumu. Tak przeciętnego materiału do tamtej pory jeszcze nie wydali. Brakuje tutaj zapadających w pamięć melodii lub motywów. Zamiast tego otrzymujemy drażniące na dłuższą metę, nachalne orkiestracje, wysuwające się na pierwszy plan w większości utworów. Ten filmowy rozmach to akurat pozostałość po pomyśle, aby "War Child" był soundtrackiem do filmu - który nigdy jednak nie powstał, mimo początkowego zainteresowania ludzi z branży filmowej. Ok, jest tutaj też kilka niezłych fragmentów. Jak zaczynający się folkowo, a później nabierający hard rockowej mocy "Back-Door Angels" - tutaj melodia wyjątkowo jest naprawdę dobra, szczególnie w łagodniejszych fragmentach. Ciekawie wpleciono w ten utwór partie różnych instrumentów: saksofonu, syntezatorów, oraz - oczywiście - fletu. Jeszcze lepszy i bardziej chwytliwy jest zadziorny "Bungle in the Jungle". Interesująco wypada także "Queen and Country", w którym hard rockowe gitary spotykają się z... partią akordeonu. Całkiem zgrabnej balladzie "Only Solitaire" brakuje natomiast ciekawego rozwinięcia - kończy się po niespełna stu sekundach. Najbardziej znanym utworem z albumu jest natomiast "Skating Away on the Thin Ice of the New Day" - dość monotonna kompozycja, oparta na skocznym akompaniamencie gitary akustycznej i akordeonu.

"War Child" w chwili wydania był najsłabszym albumem Jethro Tull. Pod pretensjonalnymi, nadętymi aranżacjami kryją się przeważnie miałkie kompozycje. Można tu jednak znaleźć kilka bardziej interesujących fragmentów, które ratują album przed kompletnym zapomnieniem.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "War Child" (1974)

1. War Child; 2. Queen and Country; 3. Ladies; 4. Back-Door Angels; 5. Sealion; 6. Skating Away on the Thin Ice of the New Day; 7. Bungle in the Jungle; 8. Only Solitaire; 9. The Third Hoorah; 10. Two Fingers

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet i saksofon; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass i kontrabas; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe, akordeon
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson


10 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "A Passion Play" (1973)



Tworzenie następcy "Thick as a Brick" było jednym z najtrudniejszych momentów w historii Jethro Tull. Zespół zaszył się we francuskim Château d'Hérouville (miejscu, w którym został nagrany m.in. album "Obscured by Clouds" Pink Floyd), o którym Anderson mówił później "Château d'Isaster" (dosł. "zamek katastrofa"), ze względu na liczbę nieszczęść, jakie dotknęły tam muzyków. Co gorsze, rezultat trwającej ponad miesiąc sesji został uznany przez Andersona za niezadowalający, w związku z czym zarządził rozpoczęcie pracy nad nowym albumem od podstaw (już w londyńskim Morgan Studios). Większość materiału, nad którym grupa pracowała we Francji, została odrzucona. Wyjątkiem była kompozycja "Critique Oblique", zaadoptowana do nowego dzieła (a także utwory "Skating Away on the Thin Ice" i "Solitaire", do których zespół wrócił na następnym albumie, "War Child").

Jego ostateczny kształt przyjął natomiast taką samą formę, jak poprzedni album - wszystkie pomysły zostały połączone w jedną, ponad czterdziestominutową kompozycję, która następnie została podzielona na dwie części, ze względu na pojemność płyty winylowej. Nawet pod względem tekstowym "A Passion Play" jest kontynuacją poprzednika - o ile "Thick as a Brick" opowiadał o życiu jednego człowieka, Ronniego Pilgrima, tak następny album opowiada o tym, co działo się z nim po śmierci - w formie przedstawienia teatralnego, składającego się z czterech aktów. Pretensjonalne? Tak właśnie uważali ówcześni krytycy, którzy po okazaniu się albumu bez żadnych skrupułów zmieszali go z błotem. Ale i fani grupy nie byli przekonani do nowego dzieła. Przyjęcie "A Passion Play" było tak złe, że Anderson rozważał nawet rozwiązanie Jethro Tull.

Chociaż albumowi faktycznie można zarzucić powielanie patentów z poprzednika, to sam w sobie nie jest wcale tak tragiczny. Słabiej wypada tutaj tylko interludium pomiędzy drugim i trzecim aktem (rozmieszczone na końcu strony A i początku strony B winylowego wydania), będące groteskową opowieścią Jeffreya Hammonda o... zającu, który zgubił swoje okulary ("The Story of the Hare Who Lost His Spectacles"), wygłaszaną na tle równie groteskowego, teatralnego podkładu. Zasadnicza część "A Passion Play" prezentuje się jednak naprawdę dobrze. Podobnie jak na poprzedniku, mamy tutaj interesujący miks hard rocka, folku i rocka progresywnego, podany z iście symfonicznym rozmachem. Całość jest również dowodem poszukiwań zespołu, objawiających się przede wszystkim w eksperymentowaniu z instrumentarium: Ian Anderson niemal całkiem porzucił tutaj flet na rzecz saksofonu; zaś kompletną nowością w twórczości grupy jest wykorzystanie syntezatorów - które całkiem nieźle wtopiły się w brzmienie zespołu.

"A Passion Play" na pewno nie zasłużył na te wszystkie negatywne opinie, którymi został obrzucony. To naprawdę solidny materiał, nawet jeśli grupa ma w swoim dorobku lepsze albumy.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "A Passion Play" (1973)

1. A Passion Play, Part I; 2. A Passion Play, Part II

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, saksofon i flet; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass, wokal; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson


9 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Living in the Past" (1972)



W 1972 roku grupa Jethro Tull miała za sobą sześć lat działalności i pięć na albumów na koncie, z których wszystkie trafiły do pierwszej dziesiątki brytyjskiego notowania (a dwa najnowsze, "Aqualung" i "Thick as a Brick", także do amerykańskiego Top 10). Nic dziwnego, że przedstawiciele wytwórni uznali, że to doskonały czas, aby podsumować dotychczasową działalność grupy składanką. Takie wydawnictwa przeważnie nic nie wnoszą, dublują tylko materiał z regularnych albumów. Jednak z "Living in the Past" sprawa przedstawia się nieco inaczej. Skupiono się tutaj przede wszystkim na utworach niealbumowych, pochodzących z singli i wydanej w 1971 roku EPki "Life Is a Long Song". A dodatkową atrakcją jest materiał nigdy wcześniej nieopublikowany.

Z singlowych nagrań najbardziej błyszczy utwór, który dał całości tytuł. "Living in the Past" wyróżnia się chwytliwym motywem granym na flecie, a także nieco biesiadnym charakterem - pomimo skomplikowanego metrum na 5/4. Utwór jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych kompozycji w dorobku grupy, był też stałym punktem koncertów. Pozostałe kawałki z małych płyt można podzielić na dwie grupy: na te o bardziej hard rockowym charakterze ("Love Story", "Driving Song", "Sweet Dream", "Teacher") i na te pokazujące folkowe oblicze grupy ("Christmas Song", "Witch's Promise"). Wszystkie łączy jednak jedno - chwytliwe melodie, które można nucić już po pierwszym przesłuchaniu. Podobnie sprawa ma się z utworami z EPki, z tą różnicą, że wśród nich dominują łagodniejsze kompozycje o minstrelowo-folkowym nastroju ("Life Is a Long Song", "Up the 'Pool" i ascetyczny "Nursie"), chociaż "Dr. Bogenbroom" został wzbogacony o zadziorne partie gitary elektrycznej, a instrumentalny "For Later" ma lekko jazz rockowy charakter.

Jeśli zaś chodzi o materiał premierowy, to znalazły się tu np. dwa odrzuty z sesji do albumu "Benefit": "Singing All Day" i "Just Trying to Be". Oba łagodne i melodyjne, ale raczej nie zostające w pamięci na dłużej. Co innego "Wond'ring Again", do tamtej pory znany tylko we fragmencie (który pod tytułem "Wond'ring Aloud" trafił na album "Aqualung") - to przepiękna kompozycja, będąca prawdziwą ozdobą tego wydawnictwa. A są tu jeszcze wspaniałe koncertowe nagrania z nowojorskiego Carnegie Hall, zarejestrowane 4 listopada 1970 roku, wypełniające całą trzecią stronę kompilacji. Nieobecny na żadnym studyjnym albumie "By Kind Permission of" to po prostu dziesięciominutowa improwizacja, w sporej części będąca solowym popisem Johna Evana, ale są tu tez fragmenty, w których jamuje cały zespół. Natomiast znany z debiutanckiego "This Was" utwór "Dharma for One" w zamieszczonej tutaj wersji został znacznie rozbudowany i... wzbogacony o partię wokalną.

Niestety, "Living in the Past" nie wyczerpuje w pełni tematu niealbumowych utworów Jethro Tull. Zabrakło kompozycji z debiutanckiego singla grupy ("Sunshine Day" i "Aeroplane"), a także dwóch stron B z późniejszych małych płyt ("One for John Gee" i "17"). Zamiast tego umieszczono tutaj po jednym utworze z czterech pierwszych albumów grupy ("A Song for Jeffrey", "Bourée", "Inside" i "Locomotive Breath"; w wydaniu amerykańskim dwa ostatnie zostały zastąpione innymi utworami z tych albumów: "Alive and Well and Living in" i "Hymn 43"). W rezultacie "Living in the Past" nie jest ani kompletnym zbiorem niealbumowych nagrań, ani tym bardziej udaną kompilacją najlepszych utworów Jethro Tull (bo brakuje tak ważnych kompozycji, jak np. "A New Day Yesterday", "Nothing is Easy", "To Cry You a Song", "Aqualung" i "Cross-Eyed Mary"). A jednak jest to pozycja obowiązkowa w przypadku kolekcjonerów winyli, świetnie uzupełniająca regularne albumy Jethro Tull. Dla zbieraczy CD nie ma natomiast wielkiej wartości, ponieważ wszystkie zawarte na niej utwory są obecnie dostępne jako bonusy na reedycjach "This Was", "Stand Up", "Benefit" i "Aqualung".

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "Living in the Past" (1972)

LP1: 1. A Song for Jeffrey; 2. Love Story; 3. Christmas Song; 4. Living in the Past; 5. Driving Song; 6. Bourée; 7. Sweet Dream; 8. Singing All Day; 9. Witch's Promise; 10. Teacher; 11. Inside; 12. Just Trying to Be
LP2: 1. By Kind Permission of (live); 2. Dharma for One (live); 3. Wond'ring Again; 4. Locomotive Breath; 5. Life Is a Long Song; 6. Up the 'Pool; 7. Dr. Bogenbroom; 8. For Later; 9. Nursie

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet, mandolina, instr. klawiszowe, skrzypce; Mick Abrahams - gitara (LP1: 1,2); Martin Barre - gitara (LP1: 4-12, LP2: 1-8), instr. perkusyjne (LP2: 2); Glenn Cornick - bass (LP1: 1-12, LP2: 1-3), organy (LP1: 8); Jeffrey Hammond - bass (LP2: 4-8); Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 1-12, LP2: 1-4); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne (LP2: 5-8); John Evan - instr. klawiszowe (LP1: 9,12, LP2: 1-8), instr. perkusyjne (LP2: 2)
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry (LP1: 3,7); Lou Toby - aranżacja instr. smyczkowych (LP1: 4)
Producent: Terry Ellis i Jethro Tull


6 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)



Po wydaniu albumu "Aqualung", przez wielu postrzeganego jako album koncepcyjny, Jethro Tull zaczął być zaliczany do nurtu rocka progresywnego - ku niezadowoleniu Iana Andersona, który nie chciał być częścią tego zjawiska. Dla przekory postanowił jednak dać ludziom to, czego oczekiwali - przynajmniej w pewnym sensie. "Thick as a Brick" miał być bowiem parodią rocka progresywnego, podkreślającym wszystkie najgorsze cechy tego stylu - bombastyczność, patetyczność, przerost formy nad treścią, itp. Dla ich podkreślenia, znalazła się na nim tylko jedna, ponad 40-minutowa kompozycja (podzielona na dwie części wyłącznie z powodu ograniczeń pojemnościowych płyty winylowej). Paradoksalnie, album został przyjęty z zachwytem wśród wielbicieli prog rocka i do dziś jest uznawany za jedno z największych arcydzieł tego stylu. Czy jednak słusznie?

Trzeba przyznać, że całość została przygotowana z godnym podziwu rozmachem. Przede wszystkim od strony wizualnej - płyta została opakowana w rozkładaną kopertę w formie... 12-stronicowej gazety. A w niej znalazł się szereg artykułów napisanych przez muzyków (głównie Andersona, Jeffreya Hammonda i Johna Evana). Tematem numeru jest konkurs literacki, w którym faworytem był poemat napisany przez genialnego ośmiolatka Geralda Bostocka, który jednak został w ostatniej chwili zdyskwalifikowany - oficjalnie z powodu rzekomej choroby psychicznej autora, stwierdzonej przez lekarzy po przeczytaniu dzieła, a naprawdę ze względu na jego satyryczny charakter, niepozostawiający na nikim suchej nitki. W "gazecie" pojawia się także sam poemat, opublikowany w całości, a także informacja, że... zespół Jethro Tull planuje nagrać album na jego podstawie.

"Thick as a Brick" to właśnie ten album, a warstwę tekstową stanowi na nim wspomniany wyżej poemat. Jego autorem był oczywiście Anderson, ale na albumie tekst został podpisany jako dzieło Bostocka - był to jeden z wielu pojawiających się tutaj żartów, ale wiele osób nie zorientowało się, że to postać fikcyjna. Warstwa muzyczna może natomiast przy pierwszych przesłuchaniach wydawać się nieco chaotyczna - to typowe dla rozbudowanych prog rockowych form żonglowanie różnymi tematami i nastrojami. Akustyczne fragmenty o folkowym charakterze przeplatają się tutaj z hard rockowym riffowaniem i ostrymi solówkami, klawiszowymi pasażami, lub podniosłym graniem z udziałem orkiestry. Instrumentarium jest zresztą znacznie bogatsze, niż na poprzednich albumach Jethro Tull - nowością są m.in. partie skrzypiec i saksofonu (na obu instrumentach zagrał Anderson).

Fakt, że całość nie ma takiej płynności, jak np. "Echoes" Pink Floyd. Ale po kilkukrotnym dokładnym przesłuchaniu okazuje się, że wszystko idealnie tutaj do siebie pasuje, a powtarzanie i przetwarzanie niektórych motywów zapewnia spójność. Zaletą na pewno jest też to, że zespół stosuje tutaj raczej proste rozwiązania, bez niepotrzebnego komplikowania. W rezultacie zamiast parodii wyszedł album, który pokazuje jak uniknąć pułapek, jakie zastawia na muzyków tego typu granie. Wystarczy wspomnieć tutaj o grupie Yes, która rok później wydała album "Tales from Topographic Oceans" - o wiele lepiej niż "Thick as a Brick" obnażający wszystkie ułomności rocka progresywnego; ukazujący wszelkie błędy, jakie można w tym stylu popełnić.

"Thick as a Brick" to album trudny do ocenienia. Ian Anderson nie osiągnął tutaj celu, jaki sobie wyznaczył. Chciał wydać album wyśmiewający rock progresywny, a tymczasem longplay zapewnił grupie Jethro Tull ogromne uznanie wśród słuchaczy takiej muzyki. Z perspektywy czasu nie ma to jednak znaczenia. Cóż z tego, że album nie spełnił swojej roli? Ważne, że zawarta na nim muzyka prezentuje bardzo wysoki poziom.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)

1. Thick as a Brick, Part I; 2. Thick as a Brick, Part II

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet, skrzypce, trąbka, saksofon; Martin Barre - gitara, flet; Jeffrey Hammond - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson