26 lutego 2015

[Recenzja] Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)



Steven Wilson to jeden z tych naprawdę nielicznych współcześnie działających muzyków, których nazwisko jest gwarancją wysokiego poziomu wszystkich projektów, w które się angażują. Obecnie priorytetem jest dla niego kariera solowa, dająca całkowitą swobodę, której - jak sam twierdził - nie miał w działającym na demokratycznych zasadach Porcupine Tree. Jako przykład podawał, że nie mógł z grupą grać niczego, co byłoby choćby odrobinę jazzowe, ponieważ jeden z pozostałych członków nie znosi tego gatunku. Tymczasem Wilsona ciągnęło właśnie do takiej muzyki, co szczególnie słychać na jego trzecim własnym albumie, "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" sprzed dwóch lat. Jednak jego następca, właśnie wydany "Hand. Cannot. Erase.", w ogóle nie zawiera elementów jazzu. A co więcej, jest to najbardziej przystępne i pogodne dzieło Wilsona z wydanych pod własnym nazwiskiem. "Hand. Cannot. Erase." mógłby być albumem Porcupine Tree, a niektóre jego fragmenty wręcz powinny być nagrane pod tym szyldem.

Album rozpoczyna powoli budujące napięcie intro "First Regret", które jednak samo w sobie nie przedstawia większej wartości. O wiele lepsze wrażenie sprawiałoby jako integralna część następującego po nim "3 Years Older". W tej dziesięciominutowej kompozycji Wilson nawiązuje do najlepszych czasów rocka progresywnego. Gęste partie basu, często wybijające się na pierwszy plan, oraz połamany rytm wywołują skojarzenia z twórczością grupy Rush, ale dużo tutaj też grania akustycznego, a prawdziwą ozdobą utworu jest prześliczna fortepianowa solówka. Dla odmiany, prawie tytułowy "Hand Cannot Erase" to bardziej konwencjonalna, niemal popowa piosenka o fantastycznej melodii. Niesamowicie chwytliwa, ale z pewnością nie banalna. To jeden z tych utworów, które spokojnie mogłyby znaleźć się w repertuarze Porcupine Tree - przywodzi bowiem na myśl te prostsze, singlowe kompozycje grupy.

"Perfect Life" przynosi zupełnie inny klimat. Muzyka jest bardziej elektroniczna, zindustrializowana, a oprócz śpiewu Wilsona słychać tutaj także melodeklamację niejakiej Katherine Begley. Tymczasem w "Routine" - kolejnym dłuższym, rozbudowanym utworze, który jednak sprawia wrażenie posklejanego z kilku różnych kompozycji - Wilsona wokalnie wspiera izraelska wokalistka Ninet Tayeb. Nie było to według mnie trafionym pomysłem, nawet jeśli ma uzasadnienie w tekście i całym koncepcie albumu. Wolałbym tutaj słyszeć samego Stevena, skoro to jego "solowy" album. Oba utwory uważam za najsłabsze fragmenty albumu, wręcz wywołujące znużenie. Na szczęście tuż po nich następuje najbardziej dynamiczny i najcięższy "Home Invasion", wyróżniający się pokomplikowanym rytmem i ciekawą zmianą nastroju w refrenie. Zarzucić mu można tylko zbytnie podobieństwo do "Halo" z albumu "Deadwing" Porcupine Tree, chociaż według mnie jest znacznie bardziej udany. "Home Invasion" płynnie przechodzi w instrumentalny "Regret #9", przywodzący na myśl bardziej elektroniczne utwory Pink Floyd, ale też kompozycję "A '200'" Deep Purple, chociaż brzmiący oczywiście nowocześniej.

"Transience" to prosta, akustyczna kompozycja, mająca sporo uroku, ale jakby pozbawiona ciekawego rozwinięcia. Tuż po nim rozbrzmiewa ponad trzynastominutowy "Ancestral". Kompozycja składa się zarówno z klimatycznych fragmentów (z partią fletu w wykonaniu Theo Travisa, oraz melotronowym tłem), jak i posępnego gitarowego riffowania, które od razu przywołuje na myśl twórczość grupy Opeth (z którą Wilson kilkakrotnie współpracował, jako producent i klawiszowiec). "Happy Returns" rozpoczyna się od efektu burzy, niemal identycznego, jak na pierwszym albumie Black Sabbath. To jednak zmyłka, bo mamy tu do czynienia z prześlicznym utworem opartym głównie na brzmieniach akustycznych. I znów ciężko oprzeć się skojarzeniom z Porcupine Tree - to ten sam klimat, co np. "Waiting (Phase One)" lub "Trains". Z równie wspaniałą melodią. Utwór stanowi fantastyczne zakończenie albumu (bo następująca po nim klawiszowo-chóralna miniaturka "Ascendant Here On…" jest już tylko dodatkiem).

W zapowiedziach "Hand. Cannot. Erase." Steven Wilson twierdził, że połączył tutaj elementy wszystkich swoich poprzednich albumów. Sporo w tym prawdy, longplay jest w pewnym sensie podsumowaniem i przeglądem dotychczasowej działalności Wilsona, pokazującym wszystkie jego muzyczne wcielenia: od prostych, melodyjnych utworów, przez bardziej rozbudowane i skomplikowane kompozycje, po rzeczy bardziej eksperymentalne, z pogranicza muzyki elektronicznej.

Ocena: 8/10



Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase." (2015)

1. First Regret; 2. 3 Years Older; 3. Hand Cannot Erase; 4. Perfect Life; 5. Routine; 6. Home Invasion; 7. Regret #9; 8. Transience; 9. Ancestral; 10. Happy Returns; 11. Ascendant Here On…

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass i instr. klawiszowe; Adam Holzman - instr. klawiszowe (1-7,9-11); Guthrie Govan - gitara (1,2,5-7,9,10); Nick Beggs - bass (3,4,6,9,10), dodatkowy wokal (2,5,6,9,10); Marco Minnemann - perkusja i instr. perkusyjne (2-7,9)
Gościnnie: Dave Gregory - gitara (2,3,10); Ninet Tayeb - wokal (5,9), dodatkowy wokal (3); Katherine Begley - wokal (4); The Cardinal Vaughan Memorial School Choir - chór (5,10,11); Theo Travis - flet i saksofon (9); The London Session Orchestra - instr. smyczkowe (9,10); Chad Wackerman - perkusja (10)
Producent: Steven Wilson


21 komentarzy:

  1. Nudy jak zwykle.

    Te retro utwory, jak 3 Years Older są miłe w tym sensie, że mają przyjemne aranżacje, ale mają totalnie nijakie melodie. W ogóle na całej płycie nie ma ani jednej melodii, nawet nie jakiejś super dobrej, ale choćby zapamiętywanej. Naprawdę, gdyby przerobić piosenczyny jakiejś Patrycji Markowskiej na art rock wyszłoby coś w tym stylu i na tym poziomie. Zwłaszcza ten kawałek pod radio jest po prostu mega nijaki. Brak melodii to w ogóle jest problem nie tylko Wilsona, ale i całego rocka progresywnego od paru dekad, więc H.C.E. nie jest pod tym względem jakoś wyjątkowo słaby, no ale fakt jest faktem - jak się nie gra awangardy, jazzu ani ciężkich odmian metalu to jednak trzeba pisać dobre melodie. Te tutaj brzmią jak zestaw randomowych zaśpiewów, które sobie Stefan wymyślał w dniu nagrania pod prysznicem.

    Poza tym nawet to, co jest niby dobre - czyli warstwa instrumentalna też nie porywa. To jest poziom różnych podrzędnych zespołów progowych krążących koło mainstreamu w latach 70'. Mnóstwo ich było, ot choćby: Nectar, Eloy, Triumvirat, Clearlight, czy Earth & Fire. Grały sobie, wcale nie jakoś źle, miały swoją publikę, nawet do dzisiaj ludzie tego słuchają. Ale nikt nie robił i nie robi z nich "gigantów rocka progresywnego". A Wilson za takiego od wielu lat uchodzi, czego nie jestem w stanie pojąć, bo facet nie nagrał w życiu ani jednej naprawdę bardzo dobrej płyty. Nagrał za to sporo przeciętnych, takich jak ta właśnie.

    5/10

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. melodia?? to jest rock progresywny dziecino

      Usuń
    2. A to w rocku progresywnym nie powinno być melodii? Ciekawa teoria...

      "Melodia - ciąg następujących po sobie dźwięków, uporządkowanych według zasad tonalnych, rytmicznych i formalnych, tworzących pewną całość". To definicja słownikowa. Pasująca zarówno dla klasyków rocka progresywnego, jak i do utworów z nowego albumu Wilsona (który jednak nie sposób zaliczyć do rocka progresywnego).

      Z pierwszym komentarzem też się nie zgadzam. Jest to opinia bardzo subiektywna i przesadzona. Mam wrażenie, że jej autor krytykuje tutaj Wilsona tylko "dla zasady" (jako protest przeciwko zaliczaniu go przez niektórych do "gigantów rocka progresywnego"), bez podania racjonalnych argumentów. Rozumiem, że melodie z "Hand. Cannot. Erase." mogą się nie podobać, ale to nie zmienia faktu, że to bardzo melodyjny album (w przeciwieństwie do jego poprzednich solowych). Wiele utworów utkwiło mi w głowie już po pierwszym przesłuchaniu: "Happy Returns", tytułowy, czy wspomniany "3 Years Older" (z tego ostatniego przede wszystkim linia basu).

      I oczywiście, że Wilson nie jest żadnym "gigantem rocka progresywnego". Ale facet doskonale "czuje" taką muzykę i w inteligentny sposób się nią inspiruje - jego muzyka z jednej strony kojarzy się z rockiem progresywnym lat 70., ale nigdy nie zbliża się do plagiatu, a z drugiej strony słychać w niej też nowoczesność. Poza tym słyszę tutaj prawdziwe emocje i szczerość - on naprawdę chce tworzyć taką muzykę, nie robi tego z zimnych kalkulacji. A że niektórzy stawiają go na równi z prawdziwe progresywnymi wykonawcami - cóż, to już nie jego wina, a słabo obeznanych słuchaczy.

      Przyznaję, że na jego poprzednich solowych albumach melodie były trudniejsze do wychwycenia (dwóch pierwszych nigdy nawet nie przesłuchałem w całości, właśnie z tego powodu), ale w stosunku do najnowszego ten zarzut wydaje mi się kompletnie nieuzasadniony ;)

      Usuń
    3. To, że krytykuję WIlsona jako Wilsona to jest raz, ale to, że jego nowy album uważam za przeciętny to też jest fakt.

      To wszystko zależy od punktu odniesienia - jeżeli przyjmiemy za taki współczesną muzykę rozrywkową, to H.C.E. możemy dać i 11/10, ale nie zmienia to faktu, że od połowy lat 60' powstały tysiące co najmniej bardzo dobrych płyt z muzyką popularną. A w związku z tym nie ma powodu słuchać faceta, który nawet coś tam umie z tej istniejącej już, dobrej muzyki poskładać. Rozumiem, że rak na bezrybiu też ryba, tylko, że to bezrybie jest iluzją, wystarczy zagrzebać się w starszej muzyce...

      Usuń
    4. Dla mnie wystarczającym powodem, aby go słuchać, jest to, że mam ochotę wracać nawet jeśli nie do całych albumów, to przynajmniej do wielu jego utworów (głównie z tych z Porcupine Tree, ale i na "H.C.E." jest takich kilka).

      Pewnie, można się ograniczyć do muzyki sprzed kilkudziesięciu lat, także dla mnie ona jest najwspanialsza, ale jednak myślę, że warto poszukać czegoś ciekawego w nowych rzeczach, niekoniecznie tych firmowanych przez Wilsona (nie każdemu musi się podobać, rozumiem to). Ja w każdym razie muszę to robić, skoro mam udowodnić, że "Rock'n'Roll nigdy nie umrze" ;)

      Usuń
  2. Cytat (Anonimowy 1 marca 2015 08:13)
    “..To wszystko zależy od punktu odniesienia - jeżeli przyjmiemy za taki współczesną muzykę rozrywkową, to H.C.E. możemy dać i 11/10, ale nie zmienia to faktu, że od połowy lat 60' powstały tysiące co najmniej bardzo dobrych płyt z muzyką popularną. A w związku z tym nie ma powodu słuchać faceta, który nawet coś tam umie z tej istniejącej już, dobrej muzyki poskładać. Rozumiem, że rak na bezrybiu też ryba, tylko, że to bezrybie jest iluzją, wystarczy zagrzebać się w starszej muzyce…”(koniec cytatu)

    Wprawdzie nowej płyty Wilsona jeszcze nie słuchałem (będę ją miał za kilka dni), ale biorąc sprawę ogólnie to ABSOLUTNIE nie zgadzam się z tą opinią. Rock progresywny nie jest mi obcy ponieważ wychowałem się i dorastałem między innymi na muzyce Yes, Genesis, King Crimson, Pink Floyd, ELP, Marillion i takiej muzy regularnie słucham i ją uwielbiam.

    Porcupine Tree i Wilsona słucham od niedawna. Kiedy pierszy raz usłyszałem taki na przykład “Anesthetize” z albumu PT “Fear of Blank Planet” to “szczęka mi opadła” i przez pierwsze kilka dni słuchałem tego fenomenalnego kawałka codziennie po kilka godzin na okrągło.
    W muzyce Wilsona i PT wprawdzie można znaleźć wpływ tych wspaniałych grup prog-rockowych, na przykład genialna perkusja Gavina w w/w utworze przypomina miejscami styl Billa Bruforda z albumu YES “Fragile”, solówki gitarowe brzmią często “Floydowsko”, lecz samą muzykę PT i Stevena Wilsona jest bardzo trudno jednoznacznie zdefiniować.
    Hipnotyczne rytmy przeplatane gitarowymi “glissandami” i “przestrzennymi” klawiszami, wszystko to awangardowo zmieszane z prog-rockowymi pasażami wyżej wymienionych grup tworzą jedyny unikalny muzyczny styl który jest moim zdaniem unikalny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rock progresywny to nie tylko Yes, Genesis i King Crimson. To kilkanaście różnych gatunków, dziesiątki wielkich kapel i setki bardzo dobrych. Jest i Gentle Ginat i Soft Machine i Van der Graaf Generator i Gong i Can i Magma, Agitation Free, Guru Guru, Univers zero, Egg, Henry Cow - taką litanię można pisać bez końca. To są tysiące płyt - dosłownie! Nie kilkadziesiąt, nie kilkaset, a kilka tysięcy - i każda z nich jest ciekawsza, bardziej oryginalna i po prostu lepsza niż cokolwiek co powstaje obecnie. A to tylko sam rock progresywny, a gdzie jazz, gdzie muzyka poważna, gdzie blues, funk i tak dalej.

      Też słucham muzyki nie od dzisiaj, tylko tych płyt, przy których, jak mówisz "szczęka mi opadła" jest prawie półtora tysiąca i ciągle odkrywam kolejne, ale nie ma wśród nich nowych progów, Wilsona również.

      Usuń
    2. Haha.. najśmieszniejsze jest to że samemu Wilsonowi kompletnie nie zależy na popularności swojej muzyki. Jest on jawnym wrogiem wszelkich portali społecznościowych i wszelkich mediów, zresztą uwidacznia to w swoich tekstach.
      Od 1988 roku mieszkam na stałe w USA i moim zdaniem sukcesem jest już sam fakt że takie grupy jak Porcupine Tree, Opeth, Tool, Riverside i inne prog-metalowe ciągle istnieją gdyż taka muzyka jest tutaj kompletnie pomijana w amerykańskich stacjach radiowych nie mówiąc o telewizji. Gdyby na przykład w Nowym Jorku przeprowadzono na ulicy sondę zadając 100 osobom pytanie co to jest Porcupine Tree to prawidłowo odpowiedziało by może kilka osób. Lecz niestety nawet na pytanie o Pink Floyd czy Genesis większość młodzieży nie potrafiłoby poprawnie odpowiedzieć.
      Satelitarne radio Sirius na którym jest ponad 100 kanałów muzyki nie ma nawet jednego kanału poświęconego stricte muzyce prog-rockowej!!
      Tak więc te nowe grupy prog-rockowe czy też nawet prog-metalowe są obecnie swojego rodzaju apostołami tej muzyki i żeby w przyszłości ktoś kiedyś chciał słuchać tych klasycznych prog-rockowych grup z lat 70tych (tak jak piszesz w swoim poście) to trzeba je moim zdaniem popularyzować. :)

      Usuń
    3. Niby jest przeciwnikiem takich portali (w wywiadzie w najnowszym Teraz Rocku nazywa je "antyspołecznościowymi"), ale jednak korzysta z nich do promocji swojej muzyki: ma stronę na FB, oficjalny kanał na YouTube, a nowy album promowany jest m.in. za pomocą bloga, rzekomo prowadzonego przez bohaterkę "H.C.E." ;)

      Usuń
    4. Tylko, że Wilson nie popularyzuje starych kapel. Słucha ich, owszem, słyszalnie się nimi inspiruje i na pewno gdyby jego słuchacz chciał mógłby natknąć się na wszystko co potrzeba. Ale nie chce, w tym właśnie sęk.

      Niestety, za sprawą Wilsonowej muzyki ludzie nie sięgają po Out of Focus, ani Eskaton, tylko po inne, nowe zespoły "progresywne", grające niby tak jak Stefan, tylko, że gorzej. Jakiś czas temu pojawiła się przedziwna grupa "fanów proga", którzy w ogóle nie słuchają proga, nie znają absolutnie podstawowych kapel, wszystko jest dla nich "za trudne", interesują ich tylko jakieś zespoły z de, udające Porcupine Tree, Opeth, Dream Theater i Marillion, uchodzący w tym gronie za ultra klasyka. Mnóstwo razy rozmawiałem z "progowcami", dla których nawet Genesis było nie do przejścia - taka to dla nich dziwna, ciężka muzyka.

      Nie twierdzę, że jest to wina Stefana, chodzi mi tylko o to, że to nieprawda, że jego muzyka popularyzuje muzykę starych kapel. Niestety, zachęca jedynie do słuchania nowych zespołów, które nie mają do zaprezentowania absolutnie nic,

      Usuń
    5. No bo dzięki tej promocji ma pieniądze dzięki czemu może nadal tworzyć muzykę i nie musi zarabiać na życie.:) Niestety w obecnej sytuacji skomercjalizowanego rynku muzycznego nie ma on innego wyjścia. My też często nienawidzimy swojego miejsca pracy i bossa i to publicznie krytykujemy, lecz niestety jesteśmy na to skazani żeby się utrzymać.

      Usuń
    6. @Anonimowy: Byłbym ostrożny takim uogólnianiem słuchaczy Wilsona. I trzeba pamiętać, że poza nagrywaniem własnej muzyki, zajmuje się on także remasterowaniem klasycznych albumów prog rockowych: King Crimson, ELP, Gentle Giant, Jethro Tull, Yes, Hawkwind, Caravan... Całkiem możliwe, że dzięki temu ktoś odkrył te albumy.

      @Andrzej Sadowski: Dobrze, że umie wykorzystać te rzeczy we właściwym celu, ale jednak trochę wychodzi przez to na hipokrytę ;)

      Usuń
    7. No to nie mówię, że absolutnie każdy kto zaczynał od Porcupine Tree słucha teraz nudziarstw z ProgArchives. Ale taka chyba jednak jest reguła. Ludzie, którzy wypływają na głęboką wodę zaczynają na ogół od Pink Floyd (prosta, ładna muzyka o gigantycznym potencjalne komercyjnym, a przy tym ambitna i potrafiąca skierować na bardzo fajne tory), czy innej, starej kapeli. tak wynika z mojego doświadczenia w każdym bądź razie.

      Usuń
    8. Niestety, znam takich, którzy pozują na koneserów muzyki, bo "słuchają Pink Floyd", ale to ich słuchanie ogranicza się do kilku popularnych utworów z "Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here", "The Wall" i "The Division Bell", a innych albumów to nawet z nazwy nie kojarzą.

      Usuń
  3. Pawle, a gdzie przesłuchałeś? No chyba, że już masz nośnik?
    Na streamingach nie widzę :o(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polska premiera albumu jest dopiero dzisiaj, więc mój egzemplarz nie został jeszcze nawet wysłany ;)
      A przesłuchać można go np. w serwisie Grooveshark.

      Usuń
  4. Home Invation / Regret... Floydowe ale wymiata.... Płyta jest dostępna na Google Play... Jak na razie dla mnie min 8 / 10.

    OdpowiedzUsuń
  5. Haha. Przesłuchałem na razie w całości dwa razy, no i teraz moja “krótka” recenzja. :)

    Wilson w jednym z wywiadów powiedział że jedną z koncepcji tekstowej i poniekąd muzycznej tej płyty jest ukazanie życia przeciętnego człowieka w średnim wieku od momentu wczesnego dzieciństwa aż do… (??)- o tym napiszę później. Dlatego nastrój poszczególnych utworów jak i emocje są na tym albumie bardzo zróżnicowane, dokładnie tak jak w życiu.

    W pierwszych 30 sekundach otwierającej płytę dwuczęściowej kompozycji “First Regret / 3 Years Older” słychać “tape effect” z odgłosami bawiących się na podwórku dzieci. Ale zaraz! Coś tu nie pasuje! W tle dziecięcych głosów słychać padający ulewny deszcz.
    Można więc wywnioskować że te dziecięce odgłosy to wspomnienie beztroskiego dzieciństwa bohatera albumu, stojącego w deszczowy dzień na przystanku autobusowym, prawdopodobnie gdzieś w północnym Londynie (cyt. z tekstu ”You stand there with the other fuckers in the rain..”).

    Po krótkim nostalgicznym wstępie obrazującym wczesne dzieciństwo (“First Regret”), pod koniec 2 minuty muzyka nagle się ożywia. Świetne riffowanie w stylu grupy Rush zwalnia nagle w sekwencję wokalną, którą rozpoczyna się druga część utworu.
    “3 Years Older” to opowieść starszego o trzy lata bohatera o początkach swoich czasów szkolnych. Piękny tekst kończy się zmianą rytmu i już do końca tej kompozycji słyszymy prog-rockowe riffowanie, przeplatane improwizacjami klawiszowymi i gitarowymi w klimacie grup Rush i U.K (brak tylko skrzypiec Jobsona), ze wspaniałą partią basową Nicka Beggs’a, który ongiś za czasów mojej młodości był basistą stricte popowej grupy ..Kajagoogoo :)
    Jak dla mnie świetny początek albumu.

    Następny utwór a raczej piosenka “Hand Cannot Erase”, swoją strukturą muzyczną przypomina “Beautiful Day” grupy U2. Jest radosną odskocznią od klimatów z pierwszej kompozycji. Lecz tak jak w prawdziwym życiu - nostalgia i melancholia potrafi nagle zamienić się w radość i pierwszą przeżytą ..miłość. Fajny kawałek.

    Wielkie wrażenie wywarł na mnie kolejny utwór “Perfect Life”. W zaowalowany sposób ukazana jest tutaj samotność człowieka w sercu wielkiego miasta.
    Ażeby w pełni zrozumieć jego piękno (oraz powód dlaczego tekst Wilsona śpiewa kobieta) trzeba wiedzieć że muzyk całą płytę “Hand.Cannot.Erase” poświęcił pamięci niespełna 40-letniej Joyce Carol Vincent. Żeńska bohaterka większości tekstów tego albumu jest wzorowana na tej właśnie postaci.
    Pod koniec grudnia 2003 roku Joyce Carol zmarła w samotności w socjalnym mieszkaniu w północnej części Londynu. Jej ciało w stanie niemal zupełnego rozkładu znaleziono dopiero 3 lata później. Telewizor w jej pokoju był cały czas włączony ponieważ wszelkie opłaty za prąd i czynsz były automatycznie potrącane z jej konta bankowego. Sąsiedzi byli przekonani że nieprzyjemny zapach pochodzi z sąsiedniego śmietnika.
    “Perfect Life” moim zdaniem celowo urywa się dość niespodziewanie, tak jak nagle bez powodu urwało się “perfekcyjne” samotne życie Joyce Carol.

    “Routine” to typowy prog-rockowy nostalgiczny utwór (a la wczesny Genesis) z piękną partią klawiszy i z poruszającym tekstem o monotonii życia i wykonywanych codziennie tych samych czynnościach, pomagających nam “zabić” upływający czas. Po szóstej minucie następuje krótkie ożywienie z partią gitary a na koniec spokojne zakończenie. Mnie się podoba ;)

    C.D.N w następnym poście z powodu ograniczenia ilości znaków w jednym poście ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. (dokończenie recenzji)
    Dwuczęściowa kompozycja “Home Invasion / Regret 9” rozpoczyna energiczny progrockowy połamany rytm gdzie główną rolę odgrywa perkusja. Wprawdzie nic nie można zarzucić bębniącemu na tym albumie Marco Minnemann’owi, lecz osobiście brakuje mi tu bardzo Gavina Harrisona z Porcupine Tree, który moim zdaniem (i nie tylko moim) jest obecnie najlepszym prog-rockowym perkusistą na świecie. Z pewnością Gavin udowodni to na najnowszym albumie studyjnym King Crimson którego nie mogę się doczekać.
    Po trzech minutach ostrego “progowania” następuje zwolnienie tempa i partia wokalna Wilsona. Tekst opowiada o dobrowolnym izolowaniu się człowieka od świata zewnętrznego do którego stracił on zaufanie. Czas upływa nam na zastąpieniu realnego świata wszechobecną siecią internetową w której można znaleźć i ściągnąć praktycznie wszystko - seks, wymarzony dom, żonę, Boga, ocean, niebo, wojnę, miłość i nienawiść.
    Po zakończeniu części wokalnej, “Home Invasion” przechodzi w “Regret 9” z przepiękną instumentalną partią klawiszowo-gitarową (a la Wright-Gilmour) zakończoną zwolnieniem i ponownym “tape effect” z odgłosami bawiących się dzieci. Ponownie słychać tu tęsknotę bohatera za beztroskim dzieciństwem z zabawami na podwórku przed trzepakiem, ;) bez telewizji, internetu i bez gier komputerowych. “To se ne vrati”.
    Wspaniała kompozycja!

    Trzyminutowy “Transience” to krótki utwór z “zaowalowanym” czyli trudnym do rozszyfrowania tekstem. Moim zdaniem jest on o szybkim przemijaniu życia i niespełnionych marzeniach z dzieciństwa.
    Fajny nastrojowy kawałek z potężnym riffem basowo-syntezatorowym, do złudzenia przypominającym ten z tytułowej kompozycji albumu Pink Floyd “Obscured by Clouds”, hmm.. notabene ma identyczną 3-minutową długość.
    Szkoda że tak krótko, lecz tak jak w tekście .. nasze życie też jest krótkie i niespełnione.

    W długim 13-minutowym “Ancestral” cierpiący na samotność bohater, żyjący w zamkniętym industrialnym społeczeństwie wielkiego miasta, rozlicza się ze swoją przeszłością. Nie może się on pogodzić z tym, że wszyskie dobre chwile które dawno temu przeżył, przeminęły bezpowrotnie.
    Ten bardzo dołujący tekst jest świetnie skoordynowany z mroczną, posępną i dołującą muzyką. Pod względem muzycznym dzieje się tu bardzo dużo. Częste zmiany tempa, potężne riffy i znakomita sekcja rytmiczna sprawiają że ta kompozycja jest rajem dla prog-rockowych i prog-metalowych fanów.

    Album zamyka dwuczęściowa kompozycja “Happy Returns / Ascendant Here On…”
    Ukazuje ona naszego bohatera w tym samym miejscu na którym znajdował się na początku albumu - czyli na przystanku autobusowym.
    Ulewny deszcz rozwija się w burzę z grzmotami. W takim scenariuszu bohater przeprowadza rozmowę telefoniczną z dawno niewidzianym bratem, który zadzwonił do niego żeby “sprawdzić czy żyje”. W rozmowie z bratem opowiada, że u niego jest wszystko w porządku, sama sielanka, pełno zajęć - na końcu dodając że to wszystko jest kłamstwem, że ma problemy finansowe jak związać koniec z końcem, lecz chciałby dać prezenty swoim bratankom, którzy są w wieku dziecięcym.
    “Więcej o swoich problemach opowiem ci jutro, bo dzisiaj nie najlepiej się czuję..” - kończy rozmowę.
    Przepiękna linia melodyczna tego utworu, poruszające monumentalne solo tuż po części wokalnej, krople cichnącego deszczu na tle odgłosów bawiących się dzieci kończą tą świetną płytę.
    Ta końcówka sprawia wrażenie że cała historia opisana na płycie może zakończyć się jednak optymistycznie, ale to już zależy wyłącznie od naszej wyobraźni.

    8/10 (lecz prawdopodobnie z tendencją wzrostową w miarę ilości przesłuchań).

    OdpowiedzUsuń
  7. Do Andrzeja Sadowskiego:

    Świetnie napisana mini recenzja, zgadzam się z opinią, a z każdym kolejnym odsłuchaniem mam jeszcze większą ochotę dać płycie 10/10.
    Pozdrawiam serdecznie. A.

    OdpowiedzUsuń
  8. Muszę powiedzieć że "H.C.E." coraz bardziej mi się podoba i na dzień dzisiejszy ja wystawiłbym jej mocne 9/10. Jest to typowy album koncepcyjny i moim zdaniem tego albumu nie należy oceniać na podstawie poszczególnych utworów, tylko jako całość. Uaktualnioną wersję mojej "mini-recenzji" w języku angielskim można znaleźć pod tym adresem: http://www.progarchives.com/review.asp?id=1379461#social-comments

    OdpowiedzUsuń