4 lutego 2015

[Recenzja] Khan - "Space Shanty" (1972)



Rock progresywny to jeden z najtrudniejszych do zdefiniowania stylów w muzyce - zresztą przecież jego celem było właśnie poszerzanie granic rocka, wprowadzanie elementów innych gatunków. Większość jego przedstawicieli wypracowała sobie swój własny, unikalny styl, przez co ciężko jest znaleźć wspólny mianownik między nimi. Podział na różne odmiany rocka progresywnego przeważnie nie wynikał więc z kwestii czysto muzycznych, a po prostu geograficznych - tak było w przypadku krautrocka czy tzw. sceny Canterbury, do której zaliczane były np, tak różni wykonawcy, jak Caravan i Soft Machine - pierwszy bardziej folkowy, drugi niemal stricte jazzowy. W jeszcze innym stylu grał bohater niniejszej recenzji - zespół Khan.

Zespół istniał zaledwie kilka miesięcy, na przełomie lat 1971/72. Założony został przez gitarzystę i wokalistę Steve'a Hillage'a, wcześniej występującego w grupie Uriel, znanej też pod nazwą Arzachel (którą sygnowany był jej jedyny album, wydany w 1969 roku). W pierwszym składzie Khan znalazł się ponadto perkusista Pip Pyle, a także dwóch byłych członków The Crazy World of Arthur Brown: basista Nick Greenwood i klawiszowiec Dick Heninghem. Skład ten nie przetrwał jednak długo. Stanowisko perkusisty szybko zostało przejęte przez Erica Peacheya, natomiast nowym klawiszowcem został Dave Stewart - dawny znajomy Hillage'a z Uriel/Arzachel. W tym składzie został nagrany jedyny album zespołu, zatytułowany "Space Shanty".

Znalazła się na nim bardzo interesująca muzyka, bynajmniej nie łatwa do sklasyfikowania. W podobnym stopniu czerpiąca bowiem z jazz rocka, jak i hard rocka. Wystarczy posłuchać otwierającego album utworu tytułowego - rozbudowanej, dziewięciominutowej kompozycji, w której ciężkie gitarowe riffy i ostre solówki pełnią równie ważną rolę, co długie klawiszowe pasaże - na zmianę słuchamy jednego lub drugiego; utwór pełen jest najrozmaitszych zmian motywów i nastroju. Ale chociaż na pierwszy plan wybijają się partie Hillage'a i Stewarta, to nie można zapomnieć o sekcji rytmicznej - mocna gra Peacheya i wyrazisty, głęboki bas Greenwooda nadają całości odpowiedniej dynamiki.

Kolejny utwór, "Stranded", z początku wydaje się mniej złożony - charakteryzuje się prostą, łagodną melodią i zwrotkowo-refrenową strukturą - ale nagle około trzeciej minuty zostaje przełamany zakręconym gitarowym riffem - od tego momentu zaczyna się prog rockowa żonglerka rożnymi tematami i motywami, by na koniec wrócić do piosenkowej prostoty. Na podobnej zasadzie zbudowany został "Mixed Up Man of the Mountains", z tą różnicą, że tutaj zdecydowanie więcej zakręconego grania o jazz rockowym charakterze, niż tych prostszych fragmentów.

Rozpoczynający drugą stronę winylowego wydania "Driving to Amsterdam" to najdłuższy i najbardziej zakręcony utwór na albumie, ale też najbardziej chyba zapadający w pamięć, za sprawą chwytliwego refrenu. Za  bardziej konwencjonalny fragment longplaya można by uznać balladowy "Stargazers", gdyby nie jazzujący motyw otwierający, powracający jeszcze kilka razy w trakcie utworu. Balladowo rozpoczyna się również finałowy "Hollow Stone", ale jak łatwo się domyślić, jest to tylko chwila ciszy przed burzą - chociaż tutaj nawałnica bardziej skomplikowanych dźwięków pojawia się dopiero po pięciu minutach kojącej, powoli płynącej melodii, opartej głównie na brzmieniu gitary akustycznej i organów.

"Space Shanty" to bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów, które nie zostały dostrzeżone w chwili wydania, a dziś mają status kultowych wśród poszukiwaczy takich zaginionych pereł sprzed lat. Brak sukcesu Khan na pewno wynikał z grania przez zespół dość skomplikowanej muzyki, ale także fakt, że rozwiązał się wkrótce po wydaniu debiutu - chociaż bowiem powstawał już materiał na drugi album (częściowo wykorzystany przez Hillage'a na jego solowym debiucie, "Fish Rising" z 1975 roku), to nieporozumienia na linii Hillage-Greenwood doprowadziły do rozpadu grupy. 

Ocena: 8/10

PS. Kompaktowa reedycja "Space Shanty" z 2004 roku (oraz wszystkie późniejsze) zawiera dwa dodatkowe utwory: zaskakująco zwyczajny, wręcz banalny "Break the Chains", a także pierwotną, krótszą wersję "Mixed Up Man of the Mountains".



Khan - "Space Shanty" (1972)

1. Space Shanty; 2. Stranded; 3. Mixed Up Man of the Mountains; 4. Driving to Amsterdam; 5. Stargazers; 6. Hollow Stone

Skład: Steve Hillage - wokal i gitara; Nick Greenwood - bass i wokal; Eric Peachey - perkusja; Dave Stewart - instr. klawiszowe
Producent: Neil Slaven


1 komentarz:

  1. Kolejny bardzo dobry album nieznanej mi zapomnianej grupy, którą poznałem dzięki tej recenzji.
    Khan gra tutaj bardzo dobrą muzykę prog-rockową z domieszką jazz-rocka, wszystko to jest wspaniale zagrane przez znakomitych instumentalistów.
    Wrażenie robi świetna współpraca gitary z klawiszami oraz świetny wokal Hillage i Greenwooda - bardzo pasujący do tej muzyki. Sekcja rytmiczna - miód w gębie.
    Podoba mi się każdy utwór z tej płyty, ale tytułowy jest naprawdę fenomenalny.
    Wielkie dzięki za zrecenzowanie tego albumu.

    OdpowiedzUsuń