17 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "The Cry of Love" (1971)



Kiedy umiera znany muzyk, nie trzeba długo czekać na lawinę pośmiertnych wydawnictw - nie tylko kompilacji największych przebojów, ale także albumów zawierających zupełnie premierowy materiał. W tym drugim przypadku zazwyczaj są to nagrania koncertowe albo niewiele warte odrzuty ze studia, których sami artyści nie chcieliby nigdy opublikować, co prowadzi do niekończących się dyskusji na temat moralności takiego postępowania wydawców. Kontrowersje pojawiły się również po śmierci Jimiego Hendrixa (18 września 1970 roku). Aczkolwiek w jego przypadku, wydawanie niepublikowanego wcześniej materiału było - przynajmniej na początku - wręcz koniecznie. A to dlatego, że ostatnie miesiące życia spędził w studiu, pracując nad dwupłytowym albumem "First Rays of the New Rising Sun". Hendrix zdążył nie tylko zarejestrować wszystkie swoje partie (aczkolwiek nie ze wszystkich był w pełni zadowolony), a także zmiksować część z nich wspólnie z inżynierem dźwięku Eddiem Kramerem. To właśnie Kramer, a także perkusista Mitch Mitchell, podjęli się wyzwania dopracowania pozostałych nagrań tak, aby nadawały się do wydania.

Rezultatem ich zmagań jest "The Cry of Love" - zestaw dziesięciu utworów, z których większość powstała podczas sesji nagraniowych "First Rays of the New Rising Sun", trwających między 16 czerwca a 24 sierpnia 1970 roku. Oprócz Hendrixa w nagraniach brali udział Mitchell i basista Billy Cox. Nieco wcześniej, bo w grudniu 1969, zarejestrowana została podstawa utworu "Ezy Ryder" (dlatego partia perkusji została zagrana przez Buddy'ego Milesa, a nie Mitchella), jednak wiele partii zostało dograne później, już podczas właściwej sesji (w tym chórki Steve'a Winwooda i Chrisa Wooda z Traffic). Ewidentnie starszym utworem jest natomiast "My Friend" - odrzut z sesji "Electric Ladyland", zarejestrowany w marcu 1968 roku, w dość przypadkowym składzie: z Noelem Reddingem na basie, a także z gościnnym udziałem gitarzysty Kenny'ego Pine'a, perkusisty Jimmy'ego Mayesa, pianisty Stephena Stillsa, oraz grającego na harmonijce Paula Caruso. Warto dodać, że po śmierci Hendrixa niewiele kombinowano przy tym materiale. Jedyne dogrywki to partia perkusji w "Angel", a także dodanie wibrafonu do "Drifting" (Hendrix rozważał ten pomysł, ale nie był pewien czy lepiej nie dodać zamiast niego dodatkowej partii gitary).

Chociaż Kramer i Mitchell wykonali kawał dobrej roboty, aby całość sprawiała wrażenie przemyślanego, ukończonego albumu, to można mieć wątpliwości, czy ich wizja pokrywa się z wizją, którą miał Hendrix. Osobiście szczerze wątpię, aby chciał on umieszczać na swoim nowym albumie utwór "My Friend" - nie dość, że zdecydowanie słabszy od reszty, to jeszcze odstający od niej pod względem stylistycznym (utrzymany jest w żartobliwym, barowym klimacie). Mam też wątpliwości co do "Belly Button Window", czyli ostatniego utworu, jaki Hendrix zarejestrował w swoim życiu. To bardzo surowe nagranie, zarejestrowane bez pomocy innych muzyków - sądzę, że Jimi chciałby nad nim jeszcze popracować, dodać więcej instrumentów. W zaprezentowanej tutaj formie ma wartość historyczną, ale zaniża poziom albumu. Kramer i Mitchell mieli przecież do wyboru wiele ciekawszych utworów, że wspomnę tylko o porażającym energią "Stepping Stone" (o którym przypomnieli sobie dopiero przy tworzeniu trzeciego pośmiertnego albumu Hendrixa, "War Heroes").

Do wyboru pozostałych utworów na "The Cry of Love" naprawdę trudno się przyczepić. Stanowią one świetny przegląd przez różne oblicza Hendrixa. Od tego najbardziej czadowego, stricte hard rockowego ("Freedom", "Ezy Ryder", "Night Bird Flying", wzbogacony domieszką funku "Straight Ahead", oraz najbardziej zadziorny "In From the Storm"), przez to bardziej eksperymentalne (psychodeliczny "Astro Man"), aż po to najbardziej liryczne (przepiękne ballady "Drifting" i "Angel" - osobiście preferuję tę pierwszą, chociaż to druga z nich została wydana na singlu i tym samym zyskała większą popularność). Do moich faworytów z tego albumu należą jednak przede wszystkim autentycznie przebojowe, ale nie popadające w radiowy banał, "Freedom" i "Ezy Ryder". Zresztą najwyraźniej nie tylko do moich, bo oba były stałymi punktami występów Hendrixa w ostatnich miesiącach jego życia.

"The Cry of Love" to zdecydowanie najlepszy ze studyjnych albumów Hendrixa wydanych pośmiertnie. Ale to akurat nie powinno dziwić - po prostu wykorzystano na nim w większości utwory, które muzyk zdążył ukończyć za życia, lub takie, które wymagały najmniej dogrywek. W przypadku kolejnych wydawnictw trzeba już było w coraz większym stopniu korzystać z niekompletnych nagrań... A jednak ciężko jest jednoznacznie ocenić "The Cry of Love". Z jednej strony jest to naprawdę solidnie przygotowany materiał, a z drugiej pozostaje przekonanie, że mógłby być znacznie lepszy, gdyby został dokończony przez samego Hendrixa.

Ocena: 7/10



Jimi Hendrix - "The Cry of Love" (1971)

1. Freedom; 2. Drifting; 3. Ezy Ryder; 4. Night Bird Flying; 5. My Friend; 6. Straight Ahead; 7. Astro Man; 8. Angel; 9. In From the Storm; 10. Belly Button Window

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino (1); Billy Cox - bass (1-4,6-9); Mitch Mitchell - perkusja (1,2,4,6-9); Buddy Miles - perkusja (3); Noel Redding - bass (5)
Gościnnie: Juma Sultan - instr. perkusyjne (1,4,7); Albert Allen i Arthur Allen - dodatkowy wokal (1); Buzzy Linhart - wibrafon (2); Billy Armstrong - instr. perkusyjne (3); Steve Winwood i Chris Wood - dodatkowy wokal (3); Kenny Pine - gitara (5); Jimmy Mayes - perkusja (5); Stephen Stills - pianino (5); Paul Caruso - harmonijka (5); Emeretta Marks - dodatkowy wokal (9)
Producent: Jimi Hendrix, Eddie Kramer i Mitch Mitchell


Brak komentarzy

Prześlij komentarz