19 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Rainbow Bridge" (1971)



Długo nie trzeba było czekać na kolejny pośmiertny album Hendrixa - "Rainbow Bridge" (teoretycznie będący soundtrackiem do tak samo zatytułowanego filmu dokumentalno-koncertowego, ale zawierającego inny repertuar) ukazał się zaledwie pół roku po "The Cry of Love". Niestety, poziom zaprezentowanych tutaj nagrań jest wyraźnie słabszy. Największe wrażenie robi koncertowa wersja "Hear My Train a Comin'" (mającego tu zresztą swoją płytową premierę), zarejestrowana 30 maja 1970 roku w kalifornijskim Berkeley Community Theatre. To niemal 12-minutowy porywający popis umiejętności gitarzysty, nieco w klimacie nagrań z "Band of Gypsys", chociaż tutaj na perkusji gra Mitch Mitchell, którego uderzenia są znacznie bardziej oszczędne, w porównaniu z gęstą grą Buddy'ego Milesa.

Wszystkie pozostałe utwory zostały zarejestrowane w studiu. I w przypadku niektórych z nich znów pojawiają się wątpliwości, czy Hendrix chciałby aby ujrzały one światło dzienne. Dotyczy to zwłaszcza tych najstarszych nagrań. Np. "Look Over Yonder" zarejestrowanego w październiku 1968 roku, zaledwie kilka dni po premierze albumu "Electric Ladyland", jeszcze przed rozpadem składu Experience. Jest to bowiem dość chaotyczna i słaba melodycznie kompozycja. Albo interpretacja amerykańskiego hymnu "Star Spangled Banner". Hendrixowskie wykonanie tego utworu na Woodstocku jest jednym z symboli tego słynnego festiwalu. Tutaj jednak została umieszczona bardziej zachowawcza wersja studyjna, zarejestrowana w marcu 1969 roku, a więc kilka miesięcy przed występem na Woodstock Festival. Sformułowanie "wersja studyjna" jest zresztą trochę naciągane, bo nagranie ma raczej charakter szkicu.

Nieco lepiej prezentują się dwa utwory z czasów Band of Gypsys, zarejestrowane pod koniec 1969 roku: "Earth Blues" i "Room Full of Mirrors" (tylko drugi z nich został zaprezentowany w oryginalnej wersji, w pierwszym oryginalna partia perkusji Milesa została zastąpiona nagraną później przez Mitchella). Chociaż tutaj też nie ma rewelacji, zwłaszcza w porównaniu z bardziej żywiołowymi nagraniami z "Band of Gypsys". Oba utwory są bardziej wygładzone produkcyjnie i ograniczone piosenkowymi strukturami.

Najbardziej wartościowymi ze studyjnych nagrań, podobnie jak na "The Cry of Love" są zatem utwory z sesji, która odbyła się latem 1970 roku, a jej wynikiem miał być album "First Rays of the New Rising Sun". Trzy kolejne utwory z tej sesji prezentują się naprawdę nieźle, chociaż wielkiej ekscytacji nie wywołują. Otwierający album "Dolly Dagger" to całkiem przyjemny, chwytliwy kawałek, oparty na zgrabnym riffie. Instrumentalny "Pali Gap" zaskakuje przede wszystkim latynoskim klimatem, a zachwyca długą, ciągnącą się przez praktycznie cały utwór, solówką Hendrixa. I w końcu finał albumu w postaci "Hey Baby (New Rising Sun)". To zdecydowanie najlepiej skomponowany z zawartych tutaj utworów, wyróżniający się balladowym charakterem. Godny następca "Little Wing" i "Angel", chociaż pod względem muzycznym dzieje się w nim zdecydowanie więcej (ale nie aż tyle, by postawić go w jednym rzędzie z "1983... (A Merman I Should Turn to Be)").

"Rainbow Bridge" to nic więcej jak zbiór odrzutów, pomiędzy którymi znalazło się kilka perełek wartych wydania, w otoczeniu mniej lub bardziej rozczarowujących wypełniaczy.

Ocena: 6/10



Jimi Hendrix - "Rainbow Bridge" (1971)

1. Dolly Dagger; 2. Earth Blues; 3. Pali Gap; 4. Room Full of Mirrors; 5. Star Spangled Banner; 6. Look Over Yonder; 7. Hear My Train a Comin' (live); 8. Hey Baby (New Rising Sun)

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass (1-4,7,8); Mitch Mitchell - perkusja (1-3,6-8); Buddy Miles - dodatkowy wokal (2), perkusja (4); Noel Redding - bass (6)
Gościnnie: Juma Sultan - instr. perkusyjne (1,3,6); Albert Allen i Arthur Allen - dodatkowy wokal (1); Veronica Bennett, Estelle Bennett i Nedra Talley - dodatkowy wokal (2)
Producent: Jimi Hendrix, Mitch Mitchell, Eddie Kramer i John Jansen


1 komentarz:

  1. Aż mam ochotę sobie posprawdzać te późniejsze albumy, choć nie mam dobrego zdania o nich, a zwłaszcza o tych najnowszych z ostatnich kilku lat, które co prawda już są wydawane przez spadkobierców, to mimo to, podobnie jak te z lat 70 i 80 są tylko zbiorem odrzutów i kolejnych wersji z kilkoma niezłymi pomysłami, czego wyraz swego czasu dałem w felietonie "Co się stało z Hendrixem" na LU.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.