18 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Isle of Wight" (1971)



Ostatni występ Jimiego Hendrixa w Wielkiej Brytanii, podczas festiwalu Isle of Wight, odbył się niespełna trzy tygodnie przed śmiercią muzyka. Ale do historii przeszedł z innego powodu. Mówiąc wprost, nie był to szczególnie udany koncert. Zapowiadany był na niedzielny wieczór, 30 sierpnia 1970 roku, ale z powodu poślizgu na festiwalu, rozpoczął się dopiero we wczesnych godzinach rannych w poniedziałek. Zespół był nieprzygotowany, nie odbył wcześniej żadnej próby, a rozdrażnienie Hendrixa licznymi problemami technicznymi i publicznością - która nie chciała słuchać nowych utworów i domagała się znanych hitów - sprawiło, że często niespodziewanie przyśpieszał lub improwizował poza rytmem, co z kolei powodowało konsternację sekcji rytmicznej Mitchell/Cox. Cały występ można określić jako chaotyczny, bałaganiarski. A jednak, były podczas niego również ciekawe momenty. Część z nich trafiła na dokumentujący wydarzenie album "Isle of Wight", wydany kilkanaście miesięcy później, w listopadzie 1971 roku.

Album rozpoczyna się od "Midnight Lightning" - wolnego, dość stonowanego bluesa, pełnego rozbudowanych gitarowych solówek. Warto dodać, że utwór ma tutaj swoją płytową premierę (studyjna wersja, dokończona już po śmierci Hendrixa, ukazała się dopiero w 1975 roku, na tak samo zatytułowanym albumie). Wzrost dynamiki następuje w czadowej, rozimprowizowanej wersji "Foxy Lady". Świetne wykonanie, szkoda tylko, że częściowo zakłócone rozmową pracowników ochrony przez walkie-talkie, która została przechwycona przez sprzęt nagłośnieniowy... Ale zaraz potem otrzymujemy kolejną premierę, "Lover Man" - konkretny hardrockowy kawałek, tym razem bez żadnych improwizacji i - na szczęście - zakłóceń. Utwór został zarejestrowany w studiu jeszcze przez skład znany jako The Jimi Hendrix Experience, zaledwie kilka dni po premierze albumu "Electric Ladyland", ale nie wydano go aż do 1997 roku, gdy trafił na kompilację "South Saturn Delta". Mimo tego, kompozycja była regularnie wykonywana przez Hendrixa podczas koncertów.

Drugą stronę "Isle of Wight" rozpoczyna "Freedom" - jeden z lepiej zagranych podczas tamtego występu utworów. Zespół w końcu zabrzmiał zwarcie, nikt nie przyśpieszał ani nie zwalniał, obyło się również bez problemów technicznych. Trochę słabiej wypadł natomiast "All Along the Watchtower". Nie tylko przez brak partii drugiej gitary, przez co zabrzmiał nie pełnie, ale również przez problemy z gitarą Hendrixa. W pewnym momencie zirytowany gitarzysta zaczyna wyraźnie przyśpieszać, zostawiając w tyle sekcję rytmiczną. Mimo to, jego solówki w tym utworze są jak zwykle rewelacyjne, a wszystkie niedociągnięcia nadają mu autentyczności, której brakuje na dzisiejszych koncertówkach. Finał albumu - podobnie jak koncertu - to utwór "In from the Storm", poprzedzony długą perkusyjną solówką. Zespołowi znów udało zabrzmieć się spójnie, a przy okazji następuje tutaj świetna interakcja muzyków, z których każdy daje z siebie wszystko.

I to wszystko. Niewiele ponad półgodzinny urywek trwającego dwie godziny występu. Kompletny zapis występu został wydany dopiero w 2002 roku na albumie "Blue Wild Angel: Live at the Isle of Wight". Do jego najciekawszych fragmentów - pomijając powtórki z "Isle of Wight" - zaliczyć trzeba otwierające występ interpretacje brytyjskiego hymnu "God Save the Queen" i beatlesowskiego "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", a także porywającą, jedenastominutową wersję "Red House". Niestety, są tam też liczne mniej udane momenty, dlatego mimo wszystko lepiej ograniczyć się do oryginalnego "Isle of Wight", stanowiącego esencję tego występu.

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Isle of Wight" (1971)

1. Midnight Lightning; 2. Foxy Lady; 3. Lover Man; 4. Freedom; 5. All Along the Watchtower; 6. In from the Storm

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Michael Jeffery


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.