11 lutego 2015

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)



Trzeci i ostatni album The Jimi Hendrix Experience to zarazem najbardziej ambitne dzieło grupy, nagrywane przez ponad pół roku - wyjątkowo długo, jak na ówczesne standardy. Jest jednak różnica między ambitnym i wybitnym, a "Electric Ladyland" doskonale tą różnicę pokazuje. Właściwie można mu postawić ten sam zarzut, co większości dwupłytowym albumom (z czasów dominacji płyt winylowych), a mianowicie, że obok kompozycji genialnych, znalazły się tutaj także utwory słabsze, a nawet ewidentne wypełniacze. Gdyby dokonano właściwej selekcji, mógłby powstać album idealny. W takiej rozbudowanej formie pozostawia jednak mieszane odczucia - raz zachwyca, raz nudzi. Na szczęście z przewagą tego pierwszego.

Całość rozpoczyna się nieśpiesznie, od dwóch utworów, których brak wyszedłby raczej na dobre. Introdukcja "...And the Gods Made Love" to tylko gitarowe zgrzyty i studyjne sztuczki, bez pomysłowości wstępu poprzedniego albumu ("EXP" z "Axis: Bold as Love"). Natomiast łagodny "Have You Ever Been (to Electric Ladyland)" nie dość, że muzycznie miałki, to jeszcze irytuje partią wokalną Hendrixa śpiewającego falsetem. Dopiero po nim rozbrzmiewa "Crosstown Traffic", który o wiele lepiej sprawdziłby się w roli otwieracza. Cechuje go mocny, podfunkowiony rytm i chwytliwe partie gitary. A na całość zespół idzie w "Voodoo Chile" - to pierwszy utwór na albumie Experience, który nie jest wyciszany po dwóch, trzech minutach. Zamiast tego otrzymujemy niczym nieskrępowany piętnastominutowy bluesrockowy utwór o charakterze jamu, ale z partią wokalną i z fantastycznie budowanym napięciem. Gościnnie wystąpili w nim Steve Winwood z Traffic na organach i Jack Casady z Jefferson Airplane na gitarze basowej.

No właśnie... Podczas nagrywania "Electric Ladyland" skład Experience zaczął się sypać. Hendrix nie był zadowolony z partii Noela Reddinga, w rezultacie czego w wielu utworach sam zagrał na basie, a w "Voodoo Chile" wystąpił Casady. Redding ma jednak swoje pięć minut (a właściwie niecałe trzy) w utworze "Little Miss Strange", który skomponował i w którym zaśpiewał, a także zagrał na gitarze. To jednak kolejny słabszy fragment albumu, brzmiący jak kawałek jakiejś trzecioligowej grupy wykonującej rock psychodeliczny. Sąsiadujący z nim "Long Hot Summer Night" też zdecydowanie nie należy do najwybitniejszych kompozycji Experience. Poziom wzrasta dopiero w "Come On (Let the Good Times Roll)" - porywającym, energetycznym coverze utworu Earla Kinga. Funkujący "Gypsy Eyes" też jest całkiem niezły, chociaż gitarowy riff za bardzo przypomina ten z "Foxy Lady". Pierwszą płytę kończy "Burning of the Midnight Lamp" - utwór wydany na singlu już rok wcześniej (niedługo po debiucie, a kilka miesięcy przed "Axis...") i brzmieniowo odstający od reszty albumu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że znalazł się tutaj tylko ze względu na nadmiar wolnego miejsca.

Oryginalna okładka wydania brytyjskiego (po rozłożeniu koperty).

Druga płyta rozpoczyna się od jazzującego "Rainy Day, Dream Away" - jednego z bardziej eksperymentalnych utworów, ale też najbardziej nużących. Wrażenia na pewno nie poprawia monotonny, jakby znudzony śpiew Hendrixa. Na szczęście tuż po nim następuje jeden z najjaśniejszych punktów całości - stanowiące całość "1983... (A Merman I Should Turn to Be)" i "Moon, Turn the Tides... Gently Gently Away" (z niewiadomych względów podzieloną na dwie części - i to w różnych miejscach w zależności od wydania). Teoretycznie jest to po prostu kolejna z hendrixowskich ballad. Ale jakże daleka od prościutkich "The Wind Cries Mary" i "Little Wing". To ponad czternastominutowy odlot na pograniczu rocka psychodelicznego i jazzu, ale wyróżniający się także przepiękną melodią - być może nawet najpiękniejszą w dorobku Hendrixa, a na pewno najbardziej magiczna. Gościnnie na flecie zagrał Chris Wood z Traffic.

"Still Raining, Still Dreaming" to kolejny słabszy fragment, a wręcz najbardziej bezsensowny kawałek na albumie - takie granie dla samego grania, bez żadnego celu, ani choćby odrobiny melodii. Po czymś takim cieszy nawet tak nijaki utwór, jak "House Burning Down" - przynajmniej jest dynamiczny i melodyjny. A dwa ostatnie utwory to prawdziwe opus magnum, nie tylko tego albumu, ale całej twórczości Hendrixa. Najpierw rozbrzmiewa cover "All Along the Watchtower" Boba Dylana. Z oryginału, poza tekstem i melodią, pozostał podkład gitary akustycznej (zagrał na niej Dave Mason, kolejny muzyk Traffic), natomiast partie harmonijki zostały zastąpione przez porywające gitarowe solówki, doszła też energetyczna gra sekcji rytmicznej. Niby proste zmiany aranżacyjne, ale ileż dodały temu utworowi. Nawet sam Dylan od czasu pojawienia się tego coveru, grał utwór w tej właśnie wersji. Po czymś takim ciężko o równie udany utwór, a jednak "Voodoo Child (Slight Return)" nie przynosi rozczarowania. Pomysł na ten utwór narodził się w trakcie jamu "Voodoo Chile", ale to znacznie bardziej konkretny utwór, porażający energią i ciężarem. Pod względem muzycznym jest to praktycznie esencja stylu gry Hendrixa.

Samo zakończenie "Electric Ladyland" wystarczyłoby, aby Hendrix na trwałe zapisał się w historii, a album zawiera też inne utwory, bez których muzyka rockowa byłaby o wiele uboższa. Niestety, spora ilość wypełniaczy powstrzymuje mnie przed wystawieniem maksymalnej oceny.

Ocena: 9/10



The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)

LP1: 1. ...And the Gods Made Love; 2. Have You Ever Been (to Electric Ladyland); 3. Crosstown Traffic; 4. Voodoo Chile; 5. Little Miss Strange; 6. Long Hot Summer Night; 7. Come On (Let the Good Times Roll); 8. Gypsy Eyes; 9. Burning of the Midnight Lamp
LP2: 1. Rainy Day, Dream Away; 2. 1983... (A Merman I Should Turn to Be); 3. Moon, Turn the Tides... Gently Gently Away; 4. Still Raining, Still Dreaming; 5. House Burning Down; 6. All Along the Watchtower; 7. Voodoo Child (Slight Return)

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino, instr. perkusyjne, bass (LP1: 2,6,8, LP2: 2,5,6); Noel Redding - bass (LP1: 3,5,7,9, LP2: 7), wokal (5), gitara (5); Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 2-9, LP2: 2,3,5-7), wokal (5)
Gościnnie: Dave Mason - dodatkowy wokal (LP1: 3), gitara (LP2: 6); Jack Casady - bass (LP1: 4); Steve Winwood - organy (LP1: 4); Al Kooper - pianino (LP1: 6); Chris Wood - flet (LP2: 2); Mike Finnigan - organy (LP2: 1,4); Freddie Smith - saksofon (LP2: 1,4); Buddy Miles - perkusja (LP2: 1,4); Larry Faucette - kongi (LP2: 1,4)
Producent: Jimi Hendrix


2 komentarze:

  1. Już się miałem oburzać czemu nie oryginalna okładka, ale widzę że ma to swoje uzasadnienie po rozwinięciu wpisu :) A sam album oczywiście genialny. Też nie lubię wszystkich utworów, ale jednak te dobre trwają w sumie za długo, źeby zmieścić się na jednej płycie. Więc, żeby żadnego z nich nie pominąć Henio musiał dodać kilka wypełniaczy, bo album byłby za krótki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. 1968 to bez wątpienia rok wspaniałych albumów. Comeback Special Elvisa, Beggars Banquet Stonesów, Wheels of Fire Cream. Jednak ten album moim zdaniem przebija wszystkie wymienione. Hendrix znowu zaskakuje i zachwyca. Po raz kolejny tworzy historię. Podobnie jak jego pierwszej płycie i tej daję 10/10 :D.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.