13 lutego 2015

[Artykuł] 45 lat albumu "Black Sabbath"

Dokładnie 45 lat temu, w piątek 13 lutego 1970 roku, miała miejsce premiera jednego z najbardziej przełomowych i inspirujących albumów w dziejach muzyki rockowej - debiutanckiego dzieła grupy Black Sabbath, zatytułowanego po prostu "Black Sabbath". Nikt wcześniej nie grał muzyki tak ciężkiej i mrocznej, chociaż charakterystyczny styl grupy narodził się nieco przypadkiem. Zanim jednak do tego dojdziemy, cofnijmy się do samego początku...



Własne brzmienie

Był rok 1968. Wielka Brytania, Birmingham. W pewnym sklepie muzycznym w dzielnicy Aston pozostawiono ogłoszenie o treści: "Ozzy Zig chce koncertować, posiada własny piec". Jego autorem był John "Ozzy" Osbourne, wokalista właśnie rozwiązanej grupy Rare Breed. Wraz z jej gitarzystą, Terencem "Geezerem" Butlerem, postanowił założyć nowy zespół. Na ogłoszenie odpowiedzieli gitarzysta Frank Anthony "Tony" Iommi i perkusista Bill Ward - obaj z innego zespołu, który właśnie zakończył działalność, Mythology. Pierwszy z nich początkowo miał wątpliwości (znał Osbourne'a ze szkoły i uważał, że nie nadaje się na wokalistę), ale za namową perkusisty zdecydował się pójść na próbę i przekonać czy coś z tego wyjdzie. Na miejscu okazało się, że w skład grupy wchodzą także gitarzysta Jimmy Philips i saksofonista Alan Clarke. Geezer zdecydował się przerzucić na gitarę basową, mimo że... nawet nie posiadał tego instrumentu. Podstroił swojego Fendera Telecastera próbując zagrać na nim partie basu - wspominał Iommi w swojej autobiografii. Pomyślałem, ze to będzie straszna klapa, ale ku mojej uldze poszedł wypożyczyć bas Hofner od swojego byłego zespołu. Miał on tylko trzy struny, ale i tak Geezer grał wtedy tylko na jednej.

Zagraliśmy trochę bluesa, kilka piosenek, i nazwaliśmy się The Polka Tulk Blues Band - kontynuował Iommi. Sekstet zagrał kilka koncertów, ale nie wypadły one najlepiej. Kiedy graliśmy solówki, wszyscy grali jednocześnie i to było w porządku - wspominał gitarzysta. Ale ci dwaj kolesie [Philips i Clarke] tylko się wygłupiali i to mnie martwiło. Spotkałem się z Billem, Geezerem i Ozzym i powiedziałem im, że saksofonista i Jimmy do nas nie pasują. Aby nie ranić ich uczuć, nie wyrzucono ich z zespołu, a przekazano im wiadomość o rozwiązaniu go. Kilka dni później Iommi, Ward, Geezer i Ozzy reaktywowali zespół pod nową nazwą - Earth Blues Band, wkrótce skróconą do Earth. Graliśmy dwunastotaktowego bluesa, w stylu Ten Years After - wyjaśniał Iommi. Wkrótce zaczęliśmy grać bardziej jazzowo, a Billowi podobała się muzyka bigbandowa, więc graliśmy też jazzowe kawałki. Ozzy'emu bardzo dobrze to wychodziło. Geezer bardzo szybko nauczył się grać na basie: zanim się obejrzeliśmy, już grał jak stary wyjadacz. Podstawą stylu grupy stała się współpraca trzech instrumentalistów - sekcja rytmiczna nie była tylko tłem dla popisów gitarzysty i charakterystycznego, zawodzącego śpiewu Osbourne'a, ale często wysuwała się na pierwszy plan.

U progu kariery: Tony Iommi, Bill Ward, Geezer Butler i Ozzy Osbourne.
Grupa miała też swoje własne, unikalne brzmienie. Stopniowo zmienialiśmy muzykę, w zależności od miejsca, w którym graliśmy - wspominał Ward. Ludzie pili, gadali i zagłuszali nas. Gdy graliśmy nasze miłe kawałki jazzowo-bluesowe, nikt nie zwracał uwagi. Podkręciliśmy więc głośność i wymietliśmy towarzystwo. To wciąż jednak było za mało, by wyróżniać się na tle innych ówczesnych grup blues rockowych, jak Cream czy Led Zeppelin. Największy wpływ na brzmienie grupy miał wypadek, który zdarzył się Iommiemu kilka lat wcześniej, jeszcze przed dołączeniem do Mythology. Przycinałem blachy w fabryce - wspominał. Ostrze opadło na palce, obcinając koniuszki środkowego i serdecznego. Byłem poważnie załamany, dopóki mój brygadzista nie przyniósł do domu płyty i kazał posłuchać. Była to muzyka gitarowa - musiałem przyznać, że fantastyczna - ale jakby pocierana po strunach. Powiedział mi, że to Django Reinhardt, wspaniały gitarzysta jazzowy, który uszkodził dwa palce w pożarze, a niesamowite solówki grał pozostałymi dwoma. To zainspirowało mnie do kontynuacji gry, znalezienia własnej metody. Polega ona na tym, że riffy gra za pomocą dwóch zdrowych palców, a pozostałych dwóch używa wyłącznie do solówek. Aby zmniejszyć ból, przygotował specjalne nakładki na palce, a także zaczął używać cieńszych strun. Gdy to okazało się niewystarczające, Iommi obniżył strój instrumentu, co zaowocowało cięższym i mroczniejszym brzmieniem.

Mało brakowało, a grupa Earth nie pozostawiłaby po sobie żadnego śladu w historii muzyki. Na początku grudnia 1968 roku, kiedy koncertowała jako support Jethro Tull, Iommi dostał propozycję dołączenia do tego zespołu. Po chwili wahania i namowach pozostałych członków Earth, gitarzysta zgodził się. Jego przygoda z Jethro Tull nie trwała jednak długo. Gwoździem do trumny okazało się spotkanie z menadżerem zespołu - wspominał. Powiedział: "Dostaniesz 25 funtów tygodniowo i masz szczęście, że tu jesteś". To mnie wkurzyło. Powiedziałem: "Co to znaczy, że mam szczęście? Zaangażowali mnie, bo podobała im się moja gra, a nie dlatego, że mam szczęście!". Przemyślałem sobie wszystko i doszedłem do wniosku, że chcę być częścią zespołu, który razem tworzy muzykę, a nie być dołączonym do istniejącego już zespołu i "mieć szczęście". Muzycy Jethro Tull nie zatrzymywali na siłę gitarzysty, poprosili go tylko aby pozostał na czas kręcenia filmu "The Rolling Stones Rock and Roll Circus". W połowie grudnia było już po wszystkim. Iommi wrócił do Earth i od tego czasu kariera grupy nabierała coraz większego rozpędu, muzycy grali koncerty w coraz bardziej prestiżowych miejscach. Podczas jednego występu zwrócili na siebie uwagę niejakiego Tony'ego Halla, który zapragnął podpisać z nimi kontrakt (i szybko przekazać ich wytwórni Fontana, należącej do Philips Records).

W studiu

Hall zainwestował w grupę tysiąc funtów - każdy członek dostał po stówie (Było to dla nas prawdziwym majątkiem, choć z chęcią nagralibyśmy tę płytę nawet za darmo - wspominał Iommi), pozostałe sześćset zostało przeznaczone na wynajęcie studia, gdzie zespół miał nagrać swój debiutancki album. Grupa już nie nazywała się Earth - w sierpniu 1969 roku muzycy zmienili nazwę na Black Sabbath (nieco wcześniej napisali utwór o tym właśnie tytule, zaczerpniętym od włoskiego horroru z 1963 roku). Producentem albumu został Rodger Bain. Wybrano go za nas - wyjaśniał Iommi. Spotkaliśmy się z nim wcześniej i polubiliśmy go. Był równie zielony jak my i niewiele wcześniej osiągnął. Miał dwadzieścia kilka lat, podobnie jak my, no może trochę więcej. Jako producent nadzorował całe nagranie. Dobrze było go mieć koło siebie, ale nie dawał nam zbyt wielu rad. Może zasugerował parę drobiazgów, ale nasze utwory były już dostatecznie dopracowane.

Sesja nagraniowa rozpoczęła się 16 października 1969 roku w londyńskim Regent Sound Studios, pod okiem Baina oraz inżynierów dźwięku Toma Alloma i Barry'ego Sheffielda. Natomiast zakończyła... jeszcze tego samego dnia! Dzień później odbyło się miksowanie materiału, przy którym podobno nikt z grupy nie był nawet obecny. Mimo rekordowo szybkiego czasu nagrań, sesja wcale nie przebiegała gładko. Największy problem polegał zawsze na wytłumaczeniu ludziom, że mamy własne, ustalone brzmienie - wyjaśniał Iommi. Moja gitara i bas Geezera musiały się idealnie ze sobą zgadzać, żeby stworzyć ścianę dźwięku. Większość ludzi widzi bas jako bas i tylko tyle. Tymczasem brzmienie Geezera jest bardziej chropowate, bardziej surowe; on przedłuża i zawija dźwięki grane przez gitarę, żeby były pełniejsze. Niektóry nakłaniają go by grał czyściej i nie zniekształcał dźwięków. Trzeba było wszystkich długo przekonywać, aby wreszcie zrozumieli. Zawsze próbowali rozdzielać brzmienie naszych instrumentów. Słuchali samej gitary i narzekali, że jest zniekształcona. Ludzie nie mogli zrozumieć, że jesteśmy zespołem, który dobrze brzmi razem, nieważne jak brzmi pojedynczy muzyk. Rodger Bain zrozumiał to do pewnego stopnia, dlatego te wczesne albumy, które razem nagraliśmy, mają takie jednolite brzmienie.

W Regent Sound Studios.
Album został nagrany praktycznie na żywo. Większość utworów nagrano w jednym podejściu, niektóre - jak "Warning" - w dwóch, po czym wybrano lepszą wersję. Obyło się bez żadnych dogrywek, nie licząc dodatkowej partii gitary w "N.I.B." oraz dodania efektów burzy i dzwonów na początku utworu "Black Sabbath" (pomysł Baina i Alloma). Wszystko odbywało się w sposób oczywisty: wchodziliśmy, podłączaliśmy się i graliśmy; dziękujemy i do widzenia - wyjaśniał Iommi. I to było wszystko, żadnego kombinowania z uzyskanym brzmieniem. Gitarzysta przez lata nie był jednak zadowolony ze skrócenia jego solówki we wspomnianym "Warning". Wersja zagrana przez zespół w studiu miała piętnaście minut, jednak Bain postanowił skrócić ją do dziesięciu, aby na album mogło wejść więcej utworów. Martwiłem się, ponieważ wydawało mi się, że oryginalnie utwór toczył się bardziej płynnie, ale winylowy album ma swoje ograniczenia i widocznie piętnaście minut na jeden utwór to rzeczywiście za długo - podsumował Iommi.

Na album złożyło się siedem utworów, w większości niemal stricte blues rockowych, chociaż znacznie cięższych. Wyjątkiem jest otwierający go utwór "Black Sabbath", nie przypominający niczego, co powstało wcześniej w muzyce rockowej. Butler twierdził, że inspiracją była kompozycja "Mars, the Bringer of War" Gustava Holsta, podczas gdy Iommi jest przekonany, że utwór narodził się przypadkiem. Dopiero później dowiedziałem się, że użyłem czegoś, co nazywane jest "diabelskim interwałem" - wyjaśniał. Zestawu akordów tak mrocznego, że w Średniowieczu jego używanie było zakazane przez Kościół. Nie miałem o tym pojęcia, to było po prostu coś, co czułem w sobie. Zupełnie jakby się ze mnie wyrwało na wolność, nuty płynęły same z siebie. Potem wszyscy zaczęli dokładać po kawałeczku i na końcu stwierdziliśmy, że to zadziwiający utwór. Dziwny, ale dobry. Kompozycja na stałe weszła do koncertowego repertuaru grupy, była grana przez wszystkie jej wcielenia. Nie mniejszą popularnością cieszy się "N.I.B.". Do ulubionych utworów fanów należą także "The Wizard" i "Behind the Wall of Sleep", które jednak nie często można było usłyszeć na koncertach. Wszystkie te cztery utwory wypełniły stronę A albumu.


Na stronie B znalazły się dwa covery - "Evil Woman" z repertuaru Crow (wytwórnia wymusiła nagranie czegoś komercyjnego na singiel; zespół nigdy nie grał go na żywo) i "Warning" The Aynsley Dunbar Retaliation (który był stałym punktem ówczesnych występów Black Sabbath) - pomiędzy którymi umieszczony został autorski utwór "Sleeping Village" - bodajże najmniej interesujące nagranie ze wczesnego repertuaru zespołu, w sporej części będące instrumentalną improwizacją, do której dodano balladowy wstęp. Co ciekawe, amerykańskie wydanie zamiast "Evil Woman" zawierało kompozycję "Wicked World", oryginalnie wydaną na stronie B singla... "Evil Woman". Na kompaktowych reedycjach przeważnie zamieszczane są oba utwory. Pod wszystkimi kompozycjami - rzecz jasna z wyjątkiem coverów - jako autorzy podpisani są wszyscy muzycy Black Sabbath. Za muzykę rzeczywiście odpowiadali trzej instrumentaliści (riffy wymyślał oczywiście Iommi), natomiast wkład Osbourne'a przeważnie ograniczał się do wymyślenia linii wokalnej, bo teksty pisał Butler. No właśnie, teksty...

Jak u wielu innych wykonawców w tamtym czasie (np. Coven, Black Widow), utwory Black Sabbath często dotyczyły okultyzmu, przez co grupa zaczęła być oskarżana o propagowanie satanizmu. Była to jednak kompletna bzdura, co łatwo udowodnić ich prostą analizą. W utworze "Black Sabbath" podmiot liryczny budzi się w nocy i widzi nad sobą postać w czerni - prawdopodobnie samego diabła (ponoć Geezer naprawdę przeżył takie zdarzenie). W punkcie kulminacyjnym Ozzy wykrzykuje jednak słowa: "please God help me!", czego nie zrobiłby przecież żaden satanista Postać diabła pojawia się także w utworze "N.I.B.", który jednak opowiada o jego przemianie - zakochuje się i staje się dobry. Bardziej złowieszczy tekst "Behind the Wall of Sleep" jest po prostu nawiązaniem do opowiadania "Beyond the Wall of Sleep" H. P. Lovecrafta. Tymczasem "The Wizard" ma znów pozytywne przesłanie - opowiada o czarodzieju niosącym ludziom pomoc (inspiracją był Gandalf z "Hobbita" i "Władcy pierścieni" Tolkiena). Co prawda, niektórzy doszukują się w tej postaci metafory dealera narkotyków, ale w tamtym czasie członkowie grupy byli jeszcze przeciwnikami takich używek (co udowadnia tekst "Hand of Doom" z kolejnego albumu). Natomiast tekst "Sleeping Village" jest po prostu opisem Birmingham. Warto jeszcze wspomnieć o politycznie zaangażowanym "Wicked World" - taka tematyka zdominowała następny album Black Sabbath, "Paranoid".

Młyn i odwrócony krzyż

Wytwórnia postanowiła jednak wykorzystać mroczny wizerunek grupy, aby wzbudzić wokół niej większe zainteresowanie. Stąd też w środku rozkładanej koperty albumu znalazł się odwrócony krzyż (biały na czarnym tle w pierwszych wydaniach, w późniejszych czarny na białym tle), w który wpisany został tekst nieznanego autorstwa, w stylu kiepskiego horroru. Muzycy zarzekają, że nie mają z tym nic wspólnego - o wszystkim dowiedzieli się, gdy album był już w sklepach. Nie mogłem uwierzyć, kiedy to zobaczyłem - irytował się Butler. Było jednak za późno, by cokolwiek zmienić. Nigdy nie propagowaliśmy satanizmu ani czarnej magii, używaliśmy ich jedynie jako odniesienia. Napisaliśmy mnóstwo tekstów science-fiction, wojennych, politycznych. Okultyzm pojawił się może w trzech, czterech utworach. W innym wywiadzie wyjaśniał: Dużo czytałem na ten temat. Ale wszystkie teksty miały przestrzegać przed satanizmem. Mówiły ludziom, że jeśli chcą się tym zajmować, niech będą ostrożni.



O wiele ciekawiej prezentuje się grafika z frontowej strony koperty - zdjęcie anonimowej kobiety w czarnej pelerynie, stojącej na tle młyna w Mapledurham w Oxfordshire (wybudowanego w XV wieku). Autorem zdjęcia jest Marcus Keef - nadworny grafik wytwórni Vertigo (pododdziału Philips Records, zajmującego się awangardowym rockiem), pod którego szyldem album został wydany. Keef odpowiada także za okładki takich zespołów, jak Colosseum, Beggars Opera, czy mniej znanych Affinity, Warhorse, Indian Summer i Nirvana (oczywiście chodzi o brytyjską Nirvanę, działającą w latach 70.). W późniejszych latach zajął się kręceniem teledysków, a następnie słuch o nim zaginął.

Młyn wodny w Mapledurham pojawił się także w filmie "Orzeł wylądował" z 1976 roku, w reżyserii Johna Sturgesa, będącego ekranizacją tak samo zatytułowanej książki, autorstwa Jacka Higginsa.

Sukces?

Spece od marketingu postarali się, aby nasz album ukazał się w trzynastego w piątek, w lutym 1970 roku - wspominał Iommi (w Stanach ukazał się dopiero w czerwcu). Longplay zyskał wyjątkowo nieprzychylne recenzje w prasie muzycznej. Grupie zarzucano m.in. kopiowanie Cream, chaotyczność, braki techniczne, a nawet... brak rzeczywistych związków z okultyzmem i czarną magią. Ja gram dla ludzi, nie dla dziennikarzy - twierdził Ozzy w 1971 roku. Ale nikt nie lubi, gdy mu się dowala. Po miłych godzinach w studiu, nikt nie chce dostać ciosu od prasy. Cóż, to jednak krytycy, ich praca polega na znalezieniu dziury w całym. Inne media wcale nie były bardziej przychylne grupie z Birmingham. Rzadko grano nasze utwory w radiu; jedynym, który nas puszczał był John Peel - wspominał Iommi, dodając: Pomimo tego, już w pierwszym tygodniu sprzedaliśmy pięć tysięcy egzemplarzy naszego albumu, dzięki poczcie pantoflowej - zwłaszcza w miejscach, gdzie wcześniej graliśmy na żywo. Sprzedaż albumu wystarczyła na 8. miejsce w Wielkiej Brytanii i 23. w Stanach.

Krytycy zaczęli doceniać grupę dopiero dwadzieścia lat po jej debiucie. Dopiero kiedy grunge stał się popularny, wszyscy muzycy zaczęli mówić, że Black Sabbath wywarł na nich jakiś wpływ i nagle zrobiliśmy się interesujący - wyjaśniał Iommi. Nareszcie mogliśmy przeczytać o sobie coś dobrego. Wówczas albumy zespołu, włącznie z debiutem, zaczęły pojawiać się w przeróżnych rankingach najlepszych albumów wszech czasów. Obecnie nikt już chyba nie odważy się podważyć znaczenia Black Sabbath i piętna, jakie zespół odcisnął na całej późniejszej muzyce. Co prawda, wielu krytyków i fanów za najważniejszy i najbardziej inspirujący album grupy uznaje "Paranoid", ale przecież jest on tylko rozwinięciem pomysłów zawartych na debiutanckim "Black Sabbath". Do dziś longplay zdołał pokryć się platyną w Stanach, a złotem w Wielkiej Brytanii i Kanadzie.



Źródła cytatów:
1. Iommi Tony, Iron Man: Moja podróż przez Niebo i Piekło z Black Sabbath, Wydawnictwo Kagra, 2013
2. Koziczyński Bartek, Poczucie rozczarowania, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 3, s. 6-7
3. Kszczotek Grzegorz, Odwrócony krzyż, "Teraz Rock" 2011, nr 7, s. 114


Więcej na temat:



7 komentarzy:

  1. Dla mnie jest to najlepszy album z Ozzym. Bardzo ciekawy artykuł, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Od tej płyty wszystko się zaczęło. Nie Zeppelin, nie Purple, tylko właśnie Black Sabbath nagrał pierwszy album heavy metalowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym się zgodzić nie mogę. Solidne podstawy heavy metalu zbudowali już tacy wykonawcy, jak Cream, Hendrix i Led Zeppelin (John Bonham już w 1969 roku grał o wiele bardziej metalowo niż Bill Ward kiedykolwiek), a Black Sabbath dołożył tylko kolejnych kilka - chociaż bardzo znaczących - elementów, jak cięższe brzmienie i mroczna atmosfera. Ale to wciąż nie był jeszcze heavy metal. Na debiucie dominował blues rock, ale i kolejne albumy nie były stricte heavy metalowe - przynajmniej te z Ozzym.

      Usuń
  3. Świetny tekst!

    OdpowiedzUsuń