24 lutego 2015

[Artykuł] 40 lat albumu "Physical Graffiti" Led Zeppelin

Zdania na temat szóstego albumu Led Zeppelin, dwupłytowego "Physical Graffiti", są podzielone. Według niektórych jest to opus magnum twórczości grupy, jej najwybitniejsze osiągnięcie. Inni z kolei narzekają na długość i nierówny poziom materiału. Jedno nie ulega wszakże wątpliwości - jest to album, którego nie wypada nie znać. A chociaż od jego wydania właśnie mija 40 lat, zawarta na nim muzyka nic się nie zestarzała i wciąż wywołuje najrozmaitsze emocje.



Szczyt

W połowie lat 70. zespół Led Zeppelin był na samym szczycie. Już dwoma pierwszymi albumami, "Led Zeppelin" i "Led Zeppelin II" (oba ukazały się w 1969 roku), grupa ugruntowała swoją pozycję na rockowej scenie. Teoretycznie, zawarta na nich muzyka nie odbiegała od popularnego wówczas w Wielkiej Brytanii blues rocka, ale zaskakiwała swoim brzmieniem, wyjątkowo ciężkim jak na tamte czasy (jego siła tkwiła jednak przede wszystkim w perkusji, a nie - jak np. u Black Sabbath - gitarze). Kolejny album, "Led Zeppelin III", pokazał szersze horyzonty muzyków (połowa utworów, wyraźnie inspirowana folkiem, opiera się na brzmieniach akustycznych). Również "Led Zeppelin IV" okazał się bardzo eklektycznym dziełem, a przy tym znalazł się na nim jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki - "Stairway to Heaven". Sama ta kompozycja wystarczyła, aby zespół został okrzyknięty nowym Największym Zespołem Świata (w końcu Beatlesi rozpadli się kilka lat wcześniej i trzeba było wskazać ich następcę). Mało komu przeszkadzało, że "Led Zeppelin V" "Houses of the Holy" zdradzał oznaki wypalenia twórczego muzyków i niepewności co do kierunku, w którym powinni pójść.

Jednak to właśnie trasa promująca ten ostatni album może być nazwana szczytowym momentem kariery Led Zeppelin. A szczególnie koncert, który odbył się 5 maja 1973 roku na Tampa Stadium na Florydzie. Pobity został wówczas zarówno światowy rekord frekwencyjny (prawie 57 tysięcy widzów), jak i finansowy (zysk przekroczył 300 tysięcy dolarów - spora część tych pieniędzy została jednak skradziona niedługo później, a sprawcy nigdy nie znaleziono). Nie było wówczas innego wykonawcy, który mógłby przebić te statystyki. Trasę zakończyły trzy występy w nowojorskim Madison Square Garden, które odbyły się między 27-29 lipca 1973 roku. To właśnie na nich zarejestrowany zostały film o tytule "The Song Remains the Same" i towarzyszący mu soundtrack, będący zarazem pierwszą koncertówką zespołu. Premiera obu odbyła się pod koniec października 1976 roku.

Na scenie: Robert Plant, John Paul Jones i Jimmy Page.


Półtora longplaya i odrzuty

Już w listopadzie 1973 roku zespół wszedł do studia, gdzie rozpoczął pracę nad nowymi utworami. Sesja została jednak nagle przerwana. Jako powód podano chorobę basisty Johna Paula Jonesa. Po latach okazało się jednak, że muzyk podjął wówczas decyzję opuszczenia zespołu - z powodu zmęczenia trasami koncertowymi i ich wpływu na życie rodzinne. Na szczęście, jeszcze przed końcem roku menadżerowi Peterowi Grantowi udało się namówić go do powrotu. W styczniu i lutym 1974 odbyła się sesja nagraniowa albumu, mającego nosić tytuł "Physical Graffiti". Nagraliśmy osiem kawałków - mówił wówczas wokalista Robert Plant. Wiele z nich jest naprawdę bardzo gorących. Zarejestrowaliśmy parę mocnych kawałków z wokalami na żywo. Był to zupełnie przypadkowy materiał, który bardzo ładnie wypadł. Szybko jednak okazało się, że długość zarejestrowanego materiału znacznie przekracza dopuszczalną objętość płyty winylowej. Mieliśmy materiału na półtora longplaya - przyznawał gitarzysta Jimmy Page. Pomyśleliśmy sobie więc, dlaczego by nie wydać albumu dwupłytowego i wykorzystać rzeczy, które były już nagrane, ale nigdy dotąd ich nie opublikowaliśmy.

Muzykom udało się znaleźć w archiwum aż siedem utworów, które uznali za wystarczająco dobre, by umieścić na nowym albumie. "Bron-Yr-Aur", "Down by the Seaside" i "The Rover" powstały już w 1970 roku, gdy zespół tworzył materiał na "Led Zeppelin III" w wiejskim domku o nazwie Bron-Yr-Aur, znajdującym się w Walii. Na "Physical Graffiti" tylko pierwszy z tych utworów został umieszczony w oryginalnej wersji, zarejestrowanej w lipcu 1970 roku. Pozostałe dwa pochodzą z sesji do kolejnych albumów, odpowiednio "Led Zeppelin IV" i "Houses of the Holy". Oba zostały przearanżowane, dzięki czemu zyskały nową jakość. I o ile "Down by the Seaside" zachował swoją pierwotną delikatność, tak "The Rover" z akustycznego bluesa przerodził się w porywający hard rockowy numer. Inne pozostałości po czwartym albumie to nieco stonesowskie utwory "Night Flight" i "Boogie with Stu" (w nagraniu tego drugiego zresztą brał udział stały współpracownik The Rolling Stones, pianista Ian Stewart), natomiast po "Houses of the Holy" został "Black Country Woman" utrzymany w stylu country, oraz... kompozycja, która dała mu tytuł - przebojowy riffowiec "Houses of the Holy".

Bron-Yr-Aur - tutaj powstały utwory "Bron-Yr-Aur", "Down by the Seaside" i "The Rover".

Album pamiętany jest jednak głównie dzięki nowszym utworom. Kluczowym momentem jest oczywiście kompozycja "Kashmir" - monumentalny utwór, oparty na hipnotycznym gitarowym riffie, dublowanym przez anonimowych muzyków grających na instrumentach smyczkowych i dętych. Brzmienie jest dzięki temu potężniejsze, ale zasadniczo orkiestra gra te same nuty co gitara - wyjaśniał Page. "Kashmir" narodził się z riffu gitarowego i pierwotnie tylko gitara miała grać ten riff. Egzotyczny, wschodni klimat to rezultat podróży Planta i Page'a do Maroka (które leży w północnej Afryce, podczas gdy Kaszmir znajduje się w środkowej Azji). Innym ważnym fragmentem longplaya jest "In My Time of Dying" - najdłuższy utwór w dorobku grupy, a przy okazji przypominający o jej bluesowych korzeniach. Jego podstawą była tak samo zatytułowana stara pieśń gospel, po raz pierwszy nagrana w 1927 roku przez "Blind" Williego Johnsona. Muzycy nadali jej jednak zupełnie innego charakteru, dzięki czemu brzmi jak ich autorski utwór. Nie jest to jednak wystarczające usprawiedliwienie ich decyzji, aby autorstwo utworu podpisać swoimi nazwiskami - chociaż to akurat zdarzyło się nie po raz pierwszy. Niektóre utwory powstały przy zastosowaniu naszej własnej techniki: braliśmy piosenkę na warsztat i zanim się zorientowaliśmy, dochodziliśmy do czegoś zupełnie odmiennego - wyjaśniał Plant, być może mając na myśli właśnie przywłaszczanie sobie cudzych kompozycji.

Jedynym singlem promującym album był utwór "Trampled Under Foot" (na stronę B trafił natomiast "Black Country Woman" - rzeczywiście bardziej tam się nadający, niż na album). Wybór trochę zaskakujący, bowiem nie jest to najbardziej zapadający w pamięć utwór z albumu, a wręcz należy do jego bardziej eksperymentalnych fragmentów - zainspirowany został twórczością Steviego Wondera, czego efektem jest funkowy rytm. Nie zniechęciło to jednak fanów grupy i utwór doszedł do 38. miejsca na amerykańskiej liście "Billboard" Hot 100. Najbardziej eksperymentalnym utworem jest jednak "In the Light", w którym po raz pierwszy w twórczości Led Zeppelin został wykorzystany syntezator (na którym zagrał John Paul Jones). Wśród nowych utworów nie zabrakło jednak także typowo hard rockowych kawałków, jak "Custard Pie", "The Wanton Song", "Sick Again", oraz nieco bardziej złożony "Ten Years Gone", w którym gitarowe riffy uzupełniane są uwielbianymi przez zespół brzmieniami akustycznymi. Wszystko to razem składa się na najbardziej zróżnicowany album Led Zeppelin.


Łabędzi śpiew

"Physical Graffiti" miał być pierwszym albumem wydanym przez Swan Song - wytwórnie założoną przez Petera Granta i członków Led Zeppelin, której działalność została zainaugurowana 10 maja 1975 roku. Nazwa wytwórni narodziła się nieco przypadkiem. Grałem długi instrumentalny kawałek gitarowy z rzadko rozsianym wokalem - utwór miał prawie dwadzieścia minut, a wokal około sześciu, cała zaś rzecz miała bardzo podniosły, prawie klasyczny charakter - wyjaśniał Jimmy Page. Kiedy go ćwiczyłem, jeden z nas krzyknął: "A jak to miałoby się nazywać?", a ja odkrzyknąłem "Swan Song". W tym momencie wszyscy uświadomiliśmy sobie, jaka to świetna nazwa dla  naszej wytwórni. Trzeba jednak dodać, że utwór nigdy nie został wydany pod szyldem Led Zeppelin. Page nagrał go dopiero w 1985 roku, w innej wersji jako "Midnight Moonlight", na album "The Firm" tak samo nazywającej się supergrupy (w skład której poza nim wchodzili także: wokalista Paul Rodgers z Free/Bad Company, basista Tony Franklin, oraz perkusista Chris Slade).

John Paul Jones, Jimmy Page, Robert Plant, Peter Grant i John Bonham podczas inauguracji Swan Song.

Premiera "Physical Graffiti" znacznie się jednak opóźniała, ze względu na skomplikowany projekt okładki. Zespół zawsze przywiązywał dużą wagę do oprawy swoich albumów (vide "obrotowa" grafika z "Led Zeppelin III"), ale to właśnie ich szósty album został wydany z największym rozmachem. Na okładce znalazło się zdjęcie dwóch nowojorskich kamienic (znajdujących się przy St. Mark's Place pod numerami 96 i 98), z wyciętymi dziurami w miejscach okien, w których można "ustawić" jeden z czterech zestawów zdjęć (przedstawiających m.in. muzyków) wydrukowanych na dwóch wewnętrznych kopertach, lub skorzystać z dołączonej wkładki, na której do wyboru mamy puste okna z zasłonami, lub te same zasłony, ale z literami układającymi się w tytuł albumu. Jako autorzy tego pomysłu podani są Peter Corriston i Mike Doud. To ja zaproponowałem zespołowi koncepcję okładki ukazującej kamienicę i jej mieszkańców, którzy mogliby się przemieszczać - mówił Corriston. Przez kilka tygodni krążyliśmy po mieście szukając odpowiedniego domu. Pomysł nie był jednak oryginalny - dwa lata wcześniej identyczny patent zastosowano na albumie "Compartments" Jose'a Feliciano... Okładka "Physical Graffiti" była dość zabawna - mówił John Paul Jones. Ale przyznam, że oprawa graficzna naszych płyt nigdy specjalnie mnie nie interesowała. Autorem był zazwyczaj ktoś spoza zespołu. W dodatku rzecz powstawała na samym końcu, kiedy płyta była już gotowa.

Kamienice przy St. Mark's Place w rzeczywistości są o piętro wyższe niż na okładce.


Droga w dół

"Physical Graffiti" ostatecznie ukazał się 24 lutego 1975 roku, jako trzecie wydawnictwo Swan Song (w 1974 roku jej nakładem ukazał się debiut Bad Company, a także album "Silk Torpedo" grupy The Pretty Things). Recenzje w prasie były mieszane, ale nie przeszkodziło to albumowi zadebiutować na pierwszym miejscu amerykańskiej listy sprzedaży. Co więcej, w tym samym czasie na listę wróciły wszystkie poprzednie albumy Led Zeppelin, który tym samym stał się pierwszym wykonawcą w historii, która miała jednocześnie sześć albumów na Top 200 "Billboardu". Do dziś w samych Stanach sprzedało się ponad osiem milionów egzemplarzy "Physical Graffiti", a ponieważ jest to album dwupłytowy - pokrył się tam szesnastokrotną platyną. Album osiągnął szczyt notowania także w Wielkiej Brytanii, aczkolwiek w tym kraju dorobił się "zaledwie" podwójnej platyny. To nie jest tak, że uważamy się za najlepszy zespól na świecie - mówił żartobliwie Robert Plant. Sądzimy tylko, że jesteśmy o wiele lepsi niż Numer Drugi, kimkolwiek by on nie był!

Ogromnym sukcesem okazała się także amerykańska trasa promująca album, trwająca od stycznia do marca. Spoglądając wstecz można stwierdzić, że ta trasa przeszła jak błysk - wspominał Plant. Obfitowała w wiele bitew i zwycięstw. Zakończyła się sukcesem pod każdym względem, a ja osobiście doskonale się przez cały czas bawiłem. Nie mieliśmy żadnych problemów z przystosowaniem się do warunków tournee, choć zwykle zabierało nam to sporo czasu, by wskoczyć w odpowiedni rytm. Nasza [nowa] muzyka znalazła zdumiewający oddźwięk u publiczności. Wszyscy po prostu pokochali utwory z , "Physical Graffiti". Miało to dla nas olbrzymie znaczenie. W maju zespół zagrał serię udanych, wyprzedanych do ostatniego miejsca koncertów w Londynie, a na koniec sierpnia zaplanowany był początek kolejnej trasy po Stanach, która miała zdystansować wszystkie dotychczasowe sukcesy.


Niestety, w tym właśnie momencie kariera grupy uległa nagłemu załamaniu. 4 sierpnia Robert Plant przeżył poważny wypadek samochodowy, który na długie miesiące uniemożliwił mu koncertowanie. Trasa została odwołana, a zespół już nigdy nie miał wspiąć się na wyżyny, na których dotąd przebywał. Błyskawicznie zaczął staczać się po równi pochyłej. Wydany w 1976 roku album "Presence" nie był co prawda wiele słabszy od poprzednich wydawnictw (znalazł się na nim m.in. genialny utwór "Achilles Last Stand"), ale spotkał się z wyraźną niechęcią prasy, a także osiągnął najniższą sprzedaż z całej dyskografii zespołu. Na jego następcę trzeba było czekać ponad trzy lata (jedną z przyczyn była śmierć syna Planta), a gdy "In Through the Out Door" już się ukazał - okazał się kompletną artystyczną porażką. Zawarty na nim materiał nie miał nic wspólnego z muzyczną przeszłością grupy - przeważają na nim łagodne, banalne piosenki, w których dominującą rolę często odgrywają brzmienia syntezatorów. Dalszą działalność grupy przerwała śmierć Johna Bonhama w sierpniu 1980 roku.



Źródła cytatów:
1. Lewis Dave, Led Zeppelin. Hołd, Wydawnictwo Britanica Press, 1992
2. Kendall Paul, Led Zeppelin. Niebiańskie progi, Wydawnictwo Rock-Serwis, 1993
3. Świrkowicz Marek, Inna rzeczywistość, "Teraz Rock Kolekcja" 2009, nr 4, s. 30-31
4. Babula Jordan, Mieszkańcy, "Teraz Rock" 2011, nr 6, s. 114


Więcej na temat:


23 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Loose Ends" (1974)



"Loose Ends" okazał się najsłabszym z dotychczas wydanych pośmiertnych albumów Hendrixa. Tak słabym, że amerykański wydawca postanowił w ogóle go nie wydawać. To przede wszystkim zbiór różnych jamów (np. "Jam 292", "Burning Desire") i szkiców (instrumentalna wersja "Have You Ever Been (to Electric Ladyland)"). Z "Blue Suede Shoes" możemy dowiedzieć się jak wyglądała praca Hendrixa w studiu - przez połowę nagrania muzyk instruuje Buddy'ego Milesa jak powinien zagrać partię perkusji. Niewątpliwie ma to wartość historyczną, ale tylko pogłębia wrażenie, że "Loose Ends" jest zbiorem nieukończonych nagrań, wydanych tylko po to, aby zarobić na zmarłym artyście. Jedynym utworem, do którego nie ma wątpliwości, że Hendrix chciał, aby go wydano, jest "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice". Ale ten akurat utwór był już wydany za jego życia - na stronie B singla "Burning of the Midnight Lamp" i europejskim wydaniu kompilacji "Smash Hits". Ciekawostką jest nowy - tym razem stereofoniczny - miks, przygotowany przez Eddiego Kramera. Sam utwór jednak nie porywa.

Warto jednak poznać "Loose Ends" ze względu na obecność dwóch wcześniej niewydanych utworów, zarejestrowanych w trakcie sesji z lata 1970 roku, której wynikiem miał być album "First Rays of the New Rising Sun". Pierwszym z nich jest otwierający całość "Come Down Hard on Me Baby" - całkiem przyjemne blues rockowe nagranie, które nie wiadomo czemu musiało tak długo czekać na premierę. Drugim jest natomiast "The Drifter's Escape" z repertuaru Boba Dylana. Tym razem Hendrix nie wspiął się na wyżyny interpretacji cudzych kompozycji - jak było w przypadku genialnej wersji "All Along the Watchtower" - ale i tak wykonał kawał dobrej roboty. przerabiając prosty akustyczny kawałek na energetyczny hard rockowy popis.

Ocena: 5/10



Jimi Hendrix - "Loose Ends" (1974)

1. Come Down Hard on Me Baby; 2. Blue Suede Shoes; 3. Jam 292; 4. The Stars That Play with Laughing Sam's Dice; 5. The Drifter's Escape; 6. Burning Desire; 7. Born a Hootchie Cootchie Man; 8. Have You Ever Been (to Electric Ladyland)

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass (1-3,5-7); Mitch Mitchell - perkusja (1,3-5); Buddy Miles - perkusja (2,6,7); Noel Redding - bass (4)
Gościnnie: Sharon Layne - pianino (3)
Producent: John Jansen


22 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "War Heroes" (1972)



Archiwum z nieznanymi studyjnymi utworami Hendrixa powoli zaczęło się wyczerpywać. Wśród dziewięciu utworów, jakie znalazły się na "War Heroes", trzy były już wcześniej wydane: "Highway Chile" na stronie B singla "The Wind Cries Mary" i europejskim wydaniu kompilacji "Smash Hits" (tutaj ma jednak premierę w wersji stereo, przygotowanej specjalnie na ten album), a "Stepping Stone" i "Izabella" na jedynym singlu składu Band of Gypsys. będącego zarazem ostatnią małą płytą wydaną za życia gitarzysty (pierwszy z  nich został tu zamieszczony w wersji z późniejszymi dogrywkami - m.in. partią perkusji Mitcha Mitchella). Wspomnieć można jeszcze o coverze "Bleeding Heart" Elmore'a Jamesa, znanym już z koncertówki "Experience", aczkolwiek tutaj trafiła wcześniej niewydana wersja studyjna.

Jednak to właśnie te cztery utwory są najbardziej atrakcyjnymi fragmentami "War Heroes". Przebojowy "Bleeding Heart" z funkującą partią gitary i porywającymi solówkami świetnie sprawdza się w roli otwieracza. Aż dziwne, że utwór ten - zarejestrowany w marcu 1970 roku - nie został wcześniej wydany (np. na "The Cry of Love", zamiast zdecydowanie mniej interesującego "My Friend"). Obecność "Highway Chile" na tym albumie może budzić największe kontrowersje, wszak utwór był już wcześniej dość powszechnie dostępny. Zamieszczona tutaj wersja ma jednak więcej mocy od monofonicznego oryginału, dzięki czemu nabrał zupełnie nowej jakości. Największymi perłami "War Heroes" są jednak utwory "Stepping Stone" i "Izabella". Pierwszy to hard rockowy czad z ekscytującymi popisami Hendrixa, drugi porywa natomiast funkowym pulsem sekcji rytmicznej - przede wszystkim wyraźną partią Billy'ego Coxa.

Z pozostałych utworów tylko w jednym - "3 Little Bears" - pojawia się partia wokalna. To odrzut z sesji "Electric Ladyland", nie będący niczym więcej jak właśnie odrzutem, brzmiącym jak nieudana próba nagrania kawałka w stylu reggae. Reszta zawartych tu utworów to po prostu studyjne jamy. Czasem jednak naprawdę interesujące, jak "Tax Free" czy "Midnight", które pokazują zdecydowanie cięższe oblicze Hendrixa - w tym drugim pojawia się nawet riff (po raz pierwszy na początku drugiej minuty), który spokojnie mógłby zostać wykorzystany przez Black Sabbath. Nieco lżejszy "Beginning" to przede wszystkim popis Mitcha Mitchella, który notabene jest podpisany jako autor utworu. To jedyny fragment "War Heroes" (nie licząc dogrywek "Stepping Stone"), który został zarejestrowany podczas sesji do nieukończonego albumu "First Rays of the New Rising Sun". Natomiast "Peter Gunn Catastrophe", skądinąd całkiem przyjemna interpretacja motywu z serialu "Peter Gunn", jest niestety ewidentnym szkicem, co podkreśla jego nagłe urwanie i następujący po nim dialog Hendrixa z (prawdopodobnie) inżynierem dźwięku.

"War Heroes" to album, który warto mieć w swojej kolekcji, ze względu na kilka interesujących nagrań, wcześniej niedostępnych na długogrającym wydawnictwie. Jednak przez niektóre kawałki ("3 Little Bears", "Peter Gunn Catastrophe") całość sprawia bardziej wrażenie nieprzemyślanej kompilacji odrzutów, niż pełnoprawnego albumu studyjnego, za jaki miała być uważana. 

Ocena: 6/10



Jimi Hendrix - "War Heroes" (1972)

1. Bleeding Heart; 2. Highway Chile; 3. Tax Free; 4. Peter Gunn Catastrophe; 5. Stepping Stone; 6. Midnight; 7. 3 Little Bears; 8. Beginning; 9. Izabella

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, bass (1); Mitch Mitchell - perkusja (1-8); Noel Redding - bass (2,3,6,7); Billy Cox - bass (4,5,8,9); Buddy Miles - perkusja (9)
Producent: Jimi Hendrix, Eddie Kramer i John Jansen


20 lutego 2015

[Recenzja] Scorpions - "Return to Forever" (2015)



Scorpions to jeden z najdłużej słuchanych przeze mnie zespołów, ale nie czekałem z niecierpliwością na jego kolejny album. Wciąż chętnie wracam do ich dawnych dokonań: świetnego debiutu "Lonesome Crow", jeszcze lepszych - i bardzo niedocenianych - albumów z Ulim Jonem Rothem, a nawet do tych bardziej komercyjnych - ale wciąż hard rockowych - wydawnictw z pierwszej połowy lat 80. Natomiast na albumach wydanych po "Love at First Sting" niewiele dla siebie znajduję, może z wyjątkiem pojedynczych nagrań. Wyraźnie słychać na nich spadek formy kompozytorskiej, co zresztą potwierdza korzystanie z usług zawodowych songwritterów i zaprzyjaźnionych muzyków (na dosłownie każdym albumie, począwszy od "Crazy World" z 1990 roku). Brak pomysłów zespół próbował ukryć przeróżnymi eksperymentami: a to złagodzenie brzmienia ("Pure Instinct"), a to dodanie elektroniki ("Eye II Eye") lub orkiestry ("Moment of Glory" - składający się głównie ze znanych już wcześniej utworów), a to znów wyłączenie prądu (koncertówka "Acoustica").

Nieco ponad dekadę temu wydawało się jednak, że zespół odzyskuje formę. Albumy "Unbreakable" , "Humanity: Hour I" i "Sting in the Tail" nie były może jakimiś wybitnymi osiągnięciami, ale i tak cieszyło, że muzycy wrócili na nich do grania hard rocka. Dlatego trochę zmartwiła mnie informacja, że po wydaniu tego ostatniego zamierzają zakończyć karierę. Zanim jednak dobiegła końca trasa pożegnalna, w sklepach pojawiło się nowe wydawnictwo (zupełnie niepotrzebny "Comeblack", zawierający nowe wersje kilku przebojów grupy, a także kilka coverów), a w wywiadach muzycy zaczęli snuć plany kolejnego albumu - składającego się z utworów, które napisali w latach 80. i 90., ale których dotąd nie wydali. Oczywiście miały zostać nagrane od podstaw. Z czasem - kiedy członkowie grupy potwierdzili to, co było już wiadome od dawna, czyli rezygnację z emerytury - plany dotyczące tego wydawnictwa trochę się zmieniły, tzn. postanowiono umieścić na nim także utwory napisane współcześnie. A rezultat, zatytułowany "Return to Forever", właśnie trafia do sprzedaży.

W tym miejscu trzeba dodać, że nowe utwory zostały napisane głównie przez producentów albumu, Mikaela Norda Anderssona i Martina Hansena. Są oni współkompozytorami sześciu utworów ("Going Out with a Bang", "We Built This House", "All for One", "Catch Your Luck and Play", "Rollin' Home" i "Eye of the Storm", do których napisali muzykę i część tekstów), natomiast "The Scratch" stworzyli zupełnie sami, bez udziału kogokolwiek z zespołu. Kiepscy z nich jednak kompozytorzy. Mają też dziwny pogląd na to, jak powinny wyglądać utwory Scorpions. Do starszych fanów chcieli trafić poprzez zbyt oczywiste nawiązania do klasycznych utworów grupy: w singlowym "We Built This House" pojawia się riff bardzo zbliżony do tego z "Rock You Like a Hurricane" (ale nie tak udany i co gorsze, zupełnie bezsensownie doklejony do tej banalnej, popowej pioseneczki), z kolei riff z "All for One" brzmi jak żywcem wyjęty z "No One Like You". Lepiej wypadają "Going Out with a Bang" i - jeśli przymknąć oko na banalny refren - "Catch Your Luck and Play". Oba brzmią jak typowe kawałki Scorpions i na szczęście obyło się bez nachalnych skojarzeń z dawnymi kompozycjami grupy. Andersson i Hansen nie zapominają oczywiście o tym, że grupa zawsze słynęła też z ballad - czego rezultatem jest mdły "Eye of the Storm".

Z drugiej strony duet wyraźnie próbuje pozyskać nowych słuchaczy. Gdy usłyszałem "Rollin' Home" po prostu nie mogłem uwierzyć, że zespół zgodził się nagrać tak beznadziejny kawałek. Perkusyjnego wstępu chyba tylko ktoś głuchy nie skojarzyłby z "We Will Rock You", a to, co dzieje się później, woła o pomstę do nieba. Mówiąc wprost, zespół gra tutaj nowoczesny pop w najgorszej z możliwych odmian - zabrakło tylko obowiązkowego w takich nagraniach fragmentu z udziałem rapera. Ale i bez tego jest tragicznie. Przypomina to trochę eksperymenty z albumu "Eye II Eye", ale chyba nawet tam muzycy nie zniżyli się do tak żenującego poziomu... Ciekawszą i bardziej przekonującą próbą odświeżenia twórczości grupy jest "The Scratch", w którym pobrzmiewają lekkie echa bluesa, podane jednak w nowoczesnej formie, kojarzącej się z twórczością współczesnych zespołów nawiązujących do lat 70. To najlepszy kawałek z dostarczonych przez producentów. Na drugim miejscu umieściłbym "Going Out with a Bang", a o reszcie spróbuję jak najszybciej zapomnieć.

Pozostałe utwory zostały podpisane przez duet Schenker/Meine, z wyjątkiem "Rock 'n' Roll Band", autorstwa samego Meine'a. Nie wiadomo które z tych kompozycji są zupełnie nowe, a które to odrzuty sprzed lat - z dwoma wyjątkami: "Rock My Car" był grany przez zespół na kilku koncertach w 1988 roku, natomiast "Rock 'n' Roll Band" był grany na akustycznych koncertach z lat 2013-14 (udokumentowanych albumem "MTV Unplugged: Live in Athens"), a z wypowiedzi muzyków wynika, że powstał wiele lat wcześniej. To zresztą mój zdecydowany faworyt z tego albumu. Jedyny utwór, w którym jest i prawdziwie hard rockowy czad, i naprawdę dobra melodia - a więc znaki rozpoznawalne Scorpions z najlepszych lat działalności. "Rock 'n' Roll Band" spokojnie mógłby trafić na "Blackout" lub "Love at First Sting". Natomiast "Rock My Car" rozczarował mnie, na bootlegach wypadał lepiej. Tutaj zepsuto go poprzez dodanie bezsensownych chórków łoo-o-o łoo-o-o, kojarzących się z Coldplay i innymi pseudorockowymi grupami. Podobnym zabiegiem zepsuto "Hard Rockin' the Place" - niby fajny hard rockowy numer, ale z niepotrzebnymi chórkami, którym towarzyszą zniekształcone słowa tytułu. Całości dopełniają dwie ballady: "House of Cards" - nawet zgrabna, ale zanadto wygładzona i za bardzo przypominająca "Lorelei" z "Sting in the Tail" - oraz miałka "Gypsy Life".

Jeżeli ktoś chciałby dłużej pomęczyć się z tym albumem, to powinny go zainteresować wersje rozszerzone. Tak, w liczbie mnogiej - przekleństwem naszych czasów jest, że każdy nowy album ukazuje się w kilku wydaniach, często różniących się zestawem utworów. Aby skompletować wszystkie kawałki, jakie zespół nagrał, trzeba nabyć trzy wersje "Return to Forever": limitowaną Deluxe Edition (cztery bonusy: "The World We Used to Know", "Dancing with the Moonlight", "When the Truth Is a Lie" i "Who We Are"), wersję dostępną tylko w sklepach sieci Saturn (jeden bonus: "One and One is Three"), oraz cyfrową wersję z iTunes (także jeden bonus: "Delirious"). Najlepiej jednak w ogóle nie zawracać sobie głowy tymi odrzutami, bo wszystkie wypadają bardzo słabo, nawet na tle - niezbyt udanej przecież - podstawowej zawartości longplaya (uwaga: nie miałem jeszcze możliwości przesłuchać "One and One is Three", ale gdyby był dobry, to przecież nie przeznaczono by go do sprzedaży tylko w jednym sklepie).

Podsumowując, wyszło by chyba na lepsze, gdyby muzycy trzymali się swojego pierwotnego pomysłu, a więc umieścili tutaj więcej odrzutów z poprzednich dekad - z czasów, kiedy jeszcze potrafili sami tworzyć muzykę. Przede wszystkim powinni jednak zrezygnować z współpracy z Anderssonem i Hansenem, którzy zupełnie do nich nie pasują (wcześniej współpracowali m.in. z pseudorockowym The Rasmus), a w dodatku każą nagrywać kawałki swojego autorstwa, proponują dziwne aranżacje, oraz nie mają żadnego pojęcia jak powinien brzmieć rockowy album. "Return to Forever" - podobnie jak wcześniej produkowane przez nich "Sting in the Tail" i "Comeblack" - ma bardzo nienaturalne brzmienie: perkusja brzmi płasko, niczym automat perkusyjny, gitary cienko brzęczą, zamiast porządnie wybrzmieć, a bas ledwo słychać. Zespół z 50-letnim doświadczeniem (tak, Scorpions powstał w 1965 roku, chociaż pierwszy album wydali dopiero siedem lat później) powinien mieć więcej do powiedzenia w studiu, zamiast tak całkowicie podporządkować się producentom, niczym jakiś zaczynający karierę popowy produkt. 

Ocena: 2/10



Scorpions - "Return to Forever" (2015)

1. Going Out with a Bang; 2. We Built This House; 3. Rock My Car; 4. House of Cards; 5. All for One; 6. Rock 'n' Roll Band; 7. Catch Your Luck and Play; 8. Rollin' Home; 9. Hard Rockin' the Place; 10. Eye of the Storm; 11. The Scratch; 12. Gypsy Life

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - bass; James Kottak - perkusja
Producent: Mikael Nord Andersson i Martin Hansen


19 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Rainbow Bridge" (1971)



Długo nie trzeba było czekać na kolejny pośmiertny album Hendrixa - "Rainbow Bridge" (teoretycznie będący soundtrackiem do tak samo zatytułowanego filmu dokumentalno-koncertowego, ale zawierającego inny repertuar) ukazał się zaledwie pół roku po "The Cry of Love". Niestety, poziom zaprezentowanych tutaj nagrań jest wyraźnie słabszy. Największe wrażenie robi koncertowa wersja "Hear My Train a Comin'" (mającego tu zresztą swoją płytową premierę), zarejestrowana 30 maja 1970 roku w kalifornijskim Berkeley Community Theatre. To niemal 12-minutowy porywający popis umiejętności gitarzysty, nieco w klimacie nagrań z "Band of Gypsys", chociaż tutaj na perkusji gra Mitch Mitchell, którego uderzenia są znacznie bardziej oszczędne, w porównaniu z gęstą grą Buddy'ego Milesa.

Wszystkie pozostałe utwory zostały zarejestrowane w studiu. I w przypadku niektórych z nich znów pojawiają się wątpliwości, czy Hendrix chciałby aby ujrzały one światło dzienne. Dotyczy to zwłaszcza tych najstarszych nagrań. Np. "Look Over Yonder" zarejestrowanego w październiku 1968 roku, zaledwie kilka dni po premierze albumu "Electric Ladyland", jeszcze przed rozpadem składu Experience. Jest to bowiem dość chaotyczna i słaba melodycznie kompozycja. Albo interpretacja amerykańskiego hymnu "Star Spangled Banner". Hendrixowskie wykonanie tego utworu na Woodstocku jest jednym z symboli tego słynnego festiwalu. Tutaj jednak została umieszczona bardziej zachowawcza wersja studyjna, zarejestrowana w marcu 1969 roku, a więc kilka miesięcy przed występem na Woodstock Festival. Sformułowanie "wersja studyjna" jest zresztą trochę naciągane, bo nagranie ma raczej charakter szkicu.

Nieco lepiej prezentują się dwa utwory z czasów Band of Gypsys, zarejestrowane pod koniec 1969 roku: "Earth Blues" i "Room Full of Mirrors" (tylko drugi z nich został zaprezentowany w oryginalnej wersji, w pierwszym oryginalna partia perkusji Milesa została zastąpiona nagraną później przez Mitchella). Chociaż tutaj też nie ma rewelacji, zwłaszcza w porównaniu z bardziej żywiołowymi nagraniami z "Band of Gypsys". Oba utwory są bardziej wygładzone produkcyjnie i ograniczone piosenkowymi strukturami.

Najbardziej wartościowymi ze studyjnych nagrań, podobnie jak na "The Cry of Love" są zatem utwory z sesji, która odbyła się latem 1970 roku, a jej wynikiem miał być album "First Rays of the New Rising Sun". Trzy kolejne utwory z tej sesji prezentują się naprawdę nieźle, chociaż wielkiej ekscytacji nie wywołują. Otwierający album "Dolly Dagger" to całkiem przyjemny, chwytliwy kawałek, oparty na zgrabnym riffie. Instrumentalny "Pali Gap" zaskakuje przede wszystkim latynoskim klimatem, a zachwyca długą, ciągnącą się przez praktycznie cały utwór, solówką Hendrixa. I w końcu finał albumu w postaci "Hey Baby (New Rising Sun)". To zdecydowanie najlepiej skomponowany z zawartych tutaj utworów, wyróżniający się balladowym charakterem. Godny następca "Little Wing" i "Angel", chociaż pod względem muzycznym dzieje się w nim zdecydowanie więcej (ale nie aż tyle, by postawić go w jednym rzędzie z "1983... (A Merman I Should Turn to Be)").

"Rainbow Bridge" to nic więcej jak zbiór odrzutów, pomiędzy którymi znalazło się kilka perełek wartych wydania, w otoczeniu mniej lub bardziej rozczarowujących wypełniaczy.

Ocena: 6/10



Jimi Hendrix - "Rainbow Bridge" (1971)

1. Dolly Dagger; 2. Earth Blues; 3. Pali Gap; 4. Room Full of Mirrors; 5. Star Spangled Banner; 6. Look Over Yonder; 7. Hear My Train a Comin' (live); 8. Hey Baby (New Rising Sun)

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass (1-4,7,8); Mitch Mitchell - perkusja (1-3,6-8); Buddy Miles - dodatkowy wokal (2), perkusja (4); Noel Redding - bass (6)
Gościnnie: Juma Sultan - instr. perkusyjne (1,3,6); Albert Allen i Arthur Allen - dodatkowy wokal (1); Veronica Bennett, Estelle Bennett i Nedra Talley - dodatkowy wokal (2)
Producent: Jimi Hendrix, Mitch Mitchell, Eddie Kramer i John Jansen


18 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Isle of Wight" (1971)



Ostatni występ Jimiego Hendrixa w Wielkiej Brytanii, podczas festiwalu Isle of Wight, odbył się niespełna trzy tygodnie przed śmiercią muzyka. Ale do historii przeszedł z innego powodu. Mówiąc wprost, nie był to szczególnie udany koncert. Zapowiadany był na niedzielny wieczór, 30 sierpnia 1970 roku, ale z powodu poślizgu na festiwalu, rozpoczął się dopiero we wczesnych godzinach rannych w poniedziałek. Zespół był nieprzygotowany, nie odbył wcześniej żadnej próby, a rozdrażnienie Hendrixa licznymi problemami technicznymi i publicznością - która nie chciała słuchać nowych utworów i domagała się znanych hitów - sprawiło, że często niespodziewanie przyśpieszał lub improwizował poza rytmem, co z kolei powodowało konsternację sekcji rytmicznej Mitchell/Cox. Cały występ można określić jako chaotyczny, bałaganiarski. A jednak, były podczas niego również ciekawe momenty. Część z nich trafiła na dokumentujący wydarzenie album "Isle of Wight", wydany kilkanaście miesięcy później, w listopadzie 1971 roku.

Album rozpoczyna się od "Midnight Lightning" - wolnego, dość stonowanego bluesa, pełnego rozbudowanych gitarowych solówek. Warto dodać, że utwór ma tutaj swoją płytową premierę (studyjna wersja, dokończona już po śmierci Hendrixa, ukazała się dopiero w 1975 roku, na tak samo zatytułowanym albumie). Wzrost dynamiki następuje w czadowej, rozimprowizowanej wersji "Foxy Lady". Świetne wykonanie, szkoda tylko, że częściowo zakłócone rozmową pracowników ochrony przez walkie-talkie, która została przechwycona przez sprzęt nagłośnieniowy... Ale zaraz potem otrzymujemy kolejną premierę, "Lover Man" - konkretny hardrockowy kawałek, tym razem bez żadnych improwizacji i - na szczęście - zakłóceń. Utwór został zarejestrowany w studiu jeszcze przez skład znany jako The Jimi Hendrix Experience, zaledwie kilka dni po premierze albumu "Electric Ladyland", ale nie wydano go aż do 1997 roku, gdy trafił na kompilację "South Saturn Delta". Mimo tego, kompozycja była regularnie wykonywana przez Hendrixa podczas koncertów.

Drugą stronę "Isle of Wight" rozpoczyna "Freedom" - jeden z lepiej zagranych podczas tamtego występu utworów. Zespół w końcu zabrzmiał zwarcie, nikt nie przyśpieszał ani nie zwalniał, obyło się również bez problemów technicznych. Trochę słabiej wypadł natomiast "All Along the Watchtower". Nie tylko przez brak partii drugiej gitary, przez co zabrzmiał nie pełnie, ale również przez problemy z gitarą Hendrixa. W pewnym momencie zirytowany gitarzysta zaczyna wyraźnie przyśpieszać, zostawiając w tyle sekcję rytmiczną. Mimo to, jego solówki w tym utworze są jak zwykle rewelacyjne, a wszystkie niedociągnięcia nadają mu autentyczności, której brakuje na dzisiejszych koncertówkach. Finał albumu - podobnie jak koncertu - to utwór "In from the Storm", poprzedzony długą perkusyjną solówką. Zespołowi znów udało zabrzmieć się spójnie, a przy okazji następuje tutaj świetna interakcja muzyków, z których każdy daje z siebie wszystko.

I to wszystko. Niewiele ponad półgodzinny urywek trwającego dwie godziny występu. Kompletny zapis występu został wydany dopiero w 2002 roku na albumie "Blue Wild Angel: Live at the Isle of Wight". Do jego najciekawszych fragmentów - pomijając powtórki z "Isle of Wight" - zaliczyć trzeba otwierające występ interpretacje brytyjskiego hymnu "God Save the Queen" i beatlesowskiego "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", a także porywającą, jedenastominutową wersję "Red House". Niestety, są tam też liczne mniej udane momenty, dlatego mimo wszystko lepiej ograniczyć się do oryginalnego "Isle of Wight", stanowiącego esencję tego występu.

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Isle of Wight" (1971)

1. Midnight Lightning; 2. Foxy Lady; 3. Lover Man; 4. Freedom; 5. All Along the Watchtower; 6. In from the Storm

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Michael Jeffery


17 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "The Cry of Love" (1971)



Kiedy umiera znany muzyk, nie trzeba długo czekać na lawinę pośmiertnych wydawnictw - nie tylko kompilacji największych przebojów, ale także albumów zawierających zupełnie premierowy materiał. W tym drugim przypadku zazwyczaj są to nagrania koncertowe albo niewiele warte odrzuty ze studia, których sami artyści nie chcieliby nigdy opublikować, co prowadzi do niekończących się dyskusji na temat moralności takiego postępowania wydawców. Kontrowersje pojawiły się również po śmierci Jimiego Hendrixa (18 września 1970 roku). Aczkolwiek w jego przypadku, wydawanie niepublikowanego wcześniej materiału było - przynajmniej na początku - wręcz koniecznie. A to dlatego, że ostatnie miesiące życia spędził w studiu, pracując nad dwupłytowym albumem "First Rays of the New Rising Sun". Hendrix zdążył nie tylko zarejestrować wszystkie swoje partie (aczkolwiek nie ze wszystkich był w pełni zadowolony), a także zmiksować część z nich wspólnie z inżynierem dźwięku Eddiem Kramerem. To właśnie Kramer, a także perkusista Mitch Mitchell, podjęli się wyzwania dopracowania pozostałych nagrań tak, aby nadawały się do wydania.

Rezultatem ich zmagań jest "The Cry of Love" - zestaw dziesięciu utworów, z których większość powstała podczas sesji nagraniowych "First Rays of the New Rising Sun", trwających między 16 czerwca a 24 sierpnia 1970 roku. Oprócz Hendrixa w nagraniach brali udział Mitchell i basista Billy Cox. Nieco wcześniej, bo w grudniu 1969, zarejestrowana została podstawa utworu "Ezy Ryder" (dlatego partia perkusji została zagrana przez Buddy'ego Milesa, a nie Mitchella), jednak wiele partii zostało dograne później, już podczas właściwej sesji (w tym chórki Steve'a Winwooda i Chrisa Wooda z Traffic). Ewidentnie starszym utworem jest natomiast "My Friend" - odrzut z sesji "Electric Ladyland", zarejestrowany w marcu 1968 roku, w dość przypadkowym składzie: z Noelem Reddingem na basie, a także z gościnnym udziałem gitarzysty Kenny'ego Pine'a, perkusisty Jimmy'ego Mayesa, pianisty Stephena Stillsa, oraz grającego na harmonijce Paula Caruso. Warto dodać, że po śmierci Hendrixa niewiele kombinowano przy tym materiale. Jedyne dogrywki to partia perkusji w "Angel", a także dodanie wibrafonu do "Drifting" (Hendrix rozważał ten pomysł, ale nie był pewien czy lepiej nie dodać zamiast niego dodatkowej partii gitary).

Chociaż Kramer i Mitchell wykonali kawał dobrej roboty, aby całość sprawiała wrażenie przemyślanego, ukończonego albumu, to można mieć wątpliwości, czy ich wizja pokrywa się z wizją, którą miał Hendrix. Osobiście szczerze wątpię, aby chciał on umieszczać na swoim nowym albumie utwór "My Friend" - nie dość, że zdecydowanie słabszy od reszty, to jeszcze odstający od niej pod względem stylistycznym (utrzymany jest w żartobliwym, barowym klimacie). Mam też wątpliwości co do "Belly Button Window", czyli ostatniego utworu, jaki Hendrix zarejestrował w swoim życiu. To bardzo surowe nagranie, zarejestrowane bez pomocy innych muzyków - sądzę, że Jimi chciałby nad nim jeszcze popracować, dodać więcej instrumentów. W zaprezentowanej tutaj formie ma wartość historyczną, ale zaniża poziom albumu. Kramer i Mitchell mieli przecież do wyboru wiele ciekawszych utworów, że wspomnę tylko o porażającym energią "Stepping Stone" (o którym przypomnieli sobie dopiero przy tworzeniu trzeciego pośmiertnego albumu Hendrixa, "War Heroes").

Do wyboru pozostałych utworów na "The Cry of Love" naprawdę trudno się przyczepić. Stanowią one świetny przegląd przez różne oblicza Hendrixa. Od tego najbardziej czadowego, stricte hard rockowego ("Freedom", "Ezy Ryder", "Night Bird Flying", wzbogacony domieszką funku "Straight Ahead", oraz najbardziej zadziorny "In From the Storm"), przez to bardziej eksperymentalne (psychodeliczny "Astro Man"), aż po to najbardziej liryczne (przepiękne ballady "Drifting" i "Angel" - osobiście preferuję tę pierwszą, chociaż to druga z nich została wydana na singlu i tym samym zyskała większą popularność). Do moich faworytów z tego albumu należą jednak przede wszystkim autentycznie przebojowe, ale nie popadające w radiowy banał, "Freedom" i "Ezy Ryder". Zresztą najwyraźniej nie tylko do moich, bo oba były stałymi punktami występów Hendrixa w ostatnich miesiącach jego życia.

"The Cry of Love" to zdecydowanie najlepszy ze studyjnych albumów Hendrixa wydanych pośmiertnie. Ale to akurat nie powinno dziwić - po prostu wykorzystano na nim w większości utwory, które muzyk zdążył ukończyć za życia, lub takie, które wymagały najmniej dogrywek. W przypadku kolejnych wydawnictw trzeba już było w coraz większym stopniu korzystać z niekompletnych nagrań... A jednak ciężko jest jednoznacznie ocenić "The Cry of Love". Z jednej strony jest to naprawdę solidnie przygotowany materiał, a z drugiej pozostaje przekonanie, że mógłby być znacznie lepszy, gdyby został dokończony przez samego Hendrixa.

Ocena: 7/10



Jimi Hendrix - "The Cry of Love" (1971)

1. Freedom; 2. Drifting; 3. Ezy Ryder; 4. Night Bird Flying; 5. My Friend; 6. Straight Ahead; 7. Astro Man; 8. Angel; 9. In From the Storm; 10. Belly Button Window

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino (1); Billy Cox - bass (1-4,6-9); Mitch Mitchell - perkusja (1,2,4,6-9); Buddy Miles - perkusja (3); Noel Redding - bass (5)
Gościnnie: Juma Sultan - instr. perkusyjne (1,4,7); Albert Allen i Arthur Allen - dodatkowy wokal (1); Buzzy Linhart - wibrafon (2); Billy Armstrong - instr. perkusyjne (3); Steve Winwood i Chris Wood - dodatkowy wokal (3); Kenny Pine - gitara (5); Jimmy Mayes - perkusja (5); Stephen Stills - pianino (5); Paul Caruso - harmonijka (5); Emeretta Marks - dodatkowy wokal (9)
Producent: Jimi Hendrix, Eddie Kramer i Mitch Mitchell


16 lutego 2015

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)



"Band of Gypsys" to album wyjątkowy z wielu powodów. Pierwszy wydany pod samym nazwiskiem Hendrixa, nagrany bez dotychczasowej sekcji rytmicznej, pierwszy zarejestrowany na żywo, a zarazem ostatni, jaki ukazał się za jego życia. Wydany został właściwie z przymusu, z powodu kontraktu, który gitarzysta podpisał w 1965 roku z niejakim Edem Chalpinem, gdy pracował jako muzyk sesyjny. Muzyk zupełnie o nim zapomniał, przez co nie został - w przeciwieństwie do innych z tamtego okresu - odkupiony przez Chasa Chandlera, gdy ten odkrył Hendrixa i stworzył grupę Experience. Chaplin przypomniał o kontrakcie pod koniec lat 60. - aby się z niego wywiązać, Jimi musiał nagrać nowy album z premierowym materiałem. Muzyk nie miał jednak zamiaru poświęcać na tego zbyt wiele czasu, dlatego dostarczył Chaplinowi nagrania dokonane podczas koncertów. Były to debiutanckie występy jego nowego zespołu, Band of Gypsys, w skład którego wchodzili także basista Billy Cox i  perkusista Buddy Miles. Grupa wystąpiła w nowojorskim Fillmore East, dając po dwa występy 31 grudnia 1969 roku i 1 stycznia 1970. Fragmenty z drugiego dnia wypełniają album "Band of Gypsys" (sygnowany nazwiskiem Hendrixa z powodu kontraktu).

Opisywanie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, ponieważ wszystkie prezentują się podobnie: nie ma tu żadnych ballad, postawiono na stricte czadowy repertuar, z czarnoskórą sekcją rytmiczną Cox/Miles zapewniającą mocny, funkowy podkład pod ekscytujące popisy Hendrixa. Obaj grają bardzo gęsto, w przeciwieństwie do białej sekcji Experience - i jest to zmiana zdecydowanie na plus. Najprościej można określić zawartą tutaj muzykę jako hard rock oparty na funkowo bujających rytmach ("Who Knows", "Power of Soul", "Message to Love", "We Gotta Live Together"), chociaż czasem bliżej jest do typowego blues rocka ("Machine Gun"), a czasem robi się niemal soulowo ("Changes"). Wszystkie utwory wypadają bardzo dobrze, jeśli jednak koniecznie musiałbym jakieś wyróżnić, to w pierwszej kolejności byłby to "Machine Gun", w którym są najdłuższe i najbardziej porywające solówki, a także ciekawe imitowanie dźwięku karabinu maszynowego przez perkusję (utwór, jak przystało na czas powstania, ma antywojenną wymowę). Drugim utworem, zasługującym na szczególne wyróżnienie, jest "Power of Soul", z fantastycznym gitarowym riffem i rewelacyjnie pulsującym basem.

Sporą różnorodność albumu zapewnia jego warstwa wokalna. Buddy Miles pełni rolę głównego wokalisty w dwóch utworach swojego autorstwa ("Changes" i "We Gotta Live Together"), wspomaga także Hendrixa we wszystkich jego kompozycjach (a w "Who Knows" i "Machine Gun" nawet samodzielnie śpiewa spore fragmenty). Głosy obu muzyków znacząco się różnią: Miles śpiewa znacznie wyżej i bardziej soulowo; chociaż Hendrix też świetnie sobie radzi wokalnie w takim bardziej - w porównaniu z twórczością Experience - afroamerykańskim graniu.

Mam wrażenie, że to właśnie album "Band of Gypsys" jest esencją Hendrixa jako muzyka. Że dopiero tutaj pokazał na co naprawdę go stać. Na albumach "Are You Experienced" i "Axis: Bold as Love" był ograniczany przez producenta, który dbał o to, aby każdy utwór zachowywał radiowy format; natomiast na wyprodukowanym samodzielnie "Electric Ladyland" Jimi nie zdołał oprzeć się pokusom, jakie dawała praca w studiu, i po prostu przesadził z różnymi eksperymentami. Tymczasem "Band of Gypsys" zawiera muzykę szczerą i nieograniczoną niczym, poza limitem czasowym płyty winylowej (szkoda, że nie zdecydowano się na album dwupłytowy). Na koniec jeszcze raz pochwalić muszę sekcję rytmiczną, dzięki której całość nabrała fantastycznej dynamiki.

Ocena: 9/10



Jimi Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)

1. Who Knows; 2. Machine Gun; 3. Changes; 4. Power of Soul; 5. Message to Love; 6. We Gotta Live Together

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Buddy Miles - wokal i perkusja; Billy Cox - bass
Producent: Jimi Hendrix


13 lutego 2015

[Artykuł] 45 lat albumu "Black Sabbath"

Dokładnie 45 lat temu, w piątek 13 lutego 1970 roku, miała miejsce premiera jednego z najbardziej przełomowych i inspirujących albumów w dziejach muzyki rockowej - debiutanckiego dzieła grupy Black Sabbath, zatytułowanego po prostu "Black Sabbath". Nikt wcześniej nie grał muzyki tak ciężkiej i mrocznej, chociaż charakterystyczny styl grupy narodził się nieco przypadkiem. Zanim jednak do tego dojdziemy, cofnijmy się do samego początku...



Własne brzmienie

Był rok 1968. Wielka Brytania, Birmingham. W pewnym sklepie muzycznym w dzielnicy Aston pozostawiono ogłoszenie o treści: "Ozzy Zig chce koncertować, posiada własny piec". Jego autorem był John "Ozzy" Osbourne, wokalista właśnie rozwiązanej grupy Rare Breed. Wraz z jej gitarzystą, Terencem "Geezerem" Butlerem, postanowił założyć nowy zespół. Na ogłoszenie odpowiedzieli gitarzysta Frank Anthony "Tony" Iommi i perkusista Bill Ward - obaj z innego zespołu, który właśnie zakończył działalność, Mythology. Pierwszy z nich początkowo miał wątpliwości (znał Osbourne'a ze szkoły i uważał, że nie nadaje się na wokalistę), ale za namową perkusisty zdecydował się pójść na próbę i przekonać czy coś z tego wyjdzie. Na miejscu okazało się, że w skład grupy wchodzą także gitarzysta Jimmy Philips i saksofonista Alan Clarke. Geezer zdecydował się przerzucić na gitarę basową, mimo że... nawet nie posiadał tego instrumentu. Podstroił swojego Fendera Telecastera próbując zagrać na nim partie basu - wspominał Iommi w swojej autobiografii. Pomyślałem, ze to będzie straszna klapa, ale ku mojej uldze poszedł wypożyczyć bas Hofner od swojego byłego zespołu. Miał on tylko trzy struny, ale i tak Geezer grał wtedy tylko na jednej.

Zagraliśmy trochę bluesa, kilka piosenek, i nazwaliśmy się The Polka Tulk Blues Band - kontynuował Iommi. Sekstet zagrał kilka koncertów, ale nie wypadły one najlepiej. Kiedy graliśmy solówki, wszyscy grali jednocześnie i to było w porządku - wspominał gitarzysta. Ale ci dwaj kolesie [Philips i Clarke] tylko się wygłupiali i to mnie martwiło. Spotkałem się z Billem, Geezerem i Ozzym i powiedziałem im, że saksofonista i Jimmy do nas nie pasują. Aby nie ranić ich uczuć, nie wyrzucono ich z zespołu, a przekazano im wiadomość o rozwiązaniu go. Kilka dni później Iommi, Ward, Geezer i Ozzy reaktywowali zespół pod nową nazwą - Earth Blues Band, wkrótce skróconą do Earth. Graliśmy dwunastotaktowego bluesa, w stylu Ten Years After - wyjaśniał Iommi. Wkrótce zaczęliśmy grać bardziej jazzowo, a Billowi podobała się muzyka bigbandowa, więc graliśmy też jazzowe kawałki. Ozzy'emu bardzo dobrze to wychodziło. Geezer bardzo szybko nauczył się grać na basie: zanim się obejrzeliśmy, już grał jak stary wyjadacz. Podstawą stylu grupy stała się współpraca trzech instrumentalistów - sekcja rytmiczna nie była tylko tłem dla popisów gitarzysty i charakterystycznego, zawodzącego śpiewu Osbourne'a, ale często wysuwała się na pierwszy plan.

U progu kariery: Tony Iommi, Bill Ward, Geezer Butler i Ozzy Osbourne.
Grupa miała też swoje własne, unikalne brzmienie. Stopniowo zmienialiśmy muzykę, w zależności od miejsca, w którym graliśmy - wspominał Ward. Ludzie pili, gadali i zagłuszali nas. Gdy graliśmy nasze miłe kawałki jazzowo-bluesowe, nikt nie zwracał uwagi. Podkręciliśmy więc głośność i wymietliśmy towarzystwo. To wciąż jednak było za mało, by wyróżniać się na tle innych ówczesnych grup blues rockowych, jak Cream czy Led Zeppelin. Największy wpływ na brzmienie grupy miał wypadek, który zdarzył się Iommiemu kilka lat wcześniej, jeszcze przed dołączeniem do Mythology. Przycinałem blachy w fabryce - wspominał. Ostrze opadło na palce, obcinając koniuszki środkowego i serdecznego. Byłem poważnie załamany, dopóki mój brygadzista nie przyniósł do domu płyty i kazał posłuchać. Była to muzyka gitarowa - musiałem przyznać, że fantastyczna - ale jakby pocierana po strunach. Powiedział mi, że to Django Reinhardt, wspaniały gitarzysta jazzowy, który uszkodził dwa palce w pożarze, a niesamowite solówki grał pozostałymi dwoma. To zainspirowało mnie do kontynuacji gry, znalezienia własnej metody. Polega ona na tym, że riffy gra za pomocą dwóch zdrowych palców, a pozostałych dwóch używa wyłącznie do solówek. Aby zmniejszyć ból, przygotował specjalne nakładki na palce, a także zaczął używać cieńszych strun. Gdy to okazało się niewystarczające, Iommi obniżył strój instrumentu, co zaowocowało cięższym i mroczniejszym brzmieniem.

Mało brakowało, a grupa Earth nie pozostawiłaby po sobie żadnego śladu w historii muzyki. Na początku grudnia 1968 roku, kiedy koncertowała jako support Jethro Tull, Iommi dostał propozycję dołączenia do tego zespołu. Po chwili wahania i namowach pozostałych członków Earth, gitarzysta zgodził się. Jego przygoda z Jethro Tull nie trwała jednak długo. Gwoździem do trumny okazało się spotkanie z menadżerem zespołu - wspominał. Powiedział: "Dostaniesz 25 funtów tygodniowo i masz szczęście, że tu jesteś". To mnie wkurzyło. Powiedziałem: "Co to znaczy, że mam szczęście? Zaangażowali mnie, bo podobała im się moja gra, a nie dlatego, że mam szczęście!". Przemyślałem sobie wszystko i doszedłem do wniosku, że chcę być częścią zespołu, który razem tworzy muzykę, a nie być dołączonym do istniejącego już zespołu i "mieć szczęście". Muzycy Jethro Tull nie zatrzymywali na siłę gitarzysty, poprosili go tylko aby pozostał na czas kręcenia filmu "The Rolling Stones Rock and Roll Circus". W połowie grudnia było już po wszystkim. Iommi wrócił do Earth i od tego czasu kariera grupy nabierała coraz większego rozpędu, muzycy grali koncerty w coraz bardziej prestiżowych miejscach. Podczas jednego występu zwrócili na siebie uwagę niejakiego Tony'ego Halla, który zapragnął podpisać z nimi kontrakt (i szybko przekazać ich wytwórni Fontana, należącej do Philips Records).

W studiu

Hall zainwestował w grupę tysiąc funtów - każdy członek dostał po stówie (Było to dla nas prawdziwym majątkiem, choć z chęcią nagralibyśmy tę płytę nawet za darmo - wspominał Iommi), pozostałe sześćset zostało przeznaczone na wynajęcie studia, gdzie zespół miał nagrać swój debiutancki album. Grupa już nie nazywała się Earth - w sierpniu 1969 roku muzycy zmienili nazwę na Black Sabbath (nieco wcześniej napisali utwór o tym właśnie tytule, zaczerpniętym od włoskiego horroru z 1963 roku). Producentem albumu został Rodger Bain. Wybrano go za nas - wyjaśniał Iommi. Spotkaliśmy się z nim wcześniej i polubiliśmy go. Był równie zielony jak my i niewiele wcześniej osiągnął. Miał dwadzieścia kilka lat, podobnie jak my, no może trochę więcej. Jako producent nadzorował całe nagranie. Dobrze było go mieć koło siebie, ale nie dawał nam zbyt wielu rad. Może zasugerował parę drobiazgów, ale nasze utwory były już dostatecznie dopracowane.

Sesja nagraniowa rozpoczęła się 16 października 1969 roku w londyńskim Regent Sound Studios, pod okiem Baina oraz inżynierów dźwięku Toma Alloma i Barry'ego Sheffielda. Natomiast zakończyła... jeszcze tego samego dnia! Dzień później odbyło się miksowanie materiału, przy którym podobno nikt z grupy nie był nawet obecny. Mimo rekordowo szybkiego czasu nagrań, sesja wcale nie przebiegała gładko. Największy problem polegał zawsze na wytłumaczeniu ludziom, że mamy własne, ustalone brzmienie - wyjaśniał Iommi. Moja gitara i bas Geezera musiały się idealnie ze sobą zgadzać, żeby stworzyć ścianę dźwięku. Większość ludzi widzi bas jako bas i tylko tyle. Tymczasem brzmienie Geezera jest bardziej chropowate, bardziej surowe; on przedłuża i zawija dźwięki grane przez gitarę, żeby były pełniejsze. Niektóry nakłaniają go by grał czyściej i nie zniekształcał dźwięków. Trzeba było wszystkich długo przekonywać, aby wreszcie zrozumieli. Zawsze próbowali rozdzielać brzmienie naszych instrumentów. Słuchali samej gitary i narzekali, że jest zniekształcona. Ludzie nie mogli zrozumieć, że jesteśmy zespołem, który dobrze brzmi razem, nieważne jak brzmi pojedynczy muzyk. Rodger Bain zrozumiał to do pewnego stopnia, dlatego te wczesne albumy, które razem nagraliśmy, mają takie jednolite brzmienie.

W Regent Sound Studios.
Album został nagrany praktycznie na żywo. Większość utworów nagrano w jednym podejściu, niektóre - jak "Warning" - w dwóch, po czym wybrano lepszą wersję. Obyło się bez żadnych dogrywek, nie licząc dodatkowej partii gitary w "N.I.B." oraz dodania efektów burzy i dzwonów na początku utworu "Black Sabbath" (pomysł Baina i Alloma). Wszystko odbywało się w sposób oczywisty: wchodziliśmy, podłączaliśmy się i graliśmy; dziękujemy i do widzenia - wyjaśniał Iommi. I to było wszystko, żadnego kombinowania z uzyskanym brzmieniem. Gitarzysta przez lata nie był jednak zadowolony ze skrócenia jego solówki we wspomnianym "Warning". Wersja zagrana przez zespół w studiu miała piętnaście minut, jednak Bain postanowił skrócić ją do dziesięciu, aby na album mogło wejść więcej utworów. Martwiłem się, ponieważ wydawało mi się, że oryginalnie utwór toczył się bardziej płynnie, ale winylowy album ma swoje ograniczenia i widocznie piętnaście minut na jeden utwór to rzeczywiście za długo - podsumował Iommi.

Na album złożyło się siedem utworów, w większości niemal stricte blues rockowych, chociaż znacznie cięższych. Wyjątkiem jest otwierający go utwór "Black Sabbath", nie przypominający niczego, co powstało wcześniej w muzyce rockowej. Butler twierdził, że inspiracją była kompozycja "Mars, the Bringer of War" Gustava Holsta, podczas gdy Iommi jest przekonany, że utwór narodził się przypadkiem. Dopiero później dowiedziałem się, że użyłem czegoś, co nazywane jest "diabelskim interwałem" - wyjaśniał. Zestawu akordów tak mrocznego, że w Średniowieczu jego używanie było zakazane przez Kościół. Nie miałem o tym pojęcia, to było po prostu coś, co czułem w sobie. Zupełnie jakby się ze mnie wyrwało na wolność, nuty płynęły same z siebie. Potem wszyscy zaczęli dokładać po kawałeczku i na końcu stwierdziliśmy, że to zadziwiający utwór. Dziwny, ale dobry. Kompozycja na stałe weszła do koncertowego repertuaru grupy, była grana przez wszystkie jej wcielenia. Nie mniejszą popularnością cieszy się "N.I.B.". Do ulubionych utworów fanów należą także "The Wizard" i "Behind the Wall of Sleep", które jednak nie często można było usłyszeć na koncertach. Wszystkie te cztery utwory wypełniły stronę A albumu.


Na stronie B znalazły się dwa covery - "Evil Woman" z repertuaru Crow (wytwórnia wymusiła nagranie czegoś komercyjnego na singiel; zespół nigdy nie grał go na żywo) i "Warning" The Aynsley Dunbar Retaliation (który był stałym punktem ówczesnych występów Black Sabbath) - pomiędzy którymi umieszczony został autorski utwór "Sleeping Village" - bodajże najmniej interesujące nagranie ze wczesnego repertuaru zespołu, w sporej części będące instrumentalną improwizacją, do której dodano balladowy wstęp. Co ciekawe, amerykańskie wydanie zamiast "Evil Woman" zawierało kompozycję "Wicked World", oryginalnie wydaną na stronie B singla... "Evil Woman". Na kompaktowych reedycjach przeważnie zamieszczane są oba utwory. Pod wszystkimi kompozycjami - rzecz jasna z wyjątkiem coverów - jako autorzy podpisani są wszyscy muzycy Black Sabbath. Za muzykę rzeczywiście odpowiadali trzej instrumentaliści (riffy wymyślał oczywiście Iommi), natomiast wkład Osbourne'a przeważnie ograniczał się do wymyślenia linii wokalnej, bo teksty pisał Butler. No właśnie, teksty...

Jak u wielu innych wykonawców w tamtym czasie (np. Coven, Black Widow), utwory Black Sabbath często dotyczyły okultyzmu, przez co grupa zaczęła być oskarżana o propagowanie satanizmu. Była to jednak kompletna bzdura, co łatwo udowodnić ich prostą analizą. W utworze "Black Sabbath" podmiot liryczny budzi się w nocy i widzi nad sobą postać w czerni - prawdopodobnie samego diabła (ponoć Geezer naprawdę przeżył takie zdarzenie). W punkcie kulminacyjnym Ozzy wykrzykuje jednak słowa: "please God help me!", czego nie zrobiłby przecież żaden satanista Postać diabła pojawia się także w utworze "N.I.B.", który jednak opowiada o jego przemianie - zakochuje się i staje się dobry. Bardziej złowieszczy tekst "Behind the Wall of Sleep" jest po prostu nawiązaniem do opowiadania "Beyond the Wall of Sleep" H. P. Lovecrafta. Tymczasem "The Wizard" ma znów pozytywne przesłanie - opowiada o czarodzieju niosącym ludziom pomoc (inspiracją był Gandalf z "Hobbita" i "Władcy pierścieni" Tolkiena). Co prawda, niektórzy doszukują się w tej postaci metafory dealera narkotyków, ale w tamtym czasie członkowie grupy byli jeszcze przeciwnikami takich używek (co udowadnia tekst "Hand of Doom" z kolejnego albumu). Natomiast tekst "Sleeping Village" jest po prostu opisem Birmingham. Warto jeszcze wspomnieć o politycznie zaangażowanym "Wicked World" - taka tematyka zdominowała następny album Black Sabbath, "Paranoid".

Młyn i odwrócony krzyż

Wytwórnia postanowiła jednak wykorzystać mroczny wizerunek grupy, aby wzbudzić wokół niej większe zainteresowanie. Stąd też w środku rozkładanej koperty albumu znalazł się odwrócony krzyż (biały na czarnym tle w pierwszych wydaniach, w późniejszych czarny na białym tle), w który wpisany został tekst nieznanego autorstwa, w stylu kiepskiego horroru. Muzycy zarzekają, że nie mają z tym nic wspólnego - o wszystkim dowiedzieli się, gdy album był już w sklepach. Nie mogłem uwierzyć, kiedy to zobaczyłem - irytował się Butler. Było jednak za późno, by cokolwiek zmienić. Nigdy nie propagowaliśmy satanizmu ani czarnej magii, używaliśmy ich jedynie jako odniesienia. Napisaliśmy mnóstwo tekstów science-fiction, wojennych, politycznych. Okultyzm pojawił się może w trzech, czterech utworach. W innym wywiadzie wyjaśniał: Dużo czytałem na ten temat. Ale wszystkie teksty miały przestrzegać przed satanizmem. Mówiły ludziom, że jeśli chcą się tym zajmować, niech będą ostrożni.



O wiele ciekawiej prezentuje się grafika z frontowej strony koperty - zdjęcie anonimowej kobiety w czarnej pelerynie, stojącej na tle młyna w Mapledurham w Oxfordshire (wybudowanego w XV wieku). Autorem zdjęcia jest Marcus Keef - nadworny grafik wytwórni Vertigo (pododdziału Philips Records, zajmującego się awangardowym rockiem), pod którego szyldem album został wydany. Keef odpowiada także za okładki takich zespołów, jak Colosseum, Beggars Opera, czy mniej znanych Affinity, Warhorse, Indian Summer i Nirvana (oczywiście chodzi o brytyjską Nirvanę, działającą w latach 70.). W późniejszych latach zajął się kręceniem teledysków, a następnie słuch o nim zaginął.

Młyn wodny w Mapledurham pojawił się także w filmie "Orzeł wylądował" z 1976 roku, w reżyserii Johna Sturgesa, będącego ekranizacją tak samo zatytułowanej książki, autorstwa Jacka Higginsa.

Sukces?

Spece od marketingu postarali się, aby nasz album ukazał się w trzynastego w piątek, w lutym 1970 roku - wspominał Iommi (w Stanach ukazał się dopiero w czerwcu). Longplay zyskał wyjątkowo nieprzychylne recenzje w prasie muzycznej. Grupie zarzucano m.in. kopiowanie Cream, chaotyczność, braki techniczne, a nawet... brak rzeczywistych związków z okultyzmem i czarną magią. Ja gram dla ludzi, nie dla dziennikarzy - twierdził Ozzy w 1971 roku. Ale nikt nie lubi, gdy mu się dowala. Po miłych godzinach w studiu, nikt nie chce dostać ciosu od prasy. Cóż, to jednak krytycy, ich praca polega na znalezieniu dziury w całym. Inne media wcale nie były bardziej przychylne grupie z Birmingham. Rzadko grano nasze utwory w radiu; jedynym, który nas puszczał był John Peel - wspominał Iommi, dodając: Pomimo tego, już w pierwszym tygodniu sprzedaliśmy pięć tysięcy egzemplarzy naszego albumu, dzięki poczcie pantoflowej - zwłaszcza w miejscach, gdzie wcześniej graliśmy na żywo. Sprzedaż albumu wystarczyła na 8. miejsce w Wielkiej Brytanii i 23. w Stanach.

Krytycy zaczęli doceniać grupę dopiero dwadzieścia lat po jej debiucie. Dopiero kiedy grunge stał się popularny, wszyscy muzycy zaczęli mówić, że Black Sabbath wywarł na nich jakiś wpływ i nagle zrobiliśmy się interesujący - wyjaśniał Iommi. Nareszcie mogliśmy przeczytać o sobie coś dobrego. Wówczas albumy zespołu, włącznie z debiutem, zaczęły pojawiać się w przeróżnych rankingach najlepszych albumów wszech czasów. Obecnie nikt już chyba nie odważy się podważyć znaczenia Black Sabbath i piętna, jakie zespół odcisnął na całej późniejszej muzyce. Co prawda, wielu krytyków i fanów za najważniejszy i najbardziej inspirujący album grupy uznaje "Paranoid", ale przecież jest on tylko rozwinięciem pomysłów zawartych na debiutanckim "Black Sabbath". Do dziś longplay zdołał pokryć się platyną w Stanach, a złotem w Wielkiej Brytanii i Kanadzie.



Źródła cytatów:
1. Iommi Tony, Iron Man: Moja podróż przez Niebo i Piekło z Black Sabbath, Wydawnictwo Kagra, 2013
2. Koziczyński Bartek, Poczucie rozczarowania, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 3, s. 6-7
3. Kszczotek Grzegorz, Odwrócony krzyż, "Teraz Rock" 2011, nr 7, s. 114


Więcej na temat:



11 lutego 2015

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)



Trzeci i ostatni album The Jimi Hendrix Experience to zarazem najbardziej ambitne dzieło grupy, nagrywane przez ponad pół roku - wyjątkowo długo, jak na ówczesne standardy. Jest jednak różnica między ambitnym i wybitnym, a "Electric Ladyland" doskonale tą różnicę pokazuje. Właściwie można mu postawić ten sam zarzut, co większości dwupłytowym albumom (z czasów dominacji płyt winylowych), a mianowicie, że obok kompozycji genialnych, znalazły się tutaj także utwory słabsze, a nawet ewidentne wypełniacze. Gdyby dokonano właściwej selekcji, mógłby powstać album idealny. W takiej rozbudowanej formie pozostawia jednak mieszane odczucia - raz zachwyca, raz nudzi. Na szczęście z przewagą tego pierwszego.

Całość rozpoczyna się nieśpiesznie, od dwóch utworów, których brak wyszedłby raczej na dobre. Introdukcja "...And the Gods Made Love" to tylko gitarowe zgrzyty i studyjne sztuczki, bez pomysłowości wstępu poprzedniego albumu ("EXP" z "Axis: Bold as Love"). Natomiast łagodny "Have You Ever Been (to Electric Ladyland)" nie dość, że muzycznie miałki, to jeszcze irytuje partią wokalną Hendrixa śpiewającego falsetem. Dopiero po nim rozbrzmiewa "Crosstown Traffic", który o wiele lepiej sprawdziłby się w roli otwieracza. Cechuje go mocny, podfunkowiony rytm i chwytliwe partie gitary. A na całość zespół idzie w "Voodoo Chile" - to pierwszy utwór na albumie Experience, który nie jest wyciszany po dwóch, trzech minutach. Zamiast tego otrzymujemy niczym nieskrępowany piętnastominutowy bluesrockowy utwór o charakterze jamu, ale z partią wokalną i z fantastycznie budowanym napięciem. Gościnnie wystąpili w nim Steve Winwood z Traffic na organach i Jack Casady z Jefferson Airplane na gitarze basowej.

No właśnie... Podczas nagrywania "Electric Ladyland" skład Experience zaczął się sypać. Hendrix nie był zadowolony z partii Noela Reddinga, w rezultacie czego w wielu utworach sam zagrał na basie, a w "Voodoo Chile" wystąpił Casady. Redding ma jednak swoje pięć minut (a właściwie niecałe trzy) w utworze "Little Miss Strange", który skomponował i w którym zaśpiewał, a także zagrał na gitarze. To jednak kolejny słabszy fragment albumu, brzmiący jak kawałek jakiejś trzecioligowej grupy wykonującej rock psychodeliczny. Sąsiadujący z nim "Long Hot Summer Night" też zdecydowanie nie należy do najwybitniejszych kompozycji Experience. Poziom wzrasta dopiero w "Come On (Let the Good Times Roll)" - porywającym, energetycznym coverze utworu Earla Kinga. Funkujący "Gypsy Eyes" też jest całkiem niezły, chociaż gitarowy riff za bardzo przypomina ten z "Foxy Lady". Pierwszą płytę kończy "Burning of the Midnight Lamp" - utwór wydany na singlu już rok wcześniej (niedługo po debiucie, a kilka miesięcy przed "Axis...") i brzmieniowo odstający od reszty albumu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że znalazł się tutaj tylko ze względu na nadmiar wolnego miejsca.

Oryginalna okładka wydania brytyjskiego (po rozłożeniu koperty).

Druga płyta rozpoczyna się od jazzującego "Rainy Day, Dream Away" - jednego z bardziej eksperymentalnych utworów, ale też najbardziej nużących. Wrażenia na pewno nie poprawia monotonny, jakby znudzony śpiew Hendrixa. Na szczęście tuż po nim następuje jeden z najjaśniejszych punktów całości - stanowiące całość "1983... (A Merman I Should Turn to Be)" i "Moon, Turn the Tides... Gently Gently Away" (z niewiadomych względów podzieloną na dwie części - i to w różnych miejscach w zależności od wydania). Teoretycznie jest to po prostu kolejna z hendrixowskich ballad. Ale jakże daleka od prościutkich "The Wind Cries Mary" i "Little Wing". To ponad czternastominutowy odlot na pograniczu rocka psychodelicznego i jazzu, ale wyróżniający się także przepiękną melodią - być może nawet najpiękniejszą w dorobku Hendrixa, a na pewno najbardziej magiczna. Gościnnie na flecie zagrał Chris Wood z Traffic.

"Still Raining, Still Dreaming" to kolejny słabszy fragment, a wręcz najbardziej bezsensowny kawałek na albumie - takie granie dla samego grania, bez żadnego celu, ani choćby odrobiny melodii. Po czymś takim cieszy nawet tak nijaki utwór, jak "House Burning Down" - przynajmniej jest dynamiczny i melodyjny. A dwa ostatnie utwory to prawdziwe opus magnum, nie tylko tego albumu, ale całej twórczości Hendrixa. Najpierw rozbrzmiewa cover "All Along the Watchtower" Boba Dylana. Z oryginału, poza tekstem i melodią, pozostał podkład gitary akustycznej (zagrał na niej Dave Mason, kolejny muzyk Traffic), natomiast partie harmonijki zostały zastąpione przez porywające gitarowe solówki, doszła też energetyczna gra sekcji rytmicznej. Niby proste zmiany aranżacyjne, ale ileż dodały temu utworowi. Nawet sam Dylan od czasu pojawienia się tego coveru, grał utwór w tej właśnie wersji. Po czymś takim ciężko o równie udany utwór, a jednak "Voodoo Child (Slight Return)" nie przynosi rozczarowania. Pomysł na ten utwór narodził się w trakcie jamu "Voodoo Chile", ale to znacznie bardziej konkretny utwór, porażający energią i ciężarem. Pod względem muzycznym jest to praktycznie esencja stylu gry Hendrixa.

Samo zakończenie "Electric Ladyland" wystarczyłoby, aby Hendrix na trwałe zapisał się w historii, a album zawiera też inne utwory, bez których muzyka rockowa byłaby o wiele uboższa. Niestety, spora ilość wypełniaczy powstrzymuje mnie przed wystawieniem maksymalnej oceny.

Ocena: 9/10



The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)

LP1: 1. ...And the Gods Made Love; 2. Have You Ever Been (to Electric Ladyland); 3. Crosstown Traffic; 4. Voodoo Chile; 5. Little Miss Strange; 6. Long Hot Summer Night; 7. Come On (Let the Good Times Roll); 8. Gypsy Eyes; 9. Burning of the Midnight Lamp
LP2: 1. Rainy Day, Dream Away; 2. 1983... (A Merman I Should Turn to Be); 3. Moon, Turn the Tides... Gently Gently Away; 4. Still Raining, Still Dreaming; 5. House Burning Down; 6. All Along the Watchtower; 7. Voodoo Child (Slight Return)

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino, instr. perkusyjne, bass (LP1: 2,6,8, LP2: 2,5,6); Noel Redding - bass (LP1: 3,5,7,9, LP2: 7), wokal (5), gitara (5); Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 2-9, LP2: 2,3,5-7), wokal (5)
Gościnnie: Dave Mason - dodatkowy wokal (LP1: 3), gitara (LP2: 6); Jack Casady - bass (LP1: 4); Steve Winwood - organy (LP1: 4); Al Kooper - pianino (LP1: 6); Chris Wood - flet (LP2: 2); Mike Finnigan - organy (LP2: 1,4); Freddie Smith - saksofon (LP2: 1,4); Buddy Miles - perkusja (LP2: 1,4); Larry Faucette - kongi (LP2: 1,4)
Producent: Jimi Hendrix


10 lutego 2015

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Smash Hits" (1968)



Prace nad trzecim albumem Experience przedłużały się - przez dążenie do perfekcji Hendrixa, który potrafił nagrywać jeden utwór nawet pięćdziesiąt razy - więc brytyjski wydawca postanowił wydać kompilację, częściową składającą się z utworów dotychczas niewydanych na płycie długogrającej. Zawartość "Smash Hits" to cztery przeboje z niealbumowych singli ("Hey Joe", "Purple Haze", "The Wind Cries Mary" i "Burning of the Midnight Lamp"), ich strony B ("Stone Free", "51st Anniversary", "Highway Chile" i "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice"), a także cztery utwory z debiutanckiego "Are You Experienced" ("Foxy Lady", "Manic Depression", "Can You See Me" i "Fire" - wybór niezły, chociaż osobiście zamiast "Can You See Me" dałbym "Third Stone from the Sun"). Album "Axis: Bold as Love" nie jest tu reprezentowany żadnym utworem - w końcu nie przyniósł on żadnego przeboju ("Little Wing" zyskał popularność znacznie później).

Singlowe kawałki należą do mocnych punktów wczesnego dorobku Hendrixa. Już debiutancki "Hey Joe" (przeróbka utworu Billy'ego Robertsa) okazał się sporym przebojem, a w Polsce jest to prawdopodobnie najbardziej znany utwór Jimiego (bodajże jedyny odtwarzany przez tutejsze stacje radiowe). Ten utwór to jednak dopiero zapowiedź tego, co miało nadejść później. Ogólnie jest bardzo zachowawczy: Hendrix śpiewa tutaj bardzo niepewnie (był to jego debiut w tej roli), nie popisuje się też specjalnie swoimi umiejętnościami gry na gitarze. Ciekawiej wypada jego pierwsza autorska kompozycja, energetyczny "Stone Free", chociaż tutaj też szału nie ma. Jakże inaczej prezentuje się kolejny singiel, "Purple Haze": ciężki, oparty na świetnym riffowaniu. Tylko od strony wokalnej znów wypada nieszczególnie. W utworze ze strony B, "51st Anniversary" jest na odwrót: muzycznie jest poprawnie, chociaż bez rewelacji (żadnych solówek!), za to chwytliwa partia wokalna pokazuje, że Hendrix w końcu odnalazł się w tej roli.

Trzeci singiel, "The Wind Cries Mary", to dla odmiany ballada. Ładna, ale trochę monotonna i nie zapadająca w pamięć tak mocno, jak wspomniany już "Little Wing". Na stronie B znalazł się natomiast dynamiczny utwór "Highway Chile", z chwytliwym motywem gitarowym i "luzacką" partią wokalną. "Burning of the Midnight Lamp", czwarty singiel, który - w przeciwieństwie do poprzednich - ukazał się już po premierze "Are You Experienced", pokazuje bardziej eksperymentalne oblicze Hendrixa. Gitarzysta po raz pierwszy wykorzystał tutaj efekt wah-wah, zagrał na klawesynie (na którym utwór skomponował), a także zaprezentował rożne studyjne sztuczki (np. przyśpieszenie partii gitary, aby brzmiała jak mandolina). Warto dodać, że utwór został powtórzony później na trzecim albumie Experience, "Electric Ladyland". Psychodeliczny "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice" ze strony B porywa natomiast długimi gitarowymi popisami, chociaż pod względem kompozytorskim jest najsłabszym tutaj utworem.

W Stanach "Smash Hits" ukazał się dopiero rok później, już po premierze "Electric Ladyland". Tamtejsze wydanie różniło się od oryginalnego tym, że zostało wydane w wersji stereofonicznej (europejskie jest monofoniczne), a także zmianami w traciliście: wyrzucono utwory "51st Anniversary", "Highway Chile", "Burning of the Midnight Lamp" i "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice", a zastąpiono je dwoma przebojami z albumu "Electric Ladyland" ("All Along the Watchtower" i "Crosstown Traffic") oraz dwoma utworami z "Are You Experienced", które nie znalazły się na amerykańskim wydaniu tego albumu ("Remember" i "Red House" - drugi w nieznanej wcześniej wersji). W tej wersji kompilacja wypada jeszcze lepiej.

Trudno traktować "Smash Hits" jako zbiór najlepszych utworów The Jimi Hendrix Expierence, ze względu na brak kompozycji z "Axis: Bold as Love" i - w wydaniu europejskim - "Electric Ladyland". Kompilacja sprawdza się natomiast idealnie jako uzupełnienie podstawowej dyskografii grupy i z tego względu nie powinno jej zabraknąć w żadnej kolekcji albumów Hendrixa. 

Ocena: 7/10



The Jimi Hendrix Experience - "Smash Hits" (1968)

UK: 1. Purple Haze; 2. Fire; 3. The Wind Cries Mary; 4. Can You See Me; 5. 51st Anniversary; 6. Hey Joe; 7. Stone Free; 8. The Stars That Play with Laughing Sam's Dice; 9. Manic Depression; 10. Highway Chile; 11. Burning of the Midnight Lamp; 12. Foxy Lady

US: 1. Purple Haze; 2. Fire; 3. The Wind Cries Mary; 4. Can You See Me; 5. Hey Joe; 6. All Along the Watchtower; 7. Stone Free; 8. Crosstown Traffic; 9. Manic Depression; 10. Remember; 11. Red House; 12. Foxy Lady

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, klawesyn; Noel Redding - bass; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Chas Chandler; Jimi Hendrix (US: 6,8)


9 lutego 2015

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Axis: Bold as Love" (1967)



Z Hendrixem jakoś nigdy nie było mi po drodze. Najlepiej świadczy o tym chyba fakt, że recenzja "Axis: Bold as Love" pojawia się na blogu ponad rok po recenzji poprzedniego w dyskografii The Jimi Hendrix Experience albumu "Are You Experienced". Doceniam wkład Hendrixa w rozwój muzyki rockowej, ale... wydaje mi się on nieco przeceniany. Faktem - i to bezspornym - jest, że sposób gry na gitarze Jimiego był nowatorski i nie bez przyczyny do dziś jest wymieniany wśród największych gitarzystów. Ale stylistycznie nie zaprezentował niczego nowego, bowiem już pół roku wcześniej zadebiutowała grająca podobnie grupa Cream. I moim zdaniem robiła to znacznie ciekawiej, gdyż opierała się na interakcji wszystkich muzyków, a nie na popisach jednego i ograniczeniu roli sekcji rytmicznej do... bycia tylko sekcją rytmiczną.

Album "Axis: Bold as Love", drugi w dyskografii tria The Jimi Hendrix Experience, został przygotowany nieco pod przymusem - kontrakt zakładał, że zespół musi w 1967 roku wydać dwa longplaye (aczkolwiek w Stanach premiera została opóźniona o pół roku, aby nie zakłócić sprzedaży debiutanckiego "Are You Experienced"). Nie było to jednak żadnym problemem dla Hendrixa, który cierpiał na nadmiar pomysłów i chętnie spędzał czas w studiu. Mimo że album ukazał się ledwie pół roku po poprzednim, słychać na nim spory rozwój. Większą różnorodność, większe bogactwo stylistyczne. O ile na debiucie dominował blues rock w bardzo czadowym wykonaniu (utwory w rodzaju "Foxy Lady", "Manic Depression" czy "Fire"), tak tutaj jest właściwie tylko jedna kompozycja tego rodzaju. Ale za to jaka - "Spanish Castle Magic", bo o niej mowa, to już czysty hard rock, a energii w niej tyle, że wystarczyłoby na kilka albumów. Szkoda tylko, że kończy się zaledwie po trzech minutach - w miejscu, w którym dopiero zaczęła się rozkręcać (i faktycznie rozkręcała w wykonaniach koncertowych).

Gitarowego czadu nie brak też w "If 6 Was 9", ale to wolniejsza i bardziej złożona kompozycja, w pewnym momencie nabierająca bardziej eksperymentalnego charakteru. W pozostałych utworach pojawiają się wpływy jazzu ("Up from the Skies") lub funku ("Little Miss Lover"), ale niestety słychać też, że Chas Chandler - producent i menadżer - próbował skierować grupę w bardziej popowym, komercyjnym kierunku ("You Got Me Floatin'", "Wait Until Tomorrow", "Ain't No Telling"). Album zaskakiwać mógł jednak przede wszystkim tym, że wyjątkowo dużo na nim Hendrixa w bardziej lirycznym wydaniu. Znalazły się tutaj aż cztery ballady: "Castles Made of Sand", "One Rainy Wish", "Bold as Love" i - przede wszystkim - "Little Wing". Wszystkie są bardzo udane, ale to ta ostatnia zdobyła największą popularność. Być może dlatego, że była jedynym - obok "Spanish Castle Magic" - utworem z tego albumu, który był regularnie wykonywany na żywo. I w tym przypadku również wersje koncertowe okazały się lepsze od króciutkiego - trwającego ledwie dwie i pół minuty - pierwowzoru.

Całości dopełniają dwa najbardziej odstające od reszty utwory: "EXP" i "She's So Fine". Pierwszy to muzyczny żart, częściowo składający się z gitarowych zgrzytów, a częściowo z wywiadu (w rolę dziennikarza wcielił się Mitch Mitchell, którego głos przyśpieszono) z kosmitą (w tej roli Hendrix, którego głos dla odmiany zwolniono). "She's So Fine" to natomiast zwykła piosenka w klimacie rocka psychodelicznego, wyróżniająca się jednak tym, że rolę wokalisty pełni w niej Noel Redding, kompozytor utworu.

Niewątpliwą zaletą albumu "Axis: Bold as Love" jest jego różnorodność, która jednak nie przeszkodziła w zachowaniu spójności. Wadą jest natomiast zbytnie podobieństwo między niektórymi utworami ("Ain't No Telling" i "You Got Me Floatin'", "Little Wing" i "Bold as Love"), chociaż to akurat można wybaczyć, biorąc pod uwagę krótki czas przygotowywania tego longplaya.

Ocena: 8/10



The Jimi Hendrix Experience - "Axis: Bold as Love" (1967)

1. EXP; 2. Up from the Skies; 3. Spanish Castle Magic; 4. Wait Until Tomorrow; 5. Ain't No Telling; 6. Little Wing; 7. If 6 Was 9; 8. You Got Me Floatin'; 9. Castles Made of Sand; 10. She's So Fine; 11. One Rainy Wish; 12. Little Miss Lover; 13. Bold as Love

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino, flet; Noel Redding - bass, wokal (10); Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne, głos (1)
Gościnnie: Trevor Burton i Roy Wood - dodatkowy wokal (8)
Producent: Chas Chandler


7 lutego 2015

[Recenzja] Baker Gurvitz Army - "Hearts on Fire" (1976)



"Hearts on Fire", trzeci i ostatni album Baker Gurvitz Army, nagrany został już bez udziału klawiszowca Petera Lemera, za to z całym szeregiem muzyków sesyjnych, mających za zadanie złagodzenie muzyki grupy. Album rozpoczyna się jednak od dwóch stricte hardrockowych czadów - tytułowego "Hearts on Fire" i "Neon Lights". Szczególnie dobre wrażenie robi pierwszy z nich, bardziej zadziorny i konkretny. Drugi wstydu muzykom nie przynosi (chociaż te syntezatorowe tło mogli sobie darować), ale też niczym nie zachwyca. Dalej jest już niestety gorzej. Dominują popowe, kiczowate i banalne piosenk, irytujące tandetnymi brzmieniami klawiszy ("Smiling" i "Dancing the Night Away"; "Night People"), a w najgorszym przypadku żeńskimi chórkami i orkiestrą smyczkową ("Tracks of My Life"). Czasem trafia się coś ostrzejszego, ale niespecjalnie udanego ("Flying In and Out of Stardom", "My Mind Is Healing", "Mystery"). Odrobinę lepiej wypada bluesowa ballada "Thirsty for the Blues", chociaż razi sztampowością i kiepską solówką.

Wszystko na tym albumie jest strasznie nijakie - śpiew Parsonsa, gra braci Gurvitz, nawet Baker wypada tutaj zaskakująco zwyczajnie, jak jakiś przeciętny perkusista. Słychać, że wszyscy grają zupełnie bez przekonania, byle tylko wykonać swoje partie i mieć spokój. Jedynie utwór tytułowy jest wart poznania, na całą resztę szkoda czasu.

Ocena: 4/10



Baker Gurvitz Army - "Hearts on Fire" (1976)

1. Hearts on Fire; 2. Neon Lights; 3. Smiling; 4. Tracks of My Life; 5. Flying In and Out of Stardom; 6. Dancing the Night Away; 7. My Mind Is Healing; 8. Thirsty for the Blues; 9. Night People; 10. Mystery

Skład: Stephen "Snips" Parsons - wokal; Adrian Gurvitz - gitara i wokal; Paul Gurvitz - bass i wokal; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ken Freeman - syntezator (2,5,6);  Ann O'Dell - organy (3,7), pianino (4,8); Brian Chatton - klawinet (3); Irene Chanter, Kay Garner i Madeline Bell - dodatkowy wokal (4); The Martyn Ford Orchestra - instr. smyczkowe (4)
Producent: Eddie Offord