25 stycznia 2015

[Recenzja] Traffic - "John Barleycorn Must Die" (1970)



Po rozpadzie supergrupy Blind Faith, Steve Winwood postanowił nagrać pierwszy album solowy, roboczo zatytułowany "Mad Shadows". Kiedy jednak zaczął się rozglądać za akompaniującymi muzykami, na horyzoncie pojawili się Jim Capaldi i Chris Wood - dwaj muzycy, z którymi współtworzył grupę Traffic (składu dopełniał gitarzysta Dave Mason). Ich udział w nagraniach sprawił, że materiał został wydany właśnie pod tym szyldem. "John Barleycorn Must Die" różni się jednak od poprzednich albumów Traffic (w latach 1967-69 grupa wydała trzy longplaye: "Mr. Fantasy", "Traffic" i "Last Exit"). Brak Masona sprawił, że muzycy całkowicie odeszli od rocka psychodelicznego. "John Barleycorn Must Die" to mieszanka rocka, jazzu, bluesa i folku.

Otwierający album "Glad" to siedem minut instrumentalnego grania o charakterze jazzrockowej improwizacji, z licznymi solówkami Chrisa Wooda na saksofonie i Steve'a Winwooda na klawiszach. Rewelacyjny początek. Mogący jednak wprowadzić w błąd, bo reszta albumu ma zupełnie inny charakter. Już kolejny na płycie "Freedom Rider" ma bardziej konwencjonalną strukturę. To jednak równie wspaniały utwór, wyróżniający się pięknym saksofonowo-klawiszowym motywem i chwytliwą partią wokalną - szczególnie w refrenie; pojawia się tu także solówka na flecie. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy singlowy "Empty Pages" - przyjemna piosenka, z uwypuklonym rytmem, pierwszoplanową rolą organów i solówką na pianinie elektrycznym.

Drugą stronę rozpoczyna mocniejszy "Stranger to Himself", z bluesowymi solówkami Winwooda na gitarze - instrumencie, który pojawia się dopiero w tym utworze, ale obecny jest już do końca albumu. A w akustycznej balladzie "John Barleycorn" pełni dominującą rolę. To przeróbka starej brytyjskiej pieśni folkowej, z fantastyczną linią wokalną, rozłożoną na dwa głosy - Winwooda wspiera tutaj Capaldi. Utwór był nagrywany przez niezliczoną ilość folkowych i rockowych wykonawców, ale to właśnie wersja Traffic stała się kanoniczną - mimo że nigdy nie była nawet wydana na singlu. Trochę mniej udanym fragmentem albumu z początku wydawał mi się "Every Mother's Son" - to jednak bardzo przyjemny utwór w wolnym tempie, z długim fragmentem instrumentalnym, podczas którego z lewego głośnika słychać partię organów Hammonda, a z prawego jazzujące brzmienia pianina. Udane zakończenie świetnego albumu.

O ile wcześniejsze, psychodeliczne albumy Traffic zupełnie do mnie nie trafiają, tak "John Barleycorn Must Die" uważam za jedno z największych osiągnięć szeroko pojętego rocka progresywnego.

Ocena: 8/10

PS. Kompaktowa reedycja z 1999 roku zawiera dodatkowo dwa studyjne utwory, nagrane przez Winwooda jeszcze przed zaproszeniem do studia Capaladiego i Wooda ("I Just Want You to Know" i "Sittin' Here Thinkin' of My Love" - oba raczej średnie), a także porywające koncertowe wykonania utworów "Who Knows What Tomorrow May Bring" i "Glad", zarejestrowane 18 listopada 1970 roku w Fillmore East (z myślą o koncertowym albumie, który przygotowano do wydania w 1971 roku, ale później z nieujawnionych przyczyn anulowano), w składzie poszerzonym o basistę Rica Grecha (ex-Blind Faith).



Traffic - "John Barleycorn Must Die" (1970)

1. Glad; 2. Freedom Rider; 3. Empty Pages; 4. Stranger to Himself; 5. John Barleycorn; 6. Every Mother's Son

Skład: Steve Winwood - wokal, instr. klawiszowe i bass, gitara (4-6), perkusja (4); Jim Capaldi - perkusja (1-3,6), instr. perkusyjne (1-3,5), wokal (4,5); Chris Wood - saksofon (1,2), flet (1,2,5), instr. perkusyjne (1,2,5), instr. klawiszowe (3)
Producent: Chris Blackwell i Steve Winwood (1-3,5); Guy Stevens (4,6)


5 komentarzy:

  1. Chyba najbardziej przeszacowany album Traffic. Z pierwszych pięciu płyt według mnie najmniej ciekawy. Nie jest to już ten stary, bluesowo, soulowo, psychodelicznych zespół co wcześniej, miejscami ta muzyka robi się jednak dosyć pretensjonalna, czasami brakło im po prostu wyczucia. Znacznie lepiej Trafficowy prog rock brzmiał później na The Low Spark of High Heeled Boys. John Barleycorn to jedna z tych płyt, które są najsłynniejsze bo celują w nieco szerszą niż reszta publikę, na czym sama muzyka trochę jednak traci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również bardziej cenię "Low Spark", ale nie uważam "Johna" za album dla szerokiej publiki. Nie wyobrażam sobie, żeby przeciętny radiowy słuchacz zachwycił się słysząc "Glad". A że jest tutaj też kilka łatwiej przyswajalnych utworów? No cóż, muzyka powinna być przede wszystkim do słuchania, a nie tylko do podziwiania wirtuozerii muzyków ;) Zresztą czy Traffic nie nagrywał takich wcześniej? A np. "Dear Mr. Fantasy", który wg różnych rankingów (YouTube, Last.fm, itp.) jest najczęściej słuchanym utworem grupy? Inne utwory z tamtego okresu również nie są jakoś szczególnie wyrafinowane.

      Usuń
    2. Po pierwsze pisałem o publice "nieco szerszej", a nie o współczesnych słuchaczach radia. Ile znasz osób, które interesują się muzyką i słuchają radia, hm? ;)

      Po drugie nie chodziło mi o to, że Traffic na Johnie Barleycornie dał de bo nie grał jak Magma, ale o zbliżenie się grupy do głównego nurtu brytyjskiego rocka. Wcześniej Trafic charakteryzował się tym, że grał raczej po amerykańsku - przecież Clapton chciał koniecznie współpracować z Winwoodem właśnie dlatego, że chciał grać bardziej po amerykańsku. I nagle to wszystko wyparowało. Traffic, który był wcześniej jedyny w swoim rodzaju ustawił się w szeregu kilkudziesięciu angielskich zespołów progresywnych. Płyta dobra, ale trochę szkoda.

      Usuń
    3. Nie chodziło mi o współczesnych słuchaczy radia, bo tym nie spodobałyby się nawet te najprostsze utwory z albumu ;) We wczesnych latach 70. poziom muzyki granej przez stacje radiowe był na pewno wyższy, ale chyba wciąż dominowały tam wtedy proste, singlowe piosenki. AOR-owe stacje pojawiły się nieco później.

      Zdziwił mnie powód, dla którego Clapton chciał współpracować z Winwoodem, bo przecież album Blind Faith nie brzmi po amerykańsku - bliżej mu do późniejszych dokonań Traffic, niż tych z lat 60.

      Usuń
    4. Wiesz, skoro kiedyś w radiu mogły lecieć całe płyty Soft Machine, to Traffic mógł tam gościć tym bardziej. Wiadomo, że zawsze najwięcej słuchaczy zdobywali twórcy pop, ale bez przesady, to nie było tak, że w latach 70' w radiu leciała tylko ABBA i Bee Gees.

      Co do Claptona - faktycznie, w Blind Faith nie słychać tej amerykańskości, dopiero Derek and the Dominos to było chyba to, o co mu chodziło, niemniej słuchając tego co Traffic grał w latach 60' ma się wrażenie, że to był zespół z nieco innej bajki niż wszystko dookoła.

      Usuń