9 stycznia 2015

[Recenzja] T2 - "It'll All Work Out in Boomland" (1970)



T2 to jeden z tych nielicznych zespołów, które nigdy nie zaznały sławy, mimo że naprawdę miały wszelkie ku temu wszelkie predyspozycje: własny, prawdziwie oryginalny - a wręcz prekursorski - styl, a także bardzo uzdolnionych muzyków, tworzących niebanalne kompozycje. A jednak coś nie zaiskrzyło. Może to wina wytwórni, która wytłoczyła zbyt małą ilość egzemplarzy ich debiutanckiego albumu, a może po prostu nie został on zauważony z powodu natłoku innych genialnych wydawnictw, które ukazały się na przełomie lat 60. i 70. Tak czy inaczej, niezauważenie tej grupy było jedną z największych pomyłek w historii muzyki rockowej.

Zespół T2 pojawił się znikąd, wydał zaledwie jeden, za to zaskakująco dojrzały, prekursorski, niemal genialny album, po czym słuch o nim zaginął. Może trochę przesadziłem z tym pojawieniem się znikąd. Bo chociaż grupa nie została założona przez uznane gwiazdy - niczym Cream lub ELP - to jednak tworzący ją muzycy jakieś doświadczenie już mieli. Wokalista / perkusista Pete Dunton i basista Bernard Jinks pod koniec lat 60. grali w zespołach Neon Pearl i Please (ich nagrania zostały oficjalnie wydane dopiero wiele lat później). Następnie Dunton dołączył do grupy Gun (nie zagrał jednak na żadnym z jej albumów), a Jinks założył zespół Bulldog Breed, z którym nawet udało mu się wydać album ("Made in England", 1969). Już po jego premierze, do składu dołączył Dunton, a także 17-letni gitarzysta Keith Cross. Właśnie ta wspomniana trójka muzyków na początku 1970 roku powołała do życia grupę Morning, która wkrótce zmieniła nazwę na bardziej enigmatyczną T2.

Wydany w sierpniu 1970 roku album "It'll All Work Out in Boomland" składa się zaledwie z czterech utworów, w tym jednego trwającego ponad dwadzieścia minut i zajmującego całą stronę B winylowego wydania ("Morning"). Czas pozostałych też bynajmniej nie jest radiowy: dwa trwają dobrze ponad osiem minut ("In Circles", "No More White Horses"), a najkrótszemu "J.L.T." niewiele brakuje do sześciu minut. Już to wiele mówi na temat tego, jaka muzyka się na nim znalazła. Jak najbardziej jest to rock progresywny, ale ciężkim, raczej hard rockowym brzmieniu. Już pierwszy utwór, "In Circles", zaczyna się od agresywnie brzmiących - jak na 1970 rok - gitarowych riffów. Są one jednak równoważone melodyjnym śpiewem Petera Duntona. Kompozycja charakteryzuje się wieloma zmianami motywów (w siódmej minucie pojawia się nawet część jazzowa), a także bardzo skomplikowaną, "połamaną" grą sekcji rytmicznej. Dziś już nie ma muzyków, którzy potrafiliby tak grać w zupełnie naturalny sposób. A propos, warto w tym miejscu zwrócić uwagę na brzmienie albumu - ani trochę się nie zestarzało. Równie dobrze mógłby on zostać nagrany dzisiaj.

Pomysłów z "In Circles" starczyłoby na cały album. A w kolejnych utworach też sporo się dzieje. Początek "J.L.T." przynosi chwilę uspokojenia - zamiast ciężkich gitar i połamanych rytmów otrzymujemy tutaj prostą melodię, zaś w instrumentarium dominuje gitara akustyczna i pianino, wsparte melotronem i subtelną partią perkusji, która jednak powoli nadaje kompozycji coraz większej dynamiki, aż do podniosłego finału, z udziałem anonimowych muzyków grających na instrumentach dętych. Przepiękny utwór. Kolejna bardziej rozbudowana forma, "No More White Horses", zdaje się łączyć cechy poprzednich dwóch kompozycji - cięższe fragmenty przeplatają się w niej z balladowymi - zaś na ich tle wyróżnia się uwypukloną partią gitary basowej, a także charakterystycznym motywem granym przez sekcję dętą. Najbardziej błyszczy tu jednak Keith Cross, który zagrał tutaj nie tylko liczne solówki gitarowe, ale także przepiękną partię na fortepianie.

Te trzy utwory - choć każdy wspaniały - są jednak tylko przystawką przed daniem głównym. Dopiero w finałowym "Morning" muzycy w pełni rozwijają swoje skrzydła, grają bez żadnego skrępowania. Zaczyna się bardzo zwyczajnie, piosenkowo - tylko gitara akustyczna, wyraźny bass i partia wokalna. Ale po chwili wchodzi partia perkusji, a gitara akustyczna ustępuje miejsca elektrycznej i utwór nabiera większej dynamiki i ciężaru. Wciąż jednak jest prosto i melodyjnie - aż do połowy czwartej minuty, kiedy rozpoczyna się długa część improwizowana. Trzeba naprawdę wielu przesłuchań, żeby ogarnąć wszystko, co się tutaj dzieje - od ciężkich fragmentów z ostrymi gitarowymi solówkami, po dziwne psychodeliczne dźwięki. O połamanych rytmach nie muszę już chyba wspominać... A pomiędzy tym wszystkim pojawiają się melodyjne fragmenty z wokalem, które jeszcze bardziej podkreślają szaleństwo instrumentalnych improwizacji.

Dziwne, naprawdę dziwne, że "It'll All Work Out in Boomland" nie został zauważony w chwili wydania i dopiero po latach został uznany za zapomniane arcydzieło - oczywiście przez tą garstkę osób, która zadała sobie trud dotarcia do niego. Szkoda, że zespół nie miał praktycznie szans aby się przebić do świadomości większego grona miłośników rocka. Bo chociaż zarejestrował materiał na drugi album, to jego wydanie zostało wstrzymane ze względu na odejście Keitha Crossa i spowodowane nim zawieszenie działalności T2. Ostatecznie wydany został dopiero w 1997 roku pod tytułem "Fantasy". Jego brzmienie, praktycznie demówkowe,  pozostawia wiele do życzenia, ale sama muzyka pokazuje rozwój zespołu - obok dłuższych, skomplikowanych form, znalazły się na nim także krótsze utwory, które mogłyby się sprawdzić na singlach. Być może dzięki nim zespół zdobyłby popularność, a dziś byłby wymieniany wśród największych... 

Ocena: 9/10

PS. Na początku lat 90. Peter Dunton reaktywował T2 (bez Keitha Crossa i Bernarda Jinksa) i wydał pod tym szyldem trzy studyjne albumy, którym niestety daleko do poziomu "It'll All Work Out in Boomland". Natomiast ich syntetyczne brzmienie zestarzało się o wiele bardziej, niż to z debiutu.



T2 - "It'll All Work Out in Boomland" (1970)

1. In Circles; 2. J.L.T.; 3. No More White Horses; 4. Morning

Skład: Peter Dunton - wokal i perkusja; Keith Cross - gitara i instr. klawiszowe; Bernard Jinks - bass
Producent: Mike Dunne


19 komentarzy:

  1. O! I takie właśnie recenzje najchętniej tutaj czytam, a nie jakiś beznadziejnych nowości. Tutaj wyraźnie widać wielką pasję, uwielbienie dla takiej muzyki. A w recenzjach jakiś mastodonów i innych machine headów widzę tylko twoje znudzenie tym barachłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wolę pisać o takich albumach, ale to recenzje tych "beznadziejnych nowości" mają najwięcej wejść ;)

      Usuń
  2. Kiedy nagrywali ten album miałem 11 lat lecz nigdy o nich nie słyszałem. Zaintrygowany tą recenzją kupiłem go na ITunes (btw: tylko $4.99!!).Wow!! Wspaniała muzyka a kompozycja "Morning" to jest moim zdaniem arcydzieło! Słychać tam King Crimson, Pink Floyd, mroczną stronę Cream i Jimmi Hendrix Experience, ELP, niesamowity utwór. Faktycznie żeby to ogarnąć potrzeba kilkunastu przesłuchań.
    Szkoda że "Fantasy" nie jest dostępne na ITunes ale podobno można znaleźć CD na eBay. Dzięki wielkie za tą recenzję!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że obecnie nie powinno być problemów ze znalezieniem albumów tego zespołu, bo od wielu lat istnieją wytwórnie zajmujące się właśnie wyszukiwaniem takich zapomnianych wykonawców i wznawianiem ich dorobku ;) Zdecydowanie trudniej byłoby zdobyć oryginalne wydanie "It'll All Work Out in Boomland" z 1970 - jeżeli już pojawi się na jakiejś aukcji, to będzie to wydatek rzędu kilkuset złotych, a może i kilkuset dolarów...

    Wielkie dzięki za ten komentarz, czytając takie opinię widzę, że to co robię, ma sens. Właśnie taki wg mnie powinien być cel tego bloga - promowanie mniej znanej, a wartościowej muzyki. Oczywiście dotąd więcej pisałem o uznanych wykonawcach, ale w końcu to oni mieli największy wpływ na rozwój muzyki rockowej, a obawiam się, że jest coraz więcej osób, które uważają się za wielbicieli rocka, bo słuchają jakiś modnych obecnie zespołów, a nie mieli dotąd styczności z podstawami takiej muzyki, np. The Beatles, Pink Floyd, czy Led Zeppelin, nawet nie wspominając o takim Cream.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki tobie poznałem jeszcze jeden świetny zespół (o którym nigdy nie słyszałem i pewnie bym nie usłyszał). Niby jedna płyta, a jednak rewelacyjna. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Trafiłem tutaj przypadkiem. Rzadko wpisuję komentarze w internecie, tym razem musze. Nie byłem w stanie uwierzyć, że ktoś w 2015 napisze recenzję płyty T.2. Ale jest i z tego niezmiernie się cieszę. myślałem że słuchający takiej muzyki są już na wymarciu. Jednak nie! To cieszy! Znacie Tonton Macoute albo Khan albo Pete Brown and Piblokto?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pete Brown to oczywiście tekściarz współpracujący z Jackiem Brucem już od czasu Cream, aż do wydanego kilka miesięcy przed jego (Bruce'a) śmiercią albumu "Silver Rails".

      Pozostałych nazw nie kojarzę.

      Usuń
  6. Zgadza się. Peter Brown do spółki z Jackiem Brucem stworzyli White Room czy Sunshine of your love. Piblokto! to solowa działalność Browna, dwie wydane płyty. Polecam posłuchać Tontona, pewnie mona gdzieś trafić w sieci, ja mam na CD. T.2. też mam na CD. A Arzachel (Steve Hillage & Dave Stewart) znani również ze wspomnianego wcześniej Khan "Space Shanty"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Arzachel akurat łatwo trafić na YouTube, podczas przeglądania filmików z rockiem psychodelicznym - bardzo często jest w propozycjach.

      Usuń
    2. Nie wiedziałem. Ja mam to wszystko na CD. A east of eden albo czar?

      Usuń
    3. Czar nie, ale East of Eden już jest na blogu:
      http://pablosreviews.blogspot.com/2012/12/east-of-eden-mercator-projected-1969.html

      Usuń
  7. W utworze ,,Morning'' (dokładnie 16:34) słyszę chyba pierwszy blast bit w historii muzyki rockowej :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. To nieprawda że T2 nagrali tylko jeden album .
    Polecam również płytę - Fantasy (1970)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No a gdzie jest napisane, że tylko jeden? Jest przecież wzmianka zarówno o "Fantasy" (który został nagrany w latach 70., ale wydany dopiero w 1997 roku), jak również o albumach reaktywowanego T2 z lat 90.

      Usuń
  9. faktycznie masz racje , nie doczytałem do końca ,sorki :-)
    ale zrewanżuję się polecając Ci zespół Writing On The Wall i ich płtę THE POWER OF THE PICTS (1969) , o ile ich nie znasz , pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam, ale nie zrobiła na mnie wrażenia.

      Usuń
  10. Kolejna płyta po Warpig, którą ostatnio przesłuchałem i którą jestem bez opamiętania zafascynowany. Co tu dużo pisać, to jest genialna płyta na poziomie najsłynniejszych albumów tamtych czasów. Takie granie właśnie kocham. Paweł masz bardzo ważną misję wyszukiwania takich cudów :-) Mam nadzieję, że jeszcze wiele takich płyt uda Ci się wyszperać i napisać recenzję. Czekamy. dzięki!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi zapomnianymi zespołami (czy też NKR-ami - Nieznanym Kanonem Rocka) jest tak, że na te najlepsze rzeczy trafić jest łatwo, bo takie nazwy, jak T2, przewijają się najczęściej na różnych listach. Im jednak dłużej się szuka kolejnych, tym mniej ciekawych rzeczy się odkrywa. Ostatni raz poznałem coś naprawdę ekstra ponad rok temu, a była to grupa Damnation of Adam Blessing. Naprawdę fajne granie, a zupełnie niedoceniane nawet wśród osób interesujących się NKR-em. Ceniony chyba tylko w środowisku sprzedawców winyli, bo albumy są trudne do zdobycia, a więc dość drogie ;) To taki trochę lżejszy hard rock, zahaczający o psychodelię. Zrecenzowałem ich dwa pierwsze albumy i oba naprawdę warto poznać (ale późniejszych lepiej nie słuchać, to już inny styl i znacznie niższy poziom).

      W zanadrzu mam jeszcze kilka NKR-ów do opisania, ale są to rzeczy, które mnie osobiście niezbyt się podobają, choć mają swoich zwolenników. Za to w archiwum recenzji znajdziesz na pewno jeszcze sporo takich rzeczy. Np. Night Sun, Leaf Hound, Cressida (drugi album) - te mogą Ciebie zainteresować. Message, Island, Comus - to też są świetne rzeczy, ale mogą być trudniejsze w odbiorze ;)

      Usuń
    2. A, jeszcze oczywiście Dust jest warty poznania. Nie wiem jak mogłem zapomnieć, mam przecież na winylu ich drugi album, "Hard Attack" ;) Jest tam trochę fajnego hard rocka, ale niestety dominują raczej przeciętne ballady. Debiut jest bardziej surowy i może nawet lepszy od "dwójki", choć kompletnie go nie pamiętam.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.