19 stycznia 2015

[Recenzja] Demon Fuzz - "Afreaka!" (1970)



Zarówno nazwa zespołu, jak i okładka, mogą sugerować, że to album jakiejś trzecioligowej kapeli wykonującej wtórny heavy metal. Spokojnie, longplay "Afreaka!" został nagrany o kilkanaście lat za wcześnie, by można było go w ogóle podejrzewać o przynależność do tej kategorii. Demon Fuzz to brytyjska grupa utworzona przez czarnoskórych imigrantów z krajów Wspólnoty Narodów. Wbrew pozorom, nie mamy tutaj do czynienia ze szczególnie egzotyczną muzyką - czasem pojawiają się kongi, czasem pojawia się jakieś wschodniobrzmiące solo na saksofonie lub flecie, ale najwięcej wspólnego z "czarną" muzyką ma soulowy wokal Smokeya Adamsa (z rockowych wokalistów można go porównać do Steve'a Winwooda lub Glenna Hughesa). Poza tym muzyka zawarta na "Afreaka!" brzmi bardzo brytyjsko, a mieści się gdzieś na pograniczu rocka, funku i jazzu. Nie ma tu jednak mowy o żadnej wtórności.

Już otwierający albumowy niemal dziesięciominutowy, w całości instrumentalny "Past, Present, and Future" to jeden z najbardziej niezwykłych utworów, jakie kiedykolwiek słyszałem. Rozpoczyna się od posępnego, ciężkiego riffu, granego na przesterowanej gitarze basowej. Bass jest bardzo dobrze słyszalny przez cały album; stanowi wręcz oś, na której zostały zbudowane wszystkie utwory. W "Past, Present, and Future", a właściwie pierwszej części utworu, wraz z perkusją tworzy hipnotyzujący, transowy nastrój. Na takim monotonnym podkładzie wybrzmiewają kolejno jazzujące solówki na instrumentach dętych, gitarze i organach. W piątej minucie następuje jednak przełamanie - gra sekcji rytmicznej staje się bardziej żywiołowa, a pozostałe instrumenty zdają się walczyć ze sobą o pierwszoplanową rolę. Nastrój staje się coraz bardziej pogodny, a brzmienie gitary i organów nasuwa skojarzenia z rockiem psychodelicznym.

Kolejny na płycie "Disillusioned Man" to dla odmiany utwór krótszy, o zdecydowanie przebojowym charakterze. Z fantastycznie bujającym basem, organowo-saksofonowym motywem, oraz świetną, bardzo chwytliwą linią wokalną. Żeby jednak nie było zbyt prosto, w środku pojawia się długi fragment instrumentalny, z jazzową solówką na trąbce. "Another Country" też z początku wydaje się być zwykłą piosenką, opartą na akompaniamencie funkującej sekcji rytmicznej i gitary, z dużym udziałem dęciaków. Ale po dwóch i pół minuty nastrój utworu całkowicie się zmienia, staje się bardziej transowy. Hipnotyczna gra sekcji rytmicznej i organów staje się  tłem dla brzmiącej bardzo etnicznie solówki na saksofonie. Dopiero pod koniec szóstej minuty następuje nagłe przyśpieszenie, a utwór nabiera bardziej rockowego charakteru. Końcówka to powrót do funkowego grania z początku utworu.

"Hymn to Mother Earth" to utwór najbardziej chyba wyróżniający się na tle reszty albumu, ze względu na jego balladowy charakter, a także największy udział gitarzysty. Jednocześnie jest to najmniej oryginalny utwór, najmniej odbiegający od ówczesnych standardów. Nie traktowałbym tego jednak jako zarzut, bo to naprawdę wspaniała kompozycja, z piękną melodią i bogatą aranżacją. Świetnym potwierdzeniem może nie tyle talentu, co fantastycznego wyczucia muzyków, jest finałowy "Mercy (Variation No. 1)", będący ponad dziewięciominutową instrumentalną improwizacją na bazie utworu "Mercy" Williego Mitchella (amerykańskiego muzyka wykonującego soul i funk).

Z reguły opisuję tylko utwory z oryginalnego wydania albumu, ale w tym przypadku warto wspomnieć także o bonusach z kompaktowych reedycji - trzech utworach pochodzących z wydanej w 1970 roku EPki "I Put a Spell on You". Wszystkie trzymają poziom albumowych utworów, chociaż prezentują nieco inne oblicze grupy - mają bowiem bardziej rockowy charakter, kosztem elementów jazzowych i funkowych. Naprawdę rewelacyjny jest cover przeboju "I Put a Spell on You" Screamin' Jaya Hawkinsa. Pod względem muzycznym bardziej dynamiczny od oryginału, bogatszy brzmieniowo, za to ze spokojniejszą, bardziej soulową partią wokalną. "Message to Mankind" jest z kolei najbardziej konwencjonalnym i najprostszym utworem zespołu - warto jednak zwrócić uwagę na warstwę tekstową, poruszającą problem dyskryminacji rasowej. Całości dopełnia instrumentalny jam "Fuzz Oriental Blues".

"Afreaka!" to bardzo intrygujący i oryginalny album, chociaż obawiam się, że może nie przypaść do gustu większości czytelników tego bloga, ze względu na jego niejednoznaczną stylistykę. Zresztą właśnie z tego powodu grupa nie odniosła sukcesu i szybko zakończyła działalność - dla rockowych słuchaczy okazała się zbyt funkowo-jazzowa, miłośników jazzu odstraszała już pewnie sama okładka, a funk w tamtym czasie był popularny głównie w Stanach. Warto jednak dać szansę temu albumowi, bo zawiera naprawdę fascynującą muzykę, a przy tym wciąż brzmiącą bardzo świeżo.

Ocena: 8/10

PS. Dyskografię Demon Fuzz uzupełnia kompilacja "Roots and Offshoots" z 1976 roku, zawierająca wcześniej niewydany materiał, w tym wersje demo utworów "I Put a Spell on You", "Fuzz Oriental Blues" i "Message to Mankind" (ten ostatni jeszcze z innym tekstem, pod tytułem "Pretty Baby"). Poza tym znalazł się na niej mniej ekscytujący materiał utrzymany w stylu reggae.



Demon Fuzz - "Afreaka!" (1970)

1. Past, Present, and Future; 2. Disillusioned Man; 3. Another Country; 4. Hymn to Mother Earth; 5. Mercy (Variation No. 1)

Skład: Smokey Adams - wokal; Winston Joseph - gitara; Jack Joseph - bass; Steven John - perkusja; Ray Rhoden - instr. klawiszowe; Paddy Corea - flet, saksofon, kongi; Clarence Crosdale - trąbka
Gościnnie: Ayinde Folarin - kongi
Producent: Barry Murray


5 komentarzy:

  1. Fajna płyta, natknąłem się na nią lata temu przy okazji rozglądania się po świecie klasycznego funku i afrobeatu. W zasadzie moje wrażenie było takie, że tutaj jest zbyt brytyjsko jak na taką muzykę, że Afreaka! za mało buja, jest zbyt statyczna, że te wszystkie klasycznej proweniencji ozdobniki na fletach itp są ładne, ale trzymają zespół na ziemi. Goście nie zrobili wielkiej kariery (chociaż kapela nie jest dzisiaj zupełnie nieznana) nie dlatego, że łączyli różne gatunki muzyczne, bo w tamtych czasach nikogo to nie dziwiło, a raczej dlatego, że czarni grający białą muzykę to było i nadal w sumie jest dość dziwne zjawisko.

    U mnie ta muzyka pozostawia niedosyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem - łączenie różnych gatunków nie było w tamtym czasie niczym zaskakującym, szczególnie łączenie rocka z jazzem (vide King Crimson, Traffic, itp.). Ale jednak elementy funku i soulowy wokal na płycie brytyjskiego zespołu były wtedy jeszcze czymś zupełnie niespotykanym. Kto wtedy tak grał? Chyba tylko Trapeze, który byłby równie nieznany, gdyby nie późniejsza kariera Glenna Hughesa. Ale ten zespół był zdecydowanie bardziej rockowy od Demon Fuzz.

      Według mnie zaletą albumu "Afreaka!" jest własnie ta brytyjskość - dzięki temu brzmi niepowtarzalnie. Gdyby natomiast zespół grał bardziej w amerykańskim stylu - wtedy nie wyróżniałby się na tle takich grup, jak Funkadelic, Black Merda, itp.

      Oczywiście dobry jest też argument, że grupa nie zdobyła większej popularności, a właściwie akceptacji, przez to, że tworzyli ją czarni muzycy grający białą muzykę. Aczkolwiek skoro w drugą stronę (biali muzycy grający blues, jazz) sprawdzało się to znakomicie, to czemu nie miałby też być takiego zespołu jak Demon Fuzz? ;)

      Usuń
  2. Demon Fuzz byli zespołem bardzo nowoczesnym, ale też bez przesady - nie byli jedynymi muzykami z w swojej dziedzinie. Fela Kuti tworzył sporo wcześniej (później zresztą też), był przecież Eric Burdon z zespołem War, muzycy rockowi z ex-Creamowcami na czele też interesowali się takim graniem. Poza tym jazz fusion niemal od początku interesował się funkiem, na tych najwcześniejszych płytach fusion tak bardzo tego nie słychać, niemniej to, co w okolicach 70' roku grał Miles Davis, Bobby Hutcherson, Herbie Mann, Harold Land, Herbie Hancock, Freddie Hubbard - i wielu innych!, to nic innego jak właśnie jazz inspirowany funkiem - i to nawet bardziej funkiem niż rockiem. Demon Fuzz grali po swojemu, ale mieli gotowe inspiracje na tacy, to nie była muzyka z kosmosu ;)

    Co do białych grających czarną muzykę - oni odnosili sukcesy, bo grali muzykę dla białych. Biali chcieli słuchać jazzu, czy bluesa, ale dosyć często woleli go w innej, bardziej "białej" wersji - o zamkniętych formach, w których improwizacje są ozdobnikiem, nie sednem, stawiających na sferę melodyczną, nie tylko rytmiczną etc. Stąd te wszystkie hard rocki, jazz-rocki, blues rocki itd. No, popatrz na swojego własnego bloga - piszesz o Yes, o Cream o Led Zeppelin, nie o Funkadelic i Davisie (on też nagrywał płyty przystępne dla fanów rocka), wybierasz na ogół brytyjski rock. Tak to już jest ;)

    Czarna publiczność była zainteresowana rytmiczną muzyką o mocno wyeksponowanych korzeniach afrykańskich. Potomkowie przybyszów z Afryki rzadko wybierali eksperymentalne, poważne granie, mniej chętnie sięgali też po europejskie zespoły rockowe. Słuchali Roya Ayersa, Sly Stone'a, Curtisa Mayfielda, Jamesa Browna.

    To, co grali Demon Fuzz to była muzyka w zasadzie dla nikogo. Amerykańcy murzyni nie chcieli czegoś takiego słuchać, bo to nie jest muzyka do tańca, przeciętni biali woleli zupełnie inne granie - hard rock, albo jakieś pochodne popu. Studenci - też na ogół biali - słuchali bardziej intelektualnej muzyki, rocka progresywnego, bardziej poszukujących odmian jazzu etc. Dla której z tych grup nagrano Afreaka! ? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wszystko prawda, ale czyż nie jest rozwinięciem - bardzo szczegółowym - przedostatniego zdania recenzji? ;) Może i nie była to muzyka prekursorska, ale mimo wszystko zbyt oryginalna, aby trafić do jakiejkolwiek z ówczesnych grup słuchaczy.

      Usuń
  3. Tak, z tym się zgadzam :) Po prostu rozwinąłem to zdanie.

    OdpowiedzUsuń