16 stycznia 2015

[Recenzja] Badger - "One Live Badger" (1973)



Zespół powstał w październiku 1972 roku, z inicjatywy byłego klawiszowca Yes, Tony'ego Kaye'a, a także basisty Davida Forestera, również mającego powiązania z tą grupą (jest współkompozytorem utworów "Sweet Dreams" i "Time and a Word", w których także zagrał; wcześniej, jeszcze w latach 60., grał z Jonem Andersonem w zespole The Warriors). Składu Badger dopełnili wokalista / gitarzysta Brian Parrish (ex-Parrish & Gurvitz) i perkusista Roy Dyke (ex-Ashton, Gardner & Dyke). Do nagrania debiutanckiego albumu grupy doszło właściwie przypadkiem. Badger wystąpił jako support Yes na dwóch koncertach, 15 i 16 grudnia 1972 w londyńskim Rainbow Theatre. Ponieważ występy Yes były rejestrowane (to właśnie wtedy nagrano koncertowy film "Yessongs", a także fragmenty tak samo zatytułowanej koncertówki), przy okazji zarejestrowano także występ Badger. Materiał okazał się na tyle dobry, że postanowiono wydać go na płycie, zamiast rejestrować ponownie w studiu. Nagrania z koncertów zostały jednak poprawione w studiu - część partii wokalnych została nagrana na nowo.

Ponieważ zespół istniał dopiero dwa miesiące, na program występów - a tym samym na repertuar "One Live Badger" - złożyły się wszystkie utwory, które do tamtej pory muzycy zdążyli opracować. Większość pomysłów była dziełem Briana Parrisha, który zresztą dwa utwory - "The Preacher" i "On the Way Home" - nagrał już wcześniej na drugi album Parrish & Gurvitz (który został wydany dopiero wiele lat po nagraniu, w 2006 roku). Pomimo licznych powiązań Badger z Yes (wspomnieć trzeba jeszcze, że współproducentem "One Live Badger" jest sam Jon Anderson), stylistycznie i brzmieniowo są to dwa zupełnie różne zespoły. Nawet dwóm najbardziej rozbudowanym utworom - otwierającemu longplay "Wheel of Fortune" i zamykającemu go "On the Way Home" - zdecydowanie bliżej do blues/hard rocka z okolic, powiedzmy, Blind Faith, niż do symfoniczno-progresywnej twórczości Yes. Także pod względem wokalnym - dzielący się obowiązkami wokalnymi Parrish i Foster dysponują o wiele niższymi głosami od Andersona, co według mnie jest ogromną zaletą.

Oba te utwory stanowią zresztą opus magnum tego wydawnictwa. "Wheel of Fortune" to niemal osiem minut energetycznego blues rockowego grania, z gitarowo-organowymi unisonami na mocnym podkładzie rytmicznym, a także z licznymi solówkami - nie tylko gitarowymi i klawiszowymi, ale również na basie. Na podobnej zasadzie zbudowany został "On the Way Home", z tym że tutaj gitarowo-organowy riff jest o wiele cięższy, a przy tym niesamowicie nośny. Dodatkowo pojawia się tutaj fantastyczny, chwytliwy refren, od którego trudno się uwolnić. Genialny utwór, po prostu. W końcówce słychać chórki Jona Andersona (dograne już w studiu), ale nie mają one większego wpływu na całość. Pozostałe utwory bynajmniej nie odstają bardzo od tej dwójki. Pozornie nastrojowy "Fountain" niepozbawiony jest ostrych gitarowych solówek, ale przede wszystkim stanowi popis umiejętności Tony'ego Kaye'a, który gra tutaj długą solówkę na syntezatorze. Trochę mniej interesującym utworem jest "Wind of Change", w części wokalnej oparty na skocznej, raczej banalnej melodii, ale ratują go długie fragmenty instrumentalne. Dynamiczny "River" też się broni, a prawdziwą perełką jest najkrótszy na płycie "The Preacher", przywodzący na myśl bardziej przebojowe kawałki wczesnego Genesis, mimo bardziej gitarowego brzmienia. Utwór idealnie nadawał się, aby wydać go na singlu - co niestety nie zostało zrobione.

Zadebiutowanie koncertowym albumem było w tamtych czasach czymś niespotykanym i bardzo odważnym, ale okazało się świetną decyzją - w studiu prawdopodobnie nie udałoby się powtórzyć energii i żywiołowości, które cechują te nagrania. Jak potoczyły się dalsze losy Badger? Zespół miał przed sobą spore perspektywy; na początku 1973 roku odbył serię udanych występów jako support Black Sabbath, na których zaprezentował się szerszej publiczności. Niestety, niedługo potem, zaczęły się problemy. Brian Parrish, rozczarowany wykonywaniem wciąż tych samych utworów (jako jedyny z zespołu proponował nowe kompozycje) i kwestiami biznesowymi, zdecydował się opuścić grupę. Niedługo później w jego ślady poszedł David Foster. Tony Kaye i Roy Dyke szybko znaleźli nowych muzyków: basistę  Kima Gardnera (ex-Ashton, Gardner & Dyke), gitarzystę Paula Pilnicka, oraz wokalistę Jackiego Lomaxa. Ten ostatni postanowił skierować grupę w stronę muzyki soulowej, jaką wykonywał na swoich solowych albumach. Wydany w 1974 roku album "White Lady" jest wręcz przeciwieństwem energetycznego "One Live Badger". Nowe oblicze Badger nie spotkało się z ciepłym przyjęciem, co przyczyniło się do rychłego rozpadu grupy. 

Ocena: 7/10



Badger - "One Live Badger" (1973)

1. Wheel of Fortune; 2. Fountain; 3. Wind of Change; 4. River; 5. The Preacher; 6. On the Way Home

Skład: Brian Parrish - wokal (1,4-6) i gitara; David Foster - wokal (2,3) i bass; Roy Dyke - perkusja; Tony Kaye - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jon Anderson - dodatkowy wokal (6)
Producent: Jon Anderson, Geoffrey Haslam i Badger


3 komentarze:

  1. Świetne improwizacje Kaye'a na klawiszach i jego współpraca z gitarą to moim zdaniem główna zaleta tej płyty. Także sekcja rytmiczna brzmi tutaj rewelacyjnie a solo gitarowe Parrisha w "Fountain" naprawdę robi wrażenie. Oprócz wczesnego Yes słychać tu także Pink Floyd z okresu "Meddle", Manfred Mann Earthband z czasu "The Roaring Silence" a nawet ..Grand Funk Railroad.

    Według mnie wokal jest ok ale mógłby być lepszy, śpiewany bardziej osobiście i z" feeling'iem", wtedy ten album zasługiwałby na perfekcyjną notę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba jednak pamiętać, że wokal przynajmniej częściowo został nagrany podczas koncertów - a nawet najlepszym wokalistom zdarza się niedomagać na żywo ;)

      Usuń
  2. Nie znałem wcześniej tej płyty, dzięki za polecenie!

    To jest naprawdę dobry materiał, w gruncie rzeczy bardzo pod Yes i szkoda, że nie nagrano go w ramach macierzystej kapeli Kaye'a, bo chociaż muzycy Badger robią dobre wrażenie, to jednak brakuje im wyobraźni Billa Bruforda, czy Steve'a Howe, którzy w takiej stylistyce (lekko jazzujący prog) czuli się naprawdę znakomicie. Gdyby te piosenki zostały wzbogacone o pomysły Squire'a i Andersona mogłoby z tego wyjść coś nie gorszego niż The Yes Album, a przy tym równie oryginalnego (niestety największym minusem One Live Badger jest to, że nie jest zbyt charakterystyczna). Trochę szkoda, ale i tak jest bardzo fajnie.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.