30 stycznia 2015

[Recenzja] Traffic - "When the Eagles Flies" (1974)



Po zakończeniu trasy promującej "Shoot Out at the Fantasy Factory" ze składu Traffic odeszli David Hood i Roger Hawkins; nowym basistą został Rosko Gee, a na perkusję wrócił Jim Capaldi. Na tym jednak zmiany się nie skończyły, bowiem niedługo po rozpoczęciu pracy nad albumem "When the Eagles Flies" wyrzucony został Rebop Kwaku Baah  (a chociaż zdążył zagrać w dwóch utworach, jego nazwisko zostało pominięte w opisie albumu). Być może ze względu na te zmiany, zmianom uległa także sama muzyka. "When the Eagles Flies" prezentuje bardziej wyciszone oblicze grupy - mniej tutaj gitar, więcej brzmień klawiszowych. W kilku utworach pojawia się nawet syntezator Mooga (największą rolę pełni w "Graveyard People" i zakończeniu "Walking in the Wind").

Bardziej rockowo robi się tylko w "Memories of a Rock N' Rolla", ale to akurat utwór pozostawiający najbardziej mieszane odczucia. O ile jego pierwsza, balladowa część wypada naprawdę ładnie, tak nagłe przyśpieszenie w czwartej minucie jest zupełnie niepotrzebne i sprawia, że kompozycja staje się banalna. Zresztą takiego banalnego grania jest tutaj więcej: "Something New" i "Love" to po prostu popowe piosenki, zbyt proste, jak na ten zespół. Na przeciwnym biegunie można postawić "Dream Gerrard" - najdłuższy tutaj utwór, w którym melodyjne fragmenty z partią wokalną przeplatają się z rozbudowanymi jazzrockowymi improwizacjami. To najciekawsza kompozycja na albumie, chociaż mogłaby być trochę krótsza - dwie ostatnie minuty już nic nie wnoszą. Gdzieś pomiędzy ambitniejszym, a bardziej piosenkowym graniem, mieszczą się natomiast takie utwory, jak wspomniany już "Walking in the Wind" czy tytułowy "When the Eagles Flies". Oba zdają się zapowiadać kierunek, w którym Steve Winwood miał wkrótce podążyć na swoich solowych albumach.

"When the Eagles Flies" to album, którego da się posłuchać, ale pozostawiający spory niedosyt, jeśli porównać go z wcześniejszymi dokonaniami Traffic. Słychać już na nim już zmęczenie, które niedługo później przyczyniło się do rozpadu zespołu - gdy w trakcie trasy koncertowej niespodziewanie odszedł Winwood. Szkoda, że właśnie taki album zamyka właściwą dyskografię grupy. Właściwą, bo w 1994 roku ukazał się jeszcze jeden album sygnowany nazwą Traffic, "Far from Home", któremu jednak pod względem stylistycznym bliżej jest do solowych dokonań Winwooda i Capaldiego - jedynych muzyków, którzy wzięli udział w jego nagraniu (Rebop Kwaku Baah zmarł w styczniu 1983 roku, a Chris Wood sześć miesięcy później). Kolejnych reaktywacji już nie będzie, gdyż w 2005 roku zmarł także Capaldi.

Ocena: 6/10



Traffic - "When the Eagles Flies" (1974)

1. Something New; 2. Dream Gerrard; 3. Graveyard People; 4. Walking in the Wind; 5. Memories of a Rock N' Rolla; 6. Love; 7. When the Eagle Flies

Skład: Steve Winwood - wokal (1-4,6,7), gitara i instr. klawiszowe; Jim Capaldi - wokal (5), perkusja i instr. perkusyjne; Chris Wood - saksofon i flet; Rosko Gee - bass; Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne (3,7)
Producent: Chris Blackwell


28 stycznia 2015

[Recenzja] Traffic - "Shoot Out at the Fantasy Factory" (1973)



Pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy przy kontakcie z albumem "Shoot Out at the Fantasy Factory", to powtórzenie patentu z "trójwymiarową" okładką. Niestety, zawartość muzyczna również nie jest zbyt oryginalna. Mimo zmiany składu (Ric Grech i Jim Gordon zostali zastąpieni przez Davida Hooda i Rogera Hawkinsa - amerykańskich muzyków sesyjnych z The Muscle Shoals Sound Rhythm Section), zespół nie wprowadził do swojej twórczości żadnych nowych elementów, a wręcz zawęził ramy swojego stylu - ogólnie rzecz biorąc, jest tutaj bardziej rockowo, kosztem elementów jazzowych i folkowych.

Najbardziej zaskakujący utwór pojawia się już na samym początku albumu - tytułowy "Shoot Out at the Fantasy Factory", oparty na hard rockowym riffowaniu, jest wyjątkowo ciężki jak na ten zespół (chociaż w tle słychać charakterystyczne dla niego brzmienie perkusjonaliów i fletu). Po tym obiecującym otwarciu następuje jednak "Roll Right Stones" - czternastominutowa kompozycja, najwyraźniej mająca być tutejszym odpowiednikiem tytułowego nagrania z albumu "The Low Spark of High Heeled Boys". Ciągnie się jednak zupełnie bez pomysłu, a o chwytliwym refrenie na miarę poprzednika można tylko pomarzyć. Nudą wieje także w instrumentalnej kompozycji Chrisa Wooda, "Tragic Magic", oraz w przydługiej balladzie "(Sometimes I Feel So) Uninspired". O tak, w tamtym czasie muzykom zdecydowanie brakowało inspiracji... Prawdziwą perłą jest natomiast "Evening Blue" - przepiękna ballada oparta na akompaniamencie gitary akustycznej, z solówką na saksofonie.

"Shoot Out at the Fantasy Factory" nie jest może szczególnie porywającym albumem, jednak warto przesłuchać go dla kilku interesujących fragmentów.

Ocena: 7/10



Traffic - "Shoot Out at the Fantasy Factory" (1973)

1. Shoot Out at the Fantasy Factory; 2. Roll Right Stones; 3. Evening Blue; 4. Tragic Magic; 5. (Sometimes I Feel So) Uninspired

Skład: Steve Winwood - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Chris Wood - saksofon i flet; David Hood - bass; Roger Hawkins - perkusja; Jim Capaldi - instr. perkusyjne i dodatkowy wokal; Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Gościnnie: Barry Beckett - instr. klawiszowe (4); Jimmy Johnson - klarnet (4)
Producent: Steve Winwood


27 stycznia 2015

[Recenzja] Traffic - "The Low Spark of High Heeled Boys" (1971)



Album "The Low Spark of High Heeled Boys" przyciąga uwagę już samą okładką, wywołującą złudzenie trójwymiarowości (szczególnie w wersji winylowej, z odciętymi rogami koperty). Nie mniej atrakcyjna jest sama muzyka - jeszcze bardziej różnorodna i bogatsza aranżacyjnie, niż na poprzednim w dyskografii "John Barleycorn Must Die". To bez wątpienia zasługa poszerzenia składu - a więc także instrumentarium. Nowi muzycy mieli także wkład kompozytorski - co prawda w jeden tylko utwór, za to singlowy ("Rock 'n' Roll Stew" został skomponowany przez Rica Grecha i Jima Gordona; za pozostałe kompozycje odpowiadają Steve Winwood i/lub Jim Capaldi).

Longplay niczym klamra spinają dwa przepiękne, bardzo klimatyczne utwory: "Hidden Treasure" i "Rainmaker". Chociaż oba zostały zaaranżowane w podobny sposób (gitara akustyczna, flet i egzotyczne perkusjonalia; w drugim dodatkowo pojawiają się skrzypce), mają nieco inny charakter - nad pierwszym unosi się folkowy duch, tymczasem "Rainmaker" brzmi bardziej etnicznie. Dla odmiany, środek albumu (w wydaniu winylowym: ostatni utwór na stronie A i pierwszy na B) to dwa najbardziej dynamiczne, jednoznacznie rockowe utwory: "Light Up or Leave Me Alone" i "Rock 'n' Roll Stew". Co ciekawe, w obu rolę wokalisty pełni Capaldi, który niestety nie ma ani tak ciekawej barwy głosu, jak Winwood, ani tym bardziej jego umiejętności. No cóż, po ustąpieniu stołka perkusisty Gordonowi, musiał znaleźć sobie inne zajęcie.

Najważniejszym utworem na albumie bez wątpienia jest tytułowy "The Low Spark of High Heeled Boys". Utwór bardzo chętnie grany przez amerykańskie stacje radiowe o profilu Album-Oriented Radio, pomimo jego zdecydowanie nieradiowej długości - kompozycja trwa niemal dwanaście minut. Wyróżnia się jednak niesamowicie przebojowym refrenem - prawdopodobnie najbardziej chwytliwym w całej twórczości Traffic. Jednak jako całość "The Low Spark of High Heeled Boys" nie brzmi komercyjnie - na pewno nie można tego powiedzieć o długiej instrumentalnej części o jazzowym charakterze. Albumu dopełnia jeszcze jeden utwór - spokojny "Many a Mile to Freedom" z bardzo ładną melodią i zgrabnymi gitarowymi solówkami Winwooda.

"The Low Spark of High Heeled Boys" to według mnie szczytowe osiągniecie Traffic. Longplay bardzo różnorodny - od folku i jazzu po niemal hardrockowy "Rock 'n' Roll Stew" - ale zarazem brzmiący bardzo spójnie, a przy tym praktycznie pozbawiony słabszych momentów (może z wyjątkiem "Light Up or Leave Me Alone"). 

Ocena: 9/10



Traffic - "The Low Spark of High Heeled Boys" (1971)

1. Hidden Treasure; 2. The Low Spark of High Heeled Boys; 3. Light Up or Leave Me Alone; 4. Rock 'n' Roll Stew; 5. Many a Mile to Freedom; 6. Rainmaker

Skład: Steve Winwood - wokal (1,2,5,6), gitara i instr. klawiszowe; Jim Capaldi - wokal (3,4,6) i instr. perkusyjne; Chris Wood - saksofon i flet; Ric Grech - bass, skrzypce (6); Jim Gordon - perkusja (1-5); Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Gościnnie: Mike Kellie - perkusja (6)
Producent: Steve Winwood


26 stycznia 2015

[Recenzja] Traffic - "Welcome to the Canteen" (1971)



"Welcome to the Canteen" to pierwszy koncertowy album Traffic - mimo że nazwa grupy nie pojawia się na okładce. Zamiast niej, wydawnictwo jest firmowane nazwiskami grających na nim muzyków. Zajmującymi sporo miejsca, bo skład grupy liczył wówczas aż siedem osób. Bo chociaż album "John Barleycorn Must Die" został zarejestrowany przez trio Steve Winwood - Jim Capaldi - Chris Wood, to tuż przed rozpoczęciem promującej go trasy dołączył do nich basista Ric Grech, natomiast po kilku miesiącach doszli kolejni muzycy: perkusista Jim Gordon, znany z właśnie rozwiązanego Derek and the Dominos, a także Rebop Kwaku Baah grający na afrykańskich perkusjonaliach. Ponadto do składu wrócił gitarzysta Dave Mason - co prawda tylko na sześć koncertów, ale akurat nagrania z dwóch z nich złożyły się na zawartość "Welcome to the Canteen".

Repertuar koncertówki jest dość osobliwy: trafiły na nią tylko trzy utwory Traffic (po jednym z pierwszych trzech albumów i ani jeden z "John Barleycorn Must Die"), dwa utwory z solowego debiutu Masona, "Alone Together" ("Sad and Deep as You" i "Shouldn't Have Took More Than You Gave"), a także kompozycja "Gimme Some Lovin'" z repertuaru The Spencer Davis Group - pierwszego zespołu, w którym śpiewał Winwood.

Pierwsza strona albumu, zawierająca cztery krótkie, konwencjonalnie odegrane utwory, może rozczarować wszystkich miłośników koncertówek z lat 70., na których istotną rolę odgrywają długie improwizacje. Wyjątek stanowi "Forty Thousand Headmen", który jest dwukrotnie dłuższy od wersji studyjnej. Jednak i tutaj nie ma długich solówek; zamiast tego muzycy skupiają się wytworzeniu nastroju. I wyszło to naprawdę świetnie. Gitara akustyczna, flet i bongosy tworzą tutaj niesamowity klimat. Bardzo podobny nastrój ma także "Sad and Deep as You" - a ponieważ oba utwory ze sobą sąsiadują, można pomyśleć, że to jedna, długa kompozycja. Słabiej wypadają natomiast utwory "Medicated Goo" i "Shouldn't Have Took More Than You Gave", w których nie ma ani fantastycznego klimatu wcześniej wspomnianych utworów, ani koncertowego ducha.

Na brak tego ostatniego nie można natomiast narzekać w przypadku dwóch utworów ze strony B. Najpierw rozbudowane wykonanie najbardziej chyba znanego utwory grupy, "Dear Mr. Fantasy", z długimi gitarowymi solówkami - zajmującymi ponad osiem minut z... jedenastominutowego nagrania. Niewiele krótsze wykonanie "Gimme Some Lovin'" jest natomiast przykładem zespołowej improwizacji. Właśnie tutaj najlepiej słychać, że poza perkusistą w składzie jest dwóch muzyków grających na perkusjonaliach. Wielka szkoda, że na album nie trafiło więcej utworów w takim stylu - grupa wykonywała przecież w tamtym czasie na koncertach rozbudowane wersje "Glad" i "Who Knows What Tomorrow May Bring".

"Welcome to the Canteen", mimo swoich wad, jest warte poznania, gdyż stanowi udane podsumowanie wczesnego okresu twórczości Traffic.

Ocena: 7/10



Traffic - "Welcome to the Canteen" (1971)

1. Medicated Goo; 2. Sad and Deep as You; 3. Forty Thousand Headmen; 4. Shouldn't Have Took More Than You Gave; 5. Dear Mr. Fantasy; 6. Gimme Some Lovin'

Skład: Steve Winwood - wokal (1,3,5,6), instr. klawiszowe, gitara (3,5); Dave Mason - wokal (2,4) i gitara; Chris Wood - saksofon, flet i instr. klawiszowe; Ric Grech - bass; Jim Gordon - perkusja; Jim Capaldi - instr. perkusyjne i dodatkowy wokal; Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Producent: Traffic


25 stycznia 2015

[Recenzja] Traffic - "John Barleycorn Must Die" (1970)



Po rozpadzie supergrupy Blind Faith, Steve Winwood postanowił nagrać pierwszy album solowy, roboczo zatytułowany "Mad Shadows". Kiedy jednak zaczął się rozglądać za akompaniującymi muzykami, na horyzoncie pojawili się Jim Capaldi i Chris Wood - dwaj muzycy, z którymi współtworzył grupę Traffic (składu dopełniał gitarzysta Dave Mason). Ich udział w nagraniach sprawił, że materiał został wydany właśnie pod tym szyldem. "John Barleycorn Must Die" różni się jednak od poprzednich albumów Traffic (w latach 1967-69 grupa wydała trzy longplaye: "Mr. Fantasy", "Traffic" i "Last Exit"). Brak Masona sprawił, że muzycy całkowicie odeszli od rocka psychodelicznego. "John Barleycorn Must Die" to mieszanka rocka, jazzu, bluesa i folku.

Otwierający album "Glad" to siedem minut instrumentalnego grania o charakterze jazzrockowej improwizacji, z licznymi solówkami Chrisa Wooda na saksofonie i Steve'a Winwooda na klawiszach. Rewelacyjny początek. Mogący jednak wprowadzić w błąd, bo reszta albumu ma zupełnie inny charakter. Już kolejny na płycie "Freedom Rider" ma bardziej konwencjonalną strukturę. To jednak równie wspaniały utwór, wyróżniający się pięknym saksofonowo-klawiszowym motywem i chwytliwą partią wokalną - szczególnie w refrenie; pojawia się tu także solówka na flecie. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy singlowy "Empty Pages" - przyjemna piosenka, z uwypuklonym rytmem, pierwszoplanową rolą organów i solówką na pianinie elektrycznym.

Drugą stronę rozpoczyna mocniejszy "Stranger to Himself", z bluesowymi solówkami Winwooda na gitarze - instrumencie, który pojawia się dopiero w tym utworze, ale obecny jest już do końca albumu. A w akustycznej balladzie "John Barleycorn" pełni dominującą rolę. To przeróbka starej brytyjskiej pieśni folkowej, z fantastyczną linią wokalną, rozłożoną na dwa głosy - Winwooda wspiera tutaj Capaldi. Utwór był nagrywany przez niezliczoną ilość folkowych i rockowych wykonawców, ale to właśnie wersja Traffic stała się kanoniczną - mimo że nigdy nie była nawet wydana na singlu. Trochę mniej udanym fragmentem albumu z początku wydawał mi się "Every Mother's Son" - to jednak bardzo przyjemny utwór w wolnym tempie, z długim fragmentem instrumentalnym, podczas którego z lewego głośnika słychać partię organów Hammonda, a z prawego jazzujące brzmienia pianina. Udane zakończenie świetnego albumu.

O ile wcześniejsze, psychodeliczne albumy Traffic zupełnie do mnie nie trafiają, tak "John Barleycorn Must Die" uważam za jedno z największych osiągnięć szeroko pojętego rocka progresywnego.

Ocena: 8/10

PS. Kompaktowa reedycja z 1999 roku zawiera dodatkowo dwa studyjne utwory, nagrane przez Winwooda jeszcze przed zaproszeniem do studia Capaladiego i Wooda ("I Just Want You to Know" i "Sittin' Here Thinkin' of My Love" - oba raczej średnie), a także porywające koncertowe wykonania utworów "Who Knows What Tomorrow May Bring" i "Glad", zarejestrowane 18 listopada 1970 roku w Fillmore East (z myślą o koncertowym albumie, który przygotowano do wydania w 1971 roku, ale później z nieujawnionych przyczyn anulowano), w składzie poszerzonym o basistę Rica Grecha (ex-Blind Faith).



Traffic - "John Barleycorn Must Die" (1970)

1. Glad; 2. Freedom Rider; 3. Empty Pages; 4. Stranger to Himself; 5. John Barleycorn; 6. Every Mother's Son

Skład: Steve Winwood - wokal, instr. klawiszowe i bass, gitara (4-6), perkusja (4); Jim Capaldi - perkusja (1-3,6), instr. perkusyjne (1-3,5), wokal (4,5); Chris Wood - saksofon (1,2), flet (1,2,5), instr. perkusyjne (1,2,5), instr. klawiszowe (3)
Producent: Chris Blackwell i Steve Winwood (1-3,5); Guy Stevens (4,6)


21 stycznia 2015

[Recenzja] Titus Groan - "Titus Groan" (1970)



"Titus Groan" to tytuł jednej z pierwszych powieści fantasy, napisanej przez Mervyna Peake'a w 1946 roku. Ale jest to również nazwa krótko istniejącej brytyjskiej grupy, której dyskografia obejmuje zaledwie jeden singiel i jeden album długogrający (niepowielające ze sobą żadnych utworów). Te nieliczne dokonania grupy pokazują jednak jej spory potencjał. Twórczość Titus Groan najprościej określić jako rock progresywny z dużą ilością instrumentów dętych i wyraźnym wpływem jazzu, przez co najłatwiej skojarzyć ją z wczesnym King Crimson - nie ma tu jednak tego uroczystego nastroju i rozmachu. Zdecydowanie bardziej trafne będą skojarzenia z Jethro Tull, wywoływane wszechobecnymi partiami fletu.

Album zaczyna się jednak od utworu niemal stricte bluesrockowego, chociaż fajnie wzbogaconego dęciakami. "It Wasn't for You", bo taki tytuł nosi ta kompozycja, jest jednak tylko rozgrzewka przed dwunastominutowym, czteroczęściowym "Hall of Bright Carvings", w którym zespół pokazuje całe spektrum swoich inspiracji. Od folkowego, celtyckiego wstępu, przez rockowy czad, po granie o charakterze jazzrockowym. Śpiewu tutaj stosunkowo niewiele, utwór sprawia raczej wrażenie jamu. Całą drugą stronę winylowego wydania wypełniają natomiast bardziej zwarte, krótsze (ale nie schodzące poniżej pięciu minut) kompozycje. "I Can't Change", w którym skoczne zwrotki zestawione zostały ze smutnym refrenem, znów przynosi sporo folkowo-celtyckiego klimatu. "It's All Up With Us" to z kolei ballada, w której organowe tło brzmi jak żywcem wyjęte z  "A Whiter Shade of Pale" Procol Harum; rola dęciaków w tym utworze jest bardzo ograniczona, a na pierwszy plan wybija się melodyjna partia gitary basowej. Album zamyka najbardziej zadziorny utwór, "Fuschia", zdominowany przez ostre partie gitar i galopującą perkusję; rozczarowuje jednak zupełnie niedopasowana, leniwa partia wokalna.

Kompaktowe reedycje zawierają trzy dodatkowe utwory, pochodzące z niealbumowego singla grupy: rewelacyjny cover "Open the Door, Homer" Boba Dylana, brzmiący jak... jakiś zaginiony utwór The Beatles (nawet z wokalem podobnym do George'a Harrisona), a także zdecydowanie mniej udane "Woman of the World" i "Liverpool", w których partie wokalne dobitnie uświadamiają, że zostały nagrane wyłącznie dla żartu.

"Titus Groan" to bardzo przyjemny album, który szczerze polecam wszystkim wielbicielom brytyjskiego rocka przełomu lat 60. i 70. Uprzedzam jednak, że nie należy się po nim spodziewać niczego szczególnie ambitnego lub wybitnego - muzycy mieli na siebie pomysł, ale niekoniecznie wystarczające umiejętności, aby go w pełni zrealizować. 

Ocena: 7/10



Titus Groan - "Titus Groan" (1970)

1. It Wasn't for You; 2. Hall of Bright Carvings; 3. I Can't Change; 4. It's All Up With Us; 5. Fuschia

Skład: Stuart Cowell - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Tony Priestland - saksofon, flet i obój; John Lee - bass; Jim Toomey - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Barry Murray


19 stycznia 2015

[Recenzja] Demon Fuzz - "Afreaka!" (1970)



Zarówno nazwa zespołu, jak i okładka, mogą sugerować, że to album jakiejś trzecioligowej kapeli wykonującej wtórny heavy metal. Spokojnie, longplay "Afreaka!" został nagrany o kilkanaście lat za wcześnie, by można było go w ogóle podejrzewać o przynależność do tej kategorii. Demon Fuzz to brytyjska grupa utworzona przez czarnoskórych imigrantów z krajów Wspólnoty Narodów. Wbrew pozorom, nie mamy tutaj do czynienia ze szczególnie egzotyczną muzyką - czasem pojawiają się kongi, czasem pojawia się jakieś wschodniobrzmiące solo na saksofonie lub flecie, ale najwięcej wspólnego z "czarną" muzyką ma soulowy wokal Smokeya Adamsa (z rockowych wokalistów można go porównać do Steve'a Winwooda lub Glenna Hughesa). Poza tym muzyka zawarta na "Afreaka!" brzmi bardzo brytyjsko, a mieści się gdzieś na pograniczu rocka, funku i jazzu. Nie ma tu jednak mowy o żadnej wtórności.

Już otwierający albumowy niemal dziesięciominutowy, w całości instrumentalny "Past, Present, and Future" to jeden z najbardziej niezwykłych utworów, jakie kiedykolwiek słyszałem. Rozpoczyna się od posępnego, ciężkiego riffu, granego na przesterowanej gitarze basowej. Bass jest bardzo dobrze słyszalny przez cały album; stanowi wręcz oś, na której zostały zbudowane wszystkie utwory. W "Past, Present, and Future", a właściwie pierwszej części utworu, wraz z perkusją tworzy hipnotyzujący, transowy nastrój. Na takim monotonnym podkładzie wybrzmiewają kolejno jazzujące solówki na instrumentach dętych, gitarze i organach. W piątej minucie następuje jednak przełamanie - gra sekcji rytmicznej staje się bardziej żywiołowa, a pozostałe instrumenty zdają się walczyć ze sobą o pierwszoplanową rolę. Nastrój staje się coraz bardziej pogodny, a brzmienie gitary i organów nasuwa skojarzenia z rockiem psychodelicznym.

Kolejny na płycie "Disillusioned Man" to dla odmiany utwór krótszy, o zdecydowanie przebojowym charakterze. Z fantastycznie bujającym basem, organowo-saksofonowym motywem, oraz świetną, bardzo chwytliwą linią wokalną. Żeby jednak nie było zbyt prosto, w środku pojawia się długi fragment instrumentalny, z jazzową solówką na trąbce. "Another Country" też z początku wydaje się być zwykłą piosenką, opartą na akompaniamencie funkującej sekcji rytmicznej i gitary, z dużym udziałem dęciaków. Ale po dwóch i pół minuty nastrój utworu całkowicie się zmienia, staje się bardziej transowy. Hipnotyczna gra sekcji rytmicznej i organów staje się  tłem dla brzmiącej bardzo etnicznie solówki na saksofonie. Dopiero pod koniec szóstej minuty następuje nagłe przyśpieszenie, a utwór nabiera bardziej rockowego charakteru. Końcówka to powrót do funkowego grania z początku utworu.

"Hymn to Mother Earth" to utwór najbardziej chyba wyróżniający się na tle reszty albumu, ze względu na jego balladowy charakter, a także największy udział gitarzysty. Jednocześnie jest to najmniej oryginalny utwór, najmniej odbiegający od ówczesnych standardów. Nie traktowałbym tego jednak jako zarzut, bo to naprawdę wspaniała kompozycja, z piękną melodią i bogatą aranżacją. Świetnym potwierdzeniem może nie tyle talentu, co fantastycznego wyczucia muzyków, jest finałowy "Mercy (Variation No. 1)", będący ponad dziewięciominutową instrumentalną improwizacją na bazie utworu "Mercy" Williego Mitchella (amerykańskiego muzyka wykonującego soul i funk).

Z reguły opisuję tylko utwory z oryginalnego wydania albumu, ale w tym przypadku warto wspomnieć także o bonusach z kompaktowych reedycji - trzech utworach pochodzących z wydanej w 1970 roku EPki "I Put a Spell on You". Wszystkie trzymają poziom albumowych utworów, chociaż prezentują nieco inne oblicze grupy - mają bowiem bardziej rockowy charakter, kosztem elementów jazzowych i funkowych. Naprawdę rewelacyjny jest cover przeboju "I Put a Spell on You" Screamin' Jaya Hawkinsa. Pod względem muzycznym bardziej dynamiczny od oryginału, bogatszy brzmieniowo, za to ze spokojniejszą, bardziej soulową partią wokalną. "Message to Mankind" jest z kolei najbardziej konwencjonalnym i najprostszym utworem zespołu - warto jednak zwrócić uwagę na warstwę tekstową, poruszającą problem dyskryminacji rasowej. Całości dopełnia instrumentalny jam "Fuzz Oriental Blues".

"Afreaka!" to bardzo intrygujący i oryginalny album, chociaż obawiam się, że może nie przypaść do gustu większości czytelników tego bloga, ze względu na jego niejednoznaczną stylistykę. Zresztą właśnie z tego powodu grupa nie odniosła sukcesu i szybko zakończyła działalność - dla rockowych słuchaczy okazała się zbyt funkowo-jazzowa, miłośników jazzu odstraszała już pewnie sama okładka, a funk w tamtym czasie był popularny głównie w Stanach. Warto jednak dać szansę temu albumowi, bo zawiera naprawdę fascynującą muzykę, a przy tym wciąż brzmiącą bardzo świeżo.

Ocena: 9/10

PS. Dyskografię Demon Fuzz uzupełnia kompilacja "Roots and Offshoots" z 1976 roku, zawierająca wcześniej niewydany materiał, w tym wersje demo utworów "I Put a Spell on You", "Fuzz Oriental Blues" i "Message to Mankind" (ten ostatni jeszcze z innym tekstem, pod tytułem "Pretty Baby"). Poza tym znalazł się na niej mniej ekscytujący materiał utrzymany w stylu reggae.



Demon Fuzz - "Afreaka!" (1970)

1. Past, Present, and Future; 2. Disillusioned Man; 3. Another Country; 4. Hymn to Mother Earth; 5. Mercy (Variation No. 1)

Skład: Smokey Adams - wokal; Winston Joseph - gitara; Jack Joseph - bass; Steven John - perkusja; Ray Rhoden - instr. klawiszowe; Paddy Corea - flet, saksofon, kongi; Clarence Crosdale - trąbka
Gościnnie: Ayinde Folarin - kongi
Producent: Barry Murray


16 stycznia 2015

[Recenzja] Badger - "One Live Badger" (1973)



Zespół powstał w październiku 1972 roku, z inicjatywy byłego klawiszowca Yes, Tony'ego Kaye'a, a także basisty Davida Forestera, również mającego powiązania z tą grupą (jest współkompozytorem utworów "Sweet Dreams" i "Time and a Word", w których także zagrał; wcześniej, jeszcze w latach 60., grał z Jonem Andersonem w zespole The Warriors). Składu Badger dopełnili wokalista / gitarzysta Brian Parrish (ex-Parrish & Gurvitz) i perkusista Roy Dyke (ex-Ashton, Gardner & Dyke). Do nagrania debiutanckiego albumu grupy doszło właściwie przypadkiem. Badger wystąpił jako support Yes na dwóch koncertach, 15 i 16 grudnia 1972 w londyńskim Rainbow Theatre. Ponieważ występy Yes były rejestrowane (to właśnie wtedy nagrano koncertowy film "Yessongs", a także fragmenty tak samo zatytułowanej koncertówki), przy okazji zarejestrowano także występ Badger. Materiał okazał się na tyle dobry, że postanowiono wydać go na płycie, zamiast rejestrować ponownie w studiu. Nagrania z koncertów zostały jednak poprawione w studiu - część partii wokalnych została nagrana na nowo.

Ponieważ zespół istniał dopiero dwa miesiące, na program występów - a tym samym na repertuar "One Live Badger" - złożyły się wszystkie utwory, które do tamtej pory muzycy zdążyli opracować. Większość pomysłów była dziełem Briana Parrisha, który zresztą dwa utwory - "The Preacher" i "On the Way Home" - nagrał już wcześniej na drugi album Parrish & Gurvitz (który został wydany dopiero wiele lat po nagraniu, w 2006 roku). Pomimo licznych powiązań Badger z Yes (wspomnieć trzeba jeszcze, że współproducentem "One Live Badger" jest sam Jon Anderson), stylistycznie i brzmieniowo są to dwa zupełnie różne zespoły. Nawet dwóm najbardziej rozbudowanym utworom - otwierającemu longplay "Wheel of Fortune" i zamykającemu go "On the Way Home" - zdecydowanie bliżej do blues/hard rocka z okolic, powiedzmy, Blind Faith, niż do symfoniczno-progresywnej twórczości Yes. Także pod względem wokalnym - dzielący się obowiązkami wokalnymi Parrish i Foster dysponują o wiele niższymi głosami od Andersona, co według mnie jest ogromną zaletą.

Oba te utwory stanowią zresztą opus magnum tego wydawnictwa. "Wheel of Fortune" to niemal osiem minut energetycznego blues rockowego grania, z gitarowo-organowymi unisonami na mocnym podkładzie rytmicznym, a także z licznymi solówkami - nie tylko gitarowymi i klawiszowymi, ale również na basie. Na podobnej zasadzie zbudowany został "On the Way Home", z tym że tutaj gitarowo-organowy riff jest o wiele cięższy, a przy tym niesamowicie nośny. Dodatkowo pojawia się tutaj fantastyczny, chwytliwy refren, od którego trudno się uwolnić. Genialny utwór, po prostu. W końcówce słychać chórki Jona Andersona (dograne już w studiu), ale nie mają one większego wpływu na całość. Pozostałe utwory bynajmniej nie odstają bardzo od tej dwójki. Pozornie nastrojowy "Fountain" niepozbawiony jest ostrych gitarowych solówek, ale przede wszystkim stanowi popis umiejętności Tony'ego Kaye'a, który gra tutaj długą solówkę na syntezatorze. Trochę mniej interesującym utworem jest "Wind of Change", w części wokalnej oparty na skocznej, raczej banalnej melodii, ale ratują go długie fragmenty instrumentalne. Dynamiczny "River" też się broni, a prawdziwą perełką jest najkrótszy na płycie "The Preacher", przywodzący na myśl bardziej przebojowe kawałki wczesnego Genesis, mimo bardziej gitarowego brzmienia. Utwór idealnie nadawał się, aby wydać go na singlu - co niestety nie zostało zrobione.

Zadebiutowanie koncertowym albumem było w tamtych czasach czymś niespotykanym i bardzo odważnym, ale okazało się świetną decyzją - w studiu prawdopodobnie nie udałoby się powtórzyć energii i żywiołowości, które cechują te nagrania. Jak potoczyły się dalsze losy Badger? Zespół miał przed sobą spore perspektywy; na początku 1973 roku odbył serię udanych występów jako support Black Sabbath, na których zaprezentował się szerszej publiczności. Niestety, niedługo potem, zaczęły się problemy. Brian Parrish, rozczarowany wykonywaniem wciąż tych samych utworów (jako jedyny z zespołu proponował nowe kompozycje) i kwestiami biznesowymi, zdecydował się opuścić grupę. Niedługo później w jego ślady poszedł David Foster. Tony Kaye i Roy Dyke szybko znaleźli nowych muzyków: basistę  Kima Gardnera (ex-Ashton, Gardner & Dyke), gitarzystę Paula Pilnicka, oraz wokalistę Jackiego Lomaxa. Ten ostatni postanowił skierować grupę w stronę muzyki soulowej, jaką wykonywał na swoich solowych albumach. Wydany w 1974 roku album "White Lady" jest wręcz przeciwieństwem energetycznego "One Live Badger". Nowe oblicze Badger nie spotkało się z ciepłym przyjęciem, co przyczyniło się do rychłego rozpadu grupy. 

Ocena: 7/10



Badger - "One Live Badger" (1973)

1. Wheel of Fortune; 2. Fountain; 3. Wind of Change; 4. River; 5. The Preacher; 6. On the Way Home

Skład: Brian Parrish - wokal (1,4-6) i gitara; David Foster - wokal (2,3) i bass; Roy Dyke - perkusja; Tony Kaye - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jon Anderson - dodatkowy wokal (6)
Producent: Jon Anderson, Geoffrey Haslam i Badger


15 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Avalanche" (1974)



"Avalanche", czyli "lawina" - świetny tytuł dla albumu rockowego, zwłaszcza zaś wydanego przez grupę o nazwie Góra. Jeśli zaś chodzi o jego zawartość muzyczną, to nie mamy tu do czynienia ani z porywającą lawiną dźwięków, ani z materiałem, który powinien zostać pogrzebany pod jakąś lawiną. To najbardziej przeciętny album Mountain z ówczesnej dyskografii, mimo że nagrany prawie w tym samym składzie co poprzednie (do grupy wrócił perkusista Corky Laing, ale zamiast klawiszowca Steve'a Knighta w nagraniach wziął udział drugi gitarzysta, David Perry).

Z dziesięciu utworów aż dwa to covery. Pierwszy pojawia się już na otwarcie - "Whole Lotta Shakin' Goin' On" z repertuaru piosenkarki Big Maybelle, ale znany przede wszystkim z rock and rollowej wersji Jerry'ego Lee Lewisa. Wersja Mountain poraża ogromną energią, a kończąca ją solówka to wspaniały dowód gitarowego kunsztu Lesliego Westa. Muzycy wzięli na warsztat także "(I Can't Get No) Satisfaction" The Rolling Stones, całkowicie zmieniając jego klimat na przyciężkawy blues. Wyszło niezbyt ciekawie, ale doceniam odwagę muzyków, że zdecydowali się zmierzyć z takim klasykiem muzyki rockowej.

Jak prezentuje się autorski materiał grupy? Naprawdę świetny jest melodyjny riffowiec "Sister Justice", chociaż jego riff zbyt nachalnie kojarzy się z "Sunshine of Your Love" Cream. Uroku nie można odmówić akustycznemu instrumentalowi "Alisan", kojarzącemu się ze spokojniejszymi utworami Led Zeppelin, chociaż jak na tego typu kompozycję jest nieco przydługi (trwa prawie pięć minut). Warto zwrócić też uwagę na surowy "You Better Believe It", który spokojnie mógłby znaleźć się na debiutanckim "Climbing!". Pozostałe utwory niestety niczym się nie wyróżniają i nie warto ich nawet opisywać.

Album "Avalanche" zakończył - w nienajlepszy sposób - najciekawszy okres twórczości Mountain. Grupa rozpadła się pod koniec 1974 roku i już nigdy nie miała powrócić w najlepszym składzie - w 1983 roku Felix Pappalardi został podczas kłótni śmiertelnie postrzelony przez swoją żonę, Gail Collins (autorkę wielu tekstów Mountain i przeboju Cream "Strange Brew"). Dwa lata wcześniej West i Laing reaktywowali zespół, z basistą Millerem Andersonem (ex-Savoy Brown), którego wkrótce potem zastąpił Mark Clarke (ex-Uriah Heep). W 1985 roku ukazał się pierwszy album bez Pappalrdiego, "Go For Your Life". Grupa istnieje do dziś i, mimo zmieniających się basistów, co jakiś czas wydaje kolejne albumy. Ostatni jak dotąd, "Masters of War" (zawierający wyłącznie covery Boba Dylana), ukazał się w 2007 roku.

Ocena: 6/10



Mountain - "Avalanche" (1974)

1. Whole Lotta Shakin' Goin' On; 2. Sister Justice; 3. Alisan; 4. Swamp Boy; 5. (I Can't Get No) Satisfaction; 6. Thumbsucker; 7. You Better Believe It; 8. I Love to See You Fly; 9. Back Where I Belong; 10. Last of the Sunshine Days

Skład: Leslie West - wokal (1,5,7,9) i gitara; Felix Pappalardi - wokal (2,4,6,8,10), bass i instr. klawiszowe; David Perry - gitara; Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Felix Pappalardi; Leslie West (5)


14 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Twin Peaks" (1974)



Drugi koncertowy album pod rząd? Obecnie może wydawać się to nieco dziwne, zwłaszcza że tuż przed "The Road Goes Ever On" i "Twin Peaks" ukazał się album "Flowers of Evil", który w połowie składał się z nagrań koncertowych. Trzeba jednak pamiętać, że było to w czasach, gdy koncertówki miały znacznie większe znaczenie, ponieważ muzycy na żywo nie odgrywali wiernie swoich utworów - często nabierały one zupełnie innego charakteru. Każdy występ był niepowtarzalny, nic więc dziwnego, że najlepsze z tych, które były rejestrowane, wydawano na płytach.

"Twin Peaks" jest pamiątką po efemerycznym składzie Mountain, z gitarzystą / klawiszowcem Bobem Mannem i perkusistą Allanem Schwartzbergiem, którzy dołączyli do Lesliego Westa i Felixa Papalardiego w 1973 roku, na trasę reaktywowanego zespołu po Japonii (album zarejestrowano 30 sierpnia w Osace). W porównaniu z "The Road Goes Ever On" lepsze jest brzmienie, a ponadto znalazło się tutaj zdecydowanie więcej utworów, w tym właściwie wszystkie istotne kompozycje grupy: "Mississippi Queen", "Never in My Life", "Nantucket Sleighride" i "Crossroader" (no dobra, do pełni szczęścia zabrakło "Don't Look Around" i "Travellin' in the Dark"). Znalazło się też miejsce dla coverów "Theme for an Imaginary Western" Jacka Bruce'a i "Roll Over Beethoven" Chucka Berry'ego, a także dla utworu "Blood of the Sun" z solowego repertuaru Westa.

W większości utworów muzycy powstrzymują się od długich improwizacji; jedyną wartością dodaną, w porównaniu z wersjami studyjnymi, jest w nich większa dawka energii, która sprawia, że brzmią o wiele bardziej porywająco. Wyjątek stanowi tylko "Nantucket Sleighride", który rozrósł się tutaj aż do ponad pół godziny (w wersji winylowej albumu został podzielony na dwie części i umieszczony na dwóch stronach; na kompaktowych reedycjach połączono je w całość - bardzo amatorsko, z wyraźnie słyszalnym momentem złączenia!). Przyznaję jednak, że wolę bardziej zwarte, o niemal połowę krótsze, wykonanie tego utworu z "The Road Goes Ever On". Co prawda, część wokalna jest lepiej wykonana na "Twin Peaks", ale przydługie improwizacje zdają się zmierzać donikąd, stanowią ewidentny przerost formy nad treścią - chociaż zdarzają się naprawdę dobre momenty. Innym fragmentem "Twin Peaks", który mnie nie przekonuje, jest gitarowe solo Westa, wydzielone jako osobny utwór - po prostu nieciekawe, niedorównujące jego pozostałym solówkom z tego albumu.

Jeżeli ktoś ma wątpliwości, który album wybrać - "The Road Goes Ever On" czy "Twin Peaks" - odpowiedź jest prosta: warto mieć oba, bo każdy ma inne zalety. Zaletami pierwszego jest obecność utworów, których nie ma na żadnym innym albumie Mountain ("Long Red", "Waiting to Take You Away"), a także najlepszego wykonania "Nantucket Sleighride". Na drugim ten akurat utwór pozostawia mieszane odczucia, ale poza tym trafił tutaj naprawdę warty poznania materiał typu "największe przeboje na żywo".

Ocena: 8/10



Mountain - "Twin Peaks" (1974)

LP1: 1. Never in My Life; 2. Theme for an Imaginary Western; 3. Blood of the Sun; 4. Guitar solo; 5. Nantucket Sleighride (Part 1)
LP2: 1. Nantucket Sleighride (Conclusion); 2. Crossroader; 3. Mississippi Queen; 4. Silver Paper; 5. Roll Over Beethoven

Skład: Leslie West - wokal i gitara; Felix Pappalardi - wokal i bass; Bob Mann - gitara i instr. klawiszowe; Allan Schwartzberg - perkusja
Producent: Felix Pappalardi


13 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "The Road Ever Goes On" (1972)



Muzycy Mountain. wkrótce po wydaniu albumu "Flowers of Evil", postanowili zawiesić działalność zespołu. Felix Pappalardi wrócił do pracy producenta, a Leslie West i Corky Laing, wspólnie z Jackiem Brucem, utworzyli zespół West, Bruce and Laing. Wytwórnia postanowiła wydać w tym czasie album koncertowy, zatytułowany "The Road Ever Goes On" (słowa te pochodzą z "Hobbita" J.R.R. Tolkiena), na którym znalazły się dwa utwory wykonane przez zespół podczas festiwalu Woodstock ("Long Red", "Waiting to Take You Away"), a także dwa zarejestrowane na początku 1972 roku ("Crossroader", "Nantucket Sleighride").

"Long Red" to utwór pochodzący z debiutanckiego albumu Westa, "Mountain". Tam jednak był prostą, akustyczną piosenką, natomiast w zaprezentowanej tutaj wersji nabrał hard rockowej mocy i aż się skrzy od porywających gitarowych solówek. Warto też wspomnieć, że perkusyjne intro tej wersji jest jednym z najczęściej samplowanych motywów przez wykonawców hip-hopowych... Kolejny na albumie "Waiting to Take You Away" to z kolei utwór niemający studyjnego odpowiednika. Kawałek charakteryzuje się balladowym charakterem, chociaż z czasem nabiera większego ciężaru. Dalej pojawia się "Crossroader" - to utwór idealny do grania na żywo i rzeczywiście zaprezentowane tutaj wykonanie jest rewelacyjne. Chociaż z drugiej strony, niewiele zyskało w porównaniu z wersją studyjną - obie są tak samo wspaniałe.

Całą drugą stronę longplaya wypełnia ponad 17-minutowa wersja "Nantucket Sleighride". To, co się w niej dzieje, to czysta magia. Esencja grania na żywo w latach 70. Przez pierwsze cztery minuty muzycy dość wiernie trzymają się wersji studyjnej, chociaż grają ze zdecydowanie większą energią, później jednak następuje kilkunastominutowa część z improwizowanymi popisami Pappalardiego, Westa i Knighta. Wrażenie robią przede wszystkim popisy basisty, który najpierw gra wolną solówkę, a potem niesamowitą, zakręconą partię stanowiącą tło dla równie genialnej, rozpędzonej gitarowej solówki (która prawdopodobnie była inspiracją dla Tony'ego Iommi, gdy nagrywał "The Straightener" na czwarty album Black Sabbath). Prawdziwy muzyczny orgazm.

"The Road Ever Goes On" nie jest koncertówką typu "największe hity na żywo". Znalazły się na niej tylko cztery utwory, z których tylko dwa pochodzą z albumów sygnowanych nazwą Mountain. Ale wykonane tak niesamowicie, że śmiało mogę zaliczyć ten longplay do grona najlepszych koncertówek, jakie dane mi było usłyszeć. Chociaż nie zaszkodziłoby, gdyby był trochę dłuższy - 35 minut to mało nawet jak na standardy płyt winylowych.

Ocena: 8/10



Mountain - "The Road Ever Goes On" (1972)

1. Long Red; 2. Waiting to Take You Away; 3. Crossroader; 4. Nantucket Sleighride

Skład: Leslie West - wokal (1,2) i gitara; Felix Pappalardi - wokal (3,4) i bass; N.D. Smart - perkusja (1,2); Corky Laing - perkusja (3,4); Steve Knight - organy
Producent: Felix Pappalardi


12 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Flowers of Evil" (1971)



"Flowers of Evil" to album w połowie składający się z nagrań studyjnych, a w połowie z koncertowych. Część studyjna, odpowiadająca stronie A winylowego wydania, rozpoczyna się od tytułowego utworu - melodyjnego, ale topornego hard rocka w amerykańskim stylu. To jeden z bardziej chwytliwych utworów grupy. Chociaż jeszcze bardziej przebojowe i melodyjne, a zarazem bardziej wyrafinowane muzycznie, są "One Last Cold Kiss" i "Crossroader". Tytuł tego ostatniego wcale nie przypadkiem kojarzy się z "Crossroads" Cream - to bardzo creamowy utwór, charakteryzujący się świetnymi gitarowymi popisami Lesliego Westa o mocnym zabarwieniu bluesowym. To blues/hard rock w najlepszym wydaniu - takiego utworu nie powstydziłaby się żadna brytyjska grupa. Ale longplay pokazuje też inne oblicze Mountain. Klawiszową miniaturkę "King's Chorale", o bardzo podniosłym nastroju, można jeszcze potraktować jako niezobowiązujący przerywnik, ale już ponad siedmiominutowy "Pride and Passion" wyraźnie zdradza prog rockowe ciągoty muzyków. To trochę dziwna kompozycja, ale mająca kilka ciekawych fragmentów.

Koncertowa część albumu, rozczarowująca niemal bootlegową jakością, to przede wszystkim 25-minutowy "Dream Sequence", składający się z kilku różnych utworów. Na otwarcie przydługa, nudna solówka Westa, przechodząca w bardzo energetyczne wykonanie klasyka rock and rolla, "Roll Over Beethoven" Chucka Berry'ego, zakończoną kolejną przydługą solówką. Po chwili przerwy rozbrzmiewa "Dreams of Milk and Honey" - świetna riffowa kompozycja z solowego debiutu Westa, "Mountain", która w porównaniu z wersją studyjną zyskała fantastyczne organowe tło. Ostatnie dwie części, "Variations" i "Swan Theme" to naprawdę porywające popisy całego zespołu. Na zakończenie, już jako osobny utwór, czeka "Mississippi Queen" - praktycznie nieróżniący się od studyjnego pierwowzoru, jeśli nie liczyć wplecionego riffu z "Politican" Cream.

Podsumowując, studyjna strona "Flowers of Evil" wypada naprawdę dobrze, a koncertowa pozostawia mieszane odczucia. Ogólnie jednak wrażenia mam raczej pozytywne.

Ocena: 7/10



Mountain - "Flowers of Evil" (1971)

1. Flowers of Evil; 2. King's Chorale; 3. One Last Cold Kiss; 4. Crossroader; 5. Pride and Passion; 6. Dream Sequence: Guitar solo / Roll Over Beethoven / Dreams of Milk and Honey / Variations / Swan Theme  (live); 7. Mississippi Queen (live)

Skład: Leslie West - wokal (1,6,7) i gitara; Felix Pappalardi - wokal (3-5) i bass; Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Knight - instr. klawiszowe
Producent: Felix Pappalardi


11 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Nantucket Sleighride" (1971)



Drugi album Mountain jest dojrzalszy od debiutu; zawiera bardziej dopracowane kompozycje. Już na otwarcie pojawia się świetny "Don't Look Around", oparty na wyrazistej partii organów, ale też z mocną sekcją rytmiczną i licznymi ostrymi gitarowymi popisami Lesliego Westa. Nie przeszkadza nawet jego szorstki wokal - pasuje naprawdę nieźle do tej rozpędzonej kompozycji. Tuż po niej następuje wyciszenie w postaci pięknej klawiszowej miniaturki "Taunta", będącej niejako wprowadzeniem do tytułowego "Nantucket Sleighride". Jednego z najpiękniejszych utworów amerykańskiego rocka, z balladową, bardzo melodyjną częścią wokalną - tym razem rolę wokalisty pełni Felix Pappalardi - i ostrzejszymi fragmentami instrumentalnymi, o progrockowym charakterze. Potencjał tego utworu został jednak w pełni wykorzystany dopiero w koncertowych wykonaniach, które rozrastały się do kilkunastu, a czasem nawet kilkudziesięciu, minut.

"You Can't Get Away" to już prostsze granie, oparte na gitarowo-fortepianowym riffie, ze zbyt wrzaskliwym śpiewem Westa, który zupełnie tutaj nie pasuje. Można od razu przełączyć na "Tired Angels" - kolejny utwór śpiewany przez Pappalardiego, łączący hardrockowe zwrotki, oparte na świetnym gitarowym riffie, z balladowym refrenem, z akompaniamentem pianina, organów i wyrazistego basu. To kolejny dowód kompozytorskiego rozwoju grupy. Ale poziom znów spada w nijakim muzycznie, sztampowym boogie "The Animal Trainer and the Toad". Znów kiepsko jest także od strony wokalnej, jak to przeważnie bywa w utworach śpiewanych przez Westa. Ale i następująca po nim ballada "My Lady", z wokalem Pappalardiego, wypada słabo - muzycy za bardzo ją przesłodzili. Zupełnie inny poziom prezentuje "Travellin' in the Dark" - kolejny stały punkt koncertów grupy. Chociaż główną partię wokalną wykonuje tutaj Pappalardi, nie jest to ballada, a mocny utwór hardrockowy, ze świetnymi gitarowymi popisami Westa. Szkoda tylko, że nie jest to ostatni utwór na płycie. Bo następujący po nim "The Great Train Robbery" - pastisz muzyki honky tonk - tylko zaciera dobre wrażenie.

Album "Nantucket Sleighride" jest bardzo nierówny, składają się na niego zarówno rewelacyjne utwory, jak i zwykłe wypełniacze - i właściwie nic pomiędzy. Te lepsze fragmenty są jednak wystarczająco udane, bym całości wystawił wysoką ocenę.

Ocena: 7/10



Mountain - "Nantucket Sleighride" (1971)

1. Don't Look Around; 2. Taunta (Sammy's Tune); 3. Nantucket Sleighride (to Owen Coffin); 4. You Can't Get Away; 5. Tired Angels (to J.M.H.); 6. The Animal Trainer and the Toad; 7. My Lady; 8. Travellin' in the Dark (to E.M.P.); 9. The Great Train Robbery

Skład: Leslie West - wokal (1,4,6,8,9) i gitara; Felix Pappalardi - wokal (3,5,7-9) i bass, gitara, pianino; Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Knight - organy
Producent: Felix Pappalardi


10 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Climbing!" (1970)



Korzenie grupy Mountain sięgają 1969 roku, kiedy to gitarzysta / wokalista Leslie West (z rhythm & bluesowego The Vagrants) postanowił założyć nowy zespół, wraz z basistą / klawiszowcem Normanem Landsbergem i perkusistą Kenem Janickiem. Grupa przyjęła nazwę Leslie West Mountain, nawiązującą do sporego rozmiaru Westa... Po niedługim czasie zespół został zauważony przez producenta Felixa Pappalardiego, znanego przede wszystkim z współpracy z Cream, który wyraził chęć nagrania z nimi albumu. Album zatytułowany "Mountain" ukazał się w 1969 roku jako solowe dzieło Westa. Pappalardi wystąpił na nim nie tylko w roli producenta, ale także basisty; udział Landsberga ograniczył się do zagrania w trzech utworach na klawiszach, natomiast Janick został zastąpiony przez Normana Smarta.

Po wydaniu albumu muzycy wyruszyli w trasę - już bez Landsberga, którego zastąpił Steve Knight - występując już pod szyldem Mountain. Grupa wystąpiła m.in. na legendarnym festiwalu Woodstock, ale chociaż jej występ został przyjęty z entuzjazmem, żaden jego fragment nie został uwzględniony w filmie dokumentującym to wydarzenie. Po zakończeniu trasy odszedł Smart, a na jego miejsce przyjęto  Laurence'a "Corky" Lainga. Tak narodził się skład, który zarejestrował album "Climbing!" - oficjalny debiut Mountain (niektórzy zaliczają do dyskografii grupy album "Mountain", ze względu na tytuł i obecność na nim Felixa Pappalardiego).

Longplay zaczyna się od największego przeboju grupy, "Mississippi Queen". I jak to często bywa w przypadku największych przebojów, nie jest to utwór, który mógłbym zaliczyć do najlepszych w dorobku grupy: prosty, surowy hard rock o bluesowym odcieniu, w typowo amerykańskim stylu (czyli mniej wyrafinowanym od brytyjskiego blues rocka). Dodatkowo odpycha mnie w nim szorstki, wrzaskliwy wokal Westa. Jakże innym utworem jest następujący po nim "Theme for an Imaginary Western" - bardziej melodyjny, ale nie banalny, z uwypukloną partią basu i organowym tłem. Ale to akurat kompozycja Jacka Bruce'a (ex-Cream) z jego solowego debiutu, "Songs for a Tailor" z 1969 roku, który zresztą został wyprodukowany przez Pappalardiego. W wersji Mountain rolę wokalisty pełni właśnie Pappalardi i nie ukrywam, że jego melodyjny sposób śpiewania odpowiada mi o wiele bardziej, niż wydzieranie Westa.

W "Never in My Life" partia wokalna znów należy do gitarzysty, ale to akurat całkiem zacny, hardrockowy czad, oparty na ciekawym, zadziornym riffie. Możliwości, jakie daje obecność dwóch wokalistów w składzie, zostały wykorzystane w "Silver Paper" i "For Yasgur's Farm" - Felix śpiewa w spokojniejszych fragmentach, a Leslie w ostrzejszych. Oba utwory są zresztą bardzo do siebie podobne, nie tylko ze względu na te kontrasty, ale również wyraźnie zastosowanie organów. Główna różnica polega na tym, że pierwszy z nich to raczej banalna piosenka, a drugi wyróżnia się porywającymi gitarowo-basowymi popisami. Kolejny utwór, "To My Friend", to instrumentalny popis na gitarze akustycznej. Nic specjalnego, nie wyróżnia się na tle setek podobnych kawałków. Nie zachwycają także kolejne dwa utwory: ani spokojniejszy "The Laird", z wyjątkowo wymuszonym śpiewem Pappalardiego, ani ostrzejszy, sztampowy "Sittin' on a Rainbow". Tuż po nich następuje jednak wielki finał - mocna ballada "Boys in the Band". Zdecydowanie najładniejszy fragment longplaya.

"Climbing!" to solidny debiut, ale nic poza tym. Dopiero na kolejnych albumach muzycy pokazali na co ich stać. Tutaj słychać jeszcze wiele niedoskonałości - przede wszystkim w kwestii kompozytorskiej.

Ocena: 7/10



Mountain - "Climbing!" (1970)

1. Mississippi Queen; 2. Theme for an Imaginary Western; 3. Never in My Life; 4. Silver Paper; 5. For Yasgur's Farm; 6. To My Friend; 7. The Laird; 8. Sittin' on a Rainbow; 9. Boys in the Band

Skład: Leslie West - wokal (1,3-5,8,9) i gitara; Felix Pappalardi - wokal (2,4,5,7,9), bass, pianino (1,2,9), gitara (7); Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Knight - instr. klawiszowe (2-5,9) i instr. perkusyjne (4)
Producent: Felix Pappalardi


9 stycznia 2015

[Recenzja] T2 - "It'll All Work Out in Boomland" (1970)



T2 to jeden z tych nielicznych zespołów, które nigdy nie zaznały sławy, mimo że naprawdę miały wszelkie ku temu wszelkie predyspozycje: własny, prawdziwie oryginalny - a wręcz prekursorski - styl, a także bardzo uzdolnionych muzyków, tworzących niebanalne kompozycje. A jednak coś nie zaiskrzyło. Może to wina wytwórni, która wytłoczyła zbyt małą ilość egzemplarzy ich debiutanckiego albumu, a może po prostu nie został on zauważony z powodu natłoku innych genialnych wydawnictw, które ukazały się na przełomie lat 60. i 70. Tak czy inaczej, niezauważenie tej grupy było jedną z największych pomyłek w historii muzyki rockowej.

Zespół T2 pojawił się znikąd, wydał zaledwie jeden, za to zaskakująco dojrzały, prekursorski, niemal genialny album, po czym słuch o nim zaginął. Może trochę przesadziłem z tym pojawieniem się znikąd. Bo chociaż grupa nie została założona przez uznane gwiazdy - niczym Cream lub ELP - to jednak tworzący ją muzycy jakieś doświadczenie już mieli. Wokalista / perkusista Pete Dunton i basista Bernard Jinks pod koniec lat 60. grali w zespołach Neon Pearl i Please (ich nagrania zostały oficjalnie wydane dopiero wiele lat później). Następnie Dunton dołączył do grupy Gun (nie zagrał jednak na żadnym z jej albumów), a Jinks założył zespół Bulldog Breed, z którym nawet udało mu się wydać album ("Made in England", 1969). Już po jego premierze, do składu dołączył Dunton, a także 17-letni gitarzysta Keith Cross. Właśnie ta wspomniana trójka muzyków na początku 1970 roku powołała do życia grupę Morning, która wkrótce zmieniła nazwę na bardziej enigmatyczną T2.

Wydany w sierpniu 1970 roku album "It'll All Work Out in Boomland" składa się zaledwie z czterech utworów, w tym jednego trwającego ponad dwadzieścia minut i zajmującego całą stronę B winylowego wydania ("Morning"). Czas pozostałych też bynajmniej nie jest radiowy: dwa trwają dobrze ponad osiem minut ("In Circles", "No More White Horses"), a najkrótszemu "J.L.T." niewiele brakuje do sześciu minut. Już to wiele mówi na temat tego, jaka muzyka się na nim znalazła. Jak najbardziej jest to rock progresywny, ale ciężkim, raczej hard rockowym brzmieniu. Już pierwszy utwór, "In Circles", zaczyna się od agresywnie brzmiących - jak na 1970 rok - gitarowych riffów. Są one jednak równoważone melodyjnym śpiewem Petera Duntona. Kompozycja charakteryzuje się wieloma zmianami motywów (w siódmej minucie pojawia się nawet część jazzowa), a także bardzo skomplikowaną, "połamaną" grą sekcji rytmicznej. Dziś już nie ma muzyków, którzy potrafiliby tak grać w zupełnie naturalny sposób. A propos, warto w tym miejscu zwrócić uwagę na brzmienie albumu - ani trochę się nie zestarzało. Równie dobrze mógłby on zostać nagrany dzisiaj.

Pomysłów z "In Circles" starczyłoby na cały album. A w kolejnych utworach też sporo się dzieje. Początek "J.L.T." przynosi chwilę uspokojenia - zamiast ciężkich gitar i połamanych rytmów otrzymujemy tutaj prostą melodię, zaś w instrumentarium dominuje gitara akustyczna i pianino, wsparte melotronem i subtelną partią perkusji, która jednak powoli nadaje kompozycji coraz większej dynamiki, aż do podniosłego finału, z udziałem anonimowych muzyków grających na instrumentach dętych. Przepiękny utwór. Kolejna bardziej rozbudowana forma, "No More White Horses", zdaje się łączyć cechy poprzednich dwóch kompozycji - cięższe fragmenty przeplatają się w niej z balladowymi - zaś na ich tle wyróżnia się uwypukloną partią gitary basowej, a także charakterystycznym motywem granym przez sekcję dętą. Najbardziej błyszczy tu jednak Keith Cross, który zagrał tutaj nie tylko liczne solówki gitarowe, ale także przepiękną partię na fortepianie.

Te trzy utwory - choć każdy wspaniały - są jednak tylko przystawką przed daniem głównym. Dopiero w finałowym "Morning" muzycy w pełni rozwijają swoje skrzydła, grają bez żadnego skrępowania. Zaczyna się bardzo zwyczajnie, piosenkowo - tylko gitara akustyczna, wyraźny bass i partia wokalna. Ale po chwili wchodzi partia perkusji, a gitara akustyczna ustępuje miejsca elektrycznej i utwór nabiera większej dynamiki i ciężaru. Wciąż jednak jest prosto i melodyjnie - aż do połowy czwartej minuty, kiedy rozpoczyna się długa część improwizowana. Trzeba naprawdę wielu przesłuchań, żeby ogarnąć wszystko, co się tutaj dzieje - od ciężkich fragmentów z ostrymi gitarowymi solówkami, po dziwne psychodeliczne dźwięki. O połamanych rytmach nie muszę już chyba wspominać... A pomiędzy tym wszystkim pojawiają się melodyjne fragmenty z wokalem, które jeszcze bardziej podkreślają szaleństwo instrumentalnych improwizacji.

Dziwne, naprawdę dziwne, że "It'll All Work Out in Boomland" nie został zauważony w chwili wydania i dopiero po latach został uznany za zapomniane arcydzieło - oczywiście przez tą garstkę osób, która zadała sobie trud dotarcia do niego. Szkoda, że zespół nie miał praktycznie szans aby się przebić do świadomości większego grona miłośników rocka. Bo chociaż zarejestrował materiał na drugi album, to jego wydanie zostało wstrzymane ze względu na odejście Keitha Crossa i spowodowane nim zawieszenie działalności T2. Ostatecznie wydany został dopiero w 1997 roku pod tytułem "Fantasy". Jego brzmienie, praktycznie demówkowe,  pozostawia wiele do życzenia, ale sama muzyka pokazuje rozwój zespołu - obok dłuższych, skomplikowanych form, znalazły się na nim także krótsze utwory, które mogłyby się sprawdzić na singlach. Być może dzięki nim zespół zdobyłby popularność, a dziś byłby wymieniany wśród największych... 

Ocena: 9/10

PS. Na początku lat 90. Peter Dunton reaktywował T2 (bez Keitha Crossa i Bernarda Jinksa) i wydał pod tym szyldem trzy studyjne albumy, którym niestety daleko do poziomu "It'll All Work Out in Boomland". Natomiast ich syntetyczne brzmienie zestarzało się o wiele bardziej, niż to z debiutu.



T2 - "It'll All Work Out in Boomland" (1970)

1. In Circles; 2. J.L.T.; 3. No More White Horses; 4. Morning

Skład: Peter Dunton - wokal i perkusja; Keith Cross - gitara i instr. klawiszowe; Bernard Jinks - bass
Producent: Mike Dunne


8 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "Hellbound Train" (1972)



"Hellbound Train" został nagrany w tym samym składzie, co poprzedni w dyskografii "Street Corner Talking", ale to jedyne podobieństwo między tymi dwoma longplayami. Pod względem muzycznym zespół zrobił krok wstecz. O ile na poprzednim albumie zdarzały się utwory wyprzedzające nieco swój czas, tak tutaj część nagrań brzmi, jakby została nagrana nawet kilkanaście lat wcześniej. "Doin' Fine", "I'll Make Everything Alright", "If I Could See an End" oraz "It'll Make You Happy" to granie na granicy rock'n'rolla, boogie i rhythm'n'bluesa, z bardzo archaicznym (już w chwili wydania albumu) brzmieniem gitary i pianina. Już lepiej, gdy zespół próbuje swoich sił w stylistyce, która dotąd była mu raczej obca - w "Troubled by These Days and Times" wyraźnie słychać wpływy muzyki gospel. Chociaż jednak kompozycja zaczyna się bardzo obiecująco - szczególnie subtelne partie gitarowe Kima Simmondsa przyciągają uwagę - to sprawia wrażenie wydłużanej na siłę. Na pewno nie zaszkodziłoby jej skrócenie o jakieś półtora minuty.

Są na tym albumie jednak także dwie prawdziwe perełki. Pierwsza z nich to "Lost and Lonely Child" - psychodeliczno-prog rockowa ballada, z porywającą grą instrumentalistów i udramatyzowanym śpiewem Dave'a Walkera. Utwór zaczyna się bardzo klimatycznie, z akompaniamentem gitary akustycznej i uwypukloną partią organów, ale z czasem nabiera większej dynamiki. Jeżeli jednak chodzi o budowanie napięcia, to bezkonkurencyjny (przynajmniej na tym longplayu) jest tytułowy "Hellbound Train". Ponad dziewięciominutowy odlot, z transową grą sekcji rytmicznej oraz ekscytującymi popisami Paula Raymonda i Kima Simmondsa. Nieco słabiej wypada tym razem partia wokalna, zbyt "przybrudzona", jak na tego typu kompozycję.

Album "Hellbound Train" okazał się największym sukcesem komercyjnym Savoy Brown w Stanach, mimo że nie był promowany żadnym singlem - można więc przyjąć, że był to przede wszystkim efekt pozycji na tamtejszym rynku, którą zespół osiągnął poprzednimi wydawnictwami.

Ocena: 5/10



Savoy Brown - "Hellbound Train" (1972)

1. Doin' Fine; 2. Lost and Lonely Child; 3. I'll Make Everything Alright; 4. Troubled by These Days and Times; 5. If I Could See an End; 6. It'll Make You Happy; 7. Hellbound Train

Skład: Dave Walker - wokal; Kim Simmonds - gitara; Paul Raymond - instr. klawiszowe, gitara i dodatkowy wokal; Andy Silvester - bass; Dave Bidwell - perkusja
Producent: Neil Slaven


7 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "Street Corner Talking" (1971)



Przed nagraniem albumu "Street Corner Talking" ze składu Savoy Brown odeszli Dave Peverett, Roger Earl i Tone Stevens (wkrótce potem, wraz z gitarzystą Rodem Pricem, powołali do życia grupę Foghat). Jedyny "ocalały", gitarzysta Kim Simmonds, musiał zbudować zespół od podstaw. Do nowego wcielenia Savoy Brown udało mu się pozyskać aż trzech muzyków blues rockowego Chicken Shack: basistę Andy'ego Silvestera, perkusistę Dave'a Bidwella, oraz klawiszowca Paula Raymonda (który później zdobył sławę dołączając do zespołu UFO). Składu uzupełnił wokalista Dave Walker - późniejszy członek grup Fleetwood Mac i... Black Sabbath (w składzie tej drugiej był tylko przez kilka miesięcy i nie zarejestrował z nią żadnych studyjnych nagrań). Nowi muzycy w składzie przyczynili się do kolejnej wolty stylistycznej Savoy Brown.

Album "Street Corner Talking" rozpoczyna się od dynamicznego "Tell Mama" - kawałka może trochę topornego, ale zarazem całkiem przebojowego. Mocny, choć raczej przeciętny wokal Walkera idealnie pasuje do ostrych partii gitar. Tym bardziej dziwny wydaje się fakt, że w kolejnym kawałku, "Let It Rock", śpiewa Raymond, radzący sobie w tej roli raczej kiepsko. Muzycznie utwór jest lżejszy od poprzedniego (istotną rolę odgrywa w nim partia pianina), utrzymany w luźnym, rock and rollowym klimacie. To jednak tylko chwilowe uspokojenie, bowiem "I Can't Get Next to You" - cover przeboju The Temptations - przynosi hard rockowe brzmienie gitary i organów Hammonda, a także długie popisy instrumentalne. Jeszcze cięższy okazuje się "Time Does Tell", pomimo raczej funkowej rytmiki i nieco jazzujących fragmentów instrumentalnych; w pamięć najbardziej jednak zapada ekspresyjna partia wokalna Walkera.

Z kolei tytułowy "Street Corner Talking", za sprawą uwypuklonych hammondowych brzmień, przywodzi na myśl Deep Purple - z tym, że kojarzy się przede wszystkim z twórczością składu z Glennem Hughesem i Davidem Coverdalem, który zadebiutował w 1974 roku, a więc trzy lata później... Najdłuższy na albumie, jedenastominutowy "All I Can Do" (z melodią dziwnie podobną do - znacznie późniejszego! - "Hotel California" The Eagles) z początku utrzymany jest w łagodnym klimacie i stopniowo nabiera mocy; w drugiej części dominują długie popisy instrumentalne. Całości dopełnia drugi cover, utworu "Wang Dang Dooodle" napisanego przez Williego Dixona dla Howlin' Wolfa w 1961 roku. To jednak najsłabszy fragment albumu, monotonnie ciągnący się przez ponad siedem minut.

"Street Corner Talking" to dopiero siódmy album Savoy Brown, a nagrany już z czwartym wokalistą. Z każdym z trzech poprzednich zespół prezentował nieco inną muzykę i nie inaczej stało się po tej zmianie składu - być może właśnie na tym longplayu nastąpiła największa zmiana stylistyczna w dotychczasowej karierze zespołu. Jednak kierunek obrany przez to wcielenie Savoy Brown okazał się wyjątkowo ciekawy.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Street Corner Talking" (1971)

1. Tell Mama; 2. Let It Rock; 3. I Can't Get Next to You; 4. Time Does Tell; 5. Street Corner Talking; 6. All I Can Do; 7. Wang Dang Doodle

Skład: Dave Walker - wokal (1,3-7); Kim Simmonds - gitara, harmonijka; Paul Raymond - instr. klawiszowe, gitara (1), wokal (2); Andy Silvester - bass; Dave Bidwell - perkusja
Producent: Neil Slaven


6 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "Looking In" (1970)



Chociaż album "Looking In" został wydany jeszcze w tym samym roku, co "Raw Sienna", w jego nagrywaniu nie brali już udziału wokalista Chris Youlden i pianista Bob Hall. Ich obowiązki przejęli odpowiednio gitarzyści Dave Peverett i Kim Simmonds. Wyszło na dobre. Potwierdzeniem tego niejako może być komercyjny sukces longplaya - jako jedyny z dyskografii Savoy Brown został odnotowany na brytyjskiej liście (50. miejsce), zaś w Stanach osiągnął najwyższą do tamtej pory pozycję 39. (wyżej, bo na 34. miejscu, notowany był tylko późniejszy album "Hellbound Train" z 1972 roku). Bynajmniej nie była to zasługa skomercjalizowania muzyki grupy. Raczej dostosowania jej do ówczesnych standardów. Na "Looking In" w końcu nie słychać tej archaicznie brzmiącej gry Boba Halla na pianinie, nie ma też wzbogacania aranżacji o dęciaki, za którym prawdopodobnie optował Chris Youlden. "Looking In" to album brzmiący tak, jak powinien brzmieć - jak longplay nagrany w 1970 roku, a nie dekadę wcześniej.

Całość rozpoczyna się od akustycznej, instrumentalnej miniaturki "Gypsy". W tamtych czasach takie intra nie były jeszcze nadużywane, a to całkiem nieźle wprowadza w album. Niby krótkie i proste, ale na pewno nie banalne. Natomiast wraz z bliźniaczym (a właściwie niemalże identycznym) "Romanoff" tworzy ciekawą klamrę spinającą longplay - to również nie było jeszcze wtedy nadużywanym zabiegiem. Zasadniczą część albumu stanowią jednak utwory umieszczone pomiędzy tymi dwiema miniaturkami. Te również wypadają ciekawie. Świetny jest riffowy "Poor Girl" - to już stricte hard rockowe granie, z mocną sekcją rytmiczną i ostrymi partiami gitar. Tuż za nim plasuje się utrzymany w podobnym klimacie, ale jednak łagodniejszy, tytułowy "Looking In". Innym wyróżniającym się utworem jest najdłuższy na płycie "Leavin' Again" - z początku nieco odpychający prostą, banalną melodią, ale później porywający długimi improwizacjami muzyków. Niemal równie imponujące popisy znalazły się w instrumentalnych "Sunday Night" i "Sitting an' Thinking". Nie przekonują mnie natomiast dwa pozostałe utwory, które zestarzały się znacznie bardziej od reszty: psychodeliczny "Money Can't Save Your Soul" i sztampowe boogie "Take It Easy".

"Looking In" to album od którego najlepiej rozpocząć poznawanie twórczości Savoy Brown. Na wcześniejszych albumach jest zbyt wiele dziwnych eksperymentów, a za mało prawdziwego rocka, zaś ich brzmienie dziś już jest bardzo archaiczne.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Looking In" (1970)

1. Gypsy; 2. Poor Girl; 3. Money Can't Save Your Soul; 4. Sunday Night; 5. Looking In; 6. Take It Easy; 7. Sitting an' Thinking; 8. Leavin' Again; 9. Romanoff

Skład: Dave Peverett - wokal i gitara; Kim Simmonds - gitara i pianino; Tony Stevens - bass; Roger Earl - perkusja
Gościnnie: Owen Finnegan - kongi
Producent: Kim Simmonds


5 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "Raw Sienna" (1970)



Ta recenzja była tak słaba, że oczy krwawiły od czytania. Kiedyś napiszę nową.

Ocena: /10



Savoy Brown - "Raw Sienna" (1970)

1. A Hard Way to Go; 2. That Same Feelin'; 3. Master Hare; 4. Needle and Spoon; 5. A Little More Wine; 6. I'm Crying; 7. Stay While the Night Is Young; 8. Is That So; 9. When I Was a Young Boy

Skład: Chris Youlden - wokal; Dave Peverett - gitara; Kim Simmonds - gitara; Tony Stevens - bass; Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Gościnnie: Terry Noonan - aranżacja instr. dętych i smyczkowych
Producent: Chris Youlden i Kim Simmonds


2 stycznia 2015

Najczęściej czytane posty z 2014 roku

Rok 2014 już definitywne dobiegł końca. To dobry czas, aby przedstawić kolejne podsumowanie - tym razem dotyczące samego bloga. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zostało na nim opublikowane w sumie 224 postów, czyli mniej niż w poprzednich latach (366 w 2013, 240 w 2012). Spadek liczby postów był jednak wprost proporcjonalny do liczby odwiedzin bloga, która w ubiegłym roku wynosiła 137819 wejść, co stanowi 64,5% wszystkich dotychczasowych odwiedzin. Poniżej przedstawiam listy dziesięciu najpopularniejszych recenzji i artykułów. Z recenzji najczęściej czytane były oczywiście opisy tegorocznych premier, ale w pierwszej dziesiątce znalazło się też miejsce dla jednego starszego albumu (dużo starszego, bo z... 1967 roku). Na liście najczęściej czytanych artykułów dominują natomiast posty z cyklu "Najważniejsze utwory...", co również nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo posty z tej serii zawsze były bardzo poczytne. Zaskoczeniem było dla mnie natomiast to, która część znalazła się na pierwszym miejscu - nie spodziewałem się, że właśnie ona będzie miała najwięcej wyświetleń z tego roku.


Najczęściej czytane recenzje:


1. Pink Floyd - "The Endless River" (1501 wyświetleń)
2. AC/DC - "Rock or Bust" (655 wyświetleń)
3. Judas Priest - "Redeemer of Souls" (621 wyświetleń)
4. Opeth - "Pale Communion" (443 wyświetleń)
5. Queen - "Queen Forever" (328 wyświetleń)
6. Slash - "World on Fire" (238 wyświetleń)
8. Queen - "Live at the Rainbow '74" (235 wyświetleń)
9. Phil Rudd - "Head Job" (227 wyświetleń)
10. Wishbone Ash - "Blue Horizon" (216 wyświetleń)



Najczęściej czytane artykuły:


1. Najważniejsze utwory Depeche Mode (536 wyświetleń)
3. Płyty winylowe vs. kompaktowe (389 wyświetleń)
4. Najlepsze albumy koncertowe (355 wyświetleń)
5. Najważniejsze utwory Judas Priest (300 wyświetleń)
7. Najważniejsze utwory AC/DC (260 wyświetleń)
8. Najważniejsze utwory Megadeth (235 wyświetleń)
10. Najważniejsze utwory The Rolling Stones (227 wyświetleń)




Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy w ciągu ubiegłego roku regularnie czytali bloga i zapraszam także w tym roku ;)

1 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "A Step Further" (1969)



"A Step Further", czwarty album Savoy Brown, został przygotowany według tego samego schematu, co wydany kilka miesięcy wcześniej "Blue Matter". Stronę A znów wypełniają nagrania studyjne, natomiast na stronie B znalazły się nagrania koncertowe (a właściwie jedno - ponad dwudziestominutowy "Savoy Brown Boogie", będący zbiorem kilku coverów). Niestety, tym razem obie części albumu wywołują we mnie głównie negatywne emocje. Z nagrań studyjnych na plus wyróżnia się tylko przepiękny blues "Life's One Act Play". Utwór naprawdę wspaniały, oparty na wyrazistej linii basu, z pięknym organowym tłem i fantastyczną gitarową solówką, a także z zaskakująco dobrym śpiewem Chrisa Youldena, który idealnie wczuł się w klimat tej kompozycji. Aż trudno uwierzyć, że tak dobry utwór mógł się znaleźć na tym samym albumie, co banalne, sztampowe boogie "Made Up My Mind", przekombinowanym instrumentalem "Waiting in the Bamboo Grove", oraz banalnym, popowym "I'm Tired" (druga część tego utworu, "Where Am I", to po prostu fragment perkusyjnej solówki, nagrany podczas koncertu). Wcale nie lepiej od nich wypada "Savoy Brown Boogie" (złożony z "I Feel So Good" Chucka Willisa, "Whole Lotta Shakin' Going On" Big Maybelle, "Little Queenie" Chucka Berry'ego, "Purple Haze" Jimiego Hendrixa, oraz "Hernando's Hideaway" z musicalu "The Pajama Game"), niesamowicie nudne nagranie, pozbawione jakiejkolwiek własnej inwencji.

Ocena: 2/10



Savoy Brown - "A Step Further" (1969)

1. Made Up My Mind; 2. Waiting in the Bamboo Grove; 3. Life's One Act Play; 4. I'm Tired / Where Am I; 5. Savoy Brown Boogie (live)

Skład: Chris Youlden - wokal; Dave Peverett - gitara; Kim Simmonds - gitara; Tony Stevens - bass; Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Producent: Mike Vernon