5 listopada 2014

Wywiad z Michałem Wroną (Scream Maker)

Zespół Scream Maker to obecnie jedna z największych nadziei polskiej sceny heavy metalowej. O początkach grupy, trasie koncertowej w Chinach, wspólnym graniu z muzycznymi idolami i o niedawno wydanym debiutanckim albumie "Livin' in the Past" rozmawiałem z gitarzystą Scream Maker, Michałem Wroną.

Michał Wrona (fot. screammaker.com)

Część I: Spełnienie marzeń


Zacznijmy od samego początku. Dlaczego postanowiłeś zostać akurat gitarzystą?

Zostałem gitarzystą, bo starszy brat mojego kumpla z podstawówki grał już w zespole thrash metalowym, miał kurtkę moro z logo Judas Priest i umiał na gitarze riff do "Sentinela" [chodzi oczywiście o utwór "The Sentinel" Judasów - przyp. PP]. Jak tylko to usłyszałem, powaliło mnie i dzięki temu od pierwszej klasy podstawówki zacząłem odkrywać heavy metal, i w końcu, w wieku 15 lat, wymęczyłem u rodziców pierwszą gitarę i naturalnie założyłem mój pierwszy zespół o odkrywczej nazwie Hellion (śmiech).


Jacy gitarzyści najbardziej Cię inspirują?

W dzieciństwie moimi gitarowymi guru byli Dave Murray i Glenn Tipton. W sumie dalej są (śmiech). A troszkę poważniej, to jak każdy dzieciak odkrywałem masę fajnych wioślarzy i każdy z nich wniósł coś szczególnego do mojego nawet jeśli nie grania, to postrzegania muzyki. Wymienię najważniejszych: Adrian Smith, Yngwie Malmsteen, Eddie van Halen, Michael Schenker, Ritchie Blackmore, Wolf i Wojtek Hoffmann, Dave Mustaine, Jeff Waters, Vivian Campbell, Steve Vai, Jake E. Lee, Chris Impellitteri, Warren De Martini, George Lynch, Matthias Jabs, Gary Moore... Generalnie bardzo lubię gitarzystów z dużym zapasem "mocy" którzy nie popisując się zbytnio i tak przekonują wszystkich o swojej jakości choćby kilku sekundowym fragmentem w pozornie prostym numerze. Uprzedzając pytanie: Malmsteena cenię, pomijając wściekłe wibrato, za genialne wręcz często linie melodyczne które układa. O gitarzystach mógłbym rozmawiać z Tobą do białego rana, ale niestety nie mamy zapewne tyle czasu.


Jak doszło do powstania Scream Maker?

Powstaliśmy w 2010 roku na gruzach coverowego zespołu, którego nazwy, wierz mi, już nie pamiętam. Graliśmy na próbach w kółko chyba z 30 coverów i w końcu postanowiliśmy odciąć się jakoś od tego, wymyślić jakąś fajną nazwę i zacząć straszyć ludzi własnym heavy metalem (śmiech). Z ojców założycieli zostałem tylko ja, bo przez cztery lata przewinęło się tu więcej ludzi niż przez Rainbow. Naturalnie mam nadzieję, że aktualny skład wytrzyma próbę ognia i metalowej stali.


Czy w takim gatunku jak heavy metal jest jeszcze miejsce na oryginalność, własne brzmienie?

Uczciwie myślę, że nie za bardzo, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, to być może jego półeczka z płytami nie jest jeszcze taka duża. Naprawdę, jeśli chodzi o zasadnicze kwestie muzyczne w hard'n'heavy, to praktycznie wszystko już zostało powiedziane, co wcale nie znaczy, że nie mogą powstawać grupy, które umiejętnie czerpią z przeszłości i podają ten heavy metal w swoim fajnym sosie, czyli mają swoje oryginalne fajne riffy czy swoje unikalne melodie - ale wszystko to jest w ramach pewnej zamkniętej konwencji, która moim zdaniem jest świetna, skończona i nie warto jej zmieniać. Szczerze, granie w stylu Maiden, Priest, Dokken, Queensryche czy Scorpions itp. mam w sercu, więc autentycznie gram to co w 100% lubię i czego sam chciałbym słuchać. Strasznie nam zależy, żeby numery, które robimy, nie były traktowane jak plagiat czy wyraźne nawet zapożyczenia choćby jakichś zagrywek czy paru sylab melodii. Spędzamy nad tym dużo czasu i zwłaszcza ja jestem na to bardzo wyczulony. Po EPce ["We Are Not the Same" z 2012 roku - przyp. PP] która była naprawdę różna stylistycznie i tak każdy mówił: "polskie Iron Maiden", "polski Judas Priest" czy nawet "polski Helloween" (śmiech). Z nową płytą już nie ma tak łatwo - wierzymy, że to coś, co możemy może na wyrost nazwać początkami własnego stylu. Przypomniała mi się ciekawostka, już na etapie nagrywania nowego albumu w studio musieliśmy zmienić fragment melodii zwrotki, bo okazało się że, jest to praktycznie jeden do jednego jakiś zapomniany numer Edyty Górniak, który akurat skojarzył nasz inżynier dźwięku Radek Kordowski i zapewne dzięki temu uniknęliśmy pozwu (śmiech).


A w jaki sposób komponujecie utwory? Wspólnie na próbach, czy ktoś przynosi pomysły nad którymi potem wspólnie pracujecie?

Praktycznie cały nasz materiał to dzieło moje i wokalisty Sebastiana [Stodolaka - przyp. PP]. Autentycznie chce nam się nad tym ślęczeć i cyzelować, aż powstanie, zazwyczaj w dużym bólu, coś wartościowego i jakościowego, przynajmniej naszym zdaniem. Utwory, póki co, tworzymy w bardzo podobny sposób. Nagrywam roboczą wersję jakiegoś numeru, następnie Sebastian, głównie sam, choć czasem z moją delikatną pomocą, walczy z wokalami, aż uznamy, że są bardzo dobre. To jest właśnie klucz tego zespołu - udane melodie wokali. I tu nie mamy taryfy ulgowej, dlatego w wielu wypadkach melodie, które znacie z płyt, to minimum czwarta, lub nawet dziesiąta wariacja pierwotnego pomysłu. Naturalnie, części zamienne do naszych kompozycji powstają też przy tzw. piwku, gdzie sobie gramy i śpiewamy, czasem z tej zabawy z miejsca powstają na spontanie całe numery/wokale które bez zmian idą na płytę. Przykładowo, w pięć minut ułożyliśmy balladkę "700", a "Angel" powstał chyba w dziesięć. Jak już mamy strukturę numeru i linie melodyczne, wtedy Sebastian pisze teksty, a cały zespół na próbie ogrywa to i aranżuje swoje partie. Strasznie zależy nam na tym, by pozostali koledzy też brali udział w procesie tworzenia i dali pewien powiew świeżości, dlatego obecnie eksperymentalnie próbujemy również wdrażać wspólne komponować na próbach, tak totalnie od zera i mam nadzieję, że z tej mąki też będzie chleb.

Heavy metal jest w Polsce wciąż popularnym gatunkiem, o czym świadczy frekwencja na koncertach zagranicznych grup. A jak wygląda sytuacja młodych polskich zespołów wykonujących taką muzykę? Jest na nie zapotrzebowanie?

Niestety, nie przekłada się to tak fajnie, jakbyśmy wszyscy chcieli i sam się zastanawiam, dlaczego tak jest. Wystarczy na przykład, że jesteś zagraniczną gwiazdą typu Sabbaton i są tłumy, kolejki wręcz pod halą, natomiast jak gra polski nieznany band, który ten, powiedzmy żartobliwie, "krzyżacki" power metal wykonuje nawet fajniej, to jest garstka ludzi. Nawet uznane polskie zespoły heavy metalowe, znacznie lepsze od ich zachodnich odpowiedników, mają ten problem. To wręcz smutne, bo na Maiden przychodzi cały stadion, więc ci ludzie jednak są. Być może za dużo jest tej muzyki, za łatwy do niej dostęp i ktoś, kto już ma swoje ulubione bandy, nie daje zwyczajnie szansy czemuś nowemu. Nam oczywiście stadiony nie grożą. Przynajmniej u nas w kraju (śmiech). A poważniej, to ubzduraliśmy sobie, że mianownikiem naszego zespołu ma być słowo "jakość" i mamy świadomość że nie będzie to nigdy popularne wśród mas fanów metalu czy rocka. Toaletowy humor w tekstach, pchanie się do reality show czy robienie muzyki pod tzw. gimbazę nas nie interesuje. W tym zespole chodzi o to, żeby nasza muzyka broniła się po dwóch trzech czy dziesięciu latach i żeby ludzie, którzy naprawdę lubią heavy metal i słuchają go nie od wczoraj, docenili te nasze zakalce.

Scream Maker w Chinach (fot. screammaker.com).


Niedawno zagraliście kilka koncertów w Chinach. Jakie tam, w kraju zupełnie innym pod względem kulturowym, było przyjęcie Waszej muzyki?

Chińczycy są bardzo żywiołowi, odbierają muzykę całym sobą i ta ich energia fajnie wraca do nas na scenę, bo sami też czuliśmy się jak mocarze. Pewnie spory wpływ ma na to fakt, że każdy zagraniczny wykonawca jest dla nich jak biały hipopotam i już samo obcowanie z kimś z zewnątrz świetnie ich nakręca. To wszystko trzeba przeżyć i naprawdę ciężko to opisywać słowami. Nie widziałem żadnego zdystansowanego uczestnika naszych koncertów - a to naprawdę były dziesiątki tysięcy ludzi - który by stał jakiś wycofany z założonymi rękami z miną "no co tam jeszcze chłopaki zagracie..." Kompletnie nie ma tam zblazowania ani zepsucia, czy tak znanej nam w kraju zawiści. To poza tym bardzo dumny, ale równolegle uczynny, dobrze zorganizowany naród i czuliśmy się tam naprawdę wyjątkowo.


Jak w ogóle doszło do tych koncertów?

Po wydaniu EPki i rozesłaniu jej w świat, zaczęliśmy zbierać bardzo dobre recenzje i pewnego dnia odezwali się do nas chińscy promotorzy, chcący wydać naszą muzykę u siebie, ale pod warunkiem, że zagramy tam trasę, którą oni zorganizują. Zagryźliśmy zęby i pojechaliśmy (śmiech). Te dwa tygodnie były jak bajka. Autentyczny sen na jawie. Przy okazji wyprowadzę parę osób z błędu: Chińczycy kochają heavy metal w pełnym jego spektrum, lubią nawet radykalny death i grind core. Pewnego dnia przed koncertem mieliśmy tam fajny wykład w Akademii Muzycznej pod tytułem "Jak to jest być gwiazdą heavy metalu" (śmiech) i grałem im na tej auli na jakimś mikro wzmacniaczu dziesiątki riffów klasycznych metalowych bandów i rozpoznawalność była na poziomie 90%. 


Wspomniana EPka "We Are Not the Same" w Chinach została wydana jako pełny album...

To dziwne, ale to pierwsze oficjalne wydawnictwo polskiego artysty wydane w Chinach. Nie ukrywam, że to powód dla mnie do dumy i fajnie zapisać się tak w historii. Album, który sprzedawaliśmy na koncertach, można także oficjalnie kupować w chińskich sieciach handlowych czy sklepach muzycznych. Naturalnie są nim dwa bonusy, więc w praktyce to już prawie godzina muzyki.


Czy te dwa bonusy, "The Prophet" i "Deliverance", są lub będą wydane także na jakimś wydawnictwie dostępnym w kraju?

Tak, chcemy przy wznowieniu nakładu "WANtS" dodać oba numery, a być może nawet coś jeszcze.


W Polsce supportowaliście już wielu zagranicznych wykonawców: Primal Fear, byłego wokalistę Judas Priest - Tima "Rippera" Owensa, oraz dwóch byłych wokalistów Iron Maiden, Blaze'a Bayleya i Paula Di'Anno; z tym ostatnim miałeś nawet okazję wspólnie grać. Jakim przeżyciem było występowanie obok swoich idoli?

Uczciwie powiem, że to coś wspaniałego i autentyczne spełnienie marzeń. Każdy, kto mnie zna, wie, że to nie komunał na potrzeby wywiadu. Od dziecka jestem naprawdę mega fanem heavy metalu, a tam na szczycie na wieki są Maiden i Priest. Fajna jest sama świadomość, że grasz ze swoimi idolami, których płyty katowałeś w dzieciństwie, a w dodatku czasem masz szansę porozmawiaćz nimi po koncercie czy nawet i poimprezować. Szczytem, dosłownie surrealizmu, jest to, że oni czasem oglądają fragment koncertu twojego zespołu i coś tam ci potem miłego mówią. A granie z gościem z Maiden to już kompletne UFO. Wyobraź sobie taką sytuację: grasz z nim na jego własne życzenie numer Judas Priest, których Paul jest fanem. Normalnie szok. Zresztą o takich różnych śmieszno - fajnych historiach mógłbym Ci opowiadać i opowiadać, i na bank byś w połowę nie uwierzył (śmiech).

Aktualny skład Scream Maker: Sebastian Stodolak, Michał Wrona, Tomasz Nachyła, Łukasz Mackiewicz i Jasiek Radosz (fot. facebook.com/screammaker)


Część II: Czy już jesteśmy miliarderami?


Niedawno ukazał się wasz debiutancki album, "Livin' in the Past". Wystąpiło na nim dwóch znanych muzyków, Jordan Rudess z Dream Theater i Wojciech Hoffman z Turbo, a za okładkę odpowiada Rosław Szaybo, znany m.in. z grafik zdobiących albumy Judas Priest. Jak nawiązaliście z nimi współpracę?

Pana Rosława ujęliśmy rzewnym listem i muzyką z nowej płyty, która być może przypomniała mu stare dobre czasy z Londynu kiedy pracował latami dla Priest (śmiech). Jordana znał wcześniej nasz wokalista Sebastian. Przy okazji koncertów Dream Theater parę razy spędzaliśmy z nim miło czas i po prostu po tym, jak usłyszał kilka numerów z nowej płyty, zgodził się na niej wystąpić. Wojtkowi zaproponowaliśmy gościnny udział po jednym ze wspólnych koncertów i naprawdę nie wierzyłem, że to zrobił, aż to usłyszałem. Dla mnie to dosłownie taki sam zaszczyt, jakby to zrobił np. Adrian Smith. Solo, które zagrał w "Glory for the Fools", jest wspaniałe, idealne do tego rodzaju kompozycji. 


Na EPce "We Are Not the Same" był utwór "Cisza" z polskojęzycznym tekstem. Dlaczego wszystkie teksty na "Livin' in the Past" są napisane po angielsku?

Odpowiem za naszego wokalistę: dlatego, ponieważ śpiewanie po polsku, w dodatku dobrych tekstów, to duża sztuka, a po angielsku nawet odśpiewana książka telefoniczna zabrzmi całkiem fajnie. Te wszystkie typowo polskie sz, cz, ż, itd. naprawdę sporo utrudniają. U nas w kraju w heavy metalu chyba tylko Turbo wychodzi z tego obronną ręką. Ja dla odmiany nie przywiązuję za dużej wagi do tekstów, bo podobnie jak np. u Dio, Priest czy Osbourne'a, to mają być z grubsza po prostu nośne sylaby pasujące do muzyki. W żaden sposób nie chciałbym, by ktoś zarzucał nam przeintelektualizowanie czy jakieś mądrzenie się w tekstach. To ma być w końcu heavy metal.


Innym nietypowym utworem z EPki jest akustyczny "700". Na "Livin' in the Past" nie ma takich eksperymentów, najwyżej zdarzają się typowe dla gatunku "power ballady". Była to świadoma decyzja, zależało wam na nagraniu spójnego albumu?

Powiem Ci szczerze, że gdyby to ode mnie tylko zależało, to "Livin'" byłoby albumem dwupłytowym. Mieliśmy przygotowane prawie 30 premierowych numerów i dwie trzecie musieliśmy odpuścić. A były tam naprawdę ciekawe i różnorodne rzeczy. Chciałem też by podobnie jak "700" kończyła niespodziewanie EPkę, tak by tu zamykał albumu akustyczny, naprawdę fajny numer w stylu kowbojskiej Cinderelli... Co do spójności tej płyty to jasne, że chcieliśmy uzyskać jakiś wspólny mianownik, ale mimo że nie ma eksperymentów, to spektrum heavy metalu na jaki się tu rzucamy jest dosyć spore. Nie do końca zgodzę się z tymi power metalowymi balladami. bo obie te powiedzmy "scorpionsowe" ballady na płycie są bliższe hard rocka niż tzw. europejskiego power metalu spod znaku np. Gamma Ray itp., którego szczerze unikamy jak ognia. Ocenę naturalnie zostawiam słuchaczom. 


Jednym z ciekawszych utworów na albumie jest tytułowy "Livin' in the Past", wyróżniający się bardziej złożoną budową. Możesz powiedzieć o nim coś więcej? Tytuł oczywiście odnosi się do tego, że jesteście wielbicielami muzyki sprzed 30 lat i chcecie grać jak oni?

To mój ulubiony numer na płycie z którego naprawdę jestem dumny i w mojej ocenie on wcale nie jest złożony. Dla mnie jest kwintesencją tego, o co mi chodzi w muzyce, czyli tworzyć pozornie proste utwory z rozwijającą się świetną melodią, która naprawdę zapada w pamięć i daje pewną jakość, elegancję i aż powiem to słowo: klasę. W muzyce naprawdę nie trzeba bać się prostoty i oszczędności. Co ciekawe, to ostatni numer jaki przygotowaliśmy na album i to kolejny dowód, że warto walczyć z materiałem do końca.


Innym wyróżniającym się utworem jest "Angel". Przy tworzeniu go inspirowaliście się hard rockiem?

Roboczo ten numer nazywaliśmy "journeyowy" (śmiech) i masz tu całą odpowiedź. Im jesteśmy starsi, tym bardziej doceniamy amerykański hard rock spod znaku Foreigner czy Journey, więc postanowiliśmy spróbować się w czymś takim. Numer powstał spontanicznie w trakcie chyba dwóch piw i naprawdę wyjątkowo się udał. W Ameryce to byłby radiowy hit i dla wnuczka, i dla mamy, i dla babci (śmiech).


Podpisaliście kontrakt na wydanie albumu za granicą. Czy już się tam ukazał, a jeśli tak, to czy wiadomo jak duża jest jego sprzedaż?

Album ukazał się wiosną w prawie całej Europie, Japonii i naturalnie w Stanach. Jeśli chodzi o sprzedaż, to nie mam precyzyjnych danych bo to skrzętnie chroni nasz wydawca (śmiech). Realnie po roku od wydania płyty będziemy mogli oszacować czy już jesteśmy miliarderami (śmiech). Póki co jeżdżę hondą, tak jak jeździłem. 


A czy są plany wydania "Livin' in the Past" także na płycie winylowej? Ostatnio format ten wraca do łask...

To byłaby bajka, bo ja uwielbiam winyle i mimo, że nie umiem tego udowodnić, to jestem przekonany, że zawsze brzmią lepiej niż płyty CD. Nasz album w dodatku nagrywany był na analogowym sprzęcie, w znakomicie wyposażonym HEAR Studio Radka Kordowskiego i jestem pewien, że brzmiałby jeszcze bardziej ciepło i przestrzennie na analogowej płycie. Mówiąc szczerze, to dzięki za to pytanie, bo naprawdę pomyślimy o tym i pomęczymy wydawcę o choćby jakiś minilimitowany nakład dla koneserów. 


Jakiś czas po premierze "Livin' in the Past", z zespołu odeszło dwóch muzyków - gitarzysta Marek Stanisz i basista Adam Radziłowski. Czy możesz zdradzić dlaczego tak się stało?

Przekleństwem tego zespołu są ciągłe zmiany personalne, ponieważ ja wyznaję zasadę, że pewna trwałość procentuje i organizacyjnie, i muzycznie. Adam zdecydował się wrócić do gitary i stworzyć własny projekt, gdzie z tego co słyszałem, muzyka będzie znacznie cięższa niż w naszym zespole. Marek z kolei jest z Łodzi i ciągłe dojazdy do Warszawy były sporym utrudnieniem, zwłaszcza teraz kiedy próby muszą być intensywne, bo pracujemy już nad materiałem na nowy album.


Ich miejsca zajęli Łukasz Mackiewicz i Jasiek Radosz. Ciężko było znaleźć właściwych następców?

Nie było łatwo, bo mimo tego, że Scream Maker to prosty heavy metal, to żeby taki grać potrzeba paradoksalnie pewnych umiejętności. Obaj Panowie przysłali swoje zgłoszenia w formie wideo, a następnie na przesłuchaniach utwierdzili nas w wyborze. Z Łukaszem, który tak w ogóle wygląda jak aktor Piotr Adamczyk (śmiech), rozumiemy się gitarowo bez słów, a Jasiu dodatkowo bardzo udziela się od strony organizacyjno-technologicznej, co dla zespołu jest bezcennym wzmocnieniem. 


Ostatnie pytanie będzie tendencyjne: jakie macie plany na przyszłość?

Jak wspomniałem, pracujemy już nad nową płytą którą chcemy nagrać w wakacje 2015 roku i wydamy ją już dosłownie na całym (heavy metalowym) świecie. Tradycyjnie nie uważamy się za omnibusów i geniuszy muzycznych, którzy z miejsca trafiają w dziesiątkę, dlatego podobnie jak przy "Livin'" chcemy przygotować około trzydziestu nowych i różnych numerów, i dokonamy ostrej selekcji. Mamy też masę niewykorzystanego materiału, ale do niego sięgniemy dopiero na końcu i być może jeden bądź dwa numery będą bazą dla czegoś co wejdzie na nową płytę. Chcemy by album był kolejną odsłoną naszych możliwości, lub niemożliwości, i na wzór kariery Judas Priest pokazywał fajną ewolucję. Równolegle z pracą na kompozycjami planujemy trasę po Polsce i zagranicą, ale póki co to tajemnica. Dzięki za interesujące pytania i pozdrawiam wszystkich czytelników. Stay Heavy!

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.