26 listopada 2014

[Recenzja] AC/DC - "Rock or Bust" (2014)



W ciągu swojej czterdziestoletniej kariery grupa AC/DC przechodziła przez wiele trudnych momentów: śmierć Bona Scotta na początku lat 80., czy kłopoty z uzależnieniami innych muzyków, które kończyły się krótszą (Malcolm Young) lub dłuższą (Phil Rudd) absencją w zespole. Atmosfery w zespole na pewno nie poprawiało mordercze tempo nagrywania kolejnych albumów (wydawanych średnio z ok. półtorarocznymi przerwami), czego wynikiem często był słaby poziom zawartego na nich materiału. Ostatnie dwadzieścia lat minęło jednak bardzo spokojnie, ze stabilnym składem, od czasu do czasu wchodzącym do studia, by nagrać coś nowego. Niedawno jednak czarne chmury znów zawisły nad zespołem. Najpierw pojawiły się informacje o chorobie Malcolma Younga, który prawdopodobnie już nigdy nie będzie w stanie powrócić do grania. Natomiast przed trzema tygodniami pojawiły się doniesienia o jeszcze bardziej szokującym aresztowaniu Phila Rudda, oskarżonego o zlecenie dwóch morderstw i posiadanie narkotyków (pierwszy zarzut został wycofany, z powodu braku dostatecznych dowodów, za drugi wciąż grozi mu kara dłuższego pozbawienia wolności). Problemy z Ruddem zaczęły się zresztą wcześniej, już na początku sesji nagraniowej nowego albumu. Perkusista przez ponad tydzień nie pojawiał się w studiu, przybył dopiero, gdy producent Brendan O'Brien zagroził, że zatrudni innego bębniarza. Rudd szybko zarejestrował swoje partię i znów zniknął.

W takich właśnie warunkach powstał "Rock or Bust". Problemy z Ruddem właściwie nie mogły specjalnie zaszkodzić grupie, gdyż perkusista nigdy nie brał udziału w procesie tworzenia utworów, a tak proste partie mógł zarejestrować ktokolwiek (miały też swoje pozytywne strony - w sieci wzrosła sprzedaż starego utworu AC/DC, "Dirty Deeds Done Dirt Cheep", którego tekst jest... ogłoszeniem płatnego mordercy). Znacznie większym ciosem dla grupy była nieobecność Malcolma Younga - to przecież on, wraz ze swoim bratem Angusem, odpowiada za napisanie całej muzyki i większości tekstów zespołu. To spod palców Malcolma wyszły nieśmiertelne riffy "Highway to Hell" i "Back in Black"... Tym razem cały ciężar komponowania spadł na Angusa. Który, niestety, poszedł na totalną łatwiznę - zamiast spróbować stworzyć coś nowego, po prostu dokończył pomysły, nad którymi pracował jeszcze z Malcolmem w trakcie pracy nad poprzednim albumem, "Black Ice". Być może właśnie dlatego - z braku nowych idei Malcolma - "Rock or Bust" jest najkrótszym albumem w dyskografii zespołu, trwającym niespełna trzydzieści pięć minut. Nawet w latach 70. i 80. byłby to bardzo krótki longplay, a dzisiaj nawet EPki i single trwają dłużej.

A jak to wszystko brzmi? Dokładnie tak, jak należało się spodziewać po szyldzie AC/DC - jest bardzo prosto, bardzo energetycznie, bardzo melodyjnie i jeszcze bardziej przewidywalnie. Nawet brzmieniowo jest niemal identycznie, jak na płytach sprzed trzydziestu lat. Problem w tym, że jest też monotonnie. Pewnie, to także cecha charakterystyczna tego zespołu. Nazwa AC/DC jest praktycznie synonimem grupy, która cały czas gra to samo. Jednak na większości ich albumów można usłyszeć jakieś zróżnicowanie - np. kawałki w wolniejszym tempie, albo jakieś smaczki, które odróżniały dany kawałek od innych. Na "Rock or Bust" wszystkie piosenki (bo "utworami" ich nazywać nie wypada) są nagrane na jedno kopyto. Wszystkie są utrzymane w zbliżonych tempach, zbudowane na takim samym schemacie, oparte na bardzo podobnych riffach, z takim samych jak zwykle śpiewem Briana Johnsona i powtarzanymi od wieków zagrywkami Youngów (choć tym razem zamiast Malcolma gra jego bratanek, Steve). Zaletą albumu jest natomiast ogromna dawka energii, jaką niesie - pod tym względem nie różni się niczym od najlepszych płyt zespołu. Muzycy grają tu z taką samą werwą, jak dwadzieścia, trzydzieści, a nawet i czterdzieści lat temu. Niewiele jednak z tej muzyki pozostaje w głowie na dłużej. A przecież nie brakuje tutaj naprawdę chwytliwych refrenów - "Rock the Blues Away", "Dogs of War" (tutaj dodatkowo pojawia się też najlepsza na płycie solówka), czy "Rock the House" (tu z kolei jest świetny riff) to najlepsze przykłady. Ale wszystko, co oferują te kawałki, słyszałem już setki razy, nierzadko w znacznie lepszych wersjach.

"Rock or Bust" brzmi dokładnie jak to, czym jest - zbiorem odrzutów po "Black Ice". Tak naprawdę mogłyby to być odrzuty po dowolnym albumie AC/DC. Niby od tej grupy nie można wymagać niczego więcej, niż grania w swoim stylu na sprawdzonych miliony razy patentach, ale trochę większa różnorodność na pewno by nie zaszkodziła. Mimo wszystko, naprawdę przyjemnie się tego słucha. Ogromna dawka energii sprawia, że aż tak bardzo nie zwraca się uwagi na monotonność tego wydawnictwa. Może z czasem "Rock or Bust" będzie wymieniany jako jeden z najlepszych albumów AC/DC. Na razie pozostawia mieszane odczucia.

Ocena: 6/10



AC/DC - "Rock or Bust" (2014)

1. Rock or Bust; 2. Play Ball; 3. Rock the Blues Away; 4. Miss Adventure; 5. Dogs of War; 6. Got Some Rock & Roll Thunder; 7. Hard Times; 8. Baptism by Fire; 9. Rock the House; 10. Sweet Candy; 11. Emission Control

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara, dodatkowy wokal (5); Stevie Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


24 listopada 2014

[Recenzja] Overkill - "From the Underground and Below" (1997)



Album "I Hear Black", przedstawiający wolniejsze i bardziej melodyjne oblicze Overkill, mógł być początkiem nowego etapu twórczości zespołu, jednak okazał się tylko jednorazowym eksperymentem. Muzycy szybko postanowili wrócić do grania muzyki szybszej i bardziej brutalnej. Co samo w sobie nie było oczywiście niczym złym - przecież właśnie taką muzyką zespół podbił serca słuchaczy w latach 80. Problem w tym, że na kolejnych wydawnictwach - "W.F.O." i "The Killing Kind" - muzycy zupełnie nie mieli pomysłu na takie granie. Oba albumy okazały się wtórne, bardzo monotonne i po prostu słabe pod względem kompozytorskim. Odrobinę lepszy okazał się ich następca, "From the Underground and Below". Album daleki od ideału - irytujący przede wszystkim wyraźnymi wpływami modnych wówczas stylów, jak nu metal czy industrial (szczególnie w kawałkach "It Lives", "Genocya", "F.U.C.T." i "I'm Alright") - ale zawierający też kilka interesujących fragmentów, dzięki którym warto poświęcić mu chwilę uwagi.

Na wyróżnienie zasługuj na pewno "Save Me", w którym mechaniczne, industrialne riffowanie przerywane jest ciekawymi, spokojnymi, bardzo klimatycznymi refrenami. Podobny patent, z łączeniem cięższych i balladowych fragmentów, zastosowano także w "Half Past Dead" - z tą różnicą, że tutaj tych drugich jest znacznie więcej. W ogóle na "From the Underground and Below" jest zaskakująco dużo spokojniejszych fragmentów. Mamy tutaj przecież także stuprocentową balladę "Promises", z bardzo przebojowym, zaostrzonym refrenem i świetną solówką. To naprawdę zgrabna kompozycja, którą można postawić w jednym rzędzie z klasycznymi balladami Overkill, "The Years of Decay" i "Soulitude". Szkoda, że równie dobrze nie wypadają tutaj mocniejsze kawałki. Wyjątek stanowi "Long Time Dyin'" - jedyny utwór na tym albumie, w którym zespół nie ogląda się na ówczesne mody, tylko gra solidny thrash metal w stylu swoich wczesnych longplayów. Nic dziwnego, że to właśnie ta kompozycja - jako jedyna z "From the Underground and Below" - utrzymała się w koncertowej setliście do dzisiaj.

"From the Underground and Below" to bardzo nierówny album, na którym zespół niepotrzebnie chciał się podpiąć pod ówczesne trendy w muzyce metalowej. Z biegiem lat brzmi to coraz bardziej kuriozalnie.

Ocena: 5/10



Overkill - "From the Underground and Below" (1997)

1. It Lives; 2. Save Me; 3. Long Time Dyin'; 4. Genocya; 5. Half Past Dead; 6. F.U.C.T.; 7. I'm Alright; 8. The Rip n' Tear; 9. Promises; 10. Little Bit o' Murder

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Joe Comeau - gitara; Sebastian Marino - gitara; D.D. Verni - bass; Tim Mallare - perkusja
Producent: Overkill


21 listopada 2014

[Recenzja] Blind Faith - "Blind Faith" (1969)



Wkrótce po rozpadzie Cream, dwie trzecie tego składu - Eric Clapton i Ginger Baker - postanowiło stworzyć kolejną "supergrupę", w miejsce Jacka Bruce'a zapraszając wokalistę / klawiszowca Steve'a Winwooda (z zespołu Traffic) i basistę Rica Grecha (ex-Family). Nowy skład przybrał nazwę Blind Faith i... okazał się jeszcze bardziej efemerycznym przedsięwzięciem niż Cream - drogi muzyków rozeszły się po około pół roku wspólnego grania. Przez ten czas zdążyli jednak zagrać wiele koncertów (jeden z nich, z londyńskiego Hyde Parku, został sfilmowany i po latach ukazał się na DVD), a także zarejestrować i wydać jeden album studyjny. Longplay, (nie)zatytułowany "Blind Faith", ukazał się w sierpniu 1969 i stał się - podobnie jak wcześniej albumy Cream - kamieniem milowym w rozwoju blues rocka i hard rocka. Jego zawartość to właściwie kontynuacja tego, co Clapton i Baker tworzyli przez poprzednie trzy lata. Nie można jednak lekceważyć wpływu Winwooda i Grecha. To dzięki nim muzyka Blind Faith jest o wiele bogatsza pod względem aranżacyjnym, niż dokonania Cream - instrumentarium zostało poszerzone o klawisze i skrzypce. 

Album rozpoczyna się od dwóch kompozycji Winwooda, "Had to Cry Today" i "Can't Find My Way Home". Pierwsza z nich to ponad ośmiominutowy popis muzyków, w którym mocniejsze fragmenty, z hard rockowym riffowaniem i ostrymi, rozbudowanymi solówkami Claptona, przeplatają się z bardziej subtelnymi refrenami. W 1969 roku taki utwór musiał być czymś naprawdę zaskakującym, a i współcześnie robi wrażenie - taka muzyka ani trochę się nie zestarzała. "Can't Find My Way Home" to już utwór o bardziej piosenkowej strukturze, oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej, przez co bliżej mu do twórczości Traffic niż Cream. Prostsze granie dominuje także w "Well All Right" - jedynej tutaj cudzej kompozycji, pochodzącej z repertuaru Buddy'ego Holy'ego. W porównaniu z oryginałem jest znacznie bogatsza brzmieniowo, ale niestety równie banalna. Chociaż... Po zasadniczej części utworu następuje jeszcze krótka koda, o nieco jazz rockowym charakterze. Naprawdę świetna rzecz - szkoda, że nie została rozwinięta w pełnoprawny utwór.

Pierwszą stronę albumu kończy jedyny utwór Blind Faith autorstwa Claptona, "Presence of the Lord". To prawdopodobnie najwspanialszy fragment tego longplaya. Utrzymany w podniosłym nastroju, z początku raczej łagodny, oparty na brzmieniu organów, podpartych wyrazistą grą sekcji rytmicznej, ale nagle przełamany wejściem ostrej partii gitary - Clapton gra tutaj jedną ze swoich najbardziej porywających solówek. Druga strona longplaya to już tylko wisienka na torcie. "Sea of Joy", kolejna kompozycja Winwooda, to kolejny bardziej piosenkowy kawałek, w którym smaczkiem jest partia skrzypiec. A całości dopełnia ponad piętnastominutowy jam "Do What You Like", którego autorstwo przypisane zostało Bakerowi, i który w sporej części składa się z jego perkusyjnej solówki - jednak pozostali muzycy również dostają sporo miejsca do popisu. "Do What You Like" to świetna fuzja jazzu, bluesa i rocka, podana w mocno psychodelicznym klimacie.

Nie wszystkie utwory nagrane przez zespół trafiły na album. Pozostałe znalazły się dopiero na kompaktowej reedycji "Blind Faith" z 2001 roku. Pierwszy dysk, poza sześcioma utworami z oryginalnego albumu, zawiera także pięć dodatkowych kompozycji. Wśród nich dwie wersje - szybką i wolną - bluesowego utworu "Sleeping in the Ground", autorstwa Sama Myersa, a także "elektryczną" wersję "Can't Find My Way Home" (wg mnie ciekawszą od wersji albumowej; wyróżniającą się chociażby świetną gitarową solówką), kolejny piętnastominutowy jam - tym razem o wszystko mówiącym tytule "Acoustic Jam" (niestety, trochę zbyt monotonny), oraz bardzo przyjemną instrumentalną kompozycję "Time Winds", w której każdy instrument - organy, gitara, bass i perkusja - zdają się odgrywać pierwszoplanową rolę. Reedycja zawiera także drugi dysk, a na nim cztery kilkunastominutowe jamy muzyków.

"Blind Faith" to jeden z najważniejszych, ale dziś już nieco zapomnianych, albumów w historii muzyki rockowej, bez którego znajomości nie można uważać się za wielbiciela tego gatunku. Dla każdego powinna to być obowiązkowa "lektura" w muzycznej edukacji.

Ocena: 9/10



Blind Faith - "Blind Faith" (1969)

1. Had to Cry Today; 2. Can't Find My Way Home; 3. Well All Right; 4. Presence of the Lord; 5. Sea of Joy; 6. Do What You Like

Skład: Steve Winwood - wokal, instr. klawiszowe, gitara; Eric Clapton - gitara, wokal (6); Ric Grech - bass, skrzypce (5), wokal (6); Ginger Baker - perkusja, wokal (6)
Producent: Jimmy Miller


19 listopada 2014

[Recenzja] Overkill - "I Hear Black" (1993)



Lata 90. nie były dobrym okresem dla muzyki rockowej i metalowej, która przechodziła wówczas kryzys popularności. Większość wykonawców, którzy rozpoczynali karierę w poprzednich dekadach, chcąc odzyskać dawną popularność, zaczęło eksperymentować z nowymi stylami. Najbardziej dotknęło to chyba grupy thrash metalowe. Wystarczy prześledzić ówczesną twórczość Wielkiej Czwórki Thrashu. Metallica zwróciła się ku lżejszej, bardzo radiowej muzyce (albumy "Load" i "ReLoad"). Megadeth przez chwilę grał nowocześniejszą wersję thrashu w stylu Pantery lub Machine Head ("Countdown to Extinction"), by z każdym kolejnym albumem coraz bardziej łagodnieć, z apogeum w postaci elektroniczno-pop-rockowego "Risk". Anthrax już w latach 80. zaczął eksperymentować z hip hopem (utwory "I'm the Man" i "Bring the Noise"), a w kolejnej dekadzie zaliczył krótki flirt z grungem (przede wszystkim w utworze "Only"), zanim zaczął grać w stylu Pantery. Nawet największa ostoja thrashu, czyli Slayer, pod koniec dekady miała wpadkę w postaci "Diabolus in Musica", na którym pojawiły się elementy nu metalu.

Na zmiany zdecydowali się także muzycy Overkill. Jednak w przeciwieństwie do swoich bardziej popularnych kolegów/konkurentów, nie mieli bynajmniej zamiaru patrzeć na aktualne mody. Zamiast tego zwrócili się w kierunku korzeni metalu - album "I Hear Black" to wyraźny hołd dla twórczości Black Sabbath. Zespołowi już wcześniej zdarzały się powolne utwory, oparte na ponurych, doomowych riffach ("Playing with Spiders/Skullkrusher", "Horrorscope"), ale były one tylko czymś w rodzaju urozmaicenia, chwilą odpoczynku od maksymalnie rozpędzonych czadów. Na "I Hear Black" to szybsze fragmenty są w zdecydowanej mniejszości ("Weight of the World", "Just Like You"). Przyznaję, że bardzo mi odpowiada takie wolniejsze oblicze grupy. Dzięki zmniejszeniu tempa, w muzyce Overkill zostało więcej miejsca dla wyrazistych melodii - nie tylko w postaci chwytliwych linii wokalnych, ale także przyjemnie bujających, bardzo nośnych riffów i zgrabnych solówek (m.in. "I Hear Black", "World of Hurt", "Spiritual Void", "Ignorance and Innocence"). Chociaż trzeba zaznaczyć, że w utworze tytułowym zespół przekroczył granicę dzielącą inspirację od plagiatu - kawałek opiera się na riffie z "Zero the Hero" Black Sabbath. Inspiracja to jednak zacna i utworu słucha się całkiem przyjemnie. Warto jeszcze wspomnieć o kolejnej w repertuarze grupy balladzie - "Shades of Grey". Najmniej udanej z dotychczasowych, ale fajnie urozmaicającej ten album. Zupełnie niepotrzebny jest natomiast przerywnik "Ghost Dance", nie wnoszący nic do całości.

"I Hear Black" to świetne odświeżenie stylu Overkill - zespół udowodnił nim, że można odejść od swojego charakterystycznego brzmienia i utrzymać poziom wcześniejszych dokonań, a może nawet go przeskoczyć. Żadnej innej grupie thrash metalowej się to nie udało*. Niestety, "I Hear Black" okazał się jednorazowym eksperymentem. Już na kolejnym albumie grupa wróciła do szybszych temp.

Ocena: 7/10

* Do pewnego czasu udawało się to Megadeth, ale potem nagrali wspomniany już "Risk", który jest najgorszym albumem nagranym przez jakikolwiek zespół, który kiedykolwiek grał thrash.



Overkill - "I Hear Black" (1993)


1. Dreaming in Columbian; 2. I Hear Black; 3. World of Hurt; 4. Feed My Head; 5. Shades of Grey; 6. Spiritual Void; 7. Ghost Dance; 8. Weight of the World; 9. Ignorance and Innocence; 10. Undying; 11. Just Like You

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Merritt Gant - gitara; Rob Cannavino - gitara; D.D. Verni - bass; Tim Mallare - perkusja
Producent: Alex Perialas i Overkill


18 listopada 2014

[Recenzja] Overkill - "Horrorscope" (1991)



Przed nagraniem tego albumu nastąpiła istotna zmiana w składzie Overkill. Zespół miał problem z odgrywaniem na żywo bardziej złożonej muzyki z poprzedniego longplaya, "The Years of Decay", w rezultacie czego podjęto decyzję o zatrudnieniu drugiego gitarzysty. Nie spodobało się to jednak Bobby'emu Gustafsonowi, chcącemu pozostać jedynym gitarzystą. W wyniku kłótni opuścił zespół, a na jego miejsce przyjęto Merritta Ganta (ex-Faith or Fear) i Roba Cannavino (który wcześniej pełnił rolę technicznego Gustafsona). Paradoksalnie, nagrany w poszerzonym składzie "Horrorscope" jest... powrotem do prostszej, bardziej surowej muzyki. Znów dominują tutaj rozpędzone thrashowe czady, w których nie ma co liczyć na ciekawe zwroty akcji (np. "Blood Money", "New Machine"). Często pojawia się w nich punkowe skandowanie ("Infectious", "Thanx for Nothin'", "Live Young, Die Free"), które tylko pogłębia wrażenie, że "Horrorscope" jest dla grupy sporym krokiem wstecz.

Większość utworów brzmi bardzo podobnie do siebie i brakuje w nich czegokolwiek, czym mogłyby przykuć uwagę słuchacza. Tylko w niektórych utworach pojawiają się jakieś smaczki, dzięki którym można rozróżnić je od reszty: w "Coma" pojawia się długa akustyczna introdukcja, natomiast "Bare Bones" rozpoczyna się klawiszowym motywem, brzmiącym jak ścieżka dźwiękowa jakiegoś starego horroru. Te wstępy nie mają jednak większego wpływu na całokształt kompozycji, które potem stają się równie bezbarwne, co większość albumu. Większość, bo są tutaj też dwa utwory zdecydowanie wyróżniające się na tle pozostałych. Pierwszym z nich jest tytułowy "Horrorscope", oparty na ponurych, ciężkich riffach i utrzymany w wolnym tempie. Naprawdę świetna kompozycja, z jednej strony wgniatająca w ziemie swoim ciężarem, a z drugiej porywająca całkiem chwytliwą melodią. A jeszcze lepsza jest finałowa "Soulitude" - wspaniała ballada z obowiązkowymi zaostrzeniami i przyśpieszeniami. Przepiękna, smutna kompozycja, która ani przez chwilę nie jest zanadto przesłodzona. Właśnie tak powinny brzmieć wszystkie rockowe ballady.

Warto jeszcze wspomnieć, że zespół po raz pierwszy umieścił na albumie cudzą kompozycję - "Frankenstein" z repertuaru The Edgar Winter Group. Niestety nie robi takiego wrażenia jak oryginał. Ta nagrana w 1972 instrumentalna kompozycja była jednym z pierwszych utworów, w których syntezator pełnił rolę instrumentu solowego - była więc czymś naprawdę szokującym. W wersji Overkill - odpowiednio dla gatunku cięższej, ale poza tym wiernej oryginałowi - nie ma niczego zaskakującego. Oczywiście jest to świetna kompozycja, z naprawdę nośnym, przebojowym riffem - ale to przecież zasługa Edgara Wintera i jego zespołu, a nie muzyków Overkill, którzy praktycznie nic od siebie tu nie dali.

"Horrorscope" to świetnie wyprodukowany album (m.in. fantastycznie słychać gitarę basową), równie świetny pod względem wykonawczym, ale niestety dość słaby pod względem kompozytorskim - z dziesięciu utworów ("Frankensteina" z oczywistych powodów nie liczę) tylko dwa są naprawdę wyraziste.

Ocena: 6/10



Overkill - "Horrorscope" (1991)

1. Coma; 2. Infectious; 3. Blood Money; 4. Thanx for Nothin'; 5. Bare Bones; 6. Horrorscope; 7. New Machine; 8. Frankenstein; 9. Live Young, Die Free; 10. Nice Day... for a Funeral; 11. Soulitude

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Merritt Gant - gitara; Rob Cannavino - gitara; D.D. Verni - bass; Sid Falck - perkusja
Producent: Overkill, Terry Date, Jon Zazula i Marsha Zazula


17 listopada 2014

[Recenzja] Overkill - "The Years of Decay" (1989)



Pierwsze trzy albumy Overkill pokazywały, że zespół ma spore ambicje i umiejętności, ale trochę brakuje mu oryginalności. "The Years of Decay" to już zupełnie inny poziom - jeden z najlepszych albumów thrash metalowych w ogóle. Na tle wcześniejszych  wydawnictw grupy wyróżniający się świetnym brzmieniem (to zasługa Terry'ego Date'a, który wkrótce potem zyskał sławę jako producent Soundgarden i Pantery), ale przede wszystkim zachwycający bardzo dojrzałymi, przemyślanymi kompozycjami. Muzycy prawie całkiem porzucili już elementy punkowe (jedynie w "I Hate" pojawia się grupowe skandowanie, tak charakterystyczne dla poprzednich płyt) i pewniej niż dotychczas poszli w stronę progresywnej odmiany thrash metalu. Przeważają tutaj długie utwory (najdłuższy "Playing with Spiders/Skullkrusher" przekracza dziesięć minut), w rezultacie czego "The Years of Decay" jest bardzo długim albumem, trwającym prawie 57 minut. Jednak dzieje się na nim tyle, że nie sposób odczuć znudzenia.

Już na otwarcie pojawia się sześciominutowy "Time to Kill", pełen zmian tempa i motywów. To świetne wprowadzenie w nowe oblicze grupy. Zaletą albumu jest jednak także to, że zespół obok bardziej skomplikowanych utworów prezentuje tutaj także kawałki krótsze i prostsze. Takie są właśnie trzy kolejne fragmenty longplaya. Singlowy "Elimination" to konkretna thrashowa petarda, utrzymana w bardzo szybkim tempie. Jest to także najbardziej kontrowersyjny utwór, jaki się tutaj znalazł, bowiem opiera się na riffie identycznym, co "Master of Puppets" Metalliki. To podobieństwo powinno go wykluczyć z umieszczenia na albumie. Jako singiel mógłby wówczas zostać wydany nieco lżejszy, oparty na bardzo chwytliwym motywie "I Hate". Całkiem chwytliwy jest także "Nothing to Die For", napędzany uwypukloną w miksie partią basu. Pojawia się tu także króciutka, ale jakże genialna funkowa wstawka - zupełnie niespodziewany i bardzo zaskakujący patent.

Po dziewiętnastu minutach rozpędzonego grania następuje zwrot o 180 stopni - "Playing with Spiders/Skullkrusher" to niezwykle powolny doom metalowy walec, oparty na sabbathowym riffowaniu. W kilku miejscach następują zaskakujące przyśpieszenia, które jeszcze bardziej podkreślają miażdżący charakter kompozycji. Dla równowagi, następujący po nim "Birth of Tension" to znów bardziej konkretny czad, chociaż też nie pozbawiony licznych zmian tempa. W trzech ostatnich utworach najbardziej uwidaczniają się progresywne naleciałości. Ośmiominutowy "Who Tends the Fire" rozpoczyna się spokojnym, ale dość ponurym wstępem - motyw ten powtarza się przez cały utwór, pomiędzy fragmentami z ciężkim riffowaniem. Całość utrzymana jest w średnim tempie, dzięki któremu uwypuklona zostaje linia melodyczna utworu.

Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak tytułowy "The Years of Decay" - pierwsza ballada Overkill, oparta głównie na akompaniamencie gitary akustycznej, wyróżniająca się spokojnym śpiewem Ellswortha. Dla urozmaicenia pojawiają się tutaj także dość długie ostrzejsze fragmenty, ale nie odbierają one kompozycji jej balladowego charakteru. Dość zaskakującym utworem jest także finałowy "E.vil N.ever D.ies" - czwarta część kwintologii "Overkill". Rozpoczyna się bardzo nietypowym, nieco ambientowym wstępem, by po nieco ponad minucie nabrać thrashowego ciężaru i tempa. Jednak jak na thrash, utwór jest bardzo pomysłowy - w refrenie interesująco wpleciono gitarę akustyczną, pojawia się też świetne zwolnienie z uwypukloną partią basu. Ze wszystkich dotychczasowych części "Overkill" ta jest najbardziej dopracowana i najbardziej udana.

A cały album? Tak jak pisałem we wstępie - "The Years of Decay" to jeden z najlepszych i najważniejszych albumów thrash metalowych. Klasyka gatunku. Longplay, który stawiam na równi z "Ride the Lightning", "Seasons in the Abyss" i "Rust in Peace"*.

Ocena: 8/10

* Żeby uniknąć nieporozumień, muszę zaznaczyć, że wymienione albumy cenię o wiele bardziej, niż "Master of Puppets", "Reign in Blood" i "Peace Sells... But Who's Buying?", które zazwyczaj są wymieniane jako największe osiągnięcia Metalliki, Slayera i Megadeth.



Overkill - "The Years of Decay" (1989)

1. Time to Kill; 2. Elimination; 3. I Hate; 4. Nothing to Die For; 5. Playing with Spiders/Skullkrusher; 6. Birth of Tension; 7. Who Tends the Fire; 8. The Years of Decay; 9. E.vil N.ever D.ies

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Bobby Gustafson - gitara; D.D. Verni - bass; Sid Falck - perkusja
Producent: Overkill, Terry Date, Jon Zazula i Marsha Zazula


16 listopada 2014

[Recenzja] Overkill - "Under the Influence" (1988)



Opinie na temat "Under the Influence" - trzeciego albumu Overkill - są podzielone. Dla jednych jest to jedna z klasycznych pozycji w dyskografii grupy, dla innych - krok wstecz, album na którym muzycy nie dość, że nie wprowadzili do swojej twórczości niczego nowego, to jeszcze zrezygnowali z niektórych patentów stosowanych w przeszłości. Cóż, jedno drugiego nie wyklucza. Zawarty tutaj materiał może i nie wnosi niczego nowego, ale to przecież jeszcze nie znaczy, że jest słaby. Wręcz przeciwnie - "Under the Influence" to solidna porcja thrash metalu na wysokim poziomie.

Zasadniczo album dzieli się na dwie części, odpowiadające stronom wydania winylowego. Strona A to pięć konkretnych, trashowych petard. Tradycyjnie utrzymanych w szybkim tempie, ale - w porównaniu z poprzednimi albumami - brzmiącymi o wiele bardziej surowo i brutalnie. Szybko przycinane riffy i wściekła partia perkusji atakują słuchacza już od pierwszych sekund "Shred", a podczas solówki tempo wzrasta jeszcze bardziej. Zespół nie daje chwili wytchnienia aż do zakończenia zamykającego pierwszą stronę "Brainfade". Nie znaczy to jednak, że utwory te nie mają do zaoferowania nic poza ciężarem i agresją. Partie wokalne Ellswortha wnoszą do nich sporo melodii. Czasem dzięki nimi utwory mają niemal przebojowy charakter - vide "Never Say Never" (którego dodatkowym atutem jest uwypuklona partia basu), a zwłaszcza singlowy "Hello from the Gutter", który również pod względem muzycznym jest bardziej przystępny.

Druga strona albumu to cztery utwory o bardziej złożonej budowie. "Drunken Wisdom" został spięty balladową klamrą zagraną na gitarze akustycznej, zaś zasadnicza część utworu utrzymana jest w wyjątkowo wolnym tempie - muzycy przyśpieszają tylko w trakcie obłąkańczej solówki. Poza tym stawiają na miażdżący ciężar, charakterystyczny raczej dla doom metalu, niż thrashu. To najciekawszy fragment albumu - obok sąsiadującego z nim "End of the Line". Pierwsze dwie i pół minuty tego utworu to to typowy, rozpędzony Overkill. Ale potem niespodziewanie następuje balladowe zwolnienie z całkiem zgrabną solówką. Później utwór znów nabiera mocy, ale bliżej mu raczej do twórczości Iron Maiden - te gitarowo-basowe unisona... W kolejnym na płycie "Head First" smaczkiem są uwypuklone partie basu; natomiast w finałowym "Overkill III (Under the Influence)" znów pojawia się balladowa klamra - sam utwór sprawia jednak wrażenie trochę niedopracowanego, jakby muzycy nagrali go nieco na siłę.

Po 1986 roku thrash zaczął podążać w dwóch różnych kierunkach - bardziej progresywnym, charakteryzującym się rozbudowanymi kompozycjami (zapoczątkowanym przez "Master of Puppets" Metalliki) oraz bardziej bezkompromisowy, skupiający się przede wszystkim na agresji (zainicjowany albumem "Reign in Blood" Slayera). Album "Under the Influence" świetnie łączy oba te podejścia, a grupa wypada na nim równie przekonująco w obu z nich.

Ocena: 7/10



Overkill - "Under the Influence" (1988)

1. Shred; 2. Never Say Never; 3. Hello from the Gutter; 4. Mad Gone World; 5. Brainfade; 6. Drunken Wisdom; 7. End of the Line; 8. Head First; 9. Overkill III (Under the Influence)

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Bobby Gustafson - gitara; D.D. Verni - bass; Sid Falck - perkusja
Producent: Overkill, Alex Perialas, Jon Zazula i Marsha Zazula


15 listopada 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Live in '84 - Back to the Bone" (2014)



"Live in '84 - Back to the Bone" został zarejestrowany podczas trasy promującej szósty longplay Whitesnake, "Slide It In" z 1984 roku. Album przełomowy w dyskografii grupy, która jeszcze nie całkiem porzuciła na nim swoje hardrockowo-bluesowe korzenie, ale już wyraźnie zaczęła zmierzać w kierunku bardziej komercyjnej, amerykańskiej odmiany heavy hair metalu. W tamtym okresie przejściowy był nie tylko styl grupy, ale również jej skład. Problemy zaczęły się już nieco wcześniej, podczas nagrywania poprzedniego albumu, "Saints & Sinners". W trakcie sesji nagraniowej skład opuścili wszyscy muzycy, z wyjątkiem Davida Coverdale'a i Jona Lorda. Coverdale'owi udało się jednak przekonać gitarzystę Micky'ego Moody'ego do powrotu i razem dokończyli nagrywanie albumu. Niedługo później do zespołu dołączyli nowi muzycy: perkusista Cozy Powell (wcześniej występujący m.in. w The Jeff Beck Group i Rainbow), gitarzysta Mel Galley (ex-Trapeze), oraz basista Colin Hodgkinson (do tamtej pory współpracujący raczej z wykonawcami bluesowymi i jazzowymi, niż rockowymi). W takim składzie nagrany został album "Slide It In".

Longplay początkowo był dostępny wyłącznie w Europie, gdzie spotkał się z raczej chłodnym przyjęciem - krytykowano go przede wszystkim za "płaskie" brzmienie, z uwypuklonymi partiami klawiszowymi, kosztem gitar. Amerykański wydawca postawił warunek, że zanim "Slide It In" ukaże się na tamtejszym rynku, musi zostać ponownie zmiksowany. Zanim jednak do tego doszło, skład zespołu przeszedł kolejne zmiany. Coverdale postanowił wyrzucić Moody'ego i Hodgkinsona, gdyż do nowego oblicza grupy bardziej wg niego pasowali John Sykes (ex-Thin Lizzy) i Neil Murray (który już wcześniej grał w zespole). Wokalista podjął także decyzję, aby w amerykańskim miksie "Slide It In" oryginalne partie Moody'ego i Hodgkinsona zastąpić nowymi, nagranymi przez Sykesa i Murraya. Następnie grupa wyruszyła w trasę, ale w jej trakcie doszło do kolejnych rozstań - najpierw odszedł Galley - z powodu urazu ręki, który uniemożliwił mu granie, a następnie Lord, który wybrał reaktywowany właśnie Deep Purple (a ponadto nie podobał mu się kierunek, w którym Whitesnake zaczął zmierzać).

"Live in '84 - Back to the Bone" ukazał się najwyraźniej jako uczczenie trzydziestej rocznicy wydania "Slide It In". Jest to zbiór nagrań z bootlegów, zarejestrowanych już po odejściu Galleya i Lorda - aczkolwiek jako bonus pojawiają się tutaj także cztery utwory (umieszczone razem na jednej ścieżce) pochodzące z ostatniego koncertu Whitesnake z Lordem, z 16 kwietnia w szwedzkim programie telewizyjnym. Dodatek trochę niepotrzebny, bowiem wszystkie te kawałki - "Gambler", "Guilty of Love", "Love Ain't No Stranger" i "Ready an' Willing" - pojawiają się także w podstawowej części albumu. Dwa ostatnie nawet podwójnie. Poza tym powtarza się także "Slow an' Easy". Pytanie po co? Czy naprawdę w tym miejscu nie mógł znaleźć się - obecny na dodatkowej płycie DVD - "Don't Break My Heart Again", czyli jeden z najlepszych i najbardziej popularnych utworów grupy? Pomijając jednak te bezsensowne powtórki, tracklista prezentuje się całkiem ciekawie. Udało się osiągnąć przekonujący balans pomiędzy utworami klasycznego wcielenia grupy ("Walking in the Shadow of the Blues", "Ready an' Willing", "Crying in the Rain"), a bardziej komercyjnymi propozycjami nowego składu ("Gambler", "Guilty of Love", "Love Ain't No Stranger", "Slow an' Easy"). Dodatkową atrakcją jest wykonanie "Soldier of Fortune" z repertuaru Deep Purple.

Niestety, znacznie gorzej prezentuje się to od strony brzmieniowej - jakość jest bootlegowa (najbardziej daje się to we znaki w "Walking in the Shadow of the Blues", zepsutym piskami mikrofonu, oraz w "Crying in the Rain", w którym momentami zanika dźwięk). Kiepsko jest także pod względem wykonawczym. Forma Coverdale'a pozostawia wiele do życzenia (zwłaszcza jeśli porównać z "Made in Europe" Purpli lub nawet białowężowym "Live... in the Heart of the City", nagranym zaledwie cztery lata wcześniej). Zupełnie nie przekonuje mnie także gra Johna Sykesa, który całkowicie położył solówki "Walking in the Shadow of the Blues", "Ready an' Willing" i "Crying in the Rain", zmieniając je w bezduszne popisy technicznych umiejętności. Nie ma w nich ani odrobiny bluesowego wyczucia, jakie miały oryginalne solówki Micky'ego Moody'ego i Berniego Marsdena. Całe szczęście, że w "Soldier of Fortune" w ogóle zrezygnowano z gitary - przynajmniej nie jesteśmy narażeni na słuchanie, jak Sykes okalecza kunsztowne partie Blackmore'a. Inna sprawa, że ta piękna - w oryginale - ballada została tutaj spieprzona przez wyjątkowo fatalną partię wokalną. Nawet gra Cozy'ego Powella - jednego z najlepszych hardrockowych bębniarzy - tutaj jest po prostu nijaka (krótkie solówki we wszystkich wersjach "Ready an' Willing" są na poziomie przedszkola). Na plus spisał się tylko Neil Murray (przynajmniej w "Crying in the Rain", bo w pozostałych utworach nie bardzo go słychać).

Po takich nazwiskach (oczywiście z wyjątkiem Sykesa, którego nigdy nie uważałem za dobrego gitarzystę) spodziewałem się czegoś o wiele bardziej ekscytującego. Niestety, "Live in '84 - Back to the Bone" to kompletne rozczarowanie. Być może nawet najgorsza pod względem wykonania i brzmienia oficjalna koncertówka, jaką słyszałem.

Ocena: 2/10



Whitesnake - "Live in '84 - Back to the Bone" (2014)

1. Gambler; 2. Guilty of Love; 3. Love Ain't No Stranger; 4. Slow an' Easy; 5. Walking in the Shadow of the Blues; 6. Ready an' Willing; 7. Guitar solo; 8. Crying in the Rain; 9. Soldier of Fortune; 10. Love Ain't No Stranger; 11. Ready an' Willing; 12. Slow An' Easy; 13. Medley: Gambler / Guilty of Love / Love Ain't No Stranger / Ready an' Willing

Skład: David Coverdale - wokal; John Sykes - gitara; Neil Murray - bass; Cozy Powell - perkusja
Gościnnie: Richard Bailey - instr. klawiszowe (1-12); Jon Lord - instr. klawiszowe (13)
Producent: David Coverdale i Michael McIntyre


14 listopada 2014

[Recenzja] Overkill - "Taking Over" (1987)



Pod pewnymi względami "Taking Over", drugi album Overkill, prezentuje się znacznie lepiej od debiutanckiego "Feel the Fire". Odrobinę lepsze jest brzmienie - już odpowiednio ciężkie. Same kompozycje także wydają się nieco ciekawsze, lepiej poukładane. Bardziej złożone, dalekie od punkowej prostoty debiutu. Szczególnie dobrze wypada początek albumu. Świetnie na otwarcie sprawdza się "Deny the Cross" - rozpędzony kawałek z agresywną partią wokalną Bobby'ego "Blitza" Ellswortha, ale też z ciekawym, melodyjnym zwolnieniem przed solówką. Jeszcze bardziej intensywnym utworem jest następujący po nim "Wrecking Crew", z gitarowym riffowaniem o prędkości karabinu maszynowego. Bardzo interesującym zabiegiem jest nałożenie na niego melodyjnej, chwytliwej partii wokalnej. Nic dziwnego, że utwór do dzisiaj stanowi stały punkt koncertowego repertuaru. Szczyt swoich ówczesnych możliwości muzycy osiągają jednak w utworze "Fear His Name". Udało się w nim osiągnąć idealne proporcje pomiędzy ciężarem i melodyjnością, a dodatkowym atutem są ciekawe zmiany tempa (przy czym zdecydowanie dominuje tu wolniejsze granie - wyjątek na płycie).

Niestety, im dalej, tym bardziej album traci na wyrazistości - kolejne kompozycje zaczynają się zlewać w jedno, trudno je od siebie odróżnić. "Use Your Head" jeszcze się broni, dzięki kilku fajnym riffom i niezłej solówce, ale już po "Fatal If Swallowed" i "Powersurge" niewiele zostaje w głowie (może z wyjątkiem uwypuklonych partii basu we wstępach). To solidnie i sprawnie zagrany thrash metal, ale nie wywołujący żadnych emocji. Na pewno nie są to utwory dla kogoś, kto w muzyce szuka czegoś więcej niż agresji, ciężaru i prędkości CKM-u. Jakimś urozmaiceniem jest "In Union We Stand", wyróżniający się hymnowym, bardzo podniosłym refrenem. Brzmiący może nieco zbyt patetycznie, ale bez popadania w kicz niczym jakiś Manowar. Ogólnie jest to najbardziej chwytliwy fragment albumu i dziwić może, że nie został wydany na singlu - w 1987 roku mógł to być całkiem spory hit. "Electro-Violence" to dla odmiany kolejny czad, niewyróżniający się absolutnie niczym. Na sam koniec pojawia się natomiast rozbudowana kompozycja "Overkill II (The Nightmare Continues)", zdradzająca inspirację twórczością Iron Maiden (szczególnie w partiach basu). Całkiem niezły finał, pokazujący, że muzycy Overkill mają większe ambicje, niż tylko granie w stylu "byle ciężko i do przodu".

"Taking Over" ukazał się rok po przełomowych dla thrash metalu albumów "Master of Puppets" Metalliki i "Reign in Blood" Slayera, więc trudno byłoby nie oceniać go przez ich pryzmat. A niestety brakuje mu zarówno pomysłowości pierwszego z nich, jak i bezkompromisowości drugiego. To jednak bardzo solidny materiał i dziś już także zaliczany do klasyki gatunku.

Ocena: 7/10



Overkill - "Taking Over" (1987)

1. Deny the Cross; 2. Wrecking Crew; 3. Fear His Name; 4. Use Your Head; 5. Fatal If Swallowed; 6. Powersurge; 7. In Union We Stand; 8. Electro-Violence; 9. Overkill II (The Nightmare Continues)

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Bobby Gustafson - gitara; D.D. Verni - bass; Rat Skates - perkusja
Producent: Overkill, Alex Perialas i Jon Zazula


13 listopada 2014

[Recenzja] Overkill - "Feel the Fire" (1985)



Za "Wielką Czwórkę" thrash metalu przyjęło uważać się zespoły Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax, których dokonania jako pierwsze spotkały się z dość powszechnym - jak na tak ciężką muzykę - uznaniem. Wielu wielbicieli tej odmiany metalu nie może się pogodzić, że tym samym na dalszy plan spychane są inne ważne dla nurtu zespoły - tylko dlatego, że zadebiutowały kilka lat później. Wśród nich najczęściej wymienia się trzy nazwy: Exodus, Testament i właśnie Overkill, którego twórczość mam zamiar opisać na blogu w ciągu najbliższych tygodni. Grupa powstała w 1980 roku (a więc wcześniej od przedstawicieli "Big Four") w New Jersey. Zanim weszła do studia, by w końcu profesjonalnie zarejestrować swój materiał, przeszła wiele zmian składu i... nazwy. Przez jakiś czas muzycy używali szyldu Virgin Killer (brak danych czy inspiracją był album grupy Scorpions), by w końcu zdecydować się na nazwę Overkill (od tytułu albumu Motörhead).

Wczesne koncerty zespołu składały się wyłącznie z coverów, początkowo z repertuaru grup punkowych, które z czasem zostały wyparte utworami takich grup, jak Motörhead, Judas Priest i Riot. Właśnie z połączenia inspiracji punk rockiem i heavy metalem powstał thrash metal. Jednak debiutancki album Overkill niekoniecznie wpisuje się w ten nurt. Brakuje tutaj tego ciężaru. Zawartą na nim muzykę najprościej określić jako klasyczny heavy metal, ale zagrany w raczej punkowy sposób - dość prosto i agresywnie, przeważnie w bardzo szybkim tempie. Na szczęście solówki są dalekie od punkowego niechlujstwa, prezentujące typowo heavy metalowe podejście do gry (np. "Raise the Dead", "Rotten to the Core", "Blood and Iron"). Sporadycznie zdarzają się tutaj bardziej rozbudowane utwory - jak "There's No Tomorrow" z balladowym fragmentem w środku, albo "Kill at Command" z ciekawym zwolnieniem - ale przeważają proste, konkretne czady. Czasem nawet o całkiem wyrazistej warstwie melodycznej ("Second Son", "Feel the Fire", "Overkill"), chociaż oczywiście nie są to kompozycje nadające się do radia.

"Feel the Fire" to solidny debiut, chociaż - przez spóźnioną o dwa lata premierę - stawiający Overkill na pozycji epigonów Metalliki i Slayera. Można też przyczepić się do małej różnorodności zawartego tu materiału, ale cóż - podobna monotonia cechuje większość albumów thrash metalowych.

Ocena: 6/10



Overkill - "Feel the Fire" (1985)

1. Raise the Dead; 2. Rotten to the Core; 3. There's No Tomorrow; 4. Second Son; 5. Hammerhead; 6. Feel the Fire; 7. Blood and Iron; 8. Kill at Command; 9. Overkill

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Bobby Gustafson - gitara; D.D. Verni - bass; Rat Skates - perkusja
Producent: Carl Canedy i Jon Zazula


10 listopada 2014

[Recenzja] Pink Floyd - "The Endless River" (2014)



Nowy album Pink Floyd? Jeszcze pół roku temu wydawało się zupełnie nieprawdopodobne, że grupa jeszcze kiedykolwiek wyda premierowy materiał. Kiedy w 2005 roku Roger Waters, David Gilmour, Rick Wright i Nick Mason stanęli razem na scenie, aby ledwie dwudziestominutowym występem uświetnić charytatywny koncert Live 8, wielu fanów miało pewnie nadzieje, że na tym się nie skończy, że powstanie nowy materiał. Niestety, przez kolejne trzy lata nic w tej kwestii się nie działo, a wszelkie nadzieje pogrzebała śmierć Wrighta w 2008 roku. Zawsze jednak można odkurzyć stare, nigdy nie wydane nagrania, trochę je poprzerabiać i sprzedawać jako nowy album. Tak postanowili zrobić Gilmour i Mason. Bez udziału Watersa, przez co wielu fanów spisało "The Endless River" na straty już na starcie. Zupełnie niesłusznie, bowiem pozostała dwójka sięgnęła po materiał, który zarejestrowali już po burzliwym rozstaniu z Watersem. Nie brał udziału w oryginalnych sesjach, jaki więc sens miałoby ściąganie go teraz?

Cofnijmy się w czasie o dwadzieścia jeden lat. W 1993 roku Gilmour, Wright i Mason pracowali nad albumem "The Division Bell" - jak się później miało okazać, ostatnim przed zawieszeniem działalności. Pomysły na utwory brały się z jamowania w studiu, wspólnych improwizacji (oprócz członków zespołu brali w nich udział także sesyjni muzycy, m.in. basista Guy Pratt i klawiszowiec Jon Carin). Zostało zarejestrowane wiele godzin materiału, z którego tylko część została rozwinięta w utwory, które trafiły na "The Division Bell". Już w tamtym czasie zespół planował z pozostałych fragmentów sesji wydać osobny longplay. Miał to być zbiór instrumentalnych utworów o ambientowym charakterze, roboczo zatytułowany "The Big Spliff". Przedsmakiem tego wydawnictwa był 20-minutowy dźwiękowy kolaż, puszczany z taśmy przed koncertami grupy na trasie w 1994 roku (później trafił na kasetowe wydanie koncertówki "Pulse"). Jak już jednak wspomniałem, muzycy postanowili zawiesić działalność zespołu i tym samym przestali przejawiać jakiekolwiek zainteresowanie opublikowaniem "The Big Spliff".

Dopiero po śmierci Wrighta, Gilmour i Mason zaczęli ponownie myśleć o wydaniu tych nagrań. Od 2012 roku materiał wędrował między różnymi producentami, którzy go cięli i miksowali, a pod koniec 2013 roku zarejestrowane zostały nowe partie - obu członków grupy, Guya Pratta i saksofonisty Gilada Atzmona; nieco później w studiu pojawiły się także chórzystki. Co więcej, w całość wmiksowano także partie Ricka Wrighta zarejestrowane podczas próby zespołu w... 1968 roku. Co z tego wszystkiego powstało? "The Endless River", jak ostatecznie nazwano album (słowa te pochodzą z tekstu utworu "High Hopes" wieńczącego album "The Division Bell"), to bardzo specyficzne wydawnictwo. Nie przypominające niczego innego, co kiedykolwiek zostało wydane pod szyldem Pink Floyd. W twórczości grupy zawsze (no, przynajmniej do odejścia Watersa) istotną rolę odgrywały teksty. Tymczasem "The Endless River" jest prawie w całości instrumentalny; jedynie w finałowym "Louder Than Words" pojawiają się słowa.

Ten właśnie utwór został wybrany do radiowej promocji albumu. Szerze mówiąc, nie zachęcał do poznawania całości. Jak na TEN zespół jest to wręcz żałosna kompozycja: o piosenkowej strukturze, z mdłą melodią i okropnym, przesłodzonym refrenem. Do bólu banalna, zupełnie niegodna TEJ nazwy. Nie ratują jej nawet charakterystyczne solówki Gilmoura, zagrane w bardzo typowy dla niego sposób, ale jakoś nie wywołujące większych emocji. Poza "Louder Than Words" ludzkie głosy słychać tylko w postaci wokaliz ("Talkin Hawkin'", "Surfacing") lub sampli (np. głos Stephena Hawkinga w "Talkin Hawkin'"). A propos, w nagraniach pojawiają się także sample ze starszych utworów grupy - króciutkiego motywu z refrenu "Comfortably Numb" (w "Anisina") i dzwonów z "Fat Old Sun"/"High Hopes" (pomiędzy "Surfacing" i "Louder Than Words"). Poza tym, mamy tutaj do czynienia także z luźnymi wariacjami na temat znanych już motywów - z "Shine on You Crazy Diamond" i "Welcome to the Machine" w "It's What We Do", z "A Saucerful of Secrets" w "Skins", oraz z "Run Like Hell" w "Allons-y (1)" i "Allons-y (2)".

Największym problemem "The Endless River" jest to, że spora część utworów potrafi ciekawie się zacząć, ale w miejscu, w którym powinny się rozkręcać - po prostu się kończą. Połowa z tych osiemnastu nagrań nie przekracza nawet dwóch minut. Sprawiają one wrażenie wstępów lub przerywników pomiędzy "właściwymi" utworami... których tutaj prawie nie ma. Wyjątek stanowią sześciominutowe "It's What We Do" i "Louder Than Words", oraz czterominutowy "Sum". W pozostałych utworach przekraczających dwie minuty (np. "Things Left Unsaid", "Talkin' Hawkin'") dzieje się stosunkowo niewiele - to takie typowo ambientowe pejzaże, które płyną sobie niespiesznie, bez żadnej dramaturgii czy dynamiki. Na dłuższą metę zaczyna to nudzić, a nawet męczyć.

Można jednak inaczej spojrzeć na ten album, zasugerowany zresztą przez zespół - nie traktować każdej ścieżki jako osobnej kompozycji, a jako fragment większej całości. W takim wypadku mamy tu do czynienia z zaledwie czterema utworami, odpowiadającymi czterem stronom wydania winylowego. Najciekawiej i najbardziej spójnie wypada kompozycja z pierwszej strony, złożona z trzech fragmentów: "Things Left Unsaid", "It's What We Do" i "Ebb and Flow". Opus magnum stanowi środkowy z nich. Wspaniała kompozycja, z przepięknymi, długimi solówkami Gilmoura i fantastycznym hammondowym tłem. Po prostu rewelacja. Słychać tutaj floydowy geniusz i magię z najlepszych lat. W sporej części jest to zasługa wykorzystania wspomnianych fragmentów albumu "Wish You Were Here", ale i bez nich kompozycja robiłaby wrażenie. "Things Left Unsaid" i "Ebb and Flow" jako osobne utwory nie robiłyby wielkiego wrażenia, ale bronią się jako wprowadzenie i zakończenie do "It's What We Do".

Strona druga brzmi już bardziej współcześnie, w klimacie post-watersowych albumów Pink Floyd, "A Momentary Lapse of Reason" i "The Division Bell". Rozpoczyna się od bardzo dynamicznego - jak na ten album - "Sum", w którym pojawiają się dość ostre partie gitar (mogące kojarzyć się z utworem "Sorrow" z "AMLoR", a może nawet ze starszym "One of These Days"), ale już w "Skins" muzyka zaczyna zmierzać w bardziej klimatyczne, nawet nieco niepokojące rejony. "Unsung" to tylko minuta i siedem sekund ambientowych dźwięków (niepotrzebnie wydzielonych jako osobna ścieżka, bo niewiele ma do zaoferowania), z których wyłania się "Anisina" - bardziej konwencjonalna i nieco mdła melodia, oparta przede wszystkim na partiach pianina i saksofonu, ale też z przyzwoitą - chociaż znowu nie pozostawiającą żadnych emocji - solówką gitarową. Ten ostatni fragment zupełnie nie pasuje klimatem do poprzednich, co dawniej było nie do pomyślenia w twórczości zespołu (wystarczy wspomnieć bardzo rozbudowane, ale zarazem spójne "Echoes" i "Shine on You Crazy Diamond").

Najbardziej niespójna jest jednak kompozycja ze strony trzeciej, składająca się aż z sześciu około półtoraminutowych miniaturek i jednego trochę dłuższego fragmentu ("Talkin Hawkin'"). Brzmi to trochę jak jakiś chaotyczny remiks urywków kilku różnych utworów. Zaczyna się od trzech nudnych ambientowych pejzaży, bliższych muzyki filmowej, niż szeroko pojętego rocka ("The Lost Art of Conversation", "On Noodle Street" i "Night Light"). Dopiero podczas obu części "Allons-y" nabiera dynamiki - to jedne z najbardziej energetycznych, a zarazem brzmiących najbardziej floydowo, fragmentów longplaya. Pomiędzy nimi pojawia się wyciszenie w postaci "Autumn '68" - opartego głównie na brzmieniu organów, z bardzo oszczędnymi partiami Gilmoura. To właśnie w tym fragmencie wykorzystano partie Ricka Wrighta z 1968 roku (tytuł nawiązuje natomiast do jego kompozycji "Summer '68" z "Atom Heart Mother"). Na koniec pojawia się jeszcze wspomniany "Talkin Hawkin'", prowadzony bardzo wyrazistym klawiszowym motywem. Pomimo że trwa dłużej od innych fragmentów trzeciej strony, niestety także pozbawiony jest ciekawego rozwinięcia.

Ostatnia strona rozpoczyna się od dość mrocznego "Calling", zdominowanego przez dźwięki klawiszowe; dopiero pod koniec pojawia się gitarowa solówka, dobrze oddająca nastrój utworu, ale niestety niezbyt porywająca. Ten sam klimat zostaje utrzymany w "Eyes to Pearls"; tutaj jednak na pierwszy plan wysuwa się gitara - Gilmour gra prosty, monotonnie powtarzany motyw. Bardziej radosny (znów zbyt radykalna zmiana klimatu!) okazuje się "Surfacing", kawałek o przystępnej melodii, z dominującą rolą gitary akustycznej i wokalizami. A po nim następuje już tylko "Louder Than Words", czyli najbardziej banalny fragment albumu (a właściwie całej dyskografii zespołu). Kawałek brzmi jak nagrany na siłę, tylko po to, żeby było czym promować album na singlu. Smutne, biorąc pod uwagę, że zespół przez większość swojej kariery unikał wydawania singli i grania pod stacje radiowe. Płynął pod prąd, poszerzał granicę rocka. Nie grał takich smętnych, stricte popowych pioseneczek.

Podsumowując, "The Endless River" to album pozostawiający bardzo mieszane odczucia. Zespół miał kilka świetnych pomysłów, które mógł rozwinąć we wspaniałe kompozycje, ale udało się to właściwie tylko w "Things Left Unsaid"/"It's What We Do"/"Ebb and Flow" (jeśli traktować je jako całość, jeden utwór). Szkoda, że jedyna partia wokalna pojawia się akurat w bezpłciowym "Louder Than Words", bo znacznie więcej można było wyciągnąć np. z "Sum" lub "Allons-y". Zwłaszcza ten drugi, gdyby trochę go rozbudować i wzbogacić o wokal, mógłby stać się bardzo dobrym, przebojowym utworem. Całości naprawdę słuchałoby się o wiele lepiej, gdyby zamiast tylu miniaturek pojawiło się tutaj więcej utworów posiadających właściwą dramaturgię, nie brzmiące jak jakiś wstęp, a zawierające także rozwinięcie i zakończenie. Dawniej zespół potrafił łączyć krótkie fragmenty w dłuższe formy tak, aby tworzyły logiczną całość. Tutaj tego brakuje. Dlatego, mimo licznych przesłuchań i coraz większej przyjemności z obcowania z tymi dźwiękami, nie mogę uznać "The Endless River" za udaną pozycję w dyskografii Pink Floyd. Jest natomiast bardzo ciekawym dodatkiem do wcześniejszych wydawnictw. I, paradoksalnie, brzmi bardziej floydowo od dwóch poprzednich albumów.

Ocena: 7/10

PS. Poza podstawową wersją (na CD lub podwójnym winylu) "The Endless River" ukazał się także w wersji "deluxe", czyli CD plus DVD lub Blu-ray. Dodatkowa płyta zawiera wideo do sześciu utworów ("Anisina", "Allons-y", oraz niealbumowych "Untitled", "Evrika (A)", "Nervana" i "Evrika (B)"), a także trzy dodatkowe utwory w wersji audio: "TBS9", "TBS14" i "Nervana". Dwa pierwsze to kolejne ambientowe kawałki, w których prawie nic się nie dzieje. Zaskoczeniem jest natomiast ostatni z  nich. Wyjątkowo ostry i dynamiczny, przypominający mocniejsze fragmenty albumu "Obscured by Clouds". Taki hard rock w klimacie lat 70., z mocno przesterowaną gitarą (na początku Gilmour gra nieco toporny riffy, ale już w solówkach pokazuje na co go stać) i bardzo przyjemnym hammondowym podkładem. Naprawdę świetnie się tego słucha, jako odmiany po usypiającej zawartości podstawowego wydania.



Pink Floyd - "The Endless River" (2014)

LP1: 1. Things Left Unsaid; 2. It's What We Do; 3. Ebb and Flow; 4. Sum; 5. Skins; 6. Unsung; 7. Anisina
LP2: 1. The Lost Art of Conversation; 2. On Noodle Street; 3. Night Light; 4. Allons-y (1); 5. Autumn '68; 6. Allons-y (2); 7. Talkin Hawkin'; 8. Calling; 9. Eyes to Pearls; 10. Surfacing; 11. Louder Than Words

Skład: David Gilmour - gitara, bass, instr. klawiszowe, wokal (LP2: 11); Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Guy Pratt - bass; Bob Ezrin - bass; Jon Carin - instr. klawiszowe; Damon Iddins - instr. klawiszowe; Gilad Atzmon - saksofon, clarnet (LP1: 7); Chantal Leverton - altówka; Victoria Lyon - skrzypce; Honor Watson - skrzypce; Helen Nash - wiolonczela; Durga McBroom, Louise Clare Marshall, Sarah Brown - dodatkowy wokal (LP2: 10,11)
Producent: David Gilmour, Martin Glover, Andy Jackson i Phil Manzanera


3 listopada 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Animals" Pink Floyd

Okładki Pink Floyd należą do najbardziej znanych i rozpoznawalnych. Niektóre z nich, jak "The Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here" czy "A Momentary Lapse of Reason" można interpretować i analizować na przeróżne sposoby, co zresztą od lat jest robione. Prawdopodobnie najciekawsza historia kryje się jednak za mniej znaną, chociaż równie intrygującą, okładką albumu "Animals".


Muzycy Pink Floyd, niemal od początku istnienia zespołu - konkretnie od swojego drugiego albumu, "A Saucerful of Secrets"z 1968 roku - ściśle współpracowali z designerską firmą Hipgnosis, prowadzoną przez Storma Thorgersona i Aubreya "Po" Powella. Warto dodać, ze pierwszy z nich był znajomym Rogera Watersa i Syda Barretta jeszcze z czasów studenckich; grali w jednej drużynie rugby. To właśnie dzięki pracom dla Pink Floyd, Hipgnosis stali się jednymi z najbardziej cenionych projektantów okładek (później z ich usług korzystali m.in. Wishbone Ash, Led Zeppelin, ELP, Genesis, Black Sabbath i Scorpions). Przez niemal dekadę Floydzi akceptowali wszystko, co podsuwał im duet grafików - bez względu czy był to kolarz złożony z cudzych prac ("A Saucerful of Secrets"), zdjęcie krowy ("Atom Heart Mother"), czy narysowany pryzmat (wiadomo). Po raz pierwszy zakwestionowali propozycje Hipgnosis przy okazji swojego dziesiątego albumu, "Animals".



Pierwszą propozycją Hipgnosis było zdjęcie kominka, nad którym przybite zostały kaczki. Jest to nawiązanie do starej angielskiej tradycji przybijania do ścian drewnianych kaczek, które są symbolem małżeńskiego szczęścia. Zdjęcie Hipgnosis przedstawiało jednak... prawdziwe kaczki, przybite żywcem, na co wskazuje spływająca po ścianie krew. Pamiętam dokładnie moment, kiedy pokazałem zdjęcie zespołowi - wspominał Thorgerson. To było podczas trasy, w autokarze. Mam wrażenie, że Rogerowi się podobało. Ale był tam też gość, który miksował dźwięk na koncertach. Brian jakiś-tam. I on odniósł się do projektu z nienawiścią. Naprawdę z nienawiścią. Krzyczał: "Jak można wziąć prawdziwe kaczki i zrobić coś takiego! Dlaczego nie weźmiesz kilku Irlandczyków i nie przybijesz ich do ściany?". Odparłem, że dokładnie o to chodzi. Moim zdaniem było to zdjęcie o wielkiej sile wyrazu. Zdjęcie zostało ostatecznie wykorzystane na okładce kompilacji nagrań różnych wykonawców należących do wytwórni Drag City, zatytułowanej "Hey Drag City" i wydanej w 1994 roku.

Drugą propozycją był rysunek małego chłopca wchodzącego w środku nocy do sypialni swoich rodziców... Tym razem to Roger Waters nie krył swojego oburzenia, a Thorgerson po latach przyznawał: Muzycy zdecydowanie odrzucili ten projekt. I pewnie mieli rację. Jednocześnie grafik bronił swojego pomysłu: Moim zdaniem był to psychologicznie bardzo ciekawy pomysł - mówił. Dziecko, które widzi swoich rodziców kochających się... Seks musi być czymś trudnym do zrozumienia dla takiego malca. Pomysł nie został później nigdy wykorzystany.

Kiedy stało się jasne, że żaden z projektów Hipgnosis nie odpowiada muzykom (lub ich współpracownikom), Waters postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Storm i Po przedstawili nam kilka pomysłów okładki - wspominał. Żaden mi się nie podobał. Wszyscy spojrzeli wtedy na mnie, mówiąc: "Jak takiś mądry, wymyśl coś lepszego!". Spuściłem głowę i bąknąłem tylko: "Dobra, spróbuję". I jakiś czas potem zaproponowałem swój projekt. Pojechałem w okolicę elektrowni Battersea, zrobiłem jej kilka zdjęć i na kolejnym spotkaniu zespołu położyłem je na stole ze słowami "Oto okładka". Wszystkich zatkało. Byli zachwyceni pomysłem. Elektrownia Battersea jest czymś tak niesamowitym, szalonym... Można przyjąć, że kominy reprezentują każdego z naszej czwórki. W takim razie cały obiekt symbolizuje zespół. Jego gwałtowną naturę, jego siłę. Ale zarazem jego upadek. Wygląda przecież trochę jak odwrócony do góry nogami stół. Dla mnie w tamtym momencie był to najlepszy symbol Pink Floyd, jaki mogłem sobie wyobrazić.

Elektrownia Battersea znajduje się w Londynie, na południowym brzegu Tamizy. Jest największą budowlą z cegły w Europie. W 1977 roku była już częściowo zamknięta, a całkowicie przestała funkcjonować w 1983. Trzy lata wcześniej została zaliczona do dziedzictwa narodowego Wielkiej Brytanii. Można ją zobaczyć w kilku filmach, m.in. "Sabotaż" Alfreda Hitchcocka z 1936 roku i beatlesowego "Help!" z 1965. Co ciekawe, pół roku po premierze "Animals", w lipcu '77, ukazał się album "Quark, Strangeness and Charm" grupy Hawkwind, na którego okładce wykorzystane zostało zdjęcie zrobione wewnątrz elektrowni. Co więcej, za jej wykonanie również odpowiada firma Hipgnosis.

Na okładce albumu Pink Floyd nie wykorzystano oczywiście amatorskich zdjęć zrobionych przez Watersa. Firma Hipgnosis zorganizowała profesjonalną sesję, która nie odbyła się bez problemów. Wszystko przez szalony pomysł Watersa, aby na zdjęciu, pomiędzy kominami elektrowni, widoczna była... ogromna nadmuchiwana świnia. Ponad dziewięciometrowy balon został przygotowany już wcześniej, jako element koncertowej scenografii, przez niemiecką firmę Ballon Fabrik, która produkowała sterowce. Świnia została ochrzczona imieniem Algie. Skąd wziął się w ogóle pomysł na wykorzystanie akurat takiej scenografii? Jest to oczywiście nawiązanie do utworu "Pigs on the Wings" z albumu "Animals", ale Waters różnie tłumaczył co miała symbolizować. To symbol nadziei - twierdził w jednym wywiadzie, by w innym powiedzieć: Mamy w języku angielskim takie powiedzonko: "Dobrze, że świnie nie potrafią latać". Chodzi o to, że gdyby umiały latać, bylibyśmy pokryci od stóp do głów gównem, bo srałyby na nas cały czas. Świnia na okładce symbolizuje więc siły zewnętrzne, nad którymi nie ma się kontroli, a które mogą cię zniszczyć.

Przygotowania Algie do sesji zdjęciowej.
Zatrudniono kilkunastu fotografów, a także firmę zajmującą się nadmuchiwaniem dużych balonów helem. Menadżer zespołu, Steve O'Rourke, postanowił sprowadzić także snajpera, na wypadek, gdyby świnia zerwała się z lin, co mogłoby stanowić zagrożenie dla ruchu lotniczego. Pierwszego dnia, z przyczyn technicznych, nie udało się nadmuchać świni do końca, przez co nie wyszła najlepiej na zdjęciach. Następnego dnia balon został nadmuchany całkowicie i wszystko wydawało się iść gładko, dopóki nie zerwał się wiatr... przez który świnia wyrwała się z przytrzymujących ją lin. Co gorsze, tego dnia snajper był nieobecny. Było niesamowite zamieszanie - wspominał Aubrey Powell. RAF oraz kontrola lotów na Heathrow zaczęły donosić o latającej świni. Wspomniano o nas nawet w wieczornym wydaniu serwisów informacyjnych. Po wielu godzinach, około dwudziestej drugiej, zguba wylądowała na pewnej farmie w hrabstwie Kent. Farmer był wściekły - twierdził Powell. Podobno świnia wystraszyła jego krowy. Na szczęście była w jednym kawałku, co pozwoliło kontynuować sesję następnego dnia. Tym razem ze wsparciem dwóch strzelców.

Chociaż trzeci dzień sesji przebiegał bez problemów, trudności bynajmniej się nie skończyły. Gdy dostaliśmy zdjęcia, ujęcia z trzeciego dnia były dość kiepskie - mówił Powell.  Natomiast te początkowe miały fantastycznie ponure niebo i cudowne kształty chmur. Wykorzystaliśmy więc zdjęcia chmur z pierwszego dnia i zdjęcia świni z dnia trzeciego. Gdybyśmy od razu na to wpadli, można było zaoszczędzić wiele tysięcy funtów.

Podczas sesji wykonano wiele zdjęć, oto niektóre z nich:




W 1997 roku Storm Thorgerson umieścił okładkę "Animals" w swojej książce "Mind Over Matter", poświęconej jego dziełom dla grupy Pink Floyd, co wkurzyło Rogera Watersa, uważającego się za jej twórcę. Zgoda, to jego pomysł - przyznawał Thorgerson. I w mojej książce zostało to powiedziane. Jego koncepcja, ale nie jego zdjęcie. Czego się więc wkurzać? Zawsze przyznawałem, że to świetna idea. Waters obraził się śmiertelnie na grafika i podobno już nigdy się do niego nie odezwał (Thorgerson zmarł w kwietniu 2013 roku). Jednak ich drogi rozeszły się już znacznie wcześniej. Storm nie dostał zlecenia na okładki dwóch kolejnych, po "Animals", albumów studyjnych - "The Wall" i "The Final Cut" (chociaż w międzyczasie stworzył grafikę na kompilację "A Collection of Great Dance Songs"). Dopiero po reaktywacji Pink Floyd bez Rogera Watersa, pozostali muzycy odnowili współpracę z firmą Hipgnosis, która trwała do zawieszenia działalności w 1994 roku.




Źródła cytatów:
1. Blake Mark, Prędzej świnie zaczną latać, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012, s. 325-327
2. Weiss Wiesław, Świńskie odchody, "Teraz Rock" 2006, nr 8, s. 114

2 listopada 2014

[Podsumowanie miesiąca] Październik 2014

Kolejny miesiąc za nami, pora na kolejne podsumowanie. Być może ostatnie - zamiast tego wolałbym się skupić na swoich "flagowych" cyklach, czyli "Historiach okładek" (kolejna część już czeka na opublikowanie) i "Najważniejszych utworach..." (tutaj od dłuższego czasu męczę się z opisaniem twórczości pewnego zespołu). Czas pokaże jak potoczą się dalsze losy bloga. W najbliższym miesiącu na pewno nie zabraknie solidnej porcji recenzji (w tym "nowego" albumu Pink Floyd), powoli zaczynam też myśleć o rankingu najlepszych albumów bieżącego roku, co oznacza, że muszę nadrobić pewne zaległości płytowe.



Nie bardzo już pamiętam jakich albumów słuchałem najczęściej w minionym miesiącu. Na pewno były wśród nich te widoczne na powyższym zdjęciu - czyli moje najnowsze zakupy:

"Queen" i "Queen II", czyli pierwsze dwa albumy Queen na winylach. Debiut to najbardziej hard rockowe wydawnictwo grupy (oczywiście licząc tylko studyjną część dyskografii). Taki "Led Zeppelin z harmoniami", jak to niedawno określił Roger Taylor, do tego wyraźne wpływy innych grup tego typu (Cream, Black Sabbath). Z drugiej strony muzycy już tutaj mieli wypracowany rozpoznawalny styl i brzmienie. Niektóre kompozycje sprawiają wrażenie niedopracowanych (przede wszystkim drętwa ballada "The Night Comes Down"), ale trafiają się też prawdziwe perełki, jak "Son and Daughter", "Liar" i "Great King Rat". "Dwójka" to już album o wiele bardziej dojrzały, co szczególnie słychać w takich kompozycjach, jak "Father to Son", "White Queen (As It Began)" czy "The March of the Black Queen". Wciąż jednak nie brakuje utworów o zdecydowanie hard rockowym charakterze ("Ogre Battle", "Father to Son").





"Live at the Rainbow '74", czyli znowu Queen - tym razem w wersji koncertowej i na DVD. Sama ścieżka dźwiękowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie i musiałem się przekonać jak wyglądało to pod względem wizualnym. Cóż, sama muzyka okazała się o wiele bardziej żywiołowa, niż zachowanie muzyków na scenie. Niemniej jednak oglądanie (i słuchanie) Queen z tamtego okresu, jeszcze stricte hard rockowego, to ogromna przyjemność. Minusy? Brak "Great King Rat"! Nie ma tego utworu także na winylowym wydaniu, które posiadam. A inwestować w trzecią wersję tego albumu (na nielubianym przeze mnie nośniku, jakim jest płyta CD) nie mam zamiaru.



I ostatni zakup - "Sanctuary", czyli wyjątkowo nie Queen, a Iron Maiden. 7-calowy singiel z serii najnowszych reedycji (co to w ogóle za pomysł, żeby wznawiać single?!). Rzecz bardzo potrzebna, gdyż tytułowego utworu - jednego z większych przebojów grupy - nie ma na żadnym regularnym albumie. Tzn. jest - na amerykańskim wydaniu debiutanckiego "Iron Maiden", umieszczony pomiędzy "Strange World" i "Charlotte the Harlott". Za bardzo jednak przyzwyczaiłem się do oryginalnej kolejności, żeby wymieniać moje brytyjskie wydanie na tamto.



W październiku dokonałem także dwóch muzycznych odkryć. Pierwszym z nich jest Lunatic Soul, poboczny projekt Mariusza Dudy z Riverside. Jest to muzyka dość odległa od tej, której słucham na co dzień - czerpiąca z akustycznego folku, twórczości Petera Gabriela (post-genesisowej) i Dead Can Dance, a ostatnio także z muzyki elektronicznej. Duda ma jednak dar do tworzenia bardzo intrygującej i pięknej muzyki, której urokowi nie jestem się w stanie oprzeć. Największe wrażenie wywarły na mnie albumy "Lunatic Soul II" i tegoroczny "Walking on a Flashlight Beam".



Drugie odkrycie to także polski zespół, ale wykonujący zupełnie inną muzykę. Twórczość Scream Maker to klasyczny heavy metal, inspirowany takimi wykonawcami, jak Iron Maiden czy Judas Priest. Słuchając ich niedawno wydanego debiutanckiego albumu "Livin' in the Past" można pomyśleć, że to dzieło jakiejś zapomnianej grupy z lat 80. Oczywiście zagranicznej, bo u nas nikt wtedy nie nagrywał tak dobrze brzmiących płyt. Niedługo na blogu powinna pojawić się recenzja tego krążka. I prawdopodobnie na tym się nie skończy, ponieważ jestem aktualnie w kontakcie z gitarzystą grupy.