30 października 2014

[Recenzja] Cream - "Disraeli Gears" (1967)



Już debiutancki album Cream, "Fresh Cream", pokazał, że trio potrafi grać bluesa na swój własny sposób - bardzo żywiołowo, energetycznie. Wydany niespełna rok później "Disraeli Gears" to longplay bardziej dojrzały i zróżnicowany, a ponadto w większym stopniu oparty na autorskim materiale (pod ośmioma z jedenastu utworów widnieją nazwiska muzyków grupy, a większość tekstów napisał Pete Brown). Album jest mniej surowy od debiutu, bardziej dopracowany. Stylistycznie nie odbiega daleko od stworzonego przez zespół blues rocka, ale więcej tutaj wpływów psychodelicznego rocka, który w 1967 roku dominował na muzycznej scenie. Niestety, podobnie jak poprzedni longplay supergrupy, także "Disraeli Gears" jest wynikiem licznych kompromisów z producentem i wytwórnią.

Najlepszym przykładem ingerencji Felixa Pappalardiego jest utwór "Strange Brew". Zespół chciał nagrać przeróbkę bluesowego standardu "Lawdy Mama", opartą na wersji Juniora Wellsai Buddy'ego Guy'a z 1965 roku. Producent, wraz ze swoją żoną Gail Collins, zmienił aranżację, melodię, tekst utworu, zachowując oryginalny riff. I tak z bluesa powstała popowa, nieco beatlesowska piosenka "Strange Brew". Eric Clapton (podpisany obok Pappalardich jako współautor utworu) zgodził się na taką aranżację, pod warunkiem, że będzie mógł zagrać bluesowe solo w stylu Alberta Kinga. Właśnie ta ostra solówka jest najciekawszym momentem utworu. Innym kompromisem, na jaki musiał pójść zespół, było zwiększenie roli Claptona jako wokalisty - przedstawiciele wytwórni uważali bowiem, że Jack Bruce ma za mało bluesowy głos. W rezultacie gitarzysta śpiewa samodzielnie w dwóch utworach - "Strange Brew" i coverze "Outside Woman Blues" Blind Joe Reynoldsa - a w kilku innych dzieli obowiązki wokalne z Brucem.

"Strange Brew", wydany jako pierwszy singiel, stał się jednym z największych przebojów grupy. Znacznie większym sukcesem okazał się jednak "Sunshine of Your Love". Słynny charakterystyczny basowo-gitarowy riff tego utworu i świetna solówka Claptona są nie do przecenienia, jeśli chodzi o ich wpływ na powstanie hard rocka. Ale nie można też zapomnieć o partii perkusji, która znacznie wybiega poza ramy tego stylu - a przede wszystkim poza ówczesne ramy muzyki rockowej. Ginger Baker nie był perkusistą ograniczającym się do grania na 4/4, często - także w tej kompozycji - przemycał do swojej gry afrykańskie rytmy. "Sunshine of Your Love" to jeden z najważniejszych utworów rockowych wszech czasów, absolutna klasyka. Album zawiera jednak kilka równie interesujących kompozycji. Jak świetnie się rozwijający "Tales of Brave Ulysses", który jest jednym z pierwszych przykładów użycia gitarowego efektu wah-wah, nadającego utworowi oryginalnego (oczywiście w chwili premiery albumu) brzmienia. Albo ostry, acidrockowy "SWLABR" (tytuł jest akronimem słów "She Walks Like a Bearded Rainbow" lub  "She Was Like a Bearded Rainbow" - sami autorzy nie są pewni). Albo psychodeliczne, nieco senne "Dance the Night Away", inspirowane twórczością The Byrds. Nie można też zapominać o energetycznej wersji "Outside Woman Blues" - porównując ją z oryginałem słychać, jak wiele muzycy Cream zrobili dla rozwoju muzyki.

Niemniej jednak są na "Disraeli Gears" także słabsze momenty. Jak "World of Pain", napisany dla grupy przez Pappalardich - prosta melodyjna piosenka, z banalnym refrenem; na plus trzeba jednak zaliczyć mocną grę sekcji rytmicznej. Znacznie trudniej dostrzec jakieś pozytywy w "Blue Condition", skomponowanym przez Gingera Bakera i przez niego zaśpiewanym - bardzo monotonnie, przez co ta niewiele ponad trzyminutowa piosenka niemiłosiernie się dłuży. Nie przekonuje mnie także "Take It Back" - sztampowy blues z harmonijką. Najbardziej niepotrzebnym utworem jest jednak przeróbka tradycyjnej pieśni "Mother's Lament", zaśpiewana przez cały zespół z akompaniamentem pianina. Nijak nie pasuje to do reszty albumu i należy go chyba traktować jako żart. Te wszystkie słabsze fragmenty nie wpływają jednak znacząco na odbiór całości - nie odbierają wielkości pozostałym kompozycjom.

"Disraeli Gears" to jeden z kilku albumów - obok "Are You Experienced?" The Jimi Hendrix Experience, "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" Beatlesów, oraz debiutów The Doors i Pink Floyd - które w 1967 roku wywróciły do góry nogami cały muzyczny świat. Po ich wydaniu już nic nie było takie samo.

Ocena: 9/10



Cream - "Disraeli Gears" (1967)

1. Strange Brew; 2. Sunshine of Your Love; 3. World of Pain; 4. Dance the Night Away; 5. Blue Condition; 6. Tales of Brave Ulysses; 7. SWLABR; 8. We're Going Wrong; 9. Outside Woman Blues; 10. Take It Back; 11. Mother's Lament

Skład: Jack Bruce - wokal (2-4,6-8,10,11), bass, pianino, harmonijka; Eric Clapton - wokal (1-4,9,11), gitara; Ginger Baker - perkusja, wokal (5,11)
Producent: Felix Pappalardi


4 komentarze:

  1. Mój ulubiony album Cream. Jak dla mnie jedyny kawałek do kasacji to "Mother's Lament" ale że dali go na końcu to można po prostu wyjąć wcześniej płytę ;)

    W 1967 ważny był jeszcze John Wesley Harding i przede wszystkim debiut Velvet Underground i ewentualnie Jefferson Airplane (chociaż on mi nie leży)

    w ogóle lata 1967-69 były wg mnie najważniejszymi dla muzyki w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według mnie najważniejszy był okres 1966-69, a może tylko 1966-67 + 1969. A najlepszy - 1966-75, z czego naj-najlepsze były lata 1969-71, a naj-naj-najlepszy rok 1969 ;)

      Mnie też kiedyś irytował "Mother's Lament", ale niedawno kupiłem ten album i już nie mam problemów ze słuchaniem go w całości. Nie przeszkadza mi to krótkie, zabawne zakończenie.

      Usuń
    2. 70-75 były takie dobre bo mogły się wzorować na 66-69 :D

      Lubisz winyle, odszedłeś od CD. Chyba dlatego, że jakość V jest lepsza. A co sądzisz o kasetach na które ostatnio ja zacząłem mieć ogromną fazę? Bardzo fajny nośnik, do którego do tego mam jakiś tam sentyment ;)

      Usuń
    3. Kasety są najsłabsze pod względem jakości, najbardziej awaryjne i najwięcej czasu zajmuje "przełączenie" na konkretny utwór (choć ja album słucham w całości) ;) Myślę więc, że to najgorszy format. A jedyną zaletą jest to, że oryginalne albumy na tym nośniku można kupić teraz za dosłownie grosze.

      Ojciec miał sporą kolekcję kaset Taktu, czyli pirackich polskich wydań, często zubożonych o jakieś utwory. W sumie nie można ich nazwać nielegalnymi kopiami, bo w tamtym czasie nie było w Polsce prawa zabraniającego takich wydawnictw ;) Co ciekawe, Takt wydawał te kasety, żeby zebrać fundusze na otwarcie tłoczni płyt CD i rozpoczęcie w pełni legalnej działalności ;)

      Gdy zaczynałem interesować się muzyką, też zbierałem głównie kasety. Oryginalne i czyste, na których kompilowałem własne składanki. Pamiętam, że miałem wtedy magnetofon z przyciskami "Fe", "Cr" i "Metal" - oczywiście chodziło o wybór materiału, z jakiego zrobiona jest taśma. Myślałem jednak, że po wciśnięciu "Metal" dźwięk zostanie przesterowany, jak w muzyce metalowej :D

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.