31 października 2014

[Recenzja] Cream - "Goodbye" (1969)



Jack Bruce, Eric Clapton i Ginger Baker świetnie dogadywali się pod względem muzycznym, ale prywatnie ich wzajemne stosunki układały się fatalnie. Szybki rozpad grupy był nieunikniony. O tym, że grupa kończy swoją (niewiele ponad dwuletnią) działalność, było już wiadomo tuż przed wydaniem albumu "Wheels of Fire", kiedy ogłoszono jej pożegnalną trasę. Mimo tego, muzycy postanowili wydać jeszcze jeden, pożegnalny album, dobitnie zatytułowany "Goodbye". Oryginalny pomysł zakładał kolejny, po "Wheels of Fire", dwupłytowy album, składający się z dysku z materiałem koncertowym i drugiego ze studyjnym. Szybko jednak okazało się, że zespół nie dysponuje wystarczającą ilością jakościowego materiału. Stanęło więc na jednopłytowym albumie, złożonym z trzech nagrań koncertowych (zarejestrowanych 19 października 1968 roku w Los Angeles) i trzech studyjnych (po jednym napisanym przez każdego muzyka).

Utwory zarejestrowane na żywo to znów uczta dla wielbicieli koncertowych improwizacji. Szczególnie porywająco wypadł "I'm So Glad" z repertuaru Skipa Jamesa, który z prostej popowej piosenki (w takiej wersji trio zaprezentowało ten utwór na swoim debiucie) przerodził się w dziewięciominutowy, bezkompromisowy jam o hard rockowej mocy. W "Politican" dla odmiany muzycy trzymają się wersji studyjnej. Nie najlepiej wypada partia wokalna, ale brzmienie jest potężne, bardzo ciężkie. Bardziej bluesowy "Sitting on Top of the World" też wypada rewelacyjnie pod względem muzycznym, ale rozczarowują nieco wymęczonym śpiewem.

Studyjną cześć albumu rozpoczyna piosenkowy, bardzo melodyjny "Badge", napisany przez Erica Claptona z pomocą George'a Harrisona, który zagrał tu także na gitarze rytmicznej (rok wcześniej Clapton wystąpił na "Białym albumie" Beatlesów, w harrisonowym "While My Guitar Gently Weeps"). "Badge" to całkiem przyjemne nagranie (trochę w klimacie Beatlesów), umiarkowany przebój singlowy, ale trochę zbyt prosty - zwłaszcza po tym, co zespół zaprezentował w nagraniach koncertowych. Jeszcze bardziej banalnie wypada "Doing That Scrapyard Thing" Jacka Bruce'a (z tekstem Pete'a Browna). Wesoła melodyjka i komiczny śpiew z twardym akcentem nie pozwalają traktować tego nagrania poważnie. Intrygująco wypada natomiast "What a Bringdown" Gingera Bakera, bardzo intensywny i bogaty aranżacyjnie, i świetnie zaśpiewany w ducie przez Bruce'a i Claptona.

Album "Goodbye" został wydany jako post scriptum twórczości Cream i tak właśnie należy go postrzegać - jako dodatek do podstawowej dyskografii. W przeciwnym razie trzeba by go uznać za najsłabszy album tria. A przecież warto go poznać, choćby tylko dla genialnej wersji "I'm So Glad".

Ocena: 7/10



Cream - "Goodbye" (1969)

1. I'm So Glad (live); 2. Politician (live); 3. Sitting on Top of the World (live); 4. Badge; 5. Doing That Scrapyard Thing; 6. What a Bringdown

Skład: Jack Bruce - wokal, bass, instr. klawiszowe; Eric Clapton - wokal, gitara; Ginger Baker - perkusja, wokal
Gościnnie: George Harrison - gitara (4); Felix Pappalardi - bass (6), instr. klawiszowe (4-6)
Producent: Felix Pappalardi


[Recenzja] Cream - "Wheels of Fire" (1968)



Dwupłytowy "Wheels of Fire" to album definiujący Cream. Poza udanym zestawem nowych utworów, wypełniających pierwszą płytę, mamy tutaj jeszcze drugą, zawierającą cztery utwory zarejestrowane na żywo - to właśnie w nich muzycy w pełni pokazują na co ich stać, bez żadnych kompromisów z producentem lub przedstawicielami wytwórni, którym zależało tylko na sprzedaniu jak największej ilości płyt. Jednakże wielki sukces (zwłaszcza w Stanach) singla "Sunshine of Your Love" - promującego poprzedni album tria, "Disraeli Gears" - sprawił, że muzycy dostali więcej swobody również w studiu. I to słychać na studyjnej części "Wheels of Fire". Zespół już nie był zmuszany do nagrywania popowych piosenek, ani do łagodniejszych aranżacji. Mogli nagrać co im tylko przyszło do głowy, eksperymentować do woli.

"In the Studio"

Na studyjną płytę złożyły się cztery kompozycje Jacka Bruce'a z tekstami Pete'a Browna ("White Room", "As You Said", "Politician", "Deserted Cities of the Heart") i trzy skomponowane przez Gingera Bakera z jazzowym pianistą Mikem Taylorem ("Passing the Time", "Pressed Rat and Warthog", "Those Were the Days"). Eric Clapton ograniczył się do zaproponowania dwóch bluesowych standardów: "Sitting on Top of the World" grupy Mississippi Sheiks (ale w oparciu na późniejszej aranżacji Howlin' Wolfa) oraz "Born Under a Bad Sign" z repertuaru Alberta Kinga.

Jest wśród nich kilka naprawdę wyśmienitych utworów. Przede wszystkim singlowy "White Room". Bardzo wyrafinowany, w porównaniu z wcześniejszą twórczością grupy, z bardzo poetyckim tekstem, genialną grą wszystkich muzyków i fantastyczną melodią. Najprawdziwsze arcydzieło, prawdopodobnie najdoskonalszy utwór w dorobku grupy (a może nawet przewyższający całą post-creamową twórczość Bruce'a, Claptona i Bakera). Innym genialnym fragmentem albumu jest "Politician", oparty na ciekawym, monotonnym riffie (prawdopodobnie stąd muzycy Led Zeppelin wzięli pomysł na "Kashmir"), ze świetnymi solówkami. Świetny jest też finałowy "Deserted Cities of the Heart", bardzo dynamicznie zagrany na gitarze akustycznej (oczywiście z solidnym wsparciem sekcji rytmicznej i ostrą solówką na "elektryku"). Bardzo dobrze wypadają oba covery, które zachowując swój bluesowy charakter, nabrały hard rockowej mocy (szczególnie "Born Under a Bad Sign"). Nie można nie wspomnieć o bardzo melodyjnym "Those Were the Days", w którym mocna gra sekcji rytmicznej i hard rockowe riffu Claptona zostały ciekawie wzbogacone dzwonkami.

Pozostałe utwory pokazują bardziej eksperymentalne oblicze grupy. Największe wrażenie robi "Passing the Time" - podniosły wstęp przechodzi w łagodną zwrotkę opartą na akompaniamencie smyczków, w tle słychać dzwonki... Sielski nastrój zostaje nagle przerwany surowym, hard rockowym refrenem, aby na koniec znów wróciła łagodność. Dzisiaj takie kontrasty nie są niczym zaskakującym, ale w 1968 roku niewiele było takich utworów. Zupełnie nie przekonują mnie natomiast "As You Said" i "Pressed Rat and Warthog". Pierwszy to dość nużący utwór oparty wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej i smyczków (być może właśnie stąd muzycy Led Zeppelin wzięli pomysł na swoje akustyczne, folkowe utwory); kawałek trwa ponad cztery minuty, a prawie nic się w nim nie dzieje. "Pressed Rat and Warthog" jest bardziej ciekawy pod względem muzycznym, ale tak samo nużący przez monotonną recytację Gingera Bakera, która pojawia się tutaj zamiast "normalnej" partii wokalnej. Te dwa słabsze utwory nie wpływają jednak znacząco na poziom całości.

"Live at the Fillmore"

Z myślą o koncertowym albumie zarejestrowano sześć występów grupy, w dniach 7-10 marca 1968 w San Francisco. Wbrew tytułowi płyty, znalazł się na niej tylko jeden utwór ("Toad") zarejestrowany w słynnej sali koncertowej The Fillmore (obecnie znanej jako The Fillmore West). Trzy pozostałe pochodzą z występów w Winterland Ballroom. To jednak tylko nieistotny szczegół. Liczy się przecież tylko zawarta tu muzyka. A ta jest po prostu magiczna. Szczególnie pierwsza strona, z coverami "Crossroads" Roberta Johnsona i "Spoonful" Williego Dixona. Pierwszy został zagrany dość zwięźle, nie przekracza pięciu minut, za to drugi został znacznie rozbudowany, do ponad szesnastu minut - to prawdziwa uczta dla wielbicieli koncertowych improwizacji. Oba utwory zostały jednak zagrane niesamowicie żywiołowo, a zarazem z ogromną wirtuozerią. Potwierdzają, że pod koniec lat 60. to właśnie ta trójka muzyków była największymi mistrzami swoich instrumentów. Nie ma sensu opisywać tego, co się w nich dzieje - tego trzeba posłuchać! Napięcie spada trochę w siedmiominutowym "Traintime", który jest głównie popisem Jacka Bruce'a na harmonijce. Nie jest to jednak instrument z którego można wiele wydobyć, dlatego utwór szybko zaczyna nudzić. Ale na koniec czeka jeszcze "Toad" czyli trwająca blisko kwadrans solówka perkusyjna Gingera Bakera. Chyba nikt nigdy nie zbliżył się do grania na tym instrumencie na takim poziomie.

W niektórych krajach "Wheels of Fire" został wydany także (lub tylko) jako dwa osobne albumy - "Wheels of Fire (In the Studio)" i "Wheels of Fire (Live at the Fillmore)" - dlatego teoretycznie mógłbym je ocenić osobno. Oba jednak zasługują na taką samą ocenę.

Ocena: 9/10



Cream - "Wheels of Fire" (1968)

LP1 ("In the Studio"): 1. White Room; 2. Sitting on Top of the World; 3. Passing the Time; 4. As You Said; 5. Pressed Rat and Warthog; 6. Politician; 7. Those Were the Days; 8. Born Under a Bad Sign; 9. Deserted Cities of the Heart
LP2 ("Live at the Fillmore"): 1. Crossroads; 2. Spoonful; 3. Traintime; 4. Toad

Skład: Jack Bruce - wokal, bass, gitara, harmonijka, wiolonczela; Eric Clapton - wokal, gitara; Ginger Baker - perkusja, instr. perkusyjne, wokal (LP1:5)
Gościnnie: Felix Pappalardi - altówka, organy, trąbka, dzwonki, flet
Producent: Felix Pappalardi


30 października 2014

[Recenzja] Cream - "Disraeli Gears" (1967)



Już debiutancki album Cream, "Fresh Cream", pokazał, że trio potrafi grać bluesa na swój własny sposób - bardzo żywiołowo, energetycznie. Wydany niespełna rok później "Disraeli Gears" to longplay bardziej dojrzały i zróżnicowany, a ponadto w większym stopniu oparty na autorskim materiale (pod ośmioma z jedenastu utworów widnieją nazwiska muzyków grupy, a większość tekstów napisał Pete Brown). Album jest mniej surowy od debiutu, bardziej dopracowany. Stylistycznie nie odbiega daleko od stworzonego przez zespół blues rocka, ale więcej tutaj wpływów psychodelicznego rocka, który w 1967 roku dominował na muzycznej scenie. Niestety, podobnie jak poprzedni longplay supergrupy, także "Disraeli Gears" jest wynikiem licznych kompromisów z producentem i wytwórnią.

Najlepszym przykładem ingerencji Felixa Pappalardiego jest utwór "Strange Brew". Zespół chciał nagrać przeróbkę bluesowego standardu "Lawdy Mama", opartą na wersji Juniora Wellsai Buddy'ego Guy'a z 1965 roku. Producent, wraz ze swoją żoną Gail Collins, zmienił aranżację, melodię, tekst utworu, zachowując oryginalny riff. I tak z bluesa powstała popowa, nieco beatlesowska piosenka "Strange Brew". Eric Clapton (podpisany obok Pappalardich jako współautor utworu) zgodził się na taką aranżację, pod warunkiem, że będzie mógł zagrać bluesowe solo w stylu Alberta Kinga. Właśnie ta ostra solówka jest najciekawszym momentem utworu. Innym kompromisem, na jaki musiał pójść zespół, było zwiększenie roli Claptona jako wokalisty - przedstawiciele wytwórni uważali bowiem, że Jack Bruce ma za mało bluesowy głos. W rezultacie gitarzysta śpiewa samodzielnie w dwóch utworach - "Strange Brew" i coverze "Outside Woman Blues" Blind Joe Reynoldsa - a w kilku innych dzieli obowiązki wokalne z Brucem.

"Strange Brew", wydany jako pierwszy singiel, stał się jednym z największych przebojów grupy. Znacznie większym sukcesem okazał się jednak "Sunshine of Your Love". Słynny charakterystyczny basowo-gitarowy riff tego utworu i świetna solówka Claptona są nie do przecenienia, jeśli chodzi o ich wpływ na powstanie hard rocka. Ale nie można też zapomnieć o partii perkusji, która znacznie wybiega poza ramy tego stylu - a przede wszystkim poza ówczesne ramy muzyki rockowej. Ginger Baker nie był perkusistą ograniczającym się do grania na 4/4, często - także w tej kompozycji - przemycał do swojej gry afrykańskie rytmy. "Sunshine of Your Love" to jeden z najważniejszych utworów rockowych wszech czasów, absolutna klasyka. Album zawiera jednak kilka równie interesujących kompozycji. Jak świetnie się rozwijający "Tales of Brave Ulysses", który jest jednym z pierwszych przykładów użycia gitarowego efektu wah-wah, nadającego utworowi oryginalnego (oczywiście w chwili premiery albumu) brzmienia. Albo ostry, acidrockowy "SWLABR" (tytuł jest akronimem słów "She Walks Like a Bearded Rainbow" lub  "She Was Like a Bearded Rainbow" - sami autorzy nie są pewni). Albo psychodeliczne, nieco senne "Dance the Night Away", inspirowane twórczością The Byrds. Nie można też zapominać o energetycznej wersji "Outside Woman Blues" - porównując ją z oryginałem słychać, jak wiele muzycy Cream zrobili dla rozwoju muzyki.

Niemniej jednak są na "Disraeli Gears" także słabsze momenty. Jak "World of Pain", napisany dla grupy przez Pappalardich - prosta melodyjna piosenka, z banalnym refrenem; na plus trzeba jednak zaliczyć mocną grę sekcji rytmicznej. Znacznie trudniej dostrzec jakieś pozytywy w "Blue Condition", skomponowanym przez Gingera Bakera i przez niego zaśpiewanym - bardzo monotonnie, przez co ta niewiele ponad trzyminutowa piosenka niemiłosiernie się dłuży. Nie przekonuje mnie także "Take It Back" - sztampowy blues z harmonijką. Najbardziej niepotrzebnym utworem jest jednak przeróbka tradycyjnej pieśni "Mother's Lament", zaśpiewana przez cały zespół z akompaniamentem pianina. Nijak nie pasuje to do reszty albumu i należy go chyba traktować jako żart. Te wszystkie słabsze fragmenty nie wpływają jednak znacząco na odbiór całości - nie odbierają wielkości pozostałym kompozycjom.

"Disraeli Gears" to jeden z kilku albumów - obok "Are You Experienced?" The Jimi Hendrix Experience, "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" Beatlesów, oraz debiutów The Doors i Pink Floyd - które w 1967 roku wywróciły do góry nogami cały muzyczny świat. Po ich wydaniu już nic nie było takie samo.

Ocena: 9/10



Cream - "Disraeli Gears" (1967)

1. Strange Brew; 2. Sunshine of Your Love; 3. World of Pain; 4. Dance the Night Away; 5. Blue Condition; 6. Tales of Brave Ulysses; 7. SWLABR; 8. We're Going Wrong; 9. Outside Woman Blues; 10. Take It Back; 11. Mother's Lament

Skład: Jack Bruce - wokal (2-4,6-8,10,11), bass, pianino, harmonijka; Eric Clapton - wokal (1-4,9,11), gitara; Ginger Baker - perkusja, wokal (5,11)
Producent: Felix Pappalardi


29 października 2014

[Recenzja] Cream - "Fresh Cream" (1966)



Przed kilkoma dniami, 25 października, zmarł Jack Bruce - jeden z najbardziej utalentowanych i najbardziej inspirujących basistów rockowych i bluesowych (chociaż sam uważał siebie przede wszystkim za muzyka jazzowego). Pozostawił po sobie kilkadziesiąt albumów, zarówno solowych, jak i nagranych z licznymi zespołami. Największą sławę przyniosły mu te nagrane z Ericiem Claptonem i Gingerem Bakerem pod szyldem Cream. Trio powstało w 1966 roku z inicjatywy tych dwóch muzyków. Obaj zdążyli już zdobyć sławę - pierwszy jako bardzo uzdolniony gitarzysta bluesrockowy, dzięki występom z The Yardbirds i Johnem Mayallem; drugi jako utalentowany perkusista, związany z jazzowo-rhythm'n'bluesową grupą Graham Bond Organisation. Składu wkrótce dopełnił właśnie Jack Bruce, który grał już wcześniej zarówno z Claptonem (w zespole Mayalla), jak i Bakerem (w GBO).

W chwili powstania Cream, cała trójka była uznawana za największych wirtuozów swoich instrumentów. Kiedy ich współpraca stała się faktem, media ogłosiły trio mianem "supergrupy" (z czasem nazwa ta przylgnęła do wszystkich projektów, w których brali udział uznani wcześniej muzycy). Twórczość zespołu wywarła ogromny wpływ na rozwój muzyki rockowej. Czerpiąc z tradycyjnego bluesa i prezentując go na swój własny sposób, trio dało solidne podwaliny pod powstanie hard rocka; bezpośrednio wpłynęło na twórczość takich zespołów, jak Led Zeppelin i Black Sabbath. Grupa wyznaczała standardy, które miały obowiązywać w muzyce rockowej jeszcze przez wiele lat po jej rozpadzie. Nie można nie wspomnieć o improwizacyjnych umiejętnościach muzyków, które prezentowali podczas swoich koncertów - szybko zostało to podchwycone przez większość grup rockowych i przez co najmniej dekadę było podstawą występów na żywo. Niewielu jednak robiło to na równie wysokim poziomie, co Cream (chociaż zdarzały się wyjątki, jak The Allman Brothers Band, The Who, czy Deep Purple).

Chociaż jednak twórczość zespołu opierała się na perfekcyjnej współpracy wszystkich muzyków, można odnieść, że jego siłą napędową był przede wszystkim Jack Bruce. Był nie tylko basistą i głównym wokalistą, ale także głównym kompozytorem - twórcą lub współtwórcą wszystkich przebojów Cream. Już na samym początku działalności, wspólnie z poetą Petem Brownem, stworzył utwór "I Feel Free", który doszedł do 11. miejsca na brytyjskiej liście singli. Prosta, melodyjna (i dziś brzmiąca nieco zbyt archaicznie) piosenka pomogła grupie zaistnieć w radiu, ale nie została powtórzona na debiutanckim albumie, "Fresh Cream" (z wyjątkiem wydania amerykańskiego, na którym zastąpiła "Spoonful"). Longplay mimo tego okazał się sporym sukcesem, dochodząc aż do 6. pozycji w Wielkiej Brytanii. Jest to potwierdzenie renomy, jaką w tamtym czasie cieszyli się Bruce, Clapton i Baker.

"Fresh Cream" - jeden z pierwszych i najbardziej inspirujących albumów bluesrockowych - aż w połowie składa się z cudzych kompozycji ("Spoonful" Howlin' Wolfa, "Cat's Squirrel" nieznanego autorstwa, "Four Until Late" Roberta Johnsona, "Rollin' and Tumblin'" Hambone'a Williego Newberna, oraz "I'm So Glad" Skipa Jamesa). Longplay rozpoczyna się całkiem niepozornie, od prostego, wręcz banalnego "N.S.U.", utrzymanego na granicy blues rocka i psychodelicznego popu, czyli muzyki bardzo popularnej w połowie lat 60. Bardzo konwencjonalne są także także ballady: bardziej udana bluesowa "Sleepy Time Time" i nieco zbyt przesłodzona "Dreaming". Lekką zapowiedź tego, na co naprawdę stać trio, otrzymujemy w "Sweet Wine", w którym pojawia się niezła gitarowa solówka. Jednak dopiero w ekspresyjnej przeróbce "Spoonful" muzycy w pełni prezentują swoje umiejętności. To ponad sześć minut luźnego, nieskrępowanego grania, z idealną współpracą instrumentalistów. Utwór wyróżnia się także mocniejszym brzmieniem, które zwiastowało nadejście hard rocka. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to jeszcze najlepsza wersja tej kompozycji, jaką zaproponowało trio - ta została wydana półtora roku później na koncertowej części albumu "Wheels of Fire".

Dużo rockowego czadu i popisów umiejętności muzyków pojawia się także w niemal instrumentalnym (nie licząc wokaliz Bruce'a) "Cat's Squirrel". To najcięższy utwór na longplayu, zdradzający jednak wpływy... folku; a w każdym razie słychać w nim podobieństwo do - późniejszych - folkowych utworów Led Zeppelin. Bardziej popowe oblicze grupy pokazuje "Four Until Late", w którym wyjątkowo w roli wokalisty występuje Eric Clapton. Większą dynamiką charakteryzuje się "Rollin' and Tumblin'", ale to niestety najsłabszy fragment całości, z niemiłosiernie irytującą harmonijką, dominującą nad pozostałymi instrumentami. Jakże przyjemnie usłyszeć tuż potem uroczy, bardzo chwytliwy "I'm So Glad". To znów bardziej popowa odsłona Cream, ale oparta na mocnej grze sekcji rytmicznej i niepozbawiona ostrej gitarowej solówki. Na koniec czeka jeszcze najbardziej chyba nowatorski utwór - instrumentalny "Toad". To pierwowzór "Moby Dick" Led Zeppelin, "Rat Salad" Black Sabbath i wielu innych kawałków, zbudowanych dokładnie na tej samej zasadzie: rozpoczętych popisem wszystkich instrumentalistów, który jest tylko wstępem do długiej perkusyjnej solówki, po której wraca początkowy motyw. Nie ujmując nic Johnowi Bonhamowi i Billowi Wardowi, muszę stwierdzić, że popis Gingera Bakera jest o wiele bardziej porywający.

Debiutancki album Cream sugeruje, że zespół musiał iść na pewne kompromisy z wytwórnią lub producentem, i dlatego obok kompozycji, które miały wyznaczyć drogę rozwoju muzyki rockowej i do dzisiaj wciąż brzmią świeżo ("Spoonful", "Cat's Squirrel", "Toad"), znalazły się tutaj także prostsze utwory, nieodbiegające od standardów ówczesnej muzyki popularnej, współcześnie brzmiące po prostu staroświecko. Mimo tego, "Fresh Cream" to bardzo ważny album i każdy wielbiciel ciężkiego rocka powinien go znać, aby wiedzieć, skąd wzięła się taka muzyka. Wysoka ocena wynika przede wszystkim z nowatorstwa tego materiału.

Ocena: 8/10



Cream - "Fresh Cream" (1966)

1. N.S.U.; 2. Sleepy Time Time; 3. Dreaming; 4. Sweet Wine; 5. Spoonful; 6. Cat's Squirrel; 7. Four Until Late; 8. Rollin' and Tumblin'; 9. I'm So Glad; 10. Toad

Skład: Jack Bruce - wokal, bass, harmonijka; Eric Clapton - gitara, wokal (7); Ginger Baker - perkusja
Producent: Robert Stigwood


28 października 2014

[Recenzja] Lunatic Soul - "Walking on a Flashlight Beam" (2014)



Najnowszy album Lunatic Soul dla wielu może być sporym zaskoczeniem. Po dwóch albumach z muzyką balansującą pomiędzy akustycznym folkiem, a klimatami etnicznymi w stylu dokonań Dead Can Dance i Petera Gabriela ("Lunatic Soul", "Lunatic Soul II"), oraz jednym z instrumentalną muzyką ambientową ("Impressions"), Mariusz Duda postanowił pójść w zupełnie nowym kierunku. Dobrą zapowiedzią tego, czego można się spodziewać po całym albumie, jest promujący go na singlu utwór "Cold". Dominuje w nim dość mroczna i - zgodnie z tytułem - zimna elektronika, wzbogacona gitarowym motywem. Utwór wywołuje natychmiastowe skojarzenia z twórczością Depeche Mode, szczególnie zaś z utworem "Dream On". Inny jest jednak charakter obu kompozycji. "Cold" ma zdecydowanie mniej przebojową melodię, chociaż w pamięć zapada równie mocno - a może nawet bardziej - za sprawą transowego, wciągającego klimatu. Taki jest cały longplay - zimny, elektroniczny i transowy, a zarazem bardzo wciągający.

Dokładnie taki sam nastrój przynosi otwierający całość, ponad ośmiominutowy "Shutting Out the Sun". Rozpoczyna się szumem morza, z którego powoli wyłaniają się różne elektroniczne dźwięki, niespiesznie nabierające na intensywności. Dopiero w połowie utworu dołącza do nich partia perkusji i gitary akustycznej, która szybko ustępuje miejsca przesterowanej partii basu. Wokal pojawia się dopiero w siódmej minucie i jest równie rozmarzony, a zarazem lekko niepokojący, co cała kompozycja. Równie długi i jeszcze bardziej niepokojący jest "Gutter", oparty na bardzo rytmicznym podkładzie, bardzo pokręcony, ale pod koniec nabierający niemal tanecznego charakteru. Rozmyte klawiszowe brzmienia, wypełniające półtoraminutową instrumentalną miniaturkę "Stars Sellotaped", dają chwilę wytchnienia przed kolejnym długim, pokręconym utworem - również instrumentalnym "The Fear Within", ze świdrującym głowę, powtarzanym przez sześć minut motywem.

Nie wszystkie jednak utwory, jakie tutaj się znalazły, są tak trudne w odbiorze. W "Treehouse", wyróżniającym się bardziej radosnym nastrojem, pojawia się całkiem zgrabna, bardzo chwytliwa melodia, a jego struktura jest zdecydowanie bardziej piosenkowa, chociaż daleka od zwrotkowo-refrenowego schematu. To jeden z najpiękniejszych fragmentów albumu, mimo że tak bardzo inny od pozostałych. Zaskakująco "normalny" okazuje się także najdłuższy na płycie, ponad dwunastominutowy "Pygmalion's Ladder", który nie odbiega daleko od twórczości Riverside z okresu "Rapid Eye Movement". Przynajmniej z początku, bo z czasem pojawia się w nim coraz więcej dziwnych brzmień, zarezerwowanych dla Lunatic Soul. Ten sam patent zastosowano w krótszym "Sky Drawn in Crayon" - z początku opartym wyłącznie na akompaniamencie gitary, a później z coraz bardziej intensywną elektroniką. Brzmienia klawiszowe od początku istotną rolę odgrywają natomiast w finałowym "Walking on a Flashlight Beam" - powoli rozwijającym się utworze, przynoszącym kolejną przepiękną melodię.

Niejednego rockowego ortodoksa może zniechęcić powyższy opis najnowszego dzieła Lunatic Soul, ale te wszystkie elektroniczne brzmienia, stworzone przez Mariusza Dudę, brzmią bardzo naturalnie, tworzą doskonałą harmonię z tradycyjnym instrumentarium. Niezwykły klimat i piękne melodie nie powinny nikogo pozostawić obojętnym. "Walking on a Flashlight Beam" to jeden z najlepszych albumów ostatnich miesięcy, którego na pewno nie pominę w podsumowaniu tego roku.

Ocena: 7/10



Lunatic Soul - "Walking on the Flashlight Beam" (2014)

1. Shutting Out the Sun; 2. Cold; 3. Gutter; 4. Stars Sellotaped; 5. The Fear Within; 6. Treehouse; 7. Pygmalion's Ladder; 8. Sky Drawn in Crayon; 9. Walking on a Flashlight Beam

Skład: Mariusz Duda - wokal, gitara, bass, ukulele, instr. klawiszowe i perkusyjne
Gościnnie: Wawrzyniec Dramowicz - perkusja
Producent: Mariusz Duda, Magda i Robert Srzedniccy


27 października 2014

[Recenzja] Lunatic Soul - "Impressions" (2011)



Trzeci album Lunatic Soul powstał nieco przypadkiem. Został zmontowany z materiału, który pozostał po poprzednich sesjach i początkowo miał być wydany tylko jako dodatek do reedycji poprzednich longplayów, ale przedstawiciele wytwórni uznali, że jest zbyt dobry i musi zostać opublikowany oddzielnie. "Impressions" znacznie różni się od dotychczasowych dokonań Mariusza Dudy pod szyldem Lunatic Soul. Przede wszystkim dlatego, że jest to album całkowicie instrumentalny (nie licząc wokaliz w trzech utworach). Ale i pod względem stricte muzycznym słychać zmiany. Jest to bowiem zbiór dźwiękowych kolaży o ambientowym, ilustracyjnym charakterze. Przeważnie o delikatnym charakterze, z istotną rolą brzmień elektronicznych (np. "Impression I", "Impression V") lub elementów folkowo-etnicznych (np. "Impression IV"). Rzadziej pojawia się coś bardziej ekspresyjnego, bardziej rockowego. Chlubnym wyjątkiem jest "Impression III", który wspaniale się rozwija od spokojnego wstępu do mocnej końcówki. Na ogół mamy tu jednak do czynienia z tzw. "muzyką tła", która dobrze sprawdza się np. jako podkład do czytanej książki, ale sama w sobie może szybko znużyć.

Kompaktowa wersja albumu wzbogacona jest o remiksy dwóch utworów z poprzednich albumów Lunatic Soul: "Gravestone Hill" i "Summerland". Czym się różnią? Są bardziej elektroniczne, uwypuklono warstwę rytmiczną i - w pierwszym z nich - dodano żeńskie chórki. Wszystkie te elementy sprawiają, że nie ma w nich uroku wersji oryginalnych.

Ocena: 6/10



Lunatic Soul - "Impressions" (2011)

1. Impression I; 2. Impression II; 3. Impression III; 4. Impression IV; 5. Impression V; 6. Impression VI; 7. Impression VII; 8. Impression VIII

Skład: Mariusz Duda - wokal (1,4,6), gitara (1-6), bass (1,3-5,7), instr. klawiszowe (1,3-6,8), instr. perkusyjne (1,3,5-7), glockenspiel (1,6,7), kalimba (3), ukulele (3,5-8)
Gościnnie: Maciej Szelenbaum - pianino (2,8), flet (3,6), instr. smyczkowe (6), guzheng (8); Wawrzyniec Dramowicz - perkusja (3)
Producent: Mariusz Duda, Robert i Magda Srzedniccy


25 października 2014

[Recenzja] Lunatic Soul - "Lunatic Soul II" (2010)



Okładka drugiego albumu Lunatic Soul jest po prostu negatywem okładki debiutu, co mogło oznaczać zarówno, że "Dwójka" będzie przeciwieństwem poprzedniego longplaya, jak i jego kontynuacją. Bliższa prawdy okazała się ta druga opcja, chociaż muzyka projektu bardzo ewoluowała przez te dwa lata. Mariusz Duda i towarzyszący mu muzycy jeszcze bardziej odchodzą tutaj od wszystkiego, co mogłoby budzić skojarzenia z twórczością Riverside. Rockowe instrumentarium - gitara, bass i perkusja - zostało tutaj ograniczone do minimum; większą rolę odgrywają przeróżne afrykańskie i orientalne instrumenty, a także brzmienia elektroniczne. Jeszcze bardziej wyraźne stały się podobieństwa do twórczości Petera Gabriela i - przede wszystkim - Dead Can Dance.

Album rozpoczyna się od niezwykłego "The In-Between Kingdom" - ponad sześć minut transowego, klimatycznego grania, powoli nabierającego intensywności, prawie instrumentalnego (słychać tylko szepty i wokalizy), opartego głównie na brzmieniu klawiszy i perkusjonaliów. Kompozycja płynnie przechodzi w kolejną, "Otherwhere". To utwór dla odmiany znacznie krótszy i o jaśniejszym nastroju, z dominującą rolą gitary akustycznej i chińskiego instrumentu guzheng (coś w stylu cytry); pojawia się tu także urokliwa partia wokalna Dudy. "Suspended in Whiteness" zaczyna się od dziecięcego śmiechu, któremu jednak towarzyszy dość smutna, nastrojowa melodia gitary i fletu, oraz takiż sam śpiew Dudy. W pewnym momencie dochodzi "plemienna" perkusja, która szybko jednak nabiera bardziej rockowego charakteru; pojawiają się także mocna linia basu i dużo klawiszowych brzmień, a towarzyszy temu świetna, hipnotyzująca partia wokalna.

Na początku "Asoulum" znów dominuje gitara akustyczna, ale wkrótce dołącza do niej mnóstwo dziwnych, przesterowanych brzmień klawiszowych. Jeszcze więcej dziwnych, "orientalno-plemiennych" brzmień i przesterowanych klawiszy pojawia się w instrumentalnym "Limbo", będącym wstępem do równie pokręconego "Escape from ParadIce" - jednego z najbardziej niekonwencjonalnych utworów na płycie. Kolejnym niesamowitym utworem jest ponad 11-minutowy "Transition", z bardzo klimatycznym wstępem, z którego powoli wyłaniają się piękne dźwięki pianina i fletu, a potem także poruszająca partia wokalna. Spokojny nastrój zostaje nagle przerwany wejściem przesterowanych brzmień, mogących kojarzyć się z nowszymi dokonaniami Depeche Mode - zresztą podobne skojarzenia wywołuje momentami śpiew Dudy (nie tylko w tym utworze). W "Gravestone Hill" wraca gitara akustyczna; to prostszy utwór, o bardzo ładnej melodii. Kontrastem, pod względem aranżacyjnym, jest dla niego finałowy "Wanderings" - w którym Mariusz Duda eksploruje terytoria trip hopowe. Także ten utwór czaruje piękną melodią i niezwykłym klimatem.

Ocena: 7/10



Lunatic Soul - "Lunatic Soul II" (2010)

1. The In-Between Kingdom; 2. Otherwhere; 3. Suspended in Whiteness; 4. Asoulum; 5. Limbo; 6. Escape from ParadIce; 7. Transition; 8. Gravestone Hill; 9. Wanderings

Skład: Mariusz Duda - wokal, instr. perkusyjne (1,3-7), instr. klawiszowe (1,3-9), gitara (1-4,8,9), bass (3,4,6,7), perkusja (7), kalimba (9)
Gościnnie: Maciej Szelenbaum - guzheng (2), flet (3,5-7), pianino (6), instr. smyczkowe (7); Wawrzyniec Dramowicz - perkusja (3,4,9), cajon (6); Rafał Buczek - instr. klawiszowe (9)
Producent: Mariusz Duda, Robert i Magda Srzedniccy


24 października 2014

[Recenzja] Lunatic Soul - "Lunatic Soul" (2008)



Lunatic Soul to poboczny projekt Mariusza Dudy z Riverside. Muzyk postanowił zaprezentować pod tym szyldem muzykę zupełnie inną, niż gra na co dzień ze swoim macierzystym zespołem. Oczywiście, są też pewne cechy wspólne. Przynajmniej w warstwie wokalnej. Duda w obu zespołach pełni rolę wokalisty, a ponieważ dysponuje dość charakterystyczną barwą głosu - nie da się uniknąć skojarzeń z twórczością Riverside. Jednak już w warstwie muzycznej znacznie trudniej jest dopatrzeć się podobieństw. Właściwie tylko "Adrift" równie dobrze mógłby być nagrany w tej samej aranżacji przez tamtą grupę. Utwór - oparty na akompaniamencie gitary akustycznej, z wyraźną grą sekcji rytmicznej - idealnie pasowałby na EPkę "Voices in My Head".

Główna różnica między oboma zespołami polega na tym, że twórczość Lunatic Soul jest całkowicie pozbawiona gitar elektrycznych. Dominującym instrumentem jest gitara akustyczna, a istotną rolę odgrywają różne egzotyczne instrumenty (afrykańskie i azjatyckie), nadające muzyce Lunatic Soul etnicznego - wręcz "plemiennego" - charakteru, zbliżającego ją do twórczości Petera Gabriela lub Dead Can Dance (np. "The New Beginning", "The Final Truth", "Waiting for the Dawn"). Większość utworów jest wyciszona, bardzo klimatyczna. Polegająca raczej na transowym potarzaniu motywów, z powolnie narastającą dynamiką ("Out on a Limb", "Lunatic Soul", "The Final Truth"). Z rzadka na pierwszy plan wysuwa się bardziej konwencjonalna, niemal piosenkowa melodia (np. "Summerland", a zwłaszcza "Adrift"). Czasem robi się naprawdę mrocznie, jak w instrumentalnych, elektronicznych "Prebirth" i "Where the Darkness Is Deepest"). Wyjątkowym - i być może najlepszym na płycie - utworem jest "Near Life Experience", z początku po prostu bardzo melodyjny, z wyrazistą partią basu, a w pewnym momencie nabierający niemal stricte jazzowego charakteru, za sprawą klawiszowych popisów Macieja Szelenbauma.

Ocena: 6/10



Lunatic Soul - "Lunatic Soul" (2008)

1. Prebirth; 2. The New Beginning; 3. Out on a Limb; 4. Summerland; 5. Lunatic Soul; 6. Where the Darkness Is Deepest; 7. Near Life Experience; 8. Adrift; 9. The Final Truth; 10. Waiting for the Dawn

Skład: Mariusz Duda - wokal, gitara, bass, perkusja (2-4,10), instr. klawiszowe (3,5,10), kalimba (5)
Gościnnie: Maciej Szelenbaum - trąbka (1), instr. klawiszowe (2,4,6,7), flet (2,10), guzheng (10); Wawrzyniec Dramowicz - perkusja (3,5,7-9); Michał Łapaj - instr. klawiszowe (5,9); Maciej Meller - e-bow (8)
Producent: Robert Srzednicki i Mariusz Duda


23 października 2014

[Recenzja] Paul Di'Anno - "The Beast Arises" (2014)



Paul Di'Anno od ponad trzydziestu lat nie może pogodzić się z faktem, że nie jest już wokalistą Iron Maiden (brał udział w nagrywaniu dwóch pierwszych albumów tego zespołu, "Iron Maiden" i "Killers"). Wystarczy spojrzeć na okładkę jego najnowszego, koncertowego wydawnictwa, zatytułowanego "The Beast Arises" - nazwisko muzyka jest stylizowane na logo jego byłego zespołu, a tytuł napisany tą samą czcionką, co tytuły albumów "Killers" i "The Number of the Beast" (oraz singli z tamtego okresu). Odwracamy album na stronę z tracklistą i co widzimy? Na piętnaście utworów aż trzynaście pochodzi z dwóch pierwszych longplayów Żelaznej Dziewicy. Pozostałe dwa to cover "Blitzkrieg Bop" The Ramones, oraz jedyny tutaj post-maidenowy kawałek autorstwa Di'Anno, "Childern of Madness" z repertuaru zespołu Battlezone. Ok, w wersji DVD i winylowej "The Beast Arises" są jeszcze utwory "Marshall Lockjaw" i "The Beast Arises" nagrane przez wokalistę w latach 90. z zespołem nazwanym... Killers. W żadnym stopniu nie zmienia to wrażenia, że Paul Di'Anno żeruje wyłącznie na popularności wynikającej z tego, że był kiedyś wokalistą Iron Maiden.

Album został zarejestrowany 9 kwietnia br. w krakowskim klubie Lizard King. Był to jeden z pięciu koncertów trasy Doładowanie Fest 2014, zorganizowanej przez polski zespół Scream Maker. Di'Anno, który jakiś czas temu zrezygnował z utrzymywania własnego zespołu i na koncerty zaprasza lokalnych muzyków, podczas tych występów został wsparty przez muzyków zespołów Night Mistress (Robert Kazanowski, Artur Pochwała oraz Dominik Wójcik) i wspomnianego Scream Maker (Michał Wrona). Ponadto, w jednym utworze wsparli go muzycy Turbo - specjalni goście krakowskiego koncertu - ale akurat wykonany z nimi "Breaking the Law" (z repertuaru Judas Priest) nie został umieszczony na "The Beast Arises". Prawdopodobnie z przyczyn prawnych - bo raczej nie z powodu błędów w rejestracji. Skąd ta pewność? Cóż, jakość wydanego materiału pozostawia wiele do życzenia - najwidoczniej w Polsce oficjalne koncertówki nagrywa się dyktafonem telefonem. Wszystkie instrumenty zlewają się tutaj w brudną ścianę dźwięku. Tracą na tym zwłaszcza utwory, w których powinny być dobrze słyszalne partie basu (np. "Wrathchild", "Running Free"). Brzmienie jest bardzo niechlujne, co nie przeszkadza aż tak bardzo w prostszych, zdradzających wpływy punk rocka utworach (np. "Sanctuary", "Prowler"), ale już w tych bardziej skomplikowanych (np. "Phantom of the Opera", "Transylvania") jest irytujące.

Paul Di'Anno w latach 80. i obecnie.

Jednak brzmienie wcale nie jest największą wadą "The Beast Arises". Jest nią fatalna forma wokalna Paula Di'Anno. Fakt, nigdy nie miał wielkich umiejętności, ale jego surowy głos pasował do wczesnych, także surowych, nagrań Iron Maiden. Teraz jednak śpiewanie przychodzi mu z trudem, bardzo często drży mu głos, co próbuje ukryć wysokim piszczeniem w stylu Roba Halforda, dzikimi wrzaskami, lub niby-groźnymi pomrukami. Najczęściej słychać jednak po prostu bełkot, który zrozumieć pozwala tylko znajomość oryginalnych wersji. Aż żal tego słuchać. Równie kiepsko wypada jako frontman, o czym można się przekonać dzięki filmikom zapowiadającym wydawnictwo - co najmniej trzykrotnie grubszy niż w czasach Iron Maiden, tylko stoi przed mikrofonem jak słup soli i robi groźne miny. Oglądanie tego jest równie niemiłym przeżyciem, co samo słuchanie. Bardziej adekwatnym tytułem dla tego wydawnictwa byłoby "The Beast Falls" - jest to dokument stoczenia się na samo dno samozwańczej "Bestii" (tylko skąd ten pseudonim, skoro na "The Number of the Beast" Di'Anno już nie śpiewał?), której nie pozostało nic więcej, jak odgrywanie kawałków sprzed trzydziestu lat, na poziomie marnego cover bandu.

Ocena: 1/10



Paul Di'Anno - "The Beast Arises" (2014)

1. Sanctuary; 2. Purgatory; 3. Wrathchild; 4. Prowler; 5. Murders in the Rue Morgue; 6. Childern of Madness; 7. Genghis Khan; 8. Remember Tomorrow; 9. Charlotte the Harlot; 10. Killers; 11. Phantom of the Opera; 12. Running Free; 13. Transylvania; 14. Iron Maiden; 15. Blitzkrieg Bop

Skład: Paul Di'Anno - wokal
Gościnnie: Michał Wrona - gitara; Robert Kazanowski - gitara; Artur Pochwała - bass; Dominik Wójcik - perkusja
Producent: ?


10 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Outsider" (2014)



Z muzyków występujących w Uriah Heep w latach 70. pozostał tylko Mick Box. Z obecnego składu najdłużej, bo od 1989 roku i albumu "Raging Silence", towarzyszą mu wokalista Bernie Shaw i klawiszowiec Phil Lanzon. Znacznie krótszy staż ma sekcja rytmiczna: perkusista Russell Gilbrook zajął miejsce Lee Kerslake'a w 2007 roku, natomiast basista Davey Rimmer dopiero w 2013 roku zastąpił chorego na raka Trevora Boldera (zmarłego niedługo później) i "Outsider" jest pierwszym albumem nagranym z jego udziałem. Odświeżenie składu nie wpłynęło jednak na muzykę zespołu, który trzyma się tutaj stylu wypracowanego na albumie "Sonic Origami" z 1998 roku i kontynuowanego później na albumach "Wake the Sleeper" (2008) i "Into the Wild" (2011) - a zatem dalekiego od plastikowych koszmarków, którymi różne składy Uriah Heep raczyły słuchaczy od połowy lat 70. do połowy lat 90. (szczególnie tragiczne były zaś propozycje z lat 80., wpisujące się w tandetny klimat tamtej dekady). Bliższego natomiast najwcześniejszych dokonań Uriah Heep, którym grupa zawdzięcza miano jednego z głównych prekursorów heavy metalu.

Nie znaczy to oczywiście, że Uriah Heep A.D. 2014 gra tak samo, jak w latach 1970-73. Do przeszłości należą już wpływy rocka progresywnego (nawet jeśli okładka "Outsider" sugeruje coś innego) i innych stylów. Zawartość longplaya to granie stricte hard rockowe. Bardziej gitarowe niż na początku lat 70., kiedy to partie gitar często były wycofywane w miksie i chowane pod grubą warstwą klawiszy. Oczywiście i tutaj nie brakuje klasycznego brzmienia organów Hammonda, ale przeważnie są one tylko tłem dla popisów Micka Boxa i mocnej gry sekcji rytmicznej (bardzo dobrze słychać gitarę basową). Czasem tylko pojawia się jakaś krótka solówka na organach ("Looking at You", "Say Goodbye"). Organowy jest także wstęp pierwszego utworu, "Speed of Sound". Jednak już po chwili na pierwszy plan wychodzi gitara. Sam utwór świetnie sprawdza się na otwarcie: mocne brzmienie, dość szybkie tempo i chwytliwa melodia. Przyznaję jednak, że nie bardzo odpowiada mi barwa głosu Berniego Shawa, przypominająca głos Blaze'a Bayleya, najsłabszego wokalistę Iron Maiden. Może i Shaw nie męczy się przy śpiewaniu tak, jak Bayley, i nie ma tego wrażenia, że zaraz straci głos, ale po prostu jego śpiew nie brzmi zbyt przyjemnie.

Singlowy "One Minute" rozpoczyna się spokojnie, tylko pianino i wokal. Początkowo bałem się, że to będzie to kolejna przesłodzona ballada, którymi zespół straszył już w swoich "złotych" latach. Na szczęście to tylko zmyłka i już po minucie utwór całkowicie zmienia klimat - okazuje się kolejnym przebojowym kawałkiem w stylu "Speed of Sound". Dalej pojawiają się trzy szybsze, ale również bardzo melodyjne utwory: "The Law" (napędzany świetną partią basu), "The Outsider" (tu z kolei mamy popis perkusisty), oraz "Rock the Foundation" (zepsuty banalnym refrenem). Muzycy zwalniają tempo w "Is Anybody Gonna Help Me?" - jedynym fragmencie, w którym organy zdecydowanie dominują nad gitarą, chociaż momentami pojawia się też całkiem ciężki riff Boxa. W "Looking at You" znów dominuje szybkie tempo i gitarowe brzmienie; sam utwór jest jednak najmniej ciekawy na płycie: prosta, banalna piosenka,bez niczego godnego uwagi. "Can't Take That Away" i "Jessie" przypominają o tym, jak wielki wpływ na Uriah Heep miała kiedyś (i najwidoczniej ma dalej) grupa Deep Purple. Jednak muzycy Deep Purple już chyba zapomnieli jak tworzyć takie energetyczne kawałki... "Kiss the Rainbow" to kolejny spokojniejszy - ale nie balladowy - fragment albumu. Lekko nużący, ale znośny. Świetny jest natomiast finałowy "Say Goodbye", oparty na mocnym riffie, ale niepozbawiony wyraźnego brzmienia organów i gitary basowej. Pod względem muzycznym jest to jeden z najbardziej zapadających w pamięć utworów na albumie.

"Outsider" udowadnia, że mimo ponad czterdziestu lat na scenie, 24 albumów na koncie i mocno przetrzebionego składu, można nagrać album nieprzynoszący wstydu, utrzymany niemal na tym samym poziomie, co największe dokonania sprzed lat. Czerpiący z dawnych dokonań, ale brzmiący świeżo. Oczywiście nie ma tu niczego odkrywczego i mało prawdopodobne, żeby album przyniósł grupie nową publiczność. Ale wszyscy fani "starego" Uriah Heep i/lub trzech poprzednich longplayów powinni być zachwyceni.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Outsider" (2014)

1. Speed of Sound; 2. One Minute; 3. The Law; 4. The Outsider; 5. Rock the Foundation; 6. Is Anybody Gonna Help Me?; 7. Looking at You; 8. Can't Take That Away; 9. Jessie; 10. Kiss the Rainbow; 11. Say Goodbye

Skład: Bernie Shaw - wokal; Mick Box - gitara; Phil Lanzon - instr. klawiszowe; Dave Rimmer - bass; Russell Gilbrook - perkusja
Producent: Mike Paxman


9 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "High and Mighty" (1976)



Na początku 1975 roku doszło do kolejnej zmiany składu zespołu. Niezdolny do gry z powodu uzależnienia od narkotyków Gary Thain został wyrzucony (i niedługo później zmarł z powodu przedawkowania), a na jego miejsce przyjęto Johna Wettona - wokalistę i basistę znanego przede wszystkim z grupy King Crimson, z którą nagrał trzy albumy: "Larks' Tongues in Aspic", "Starless and Bible Black" i "Red", będące jednymi z największych osiągnięć muzyki rockowej. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o pierwszym albumie Uriah Heep, w którego nagrywaniu brał udział - "Return to Fantasy" (1975). Najgorszym w dotychczasowej dyskografii zespołu, zdominowanym przez banalne melodie i kiczowate brzmienie syntezatorów; całkowicie zaś pozbawionym elementów hard rocka i rocka progresywnego. Paradoksalnie, także najpopularniejszym - doszedł do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii.

Sukcesu "Return to Fantasy" nie powtórzył jego następca, "High and Mighty". Album odrobinę lepszy, chociaż też nie pozbawiony wad. Sam początek sprawia naprawdę dobre wrażenie. "One Way or Another" - oparty na bardzo uwypuklonej w miksie linii basu, z gitarowo-hammondowym tłem, oraz wokalnym duetem Wettona i Kena Hensleya - to jeden z najlepszych otwieraczy w dyskografii Uriah Heep. Chwytliwy, ale bez popadania w komercyjny banał i dość mocny brzmieniowo. Mógłby się jednak kończyć nieco wcześniej, bo ostatnia minuta z kuriozalnymi chórkami tylko psuje ogólne wrażenie. Poziom trzyma jeszcze ballada "Weep in Silence", z nieco bluesowymi solówkami Micka Boxa, organowym tłem i mocną grą sekcji rytmicznej.

Dalej jednak jest coraz gorzej. "Misty Eyes", "Midnight", "Can't Keep a Good Band Down" i "Woman of the World" to banalne pioseneczki w stylu poprzedniego albumu. Dalej pojawia się nużący, w połowie akustyczny "Footprints in the Snow", tandetny "Can't Stop Singing" i sztampową, lekko zaostrzoną wersję rock and rolla - "Make a Little Love". Całość kończy - a jakże! - ballada. Tak delikatna, że aż kiczowata "Confession". Na szczęście trwająca niewiele ponad dwie minuty. Chociaż to i tak bez wielkiego znaczenia, bo album ten najlepiej wyłączyć zaraz po "Weep in Silence". Lub w ogóle po niego nie sięgać. Wyjdzie na jedno - i tak niewiele pozostaje po nim w pamięci.

Ocena: 4/10

PS. John Wetton odszedł z Uriah Heep niedługo po wydaniu "High and Mighty", a jego miejsce zajął Trevor Bolder. Kilka lat później Wetton przewinął się przez grupę Wishbone Ash, w której... także został zastąpiony przez Boldera.

PS2. Na powyższej recenzji kończę opisywanie niepremierowych albumów Uriah Heep. Z zespołu kolejno odchodzili/byli wyrzucani tak ważni muzycy, jak David Byron, Ken Hensley i Lee Kerslake, w rezultacie czego kolejne wydawnictwa sygnowane nazwą zespołu miały coraz mniej wspólnego z jego wczesnymi dokonaniami. A ich poziom jest porównywalny raczej z "Wonderworld", "Return to Fantasy" i "High and Mighty", niż bardziej udanymi albumami, jak "Look at Yourself" lub "Demons and Wizards".



Uriah Heep - "High and Mighty" (1976)

1. One Way or Another; 2. Weep in Silence; 3. Misty Eyes; 4. Midnight; 5. Can't Keep a Good Band Down; 6. Woman of the World; 7. Footprints in the Snow; 8. Can't Stop Singing; 9. Make a Little Love; 10. Confession

Skład: David Byron - wokal (2-10); Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (1), dodatkowy wokal; John Wetton - bass, wokal (1); Lee Kerslake - perkusja
Producent: Gerry Bron


8 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Wonderworld" (1974)



Album "Wonderworld" rozpoczyna się od przesłodzonego, popowo piosenkowego utworu tytułowego, w którym główną rolę odgrywają instrumenty klawiszowe - także syntezatory. W "Suicidal Man" dla odmiany brzmienie jest bardziej surowe, gitary brzmią ciężej, a zamiast syntezatorów słychać organy; sam utwór jest jednak bardzo słaby, brzmi jak marne popłuczyny po Deep Purple (lub wcześniejszych dokonaniach samego Uriah Heep). Nic dobrego nie mogę także napisać o "The Shadows and the Wind" - na początku niemiłosiernie smętnym, a później irytującym bezsensownymi wokalizami. Pierwszym godnym uwagi utworem jest dopiero rozpędzony "So Tired", w którym w końcu pojawia się trochę prawdziwego czadu. Żadna rewelacja, ale przyjemna odmiana po poprzednich kawałkach. Cóż jednak z tego, skoro po chwili znów zaczyna się smęcenie w strasznie przesłodzonej balladzie "The Easy Road". Sytuacji nie poprawia kolejny dynamiczny kawałek, "Something or Nothing", który odpycha zbyt banalną melodią. Całkiem przyzwoicie wypada ciężki blues "I Won't Mind", ale równoważą go nieciekawe "We Got We" (próba stworzenia czegoś mniej oczywistego) i "Dreams" (bezsensowne połączenie rocka progresywnego z radiowym soft rockiem). Longplay ten mógłby się nigdy nie ukazać i pewnie nie żałowaliby tego nawet najwięksi wielbiciele Uriah Heep.

Ocena: 3/10



Uriah Heep - "Wonderworld" (1974)

1. Wonderworld; 2. Suicidal Man; 3. The Shadows and the Wind; 4. So Tired; 5. The Easy Road; 6. Something or Nothing; 7. I Won't Mind; 8. We Got We; 9. Dreams

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara i dodatkowy wokal; Gary Thain - bass; Lee Kerslake - perkusja
Producent: Gerry Bron


7 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Sweet Freedom" (1973)



"Sweet Freedom" to album o wiele bardziej spójny od poprzedniego, "The Magican's Birthday". Zdecydowanie dominują tutaj utwory niezbyt ciężkie, dość proste i melodyjne. Taki wygładzony hard rock, czasem z lekkimi wpływami innych gatunków: funku w "Dreamer" i soulu w "Stealin'". Ten drugi utwór promował na singlu i okazał się całkiem sporym (jak na Uriah Heep) przebojem. Dziwić może, że była to jedyna mała płytka promująca album. Spokojnie można było wykroić z niego jeszcze kilka przebojów. "One Day" lub tytułowy "Sweet Freedom" też mają całkiem spory potencjał komercyjny. "Dreamer" i "Seven Stars" niewiele im ustępują.

Album do pewnego momentu jest dość monotonny, kolejne utwory zdają się różnić detalami. Większa różnorodność następuje dopiero pod koniec, od utworu "If I Had the Time", zdominowanego przez brzmienia syntezatorów. "Circus" dla odmiany jest oparty na brzmieniach akustycznych. To najładniejszy fragment longplaya, jednak największe wrażenie sprawia finałowy "Pilgrim". Ponad siedmiominutowa, rozbudowana kompozycja o dość posępnym klimacie i cięższym brzmieniu. A skoro mowa o brzmieniu, to właśnie ono jest największą zaletą albumu: jest bardzo selektywne i wszystkie instrumenty - włącznie z bardzo dobrze słyszalną gitarą basową - pełnią tak samo istotną rolę.

Ciężko jednak zaliczyć "Sweet Freedom" do największych osiągnięć grupy. Zawarta tu muzyka jest za bardzo ugrzeczniona, jak na hard rock, i za mało odkrywcza, jak na rock progresywny. To taki rock środka, którym grupa najwidoczniej chciała dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Co zresztą w pewnym sensie się udało - "Sweet Freedom" w Wielkiej Brytanii album doszedł do 18. miejsca notowania (wyżej zaszedł tylko wydany dwa lata później "Return to Fantasy"), a w Stanach do 33. (lepiej notowane były tylko "Demons and Wizards" i "The Magician's Birthday").

Ocena: 6/10



Uriah Heep - "Sweet Freedom" (1973)

1. Dreamer; 2. Stealin'; 3. One Day; 4. Sweet Freedom; 5. If I Had the Time; 6. Seven Stars; 7. Circus; 8. Pilgrim

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Gary Thain - bass; Lee Kerslake - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Gerry Bron


6 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "The Magician's Birthday" (1972)



Po dwóch udanych, mniej ("Look at Yourself") lub bardziej ("Demons and Wizards") równych albumach, muzycy znów nagrali bardzo niespójny stylistycznie longplay. "The Magician's Birthday" zaczyna się od całkiem niezłego - i bardzo chwytliwego - "Sunrise", w którym spokojne fragmenty z organowym akompaniamentem przeplatają się z hard rockowym czadem. Tuż po nim rozbrzmiewa jednak bardzo słaby, banalny "Spider Woman" - pastisz rock and rolla, nadający się najwyżej na stronę B jakiegoś singla. Kolejna zmiana stylu następuje w "Blind Eye", w którym istotną rolę odgrywa gitara akustyczna, pojawiają się też gitarowe harmonie w stylu Wishbone Ash. To całkiem przyjemny utwór, chociaż na pewno nie wybitny. Co innego "Echoes in the Dark" - jedna z najpiękniejszych ballad zespołu, w której wyraźnie słychać wpływ rocka progresywnego, szczególnie zaś grupy Pink Floyd (partie gitary mogą momentami kojarzyć się z grą Davida Gilmoura). Balladowy jest także "Rain", ale to już utwór oszczędniej zaaranżowany - tylko z akompaniamentem pianina - i niestety mocno przesłodzony.

Wygładzoną, radiową wersję rocka dostajemy w singlowym, znów banalnym i przesłodzonym "Sweet Lorraine". Utwór wyróżnia się dzięki dźwiękom syntezatora Mooga, które tylko pogarszają jego odbiór. "Tales" to kolejna ballada, tym razem oparta na brzmieniach akustycznych i elektronicznych, oraz trochę za cicho słyszalnej gitary hawajskiej. Całość kończy ponad dziesieciominutowy tytułowy "The Magician's Birthday". Utwór, który sam w sobie jest równie niespójny, co cały album. Rozpoczyna się hard rockowo, od ostrego (ale niezbyt ciężkiego) gitarowego riffu, jednak już półtora minuty później zaczyna się dziwaczna część wyraźnie inspirowana wczesnym Pink Floyd, a konkretnie utworem "Corporal Clegg". Później pojawia się długa część instrumentalna, brzmiąca jak jakiś jam bez ładu i składu, i bez żadnej melodii. Bardzo melodyjna jest za to ostatnia część utworu, która zupełnie nie pasuje do tego, co słyszeliśmy wcześniej. Po raz kolejny (tak jak w przypadku tytułowego utworu z "Salisbury") okazało się, że ambicje muzyków znacznie przerastają ich kompozytorskie umiejętności.

Cały album jest niestety dowodem zagubienia zespołu, który nie mógł się zdecydować jaką muzykę chce grać - hard rock, rock progresywny, czy może coś bardziej komercyjnego. W zamyśle muzyków miało to być pewnie ich najbardziej ambitne dzieło - a wyszedł najbardziej niespójny i po prostu najsłabszy album w ówczesnej dyskografii.

Ocena: 6/10



Uriah Heep - "The Magician's Birthday" (1972)

1. Sunrise; 2. Spider Woman; 3. Blind Eye; 4. Echoes in the Dark; 5. Rain; 6. Sweet Lorraine; 7. Tales; 8. The Magician's Birthday

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara; Ken Hensley - instr. klawiszowe i gitara; Gary Thain - bass; Lee Kerslake - perkusja, kazoo (8)
Gościnnie: BJ Cole - gitara hawajska (7)
Producent: Gerry Bron


5 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Demons and Wizards" (1972)



Przed nagraniem "Demons and Wizard" z zespołu odeszła sekcja rytmiczna. Oryginalnego basistę Paula Newtona na krótko zastąpił Mark Clarke (zdążył zagrać tylko w utworze "The Wizard", którego jest współkompozytorem), a następnie Gary Thain (z którym zarejestrowano wszystkie pozostałe utwory). Stanowisko perkusisty zajął natomiast Lee Kerslake, wcześniej występujący z Kenem Hensleyem w grupach The Gods, Head Machine i Toe Fat (później zaś zyskał sławę jako członek pierwszego składu zespołu Ozzy'ego Osbourne'a).

Pod względem muzycznym też wiele się zmieniło. Przede wszystkim dominujące na poprzednim albumie, "Look at Yourself", granie hard rockowe tutaj występuje w śladowych ilościach. W dodatku, kiedy już się pojawia coś mocniejszego, to przeważnie w bardzo wygładzonej, radiowej formie ("Traveller in Time", "All My Life" i oczywiście przebój "Easy Livin'"). Zamiast tego dużo tutaj spokojnych, piosenkowych utworów, opartych na brzmieniach akustycznych ("The Wizard", "Paradise") lub klawiszowych ("Circle of Hands" i najbardziej z nich udany, prawdziwie prog rockowy "The Spell"). Całkiem łagodny jest także "Poet's Justice", mimo ostrzejszych gitar (wycofanych w miksie). To także najbardziej chwytliwy fragment albumu, obok wspomnianego wcześniej "Easy Livin'". Jednym utworem, w którym pojawia się trochę prawdziwego ciężaru, jest mroczny "Rainbow Demon".

"Demons and Wizards" można traktować jako rozwój zespołu, można też jako zagubienie muzyków. Prawda leży pewnie gdzieś po środku. Faktem pozostaje natomiast, że to najbardziej równy album w ówczesnej dyskografii Uriah Heep. Bardzo spójny (w przeciwieństwie do "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" i "Sailsbury"), bez żadnego utworu odstającego od pozostałych (co zdarzyło się na "Look at Yourself").

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Demons and Wizards" (1972)

1. The Wizard; 2. Traveller in Time; 3. Easy Livin'; 4. Poet's Justice; 5. Circle of Hands; 6. Rainbow Demon; 7. All My Life; 8. Paradise; 9. The Spell

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal; Mark Clarke - bass i wokal (1); Gary Thain - bass (2-9); Lee Kerslake - perkusja
Producent: Gerry Bron


4 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Look at Yourself" (1971)



"Look at Yourself", trzeci album Uriah Heep, ozdobiony został pomysłową okładką - pierwsze wydania miały na niej umieszczoną srebrną folię, dzięki której można było wykonać tytułowe polecenie, czyli spojrzeć na siebie. Pod względem muzycznym longplay prezentuje zwrot zespołu ku ciężej, bardziej hard rockowej muzyce. Czego najlepszym przykładem rozpędzony "Look at Yourself" - z bardzo purplowym, ostrym brzmieniem organów Hammonda, dominujących w akompaniamencie, a także ciekawie ubarwiony różnymi perkusjonaliami, na których zagrali członkowie "afro-popowej" grupy Osibisa. Inne przykłady, to równie szybkie i ciężkie, a ponadto już bardziej gitarowe, "Tears in My Eyes", "I Wanna Be Free" i - zwłaszcza - "Love Machine". Ale już w "Shadows of Grief" fragmenty hard rockowe, z naprawdę ciężkim gitarowo-hammondowym riffem, są równoważone klimatycznymi, mrocznymi przejściami (słychać w nich echa "Set the Controls for the Heart of the Sun" Pink Floyd). Ta ponad ośmiominutowa, zróżnicowana kompozycja pokazuje, że zespół nie zapomina o wplataniu do swojej twórczości elementów rocka progresywnego.

Okładka wydania amerykańskiego.
Inspirację taką muzyką najlepiej jednak słychać w najsłynniejszym utworze z tego albumu - "July Morning". Ponad 10-minutowej balladzie, z długimi fragmentami instrumentalnymi. Kompozycja zyskała popularność zwłaszcza w krajach wschodnioeuropejskich, gdzie ma wręcz status rockowego arcydzieła. Jednak stawianie jej w jednym rzędzie np. z "Stairway to Heaven", "Child in Time", "Epitaph" czy "Shine on You Crazy Diamond", jest sporym nadużyciem. Co nie zmienia faktu, że to bardzo dobry utwór, na pewno jeden z najładniejszych w repertuarze Uriah Heep. Nie można tego natomiast powiedzieć o drugiej balladzie, jaka się tutaj znalazła - kiczowatej "What Should Be Done", w której przesłodzonej partii wokalnej towarzyszą zupełnie nierockowe chórki, a akompaniament stanowią głównie delikatnie brzmiące instrumenty klawiszowe. Nijak nie pasuje to do reszty albumu i obniża jego ocenę.

Ocena: 8/10



Uriah Heep - "Look at Yourself" (1971)

1. Look at Yourself; 2. I Wanna Be Free; 3. July Morning; 4. Tears in My Eyes; 5. Shadows of Grief; 6. What Should Be Done; 7. Love Machine

Skład: David Byron - wokal (2-7); Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (1), dodatkowy wokal; Paul Newton - bass i dodatkowy wokal; Iain Clark - perkusja
Gościnnie: Loughty Amao, Mac Tontoh i Teddy Osei - instr. perkusyjne (1); Manfred Mann - syntezator (3)
Producent: Gerry Bron


3 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "Salisbury" (1971)



Drugi album Uriah Heep rozpoczyna rozpędzony, ciężki i bardzo intensywny "Bird of Prey", wyróżniający się także nietypową dla takiej muzyki partią wokalną, która jednak całkiem nieźle tutaj pasuje. Utwór był już wcześniej wydany, na stronie B singla "Gypsy", a także na amerykańskim wydaniu debiutanckiego albumu grupy - dlatego też nie został powtórzy na tamtejszej edycji "Sailsbury". Jego miejsce zajął tam całkiem niezły, ale mniej ekscytujący "Simon the Bullet Freak" (strona B singla "Lady in Black"). To dość wolna kompozycja, początkowo utrzymana w stonowanym nastroju, ale w połowie nabierająca ciężaru. W sumie szkoda, że skończyła jako odrzut, bo na album pasowałaby bardziej niż smętny "The Park", który jako drugi utwór na płycie szybko ostudza emocje wywołane przez "Bird of Prey". Dalej pojawia się kolejny żywszy utwór, "Time to Live". Już sama warstwa muzyczna (hard rock z organami Hammonda) wywołuje oczywiste skojarzenia z Deep Purple, a dochodzi do tego jeszcze partia wokalna Davida Byrona, która miejscami, gdy wokalista porzuca swój rozwibrowany sposób śpiewania na rzecz krzyku, brzmi jakby wykonywał ją Ian Gillan.

Okładka wydania amerykańskiego.
Pierwszą stronę albumu kończy kolejny spokojny utwór, nieco folkowy "Lady in Black". To bardzo prosta kompozycja, oparta praktycznie na dwóch akordach, ale niesamowicie chwytliwa, dzięki czemu stała się jednym z największych przebojów Uriah Heep. Co ciekawe, w nagraniu nie brał udziału David Byron - w roli wokalisty wystąpił tutaj Ken Hensley, mający coraz większy wpływ na zespół (sam skomponował cztery utwory - "The Park", "Lady in Black", "High Priestess" i "Simon the Bullet Freak", jest także współkompozytorem wszystkich pozostałych). Jako wokalista Hensley wystąpił także w "High Priestess", ale to akurat bardzo słaby, banalny utwór, nie wyróżniający się niczym szczególnym. Mieszane uczucia budzi we mnie natomiast tytułowy "Salisbury" - ponad 16-minutowa kompozycja, pełna symfonicznego rozmachu, będącego zasługą 24-osobowej orkiestry, która wzięła udział w jego nagrywaniu. Wyszło z tego bardzo pretensjonalne połączenie rocka progresywnego, hard rocka i muzyki orkiestrowej. Jest tu kilka niezłych momentów granych przez zespół (szkoda, że przeważnie słyszalnych za ścianą niekoniecznie pasujących do nich partii orkiestry), ale całość wypada bardzo naiwnie. Muzycy byli wtedy po prostu zbyt niedoświadczeni, by nagrać dzieło, jakie sobie wymarzyli.

Album "Salisbury" jest równie niespójny, co jego poprzednik, "...Very 'Eavy ...Very 'Umble". Każdy utwór utrzymany jest w innym stylu i niestety także na różnym poziomie. Obok dobrych i bardzo dobrych utworów ("Bird of Prey", "Time to Live", "Lady in Black") trafiają się wypełniacze ("The Park", "High Priestess"), a największy cień na całość rzuca utwór tytułowy, będący przykładem przerostu ambicji nad umiejętnościami. Mimo wszystko, po latach album się broni, jak zresztą (prawie) wszystko z tamtej epoki.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "Salisbury" (1971)

1. Bird of Prey; 2. The Park; 3. Time to Live; 4. Lady in Black; 5. High Priestess; 6. Salisbury

Skład: David Byron - wokal (1-3,6); Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara, wokal (4,5), dodatkowy wokal; Paul Newton - bass i dodatkowy wokal; Keith Baker - perkusja
Gościnnie: John Fiddy - aranżacja instr. smyczkowych (6)
Producent: Gerry Bron


2 października 2014

[Recenzja] Uriah Heep - "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (1970)



Jeżeli temu zespołowi się powiedzie, popełnię samobójstwo - pisała recenzentka magazynu Rolling Stone, tuż po ukazaniu się debiutanckiego albumu Uriah Heep. Prawdopodobnie żyjąca do dziś, chociaż grupa szybko zaczęła odnosić całkiem spore sukcesy (czego najlepszym dowodem 7. pozycja w brytyjskim notowaniu albumu "Return to Fantasy" z 1975 roku). Od lat zespół uznawany jest za jednego z najważniejszych prekursorów heavy metalu. Z drugiej strony, zawsze raczej należał do drugiej ligi ciężkiego rocka, pozostając daleko w cieniu takich grup, jak Black Sabbath czy Deep Purple. Często bywa zresztą nazywany kopią tego drugiego. Dużo w tym prawdy. Kiedy muzycy nagrywali swój debiutancki album "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (w Stanach zatytułowany po prostu "Uriah Heep"), w studiu obok członkowie Deep Purple pracowali nad przełomowym (dla nich i całej muzyki rockowej) "In Rock". To właśnie pod ich wpływem Mick Box - gitarzysta i współzałożyciel Uriah Heep - postanowił poszerzyć skład o klawiszowca grającego głównie na organach Hammonda. Tak do grupy trafił Ken Hensley (ex-The Gods, Head Machine, Toe Fat), który wkrótce miał zostać głównym kompozytorem grupy. Na debiut nie zdążył jednak nic stworzyć, twórcami większości materiału są Box i wokalista David Byron.

Okładka wydania amerykańskiego.
Album rozpoczyna się bardzo mocno, od świetnego "Gypsy", opartego na hipnotycznie powtarzanych, intensywnych riffach - gitarowych (słyszalnych w lewym kanale) i hammondowych (w prawym). Brzmienie jest bardzo purplowe, ale już partia wokalna jest bardzo oryginalna. Charakterystyczny, rozwibrowany śpiew Byrona i chórki pozostałych muzyków nie brzmią typowo dla ciężkiego rocka. Chociaż w następnym na płycie "Walking in Your Shadow" partia wokalna brzmi już bardziej konwencjonalnie, co idealnie pasuje do tego chwytliwego, stricte hard rockowego kawałka, opartego na nośnym riffie, energicznej grze perkusisty i wyraźnej partii basu. Klawiszy tym razem brak. Dalej jednak następuje całkowita zmiana klimatu. "Come Away Melinda" (oryginalnie nagrana w 1963 roku przez Harry'ego Belafonte'a, później przerabiana przez licznych wykonawców) to folkowa ballada, oparta głównie na brzmieniu gitary akustycznej i melotronu. Nie można jej odmówić uroku, ale momentami brzmi jak marna kopia "Epitaph" King Crimson. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy sztampowy blues "Lucy Blues". Ewidentnie najsłabszy fragment longplaya, w wydaniu amerykańskim zastąpiony czadowym "Bird of Prey" (oryginalnie stroną B singla "Gypsy").

"Dreammare" to kolejny hard rockowy kawałek, oparty na współbrzmieniu tradycyjnego rockowego instrumentarium (gitara-bass-perkusja) z organami. Raczej przeciętny pod względem muzycznym, z wkurzającym "la la la" Byrona. Znacznie lepiej wypada blues rockowy "Real Turned On", oparty na fajnych, chociaż mało oryginalnych riffach. Kawałek nie wyróżnia się niczym na tle setek podobnych z tamtego okresu, ale przyjemnie się tego słucha. Muzycy mieli jednak już wtedy także spore ambicje, wykraczające poza ramy hard rocka. I dowodem tego jest "I'll Keep On Trying". Utwór także ciężki, ale o nieoczywistej strukturze, z ciekawymi zmianami nastroju. Jeszcze dalej w kierunku rocka progresywnego i rozbudowanej, zróżnicowanej formy zespół podażą w finałowym utworze "Wake Up (Set Your Sights)", momentami zdradzającym nawet wpływy jazz rocka. Nijak ma się to do poprzednich utworów. Zresztą jeśli przeanalizować poszczególne kompozycje, okazuje się, że każdy z zamieszczonych tutaj utworów jest utrzymany w innym stylu i nie tworzą one razem wspólnej całości. To główny zarzut, jaki można postawić "...Very 'Eavy ...Very 'Umble". Wciąż jednak jest to całkiem solidny album, który powinien zainteresować każdego wielbiciela muzyki rockowej z tamtych czasów.

Ocena: 7/10



Uriah Heep - "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (1970)

1. Gypsy; 2. Walking in Your Shadow; 3. Come Away Melinda; 4. Lucy Blues; 5. Dreammare; 6. Real Turned On; 7. I'll Keep On Trying; 8. Wake Up (Set Your Sights)

Skład: David Byron - wokal; Mick Box - gitara i dodatkowy wokal; Ken Hensley - instr. klawiszowe, gitara i dodatkowy wokal (1,2,4-7); Paul Newton - bass i dodatkowy wokal; Alex Napier - perkusja (1-3,6–8); Nigel Olsson - perkusja (4,5)
Gościnnie: Colin Wood - instr. klawiszowe (3,8)
Producent: Gerry Bron


1 października 2014

[Podsumowanie miesiąca] Wrzesień 2014

Tym razem krótko, bo wrzesień nie był dla mnie miesiącem, w którym muzyka odgrywała większą rolę. Częściej wracałem tylko do jednego albumu, jedynej nowości w mojej kolekcji - "Live at the Rainbow '74" Queen. Swoje uwielbienie dla niego opisałem już jednak w dwóch różnych recenzjach (jednej opublikowanej na blogu, drugiej na portalu StereoLife.pl), a także w rankingu najlepszych albumów koncertowych.


Odświeżyłem sobie także studyjną dyskografię Queen, a konkretnie trzy posiadane przeze mnie albumy: "Sheer Heart Attack"  (z niesamowicie energetycznym "Stone Cold Crazy" i uroczym "Killer Queen"), "A Night at the Opera" (z agresywnym "Death on Two Legs" i wspaniałym "The Prophet's Song"), oraz "A Day at the Races" (z pięknym "You Take My Breath Away" i ciężkim "White Man"). Obecnie w pewnym serwisie aukcyjnym obserwuję licytację dwóch pierwszych albumów grupy. Japońskie wydania, które bardzo lubię ze względu na dobre brzmienie i eleganckie opakowania (chociaż jak dotąd mam w swojej kolekcji tylko trzy albumy tam wydane: "Revolver" i "Abbey Road" Beatlesów, oraz "Made in Europe" Deep Purple).

Poza Queen, w ciągu ostatniego miesiąca słuchałem różnych albumów Pink Floyd, Black Sabbath, Iron Maiden, Deep Purple, The Beatles, Rainbow i Scorpions, ale chyba do żadnego nie wracałem więcej niż raz.