22 września 2014

[Recenzja] Slash - "World on Fire" (2014)



"World on Fire" to trzeci solowy album Saula Hudsona, lepiej znanego pod pseudonimem Slash, czyli byłego gitarzysty Guns N' Roses i Velvet Revolver. Muzyka zajmującego wysokie miejsca w większości rankingów najlepszych gitarzystów, choć tak naprawdę przeciętnego. Co z tego, że jako członek wspomnianych Gunsów zagrał kilka niezłych riffów i solówek? Od tamtego czasu minęło ponad dwadzieścia lat, a obecnym "popisom" Slasha daleko do "Sweet Child O' Mine" czy "November Rain". Jego debiutancki album "Slash" (2010) dobitnie pokazał, że jest gitarzystą całkiem pozbawionym własnego stylu. O charakterze zamieszczonych tam utworów decydowali zaproszeni goście, a Hudson tylko dostosowywał się do ich stylów (przykładowo: kawałek z Ozzym Osbournem brzmiał jak jego solowe nagranie, a kawałek z Lemmym jak utwór Motörhead).

Mimo wszystko, album "Slash" był warty poznania - właśnie ze względu na udział kilku czołowych muzyków sceny rockowej i metalowej. Gorzej przedstawiał się natomiast drugi album gitarzysty, "Apocalyptic Love" (2012). Nagrany już w stałym składzie, z wokalistą Mylesem Kennedym (znanym także z nijakiego Alter Bridge), posiadającym odpychającą barwę głosu - bardzo wysoką i dziwnie przytłumioną. Połączenie takiego głosu z przeciętną grą Slasha sprawiło, że miałem dosyć tego longplaya już po dwóch czy trzech kawałkach, a wyłączyłem może po pięciu - i nigdy już do niego nie wróciłem. A tegoroczny "World on Fire" to dokładnie taki sam album, jak jego poprzednik.

Najkrócej pisząc, jest to nowoczesna, komercyjna odmiana rocka, która absolutnie niczym nie może zaskoczyć. Oczywiście nie oczekuję od kogoś takiego jak Slash, że nagle zacznie poszerzać granice rocka, jak robili to wykonawcy prog rockowi w latach 70., ale biorąc pod uwagę, ze album zawiera aż 17 utworów o łącznym czasie przekraczającym 77 minut - taki brak oryginalności może zanudzić nawet największych fanów gitarzysty. Tym bardziej, że album jest monotonny i większość utworów jest do siebie bardzo podobna. Takie energetyczne granie o łatwych melodiach, jednak nie na tyle nośnych, by zapaść w pamieć na dłużej. Czasem zdarzają się za to dość ciekawe riffy ("Automatic Overdrive", "Too Far Gone", "Withered Delilah", "Avalon", "The Dissident"), ale wokal Kennedy'ego sprowadza wszystko do przeciętności.

Jakieś urozmaicenia? Pod tym względem jest bardzo przewidywalnie, stereotypowo. Przede wszystkim jest tu kilka ballad. Całkiem nieźle prezentuje się "Bent to Fly", za sprawą wyjątkowo udanego, niższego śpiewu wokalisty (ale tylko we zwrotkach) i zgrabnej solówki Slasha. Mniej ciekawie wypadają natomiast przesłodzona "Battleground", oraz sztampowe "Iris of the Storm" i "The Unholy". Z drugiej strony są tu też utwory nieco cięższe - ale nie na tyle, żeby nie mogły być grane w radiu - jak "Beneath the Savage Sun" i "Dirty Girl". Całości dopełnia instrumentalny "Safari Inn", w którym nie ma praktycznie nic poza gitarową solówką, której brakuje i pomysłu, i melodii.

Gdyby album był krótszy o jakieś 30-40 minut i śpiewałby tu inny wokalista - mogłoby się tego nawet dobrze słuchać. Jednak przesadna długość, monotonia i kompletnie niepasujący wokal skutecznie przysłaniają wszystkie zalety tego wydawnictwa i sprawiają, że nie będę do niego wracać.

Ocena: 3/10



Slash - "World on Fire" (2014)

1. World on Fire; 2. Shadow Life; 3. Automatic Overdrive; 4. Wicked Stone; 5. 30 Years to Life; 6. Bent to Fly; 7. Stone Blind; 8. Too Far Gone; 9. Beneath the Savage Sun; 10. Withered Delilah; 11. Battleground; 12. Dirty Girl; 13. Iris of the Storm; 14. Avalon; 15. The Dissident; 16. Safari Inn; 17. The Unholy

Skład: Slash - gitara; Myles Kennedy - wokal; Todd Kerns - bass; Brent Fitz - perkusja
Producent: Michael Baskette


20 września 2014

[Recenzja] Queen - "Queen Forever" (2014)



Z pierwszych zapowiedzi "Queen Forever" wynikało, że będzie to rzecz w stylu "Made in Heaven" - czyli głównie premierowy materiał, częściowo zarejestrowany jeszcze z udziałem Freddiego Mercury'ego, ale dokończony przez pozostałych muzyków już po jego śmierci. Z czasem jednak stało się jasne, że będzie to zwykła składanka, jedynie uzupełniona premierowym materiałem. Na 36 utworów (lub 20 w wersji jednopłytowej) tylko trzy nie były wcześniej wydane - w każdym razie nie w tych wersjach. "Let Me in Your Heart Again" był już znany z albumu "Talking of Love" (1988) Anity Dobson, żony Briana Maya. Tutaj trafiła niepublikowana wcześniej wersja nagrana przez Queen w 1983 roku, podczas sesji do albumu "The Works" (prawdopodobnie z współczesnymi dogrywkami). Gdyby trafił na ten longplay, mógłby być jednym z jego lepszych fragmentów - to całkiem przyjemny, melodyjny utwór, z fajnymi solówkami Maya. Nawet teraz ma szansę stać się przebojem, jeśli tylko zostanie wybrany do promocji "Queen Forever".

Dwie pozostałe "nowości" to już rzeczy zrobione trochę na siłę z solowych nagrań Freddiego Mercury'ego. W "Love Kills", czyli debiutanckim solowym singlu wokalisty (nagranym w 1984 roku z udziałem pozostałych muzyków Queen), zostawiono właściwie tylko partię wokalną, do której dodano zarejestrowany współcześnie balladowy podkład - tak, żeby utwór przypominał wersję obecnie graną na koncertach przez Briana Maya i Rogera Taylora. Wersja ta brzmi bardziej queenowo, ale i tak nie widzę sensu takiego posunięcia. Ostatnia " nowość" to "There Must Be More to Life Than This" - utwór znany z solowego debiutu Mercury'ego, "Mr. Bad Guy" (1985). Tutaj jednak wykorzystano nagranie z 1983 roku, dokonane podczas legendarnej sesji wokalisty Queen i Michaela Jacksona, której wynikiem miał być wspólny album, ale nigdy nie udało się go dokończyć. Demo zostało wzbogacone współcześnie dogranymi partiami Maya i Taylora, oraz zremiksowane przez Williama Orbita. Wyszło to zaskakująco zgrabnie i aż prosiłoby się o więcej nagrań z tamtej sesji.

Jeżeli chodzi o pozostałe utwory, to ich wybór nie jest tak oczywisty, jak można się było spodziewać. Nie jest to zbiór największych hitów grupy, a utworów, które łączy miłosna tematyka tekstów. Dzięki temu, obok przebojów w rodzaju "Who Wants to Live Forever" czy "Somebody to Love", znalazły się tu takie kompozycje, jak np. "Love of My Life", "You Take My Breath Away", "Spread Your Wings" czy "Is This the World We Created?", które choć należą do najpiękniejszych utworów Queen, nie mogłyby trafić na składankę typu "greatest hits". Problem jednak w tym, że zdecydowana większość zawartych tu utworów to ballady, a kiedy już pojawia się coś żywszego - to są to po prostu melodyjne, łagodne piosenki, na granicy rocka i popu (np. beatlesowski "You're My Best Friend" lub pastisz Elvisa Presleya "Crazy Little Thing Called Love"). Nie mam nic przeciwko takiemu graniu, bardzo lubię część z zamieszczonych tutaj utworów. Ale takie natężenie spokojnych nagrań może znużyć rockowego słuchacza już po kilkunastu minutach. Natomiast osoby słuchające popu, nieobeznane z całą twórczością grupy, wydawnictwo to może utwierdzić w - niesłusznym - przekonaniu, że Queen to zespół popowy.

"Queen Forever" jest przeciwieństwem wydanego niedawno "Live at the Rainbow '74". Tamten album pokazywał ostrzejsze, stricte hard rockowe oblicze Queen. Tutaj zaprezentowane zostały najdelikatniejsze kompozycje zespołu, które zebrane razem raczej zafałszowują wizerunek zespołu, który przecież także na późniejszych - uznawanych za bardziej popowe - albumach nie unikał mocniejszych utworów. Jednak te trzy "nowe" kawałki wystarczą, aby "Queen Forever" osiągnęło sukces komercyjny. Ciężko jednak traktować ten twór jako coś więcej, niż wyłudzanie kasy od najwierniejszych fanów i zmuszanie ich do ponownego płacenia za te same nagrania. Sama muzyka zawarta na "Queen Forever" zasługuje na znacznie wyższą ocenę, ale wydawnictwo tego typu zasługuje wyłącznie na potępienie.

Ocena: 2/10

PS. Premiera albumu zaplanowana jest na 10 listopada, ale wszystkie nowe utwory zostały już zaprezentowane w BBC Radio 2 i można się z nimi zapoznać w sieci, dzięki czemu recenzja może być opublikowana już teraz.



Queen - "Queen Forever" (2014)

CD1: 1. Let Me in Your Heart Again; 2. Love Kills - The Ballad; 3. There Must Be More to Life Than This (William Orbit Mix) ; 4. Play the Game; 5. Dear Friends; 6. You're My Best Friend; 7. Love of My Life; 8. Drowse; 9. You Take My Breath Away; 10. Spread Your Wings; 11. Long Away; 12. Lily of the Valley; 13. Don't Try So Hard; 14. Bijou; 15. These Are the Days of Our Lives; 16. Nevermore; 17. Las Palabras De Amor; 18. Who Wants To Live Forever
CD2: 1.  I Was Born to Love You; 2. Somebody to Love; 3. Crazy Little Thing Called Love; 4. Friends Will Be Friends; 5. Jealousy; 6. One Year of Love; 7. A Winter's Tale; 8. '39; 9. Mother Love; 10. It's a Hard Life; 11. Save Me; 12. Made in Heaven; 13. Too Much Love Will Kill You; 14. Sail Away Sweet Sister; 15. The Miracle; 16. Is This the World We Created?; 17. In the Lap of the Gods...Revisited; 18. Forever

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara i wokal; John Deacon - bass i wokal; Roger Taylor - perkusja i wokal
Gościnnie: Michael Jackson - wokal (CD1: 3)
Producent: Brian May, Roger Taylor, William Orbit i Chris Thomas


17 września 2014

[Artykuł] Historie okładek: "News of the World" Queen

W cyklu "Historie okładek" opisywałem już albumy, na których wykorzystano wcześniej istniejące grafiki ("Death Walks Behind You" Atomic Rooster, "Hard Attack" Dust). Przypadek "News of the World" jest o tyle inny, że muzycy Queen, zainspirowani pewną ilustracją, zgłosili się do jej autora, aby stworzył specjalnie dla nich jej parafrazę.


Autorem grafiki jest Frank Kelly Freas, amerykański ilustrator, którego dzieła zdobiły liczne książki i magazyny o tematyce science fiction i fantasy. Zaprojektował m.in. okładkę magazynu "Astounding Science Fiction" z października 1953 roku, przedstawiającą ogromnego robota trzymającego zwłoki mężczyzny. Komiks ten był w posiadaniu perkusisty Queen, Rogera Taylora, który przekonał pozostałych członków grupy, aby skontaktować się z Freasem i poprosić go o przygotowanie podobnej okładki na ich szósty album. Ilustrator przyznawał później, że słuchał wyłącznie muzyki klasycznej i nawet nie wiedział o istnieniu Queen. Z muzyką zespołu zapoznał się dopiero po skończeniu okładki. Obawiałem się, że ją znienawidzę, co zrujnowałoby moje pomysły - tłumaczył.

Oryginał.
Grafika przygotowana na album od oryginalnej różniła się zastąpieniem pojedynczych zwłok martwymi ciałami czterech muzyków Queen - na frontowej stronie albumu widać było Briana Maya i Freddiego Mercury'ego trzymanych przez robota w dłoni, oraz spadającego z niej Johna Deacona; natomiast podobizna Rogera Taylora znalazła się na rewersie. Nietrudno się domyślić, że okładka wywołała kontrowersje i niektóre sklepy w konserwatywnych Stanach odmówiły sprzedaży albumu. W przeciwieństwie do innych sytuacji tego typu, wytwórnia nie zdecydowała się na wznowienie longplaya z inną okładką. Jedynie w Korei Południowej album ukazał się z inną grafiką - fragmentem ilustracji z wewnętrznej strony rozkładanej koperty oryginalnego wydania (patrz niżej).

Fragmenty obu ilustracji zostały wykorzystane także jako okładki singli promujących album - "We Are the Champions"/"We Will Rock You" i "Spread Your Wings"/"Sheer Heart Attack".



16 września 2014

[Recenzja] Triumph - "Allied Forces" (1981)



Poprzednie albumy grupy krytykowałem głównie za brak oryginalności i niedopracowane kompozycje. O ile pod tym pierwszym względem niewiele na "Allied Forces" - piątym studyjnym longplayu Triumph - się zmieniło, tak pod drugim muzycy zrobili naprawdę spory postęp. Tym bardziej to zaskakujące, że album ukazał się ledwie półtora roku po bardzo przeciętnym "Progressions of Power". Tym razem trio zaproponowało materiał, który niemal mógł się równać z dokonaniami ówczesnej czołówki ciężkiego grania. Przede wszystkim trafiły tutaj dwa najlepsze utwory w dotychczasowym repertuarze zespołu: tytułowy "Allied Forces" i singlowy "Fight the Good Fight". Pierwszy, oparty na intensywnym riffowaniu, wypada wyjątkowo ciężko na tle wcześniejszych dokonań grupy. Drugi łączy z kolei spokojne zwrotki z czadową resztą (zaś za sprawą partii wokalnej kojarzy się z Rush). Oba utwory wyróżniają się świetnymi, długimi solówkami gitarowymi i niesamowitą chwytliwością linii melodycznych.

Tuż za nimi plasuje się "Ordinary Man" (zepsuty kiczowatym wstępem a capella). Pierwsze dwie i pół minuty sugerują, że będzie to prosta, łagodna piosenka oparta głównie na brzmieniach akustycznych, ale potem następuje nagłe przyśpieszenie i zaostrzenie. Gitarowemu riffowaniu towarzyszą tu przestarzałe brzmienia syntezatorów, ale nie psuje to ogólnego dobrego wrażenia. To najbardziej prog rockowy utwór zespołu od czasu "The City" z drugiego w dyskografii "Rock & Roll Machine". Dobre wrażenie wywołuje także otwieracz albumu, "Fool for Your Love", brzmiący jak skrzyżowanie Whitesnake (inspiracja "Fool for Your Loving"?) i Scorpions. Nieco słabiej wypada zaostrzony rock'n'roll "Hot Time (In This City Tonight)", natomiast najsłabsze okazują się "Magic Power" i "Say Goodbye" - wygładzone, zbyt radiowe kawałki. Całości dopełniają dwie instrumentalne miniaturki - dziwaczna, syntezatorowa "Air Raid", oraz ładna, akustyczna "Petite Etude".

Poprzednie albumy Triumph pokazywały, że zespół ma potencjał, ale muzycy nie bardzo potrafią go wykorzystać. Udało im się to dopiero na "Allied Forces" - przynajmniej w niektórych utworach.

Ocena: 7/10



Triumph - "Allied Forces" (1981)

1. Fool for Your Love; 2. Magic Power; 3. Air Raid; 4. Allied Forces; 5. Hot Time (In This City Tonight); 6. Fight the Good Fight; 7. Ordinary Man; 8. Petite Etude; 9. Say Goodbye

Skład: Rik Emmett - wokal, gitara; Gil Moore - wokal, perkusja; Mike Levine - bass, instr. klawiszowe
Producent: Triumph


15 września 2014

[Recenzja] Triumph - "Progressions of Power" (1980)



Na swoim czwartym albumie Kanadyjczycy z Triumph zaprezentowali muzykę zdradzającą wyraźny wpływ heavy metalu - stylu, który na początku lat 80. przeżywał apogeum popularności. Nie wyszło to jednak na dobre. Album wydaje się bardzo koniunkturalny. Z jednej strony ewidentnie czerpiący z ówczesnych trendów w brytyjskiej muzyce, czyli Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, z drugiej zaś jest wystarczająco wygładzony, aby pochodzące z niego utwory mogły być grane w amerykańskich komercyjnych rozgłośniach radiowych. Dotyczy to zwłaszcza dwóch singlowych kawałków, które zresztą otwierają longplay - "I Live for the Weekend" i "I Can Survive". O ile pierwszy z nich jest dość zadziorny i może podobać się także zwolennikom europejskiego heavy metalu, tak drugi jest maksymalnie przesłodzony i nie ratują go nawet udane solówki gitarowe. Już lepiej wypada stereotypowa power ballada "In the Night" - oryginalności w tym za grosz, ale melodii nie można odmówić uroku. Poza tym Rik Emmett wspina się tutaj na szczyt swoich umiejętności, zarówno jako wokalista, jak i gitarzysta.

Najlepszym fragmentem albumu jest jednak "Nature's Child". Oparty na całkiem nośnym riffie, niepozbawiony prawdziwego czadu. I chyba jako jedyny na płycie zupełnie nieradiowy. Poziom trzyma także zadziorny "Woman in Love", ciekawie wzbogacony brzmieniem organów. Dalej niestety już tak dobrze nie jest. Delikatny, stricte-popowy i nieco staroświecki "Take My Heart" może zachwycić partiami akustycznej gitary, ale zupełnie nie pasuje do reszty albumu - z wyjątkiem utrzymanego w tym samym klimacie "Finger Talkin'" - instrumentalnego popisu Emmetta na gitarze akustycznej. Oba kawałki rozdzielone są mocniejszym "Tear the Roof Off", który nie wyróżnia się ani na plus, ani na minus. Typowy wypełniacz, przykuwający uwagę tylko podczas gitarowej solówki. Cóż, muzycy Triumph byli zdecydowanie lepszymi instrumentalistami, niż kompozytorami. Co słychać także na przykładzie rozbudowanego finału albumu, "Hard Road". Jest tutaj wiele ciekawych motywów i solówek, ale połączonych w nieprzekonującą, nieco chaotyczną całość.

"Progressions of Power" nie jest jakimś bardzo złym albumem. Jeżeli ktoś lubi taki wygładzony amerykański heavy metal / hard rock, to na pewno znajdzie tu wiele dla siebie. Muzykom Triumph wciąż jednak brakuje tutaj oryginalności i dobrych pomysłów na utwory.

Ocena: 5/10



Triumph - "Progressions of Power" (1980)

1. I Live for the Weekend; 2. I Can Survive; 3. In the Night; 4. Nature's Child; 5. Woman in Love; 6. Take My Heart; 7. Tear the Roof Off; 8. Finger Talkin'; 9. Hard Road

Skład: Rik Emmett - wokal, gitara, syntezator; Gil Moore - wokal, perkusja; Michael Levine - bass, instr. klawiszowe
Producent: Triumph


14 września 2014

[Recenzja] Deep Purple - "Graz 1975" (2014)



W 1976 ukazał się jeden z najlepszych koncertowych albumów wszech czasów - "Made in Europe" Deep Purple. Nie tak popularny co jego słynny poprzednik "Made in Japan", ale nie ustępujący mu pod względem jakości. "Made in Europe" to kompilacja nagrań z trzech ostatnich koncertów składu znanego jako Mark III, które odbyły się w dniach 4-7 kwietnia 1975 roku, w austriackim Graz, niemieckim Saarbrücken, oraz w Paryżu. Podobno większość zawartych tam nagrań pochodzi z niemieckiego występu. 20 lat później dyskografia zespołu poszerzyła się o album "Mk III: The Final Concerts", na który złożyły się nagrania z występów w Graz i Paryża (repertuar obejmował także kompozycje nieobecne na "Made in Europe"). Jakby tego było mało, w 2001 roku ukazał się "Live in Paris 1975", będący kompletnym zapisem paryskiego koncertu. A teraz do sklepów trafia wydawnictwo o wszystko mówiącym tytule "Graz 1975".

Większość fanów (a może raczej "fanów"?) Deep Purple uznaje wyłącznie składy, w których wokalistą jest Ian Gillan. Ja jednak bardzo lubię także Mark III. Trzon grupy - Jon Lord, Ritchie Blackmore i Ian Paice - wciąż był wtedy jeszcze nienaruszony, a dwójka nowych muzyków wniosła do twórczości zespołu mnóstwo świeżości. David Coverdale, obdarzony wspaniałym, głębokim głosem, wcale nie ustępował umiejętnościami Gillanowi. Z kolei Glenn Hughes - w przeciwieństwie do swojego poprzednika, Rogera Glovera - potrafił wykorzystywać gitarę basową jako instrument solowy; w dodatku wyręczał Coverdale'a we fragmentach wymagających wyższego śpiewu. Właśnie ich wokalne duety stały się znakiem rozpoznawalnym tego składu.

Nie bez znaczenia były też inspiracje, jakie nowi muzycy wnieśli - Coverdale'owi grupa zawdzięczała wprowadzenie elementów bluesa, a Hughesowi - muzyki funk i soul. Połączenie ich z typowym dla grupy hard rockiem zadziałało naprawdę świetnie na albumie "Burn" (należącym do mojego Top 3 Deep Purple). Niestety, już na kolejnym albumie, "Stormbringer", dominującą postacią stał się Hughes, w rezultacie czego elementy funkowe i soulowe zaczęły przeważać nad hardrockowymi. A wygładzona produkcja sprawiła, że nawet te bardziej rockowe utwory brzmiały zbyt łagodnie. Jedynym naprawdę godnym uwagi fragmentem albumu jest piękna ballada "Soldier of Fortune". O ile jednak "Stormbringer" był radykalnym odejściem od dotychczasowego stylu, tak na promującej go trasie muzycy pokazali się od najlepszej strony i przywrócili zespołowi hardrockowy charakter.

Nie wiadomo które utwory z "Made in Europe" zostały zarejestrowane w Graz - nieoficjalnie mówi się zresztą, że poszczególne utwory na tym albumie są zmiksowane z różnych wykonań. Nie wiem czy to prawda, ale najprościej będzie potraktować wszystkie utwory z "Graz 1975" jako inne wykonania tych samych utworów, niż dociekać, które już wcześniej były opublikowane. Powtarzające się utwory na obu wydawnictwach wypadają bardzo podobnie. "Burn" i "Stormbringer" także tutaj są zagrane bardzo energetycznie, z o wiele większą mocą niż wersje studyjne (choć mniej porywające od wykonań z "Made..."). "You Fool No One" znów jest bardzo rozbudowany i zawiera długie popisy Lorda i Blackmore'a (ten drugie, jak się później okazało, były fragmentami utworów "Man on the Silver Mountain" i "Still I'm Sad" jego nowego zespołu, Rainbow); wycięto jednak perkusyjną solówkę Paice'a. Natomiast "Lady Double Dealer" ponownie jest najmniej ekscytującym fragmentem longplaya; nie rozumiem czemu zespół w ogóle wykonywał na żywo tak nijaką kompozycję.

Najbardziej różni się "Mistreated" - jest nieco dłuższy, ma dodatkowy wstęp (z zacytowanym riffem "Lazy"), a solówka Blackmore'a (swoją drogą naprawdę świetna) ma orientalny klimat niespotykany w innych wykonaniach, ale zasadnicza cześć utworu znów jest zagrana i zaśpiewana bardzo ekspresyjnie, blisko perfekcyjnej wersji studyjnej. To prawdopodobnie najlepsza ze znanych mi wersji koncertowych tej kompozycji (wliczając wykonania Rainbow i Whitesnake). Podobnie jak w wersji z "Made in Europe", na koniec pojawia się fragment "Rock Me Baby" z repertuaru B.B. Kinga.

"Graz 1975" zawiera także trzy utwory nieobecne na "Made in Europe": "The Gypsy" z "Stormbringer", oraz dwie klasyczne kompozycje składu Mark II - "Smoke on the Water" i "Space Truckin'" (oba z "Machine Head"). "The Gypsy" wypadł znacznie ciekawiej niż na albumie, mocniej i bardziej wyraziście. Trochę dziwnie brzmi natomiast "Smoke on the Water" z wokalami Coverdale'a i Hughesa (zwłaszcza z soulowym pianiem tego drugiego - momentami aż uszy więdną). Kawałek nierozłącznie kojarzy się przecież ze śpiewem Iana Gillana. Świetnie wypadają natomiast rozbudowane fragmenty instrumentalne. Za to dwudziestominutowa wersja "Space Truckin'" jest dla mnie niemal zupełnie niesłuchana - z wyjątkiem fragmentów pochodzących ze studyjnej wersji kawałka i cytatu z "Child in Time". Wszystko inne - funkowe fragmenty instrumentalne, bezsensowne syczenie klawiszy Lorda i niemiłosierne jęki Hughesa - nie nadaje się do słuchania.

Podczas trasy z 1975 roku zespół poza wyżej wymienionymi utworami grał także dwa bisy - cover utworu "Going Down", oryginalnie wykonywanego przez zespół Moloch, oraz autorski "Highway Star" (kolejny utwór z "Machine Head"). Nie wiadomo czy wykonane zostały także na koncercie w Graz (na "Mk III: The Final Concerts" trafiły paryskie wykonania tych utworów). Ich brak na "Graz 1975" może jednak wynikać z braku miejsca - album trwa ponad 79 minut, czyli ledwo zmieścił się na pojedynczym dysku CD.

Najnowsza koncertówka zespołu rozczarowuje także pod względem brzmienia - zwłaszcza w porównaniu z doskonale brzmiącym "Made in Europe". Tutaj wszystko jest jakieś łagodniejsze, bardziej wygładzone. Momentami miałem wrażenie, że specjalnie uwypuklono klawisze Lorda, kosztem gitary Blackmore'a (zwłaszcza w "Stormbringer"). Ogólne wrażenie jest zatem średnie. "Graz 1975" to raczej wyłącznie rzecz dla najbardziej zagorzałych miłośników Deep Purple, którzy muszą mieć na półce wszystkie wydawnictwa sygnowane tą nazwą. Wszystkim innym, których interesuje jak na żywo wypadał skład Mark III, polecam raczej sięgnięcie po "Made in Europe" lub słynny koncert z California Jam '74.

Ocena: 6/10



Deep Purple - "Graz 1975" (2014)

1. Burn; 2. Stormbringer; 3. The Gypsy; 4. Lady Double Dealer; 5. Mistreated; 6. Smoke on the Water; 7. You Fool No One; 8. Space Truckin'

Skład: David Coverdale - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Glenn Hughes - bass i wokal; Ian Paice - perkusja
Producent: Martin Birch


13 września 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Thin Lizzy

Thin Lizzy - najpopularniejszy irlandzki zespół do czasu pojawienia się U2, a także jedna z najbardziej wpływowych grup w muzyce hardrockowej i heavy metalowej. To chyba wystarczające powody, aby poświęcić jej miejsce w tym cyklu.

Najpopularniejszy skład: Brian Downey, Brian Robertson, Phil Lynott i Scott Gorham.

1. "Whiskey in the Jar" (niealbumowy singiel, 1972)

Z założenia w cyklu miały być uwzględniane wyłącznie autorskie kompozycje danych wykonawców, ale w przypadku Thin Lizzy nie może zabraknąć "Whiskey in the Jar" - utworu, dzięki któremu nieznana do tamtej pory grupa, z dwoma kiepsko sprzedającymi się albumami na koncie, w końcu zyskała rozgłos. I to nie tylko w rodzimej Irlandii, w której singiel doszedł na szczyt notowania, ale także w Wielkiej Brytanii (6. miejsce na UK Singles Chart) i w Niemczech (7. miejsce na tamtejszej liście).
"Whiskey in the Jar" to stara irlandzka pieśń folkowa, nieznanego autorstwa. Wielokrotnie coverowana przez różnych wykonawców, głównie folkowych i rockowych. Oprócz Thin Lizzy, nagrali ją m.in. The Dubliners, Grateful Dead i Metallica, która swoją wersję oparła na aranżacji Thin Lizzy.
Chociaż oryginalnie utwór nie został zamieszczony na żadnym regularnym albumie grupy, można go znaleźć na licznych składankach i różnych reedycjach albumu "Vagabonds of the Western World" (przede wszystkim kompaktowych, ale także na pierwszym niemieckim wydaniu winylowym).
Grupa wykonywała utwór na żywo w latach 1972-74, 1979-80 i 1983.


2. "The Rocker" (z albumu "Vagabonds of the Western World", 1973)

Jeden ze stałych punktów koncertów grupy. W wersji albumowej utwór zdominowany jest przez solowe popisy gitarzysty Erica Bella, które zostały wycięte z singlowej wersji utworu (skróconej z ponad pięciu minut do niespełna trzech). Mała płytka nie powtórzyła sukcesu "Whiskey in the Jar" - doszła zaledwie do 11. miejsca w irlandzkim notowaniu, zaś w Wielkiej Brytanii przeszła kompletnie niezauważona.


3. "Still in Love with You" (z albumu "Nightlife", 1974)

Najbardziej znana ballada zespołu. Chociaż jej autorstwo przypisane jest wyłącznie wokaliście/basiście Philowi Lynottowi, utwór został w większości skomponowany przez Gary'ego Moore'a, jeszcze w 1969 roku. Moore zastępował Erica Bella podczas koncertów na początku 1974 roku; następnie jego miejsce zajęli John Du Cann (ex-Atomic Rooster) i Andy Gee, których z kolei zastąpili Scott Gorham i Brian Robertson. To ta ostatnia dwójka wzięła udział w nagrywaniu albumu "Nightlife" (i kilku kolejnych), jednak partie solowe w "Still in Love with You" zostały zarejestrowane jeszcze z Moorem. W nagraniu wystąpił gościnnie także Frankie Miller, który wsparł wokalnie Lynotta.
Utwór nie został nigdy wydany na singlu, ale był stałym punktem koncertów.


4. "Suicide" (z albumu "Fighting", 1975)

Podstawą utworu była kompozycja "Baby's Been Messing", którą zespół nagrał dla BBC w 1973 roku, jeszcze z Bellem w składzie. W nowej wersji całkowicie zmieniony został tekst, oraz dodane zostały gitarowe harmonie Gorhama i Robertsona, które wkrótce stały się znakiem rozpoznawalnym zespołu.  Brian [Robertson] zaczął eksperymentować z harmoniami - wspominał Gorham. Dublował partię gitary w studiu, a realizator dźwięku włączył efekt delay. Brian próbował zagrać w harmonii do swojej własnej partii. Spodobało nam się to brzmienie i zdecydowałem się zagrać z razem z nim. Zagraliśmy w ten sposób w trzech utworach na tej płycie, a potem o tym zapomnieliśmy. Powtórzyliśmy to na następnej i krytycy zaczęli pisać o naszym sposobie gry w harmoniach. Właściwie przez przypadek stworzyliśmy własne brzmienie. To było coś - każdy zespół chciał mieć własny, niepowtarzalny styl.
Thin Lizzy nie był jednak pierwszym zespołem z dwoma gitarzystami prowadzącymi - już pięć lat wcześniej w ten sposób grała grupa Wishbone Ash.
"Suicide" był regularnie wykonywany przez zespół na żywo.


5. "The Boys Are Back in Town" (z albumu "Jailbreak", 1976)

Największy przebój zespołu, obok "Whiskey in the Jar", wysoko notowany w Irlandii (1. miejsce), Wielkiej Brytanii (8. miejsce), oraz - po raz pierwszy - w Stanach (12. miejsce). Kompozycja "The Boys Are Back in Town" pierwotnie nie miała wejść na album - wspominał Gorham. Nagraliśmy piętnaście piosenek, a na płycie mogło zmieścić się dziesięć. Menadżer powiedział, że ma dla nas stuprocentowy hit. Zaproponował właśnie "The Boys Are Back in Town". Były to raczej ciężkie czasy, ponieważ nasze poprzednie albumy nie sprzedawały się dobrze. Dlatego bardzo dużo zależało od tego singla. No i menadżer miał nosa. Singiel sprzedał się rewelacyjnie i stał się punktem zwrotnym w naszej karierze.
To właśnie menadżer zespołu, Chris O'Donnell, podsunął Lynottowi pomysł na tekst utworu. Zauważyłem, że 80-90 procent naszej publiczności to mężczyźni - mówił. Ci kolesie pracują w fabrykach i na budowach, a kiedy nadchodzi piątkowy wieczór, chcą korzystać z życia.
"The Boys Are Back in Town" od razu stał się obowiązkowym punktem koncertów zespołu.


6. "Jailbreak" (z albumu "Jailbreak", 1976)

Kolejny popularny utwór zespołu, regularnie wykonywany przez zespół na koncertach, który jednak jako singiel radził sobie średnio (31. miejsce na UK Singles Chart, poza tym nienotowany). Utwór był wielokrotnie wykorzystywany w różnych filmach, serialach, reklamach i grach; równie często był coverowany przez różnych wykonawców (w zeszłym roku swoją wersję nagrała grupa Anthrax).


7. "Emerald" (z albumu "Jailbreak", 1976)

Jeden z najbardziej znanych utworów grupy, chociaż nigdy nie wydany na singlu - za to grany przez grupę na każdym koncercie. Jest to jedna z nielicznych kompozycji grupy, których autorstwo jest przypisane wszystkim muzykom aktualnego składu. Głównym autorem jest jednak Phil Lynott, który napisał tekst (oparty na historiach i legendach dotyczących wyspy Emerald Isle) i stworzył główny riff kompozycji. Brian Robertson i ja wymyśliliśmy harmonie gitarowe w tym utworze, ale główny riff wyszedł od Phila - przyznawał Scott Gorham. To piosenka o dawnych czasach w starożytnej Irlandii, mówiąca o wojnach klanów - dodawał gitarzysta.


8. "Don't Believe a Word" (z albumu "Johnny the Fox", 1976)

Phil Lynott napisał ten utwór jak wolny dwunastotaktowy blues, jednak taka aranżacja nie spodobała się pozostałym muzykom, zwłaszcza Robertsonowi, który nazwał ją gównianą. Obrażony Lynott przez kilka dni nie pokazywał się w studiu. Przez ten czas Robertson i perkusista Brian Downey opracowali nową aranżację, w szybszym tempie i z charakterystycznym riffem. Taka wersja spodobała się Philowi i utwór został nagrany. Jednak dwa lata później lider Thin Lizzy nagrał utwór w oryginalnej aranżacji, wspólnie z Garym Moorem, na solowy album drugiego z nich, "Back on the Streets". W takiej samej wersji utwór znalazł się na koncertowym albumie Thin Lizzy "Life".
"Don't Believe a Word" został wydany na singlu. Mała płytka doszła do 2. miejsca w Irlandii i 12. w Wielkiej Brytanii. Utwór był także stałym punktem koncertów grupy.


9. "Bad Reputation" (z albumu "Bad Reputation", 1977)

Zalążkiem utworu był riff Scotta Gorhama. Phil podszedł i powiedział: "Musimy z tego zrobić ponad czasową rzecz" - wspominał gitarzysta. Zaczął pracować nad tym z Brianem Downeyem i wtedy stworzyli to dziwne tempo. Kiedy to usłyszałem, stwierdziłem, że powstało coś niewiarygodnego. Od tamtego momentu utwór właściwie napisał się sam. "Bad Reputation" to jeden z tych utworów, które stworzyliśmy wspólnie bardzo szybko.
Utwór - podobnie jak większość albumu - został nagrany w trzyosobowym składzie, bez Briana Robertsona (który zagrał tylko solówki w utworach "Opium Trail" i "Killer Without a Cause"). Gitarzysta wyruszył z zespołem w trasę promującą album (podczas której zarejestrowany został słynny album "Live and Dangerous"), ale wkrótce potem opuścił skład.
"Bad Reputation" wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy.


10. "Dancing in the Moonlight" (z albumu "Bad Reputation", 1977)

Chociaż tytuł "Dancing in the Moonlight" wydaje się wystarczająco długi, amerykański wydawca grupy postanowił wydłużyć go o podtytuł "It's Caught Me in Its Spotlight", aby było go łatwiej odróżnić od starszego o trzy lata przeboju amerykańskiej grupy King Harvest.
Jest to bardzo nietypowy utwór w repertuarze Thin Lizzy, ze względu na swoje lekko jazzowe brzmienie i wykorzystanie saksofonu (na którym gościnnie zagrał John Helliwell z zespołu Supertramp). Lynott przyznawał, że inspiracją była twórczość Vana Morrisona (który ma w swoim repertuarze utwór o tytule "Moondance").
"Dancing in the Moonlight" został wydany na singlu i stał się sporym przebojem (4. miejsce w Irlandii, 14. w Wielkiej Brytanii). Na żywo był wykonywany w latach 1977-78 i 1983.


11. "Waiting for an Alibi" (z albumu "Black Rose: A Rock Legend", 1979)

Pierwszy singel z albumu "Black Rose: A Rock Legend", nagranego w efemerycznym składzie z Garym Moorem. Gitarzysta raczej chłodno oceniał ten album: Uważałem, że niektóre piosenki są do siebie zbyt podobne, miały podobne sekwencje akordów - mówił, ale dodawał, że jest tam parę bardzo dobrych utworów, jak "Waiting for an Alibi". Utwór należy także do ulubionych Scotta Gorhama: Zawsze lubiłem grać "Waiting for an Alibi" - przyznawał. To zabawne, bo kiedy gram tą solówkę na koncertach, dużo w niej zmieniam. Pewien fan oskarżył mnie kiedyś, że nie gram wiernie utworów. Powiedziałem mu wtedy: "Mówisz poważnie, koleś? Gram ten utwór od dwudziestu lat i ty oczekujesz, że za każdym razem zagram go tak samo, jak w studiu dwadzieścia lat temu? Chyba bym zwariował. Zanudziłbym się na śmierć!". Ludzie nie zdają sobie sprawy, że dany kawałek był nagrany w studiu w wersji, która obowiązywała tamtego dnia. Następnego dnia już chciałbym coś poprawić albo po prostu zagrać zupełnie inaczej. Piosenki to nie są zamknięte dzieła. To żywe twory, które zmieniają się wraz z nami. Oczywiście, zachowuję esencję utworu, ale solówki zmieniam. Dla muzyka granie solówki to przecież świetna okazja do improwizacji.
"Waiting for an Alibi" doszedł do 6. miejsca w Irlandii i 9. na UK Singles Chart. Utwór stał się kolejnym obowiązkowym punktem koncertów grupy.


12. "Sarah" (z albumu "Black Rose: A Rock Legend", 1979)

W repertuarze zespołu są dwa utwory o tym tytule. Starszy znalazł się na drugim albumie zespołu, "Shades of a Blue Orphanage" i dotyczy babci Phila Lynotta noszącej to imię. Sarah to także imię córki muzyka, której dotyczy druga kompozycja o tym tytule - ta o którą chodzi w tym tekście.
Piosenkę "Sarah" napisałem głównie sam, mogę powiedzieć, że w 90 procentach jest moim dziełem - twierdził Gary Moore. Podobało mi się eksperymentowanie z gitarą w tym utworze. To nie brzmiało jak Thin Lizzy, brzmienie gitary było czystsze, inne niż w pozostałych kawałkach. Tylko ja grałem tutaj na gitarze - Scott Gorham nie grał wcale. Huey Lewis zagrał na harmonijce, Mark Nauseef na bębnach, więc tak naprawdę nie jest to w ogóle piosenka Thin Lizzy. Ale Phil i tak postanowił umieścić ją na albumie.
Utwór został wydany na singlu i okazał się sporym przebojem w Niemczech (5. miejsce), gdzie był pierwszym notowanym utworem Thin Lizzy od czasu "Whiskey in the Jar". Mniejszą popularnością mała płytka cieszyła się w Irlandii (26. miejsce) i Wielkiej Brytanii (24. miejsce). Piosenka nigdy nie została wykonana przez zespół na żywo.


13. "Killer on the Loose" (z albumu "Chinatown", 1980)

Największy przebój (5. miejsce w Irlandii, 10. w Wielkiej Brytanii) kolejnego efemerycznego składu Thin Lizzy - po raz pierwszy w historii zespołu pięcioosobowego - z gitarzystą Snowym Whitem (na miejscu Gary'ego Moore'a) i klawiszowcem Darrenem Whartonem
Utwór wzbudził kontrowersje, ze względu na tekst, w którym Phil Lynott wciela się w rolę słynnego seryjnego mordercy, Kuby Rozpruwacza. Jeszcze większe kontrowersje wywołał teledysk, przedstawiający przebranego za Rozpruwacza Lynotta w otoczeniu skąpo ubranych kobiet.
"Killer on the Loose" był wykonywany przez zespół na żywo w latach 1980-82.


14. "Cold Sweat" (z albumu "Thunder and Lightning", 1983)

Odpowiedź Thin Lizzy na muzykę zespołów z nurtu Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. Utwór powstał jako ostatni z albumu, po dołączeniu do składu gitarzysty Johna Sykesa (na miejsce Snowy'ego White'a), wcześniej występującego w grupie Tygers of Pan Tang (zaliczanej do NWOBHM). Byłem wtedy w studiu Boathouse w Londynie, w którym nagrywaliśmy album "Thunder and Lighting" - wspominał Sykes. Album był wtedy gotowy do nagrania, ale ja grałem z zespołem od niedawna, właściwie dopiero co zagrałem trasę. Byliśmy tam przez kilka dni, ustawiając brzmienie. Któregoś dnia Phil spytał mnie, czy nie mam jakiegoś riffu. Zagrałem riff z "Cold Sweat", spodobało mu się to, wziął ode mnie zwrotkę i refren, dodał wokal i zrobiliśmy to całkiem szybko. Wszyscy zaczęli grać pod mój riff, Phil dodał bas i to wszystko.
"Cold Sweat" został wydany na singlu - doszedł do 23. miejsca w Irlandii i 27. w Wielkiej Brytanii. Był wykonywany na żywo podczas trasy z 1983 roku.


15. "Heart Attack" (z albumu "Thunder and Lightning", 1983)

Ostatni utwór z ostatniego albumu Thin Lizzy, którego tytuł i wersy w rodzaju Mama I'm dying of a heart attackPapa I'm dying of an overdose niestety okazały się prorocze - 4 stycznia 1986 roku Phil Lynott zmarł z powodu zapalenia płuc i niewydolności serca. Jego problemy zdrowotne były związane z długoletnim nadużywaniem alkoholu i narkotyków.
Utwór nie był nigdy wykonany na żywo, ani wydany na singlu.


8 września 2014

[Recenzja] Queen - "Live at the Rainbow '74" (2014)



Czasy stadionowych koncertów grupy Queen zostały już udokumentowane licznymi albumami koncertowymi. Gorzej sprawa przedstawia się z wcześniejszym okresem twórczości zespołu - przez ponad 30 lat jedynym wydanym oficjalnie koncertowym materiałem Queen z lat 70. był "Live Killers", zarejestrowany w 1979 roku, podczas trasy promującej siódmy album studyjny, "Jazz". Sytuację poprawia właśnie wydany "Live at the Rainbow '74", przynoszący - zgodnie z tytułem - materiał z 1974 roku. Według dzisiejszych standardów, wydawnictwo ukazało się w kilku różnych wersjach: jako pojedynczy CD, zawierający pełny zapis koncertu z 20 listopada 1974 roku w londyńskim Rainbow Theater (którego fragmenty były już opublikowane na kasecie VHS z "Box of Tricks" z 1992 roku); podwójny CD, zawierający także pełny zapis koncertu z 31 marca tego samego roku w tym samym miejscu (wcześniej niepublikowany); podwójny LP, zawierający 12 utworów z marcowego występu i 10 z listopadowego; poczwórny LP, zawierający kompletne zapisy obu występów; DVD lub Blu-Ray z kompletnym zapisem listopadowego koncertu i fragmentem marcowego (utwory "Son and Daughter" i "Modern Times Rock'n'Roll"); oraz tzw. wydanie "Super Deluxe Box", czyli dwie płyty CD, po jednej DVD i Blu-Ray, oraz przeróżne dodatki.

W 1974 roku Queen był nieco innym zespołem. Innym, niż ten znany ze stacji radiowych. Jeszcze nie popularnym wśród szerszej publiczności, dopiero czekającym na pierwszy sukces (który nadszedł wkrótce potem, wraz z utworem "Bohemian Rhapsody" i zawierającym go albumem "A Night at the Opera"). W marcu 1974 roku zespół miał na koncie tylko dwa albumy ("Queen" i "Queen II"), w listopadzie trzy (doszedł "Sheer Heart Attack"). Chociaż już wtedy zespół stosował wszystkie patenty znane z późniejszych lat - charakterystyczne harmonie wokalne, rozpoznawalne brzmienie gitary Briana Maya, zamiłowanie do pastiszów różnych muzycznych stylów - to jednak grał wtedy nieco inną muzykę. Zorientowaną przede wszystkim na hard rock.

"Live at the Rainbow '74" tylko to potwierdza. Znalazły się tu jedne z najmocniejszych utworów z dorobku grupy, jak niemal sabbathowe "Son and Daughter" i "Great King Rat", albo szaleńczo rozpędzone "Modern Times Rock 'n' Roll" (na obu koncertach śpiewany przez Freddiego Mercury'ego, a nie - jak w wersji studyjnej - Rogera Taylora) i "Stone Cold Crazy". Prawdziwie hard rockowego ciężaru nie brak też np. w "Father to Son", "Ogre Battle",  "Liar" czy "Flick of the Wrist". Z drugiej strony zespół już wtedy potrafił czarować niezwykłymi balladami ("White Queen (As It Began)", "In the Lap of the Gods") czy zaproponować coś mniej konwencjonalnego, wręcz dziwnego ("The Fairy Feller's Master-Stroke", "Bring Back That Leroy Brown"). Żaden z wymienionych utworów nie pojawił się na żadnej z wcześniej wydanych koncertówek Queen, dzięki czemu wartość "Live at the Rainbow '74" jest jeszcze większa.

Oczywiście są tu też pierwsze przeboje zespołu, grane także na późniejszych trasach: "Keep Yourself Alive", "Seven Seas of Rhye", "Killer Queen" i "Now I'm Here". O ile studyjne wersje były dość wygładzone brzmieniowo, tak tutaj wypadają o wiele mocniej (dotyczy to zwłaszcza dwóch pierwszych). Skoro mowa o brzmieniu, to jakość rejestracji obu występów jest naprawdę świetna. W końcu przy nagrywaniu materiału był obecny sam Roy Thomas Baker (producent wszystkich albumów zespołu od debiutu do "Jazz"). Jedynym powodem, dla którego koncerty te nie zostały wcześniej opublikowane, była twórcza aktywność członków grupy - tworzyli tak dużo nowej muzyki i chcieli jak najszybciej ją wydać, że nie mieli czasu na przygotowanie koncertówki.

Pod względem repertuarowym oba występy były do siebie podobne. Z utworów granych w marcu, tylko trzy nie zostały powtórzone w listopadzie: "Great King Rat", "The Fairy Feller's Master-Stroke" i nieco zeppelinowy blues "See What a Fool I’ve Been" (ze strony B singla "Seven Seas of Rhye"). Poza tym, w marcu zespół wykonał mieszankę rock'n'rollowych standardów - "Jailhouse Rock", "Stupid Cupid" i "Be Bop a Lula" - a w listopadzie tylko pierwszy z tych utworów. Na drugim koncercie doszły oczywiście utwory z "Sheer Heart Attack" (w liczbie siedmiu), ale także "The March of the Black Queen" z "Queen II" (niestety, zagrany tylko w półtoraminutowym fragmencie), cover musicalowego "Big Spender", oraz puszczona z taśmy interpretacja brytyjskiego hymnu, "God Save the Queen", która znalazła się dopiero na "A Night at the Opera".

Fanom Queen nie trzeba "Live at the Rainbow '74" polecać - złożyli zamówienia na to wydawnictwo na długo przed opublikowaniem tej recenzji. Mogę natomiast polecić album wszystkim wielbicielom hard rocka, którzy jeszcze nie odkryli, że grupa Queen grała także w tym stylu i świetnie jej to wychodziło. Z niecierpliwością już czekam na kolejne koncertówki wczesnego Queen, najlepiej z tras promujących albumy "A Night at the Opera", "A Day at the Races" i "News of the World". Wspaniale byłoby usłyszeć koncertowe wykonania "The Prophet's Song" i "White Man" w dobrej, niebootlegowej jakości.

Ocena: 9/10



Queen - "Live at the Rainbow '74" (2014)

CD1 (March show): 1. Procession; 2. Father to Son; 3. Ogre Battle; 4. Son and Daughter; 5. Guitar solo; 6. Son and Daughter (Reprise); 7. White Queen (As It Began); 8. Great King Rat; 9. The Fairy Feller's Master-Stroke; 10. Keep Yourself Alive; 11. Drum solo; 12. Keep Yourself Alive (Reprise); 13. Seven Seas of Rhye; 14. Modern Times Rock 'n' Roll; 15. Jailhouse Rock / Stupid Cupid / Be Bop a Lula (Medley); 16. Liar; 17. See What a Fool I’ve Been
CD2 (November show): 1. Procession; 2. Now I'm Here; 3. Ogre Battle; 4. Father to Son; 5. White Queen (As It Began); 6. Flick of the Wrist; 7. In the Lap of the Gods; 8. Killer Queen; 9. The March of the Black Queen; 10. Bring Back That Leroy Brown; 11. Son and Daughter; 12. Guitar solo; 13. Son and Daughter (Reprise); 14. Keep Yourself Alive; 15. Drum solo; 16. Keep Yourself Alive (Reprise); 17. Seven Seas of Rhye; 18. Stone Cold Crazy; 19. Liar; 20. In the Lap of the Gods… Revisited; 21. Big Spender; 22. Modern Times Rock 'n' Roll; 23. Jailhouse Rock; 24. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal, pianino; Brian May - gitara, dodatkowy wokal; John Deacon - bass, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Justin Shirley-Smith, Joshua J. Macrae i Kris Fredriksson


5 września 2014

[Recenzja] Robert Plant - "Lullaby and... The Ceaseless Roar" (2014)



Roberta Planta nikomu chyba nie trzeba przedstawiać - legendarny wokalista Led Zeppelin, od początku lat 80. wydający płyty pod własnym nazwiskiem. "Lullaby and... The Ceaseless Roar" to jego dziesiąty solowy album. Kto zna wcześniejsze wydawnictwa wokalisty, ten wie, czego można spodziewać się po najnowszym. Plant od lat unika wszystkiego, co może kojarzyć się z Led Zeppelin. Zamiast tego proponuje łagodniejszą muzykę, mocno przesiąkniętą wschodnim klimatem. Na nowym longplayu - podobnie jak na kilku poprzednich - w aranżacjach dominują instrumenty pochodzenia afrykańskiego, o takich egzotycznych nazwach, jak bendir, djembe, tehardant, kologo i ritti; pojawia się też indyjska tabla. Wyraźniejsze, mocniejsze partie gitar słychać właściwie tylko w czterech utworach: "Embrace Another Fall", "Turn It Up", "Somebody There" i "Up on the Hollow Hill". Cóż, Robert Plant już nie jest młodzieńcem i mógłby sobie nie poradzić z śpiewem w mocniejszych kompozycjach. Za to do nastrojowych kompozycji jego obecny głos pasuje idealnie.

Album rozpoczyna się od tradycyjnej pieśni bluegrassowej "Little Maggie". Stylistycznie utrzymanej gdzieś na pograniczu folku, country i muzyki etnicznej, o akustyczno-elektronicznym brzmieniu. Podobne klimaty przynosi znany już na długo przed premierą, singlowy "Rainbow". Tym razem trochę większy nacisk został położony na wyrazistość melodii. Choć utwór zwraca uwagę raczej specyficznym nastrojem, niż za sprawą przebojowego charakteru. Właściwie to samo można napisać o większości z jedenastu zawartych tu kompozycji. Łagodny nastrój i afrykańskie brzmienia - przede wszystkim w warstwie rytmicznej - dominują w "Pocketful of Golden" i na początku "Embrace Another Fall". W tym drugim hipnotyczny nastrój zostaje nagle przerwany wejściem przesterowanej gitary; instrument szybko jednak schodzi na dalszy plan. Zaskakujący dynamiczny okazuje się natomiast "Turn It Up", napędzany bluesrockowym riffem, choć z zupełnie nierockowym podkładem rytmicznym.

Bardziej konwencjonalne okazują się kolejne utwory. "A Stolen Kiss" to bardzo ładna ballada, w przeciwieństwie do wcześniejszych utworów bardzo oszczędnie zaaranżowana - przez większość utworu partii wokalnej Planta towarzyszy tylko fortepianowy akompaniament. Z kolei "Somebody There" to bardzo melodyjna, dynamiczna piosenka, oparta głównie na brzmieniu akustycznej gitary. Bardzo chwytliwy refren wyróżnia ten utwór na tle reszty repertuaru. Pojawia się tu nawet krótka gitarowa solówka. W miarę dynamiczny jest jeszcze folkowy "Poor Howard" (oparty na kompozycji "Po' Howard" Lead Belly'ego), ale już nieco banalny "House of Love" to powrót do bardziej leniwych klimatów. Album znów ożywa przy naprawdę niezwykłym "Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur)" - mocno gitarowym (jak na ten album), ale jednocześnie bardzo melancholijnym bluesie. Całość kończy najdziwniejsza kompozycja, "Arbaden (Maggie's Babby)" - nie tylko ze względu na partię wokalną (częściowo zaśpiewaną w afrykańskim języku Fulani), ale przede wszystkim warstwę muzyczną, którą można określić jako afrykańskie disco.

"Lullaby and... The Ceaseless Roar" to bardzo dziwny album, tylko momentami zahaczający o muzykę rockową. W ogóle niewiele mający wspólnego z europejską muzyką. Może wywołać spory szok u wszystkich, którzy dotąd kojarzyli Roberta Planta wyłącznie z Led Zeppelin. Jest to jednak bardzo intrygujący album i na pewno warty poznania.

Ocena: 6/10



Robert Plant and The Sensational Space Shifters - "Lullaby and... The Ceaseless Roar" (2014)

1. Little Maggie; 2. Rainbow; 3. Pocketful of Golden; 4. Embrace Another Fall; 5. Turn It Up; 6. A Stolen Kiss; 7. Somebody There; 8. Poor Howard; 9. House of Love; 10. Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur); 11. Arbaden (Maggie's Babby)

Skład: Robert Plant - wokal; Justin Adams - gitara, instr. perkusyjne (bendir, djembe, tehardant); Liam Tyson - gitara, bandżo; John Baggott - instr. klawiszowe, tabla; Juldeh Camara - kologo, ritti, wokal w jęz. Fulani; Billy Fuller - bass, kontrabas, omnichord; Dave Smith - perkusja
Producent: Robert Plant


4 września 2014

[Recenzja] Triumph - "Just a Game" (1979)



Kolejny mały krok do przodu w rozwoju zespołu. Choć początek albumu znów nie zapowiada niczego rewelacyjnego. "Moving On", bezsensownie wzbogacony oklaskami publiczności, to wygładzony, wręcz przesłodzony hard rock w stylu Bad Company. Broni się tylko dzięki fajnej solówce. Jako całość bardziej przekonuje przebojowy "Lay it on the Line" (który doszedł do 86. miejsca na liście Billboardu). Z jednej strony bardzo chwytliwy, radiowy, ale z ostrym, heavy metalowym brzmieniem. Sporym zaskoczeniem jest "Young Enough to Cry" - klasyczna bluesrockowa ballada, ze świetnymi, dość ciężkimi, partiami gitary. Stylistyka ta była wcześniej dla zespołu zupełnie obca, ale muzycy całkiem nieźle sobie poradzili. "American Girls" to już typowo hard rockowe granie. Ciekawym pomysłem było wplecenie fragmentu amerykańskiego hymnu. Cała druga strona albumu utrzymana jest w łagodniejszym nastroju. Tytułowy "Just a Game" i singlowy "Hold On" (jeden z największych przebojów grupy - 38. miejsce na liście Billboardu) to dość stereotypowe ballady rockowe, z dużą rolą brzmień akustycznych i obowiązkowymi zaostrzeniami. Instrumentalna miniaturka "Fantasy Serenade" to z kolei klasycyzujący popis na gitarze akustycznej. Całość kończy żartobliwy "Suitcase Blues", przenoszący słuchacza do pierwszej połowy XX wieku.

Po raz kolejny można zarzucić grupie brak oryginalności i nierówny poziom wydanego przez nią materiału. Słychać jednak, że muzycy nieco poprawili swój warsztat kompozytorski (zwłaszcza w "Lay it on the Line" i "Young Enough to Cry"), w końcu też zrezygnowali z nawiązań do King Crimson, które zupełnie nie pasowały do grupy wykonującej - mimo wszystko - komercyjną odmianę hard rocka.

Ocena: 6/10



Triumph - "Just a Game" (1979)

1. Moving On; 2. Lay it on the Line; 3. Young Enough to Cry; 4. American Girls; 5. Just a Game; 6. Fantasy Serenade; 7. Hold On; 8. Suitcase Blues

Skład: Rik Emmett - wokal, gitara; Gil Moore - wokal, perkusja; Michael Levine - bass, instr. klawiszowe
Gościnnie: Laurie Delgrande - instr. klawiszowe; Mike Danna - instr. klawiszowe
Producent: Michael Levine


3 września 2014

[Recenzja] Triumph - "Rock & Roll Machine" (1977)



Drugi album kanadyjskiego trio Triumph to właściwie powtórka z rozrywki. Zespół nie wprowadza do swojej twórczości wielu nowych elementów (wyjątkiem żeńskie chórki w "New York City Streets"); nawet układ utworów jest zbliżony do debiutu. Całość rozpoczyna się od całkiem przebojowego hard rocka w amerykańskim stylu, "Takes Time". W "Bringing It on Home" pojawia się dużo gitary akustycznej, choć ostrzejszego grania też nie brakuje - utwór brzmi jak skrzyżowanie Led Zeppelin z wczesnym Rush. "Little Texas Shaker" można by uznać za wypełniacz, gdyby nie porywające gitarowe solówki. Podobnie jak na debiucie, pierwszą stronę winylowego wydania kończą dwa stanowiące całość, kontrastujące ze sobą utwory, o wspólnym tytule. Tym razem jednak najpierw pojawia się łagodniejsza część (z początku balladowy, pod koniec lekko funkowy "New York City Streets, Pt. 1"), a następnie mocniejsza (hard rockowa, ale także o nieco funkowej rytmice, "New York City Streets, Pt. 2").

Drugą stronę longplaya rozpoczyna najbardziej rozbudowany i zarazem najbardziej kontrowersyjny utwór, "The City". Na otwarcie wykorzystany został motyw z "Mars, the Bringer of War" Gustava Holsta - zabieg ciekawy, ale mało oryginalny - wcześniej na użycie tej kompozycji w taki sam sposób wpadli muzycy zespołów Deep Purple ("Hey Joe", 1968), Andromeda ("Return to Sanity", 1969) i King Crimson ("The Devil's Triangle", 1970). W wykonaniu Triumph motyw nabrał wręcz heavy metalowego charakteru. Po dwóch minutach zostaje przerwany wejściem akustycznej gitary w hiszpańskim stylu. Półtorej minuty później klimat znowu się zmienia. Pojawia się partia wokalna, której towarzyszą akompaniament gitary akustycznej i melotronu. Inspiracja "Epitaph" i podobnymi utworami King Crimson jest aż nadto słyszalna. Później pojawia się długa, naprawdę zgrabna gitarowa solówka, już nie w karmazynowym stylu. Końcówka utworu jest natomiast stricte hard rockowa, w stylu pierwszych albumów Rush. Sam nie wiem czy bardziej jestem zachwycony samą kompozycją, czy zniesmaczony tymi zbyt oczywistymi nawiązaniami do innych wykonawców.

Albumu dopełniają dwa hard rockowe utwory: przeróbka "Rocky Mountain Way" z repertuaru Joe Walsha (która promowała longplay na singlu i stała się pierwszym przebojem Triumph) oraz bardziej rozbudowany "Rock & Roll Machine", pełen długich solówek. Oba udane, ale nie wzbudzające jakiegoś wielkiego zachwytu. Tak jak cały album, który prawdopodobnie może przypaść do gustu większości wielbicieli hard rocka, ale nie sądzę, żeby wielu z nich do niego często wracało.

Ocena: 6/10

PS. "Rock & Roll Machine" był pierwszym albumem Triumph, który ukazał się także poza Kanadą. Na międzynarodowe wydania zmieniono jednak okładkę i tracklistę - utwory "Little Texas Shaker", obie części "New York City Streets" i "The City" zostały zastąpione utworami z debiutu: "Street Fighter", "Street Fighter (Reprise)", "24 Hours a Day" i "Blinding Light Show / Moonchild". Nie był to do końca trafny wybór (zwłaszcza zastąpienie "The City" mniej przemyślanym "Blinding..."), ale album spotkał się z uznaniem i w Stanach znalazł się nawet w drugiej setce listy Billboardu.



Triumph - "Rock & Roll Machine" (1977)

1. Takes Time; 2. Bringing It on Home; 3. Little Texas Shaker; 4. New York City Streets, Pt. 1; 5. New York City Streets, Pt. 2; 6. The City; 7. Rocky Mountain Way; 8. Rock & Roll Machine

Skład: Rik Emmett - wokal, gitara; Gil Moore - wokal, perkusja; Michael Levine - bass, instr. klawiszowe
Gościnnie: Laurie Delgrande - instr. klawiszowe; Mike Danna - instr. klawiszowe
Producent: Michael Levine i Doug Hill


2 września 2014

[Recenzja] Triumph - "Triumph" (1976)



Kanada raczej nie jest krajem, który kojarzy się z muzyką rockową. Właściwie jedynym zespołem stamtąd pochodzącym, który zdobył ogólnoświatowe uznanie, jest hardrockowo-progresywne trio Rush. Swoje przysłowiowe pięć minut sławy miało jednak także inne trio - Triumph. Grające muzykę prostszą i bardziej przystępną od swoich rodaków, ale mającą wiele wspólnego. Nie tylko pochodzenie i liczbę muzyków. Podstawą stylów obu zespołów był tradycyjny hard rock, oparty na nieprzeciętnych umiejętnościach muzyków (oczywiście muzycy Rush są bardziej utalentowani). Nawet głos jednego z wokalistów Triumph (obowiązkami wokalnymi dzielili się gitarzysta Rik Emmett i perkusista Gil Moore) momentami przypomina charakterystyczny głos Geedy'ego Lee z Rush (np. w utworze "Street Fighter").

Debiutancki album Triumph rozpoczyna się dość nieszczególnie. Singlowy "24 Hours a Day" jest zdecydowanie zbyt wygładzony. Rozpoczyna się przesłodzonym balladowym wstępem, a następnie nabiera pozornego ciężaru - takiego, żeby mógł być grany w stacjach radiowych między kolejnymi hitami grup w stylu Kiss czy Aerosmith. "Be My Lover" to już zupełnie inna liga. Oparty na fajnym, naprawdę mocnym riffie, kojarzącym się raczej z bardziej zadziornym, brytyjskim hard rockiem. Tylko zupełnie niepotrzebnie miejscami odzywają się syntezatory... Ciężko natomiast przyczepić się do "Don't Take My Life". Tutaj hardrockowy czad przeplata się z melodyjnymi fragmentami opartymi na brzmieniach akustycznych. Refren utworu bardzo przypomina ten z - późniejszego o dwa lata  - "Beyond the Realms of Death" Judas Priest. Kolejny utwór, rozpędzony "Street Fighter" to już niemal heavy metal. Kawałek płynnie przechodzi w balladowy "Street Fighter (Reprise)", oparty na brzmieniach akustycznych, z klawiszowym tłem.

Drugą strona winylowego wydania wypada niestety mniej ciekawie. Rozpoczyna ją "What's Another Day of Rock 'n Roll" będący połączeniem bardziej komercyjnego oblicza Triumph z tym ostrzejszym. W rezultacie świetne momenty, jak otwierający całość perkusyjny motyw, przeplatają się tutaj z mniej ciekawymi. Średnio wypada także wolny, zbyt monotonny "Easy Life", natomiast "Let Me Get Next to You" jest zbyt sztampowy, brzmi jak marna podróbka AC/DC. Nie do końca wyszło też zespołowi stworzenie bardziej rozbudowanego, progresywnego utworu na zakończenie albumu. "Blinding Light Show / Moonchild" ma kilka udanych riffów i solówek (także na gitarze basowej), kilka ładnych spokojnych motywów, ale nieklejących się w przekonującą całość. Utwór jest bardzo niedopracowany, a zbyt oczywiste próby nawiązania do King Crimson z okresu "In the Court of the Crimson King" wypadają po prostu śmiesznie.

Dość średni to debiut, ale zawierający kilka udanych utworów, które powinny spodobać się większości wielbicieli hard rocka lat 70. Szczególnie zaś fanom wspomnianych wyżej grup (oczywiście z wyjątkiem King Crimson).

Ocena: 5/10

PS. Większość kompaktowych reedycji albumu zostało wydane pod tytułem "In the Beginning" i z inną okładką.



Triumph - "Triumph" (1976)

1. 24 Hours a Day; 2. Be My Lover; 3. Don't Take My Life; 4. Street Fighter; 5. Street Fighter (Reprise); 6. What's Another Day of Rock 'n Roll; 7. Easy Life; 8. Let Me Get Next to You; 9. Blinding Light Show / Moonchild

Skład: Rik Emmett - wokal, gitara, syntezatory; Gil Moore - wokal, perkusja; Michael Levine - bass, instr. klawiszowe
Gościnnie: Laurie Delgrande - instr. klawiszowe
Producent: Michael Levine i Doug Hill


1 września 2014

[Podsumowanie miesiąca] Sierpień 2014

Postanowiłem zgapić pomysł z innych blogów, polegający na prezentowaniu pod koniec miesiąca czego autor bloga słuchał w ciągu ostatnich ~30 dni...

W sierpniu najczęściej słuchałem dwóch nowości - "Pale Communion" Opeth i "Blues Pills" Blues Pills. Nie będę się o nich teraz rozpisywał, ponieważ dopiero co poświęciłem obu tym albumom obszerne recenzje winylów. Co ciekawe, z obu tych longplayów najbardziej przypadły mi do gustu utwory o tytule "River"... Poza tym, w ciągu całego miesiąca słuchałem tylko czterech albumów, które w tym czasie wzbogaciły moją kolekcję. Każdemu z nich także poświęciłem osobną recenzję, ale było dość dawno temu, a teraz chciałbym podzielić się nowymi spostrzeżeniami na ich temat. Oto te albumy:

Winyle kupione w tym miesiącu.


Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)

Długo polowałem na ten album. Nie chciałem żadnej reedycji (które też nie należą do łatwo dostępnych), a oryginalne tłoczenie. W międzyczasie kupiłem składankę "Assortment", zawierającą połowę utworów z "Death Walks Behind You" (tytułowy, "Sleeping for Years", "I Can't Take No More" i "Tomorrow Night") i kilka utworów z innych płyt Atomowego Kurczaka. Paradoksalnie, "Death Walks..." jako całość prezentuje się znacznie lepiej od wspomnianej kompilacji. Bardzo brakowało mi na niej świetnego popisu instrumentalnego "VUG", uroczej ballady "Nobody Else", oraz "7 Streets", w którym jest jeden z najgenialniejszych wstępów w całej muzyce rockowej. Razem z wspomnianymi już utworami - niesamowitym, mrocznym "Death Walks Behind You", świetnym, czadowym "Sleeping for Years" i bardziej przebojowymi "I Can't Take No More" i "Tomorrow Night" - tworzą one jedną z najlepszych płyt wczesnych lat 70.


Rush - "2112" (1976)

W czerwcu i lipcu miałem wielką fazę na twórczość Rush, kupiłem wtedy kilka ich albumów: "Moving Pictures", "Signals", "Grace Under Pressure" i "Archives", czyli trzy pierwsze albumy w jednej okładce. W sierpniu przyszła kolej na "2112" - album przez niektórych uznawany za szczytowe osiągnięcie grupy (wszyscy pozostali - w tym ja - uznają za nie "Moving Pictures"). Przyznam, że przed kupnem uważałem ten album za nieco lepszy... Rozczarowała mnie tytułowa suita (zajmująca całą stronę A), która jest po prostu niespójna, wręcz chaotyczna. Poszczególne jej fragmenty (będące de facto osobnymi utworami) w ogóle do siebie nie pasują. O wiele lepiej wypada zbiór przypadkowych utworów ze strony B. Przede wszystkim dwa hard rockowe czady - "A Passage to Bangkok" i "Something for Nothing" - oraz przepiękna ballada "Tears", która przez długi czas chodziła mi po głowie.


"Death Walks Behind You" na talerzu gramofonu.

Queen - "Live Killers" (1979)

Zawsze najbardziej lubiłem hard rockowe oblicze Queen, a "Live Killers" to najbardziej hard rockowe wydawnictwo grupy (przynajmniej do czasu ukazania się "Live at the Rainbow '74", którego premiera jest zaplanowana na początek września). Już sam początek - szybka wersja "We Will Rock You" i wzmocniony "Let Me Entartain You" - miażdży, a dalej jest tylko lepiej. Najlepsze punkty albumu to chyba odśpiewany częściowo przez publiczność "Love of My Life" (ciekawiej zaaranżowany niż w wersji studyjnej) i rozbudowana gitarowa solówka Briana Maya z "Brighton Rock". Właśnie takie swobodne traktowanie studyjnych pierwowzorów sprawia, że koncertowe albumy z lat 70. są tak wspaniałe i nie powinny być pominięte w żadnej kolekcji.


Pink Floyd - "The Division Bell" (1994; reedycja 2014)

Wielokrotnie powtarzałem, że nie lubię współczesnych reedycji. Jednak w czasie, gdy album ten się ukazał, mało kto kupował jeszcze winyle i po prostu nie produkowano ich zbyt wiele. Obecnie za płyty z pierwszej połowy lat 90. trzeba płacić średnio po pół tysiąca złotych. To sporo, zwłaszcza za album, który średnio się lubi - a "The Division Bell" należy wg mnie do słabszych w dorobku Pink Floyd (choć zawiera genialny "High Hopes"). Z okazji 20. rocznicy wydania albumu w sklepach pojawiła się nowa winylowa reedycja, podobno nieremasterowana. W każdym razie brzmi całkiem dobrze. Niestety, zgodnie z obecnymi standardami, album ukazał się na dwóch płytach (oryginalnie cały materiał upchnięto na jednej płycie), co trochę uprzykrza słuchanie. Całe szczęście, że na albumie jest aż 11 kompozycji i zmiany stron następują po trzech utworach (a nie po dwóch, jak np. na "13" Black Sabbath i "Pale Communion" Opeth).


A poza tymi sześcioma longplayami, zasłuchiwałem się szczególnie w dwóch utworach:

  

"The Prophet's Song" to najdłuższy i najbardziej progresywny utwór Queen, a także jeden z najcięższych w ich dorobku. Jeszcze do niedawna odpychała mnie środkowa część utworu a capella, z zwielokrotnionym wokalem Freddiego Mercury'ego. Ale reszta utworu jest na tyle genialna, że mogę wybaczyć muzykom ten fragment. Z kolei "Soon" (czyli fragment kompozycji "The Gates of Delirium") to najpiękniejszy utwór, jaki kiedykolwiek stworzyła grupa Yes.