31 lipca 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Hard Attack" Dust

Większość albumów muzycznych zawiera okładki przygotowane specjalnie dla nich. O tym, że zdarzają się wyjątki, pisałem już w części poświęconej okładce "Death Walks Behind You" grupy Atomic Rooster. Kiedy jednak ktoś wykorzystuje wcześniej istniejącą grafikę, musi liczyć się z tym, że ktoś jeszcze wpadnie na taki sam pomysł...


Amerykańska grupa hard rockowa Dust istniała w latach 1969-72 i - pomimo dwóch albumów na koncie - nie zdobyła popularności. Dopiero późniejsze dokonania jej muzyków przyniosły im sławę: perkusista Marc Bell dołączył do The Ramones (jako Marky Ramone), wokalista/gitarzysta Richie Wise i tekściarz Kenny Kerner zostali producentami muzycznymi (znanymi m.in. z dwóch pierwszych albumów Kiss), a basista Kenny Aaronson stał się znanym muzykiem sesyjnym, obecnie zaś występuje w grupie New York Dolls.

Zespół Dust: Richie Wise, Marc Bell i Kenny Aaronson.

Na okładce drugiego albumu zespołu, "Hard Attack" wykorzystana została wcześniej opublikowana (w 1967 roku) grafika Franka Frazetta'y, zatytułowana "Snow Giants". Frazetta to znany amerykański "artysta-plastyk", tworzący w klimatach fantasy i science fiction. Jego prace ozdobiły okładki wielu komiksów, książek, plakatów filmowych i albumów muzycznych. Grafiki jego autorstwa można znaleźć na płytach Nazareth ("Expect No Mercy"), Molly Hatchet ("Molly Hatchet", "Flirtin' with Disaster", "Beatin' the Odds"), Yngwiego Malmsteena ("War to End All Wars") i Wolfmother ("Wolfmother"). Frazetta zmarł w 2010 roku, w wieku 82 lat.

Cóż za podobieństwo...

Jak wspominałem we wstępie, nie tylko muzycy Dust wpadli na pomysł wykorzystania obrazu "Snow Giants" jako okładki albumu. Grafika została wykorzystana także na "Old Battle Songs" grupy Rhapsody, będącego jednak wydawnictwem nieoficjalnym, zawierającym nagrania demo i koncertowe.

28 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "90125" (1983)



Zespół Yes rozpadł się niedługo po wydaniu albumu "Drama" i zakończeniu promującej go trasy. Drogi muzyków nie rozeszły się jednak do końca: Steve Howe i Geoff Downes, wraz z Johnem Wettonem (ex-King Crimson) i Carlem Palmerem (ex-Atomic Rooster, ELP), założyli supergrupę Asia; tymczasem Chris Squire i Alan White, wsparci przez gitarzystę Trevora Rabina, powołali do życia projekt Cinema. Ten drugi skład wkrótce poszerzył się o oryginalnego klawiszowca Yes, Tony'ego Kaye'a. Kiedy zaś do projektu dołączył Jon Anderson, stało się oczywiste, że grupa będzie występować pod nazwą Yes. Udział w nagrywaniu albumu "90125" (zatytułowanego tak od jego numeru katalogowego) wziął udział jeszcze jeden były członek grupy, Trevor Horn - tym razem jednak wyłącznie w roli producenta.

"90125" do dziś pozostaje najbardziej kontrowersyjnym albumem Yes. Właściwie poza śpiewem Andersona ciężko tutaj znaleźć wspólne elementy z wcześniejszą twórczością grupy. Długie, rozbudowane formy całkiem poszły w odstawkę. Zamiast tego muzycy zaproponowali zbiór prostych, chwytliwych utworów, idealnie nadających się do radia (z hitem "Owner of a Lonely Heart" na czele). Głównym twórcą materiału jest Trevor Rabin - gitarzysta prezentujący zupełnie inny styl grania od swojego poprzednika, Steve'a Howe'a. Mniej wyszukany, wywodzący się raczej z hard rocka (wystarczy posłuchać jego riffów w "Owner...", "Changes", "Our Song" i "City of Love"). Brzmienie albumu nie jest jednak hard rockowe. Trevor Horn zadbał o nowoczesne (oczywiście w chwili wydania, dziś już raczej przestarzałe) brzmienie, kojarzące się raczej z popowymi produkcjami lat 80.

Longplay ma jednak kilka naprawdę interesujących fragmentów. Przede wszystkim  muszę tu wymienić wspomniany już "Changes", zaczynający się klawiszowym wstępem, ale później zdominowany przez interesujące partie gitarowe Rabina. Co ciekawe, gitarzysta występuje tutaj także w roli głównego wokalisty (Anderson wspiera go tylko w refrenie). Inną interesującą kompozycją jest najdłuższy na płycie "Hearts". To jedyny fragment albumu, w którym - we fragmentach instrumentalnych - pobrzmiewa coś z dawnego Yes. Pozostałe utwory prezentują trochę niższy poziom, choć nie można odmówić uroku solówkom Rabina w "Hold On", orientalizmom w "It Can Happen", czy przyjemnie pulsującemu basowi w instrumentalnym "Cinema". Nie wypada nie wspomnieć o "Owner of a Lonely Heart" - prawdziwym hicie, opartym na bardzo nośnym riffie. Właściwie jedynym utworem, który mnie odrzuca, jest "Leave It" z bardzo głupimi chórkami.

W sumie szkoda, że muzycy zrezygnowali z nazwy Cinema. Gdyby "90125" został wydany pod tym szyldem, na pewno spotkałby się z lepszym przyjęciem wśród fanów Yes. Choć z drugiej strony, longplay przyniósł grupie wystarczająco dużo nowych wielbicieli, aby muzycy nie musieli martwić się utratą starszych fanów.

Ocena: 7/10



Yes - "90125" (1983)

1. Owner of a Lonely Heart; 2. Hold On; 3. It Can Happen; 4. Changes; 5. Cinema; 6. Leave It; 7. Our Song; 8. City of Love; 9. Hearts

Skład: Jon Anderson - wokal; Trevor Rabin - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Chris Squire - bass; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Alan White - perkusja
Gościnnie: Deepak Khazanchi - sitar i tambura (3); Graham Preskett - skrzypce (6)
Producent: Trevor Horn


24 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Drama" (1980)



Skład z albumu "Going for the One" nagrał razem jeszcze jeden album, przeciętny "Tormato", wszedł także do studia, by zarejestrować jego następcę. Muzycy nie mieli jednak spójnej wizji kolejnego longplaya, w rezultacie czego ze składu odeszli Jon Anderson i Rick Wakeman. Szczęśliwym trafem, menadżer Yes, Brian Lane, zarządzał także synthpopowym duetem The Buggles (tym od przeboju "Video Killed the Radio Star"), składającym się z wokalisty/basisty Trevora Horna i klawiszowca Geoffa Downesa - po krótkim czasie obaj zostali przyjęci do Yes. Aż połowa utworów z nagranego wspólnie albumu pierwotnie była kompozycjami The Buggles: "Machine Messiah", "White Car" i "Into the Lens", jednak tylko środkowa z nich pozostała w oryginalnej formie, dwie pozostałe zostały rozbudowane przez Howe'a, Squire'a i White'a. Prostsza wersja "Into the Lens" trafiła później na drugi album The Buggles, "Adventures in Modern Recording", pod zmienionym tytułem "I am a Camera".

Album "Drama" rozpoczyna się zaskakująco mocno - ciężki i ponury riff otwierający "Machine Messiah" to niemal heavy metal. Po trochę ponad minucie następuje jednak całkowita zmiana klimatu, w instrumentarium dominuje gitara akustyczna i klawisze, dochodzi też partia wokalna. Horn zupełnie niepotrzebnie imituje charakterystyczny sposób śpiewania Jona Andersona - na szczęście brzmi trochę bardziej męsko. Utwór trwa trochę ponad dziesięć minut i charakteryzuje się wieloma zmianami motywów i nastroju, oraz długimi partiami solowymi Howe'a i Downesa. Poza pierwszym riffem, pojawiającym się także w połowie utworu, uwagę przyciąga końcówka kompozycji, w której ten sam motyw grany jest na klawiszach, z towarzyszeniem gitary akustycznej. Horn w tym fragmencie już nie naśladuje Andersona, śpiewa po swojemu i od razu wypada o wiele lepiej.

"Machine Messiah" bardzo dobrze nastraja do tego efemerycznego wcielenia grupy. Dalej niestety nie jest już tak dobrze. Niespełna półtoraminutowa miniaturka "White Car" to tylko partia wokalna i syntezatorowy akompaniament. Brzmi raczej jak jakieś demo, a nie pełnowartościowy utwór. W kolejnych kompozycjach też nie ma rewelacji. W "Does It Really Happen?", "Into the Lens" (z klawiszowym motywem doskonale znanym wszystkim słuchaczom radiowej Trójki) i "Run Through the Light" na plus mogę zapisać tylko basowe partie Chrisa Squire'a (w dwóch pierwszych) i Trevora Horna (w ostatnim). Więcej mają wspólnego z tzw. muzyką new wave, niż z wcześniejszą twórczością Yes; na jej tle zwłaszcza "Does It Really Happen?" brzmi zbyt banalnie. Radosny "Tempus Fugit" też nie jest tym, czego oczekuje się od tej grupy.

"Drama" jest na pewno ciekawszym albumem od swojego poprzednika, ale pod względem stylistycznym trochę za bardzo odbiega od klasycznych albumów Yes. Howe, Squire i White wyraźnie cierpieli w tamtym czasie na kryzys twórczy, czego rezultatem była dominacja Horna i Downesa, a w konsekwencji nagranie tak nieyesowego longplaya. Szkoda, że muzycy nie wydali go pod inną nazwą - wtedy prawdopodobnie cieszyłby się większym uznaniem.

Ocena: 5/10



Yes - "Drama" (1980)

1. Machine Messiah; 2. White Car; 3. Does It Really Happen?; 4. Into the Lens; 5. Run Through the Light; 6. Tempus Fugit

Skład: Trevor Horn - wokal, bass (5); Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass, pianino (5); Geoff Downes - instr. klawiszowe; Alan White - perkusja
Producent: Trevor Horn i Yes


22 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Going for the One" (1977)



Po wydaniu albumu "Relayer" muzycy Yes postanowili zrobić sobie krótką przerwę od zespołu, którą każdy z nich wykorzystał na nagranie albumu solowego. Kiedy w końcu zebrali się razem, aby nagrać kolejny album, Anderson, Howe, Squire i White podjęli decyzję o wyrzuceniu z zespołu niezanagażowanego klawiszowca Patricka Moraza. Zbiegło się to ociepleniem kontaktów z Rickiem Wakemanem, który początkowo miał wystąpić na nowym albumie tylko jako muzyk sesyjny, ale ostatecznie wrócił na stałe do grupy. Tym samym "Going for the One" został nagrany przez identyczny skład, jak "Tales from Topographic Oceans". Pod względem muzycznym oba albumy są jednak swoim przeciwieństwem. Na "Going for the One" trafiły najkrótsze utwory od czasu "Fragile". Najdłuższa kompozycja, "Awaken", trwa nieco ponad kwadrans, średni czas trwania pozostałych utworów to niecałe sześć minut.

"Going for the One" to także zestaw najbardziej chwytliwych utworów, jaki do tamtej pory zaproponował Yes. Najlepszym przykładem jest "Wonderous Stories" - prosta (jak na standardy grupy), łagodna piosenka, która stała się pierwszym brytyjskim przebojem Yes (7. miejsce na UK Singles Chart). Prostota i melodyjność cechują także dynamiczny "Parallels" (oryginalnie napisany przez Squire'a na jego solowy album, "Fish Out of Water"). Mniej oczywistą strukturę ma tytułowy "Going for the One", choć i w tym utworze muzycy postawili przede wszystkim na zapamiętywaną, bardzo chwytliwą melodię. Album nie jest jednak całkowitym zerwaniem z dotychczasowym stylem. Wielbiciele bardziej rozbudowanych utworów nie powinni być zawiedzeni dwiema najdłuższymi kompozycjami: "Turn of the Century" (wspaniałą balladą z długimi fragmentami instrumentalnymi) i wspomnianą "Awaken" (w której, niestety, momentami wieje nudą).

"Going for the One" to, obok "Fragile", najlepszy album na rozpoczęcie poznawania twórczości Yes. Bardziej przystępny od np. "Close to the Edge" czy "Relayer", ale też pokazujący na co stać muzyków, jeśli chodzi o tworzenie rozbudowanych, skomplikowanych kompozycji. Osobiście oceniam jednak "Going for the One" odrobinę niżej od wspomnianych "Fragile" i "Relayer". 

Ocena: 7/10



Yes - "Going for the One" (1977)

1. Going for the One; 2. Turn of the Century; 3. Parallels; 4. Wonderous Stories; 5. Awaken

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Alan White - perkusja
Producent: Yes


21 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Relayer" (1974)



"Relayer" to pierwszy i jedyny album Yes nagrany z klawiszowcem Patrickiem Morazem, wcześniej występującym m.in. w prog rockowej grupie Refugee (założonej przez byłą sekcję rytmiczną The Nice). Longplay ma identyczną strukturę, jak "Close to the Edge" - pierwszy utwór wypełnia całą stronę A winylowego wydania, natomiast na stronie B znajdują się dwa krótsze, niespełna dziesięciominutowe utwory. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Zespół zaprezentował tu zupełnie inną muzykę, bardziej zorientowaną na jazz rock - w czym sporą zasługę miał pewnie Moraz, który przed Refugee udzielał się w różnych grupach jazzowych.

Całość rozpoczyna naprawdę wyjątkowy utwór "The Gates of Delirium", zainspirowany powieścią "Wojna i pokój" Lwa Tołstoja. Pierwsze szesnaście minut to jazz rockowy odlot z naprawdę niesamowitym, długim fragmentem instrumentalnym, symbolizującym bitwę. Dalsza część utworu charakteryzuje się delikatniejszym, klimatycznym nastrojem, pasującym do tekstu opisującego następstwa bitwy. To bez wątpienia jeden z najpiękniejszych momentów w całej twórczości Yes, z wspaniałymi partiami gitary Steve'a Howe'a, grającego tutaj nieco w stylu Davida Gilmoura z Pink Floyd. Czterominutowy fragment tej spokojnej części został wydany na singlu, pod tytułem "Soon".

Mocno przesiąknięty wpływami jazz rocka jest także "Sound Chaser". Do tego momentami dochodzi wyraźny funkowy rytm - coś zupełnie niespotykanego we wcześniejszej twórczości Yes. Kompozycja zachowuje jednak rockowy charakter. Świetne popisy wszystkich instrumentalistów to największa zaleta tego utworu. Wadą jest natomiast irytująca partia wokalna Jona Andersona w mocniejszych fragmentach - zwłaszcza tych śpiewanych a capella (do spokojniejszych jego głos pasuje o wiele bardziej). Ostatni utwór, "To Be Over" to bardziej melodyjna kompozycja, z ładną melodią, ciekawie wzbogacona brzmieniem elektrycznego sitaru i długimi solówkami Howe'a.

Zespół wyciągnął wnioski z błędów popełnionych na "Close to the Edge" i - zwłaszcza - "Tales from Topographic Oceans", i nagrał jeden z najlepszych albumów w swojej karierze.

Ocena: 8/10



Yes - "Relayer" (1974)

1. The Gates of Delirium; 2. Sound Chaser; 3. To Be Over

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass; Patrick Moraz - instr. klawiszowe; Alan White - perkusja
Producent: Yes i Eddy Offord


19 lipca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Alice in Chains

Był Pearl Jam, był Soundgarden - pora na ostatni zespół z Wielkiej Trójki Grunge'u, czyli Alice in Chains. Pomimo śmierci oryginalnego wokalisty, Layne'a Staleya'a, grupa istnieje do dziś i wciąż nagrywa nowe albumy - raz trochę lepsze ("Black Gives Way to Blue"), raz słabsze ("The Devil Put Dinosaurs Here"), ale zawsze utrzymane w stylu wypracowanym już na pierwszych albumach. Na poniższej liście dominują oczywiście utwory z początków działalności grupy (z naciskiem na klasyczny album "Dirt"), choć nie zabrakło miejsca dla jej najnowszych dokonań.

Oryginalny skład: Sean Kinney, Jerry Cantrell, Layne Staley i Mike Starr.

1. "We Die Young" (z albumu "Facelift", 1990)

Utwór otwierający debiutancki album grupy, a zarazem pierwszy promujący go na singlu. Autorem muzyki i tekstu jest gitarzysta Jerry Cantrell. Pamiętam dokładnie, kiedy przyszedł mi do głowy ten riff - wspominał kompozytor. Naprawdę utknął mi w głowie - miał takie gwałtowne brzmienie. Pomysł na tekst wziął się z takiego terenu w Seattle, nazywanego Seward Park, na którym znajduje się dużo cracku i broni, i generalnie jest to strefa kontrolowana przez lokalne gangi. Widywałem dwunastolatków narąbanych każdego dnia, widok ten zadziwił mnie i przestraszył i dlatego napisałem o tym tekst.
"We Die Young" należy do najczęściej wykonywanych przez grupę utwór podczas koncertów; jest obecny w setliście nieprzerwanie od lipca 1989 roku.


2. "Man in the Box" (z albumu "Facelift", 1990)

Drugi singiel zespołu, ale pierwszy, który trafił do szerokiej publiczności, o czym świadczy 18. pozycja na amerykańskiej liście Mainstream Rock Tracks, a także nominacja do nagrody Grammy w kategorii Best Hard Rock Performance.
Riff do tego numeru chodził za mną przez jakiś czas, ale nigdy go specjalnie nie wykorzystałem - mówił Cantrell. Layne [Staley, wokalista] zaproponował kilka rozwiązań jeżeli chodzi o partie wokalu i jakoś poskładało się ten kawałek do kupy. W refrenie gitarzysta wspiera wokalnie Staleya - ich duety wkrótce miały stać się jedną z najbardziej rozpoznawalnych cech twórczości Alice in Chains.
Layne napisał tekst i sądzę, że próbował w nim powiedzieć, że ludzie są bardzo podobni do zwierząt, którzy żyją w małych klatkach i że mamy ograniczone pole widzenia tylko do tego gówna, które podają w gazetach i o którym jest głośno - twierdził Cantrell.
"Man in the Box" jest stałym punktem koncertów zespołu. Według serwisu setlist.fm to właśnie ten utwór był grany przez muzyków najczęściej.


3. "Right Turn" (z EPki "Sap", 1992)

Przykład łagodniejszego, akustycznego oblicza Alice in Chains. Pracowanie nad tą piosenką było prawdziwą frajdą - mówił jej autor, Jerry Cantrell. Po napisaniu jej, nie byłem pewien czy coś z tego wyjdzie, ale miałem pomysł, żeby wokalnie numer wspomogli Chris Cornell z Soundgarden i Mark Arm z Mudhoney. Pojawili się więc, zaśpiewali swoje partie i wyszło to wspaniale. Kiedy Mark śpiewa ostatnią linijkę, numer wtedy zyskuje dodatkowy ciężar. No i Cornell rządzi - oni właściwie zrobili ten numer. Z naszych wszystkich utworów to jeden z moich zdecydowanych faworytów.
Utwór nie został nigdy wydany na singlu, a na żywo grupa wykonała go tylko dwa razy - w 2006 i 2011 roku.


4. "Would?" (z albumu "Dirt", 1992)

Najbardziej znany utwór grupy, a zarazem największy przebój w Wielkiej Brytanii (19. miejsce; do tej samej pozycji doszedł na amerykańskim Mainstream Rock Tracks). Tekst utworu, podobnie jak muzyka napisany przez Jerry'ego Cantrella, powstał już w 1990, kiedy z powodu przedawkowania zmarł Andrew Wood, wokalista Mother Love Bone. Dużo myślałem o Andrewie w tym czasie - mówił gitarzysta. Zawsze świetnie się bawił gdy spędzał czas wolny, tak jak Chris Cornell czy ja. Nigdy nie było czasu na chwilkę poważnej rozmowy, tylko ciągle zabawa. Andrew był naprawdę wesołym facetem, pełnym życia i smutne było go stracić. Ale zawsze nienawidził ludzi, którzy oceniali decyzję innych. I właśnie słowa utworu są skierowane do takich osób, które przeszły do oskarżeń.
Utwór wyróżnia się bardzo wyraźną partią gitary basowej, a także partią wokalną, wykonywaną wspólnie przez Cantrella i Staleya.
"Would?" wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy.


5. "Them Bones" (z albumu "Dirt", 1992)

Drugi, po "Would?", singiel promujący album (26. miejsce na UK Singles Charts, 24. na Mainstream Rock Tracks), także napisany w całości przez Cantrella. Ten utwór jest pełen emocji - twierdził autor. Mówi o kwestii własnej śmierci, oraz o tym, że trzeba sobie zdawać sprawę iż nie żyje się wiecznie, i zejście z tego świata jest nieuniknione. Śmierć jest przerażająca, ale od czasu do czasu należy z tym problemem stanąć twarzą w twarz. "Them Bones" miał mi pomóc oswoić się ze śmiercią.
Utwór wyróżnia się zmiennym metrum (7/4 w zwrotkach, 4/4 w refrenie), Cantrell jednak twierdzi, że nie przywiązywał do tego żadnej wagi.
"Them Bones" jest regularnie wykonywany na żywo.


6. "Angry Chair" (z albumu "Dirt", 1992)

Trzeci singiel z albumu (33. miejsce na UK Singles Charts, 34. na Mainstream Rock Tracks), tym razem autorstwa Layne'a Staleya. Do napisania tekstu zainspirowała go terapia odwykowa od narkotyków. To była długa, ciężka droga przez piekło - mówił. Postanowiłem przestać, bo gdy brałem, byłem nieszczęśliwy. Narkotyki już nie działały. Na początku był odlot, fajnie się czułem, ale pod koniec chodziło jedynie o podtrzymanie dawki - na zasadzie jedzenia koniecznego do przeżycia.
Cantrell przyznawał: Tekst mówi o człowieku, który ma problemy z narkotykami, oraz zbyt rozrywkowym trybem życia. W tej piosence ukazany jest wybór, jaki później pozostaje człowiekowi - żyć albo umrzeć.
"Angry Chair" jest regularnie wykonywany na żywo.


7. "Rooster" (z albumu "Dirt", 1992)

Kolejny singiel (7. miejsce na Mainstream Rock Tracks, w Wielkiej Brytanii nienotowany), znów autorstwa Jerry'ego Cantrella. Utwór powstał znacznie wcześniej od reszty albumu. Stworzyłem to w czasach "Fscelift", ale nic z tym nie zrobiłem - przyznawał gitarzysta. Byłem w mieszkaniu Chrisa Cornella - miał tam mały pokój, wielkości szafy, w którym dokonywał nagrań. Można się było odciąć i skupić na muzyce. Powstało w tym miejscu wiele pomysłów na świetne piosenki. "Rooster" do takich należy, zawsze byłem z niej dumny - zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym.
Tekst utworu opowiada o ojcu Cantrella, który brał udział w wojnie w Wietnamie. Rooster to jego ksywa - wyjaśniał Jerry. Numer naprawdę go poruszył, bo jest to temat, o którym nigdy nie wspomina, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Raz zapytałem i odpowiedział: "To martwa sprawa, synu. Pozwólmy jej spoczywać". Gdy komponowałem piosenkę, dużo o starym myślałem. Myślałem o jego dwóch zmianach w Wietnamie, o tym, że pracował jako strażnik więzienny. Facet przeszedł swoje. Wyobrażałem sobie to, co mógł tam czuć. Byłem blisko. Poruszyłem go.
"Rooster" należy do najczęściej wykonywanych przez grupę utworów.

Aktualny skład: Mike Inez, Sean Kinney, Jerry Cantrell i William DuVall.

8. "Down in a Hole" (z albumu "Dirt", 1992)

Piąty i ostatni singiel z albumu (36. miejsce na UK Singles Charts, 10. na Mainstream Rock Tracks), także napisany przez Jerry'ego Cantrella. Kompozytor miał wątpliwości czy nagrać ten utwór z zespołem - jego balladowy charakter znacznie odbiegał od reszty dotychczasowego repertuaru (pomijając EPkę "Sap") - jednak spotkał się z pozytywną reakcją pozostałych muzyków.
Ten numer jest o dziewczynie, tyle że z mojego punktu widzenia - wyjaśniał Cantrell. Wydawało się, że nasz związek był bardzo silny, ale tak wcale nie było. W owym czasie byłem jeszcze mało dojrzały. Teraz jest mi tego żal, ponieważ ona była niezwykłą osobą. Jak mówiłem, byłem zbyt niedojrzały, aby to docenić. Do pewnego stopnia nadal tak jest.
Na żywo utwór został wykonany tylko dwa razy z udziałem Layne'a Staleya - raz w 1994 roku i raz w 1996 (to drugie wykonanie trafiło na album "Unplugged"). Dopiero od 2006 roku "Down in a Hole" jest grany regularnie.


9. "What the Hell Have I" (z soundtracku "Last Action Hero", 1993)

Pierwszy utwór, w którego nagraniu wziął udział nowy basista, Mike Inez, który zajął miejsce Mike'a Starra. Razem z innym nagranym wtedy utworem, "A Little Bitter", trafił na ścieżkę dźwiękową filmu "Bohater ostatniej akcji". Nie napisaliśmy tego numeru specjalnie na potrzeby tego filmu - wyjaśniał Cantrell. Po prostu mieliśmy go już wcześniej i pomyśleliśmy sobie, że pasowałby on do tego filmu. To generalnie numer o nas, o tym jak radziliśmy sobie z tym całym zamieszaniem wokół nas w tym czasie. To taki numer ode mnie dla Layne'a. Próbowaliśmy kilka różnych instrumentów, chciałem zagrać na sitarze, ale za bardzo nie wiedziałem jak to zrobić, skończyło się więc na połączeniu gitary z sitarem.
Utwór jest w całości dziełem gitarzysty. Wydany na singlu, doszedł do 19. miejsca Mainstream Rock Tracks. Na żywo utwór był grany wyłącznie podczas trasy z 1993 roku.


10. "Nutshell" (z EPki "Jar of Flies", 1994)

Utwór napisany wspólnie przez wszystkich czterech muzyków (Staley odpowiada za tekst, instrumentaliści za muzykę). Powiedzieliśmy wytwórni, że mamy setki kawałków - wspominał Cantrell nagrywanie "Jar of Flies". A potem weszliśmy do studia, popatrzyliśmy na siebie... Masz jakieś pomysły? Nie. Ty masz jakieś? Cóż, po prostu to zróbmy. Całość została zarejestrowana w ciągu ok. tygodnia.
Chociaż "Nutshell" nie zostało nigdy wydane na singlu, należy do najbardziej lubianych przez fanów utworów. Na żywo był wykonywany na trasie z 1993 roku, raz w latach 1994 i 1996 (koncert z "Unplugged"), zaś od 2006 należy do stałych punktów koncertów grupy.


11. "Heaven Beside You" (z albumu "Alice in Chains", 1995)

Jeden z nielicznych utworów grupy, w którym rolę głównego wokalisty pełni Jerry Cantrell, a Layne Staley odpowiada tylko za chórki. Muzykę gitarzysta skomponował wspólnie z Inezem, tekst zaś napisał samodzielnie. [To] kolejna próba, aby pogodzić się z faktem że moje życie i ścieżki rozdzielają mnie z osobą, którą kocham - mówił. Wszystko, co napisałem w tej piosence, jest czymś w rodzaju wyznania jej tego, czego nigdy nie potrafiłem jej wyznać wprost. Tą osobą jest była dziewczyna Cantrella. Najpiękniejsza dziewczyna jaką kiedykolwiek widziałem - wyznał w jednym z wywiadów. Nadal ją kocham, ale mam w sobie coś z pieprzonego wilka - zaatakować, zabić, iść dalej. To trudne, gdy jesteś tak bardzo przyzwyczajony do bycia twardym. Nie możesz kazać dębowi stać się sosną.
"Heaven Beside You", prawdopodobnie ze względu na swój balladowy charakter, był najpopularniejszym z trzech singli promujących album "Alice in Chains" - przynajmniej w Stanach (3. miejsce na Mainstream Rock Tracks). W Wielkiej Brytanii doszedł do miejsca 35., czyli nieco niżej od poprzedniego singla, "Grind" (23. miejsce).
Utwór został wykonany podczas koncertu zarejestrowanego na albumie "Unplugged", jednak dopiero od 2006 roku zaczął być regularnie grany na żywo.


12. "Get Born Again" (z kompilacji "Nothing Safe: Best of the Box", 1999)
13. "Died" (z kompilacji "Music Bank", 1999)

Oba utwory zostały skomponowane przez Jerry'ego Cantrella z myślą o solowym albumie. Zamierzałem zrobić kolejną płytę solową, ale chłopakom spodobały się piosenki - mówił gitarzysta. Nagraliśmy więc muzykę, a Layne wziął się za teksty. Była to ostatnia sesja z udziałem wokalisty, który zmarł 5 kwietnia 2002 roku. Według Cantrella, słowa "Get Born Again" są wyrazem religijnej obłudy Staleya. Tekst "Died" opowiada o tęsknocie i opuszczeniu, odnosi się do wieloletniej partnerki wokalisty - Demri Lary Parrott, która zmarła w 1996 roku. Jej śmierć, podobnie jak późniejsze odejście Layne'a, była spowodowana uzależnieniem od narkotyków.
"Get Born Again" został wydany na singlu (4. miejsce na Mainstream Rock Tracks), trafił również na kompilacje "Nothing Safe: Best of the Box" i czteropłytową "Music Bank". "Died" znalazł się tylko na tej drugiej. Żaden z tych dwóch utworów nie został nigdy wykonany na żywo.


14. "Black Gives Way to Blue" (z albumu "Black Gives Way to Blue", 2009)

Utwór skomponowany przez Jerry'ego Cantrella, jako hołd dla zmarłego Layne'a Staleya. Nie śpiewa w nim nowy wokalista grupy, William DuVall, tylko sam Cantrell. Akompaniament stanowi głównie gitara akustyczna i fortepian, na którym zagrał Elton John. Rozważaliśmy dodanie do piosenki partii fortepianu i znajomy zasugerował, byśmy zadzwonili do Eltona - wspominał Jerry. Pamiętam, że roześmiałem się i rzekłem: "Jasne, zaraz go ściągnę". Postanowiłem jednak, że warto spróbować. Napisałem więc e-mail do Eltona wyjaśniając, jak wiele ten utwór dla nas znaczy; że jest prawdziwą, niewygładzoną, szczerą piosenką dla Layne'a. Wysłaliśmy mu utwór i niedługo później on do nas zadzwonił. Powiedział, że według niego to piękna kompozycja i chętnie w niej zagra. Byliśmy w szoku. Elton John wywarł na mnie ogromny wpływ jako autor piosenek, więc jego występ w tym utworze jest dla nas wielkim zaszczytem. Elton właśnie kończył serię występów zatytułowaną Red Piano w Las Vegas, więc przylecieliśmy tam i spędziliśmy razem kilka owocnych godzin. Gdy wszedłem do studia, zobaczyłem nuty do naszej piosenki na fortepianie Eltona: to bardzo wiele dla mnie znaczyło. Całe doświadczenie było magiczne.
Ze współpracy zadowolony był również John: Od lat podziwiam Jerry'ego Cantrella, więc gdy poprosił mnie o zagranie w utworze "Black Gives Way to Blue", było mi bardzo miło i nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności - mówił. Sesja nagraniowa z Alice in Chains była wspaniała, nagraliśmy piękną piosenkę.
Utwór był wykonywany na trasie promującej album, w skromniejszej aranżacji - tylko z akompaniamentem gitary akustycznej.


15. "The Devil Put Dinosaurs Here", (z albumu "The Devil Put Dinosaurs Here", 2013)

Dziwny tytuł utworu odnosi się do jeszcze dziwniejszej teorii, że skamieniałe szkielety dinozaurów zostały umieszczone na Ziemi przez szatana, aby ludzie wymyślili teorię ewolucji i przestali wierzyć w Boga. Jerry Cantrell, autor tekstu, skomentował to krótko: Ludzie wierzą w dużo gorsze bzdury. A ja mogę się tylko z tego śmiać, no bo co innego mi pozostaje? O samym tekście mówił natomiast: Religia sprawia, że ludzie robią cholernie głupie rzeczy. Nie potrafię zrozumieć tego, że według niektórych wiedza to zło, że identyfikują ją z szatanem. Ludzkość się rozwija, ale był czas, kiedy była pewna, że Ziemia jest płaska. I zanim wszyscy zaakceptowali fakt, że jest inaczej, wielu ludzi musiało za to ponieść śmierć. Ale na przykład spór między kreacjonistami a ewolucjonistami toczy się i dzisiaj, chociaż ewolucja została udowodniona i nie ma się już o co kłócić. Niektórzy ludzie nie potrafią popatrzeć na fakty i powiedzieć: "Ok, pomyliłem się".
Jak dotąd, utwór nie został ani razu wykonany na żywo.


17 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Tales from Topographic Oceans" (1973)



Już poprzedni album zespołu, "Close to the Edge", pokazywał skłonność muzyków do tworzenia przesadnie długich kompozycji. Jednak dopiero na "Tales from Topographic Oceans" członkowie grupy (z nowym perkusistą Alanem Whitem, następcą Billa Bruforda, który odszedł do King Crimson) poszli na całość. Ten dwupłytowy album wypełniają zaledwie cztery, za to trwające po około dwadzieścia minut, kompozycje. Całość została zainspirowana książką "Autobiografia jogina", która wpadła w ręce Jona Andersona podczas występów grupy w Japonii. Jego uwagę przykuła przede wszystkim czteroaspektowa, mistyczna filozofia "shastrick" obejmująca wszystkie dziedziny życia, której podstawą jest odkrywanie wiedzy przez studiowanie przeszłości. Każdemu z jej aspektów został poświęcony jeden utwór.

Niestety, rezultat jest bardzo przytłaczający. Wszystkie cztery kompozycje zlewają się w jedną, ponieważ brakuje w nich jakiś zapamiętywalnych motywów, każda ma też podobny nastrój. Różnią się właściwie tylko niuansami - "The Revealing Science of God (Dance of the Dawn)" opiera się na zespołowej współpracy, w "The Remembering (High the Memory)" nacisk położono na klawiszowe popisy Ricka Wakemana, w "The Ancient (Giants Under the Sun)" - na gitarę Steve'a Howe'a, a w "Ritual (Nous sommes du soleil)" uwypuklona została gra sekcji rytmicznej. To wszystko jest jednak niewielkim urozmaiceniem. Tak naprawdę cały zamysł "Tales from Topographic Oceans" można by zmieścić w jednym, najwyżej kilkunastominutowym utworze, składającym się z czterech - wyraźnie odrębnych - części. Wtedy miałoby to więcej sensu. A tak - naprawdę ciężko wysłuchać tego albumu w całości w skupieniu. Nawet słuchane osobno utwory mogą zanudzić słuchacza.

Ogólnie rzecz biorąc, "Tales from Topographic Oceans" jest albumem wyłącznie dla najwierniejszych fanów Yes. Choć i dla niektórych z nich może być zbyt trudny (czyt. nudny). To, co zaprezentował tutaj zespół, to ewidentny przykład przerostu formy nad treścią. Formy, która podzieliła nie tylko fanów grupy, ale również sam zespół. Przeciwnikiem nagrania takiego albumu był Rick Wakeman, optujący za bardziej zwięzłymi utworami. W rezultacie klawiszowiec podczas sesji nagraniowej spędzał więcej czasu w barze studia lub z grupą Black Sabbath, która obok nagrywała swój album "Sabbath Bloody Sabbath" (Wakeman nawet zagrał w jednym utworze, "Sabbra Cadabra"). Niedługo po wydaniu albumu odszedł na jakiś czas z Yes - oficjalnie aby poświęcić się karierze solowej.

Ocena: 4/10



Yes - "Tales from Topographic Oceans" (1973)

1. The Revealing Science of God (Dance of the Dawn); 2. The Remembering (High the Memory); 3. The Ancient (Giants Under the Sun); 4. Ritual (Nous sommes du soleil)

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Alan White - perkusja
Producent: Yes i Eddy Offord


15 lipca 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Moving Pictures" Rush

Najbardziej znany album Rush wyróżnia się nie tylko zawartą na nim muzyką, ale również interesującą, wieloznaczną okładką...


Zdjęcie widoczne na okładce wykorzystuje niejednoznaczność tytułu "Moving Pictures". Może on oznaczać "przenoszenie obrazów", jak i "poruszające obrazy". Zostało to jednak przedstawione w humorystyczny sposób i tak "poruszającymi" obrazami są: płonąca na stosie Joanna d'Arc (prawdopodobnie nawiązanie do utworu "Witch Hunt"), psy grające w pokera (obraz amerykańskiego malarza Cassiusa Marcellusa Coolidge'a z serii szesnastu obrazów olejnych zamówionych w 1903 roku przez firmę Brown & Bigelow na potrzeby kampanii reklamowej cygar), oraz logo zespołu, wcześniej wykorzystane na okładce singla "Closer to the Heart". Trzeba dodać, że obraz Joanny d'Arc to w rzeczywistości zdjęcie. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego obrazu, więc sam zdobyłem płótno, pal i dwa kije - mówił projektant okładki, Hugh Syme. Sesja zajęła nam pół godziny, nie mieliśmy innego wyjścia, tylko zrobić to sami. Do zdjęcia pozowała Deborah Samuel - fotograf odpowiedzialny za pozostałe zdjęcia z okładki "Moving Pictures".

Zdjęcie z rewersu okładki.

Zdjęcie z tylnej strony koperty albumu - sugerujące, że scenka z poprzedniego zdjęcia pochodzi z planu filmowego - ujawnia trzecie znaczenie tytułu "Moving Pictures" - "ruchome obrazy", czyli po prostu filmy. Mieliśmy kinowe podejście do komponowania muzyki - mówił wokalista i basista Rush, Geddy Lee. Staraliśmy się, by historie przedstawione w naszych utworach poruszały słuchacza. Ten tytuł pasował do tego, co chcieliśmy osiągnąć.

Oba zdjęcia zostały wykonane przed gmachem parlamentu Ontario w Queen's Park w Toronto. Zawierał wszystkie właściwe elementy - wyjaśniał wybór tego miejsca Hugh Syme. Ma trzy łuki, każdy z nich opiera się na trzech filarach. A Rush ma trzech członków. Koszt całej sesji wyniósł 9 tysięcy dolarów (przy obecnej wartości dolarów, byłoby to ok. 20 tysięcy). Wytwórnia odmówiła sfinansowania tak drogiej okładki, więc muzycy musieli zapłacić za nią z własnych kieszeni.

Zródło: theguardian.com
Niedawno na portalu internetowym dziennika "The Guardian" opublikowany został ciekawy artykuł, z galerią zdjęć z Google Maps, na które "naklejono" okładki albumów w miejscach, w których zostały wykonane.

Hugh Syme.
Hugh Syme współpracę z Rush rozpoczął już w 1975 roku, od stworzenia okładki albumu "Caress of Steel". Od tamtej pory odpowiadał za graficzną oprawę wszystkich kolejnych dzieł grupy. Grał w zespole Iana Thomasa kiedy go poznałem i miał tych samych menadżerów co my - mówił perkusista Neil Peart. Zobaczyłem prace Hugha, wykonane dla tej kapeli i od razu je polubiłem. Przedtem pracowałem z grafikiem Mercury nad okładką "Fly by Night", więc można powiedzieć, że zajmowałem się stroną graficzną naszych wydawnictw. Ciągle się tym zajmuję. Razem z Hughiem zaczęliśmy współpracę, a pomysłami wymienialiśmy się nawet poprzez telefon. To on stworzył okładki moich książek, instruktażowych DVD. Jest moim człowiekiem od grafiki.

Syme współpracował z Rush także jako muzyk - zagrał na albumach "2112" (syntezator w "2112: Overture", melotron w "Tears"), "Pernament Waves" (pianino w "Different Strings") oraz właśnie na "Moving Pictures" (syntezator w "Witch Hunt"). Jako grafik współpracował także z innymi wykonawcami. Tworzył okładki m.in. dla Whitesnake ("1987", "Slip of the Tongue", "Restless Heart"), Megadeth ("Countdown to Extinction", "Youthanasia", "Cryptic Writings", "The World Needs a Hero"), Aerosmith ("Get a Grip"), Iron Maiden ("The X Factor") i Dream Theater (np. "Octavarium").

13 lipca 2014

[Artykuł] Historie okładek: "The Number of the Beast" Iron Maiden

Ostatnio oglądałem dokument z serii "Klasyczne Albumy Rocka", poświęcony najbardziej znanemu dziełu Iron Maiden, "The Number of the Beast". Zainspirował mnie do poświęcenia kolejnej części cyklu "Historie okładek" właśnie ilustracji zdobiącej ten longplay. Wszystkie cytaty - z wyjątkiem wypowiedzi Dereka Riggsa - pochodzą z wspomnianego dokumentu.


Autorem okładki jest Derek Riggs - twórca postaci Eddiego i jedyny grafik współpracujący z zespołem w latach 1980-92. Ilustracja została przygotowana z myślą o singlu "Purgatory" (który promował poprzedni longplay grupy, "Killers"). Derek świetnie się spisał - mówił menadżer zespołu, Rod Smallwood. Ta ilustracja ma w sobie coś z obrazów Boscha. Uznaliśmy, że jest zbyt dobra [na singiel] i wykorzystamy ją na następnym albumie.

Riggs przyznawał, że grafika jest niedokończona, bo na jej wykonanie miał do dyspozycji jedynie jeden weekend (więcej na ten temat do przeczytania w części cyklu poświęconej okładce "Somewhere in Time" - link). Okładka przedstawia Eddiego trzymającego diabła na sznurkach, niczym marionetkę; tymczasem diabeł w ten sam sposób kontroluję mniejszą postać Eddiego. Kto tu kim manipuluje? - pytał retorycznie Dave Murray, a Adrian Smith wyjaśniał: Chodziło o to, że jeśli diabeł jest zły, to Eddie jeszcze gorszy. Inspiracją ilustracji - wg autora - był komiks z serii Doctor Strange.

Singiel "Purgatory" ozdobiła grafika przedstawiająca diabła zmieniającego się w Eddiego.

Okładki singla "Purgatory" i  reedycji albumu "The Number of the Beast".

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to kolor - mówił Smallwood w "Klasycznych Albumach Rocka". Na okładce pierwszego wydania [tło] jest niebieskie i wygląda beznadziejnie. Ludzie z EMI zawalili to w druku. Na reedycji albumu z 1998 roku zmieniono kolor chmur na szary.

Menadżer przyznawał także, że to okładka zadecydowała o wyborze tytułu albumu: Kiedy piosenki były gotowe, przejrzeliśmy tytuły. "The Number of the Beast" idealnie pasował do okładki.

Okładki singli "Run to the Hills" i "The Number of the Beast".

Postać diabła pojawia się także na okładkach singli promujących album. Na okładce płytki "Run to the Hills" widać Eddiego w trakcie walki z szatanem o władzę w piekle, jak tłumaczył Riggs. Eddie posługuje się w niej tomahawkiem - jest to aluzja do tekstu utworu, opowiadającego o Indianach (ale też nawiązanie do okładki albumu "Killers"). Kto wygrał walkę, dowiadujemy się z grafiki kolejnego singla, "The Number of the Beast", przedstawiającej maskotkę grupy, trzymającą odciętą głowę diabła.

12 lipca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Judas Priest

Jeden z najważniejszych zespołów heavy metalowych powrócił właśnie z nowym, bardzo udanym albumem "Redeemer of Souls". Poniższa lista zawiera natomiast najbardziej esencjonalne kompozycje grupy z wcześniejszego dorobku. Tradycyjnie nie umieściłem żadnych coverów, choć cudze utwory były ważnym elementem albumów zespołu z lat 70. ("Diamonds & Rust", "Better By You, Better Than Me" i "The Green Manalishi").

Judas Priest '78: Les Binks, K. K. Downing, Rob Halford, Glenn Tipton i Ian Hill.

1. "Victim of Changes" (z albumu "Sad Wings of Destiny", 1976)

Według wokalisty zespołu, Roba Halforda, ten utwór to esencja tego, czym jest Judas Priest. Kompozycja powstała z połączenia dwóch starszych utworów. Podstawę "Victim of Changes" stanowił utwór "Whiskey Woman" autorstwa pierwszego wokalisty grupy, Ala Atkinsa, w którym słychać oczywistą inspirację zeppelinowskim "Black Dog". Wolne balladowe przejście pochodzi natomiast z "Red Light Lady" - kompozycji Halforda z repertuaru jego poprzedniego zespołu, Hiroshima. Oprócz Atkinsa i Halforda, jako autorzy "Victim of Changes" wymienieni są gitarzyści grupy, K. K. Downing i Glenn Tipton.
"Whiskey Woman" był stałym punktem koncertów Judas Priest w latach 1972-75, następnie został zastąpiony przez "Victim of Changes", który do dnia dzisiejszego jest regularnie wykonywany na żywo. Według portalu setlist.fm jest to najczęściej wykonywana kompozycja grupy.
W 1998 roku Al Atkins nagrał własną wersję "Victim of Changes" na tak samo zatytułowany album, zawierający właśnie utwory z czasów, gdy był wokalistą Judas Priest.


2. "The Ripper" (z albumu "Sad Wings of Destiny", 1976)

Jeden z pierwszych utworów napisanych dla grupy przez Glenna Tiptona, tuż po jego dołączeniu. Pierwotna wersja była znacznie wolniejsza i trwała około ośmiu minut (ta powszechnie znana ma długość poniżej trzech). Kawałek nie trafił na debiutancki album zespołu, "Rocka Rolla", ponieważ został odrzucony przez jego producenta, Rodgera Baina.
Bohaterem utworu jest słynny seryjny morderca, Kuba Rozpruwacz (ang. Jack the Ripper). Tekst napisany jest z jego perspektywy.
Od tytułu tego utworu pochodzi pseudonim Tima "Rippera" Owensa - wokalisty, który w latach 1996-2003 zastępował Roba Halforda.
"The Ripper" był jedynym singlem promującym album "Sad Wings of Destiny". Nie odniósł sukcesu, ale na stałe wszedł do koncertowego repertuaru grupy (nie był jednak wykonywany na niektórych trasach).


3. "Epitaph" (z albumu "Sad Wings of Destiny", 1976)

Najbardziej nietypowy utwór w dorobku zespołu, z harmoniami wokalnymi w stylu grupy Queen i pianinem stanowiącym jedyny akompaniament. Na instrumencie zagrał Glenn Tipton. On też jest podpisany jako jedyny autor utworu. Prawdopodobnie za tekst odpowiada jednak Halford.
Nie ma miejsc dla dzieci w naszych nowoczesnych miastach, brakuje też miejsca dla starszych ludzi - tłumaczył wokalista znaczenie tekstu. To dla mnie bardzo frustrujące, widzieć jak ci ludzie są zmuszani do życia swoim życiem. Właśnie z tych obserwacji powstał utwór "Epitaph". Teksty mają dla mnie istotne znaczenie. Słowa muszą coś znaczyć, wyrażać moje uczucia. Podobnie jak Glenn może cię uszczęśliwić lub zasmucić swoją grą na gitarze, tak samo powinno być z tekstami. Muzyka powinna odzwierciedlać to, co wyrażone jest w tekście.
Utwór nie został nigdy wykonany na żywo, nawet na trasie Epitaph Tour, której dał nazwę.


4. "Dissident Aggressor" (z albumu "Sin After Sin", 1977)

Utwór w pewnym sensie wyprzedzający swoją epokę, wyjątkowo ciężki jak na rok powstania. Jest kompletnie dziki, bardzo agresywny - przyznawał basista Ian Hill. O tym, jak wielki wpływ wywarł chociażby na powstanie thrash metalu, świadczy zcoverowanie go przez grupę Slayer (na albumie "South of Heaven", 1988). Co jednak ciekawe, cover ten nie dorównuje agresją oryginalnej wersji...
Tekst utworu najprawdopodobniej opowiada o II wojnie światowej z perspektywy niemieckiego żołnierza.
Utwór został wydany na singlu w Japonii, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. W pierwszym z tych krajów był stroną A singla, na stronie B znajdował się natomiast cover "Diamonds and Rust" z repertuaru Joan Baez; w dwóch pozostałych krajach utwory były zamieszczone odwrotnie.
"Dissident Aggressor" na żywo był grany tylko w latach 2008-09. W 2010 roku jego koncertowa wersja (z albumu "A Touch of Evil: Live") zdobyła nagrodę Grammy w kategorii "Best Metal Performance".


5. "Beyond the Realms of Death" (z albumu "Stained Class", 1978)

Jedyny utwór Judas Priest skomponowany przez perkusistę Lesa Binksa. Pewnego razu przyszedł do studia, wziął jedną z gitar - musiała być moja, ponieważ Glenn nie dopuszczał nikogo do swoich - i zagrał ten riff - wspominał Downing. Pomyśleliśmy: "Całkiem niezłe, zróbmy z tego piosenkę". Nie mam pojęcia jak na to wpadł. Nigdy nie słyszałem, aby zagrał coś innego na gitarze. W innym wywiadzie Downing przyznawał, że Binks wymyślił wszystkie gitarowe partie "Beyond the Realms of Death", z wyjątkiem solówek.
Lubię ten tytuł, brzmi złowrogo - twierdzi Halford. Napisany przez niego tekst opowiada o osobie cierpiącej na depresję, która w końcu umiera, najprawdopodobniej z własnej ręki. Zostało to wykorzystane przeciwko zespołowi w słynnym procesie z 1990 roku. Grupa była oskarżona o przyczynienie się do śmierci dwóch nastolatków, którzy w 1985 roku postanowili popełnić samobójstwo. Wcześniej przez kilka godzin spożywali alkohol, palili marihuanę i - podobno - słuchali utworu "Better By You, Better Than Me" (cover Spooky Tooth, wersja Judas Priest także znalazła się na albumie "Stained Class"), w którym, po odtworzeniu wspak, słychać ponoć słowa "do it" - "zrób to". Zespół został uniewinniony.
Niektóre wersy "Beyond the Realms of Death", w rodzaju "Is nothing worth this bitter cost", sugerują raczej przesłanie anty-samobójcze. W jednym z wywiadów Halford stwierdził, że gdyby zamieszczał jakieś podprogowe rozkazy w utworach, to raczej zachęcałyby one do kupowania płyt, a nie popełniania samobójstw.
Utwór zamyka pierwszą dziesiątkę najczęściej wykonywanych przez zespół utworów. Był grany na niemal wszystkich trasach, począwszy od 1978 roku (z wyjątkiem odbywających się w latach 1982-86 i 2008-09).


6. "Living After Midnight" (z albumu "British Steel", 1980)

12. miejsce na UK Singles Chart czyni z "Living After Midnight" drugi brytyjski przebój Judas Priest (pierwszym był dziś już raczej zapomniany "Take on the World" z albumu "Killing Machine", który doszedł do 14. miejsca). W Stanach utwór nie był notowany, chociaż cieszył się tam sporą popularnością. Tamtego lata jeździliśmy prywatnie po Stanach - mówił Glenn Tipton w odcinku "Klasycznych Albumów Rocka" poświęconym "British Steel". Wszędzie słyszeliśmy ten utwór. W parkach, nad jeziorami i w samochodach. Przebój lata. Dobrze się kojarzył, wpadał w ucho, był optymistyczny. Słuchali go wszyscy.
Ten kawałek powstał w Tittenhurst Park, w domu Ringo Starra [a wcześniej Johna Lennona] - opowiadał Tipton w tym samym dokumencie. Rob poszedł na górę spać. My graliśmy jakieś riffy. Ciągle go budziliśmy. Wreszcie uznał, że nie ma wyboru i zabrał się do roboty. Napisał wtedy [tekst] "Living After Midnight". Ale nie skarżył się, że nie mógł przez nas spać, bo wszyscy lubiliśmy pracować w nocy. Halford przyznawał: Zawsze byłem nocnym Markiem. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy, gdy gaśnie słońce i wschodzi księżyc. To najlepszy czas do pracy i zabawy.
Utwór zaczyna się nietypowo, od refrenu. Dziś wiele piosenek zaczyna się od refrenu, ale to był nasz pomysł, żeby zmienić kolejność - twierdzi wokalista.
Utwór zajmuje dopiero 8. miejsce na liście najczęściej wykonywanych utworów przez zespół.


7. "Breaking the Law" (z albumu "British Steel", 1980)

To nasz hymn - mówił Halford w "Klasycznych Albumach Rocka". Nadal robi wrażenie. Fajnie się to gra, zwłaszcza gdy policjanci kołyszą się do rytmu. Bezrobocie - o to chodzi w tym kawałku. O frustrację związaną ze zmianą środowiska. Gdy kończysz szkołę i widzisz, że obiecano ci tyle rzeczy, a nic się nie spełniło. Albo tyrasz jak wół i nie możesz się przebić, więc jesteś wściekły. Łamiesz prawo.
Kawałek, który brzmi naprawdę ciężko, ale ma popowy rytm - opisywał utwór producent Tom Allom w tym samym dokumencie. Wiedzieliśmy, że to idealny utwór na singiel. Nagraliśmy heavy metalowy przebój. Podobnie jak "Living After Midnight", "Breaking the Law" doszedł do 12. miejsca na UK Singles Chart. Żaden późniejszy singiel grupy nie doszedł tak wysoko na tej liście.
W utworze pojawia się dużo smaczków, w postaci efektów dźwiękowych. Słychać tłuczoną flaszkę po piwie, policyjne syreny - mówił Halford. To historia opowiedziana dźwiękiem. Moje teksty zawsze przypominają krótki film, do którego nagrywamy wieloplanową ścieżkę dźwiękową. Butelki i policyjne syreny wzmacniają treść przekazu. Zespół sam stworzył wszystkie efekty. Zrekonstruowaliśmy wszystkie dźwięki - przyznawał Downing. Syreny policyjnych radiowozów wygrywałem na gitarze, podciągając struny, bo nie mieliśmy efektów dźwiękowych, które by pasowały do tego kawałka. Taka praca to zabawa - tłukliśmy butelki po mleku.
"Breaking the Law" jest drugim najczęściej wykonywanym na żywo utworem przez grupę.


8. "You've Got Another Thing Comin'" (z albumu "Screaming for Vengeance", 1982)

Jedyny utwór Judas Priest, który został odnotowany na amerykańskiej liście najlepiej sprzedających się singli (67. miejsce), a także największy przebój grupy na tamtejszej liście Mainstream Rock Tracks (4. miejsce). W Wielkiej Brytanii utwór nie powtórzył sukcesu singli z "British Steel" (doszedł do 66. miejsca).
Sami muzycy początkowo nie docenili potencjału utworu i traktowali go jako odrzut. Do czasu, kiedy okazało się, że album "Screaming for Vengeance" jest trochę za krótki i trzeba coś jeszcze na nim umieścić. Potrzebowaliśmy jakiegoś trzy-, czterominutowego wypełniacza - wyjaśniał Ian Hill.
Tekst utworu jest równie banalny, co jego wyjaśnienie przez Roba Halforda: Jeśli czegoś chcesz, musisz na to zapracować, bo jeśli będziesz siedział bezczynnie, niczego nie dostaniesz.
Pod względem muzycznym, "You've Got Another Thing Comin'" ociera się o plagiat "Can't Live Without You" grupy Scorpions. Co ciekawe, kiedy zespół wydał składankę "The Chosen Few" (2011), na którą wyboru utworów dokonali muzycy innych zespołów, wokalista Scorpions, Klaus Meine, wybrał właśnie "You've Got Another Thing Comin'".
Utwór wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy.


9. "The Hellion"/"Electric Eye" (z albumu "Screaming for Vengeance", 1982)

"The Hellion" to 40-sekundowe intro albumu, oparte na gitarowym duecie Downinga i Tiptona, które płynnie przechodzi w "Electric Eye" - typowo judasowy, rozpędzony kawałek. "The Hellion" i "Electric Eye" oryginalnie nie miały tworzyć całości - wyjaśniał K.K. Downing. Chcieliśmy rozbudować "The Hellion", aby była piosenką samą w sobie, bo jeśli przyjrzeć się tym dwóm utworom, słychać pomiędzy nimi kontrast. Później postanowiliśmy jednak skleić ją w całość z "Electric Eye".
"The Hellion" i "Electric Eye" stały się obowiązkowymi punktami koncertów grupy - pierwszy z nich nigdy jednak nie został wykonany przez muzyków, zawsze gra z playbacku.
Również na singlu "Electric Eye" jest poprzedzony przez "The Hellion" (płytka doszła do 38. miejsca na amerykańskim Mainstream Rock Tracks).


10. "Freewheel Burning" (z albumu "Defenders of the Faith", 1984)

Kolejny szybki kawałek! - opisywał go Glenn Tipton. Przyczyniliśmy się do powstania takiej muzyki i myślę, że takie utwory stały się naszym znakiem firmowym. Tworzenie ich było dla Priest czymś naturalnym. Pierwotny tytuł utworu brzmiał "Fast and Furious", ze względu na jego speed metalowe tempo, jak wyjaśniał Halford.
Utwór został wydany na singlu i doszedł do 42. miejsca na UK Singles Chart. Na żywo był wykonywany w latach 1983-86 i 2009.


11. "Turbo Lover" (z albumu "Turbo", 1986)

Po nagraniu kilku stricte heavy metalowych płyt, w połowie lat 80. muzycy postanowili odświeżyć swoje brzmienie - poprzez dodanie do niego syntezatorów gitarowych. Jak bardzo zmieniła się przez to muzyka zespołu, pokazywał już pierwszy singiel promujący album "Turbo", "Turbo Lover".
To świetny utwór do słuchania podczas jazdy - mówił Halford. Wokalista wyjaśniał także, że tytuł odnosi się do tzw. doładowania Twin Turbo, czyli systemu system dwóch działających równolegle turbosprężarek w silniku samochodu. Było to wtedy bardzo popularne - wyjaśniał Hill. Ken i Glenn kupili sobie Porsche Turbo. Ja kupiłem nawet odkurzacz, ponieważ było na nim słowo "turbo"!
"Turbo Lover", pomimo swojego ewidentnie komercyjnego charakteru, nie stał się przebojem. W Wielkiej Brytanii i Stanach singiel przeszedł niezauważony. Został odnotowany jedynie w Kanadzie, na niskiej, 50. pozycji.
Utwór był wykonywany na większości tras w latach 1986-2012.


12. "Blood Red Skies" (z albumu "Ram It Down", 1988)

"Victims of Changes", wersja 1988 - twierdził Glenn Tipton. Rob Halford natomiast wyjaśniał: "Blood Red Skies" to wyjątkowy utwór. Łączy w sobie ciemne i jasne cechy heavy metalu, zupełnie jak "Victims of Changes". Zaczyna się nieco dziwnie, z atmosferyczne brzmiącymi bębnami [z automatu perkusyjnego]. Opowiada historię o robotach z pneumatycznymi palcami i promieniami laserowymi. To metalowe fantasy, w którym Priest jest najlepszy.
Kompozycja należy do najpopularniejszych utworów zespołu, chociaż nigdy nie została wydana na singlu i nie była wykonywana na żywo aż do pożegnanej trasy Epitaph Tour (2011/12).


13. "Painkiller" (z albumu "Painkiller", 1990)

Najbardziej agresywny utwór w dorobku grupy, z Halfordem śpiewającym ostrzej i wyżej niż w jakimkolwiek innym kawałku, oraz z niesamowicie intensywną grą nowego perkusisty, Scotta Travisa. [To] typowy utwór metalowy, o fantastycznym stworzeniu, które uosabia metal: zło, energia i zniszczenie - mówił wokalista. Zawsze lubiłem szybkie utwory - przyznawał Tipton. Nagrywaliśmy w różnych metalowych stylach, ale przede wszystkim jesteśmy znani z takich kawałków, jak "Painkiller".
Utwór był pierwszym singlem promującym album (74. miejsce na UK Singles Chart). Został także nominowany do nagrody Grammy w kategorii "Best Metal Performance", ale przegrał na rzecz Metalliki i ich przeróbki "Stone Cold Crazy" z repertuaru Queen.
"Painkiller" był regularnie wykonywany na żywo w latach 1990-2012.


14. "A Touch of Evil" (z albumu "Painkiller", 1990)

Jedna z najlepszych power ballad, jakie stworzyliśmy - twierdził Halford. To utwór o miłości. Mamy takich wiele, chociaż nigdy nie pada w nich słowo "miłość". Na pierwszy rzut oka, tekst opowiada raczej o takich rzeczach, jak opętanie czy czarna magia.
Główny riff utworu wymyślił producent albumu, Chris Tsangarides. Reszta utworu została napisana przez Halforda, Tiptona i Downinga. "A Touch of Evil" to jedyny utwór z tego albumu, w którym pojawiają się syntezatory. Zagrał na nich Don Airey, obecny klawiszowiec Deep Purple, wcześniej występujący m.in. z Rainbow, Ozzym Osbournem i Garym Moorem.
Utwór został wydany na singlu i odniósł całkiem spory sukces (58. miejsce na UK Singles Chart, 29. na Mainstream Rock Tracks). Na żywo był wykonywany w latach 1990-2005.


15. "Judas Rising" (z albumu "Angel of Retribution", 2005)

Znaczenie tytułu jest oczywiste - po kilkunastu latach przerwy, do zespołu powrócił jego najbardziej rozpoznawalny wokalista, Rob Halford. Tak naprawdę nie jest to żadna deklaracja - twierdził jednak Halford. Dodawał, że tekst dotyczy anioła, który pojawia się na okładce albumu. Zgodnie ze słowami muzyków z różnych wywiadów, jest to ten sam anioł, który pojawił się na okładce albumu "Sad Wings of Destiny". [Tam] był bardzo przygnębiony, w smutnym otoczeniu, a teraz powraca w pełnym majestacie i chwale, pełny optymizmu i energii - mówił Halford.
"Judas Rising" był wykonywany na trasach z lat 2005/06 i 2011/12.


11 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Close to the Edge" (1972)



Na dwóch poprzednich albumach grupy, "The Yes Album" i "Fragile", najlepiej wypadły dłuższe, bardziej rozbudowane kompozycje. Nagrywając kolejny longplay, muzycy postanowili pójść na całość i całkiem zrezygnować z krótszych kawałków. W rezultacie "Close to the Edge" to tylko trzy utwory: 18-minutowa tytułowa suita na stronie A, oraz około 9-minutowe "And You and I" i "Siberian Khatru" na stronie B. Takie rozwiązanie nie okazało się jednak dobrym pomysłem. Zespół popełnił tu chyba wszystkie możliwe błędy, jakie mogą zniechęcać do rocka progresywnego. Przede wszystkim całość jest zbyt pompatyczna. Klasyczny przykład przerostu formy nad treścią. Szczególnie w przypadku "And You and I" - kawałek trwa 10 minut, a praktycznie nic się w nim nie dzieje. Równie dobrze mógłby się kończyć po trzech, czterech minutach - i tak byłaby to tylko nudna, smętna ballada.

W "Siberian Khatru" zespół przesadził w drugą stronę - przeładował nagranie mnóstwem instrumentalnych popisów, zmian rytmu, motywów, itd. W tym wszystkim ginie to, co najważniejsze - melodia. Podobne podejście wypadło o wiele lepiej w tytułowym "Close to the Edge" - tutaj też jest mnóstwo zwrotów akcji i długich solówek, ale całość jest bardziej poukładana. Łatwiej wyłapać w niej melodię i kilka naprawdę świetnych fragmentów - jak ten przerażający motyw organów z trzynastej minuty, który mógłby stanowić ścieżkę dźwiękowa jakiegoś horroru. W ogóle dużo tutaj błyskotliwych popisów Ricka Wakemana. Co nie znaczy, że pozostali instrumentaliści dają się całkiem zepchnąć na dalszy plan... Szkoda, że muzycy nie ograniczyli się do tej jednej rozbudowanej kompozycji i nie wydali jej w otoczeniu kilku krótszych kawałków.

Członkowie zespołu, fani grupy i rocka progresywnego w ogóle, a nawet krytycy, uznają "Close to the Edge" za arcydzieło. Według mnie jest to album nagrany na siłę - byle tylko utwory były jak najdłuższe i najbardziej rozbudowane, nawet jeśli muzycy nie mieli na nie wystarczająco dużo pomysłów. Mimo wszystko daję ocenę pozytywną - za utwór tytułowy, który w końcu stanowi blisko połowę całości.

Ocena: 6/10



Yes - "Close to the Edge" (1972)

1. Close to the Edge; 2. And You and I; 3. Siberian Khatru

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja
Producent: Yes i Eddy Offord


10 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Fragile" (1971)



"Fragile" to mój ulubiony album Yes. O ile nie potrafię się przekonać do większości - nawet tych najbardziej klasycznych i kultowych - albumów tej grupy (głównie przez wokal Jona Andersona, nadmierny patos, a czasem wręcz kicz), tak do tego jednego longplaya nawet zdarza się mi się wracać i co więcej, sprawia mi to pewną przyjemność. "Fragile" nagrany został po kolejnej zmianie składu. Klawiszowca Tony'ego Kaya zastąpił Rick Wakeman - z pewnością bardziej utalentowany, klasycznie wyszkolony muzyk, mający jednak tendencję do przesadnego eksponowania swoich umiejętności. To właśnie w znacznym stopniu jemu "zawdzięczamy" tę yesową pretensjonalność. Na "Fragile" na szczęście występuje ona jedynie w śladowych ilościach, jakby Wakeman nie był jeszcze do końca pewien swojej pozycji w zespole.

Album składa się z dziewięciu "normalnych", przeważnie dość rozbudowanych kompozycji, oraz pięciu "solowych" miniaturek, będących prezentacją każdego z muzyków.  Całość rozpoczyna jeden z najbardziej znanych utworów grupy, "Roundabout". W skróconej wersji singlowej był to całkiem spory przebój (13. miejsce w Stanach). Tutaj jest to ponad ośmiominutowa kompozycja, z wieloma zmianami tempa i nastroju, od fragmentów akustycznych, po niemal hardrockowe granie, oparte na galopującym basie Chrisa Squire'a. W warstwie instrumentalnej dzieje się naprawdę sporo dobrego, muzycy doskonale ze sobą współpracują, nie unikając solowych popisów. Już w tym utworze zwraca uwagę bogatsze brzmienie - nowy klawiszowiec stosuje szersze instrumentarium, nie tylko organy i pianino, lecz także melotron i syntezator. Równie świetnie wypada "South Side of the Sky" - dynamiczny, chwytliwy, dość ciężki brzmieniowo i znów progrockowo skomplikowany. Zaskakująco dobrze wypada partia wokalna Andersona. Podobnie zresztą jest w finałowym, najdłuższym na płycie "Heart of the Sunrise". To kolejny bardzo dobry utwór, z ciekawymi zwrotami akcji i długimi solówkami. Piękny finał i doskonałe podsumowanie całości. Znacznie krótszy, niemal piosenkowy i nie tak dobry, jak trzy wymienione wyżej utwory, jest natomiast "Long Distance Runaround". Uwagę zwracają jednak ciekawe unisona gitary i basu.

Całości dopełniają wspomniane miniaturki, nieco psujące spójność albumu. Na plus wyróżniają się akustyczny "Mood for a Day" Steve'a Howe'a, oraz "Cans and Brahms" Wakemana, będący transkrypcją fragmentów trzeciej części "IV Symfonii e-moll" Johannesa Brahmsa na cały szereg instrumentów klawiszowych. Zdecydowanie mniej przekonują mnie "We Have Heaven", z wielokrotnie nałożonymi na siebie partiami wokalnymi Andersona (zazwyczaj nie mogę znieść jego śpiewu z podkładem instrumentalnym, a co dopiero a cappella), oraz połamany rytmicznie "Five Per Cent for Nothing" Billa Bruforda, który po prostu jest zbyt krótki (trwa 35 sekund), żeby cokolwiek z niego wynikało. Pozostaje jeszcze "The Fish (Schindleria Praematurus)" Squire'a, która de facto nie jest osobnym utworem, a wyodrębnionym jako osobna ścieżka zakończeniem "Long Distance Runaround", z nieco bardziej uwypukloną partią basu.

"Fragile" to pierwszy klasyczny album Yes, pozostający jednak nieco w cieniu następnego w dyskografii "Close to the Edge". Moim zdaniem zupełnie niesłusznie. "Fragile" może i nie jest tak spójny (a wręcz jest bardzo niespójny), za to jego najlepsze fragmenty to dla mnie szczyt kompozytorskich i wykonawczych umiejętności tego zespołu, bez patosu, pretensjonalności i kiczu późniejszych dokonań.

Ocena: 8/10



Yes - "Fragile" (1971)

1. Roundabout; 2. Cans and Brahms; 3. We Have Heaven; 4. South Side of the Sky; 5. Five Per Cent for Nothing; 6. Long Distance Runaround; 7. The Fish (Schindleria Praematurus); 8. Mood for a Day; 9. Heart of the Sunrise

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Yes i Eddy Offord


9 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "The Yes Album" (1971)



Pierwszy klasyczny album Yes - grupa prezentuje tutaj swoje bardziej dojrzałe oblicze, już stricte prog rockowe, na co niemały wpływ miało pojawienie się w składzie nowego gitarzysty, Steve'a Howe'a. Potencjał tego składu pokazuje już otwierający longplay "Yours Is No Disgrace", będący dziełem całego kwintetu. To prawie dziesięciominutowa kompozycja, pełna zmian motywów i nastroju, bogata aranżacyjnie - zwłaszcza jeśli chodzi o wykorzystanie przeróżnych instrumentów klawiszowych. Jak zwykle u Yes, najsłabszym elementem jest partia wokalna - tym razem nie psuje ona jednak ogólnego wrażenia, a i tak przeważa tu granie instrumentalne. W całości instrumentalny jest natomiast kolejny utwór, "Clap", ale to akurat dość nudny - i mało rockowy - popis Steve'a Howe'a na gitarze akustycznej.

"Starship Trooper" to kolejna długa, ponad dziewięciominutowa kompozycja. Która jednak w przeciwieństwie do "Yours Is No Disgrace" jest wyraźnie podzielona na trzy różne części: piosenkowy "Life Seeker", oparty głównie na akustycznym akompaniamencie "Disillusion", oraz instrumentalny, monotonny (przynajmniej do czasu pojawienia się gitarowej solówki) "Würm". Spokojnie mogłyby to być trzy osobne utwory. Nieco krótszy "I've Seen All Good People" także składa się z dwóch osobnych części: akustycznej "Your Move" i mocniejszej "All Good People". Pomimo takiej struktury jest to raczej prosta, melodyjna piosenka, niż rozbudowany utwór, jakiego można by się spodziewać.

"A Venture", najkrótszy obok "Clap" z zawartych tu utworów, zdradza silną inspirację jazzem. Wyróżnia się także najbardziej irytującą partią wokalną Andersona. Na koniec pojawia się jeszcze jeden rozbudowany, zróżnicowany utwór, "Perpetual Change". Z początku jest w nim dość dużo śpiewu, ale w drugiej połowie pojawia się więcej grania instrumentalnego, pozwalającego odpocząć od męczącego wokalu. Są tu naprawdę ładne solówki Howe'a i kilka zaskakujących zwrotów akcji. Wyraźnie słychać też syntezatory Mooga - wciąż będące wtedy nowością w świecie muzyki rockowej. Klawiszowiec Tony Kaye nie był jednak ich zwolennikiem - w przeciwieństwie do Andersona - przez co wyleciał z zespołu niedługo po wydaniu tego albumu.

"The Yes Album" pod względem muzycznym znacznie przebija poprzednie wydawnictwa grupy. Partie wokalne pozostają najsłabszym ogniwem twórczości zespołu, ale nawet one nie są w stanie zaszkodzić tak dobrym utworom, jak "Yours Is No Disgrace" czy "Perpetual Change".

Ocena: 7/10



Yes - "The Yes Album" (1971)

1. Yours Is No Disgrace; 2. Clap; 3. Starship Trooper; 4. I've Seen All Good People; 5. A Venture; 6. Perpetual Change

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja
Gościnnie: Colin Goldring - flet (4)
Producent: Yes i Eddy Offord


8 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Time and a Word" (1970)



Plus tego albumu to mocniejsze brzmienie w porównaniu z debiutem. Minusem jest natomiast udziwnienie go poprzez dodanie orkiestry w większości utworów (pomysł Jona Andersona). Głównym problemem pozostaje jednak głos wokalisty. Dobrze słychać to na przykładzie kawałka "Everydays" z repertuaru Buffalo Springfield. Pierwsze dwie i pół minuty z okropnym jęczeniem wokalisty i nużącym podkładem muzycznym jest mi naprawdę ciężko wysłuchać w całości. Ale potem następuje nagły zwrot akcji - zaczyna się wyjątkowo ciężka, jak na ten zespół, część instrumentalna. Jest to kawał naprawdę solidnego, prawdziwie rockowego grania. Takie kontrasty, pomiędzy fragmentami z wokalem i bez, cechują sporą część tego albumu. Utwory "No Opportunity Necessary, No Experience Needed" (cover Richiego Havensa), "Then", "The Prophet" czy "Astral Traveller" są świetną prezentacją umiejętności instrumentalistów, które jednak wiele tracą przez odpychające partie wokalne i nie pasujące do nich orkiestracje.

Okładka wydania amerykańskiego
(ze zdjęciem wykonanym już po
zmianie gitarzysty na Steve'a Howe'a).
Właściwie jedynym utworem, w którym śpiew Andersona nie drażni aż tak bardzo, jest tytułowy "Time and a Word". Całkiem przyjemna piosenka, wzbogacona brzmieniami akustycznymi, do której taki sposób śpiewania akurat pasuje. Szkoda tylko, że w finale znów niepotrzebnie odzywa się orkiestra... Ale i tak jest nieźle - zwłaszcza na tle takich koszmarków, jak "Sweet Dreams" i "Clear Days". Ten pierwszy to banalny kawałek napisany z myślą wydania go na singlu, w którym Anderson przechodzi samego siebie, jeśli chodzi o śpiewanie głosem kastrata. Choć ciężko w to uwierzyć, w drugim z tych utworów śpiewa jeszcze gorzej. A akompaniament stanowi wyłącznie mdła, do bólu kiczowata orkiestracja. Tak żałosnych kompozycji nie stworzył w tamtym czasie chyba żaden inny zespół rockowy.

Nie spodziewałem się po "Time and a Word" niczego rewelacyjnego, ale ten album to jakieś nieporozumienie. Podobnie jak debiutancki "Yes", drugi longplay zespołu brzmi po prostu staroświecko w porównaniu z innymi albumami wydanymi w tamtym czasie. Natomiast przez te wszystkie orkiestracje w pełni zasługuje na miano "najbardziej kuriozalnego albumu 1970 roku". Jeśli nie całej dekady.

Ocena: 3/10



Yes - "Time and a Word" (1970)

1. No Opportunity Necessary, No Experience Needed; 2. Then; 3. Everydays; 4. Sweet Dreams; 5. The Prophet; 6. Clear Days; 7. Astral Traveller; 8. Time and a Word

Skład: Jon Anderson - wokal; Peter Banks - gitara; Chris Squire - bass; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja
Gościnnie: David Foster - dodatkowy wokal (4), gitara akustyczna (8)
Producent: Tony Colton


7 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Yes" (1969)



Yes nigdy nie należał do moich ulubionych zespołów i nic nie zapowiada, aby miało się to kiedykolwiek zmienić. Na przeszkodzie stoją dwa czynniki, które niestety są także najbardziej charakterystycznymi cechami twórczości grupy. Po pierwsze - irytujący wokal Jona Andersona, posługującego się falsetem. Gdybym miał stworzyć listę najgorszych wokalistów rockowych, bez większego namysłu umieściłbym go na którymś z czołowych miejsc. Owszem, nie on jeden śpiewa w taki "babski" sposób. Na myśl od razu przychodzi Geddy Lee z Rush - tyle, że akurat on potrafi wykorzystać swój wysoki głos, aby podkreślić moc muzyki. Tymczasem Anderson śpiewa zupełnie beznamiętnie, niedynamicznie. W tym miejscu dochodzimy do drugiego czynnika, czyli samej muzyki. Ją również zawsze postrzegałem jako beznamiętną, jakąś taką wygładzoną i grzeczną. Pod tym względem Yes znacznie odstaje od innych grup zaliczanych do rocka progresywnego, których muzyka była o wiele bardziej intensywna - mam na myśli Pink Floyd, King Crimson, ELP, a nawet Genesis (o Rush nawet nie wspominam, bo korzenie tej grupy to stuprocentowy hard rock).

Okładka wydania amerykańskiego.
Debiutancki album Yes dość mocno tkwi w rocku psychodelicznym, choć zdarzają się także wycieczki w stronę jazzu (przede wszystkim w "I See You"). Dominują tutaj raczej proste utwory, jak "Beyond & Before", "Looking Around" czy spokojniejsze "Yesterday and Today" i "Sweetness". Czasem pojawia się nawet trochę ostrzejszych brzmień gitarowych (np. "Beyond & Before", początek beatlesowskiego "Every Little Thing"), szkoda tylko, że łagodzonych przesłodzonymi melodiami partii wokalnych. Najciekawiej wypadają tutaj te bardziej rozbudowane kompozycje - "I See You", "Harold Land" i "Survival" - w których jest dużo grania instrumentalnego. Zwłaszcza ten pierwszy (oryginalnie wykonywany przez The Byrds) okazuje się naprawdę porywający. Momentami nawet wokal Andersona staje się bardziej przyswajalny (czyt. niższy).

Brzmienie albumu "Yes" już w chwili wydania było nieco archaiczne. Rok 1969 to czas wielkiego przełomu w muzyce rockowej, spowodowanego m.in. wydaniem takich albumów, jak "Abbey Road" Beatlesów, "In the Court of the Crimson King" King Crimson, oraz dwóch pierwszych dzieł Led Zeppelin. Debiut Yes należy jeszcze do poprzedniej muzycznej epoki. Co nie zmienia faktu, że całkiem nieźle by się tego słuchało - gdyby tylko śpiewał tu jakikolwiek inny wokalista.

Ocena: 5/10



Yes - "Yes" (1969)

1. Beyond & Before; 2. I See You; 3. Yesterday and Today; 4. Looking Around; 5. Harold Land; 6. Every Little Thing; 7. Sweetness; 8. Survival

Skład: Jon Anderson - wokal; Peter Banks - gitara; Chris Squire - bass; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja
Producent: Paul Clay


5 lipca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Emerson, Lake & Palmer

W tej części "Najważniejszych utworów" musiałem złamać żelazną zasadę nieumieszczania na liście utworów, które oryginalnie wykonywali inny wykonawcy. Twórczość supergrupy ELP - tworzonej przez klawiszowca Keitha Emersona (ex-The Nice), wokalistę/basistę (i okazjonalnie gitarzystę) Grega Lake'a (ex-King Crimson), oraz perkusistę Carla Palmera (ex-Atomic Rooster) - to w sporej części transkrypcje muzyki poważnej na rockowe instrumentarium (poniższa lista zwiera dwa takie utwory). Oczywiście muzycy pisali także własne kompozycje, z różnym efektem, ale często naprawdę niezłym, czego dowodem utwory z poniższej listy.

Keith Emerson, Greg Lake i Carl Palmer.

1. "Take a Pebble" (z albumu "Emerson, Lake & Palmer", 1970)

Najdłuższy utwór z debiutu grupy został napisany przez Grega Lake'a, a następnie zaaranżowany przez cały zespół, dzięki czemu nabrał wielkiego rozmachu. Utwór rozpoczyna się balladowo, partii wokalnej towarzyszy tylko pianino Emersona, do którego stopniowo dochodzi perkusja i bass. Po około dwóch i pół minuty rozpoczyna się jazzujący fragment instrumentalny, a następnie dłuższa część folkowa, oparta głównie na akompaniamencie gitary akustycznej. Dalej pojawia się kolejna jazzowa improwizacja muzyków, a na zakończenie wraca balladowy temat z partią wokalną.
Kompozycja została opatrzona poetyckim tekstem Lake'a o przemijaniu. Być może najlepszym, jaki kiedykolwiek napisał. Zresztą pisanie słów nie było jego najmocniejszą stroną. Nie miałem żadnych wątpliwości co do Grega, jeśli chodziło o jego wokalne możliwości - mówił Keith Emerson. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że tak trudno będzie mu napisać teksty. Jest autorem, który ma bardzo głębokie myśli. Jak sądzę, potrzebował trochę więcej czasu. A ja byłem przyzwyczajony, że po prostu szedłem do mojego poprzedniego wokalisty-basisty [Lee Jacksona z The Nice] i mówiłem mu: "Mógłbyś mi napisać tekst do tego kawałka?". I po jakichś czterech dniach przychodził z gotowym pomysłem. Ale nie dało się tak pracować z Gregiem. W związku z tym stwierdziłem, że jeśli album ma być skończony, najlepiej będzie zrobić więcej utworów instrumentalnych. Rzeczywiście, na sześć utworów z albumu tylko trzy posiadają teksty.
"Take a Pebble" był przez zespół regularnie wykonywany na żywo. "Folkowy" fragment był przeważnie poszerzany o fragmenty innych utworów - "Lucky Man" i - od 1973 roku - "Still... You Turn Me On".


2. "Lucky Man" (z albumu "Emerson, Lake & Palmer", 1970)

Legenda głosi, że utwór został zarejestrowany w ostatniej chwili, kiedy okazało się, że zespół ma za mało materiału (kontrakt zakładał, że każda strona albumu musi trwać przynajmniej 21 minut). Być może dlatego tak bardzo różni się od pozostałych utworów - to prawie solowe nagranie Lake'a, grającego tutaj na gitarze akustycznej, elektrycznej i basie. Delikatne partie Emersona i Palmera są tylko dodatkiem. Chociaż rola klawiszowca zwiększa się pod koniec utworu, kiedy gra solo na syntezatorze Mooga - instrumencie w tamtym czasie rzadko spotykanym w muzyce rockowej.
"Lucky Man" powstał znacznie wcześniej niż reszta albumu. Podobno był nawet jednym z pierwszych utworów, które grała na próbach grupa King Crimson - tak przynajmniej twierdzi Ian McDonald (saksofonista/klawiszowiec z pierwszego składu King Crimson). To możliwe, ponieważ Lake napisał ten utwór już w wieku... 12 lat. Był to pierwszy utwór, jaki kiedykolwiek napisałem - mówił. Wtedy była to po prostu głupia piosenka o tematyce fantasy. Ale kiedy stała się przebojem, weszła na wyższy poziom. Na tym polega piękno piosenek - mogą być interpretowane na różne sposoby przez słuchaczy. W wielu przypadkach to słuchacz decyduje o czym tak naprawdę są. Na pewno tak było w przypadku "Lucky Man". Tekst utworu jest potępieniem wojen - opowiada o człowieku, który miał wszystko, ale wyruszył na wojnę i zginął.
"Lucky Man" został wydany na singlu i był nawet notowany w Stanach (48. miejsce). Na koncertach zawsze był wykonywany w uproszczonej aranżacji, jedynie z akompaniamentem gitary akustycznej.


3. "Tarkus" (z albumu "Tarkus", 1971)

Ponad dwudziestominutowa suita, składająca się z siedmiu części: czterech instrumentalnych, zdominowanych przez popisy muzyków o improwizowanym charakterze ("Eruption", "Iconoclast", "Manticore", "Aquatarkus"), pomiędzy którymi pojawiają się trzy bardziej piosenkowe, z partiami wokalnymi ("Stones of Years", "Mass", "Battlefield"). Głównym kompozytorem utworu jest Keith Emerson. Greg Lake początkowo nie był przekonany do jego pomysłu; ponoć nie rozumiał zamysłu dzieła. Ostatecznie zgodził się jednak napisać tekst. Co więcej, sam skomponował muzykę do części "Battlefield", która sama w sobie jest prawdziwym arcydziełem, z pięknymi solówkami gitarowymi i takiż samym śpiewem Lake'a.
Tekst utworu opowiada o Tarkusie - bezlitosnym mutancie, będącym skrzyżowaniem pancernika z czołgiem. Poznajemy w nim jego historię, od narodzin do przegranej walki z mantykorą (potworem z mitologii perskiej), po której zmienia się w wodną istotę, Aquatarkusa. Jeżeli tematyka fantasy kogoś odpycha, warto zwrócić uwagę na drugie dno utworu. Tarkus może symbolizować wojnę, a wtedy tekst nabiera antywojennego przesłania. Potwierdza to fakt, że w czasie koncertów ELP, pomiędzy częściami "Battlefield" i "Aquatarkus", Lake śpiewał a capella kilka wersów crimsonowego "Epitaph".
Podczas komponowania "Tarkusa", Emerson nawiązał współpracę z Robertem Moogiem, aby pomógł mu wydobyć z skonstruowanego przez niego syntezatora dzięki, jakich nikt wcześniej nie stworzył. Rezultaty słychać przede wszystkim w części "Aquatarkus".
Wszystko, co gramy, musi być wykonywane z energią i precyzją - mówił Emerson. I gdy możemy to osiągnąć - jest fantastycznie. Czasami istotą tego, co chcemy osiągnąć w kompozycji, jest "kurtyna dźwięku". Sądzę, że to było podstawą "Tarkusa". Po prostu wielka ściana dźwięku. Próbowałem też łączyć wiele różnych rytmów, różne tonacje. Skorzystałem z rad Franka Zappy, który kiedyś powiedział, że nie potrzeba oznaczeń taktowych. Wszystko jest jednością. Nie potrzeba znaków przykluczowych. To naprawdę była próba zerwania z porządkiem w muzyce. A w końcu - w jakimś sensie odwrót, powrót do tego porządku. Ściślej biorąc, pojawiają się bardzo klasyczne, "progresje chóralne" w niektórych częściach "Tarkusa".
Zespół regularnie wykonywał utwór na swoich koncertach.


4. "Jeremy Bender" (z albumu "Tarkus", 1971)

Jeden z kilku prostych, ewidentnie żartobliwych kawałków Emerson, Lake & Palmer. "Jeremy Bender" utrzymany jest w klimacie barowej muzyki honky tonk. Sądzę, że chcieliśmy pokazać ludziom, że mamy poczucie humoru - mówił Emerson. Tak jak i to, że potrafimy być poważni. Dlatego umieściliśmy na albumie takie kawałki. Możesz długo ciągnąć grzmocący numer jak "Tarkus", ale w końcu powiesz: "Zagrajmy coś trochę lżejszego. Zabawmy się nieco". Uważam, że było miejsce na światło i na cień, na śmiech i na odrobinę dramatu.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1971-74.


5. "The Endless Enigma" (z albumu "Trilogy", 1972)

Dwuczęściowy utwór napisany przez Emersona i Lake'a, którego obie części są połączone instrumentalnym popisem Emersona, "Fugue" - klasyczną fugą, czyli złożoną formą muzyczną opartą na polifonii. Ciekawostką jest, że "The Endless Enigma" to jeden z pierwszych utworów, w którym pojawia się dźwięk bijącego serca, osiągnięty dzięki przetworzonemu brzmieniu perkusji. Wcześniej podobny efekt udało się osiągnąć grupie Pink Floyd (w zapomnianej kompozycji "Heart Beat, Pig Meat" z soundtracku "Zabriskie Point" z 1970 roku; później powtórzyli ten patent w "Speak to Me" z "Dark Side of the Moon").
Utwór był wykonywany tylko na trasie promującej album "Trilogy".


6. "From the Beginning" (z albumu "Trilogy", 1972)

Kolejny po "Lucky Man" utwór ELP zaaranżowany głównie na gitarę akustyczną. Jeśli chodzi o te wszystkie akustyczne kawałki Grega - "Lucky Man", "From the Beginning", "Still... You Turn Me On" - to nigdy nie byłem przy tym, gdy je układał - mówił Emerson. Z "From the Beginning" było tak, że przyszedłem do studia po południu, a on już miał nagrany podkład i śpiew. I powiedziałem: "Kapitalne! Jak na to wpadłeś?". Kompozytor wyjaśniał: Piosenka powstała w naturalny sposób, jeden wers po drugim. Niektóre utwory mają bardzo silne znaczenie, inne opierają się na poetyce dźwięku. To nie zawsze jest dosłowne znaczenie.
Utwór został wydany na singlu i stał się największym przebojem grupy w Stanach (39. miejsce w notowaniu). Mimo to, na żywo utwór grany był sporadycznie - dosłownie kilka razy na trasie z 1977 roku, częściej dopiero na trasach z lat 90.


7. "Jerusalem" (z albumu "Brain Salad Surgery", 1973)

Adaptacja hymnu "Jerusalem", skomponowanego w 1914 roku przez Charlesa Huberta Hastingsa Parry'ego, do słów poematu "And Did Those Feet in Ancient Time" Williama Blake'a, będącego wstępem do jego dzieła "Milton a Poem" (1804). Wersja Emerson, Lake & Palmer została wydana na singlu, który jednak nie został odnotowany na listach sprzedaży. Nie bez znaczenia był fakt, że brytyjscy radiowcy ignorowali utwór, uważając tę wersję za profanację oryginału.
Pamiętam, że próbowałem to jakoś zaaranżować jeszcze z The Nice - mówił Emerson. Ale po prostu nie wychodziło. Zawsze jednak pamiętałem, że to coś wartego zachodu - szczególnie gdy ma się w zespole kogoś o takim głosie jak Greg. Zaproponowałem inną aranżację i wtedy się spodobało.
"Jerusalem" to pierwszy utwór, w którym został wykorzystany Moog Apollo - pierwszy na świecie syntezator polifoniczny, w 1973 roku wciąż będący prototypem. W tym czasie Moog skonstruował polifoniczny syntezator, który był dla nas pomocą i w dużym stopniu - inspiracją. I z pewnością ułatwił występy na żywo - podsumował Emerson.
Utwór był wykonywany wyłącznie na trasie Someone Get Me a Ladder, promującej album "Brain Salad Surgery".


8. "Karn Evil 9" (z albumu "Brain Salad Surgery", 1973)

Najdłuższy utwór w repertuarze Emerson, Lake & Palmer, trwający niemal pół godziny (2/3 całego albumu). Składa się z trzech części, czy też raczej "impresji", z których pierwsza podzielona jest na kolejne dwie części - ze względu na ograniczenia czasowe płyt winylowych (pierwsza część "1st Impression" zamyka stronę A albumu, a druga otwiera stronę B).
Tekst "Karn Evil 9" został napisany przez Grega Lake'a i jego dawnego znajomego z King Crimson - Petera Sinfielda. Według informacji podanych na albumie, Sinfield jest współautorem tylko "3rd Impression", ale on sam twierdzi, że pomagał Lake'owi napisać także słowa "1st Impression". Tekst jest pesymistyczną wizją przyszłości - zimnego, zdehumanizowanego świata.
Muzykę napisał w całości Keith Emerson. "1st Impression" to dość skoczna, jakby karnawałowa melodia (fraza "karn evil" pochodzi od słowa "carnival"); pojawiają się tutaj dwie długie, gitarowe solówki.; instrumentalny "2nd Impression" to przede wszystkim jazzrockowy popis Emersona; natomiast "3rd Impression" ociera się o klimaty musicalowe.
Żadna część utworu nie była wydana na singlu, ale zagraniczne stacje radiowe często grały "1st Impression, Part II", dzięki czemu fragment ten stał się jednym z najpopularniejszych utworów zespołu. "Karn Evil 9" był jednym z najczęściej wykonywanych na żywo utworów grupy. Jednak jedynie kilka razy został zagrany w całości, później zespół grał tylko "1st Impression" (w całości, lub samo "Part II").


9. "Fanfare for the Common Man" (z albumu "Works Volume I", 1977)

Utwór autorstwa amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda z 1942 roku. Muzycy ELP już wcześniej sięgali do jego twórczości - na "Trilogy" znalazła się ich adaptacja kompozycji "Hoedown", także z 1942 roku. "Fanfare for the Common Man" w wersji Emerson, Lake & Palmer to niemal 10-minutowa improwizacja z charakterystycznym "fanfarowym" motywem granym na syntezatorze.
Utwór został wydany na singlu, ale w wersji skróconej do trzech minut (przez co bliższej oryginalnej wersji Coplanda). Była to jedyna mała płyta ELP, jaka została odnotowana na brytyjskiej liście - za to bardzo wysoko, bo na 2. miejscu. Na żywo grupa wykonała utwór po raz pierwszy już w 1972 roku (jeśli wierzyć stronie setlist.fm), ale dopiero po zarejestrowaniu wersji studyjnej zaczął być grany regularnie.


10. "I Believe in Father Christmas" (z albumu "Works Volume II", 1977)

Kompozycja Grega Lake'a (z tekstem Petera Sinfielda) pierwotnie została nagrana i wydana w 1975 roku jako jego solowy singiel. Utwór stał się wielkim przebojem (2. miejsce na brytyjskiej liście singli) i przez wielu uznawany jest za typową piosenkę świąteczną. Choć są też tacy, którzy uważają ją za antyreligijną. W rzeczywistości dotyczy ona komercjalizacji świąt Bożego Narodzenia. Uważam, że to przerażające, kiedy ludzie mówią, że mówienie o świętach Bożego Narodzenia jest niepoprawne politycznie, że powinno nazywać się je "sezonem wakacyjnym" - mówił Lake. Boże Narodzenie było czasem rodzinnego ciepła i miłości. Wiąże się z poczuciem przebaczenia, akceptacji. Sinfield dodawał, że utwór mówi o utracie niewinności i dziecięcych przekonań.
Oryginalna wersja utworu zawierała orkiestrację. Kiedy dwa lata później "I Believe in Father Christmas" został ponownie nagrany - pod szyldem ELP, chociaż z niewielkim udziałem Emersona i Palmera - aranżacja została znacznie uproszczona. Kolejną wersję utworu grupa nagrała w 1993 roku, na kompilację "The Return of the Manticore". Dwa lata później ta wersja została wydana także na EPce, której dała tytuł.
Utwór był często coverowany, przez co najmniej kilkunastu różnych wykonawców.


POSTSCRIPTUM

Późniejsze dokonania Emerson, Lake & Palmer (i alternatywnego wcielenia grupy, z Cozym Powellem jako perkusistą) były już znacznie mniej ekscytujące i nie wnoszące niczego nowego do twórczości zespołu, dlatego nie zostały tutaj uwzględnione.