28 czerwca 2014

[Artykuł] Historie okładek Led Zeppelin


Cykl "Historie okładek" wraca po krótkiej przerwie. W odświeżonej formie. Niniejsza część, w przeciwieństwie do poprzednich, nie jest poświęcona jednej, konkretnej okładce, a okładkom wszystkich studyjnych albumów Led Zeppelin. Mało który wykonawca przywiązuje aż taką wagę do graficznej oprawy swoich dzieł, jak ten zespół. W przyszłości w cyklu będą się pojawiać zarówno części przygotowane według oryginalnego konceptu (tzn. będące omówieniem jednej okładki), jak i takie zbiorcze, opisujące stronę graficzną całej dyskografii danego wykonawcy (wśród tych drugich na pewno znajdą się części poświęcone grupom Pink Floyd i The Beatles).

1. "Led Zeppelin" (1969)

Okładka albumu "Led Zeppelin" (fragment).
Nazwa zespołu pochodzi od popularnego określenia sterowców (nawiązującego do nazwiska niemieckiego konstruktora tych maszyn), nie dziwi zatem, że na okładce pierwszego albumu widnieje właśnie zeppelin. Zaprojektowanie okładki zlecono George'owi Hardiemu. Zaproponował wizerunek sterowca w chmurach; pomysł nie spotkał się jednak z aprobatą Jimmy'ego Page'a. Gitarzysta zaproponował w zamian wykorzystanie zdjęcia z katastrofy pasażerskiego liniowca LZ 129 Hindenburg, do której doszło 6 maja 1937 roku, podczas cumowania, po jego pierwszym locie przez Atlantyk. Autorem wykorzystanej fotografii był fotoreporter Gus Pasquarell z dziennika "Philadelphia Bulletin". Hardie przerobił zdjęcie, nadając mu monochromatyczny wygląd za pomocą kalki kreślarskiej. Otrzymał za to 60 funtów. W późniejszych latach projektował okładki m.in. dla Pink Floyd, Black Sabbath, Genesis, Yes i Wings.

Oryginalna fotografia Gusa Paquarella.
Na okładce pierwszego brytyjskiego wydania albumu "Led Zeppelin" nazwa zespołu i logo wytwórni Atlantic są w kolorze niebieskim; z kolei na pierwszym wydaniu CD, z 1990 roku - w żółtym. We wszystkich innych wydaniach wykorzystano kolor pomarańczowy (w różnych odcieniach).

Niebieska, pomarańczowa i żółta wersja okładki.


2. "Led Zeppelin II" (1969)

Okładka "Led Zeppelin II" (front i fragment rewersu).
Pomysłodawcą okładki drugiego albumu Led Zeppelin jest David Juniper. Wykorzystał zdjęcie jednostki lotnictwa niemieckiego Luftstreitkräfte z okresu I wojny światowej, a następnie twarze lotników zastąpił twarzami członków zespołu i innych osób - według jego słów byli to m.in.: Miles Davis (lub Blind Willie Johnson), dziewczyna Andy'ego Warhola (prawdopodobnie Mary Woronov) i astronauta Neil Armstrong. W rzeczywistości wykorzystał twarz innego astronauty, Franka Bormana. W tle widać kontur sterowca z tej samej fotografii, która znalazła się na okładce debiutanckiego albumu zespołu. Juniper stworzył także psychodeliczną ilustrację, uwieszoną po wewnętrznej stronie rozkładanej koperty winylowego wydania.

Zdjęcie, które stało się podstawą okładki "Led Zeppelin II".
Psychodeliczna ilustracja Davida Junipera.


3. "Led Zeppelin III" (1970)

Okładka "Led Zeppelin III" (fragment).
Obrotowa plansza ze środka koperty.
Okładki poprzednich albumów Led Zeppelin - zwłaszcza debiutu - przyciągały wzrok, ale prawdę mówiąc, nie były niczym nadzwyczajnym. Dopiero okładka "Trójki" wyróżnia się naprawdę nowatorskim pomysłem: rozkładana koperta, w której prawym skrzydle umieszczona została płyta winylowa, a w lewym - okrągła kartonowa plansza, umieszczona na blaszanym nicie, dzięki któremu można nią obracać i oglądać namalowaną na niej grafikę przez 11 otworów wyciętych we froncie okładki. W późniejszych wydaniach plansza nie była przymocowana do reszty okładki, a w niektórych krajach (i wszystkich wydaniach CD) w ogóle z niej zrezygnowano. Pomysłodawcą obrotowej planszy był sam Jimmy Page, zainspirowany... kalendarzami rolniczymi. Wykonaniem zajął się niejaki Richard Drew, ukrywający się pod pseudonimem Zacron. Po latach Page przyznawał jednak, że nie jest do końca zadowolony z ostatecznego wyglądu okładki. Myślę, że wygląda bardzo dziecinnie - mówił w 1998 roku. Ale goniły nas terminy i nie było już czasu na żadne poprawki. Dlatego jest tam kilka głupich fragmentów, jak małe kawałki kukurydzy i inne bzdury.


4. "Led Zeppelin IV" (1971)

Okładka "Led Zeppelin IV" (po rozłożeniu koperty).
Koperta czwartego albumu grupy wyróżnia się tym, że nie ma na niej praktycznie żadnych liter (z wyjątkiem numeru seryjnego płyty na niektórych wydaniach). Dopiero na wewnętrznej kopercie wydrukowana została lista utworów, informacje o nagraniu, oraz tekst "Stairway to Heaven". Jednak nawet tam nie umieszczono tytułu (którego notabene album oficjalnie nie ma), nazwy zespołu, ani nazwisk muzyków (z wyjątkiem Page'a, który został wymieniony jako producent). Zamiast tego pojawiły się cztery symbole, każdy reprezentujący innego członka zespołu:



Odczytując od lewej strony, symbole oznaczały odpowiednio Jimmy'ego Page'a, Johna Paula Jonesa, Johna Bonhama i Roberta Planta. O znaczeniu wszystkich symboli można przeczytać na tej stronie: [link]. Pomysłodawcą wykorzystania symboli, zamiast nazwisk i nazwy zespołu, był Page. Gitarzysta liczył na to, że jeśli zachowają anonimowość, album zostanie lepiej oceniony przez nieprzychylną grupie prasę. Na wewnętrznej kopercie można znaleźć jeszcze piąty symbol, umieszczony przy tytule "The Battle of Evermore". Oznacza on Sandy Denny - wokalistkę, która wsparła wokalnie Planta w tym utworze.


Obraz widoczny na froncie okładki to 19-wieczny obraz olejny, kupiony przez Planta w Reading. Nie wiadomo kto wykonał jego zdjęcie, nieznany jest również autor zdjęcia miasta z rewersu okładki. Wiadomo tylko, że koordynacją całego projektu graficznego zajęła się firma Graphreaks. Natomiast za wewnętrzną ilustrację pustelnika (po prawej) odpowiada Barrington Colby MOM. Inspirację stanowiła postać Pustelnika ("The Hermit") z talii kart do tarota, zaprojektowanych przez Pamelę Colman Smith.


5. "Houses of the Holy" (1973)

Ilustracja z okładki "Houses of the Holy".
Pierwsza okładka Led Zeppelin zaprojektowana przez słynną firmę designerską Hipgnosis, a konkretnie przez Aubreya Powella. Na zdjęciu (wypełniającym rewers i front okładki) widać jedenaścioro dzieci, ale w rzeczywistości pozowała tylko dwójka - siedmioletnia Samantha Gates i jej młodszy o dwa lata brat - później zaś nałożono na siebie kilka zdjęć. Fotografie Powell wykonał na północnym wybrzeżu Irlandii, na tzw. Grobli Olbrzyma. Kontrowersje budzi fakt, że rodzeństwo pozowało nago. Dziś coś takiego by nie przeszło - mówił Powell. Oskarżono by nas o mnóstwo okropnych rzeczy. Ale w tamtym czasie panowała hipisowska niewinność. Nie wszędzie. W Hiszpanii i konserwatywnych stanach USA zakazano sprzedaży albumu.

Fotografia z wewnętrznej strony koperty.
Na potrzeby albumu Aubrey Powell wykonał jeszcze jedną fotografię, którą wykorzystano na wewnętrznej stronie rozkładanej koperty longplaya. Zdjęcie zostało zrobione u podnóża zamku Dunluce, znajdującego się niedaleko Grobli Olbrzyma.


6. "Physical Graffiti" (1975)

Koperta "Physical Graffiti" (fragment).
Kolejna, po "Led Zeppelin III", "interaktywna" okładka zespołu. Mamy na niej zdjęcie dwóch kamienic, znajdujących się w Nowym Jorku przy St. Mark's Place pod numerami 96 i 98. A właściwie dwa zdjęcia - pierwsze, zrobione za dnia, trafiło na front, zaś drugie, wykonane nocą - na rewers. W miejscach okien są otwory, w których można "ustawić" jeden z czterech zestawów zdjęć, przedstawiających głównie muzyków, wydrukowanych na kopertach wewnętrznych (album jest dwupłytowy), lub skorzystać z dołączonej wkładki, na której do wyboru mamy puste okna z zasłonami, lub te same okna, ale z literami układającymi się w tytuł albumu.

Kamienice przy St. Mark's
Place.
Jako autorzy okładki "Physical Graffiti" podpisani są Peter Corriston i Mike Doud. To ja zaproponowałem zespołowi koncepcję okładki ukazującej kamienicę i jej mieszkańców, którzy mogliby się przemieszczać - mówił Corriston. Przez kilka tygodni krążyliśmy po mieście szukając odpowiedniego domu. Pomysł nie był jednak oryginalny. Dwa lata wcześniej identyczny patent zastosowano na albumie "Compartments" Jose'a Feliciano. Posiadacze tego albumu mają do wyboru jednak tylko dwie grafiki, które mogą ustawić w "oknach".

Okładka "Physical Graffiti" była dość zabawna - przyznawał John Paul Jones. Ale przyznam, że oprawa graficzna naszych płyt nigdy specjalnie mnie nie interesowała. Autorem był zazwyczaj ktoś spoza zespołu. W dodatku rzecz powstawała na samym końcu, kiedy płyta była już gotowa.


7. "Presence" (1976)

Zdjęcie z okładki "Presence".
Właściwie jest to najmniej ciekawa okładka Led Zeppelin - zdjęcie rodziny siedzącej przy stoliku gdzieś w porcie... Jedynym zastanawiającym fragmentem jest niezidentyfikowana rzecz znajdująca się na stole (pojawia się także na innych zdjęciach z koperty albumu). Do dziś nie wiadomo co to jest, ani co symbolizuje. Tajemniczy przedmiot powiększył jednak kieszenie muzyków - należąca do nich firma Swan Song wypuściła na rynek tysiąc indywidualnie numerowanych replik przedmiotu. Wracając do okładki, została ona zaprojektowana przez firmę Hipgnosis, a konkretnie przez jednego z jej pracowników - George'a Hardiego (dla przypomnienia - autora okładki debiutu Led Zeppelin).


8. "In Through the Out Door" (1978)

Fragment papierowej torby ukrywającej okładkę "In Through the Out Door".
Ostatni studyjny album Led Zeppelin, delikatnie mówiąc, nie prezentuje wysokiego poziomu artystycznego. Mówiąc wprost, zespół sięgnął tutaj dna. Aby zwiększyć sprzedaż tego nieciekawego longplaya posłużono się sprytnym chwytem marketingowym - wydano go w sześciu różnych wersjach różniących się okładkami (wszystkie są jednak równie brzydkie i bardzo do siebie podobne). Aby utrudnić fanom skompletowanie wszystkich sześciu okładek, album był pakowany w szary papier. Za projekt okładki odpowiada firma Hipgnosis.

Wszystkie wersje okładki "In Through the Out Door".

POST SCRIPTUM

Dyskografię grupy uzupełnia kilka albumów koncertowych i kompilacyjnych. Uwagę warto zwrócić przede wszystkim na - niemal identyczne - okładki dwóch boksów wydanych w 1990 roku, "Led Zeppelin Remasters" i "Led Zeppelin Boxed Set". Wykorzystano na nich pomysł, który Aubrey Powell przedstawił grupie w 1973 roku, jako potencjalną okładkę "Houses of the Holy". Miała przedstawiać symbol zespołu na płaskowyżu Nazca w Peru. Symbol miał być wycięty w specjalnie zasadzonych roślinach, a zdjęcie wykonane z powietrza - realizacja tego projektu okazała się wówczas niemożliwa.

Okładka "Led Zeppelin Remasters" (fragment).
Okładki najnowszych albumów Led Zeppelin - koncertówek "How the West Was Won" i "Celebration Day", kompilacji "Mothership" - cechuje raczej prostota. W przypadku tej pierwszej, mamy do czynienia po prostu z przerobionym zdjęciem muzyków; natomiast na ostatnie dwa trafiły proste, nieco komiksowe ilustracje.


26 czerwca 2014

[Recenzja] Mike Oldfield - "Man on the Rocks" (2014)



W ciągu ostatnich 15 lat Mike Oldfield nagrywał albumy w tak różnych stylach - od chilloutowego "Tr3s Lunas" po inspirowany muzyką poważną "Music of the Spheres" - że właściwie nie było wiadomo czego można spodziewać się po jego najnowszym longplayu. Tymczasem "Man on the Rocks" okazuje się albumem po prostu pop rockowym. Pierwszym w dorobku muzyka od czasu "Heaven's Open" z 1991 roku. Ale o wiele bardziej udanym. Choć zdecydowanie nie należącym do jego szczytowych dokonań.

W przeszłości Oldfield zwykł zapraszać do nagrywania kilku wokalistów, tym razem towarzyszy mu tylko jeden - Luke Spiller, na co dzień wokalista indie rockowego Struts. Barwa głosu Spillera jest bardzo przeciętna, ale jako wokalista radzi sobie naprawdę nieźle. Przynajmniej w takiej muzyce, jak na "Man on the Rocks". Album zaczyna się od dynamicznego, ale łagodnego brzmieniowo "Sailing". To cholernie chwytliwy kawałek, który po kilku przesłuchaniach (a ostatnio łatwo było trafić na niego w radiu) sam gra w głowie i nie chce przestać. Dalej mamy dwa bardzo ładne, spokojne utwory. Wzbogacony partią skrzypiec "Moonshine" wyróżnia się celtyckim klimatem, charakterystycznym dla wczesnych dokonań Oldfielda (partia gitary przypomina natomiast... twórczość U2). Z kolei tytułowy "Man on the Rocks" wyróżnia się naprawdę fajną, typowo oldfieldową solówką.

Dalej niestety robi się trochę nudno, nużąco. W kolejnych spokojnych utworach ("Castaway", "Dreaming in the Wind", "Nuclear") uwagę zwracają tylko gitarowe solówki; jedyny szybszy przerywnik pomiędzy nimi, "Minutes", brzmi jak słabsza, niedopracowana wersja "Sailing". Dopiero w "Chariots" pojawia się więcej czadu. Zaletą utworu jest mocny śpiew Spillera, bardzo wyraźna linia basu, oraz - słyszalne tylko przez chwilę - brzmienie organów Hammonda. Nie podoba mi się jednak nieco industrialne brzmienie gitar (poza solówką) i takiż sam rytm. Jednak z kolejnymi przesłuchaniami kawałek coraz więcej zyskuje i coraz bardziej zapada w pamięć. "Irene" dla odmiany nawiązuje do klasycznego hard rocka, ale wypada bardzo przeciętnie. Na koniec czeka jeszcze jednak łagodna piosenka, "I Give Myself Away". Gdyby nie kolejna udana solówka Oldfielda, można by zasnąć z nudów.

Ogólnie "Man on the Rocks" słucha się całkiem przyjemnie - o ile jest się w odpowiednim nastroju do słuchania takiego mało odkrywczego, pop rockowego grania. Przydałoby się tutaj więcej dynamicznych kawałków, w rodzaju "Sailing" i "Chariots", bo w natłoku spokojnych piosenek można przeoczyć takie perełki, jak "Moonshine" i "Man on the Rocks". Być może sam jakąś przeoczyłem.

Ocena: 6/10



Mike Oldfield - "Man on the Rocks" (2014)

1. Sailing; 2. Moonshine; 3. Man on the Rocks; 4. Castaway; 5. Minutes; 6. Dreaming in the Wind; 7. Nuclear; 8. Chariots; 9. Following the Angels; 10. Irene; 11. I Give Myself Away

Skład: Mike Oldfield - gitara, bass, instr. klawiszowe
Gościnnie: Luke Spiller - wokal; Michael Thompson - gitara; Stephen Lipson - gitara; Leland Sklar - bass; John Robinson - perkusja; Matt Rollings - instr. klawiszowe; Paul Dooley - skrzypce (2)
Producent: Mike Oldfield i Stephen Lipson


25 czerwca 2014

[Recenzja] Mike Oldfield - "Guitars" (1999)



Album "Discovery" był ostatnim, na którym Oldfield pokazał, że można z powodzeniem połączyć ambitny rock progresywny i popowe melodie. Niestety, na kolejnych wydawnictwach postanowił pójść zdecydowanie w stronę popu. Rezultatem były trzy tragicznie słabe albumy - "Islands", "Earth Moving" i "Heaven's Open" (pomiędzy dwoma ostatnimi ukazał się jeszcze "Amarok", będący nieudaną próbą stworzenia kompozycji w stylu "Tubular Bells"). W późniejszych latach, poza trzema (!) nowymi wersjami "Dzwonów rurowych", Oldfield nagrał dwa udane, ale zupełnie nierockowe albumy - new-age'owy "The Songs of Distant Earth" i inspirowany muzyką celtycką "Voyager". Jakże przyjemną odmianą był wydany w 1999 roku album "Guitars", na którym słychać jedynie brzmienie gitar - akustycznych, elektrycznych i basowej.

Wbrew pozorom, longplay jest całkiem zróżnicowany. Od prostych, delikatnych piosenek ("Muse", "Embers", "Enigmatism"), przez odrobinę bluesa ("B. Blues"), po ostre, hard rockowe utwory ("Out of Sight", "Out of Mind"). Najlepiej wypadają jednak utwory, które same w sobie są bardzo zróżnicowane. Jak przepiękny, wspaniale się rozwijający "Cochise". Jest tu i delikatność, i rockowa zadziorność. Być może ta właśnie kompozycja najlepiej ukazuje talent Oldfielda jako gitarzysty. Prawie tak samo udany jest finałowy "From the Ashes". Choć najważniejszym utworem z tego albumu bez wątpienia jest czteroczęściowy "Four Winds", którego każda część jest portretem innej strony świata. Północ została przedstawiona za pomocą ostrych gitarowych partii, Południe - delikatnymi, przepięknymi dźwiękami; w części "pokazującej" Wschód pojawia się orientalny klimat, natomiast Zachód to oczywiście klimaty westernowe. Świetny pomysł i perfekcyjne wykonanie.

Jeżeli czegoś na "Guitars" brakuje, to partii wokalnych. Choć w przeciwieństwie do wielu innych w całości instrumentalnych albumów, ten nie jest ani przez chwilę nużący.

Ocena: 7/10



Mike Oldfield - "Guitars" (1999)

1. Muse; 2. Cochise; 3. Embers; 4. Summit Day; 5. Out of Sight; 6. B. Blues; 7. Four Winds; 8. Enigmatism; 9. Out of Mind; 10. From the Ashes

Skład: Mike Oldfield - gitara i bass
Producent: Mike Oldfield


23 czerwca 2014

[Recenzja] Mike Oldfield - "Discovery" (1984)



Odkrycie? W żadnym wypadku - to tylko logiczna kontynuacja poprzednich longplayów Oldfielda. Trudno traktować to jednak jako zarzut, ponieważ jest to całkiem udany materiał. Tym razem Oldfield ograniczył do minimum liczbę wspomagających go muzyków. Na "Discovery" towarzyszą mu tylko perkusista Simon Phillips, oraz Maggie Reilly i Barry Palmer, dzielący między siebie obowiązki wokalne. Otwierający całość "To France", z wokalem Reilly, to taki tutejszy odpowiednik "Moonlight Shadow". Kolejny spory przebój, z chwytliwą, popową linią melodyczną, ale także z niebanalnymi gitarowymi partiami Oldfielda. Utwór płynnie przechodzi w "Poison Arrows", śpiewany z kolei przez Palmera. Z początku jest to łagodna piosnka, zdominowana przez brzmienia elektroniczne i przyjemnie pulsującą gitarę basową - jednak już po pierwszym refrenie dochodzi do tego ostra partia gitary elektrycznej, nadająca całości sporej dynamiki.

"Crystal Gazing" to znów Reilly za mikrofonem, na pierwszy plan wybija się jednak przede wszystkim prosty rytm Phillipsa. Gitarowa partia Oldfielda tym razem nie robi wielkiego wrażenia... O wiele lepiej wypada w dynamicznym "Tricks of the Light", gdzie momentami przywodzi na myśl twórczość Wishbone Ash. To jedyny utwór, w którym Reilly i Palmer śpiewają w duecie. Co jednak ciekawe, wokaliści po raz pierwszy spotkali się dopiero, gdy album był już gotowy. Pierwszą stronę albumu (w winylowym wydaniu) kończy mocny, niemal hardrockowy utwór tytułowy, z wokalem Palmera.

Początek drugiej strony nie sprawia najlepszego wrażenia. "Talk About Your Life" (ze śpiewem Reilly) to właściwie czysty pop, oparty na tym samym motywie, co "To France". Jeszcze bardziej banalny okazuje się "Saved by a Bell" (z Palmerem jako wokalistą) - chyba nigdy wcześniej Oldfield nie nagrał tak przeciętnej, popowej piosenki. Te dwa słabe kawałki w całości wynagradza jednak finałowy "The Lake". Ten dwunastominutowy, prawie instrumentalny (nie licząc chórków Maggie Reilly) utwór to świetne nawiązanie do korzeni Mike'a Oldfielda. Kolażowa struktura utworu nasuwa oczywiste skojarzenia z "Tubular Bells"; a momentami słychać też wpływy muzyki celtyckiej, obecne już wcześniej w twórczości Oldfielda, przede wszystkim na albumie "QE2". Piękne zakończenie albumu.

Ocena: 7/10



Mike Oldfield - "Discovery" (1984)

1. To France; 2. Poison Arrows; 3. Crystal Gazing; 4. Tricks of the Light; 5. Discovery; 6. Talk About Your Life; 7. Saved by a Bell; 8. The Lake

Skład: Mike Oldfield - gitara, bass, mandolina instr. klawiszowe
Gościnnie: Simon Phillips - perkusja; Maggie Reilly - wokal (1,3,4,6,8); Barry Palmer - wokal (2,4,5,7)
Producent: Mike Oldfield i Simon Phillips


21 czerwca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Soundgarden

Już za niespełna tydzień, 27 czerwca, zespół Soundgarden zagra swój pierwszy koncert w Polsce. Z tej okazji warto przypomnieć sobie najważniejsze utwory zespołu - część z nich na pewno zostanie zaprezentowana na zbliżającym się występie.

Soundgarden w latach 90.: Chris Cornell, Kim Thayil, Ben Shepherd i Matt Cameron.

1. "Hunted Down" (z EPki "Screaming Life", 1987)

Debiutancki singiel Soundgarden, definiujący styl zespołu: ciężkie riffy w stylu Black Sabbath, brudne brzmienie, mroczny klimat i tekst dotyczący wewnętrznych problemów. W zamierzeniach, piosenka nie miała mieć tak ciężkiego brzmienia - mówił Kim Thayil, gitarzysta i kompozytor kawałka. Dopiero gdy rozpoczęliśmy jamowanie, okazało się że piosenka jest bardzo rytmiczna, oraz że solo jest bardzo hałaśliwe.


2. "Big Dumb Sex" (z albumu "Louder Than Love", 1989)

Chociaż ponury klimat cechuje większość starszych utworów Soundgarden, ta kompozycja Chrisa Cornella jest humorystyczną parodią zespołów glam metalowych, których teksty dotyczą praktycznie wyłącznie seksu. "Big Dumb Sex" przysporzył jednak grupie sporo problemów - ze względu na tematykę tekstu i powtarzające się w nim co chwilę słowo "fuck" (pada przynajmniej dwadzieścia razy) ciężko było znaleźć dystrybutora albumu "Louder Than Love", na którym kawałek się znajdował. Grupa do dziś sporadycznie wykonuje "Big Dumb Sex" na koncertach.


3. "Room a Thousand Years Wide" (z albumu "Badmotorfinger", 1991)

Utwór z wielu powodów wyjątkowy. Po pierwsze, był pierwszym nagraniem grupy z nowym basistą, Benem Shepherdem. Od tamtej pory skład grupy miał się już nie zmieniać. Po drugie, jest jedną z nielicznych kompozycji Soundgarden, w których tworzeniu nie brał udziału Chris Cornell. Muzykę napisał perkusista Matt Cameron, a słowa - Kim Thayil. Bardzo podobała mi się linia melodyczna piosenki, jednak nie mieliśmy do niej słów, a ponieważ nikt nie kwapił się do napisania tekstu, wziąłem to na swoje barki - tłumaczył gitarzysta. W rzeczywistości to nie jest o tym, co przydarzyło mi się naprawdę, tylko o ogólnych doświadczeniach i doznaniach.
Po trzecie, utwór został wydany na singlu już w 1990 roku, ale rok później został nagrany na nowo, z myślą o albumie "Badmotorfinger". I w końcu po czwarte, najbardziej zaskakujące, w obu wersjach utworu gościnnie wystąpili muzycy grający na... instrumentach dętych - Scott Granlund (saksofon) i Ernst Long (trąbka).
Singiel "Room a Thousand Years Wide" nie odniósł żadnego sukcesu w notowaniach. Utwór jest natomiast dość regularnie grany przez zespół na żywo.


4. "Jesus Christ Pose" (z albumu "Badmotorfinger", 1991)

Przez wielu fanów utwór ten jest postrzegany jako esencja Soundgarden. Nie bez znaczenia jest fakt, że muzyka jest wspólnym dziełem wszystkich członków grupy, powstałym w wyniku jamowania. Tekst Cornella okazał się kolejnym, który wzbudził kontrowersje. "Jesus Christ Pose" został zakazany na antenie MTV, z powodu rzekomego przesłania antychrześcijańskiego. Utwór nie ma na celu ataku chrześcijaństwa, tylko krytykę osób publicznych, które wykorzystując symbole religijne do przedstawienia siebie jako nękanych i prześladowanych - wyjaśniał wokalista.
Podobnie, jak w przypadku "Room a Thousand Years Wide", singiel z "Jesus Christ Pose" nie wszedł do żadnych notowań. Utwór jest za to stałym punktem koncertów Soundgarden.


5. "Outshined" (z albumu "Badmotorfinger", 1991)

Jeden z kilku utworów Soundgarden, którego fragmenty (a konkretnie zwrotki) są zagrane w nieparzystym metrum 7/4. Nie był to jednak zamierzony zabieg - Kim Thayil twierdził, że metrum w utworach Soundgarden jest całkowicie przypadkowe.
Myślę, że są na tym longplayu fragmenty, w których opieram się na swoich doświadczeniach - mówił Cornell. Szczerze mówiąc nigdy nie zawierałem swoich wątków biograficznym w tekstach, jednak pisząc wers "I'm looking California and feeling Minnesota" czułem się pokrzepiony. Wspomniany przez niego wers to pierwsza linijka tekstu "Outshined".
Utwór był kolejnym singlem grupy i - w przeciwieństwie do większości małych płyt Soundgarden - został odnotowany na listach sprzedaży (na UK Singles Chart, na którym doszedł do 50. miejsca). "Outshined" jest także regularnie grany na żywo.


6. "Rusty Cage" (z albumu "Badmotorfinger", 1991)

Według portalu setlist.fm, jest to najczęściej wykonywany przez zespół utwór na jego koncertach. "Rusty Cage" był całkiem sporym przebojem (41. miejsce w Wielkiej Brytanii), jak na bardzo skomplikowany rytmicznie utwór, z wieloma zmianami metrum. Zresztą nie tylko pod tym względem kawałek się wyróżnia. Strojenie jest tu całkiem zwariowane - przyznawał Thayil. Nagrywaliśmy to z [efektem] wah wah w dolnym położeniu jako filtr. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiliśmy. To był pomysł Chrisa. Chciał uzyskać brzmienie, którego nie udałoby się uzyskać przez sam wzmacniacz. A kiedy używasz wah wah jako filtru, otrzymujesz bardzo dziwne brzmienie. Ten riff brzmi niemal jakby był odtwarzany wspak.


7. "Spoonman" (z albumu "Superunknown", 1994)

Tytuł tego utworu dosłownie tłumaczy się jako "Człowiek łyżka"... Utwór został pierwotnie nagrany na potrzeby filmu "Singles" (nie trafił na soundtrack, ale w filmie można usłyszeć jego wersję demo). Tytuł wymyślił Jeff Ament, basista grupy Pearl Jam (która także dostarczyła muzykę do "Singles"). Zainspirował go uliczny artysta, który grał na łyżkach na ulicach Santa Cruz w Kalifornii. To taki paradoks, kim w rzeczywistości jest taki artysta, a jak postrzegają go ludzie - mówił Cornell, autor utworu. On jest ulicznym muzykiem, a ludzie postrzegają go niewłaściwie. Myślą, że to bezdomny, albo ktoś, kto nie potrafi znaleźć sobie stałej pracy. Stawiają go o kilka szczebli niżej na drabinie społecznej, ponieważ tak postrzegają kogoś, kto ubiera się inaczej.
"Spoonman" był pierwszym prawdziwym przebojem Soundgarden, notowanym na listach już nie tylko w Wielkiej Brytanii (20. miejsce), ale także w wielu innych krajach, w tym Stanach Zjednoczonych (3. miejsce na Mainstream Rock Tracks). Utwór wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy.


8. "Black Hole Sun" (z albumu "Superunknown", 1994)

Największy przebój zespołu, ale zarazem utwór mało reprezentatywny dla grupy - oparta na brzmieniach akustycznych ballada, pozbawiona charakterystycznego dla tego zespołu ciężaru. Kompozytor kawałka, Chris Cornell miał zresztą obawy, czy w ogóle zaprezentować go swoim kolegom. W przeszłości nagrywaliśmy utwór tylko wtedy, gdy podobał się każdemu w zespole - wyjaśniał wokalista. Tym razem daliśmy sobie wzajemnie więcej swobody. Skomponowałem ten kawałek, myśląc, że nie spodoba się zespołowi. A stał się największym hitem lata.
Nie mam zielonego pojęcia, o czym Chris tu śpiewa - przyznawał Ben Shepherd. Ale pamiętam dzień, w którym tę piosenkę przyniósł. Mówił, że napisał ją w kilka chwil i pewnie nam się nie spodoba. Gdy ją zagrał, niemal spadłem z krzesła. Pomyślałem: "Jezu, to niesamowite, świetne, będzie z tego coś dużego!". Kojarzyła mi się z utworami Steviego Wondera, tej klasy kompozycjami. Nie miałem oczywiście pojęcia, że stanie się naszym najpopularniejszym utworem i że dostaniemy za nią Grammy.
Nagroda Grammy została zespołowi przyznana w 1995 roku, w kategorii "Best Hard Rock Performance". Singiel "Black Hole Sun" doszedł do 12. miejsca na brytyjskim notowaniu singli. W Stanach wszedł na różne listy magazynu Billboard, w tym na Mainstream Rock Tracks, na której osiągnął szczyt. Utwór jest regularnie wykonywany na żywo.

Soundgarden obecnie: Thayil, Cornell, Shepherd i Cameron.

9. "Fell on Black Days" (z albumu "Superunknown", 1994)

Kolejny utwór grupy grany w nietypowym metrum - tym razem 6/4 - ale, jak przyznaje Cornell, bębny są bardzo proste, więc całość nie jest aż tak dziwaczna. Wręcz przeciwnie, to jeden z najbardziej melodyjnych kawałków Soundgarden. A co za tym idzie, spory przebój (24. miejsce na UK Singles Chart, 4. na Mainstream Rock Tracks). Utwór należy do najczęściej wykonywanych przez zespół na żywo.
Tekst "Fell on Black Days" opowiada o przebudzeniu się i zdaniu sobie sprawy, że jest się w ciemnym okresie swojego życia - wyjaśniał niezbyt jasno Cornell. Podobno wokalista nawiązuje w nim do depresji, na którą cierpiał w wieku kilkunastu lat.


10. "The Day I Tried to Live" (z albumu "Superunknown", 1994)

Kolejny utwór, w którym Cornell odnosi się do mrocznego okresu swojego życia. Chodzi o to, iż próbuje wyjść z samotności, z czym zawsze miałem problem - przyznawał wokalista. Staram się być normalny, wyjść z domu i spędzać czas wśród innych ludzi. Mam tendencje do zamykania się w sobie i niewidywania się z ludźmi przez bardzo długo. Ta piosenka mimo wszystko jest pełna nadziei. Zwłaszcza wers: "Jeszcze jeden raz może to załatwić".
Utwór był jednym z singli promujących album "Superunknown", ale nie odniósł takiego sukcesu, jak trzy powyższe utwory, czy nieobecny na tej liście "My Wave". "The Day I Tried to Live" doszedł zaledwie do 42. miejsca na UK Singles Chart i do 13. na Mainstream Rock Tracks. Również na koncertach jest grany zdecydowanie rzadziej od pozostałych czterech singli z tego albumu, a nawet niesinglowego "Let Me Drown".


11. "Blow Up the Outside World" (z albumu "Down on the Upside", 1996)

Sporo ludzi twierdzi, iż ta piosenka zawiera sobie beatlesowskie elementy, ja również dostrzegam tam pierwiastek Lennona i McCarthneya - mówił Kim Thayil. Każdy z nas dorastał słuchając The Beatles i mieliśmy dla nich spory szacunek. Myślę, że wciąż mają mnóstwo fanów. Użyliśmy tu i ówdzie gitar akustycznych, dla uzyskania lepszego efektu. W środku utworu, gdy robi się coraz agresywniej, dostrzegam niewielkie podobieństwo do AC/DC, zwłaszcza w budowie riffów.
Są pewne fragmenty, które są bardzo ładne, obrazują emocjonalny kryzys i to co się dzieje wokół - twierdził Matt Cameron. Na potwierdzenie, mogę powiedzieć iż moja dziewczyna popłakała się, gdy po raz pierwszy usłyszała ten utwór.
A co autor tekstu, Chris Cornell, ma do powiedzenia na temat tytułu, znaczącego "wysadzić w powietrze zewnętrzny świat"? Przez cały czas [chciałbym to zrobić], jednak mnie to nie rusza – możesz przezimować i nie martwić się o nic - mówił.
Utwór został wydany na singlu i doszedł do 1. miejsca Mainstream Rock Tracks, a także do 40. na UK Singles Chart. "Blow Up the Outside World" jest ponadto najczęściej wykonywanym na żywo utworem z albumu "Down on the Upside".


12. "Black Rain" (z kompilacji "Telephantasm", 2010)

Utwór, a przynajmniej jego część, została nagrana jeszcze podczas sesji do albumu "Badmotorfinger". Przeleżał jednak w archiwach przez niemal dwie dekady - do czasu gdy zespół postanowił go dokończyć, aby mieć "nowy" utwór do promocji składanki "Telephantasm". Były rozmowy o nowym kawałku, ale to nie wchodziło w grę, bo Chris siedział w L.A., a Matt miał dużo koncertów z Pearl Jam - mówił Thayil. Muzycy postanowili zatem odkopać "Black Rain", do którego jednak Thail i Cornell nagrali nowe partie. Adam Kasper, producent nagrania, mówił: Niesamowite, że Chris nagrał nowe fragmenty wokali, a jego głos wciąż trafia w te nuty. Nie rozpoznasz, które partie pochodzą sprzed 20 lat, a które są współczesne.
Singiel z utworem "Black Rain" doszedł do 10. miejsca na liście Mainstream Rock Tracks, oraz do 109. w brytyjskim notowaniu. Utwór jest sporadycznie grany na żywo.


13. "Live to Rise" (z soundtracku "Avengers Assemble", 2012)

Pierwszy zupełnie nowy utwór, jaki grupa nagrała po swoim powrocie, specjalnie na ścieżkę dźwiękową do filmu "Avengers". Chris Cornell tłumaczył, że miało to pomóc przypomnieć o istnieniu zespołu, przed ukazaniem się albumu długogrającego. Dobrze jest mieć w przemyśle rozrywkowym partnera, który zaprezentuje twoje piosenki ludziom - mówił. Nie robią już tego wytwórnie płytowe. Nie mają pieniędzy. Nie mają środków. Nie potrafią.
Utwór nie został umieszczony na albumie "King Animal", być może ze względu na jego odmienny charakter. W Soundgarden jest dużo zmian tempa i tym podobnych. Czułem, że to powinno być prostsze, bo przeznaczone dla szerokiej publiczności - wyjaśniał wokalista.
"Live to Rise" nie został wydany fizycznie na singlu, był tylko dostępny w postaci cyfrowej. Mimo to, był notowany na listach Billboardu - doszedł do 110. miejsca na podstawowej liście singli, a także na szczyt Mainstream Rock Tracks. Utwór jest wykonywany czasem na koncertach.


14. "Been Away Too Long" (z albumu "King Animal", 2012)

Świetny tytuł dla utworu otwierającego i promującego na singlu pierwszy od kilkunastu lat album z premierowym materiałem. Nie było nas przez 15 lat, a teraz wróciliśmy - mówił Cornell. Najwyższy czas. Wciąż mamy coś do powiedzenia w muzyce rockowej, coś, czego nie mówią inni - twierdzę to z przekonaniem. Dodawał też, że "Been Away Too Long" to piosenka, która kojarzy mi się z okresem "Down on the Upside".
Utwór doszedł na szczyt listy Mainstream Rock Tracks. Od listopada 2012 jest stałym punktem koncertów.
15. "Bones of Birds" (z albumu "King Animal", 2012)

Inspirowało mnie bycie ojcem i towarzyszący temu stres - mówił o tekście tego utworu Cornell. Stres wynika stąd, że nie chcesz, by straciły one niewinność. Gdy do tego dochodzi, gdy dowiadują się o prawdy o świecie, to nigdy nie jest nic dobrego - wiąże się ze stratą, z przykrym wydarzeniem, z czymś, czego nie oczekiwały.
Utwór wydaje się być jednym z ważniejszych momentów najnowszego albumu, ale niestety nie sprawdzał się dobrze na żywo - zespół zrezygnował z wykonywania go na koncertach już na początku 2013 roku. Był za to wykonywany przez Chrisa Cornella na jego solowych występach, które miały miejsce pod koniec ubiegłego roku.


20 czerwca 2014

[Recenzja] Mike Oldfield - "Crises" (1983)



Struktura albumu identyczna jak poprzednio - jeden długi utwór na stronie A i kilka krótszych na stronie B. Muzycznie jest to jednak kolejny krok do przodu, a właściwie w kierunku bardziej przystępnej muzyki. Jedyne w dwudziestominutowym tytułowym "Crises" słychać pozostałości rocka progresywnego. Tradycyjnie nie brakuje tu licznych zmian motywów, choć nie jest to tak barwna kompozycja, jak chociażby "Taurus II" z "Five Miles Out" - Oldfield zrezygnował tu z wplatania do swojej twórczości elementów celtyckich. Kompozycja jednak i tak jest całkiem ciekawa. Chociaż jedynym zaskoczeniem jest to, że Oldfield sam pełni w niej rolę wokalisty i nie wspomaga się żadnym wokoderem, ani innym urządzeniem zmieniającym głos.

Wśród utworów wypełniających stronę B znalazła się jedna kompozycja instrumentalna (krótki, akustyczny "Taurus 3", zupełnie nie przypominający poprzednich "Taurusów"), oraz cztery z wokalem. Tylko w dwóch z nich zaśpiewała Maggie Reilly. "Moonlight Shadow" to czysty pop rock, z bardzo chwytliwą, ale niebanalną melodią, a także ze świetną gitarową solówką. Utwór zasłużenie stał się jednym z największych przebojów Oldfielda; do dziś jest często grany w rozgłośniach radiowych. Trochę mniej znany "Foreign Affair" dla odmiany jest oparty głównie na brzmieniach elektronicznych - na szczęście utwór jest daleki od plastikowego kiczu lat 80. Zupełnie nie przekonuje mnie natomiast inny utwór, w którym elektronika odgrywa kluczową rolę - "In High Places". Chociaż głównie przez partię wokalną Jona Andersona (tego z Yes). Chyba nigdy nie przekonam się do jego kobiecego głosu... Świetnie za to wypada dynamiczny, najbardziej rockowy "Shadow on the Wall" z wokalnym udziałem Rogera Chapmana (z zespołu Family).

"Crises" (a właściwie jego druga strona) to jeden z tych albumów, które pokazują, że można grać muzykę na pograniczu rocka i popu, bez popadania w banał i straty wartości artystycznej.

Ocena: 7/10



Mike Oldfield - "Crises" (1983)

1. Crises; 2. Moonlight Shadow; 3. In High Places; 4. Foreign Affair; 5. Taurus 3; 6. Shadow on the Wall

Skład: Mike Oldfield - gitara, bass, mandolina, instr. klawiszowe i perkusyjne, wokal
Gościnnie: Simon Phillips - perkusja; Anthony "Ant" Glynne - gitara (1,6); Rick Fenn - gitara (1); Phil Spalding - bass (1,2); Maggie Reilly - wokal (2,4); Jon Anderson - wokal (3); Pierre Moerlen - wibrafon (3); Roger Chapman - wokal (6)
Producent: Mike Oldfield i Simon Phillips


19 czerwca 2014

[Recenzja] Mike Oldfield - "Five Miles Out" (1982)



Chociaż "Five Miles Out" powstał na początku lat 80., jego struktura przypomina albumy prog rockowe z początku poprzedniej dekady. Mamy tu zatem jeden długi, ponaddwudziestominutowy utwór, wypełniający całą jedną stronę winylowego wydania ("Taurus II"), a także kilka krótszych kompozycji, umieszczonych na drugiej stronie. Wspomniany "Taurus II" to naprawdę mocna rzecz. Dwadzieścia cztery minuty zakręconego prog rocka, z wieloma zmianami motywów, wspaniałymi gitarowymi partiami Mike'a Oldfielda i Ricka Fenna, celtyckimi wstawkami, oraz delikatnymi fragmentami ze śpiewem Maggie Reilly. "Taurus I" z poprzedniego albumu, przy swojej kontynuacji wypada jak skromne demo.

Drugą stronę longplaya otwiera dynamiczny "Family Man" - jeden z najbardziej znanych singlowych utworów Oldfielda, w którym popowej melodii i chwytliwej linii wokalnej Maggie Reilly towarzyszą ostre, niemal hard rockowe gitary. Na albumie znalazł się jeszcze jeden przebój - o ile można tak nazwać kawałek z 43. miejsca UK Singles Chart - tytułowy "Five Miles Out". Intrygujący pod względem muzycznym (znów świetnie brzmią gitary), ale momentami irytujący przetworzonymi wokoderem partiami wokalnymi Oldfielda i Reilly. Całości dopełniają trochę przydługi "Orabidoo" (znów irytujący użyciem wokodera), oraz dość ładny, ale nużący instrumental "Mount Teidi" (w którym gościnnie wystąpił Carl Palmer, znany z Atomic Rooster i ELP).

Ocena: 7/10



Mike Oldfield - "Five Miles Out" (1982)

1. Taurus II; 2. Family Man; 3. Orabidoo; 4. Mount Teidi; 5. Five Miles Out

Skład: Mike Oldfield - gitara, bass, instr. klawiszowe, wokal
Gościnnie: Maggie Reilly - wokal; Rick Fenn - gitara; Tim Cross - instr. klawiszowe; Morris Pert - instr. klawiszowe i perkusyjne; Mike Frye - instr. perkusyjne; Paddy Moloney - dudy (1); Carl Palmer - instr. perkusyjne (4); Graham Broad - perkusja (5)
Producent: Mike Oldfield


18 czerwca 2014

[Recenzja] Mike Oldfield - "QE2" (1980)



Po innowacyjnym debiucie Mike'a Oldfielda, "Tubular Bells", można było spodziewać się, że kolejne dzieła muzyka będą równie zaskakujące. Tymczasem kilka kolejnych wydawnictw sygnowanych jego nazwiskiem było niczym więcej, jak mało przekonującymi kopiami pierwszego albumu. Lekki powiew świeżości przyniósł dopiero piąty longplay, "Platinum" (z czteroczęściową tytułową suitą na pierwszej stronie i kilkoma krótszymi utworami na drugiej). Prawdziwym przełomem okazał się jednak dopiero następny album, "QE2", na którym Oldfield zaprezentował trochę bardziej przystępną muzykę, niemal całkiem rezygnując z długich, rozbudowanych form.

Album otwiera jednak najbliższy wcześniejszej twórczości, dziesięciominutowy "Taurus I". Jego największą zaletą są gitarowe partie o charakterystycznym dla Oldfielda brzmieniu. Szkoda tylko, że słychać je najwyżej przez połowę utworu, a w pozostałych fragmentach dominują brzmienia elektroniczne... Ciekawostką jest gościnny udział Phila Collinsa na perkusji. Za chórki odpowiada natomiast Maggie Reilly, od tamtej pory stała współpracowniczka Oldfielda. Następny utwór, "Sheba" to głównie elektroniczne brzmienia i przetworzony wokal - nie jestem w stanie wysłuchać tego w całości; nie pomaga nawet udział Collinsa. O wiele ciekawszy jest "Conflict", w którym pojawia się więcej partii gitarowych.

Dalej na płycie znalazły się dwa covery, narzucone przez wytwórnię. "Arrival" z repertuaru ABBY brzmi nieco mocniej od oryginału, nabrał też bardzo celtyckiego charakteru. Natomiast "Wonderful Land", oryginalnie wykonywany przez The Shadows", to popis gitarowych umiejętności Oldfielda, a zarazem jeden z najpiękniejszych momentów albumu. W pierwszej połowie "Mirage" wraca celtycki klimat, a druga część zaskakuje ostrą solówką gitarową. Dla odmiany, w tytułowym "QE2", dominują brzmienia elektroniczne, podtrzymany jest jednak celtycki nastrój. Paradoksalnie, tego ostatniego jest o wiele mniej w kawałku zatytułowanym "Celt", gdzie na pierwszy plan wychodzi tandetny rytm automatu perkusyjnego. Warto jednak odnotować, że to jedyny utwór na albumie, w którym pojawia się "normalna" partia wokalna. Całość zamyka urocza miniaturka "Molly".

"QE2" ma kilka ciekawych momentów, ale jako całość nie jest zbyt przekonujący. Może gdyby już tutaj pojawiło się więcej utworów z tekstem, słuchałoby się tego o wiele lepiej.

Ocena: 6/10



Mike Oldfield - "QE2" (1980)

1. Taurus I; 2. Sheba; 3. Conflict; 4. Arrival; 5. Wonderful Land; 6. Mirage; 7. QE2; 8. Celt; 9. Molly

Skład: Mike Oldfield - gitara, bass, mandolina, bandżo, harfo, instr. klawiszowe i perkusyjne, wokoder
Gościnnie: Maggie Reilly - wokal (1,2,4,8); David Hentschel - syntezator (1,4,5), perkusja (4), wokal (4); Phil Collins - perkusja (1,2); Mike Frye - instr. perkusyjne (1,3,7,8), perkusja (6,7), wokoder (6); Tim Cross - instr. klawiszowe (3,8); Morris Pert - perkusja (3); Phil Todd - saksofon (6,7); Paul Nieman - puzon (6,7); Guy Barker i Raul D'Oliveira - trąbka (6,7)
Producent: David Hentschel i Mike Oldfield


17 czerwca 2014

[Recenzja] Mike Oldfield - "Tubular Bells" (1973)



"Tubular Bells", niemal w całości nagrany przez 19-letniego wówczas Mike'a Oldfielda, to jeden z najbardziej oryginalnych debiutów w historii muzyki. Składają się na niego zaledwie dwa, grubo ponad dwudziestominutowe, prawie instrumentalne utwory. Nad pierwszym z nich, pierwotnie zatytułowanym "Opus One", muzyk pracował już kilka lat przed wydaniem albumu. Pierwszą wersję nagrał w domu, na magnetofonie, z którego usunął głowicę kasującą - dzięki temu mógł nakładać na siebie partie różnych instrumentów. Utwór nie zrobił jednak wrażenia na przedstawicielach żadnej wytwórni, do której zgłosił się Oldfield. Na szczęście, młody muzyk w końcu trafił na niejakiego Richarda Bransona, który właśnie zakładał nową wytwórnię - Virgin. Debiut Oldfielda był jej pierwszym wydawnictwem.

Już podczas sesji nagraniowej, "Opus One" przemianowany został na "Tubular Bells, Part One"; Oldfield stworzył też drugą część dzieła. Obie kompozycje są właściwie muzycznymi kolażami, z ponakładanymi na siebie partiami wielu instrumentów: gitar akustycznych i elektrycznych, pianina, organów (np. Hammonda), czy licznych instrumentów perkusyjnych, w tym tytułowych dzwonów rurowych. Obie części "Tubular Bells" składają się z różnych, teoretycznie nie pasujących do siebie motywów, które jednak tworzą dość spójną i ciekawą całość.

"Part One" rozpoczyna się od charakterystycznego klawiszowo-dzwonkowego motywu, nierozłącznie kojarzącego się z słynnym horrorem "Egzorcysta", na którego ścieżce dźwiękowej się pojawił. Pod koniec czwartej minuty wchodzi krótka, delikatna solówka gitarowa, która kończy rozwijający się powoli wstępny motyw. Dalej zmiany tematów następują coraz częściej - pasaże na gitarze akustycznej lub pianinie co raz ustępują miejsca ostrym partiom gitary elektrycznej lub ponurym dźwiękom organów. Dzieje się tu tyle, że nie sposób wszystkiego opisać. Dopiero w osiemnastej minucie pojawia się dłuższy fragment oparty na powtarzanym jak mantra basowym motywie. Po dwóch minutach zaczynają dołączać do niej kolejne instrumenty, zapowiadane przez "mistrza ceremonii", Viviana Stanshalla. To jedyny głos, jaki pojawia się w nagraniu, jeśli nie liczyć partii chóru. Jeszcze tylko akustyczna koda i "Part One" dobiega końca.

"Part Two" wydaje się bardziej dopracowana, mniej chaotyczna. Pierwsze pięć minut to delikatny pasaż, grany przez kilka pięknie uzupełniających się gitar, z cichym tłem klawiszy, które w szóstej minucie wychodzą na pierwszy plan. W ósmej minucie gitara na chwilę przejmuje pierwszoplanową rolę, by zaraz ustąpić miejsca partiom mandoliny i chóru. Te niespełna dziewięć minut sielskiego grania nagle zostaje przełamane wejściem elektrycznej gitary... imitującej brzmienie dud. Nastrój robi się coraz bardziej niepokojący, a zwieńczeniem jest przejście (w dwunastej minucie) do kolejnej części, z bezsensownymi krzykami i charczeniem Oldfielda wcielającego się w jaskiniowca. Ponoć muzyk zdecydował się dodać tę część, gdy Branson zażądał od niego dodania do utworu tekstu...  W siedemnastej minucie utwór znów się uspokaja; pojawia się nieco floydowa partia gitary, z akompaniamentem organów. Całość kończy krótki fragment ludowej pieśni "The Sailor's Hornpipe".

Album okazał się sporym sukcesem komercyjnym, ale dla samego Oldfielda - także przekleństwem. Patrząc z perspektywy czasu, można stwierdzić, że właściwie nigdy nie uwolnił się od swojego pierwszego dzieła. Świadczy o tym przede wszystkim nagrywanie jego nowych wersji (koncertowy "The Orchestral Tubular Bells", ale też studyjne "Tubular Bells II", "Tubular Bells III" i "Tubular Bells 2003"). Jakby tego było mało, kolejne albumy muzyka z pierwszej połowy lat 70. ("Hergest Ridge", "Ommadawn") są właściwie niczym innym, jak powieleniem formuły "Tubular Bells" - wrażenie robią jednak znacznie mniejsze.

Ocena: 8/10



Mike Oldfield - "Tubular Bells" (1973)

1. Tubular Bells, Part One; 2. Tubular Bells, Part Two

Skład: Mike Oldfield - gitara, bass, mandolina, instr. klawiszowe i perkusyjne, wokal
Gościnnie: Steve Broughton - instr. perkusyjne (1,2); Lindsay L. Cooper - kontrabas (1); Jon Field - flet (1); Mundy Ellis i Sally Oldfield - wokal (1,2); Vivian Stanshall - "mistrz ceremonii" (1); Tom Newman - gitara (2)
Producent: Tom Newman, Simon Heyworth i Mike Oldfield


14 czerwca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory The Beatles - część III

Tytuł tej części "Najważniejszych utworów" jest mylący, ponieważ poniższa lista nie zawiera utworów The Beatles (z jednym wyjątkiem), a solowe kompozycje członków grupy: Johna Lennona, Paula McCartneya, George'a Harrisona i Ringo Starra. Muzycy często udzielali się gościnnie w nagraniach swoich kolegów, dzięki czemu niektóre z poniższych kompozycji można uznać za prawie beatlesowskie.

Po rozpadzie: John Lennon, Paul McCartney, George Harrison, Ringo Starr.

Najważniejsze utwory The Beatles: część I | część II


1. "Give Peace a Chance" (John Lennon, niealbumowy singiel, 1969)

John Lennon jako pierwszy z Beatlesów, jeszcze przed rozwiązaniem grupy, wydał solowy singiel. Utwór został napisany podczas tzw. "łóżkowej kampanii", kiedy to Lennon i Yoko Ono przez kilka dni leżeli w hotelowym łóżku i rozmawiali z dziennikarzami na temat pokoju na świecie... W odpowiedzi na pytania dziennikarzy często padały słowa: All we're saying is give peace a chance. Fraza stała się zalążkiem nowego utworu. Chociaż nie miał to być kawałek Beatlesów, John podtrzymał zwyczaj sygnowania swoich utworów jako dzieło spółki Lennon/McCartney, czego później żałował: Czułem się winny, że przyznałem cześć praw autorskich z mojego pierwszego niezależnego singla McCartneyowi zamiast Yoko, która go ze mną stworzyła.
Singiel "Give Peace a Chance" był sygnowany wyłącznie nazwą Plastic Ono Band, jednak pomimo braku nazwiska Lennona na okładce, stał się przebojem - doszedł do 2. miejsca w Wielkiej Brytanii i do 14. w Stanach. Do dziś pozostaje jednym z najpopularniejszych pokojowych hymnów.


2. "Maybe I'm Amazed" (Paul McCartney, z albumu "McCartney", 1970)

Jeden z najpopularniejszych solowych utworów Paula McCartneya, chociaż na singlu został wydany dopiero w 1977 roku, w koncertowej wersji z albumu "Wings Over America" (mała płyta doszła do 28. miejsca w Wielkiej Brytanii i 10. w Stanach). Oryginał powstał tuż przed rozpadem Beatlesów i został zadedykowany żonie McCartneya, Lindzie, która pomogła mu wyjść z depresji, w jaką wówczas wpadł. Podobnie jak inne utwory z albumu "McCartney", "Maybe I'm Amazed" cechuje prosta aranżacja, a na wszystkich instrumentach zagrał Paul. Album był surowy - przyznaje muzyk. Było to wyrazem mojego wyzwolenia od The Beatles.


3. "My Sweet Lord" (George Harrison, z albumu "All Things Must Pass", 1970)

Pierwszy solowy singiel George'a Harrisona, a zarazem jego największy przebój, który zdobył szczyt notowań po obu stronach Atlantyku (w Wielkiej Brytanii nie udało się to już żadnemu jego singlowi, za to w Stanach aż dwóm - "Give Me Love (Give Me Peace on Earth)" i przeróbce "Got My Mind Set on You" z repertuaru Jamesa Raya).
Najpierw jednak George podarował utwór Billy'emu Prestonowi (klawiszowiec współpracujący z Beatlesami pod koniec działalności), który nagrał go na swój album "Encouraging Words" (na którym Harrison wystąpił w roli producenta i gitarzysty). Niedługo po ukazaniu się na singlu wersji George'a, wytoczono mu proces o rzekome splagiatowanie utworu "He's So Fine" grupy The Chiffons, który ciągnął się aż do 1976 roku, kiedy orzeczony został werdykt, że Harrison nieświadomie skopiował usłyszaną gdzieś melodię. Muzyk jako inspirację wskazywał natomiast "Oh Happy Day" Edwina Hawkinsa - pieśń gospel opartą na chrześcijańskim hymnie z XVIII wieku.
W nagraniu, oprócz Harrisona pojawił się jeszcze jeden ex-Beatles - Ringo Starr. Poza nimi można usłyszeć także m.in. Erica Claptona, Billy'ego Prestona i basistę Klausa Voormanna.


4. "Working Class Hero" (John Lennon, z albumu "John Lennon/Plastic Ono Band", 1970)

Prawdopodobnie najpopularniejszy utwór z debiutanckiego albumu Lennona, chociaż nie wydany na singlu. Pod względem muzycznym utwór jest bardzo ascetyczny, słychać w nim tylko Johna, śpiewającego i grającego na gitarze akustycznej. Ze względu na taką aranżację, kawałek często jest porównywany do "Masters of War" Boba Dylana - w rzeczywistości oba utwory zostały zainspirowane tradycyjną angielską pieśnią folkową "Nottamun Town" w wykonaniu Jeana Ritchie'go.
Najważniejsza jest jednak warstwa liryczna. Myślę, że to jest naprawdę rewolucyjna piosenka. Taka dla robotników, a nie jakiś dupków i ciot - dosadnie wyjaśnił Lennon. Tekst, jak można się domyślić po tytule, dotyczy podziału na klasy społeczne i jest zachętą dla przedstawiciela klasy robotniczej do buntu przeciw wyższym klasom. Sam autor nie należał jednak do klasy robotniczej. John pochodził ze średniej klasy, która naprawdę mi imponowała ponieważ wszyscy inni pochodziliśmy z warstw robotniczych - wyjaśniał McCartney. Dla nas John był z wyższych sfer, jak nauczyciele, dentyści, ludzie z BBC. To zabawne, że napisał "Working Class Hero", a faktycznie nie pochodził z tej klasy.


5. "It Don't Come Easy" (Ringo Starr, niealbumowy singiel, 1971)

Drugi solowy singiel Ringo Starra (po "Beaucoups of Blues"), ale pierwszy zawierający napisaną przez niego samego piosenkę, a zarazem pierwszy, który stał się wielkim przebojem (4. miejsca po obu stronach Atlantyku), wyprzedzając w notowaniach aktualne single pozostałej trójki ex-Beatlesów: "Power to the People" Lennona, "Another Day" McCartneya i "Bangla Desh" Harrisona. To miła piosenka i szczerze, to nie byłem specjalnie zaskoczony, że się podobała. Mnie się nadal podoba - mówił Ringo.
Byłego perkusistę Beatlesów w nagraniu wsparli: George Harrison (także jako producent), Klaus Voormann, klawiszowiec Stephen Stills (z  Crosby, Stills & Nash) i saksofonista Ron Cattermole. Za chórki odpowiadają natomiast członkowie grupy Badfinger, Pete Ham i Tom Evans.


John Lennon i George Harrison podczas nagrywania "Imagine" (1971).

6. "Too Many People" (Paul McCartney, z albumu "Ram", 1971)

Jeden z kilku utworów, pochodzących z albumu "Ram", które rozpętały kilkumiesięczną wojnę pomiędzy McCartneyem i Lennonem. Ten drugi odebrał teksty "Too Many People", "Dear Boy", "Three Legs" i "The Back Seat of My Car" jako atak na swoją osobę. Któregoś dnia przyjrzałem się swemu drugiemu albumowi, "Ram", i pamiętam, że był tam mały prztyczek w kierunku Johna - tłumaczył Paul. W owym czasie John prawił na lewo i prawo mnóstwo kazań. I w jednej piosence napisałem "Too many people preaching practices". Małe odniesienie do tego, co robili John i Yoko. Nie było tam niczego więcej na ich temat. Ale wzięli to bardzo na poważnie. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. A był nią m.in. poniższy utwór...


7. "How Do You Sleep?" (John Lennon, z albumu "Imagine", 1971)

Tekst tego utworu, z wersami w stylu The only thing you done was "Yesterday", to brutalny atak na McCartneya. Podczas jego tworzenia, w studiu obecni byli m.in. Ringo Starr i dziennikarz Felix Dennis. Pamiętam, że Ringo był coraz bardziej zdenerwowany - wspominał ten drugi. W którymś momencie powiedział: "Wystarczy już, John!". [Ale] John miał gdzieś zdanie innych. Jest absolutną prawdą, że Yoko napisała większość z tego tekstu. Widziałem ją, jak go pisała i biegła z kartką do Johna, by mu to pokazać, co drażniło często innych muzyków będących w studio. John czytał, machał kartką i krzyczał: "Wspaniałe!" lub coś w tym stylu... Ale na końcu tekst był już trochę inny. Może to za sprawą Ringo, który powiedział im, by nie byli zbyt brutalni? Z pierwotnej wersji tekstu usunięto np. bezpodstawne przypuszczenie, że McCartney skądś zerżnął pomysł na "Yesterday".
Tutaj wcale nie chodzi o Paula, a o mnie samego - wypierał się Lennon po latach. Tak naprawdę to sam siebie atakuję. Żałuję tych skojarzeń, choć czego tutaj żałować? Poradził sobie z tym. Sam McCartney nie miał żalu do Lennona. Co z tego, że tak napisał? - mówił. Wytknął mi wiele rzeczy, że żyję prosto, że otaczają mnie prości ludzie. Lubię takie życie. Napisał, że jedyną rzeczą jaką zrobiłem było "Yesterday". On wie, że to nieprawda.
W nagraniu, poza Lennonem, udział wzięli m.in. George Harrison i Klaus Voormann.


8. "Imagine" (John Lennon, z albumu "Imagine", 1971)

Drugi utwór z albumu "Imagine", jaki znalazł się na niniejszej liście, to zupełne przeciwieństwo brutalnego "How Do You Sleep?" - melodyjna ballada, oparta na akompaniamencie pianina, nosząca pokojowe przesłanie... Choć opartym na ideologii niewywołującej pozytywnych skojarzeń. To właściwie manifest komunistyczny, chociaż nie jestem komunistą - tłumaczył Lennon. "Imagine" jest tym samym, co piosenki "Working Class Hero", "Mother" czy "God" z pierwszej płyty, która była dla ludzi zbyt realistyczna, więc jej nie kupowali. "Imagine" zawiera dokładnie ten sam przekaz, tylko pokryty lukrem. I niemal wszędzie jest przebojem: ta antyreligijna, antynacjonalistyczna, nonkomformistyczna i antykapitalistyczna piosenka... Lukier sprawia, że jest akceptowalna.
Inspiracji do napisania tego tekstu dostarczyła Yoko Ono. To powinno być podpisane Lennon/Ono - mówił John. Duża część tekstu, pomysłu, wzięła się od niej. W tym czasie byłem jednak znacznie bardziej samolubny, bardziej "macho", i jakoś pominąłem jej wkład. Ale to było wzięte prosto z "Grapefruit", jej książki: "Wyobraź sobie to, wyobraź sobie tamto".
Singiel z utworem "Imagine" okazał się sporym przebojem w wielu krajach, także w Stanach (3. miejsce w notowaniu). Mała płyta nie ukazała się w Wielkiej Brytanii - z obawy wytwórni, że wpłynie to na mniejszą sprzedaż albumu - aż do 1975 roku. Wówczas powodem wydania takiego singla była promocja kompilacji "Shaved Fish" (piosenka dotarła do 6. miejsca notowania). Później jeszcze kilkakrotnie przypominano ją na małej płycie, np. w 1981 roku, niedługo po śmierci Lennona (wówczas dotarła na szczyt brytyjskiego notowania).


9. "Jealous Guy" (John Lennon, z albumu "Imagine", 1971)

Pierwotna wersja tego utworu, zatytułowana "Child of Nature", była jednym z następstw wykładu  Maharishi Mahesha Yogi, w którym uczestniczyli Beatlesi podczas swojego pobytu w Indiach w 1968 roku. Przedmiotem wykładu był "syn matki natury". McCartney i Lennon pod jego wpływem postanowili napisać utwory na ten temat. Utwór pierwszego z nich, "Mother Nature's Son", trafił na nagrany niedługo później album "The Beatles" (bardziej znany jako "The White Album"). Kompozycja Lennona, "Child of Nature", została odłożona na później (w 1968 roku zostało zarejestrowane tylko demo, w którym oprócz Lennona grał Ringo). Rok później utwór był brany pod uwagę podczas nagrywania albumu "Get Back" (ostatecznie przemianowanego na "Let It Be"). Zarejestrowano kilka podejść, ale ostatecznie utwór nie znalazł się na albumie, ani w ogóle nie został oficjalnie wydany.
Podczas nagrywania swojego drugiego solowego albumu, Lennon postanowił wykorzystać ten utwór, jednak napisał do niego zupełnie nowy tekst. Tak "Child of Nature" stało się "Jealous Guy". Tekst mówi wprost: byłem bardzo zazdrosnym, zaborczym facetem - przyznawał Lennon. Wobec wszystkiego. Bardzo niebezpiecznym gościem. Takim, który chcę zamknąć swoją kobietę w małym pudełku i wypuszczać, kiedy chce się z nią zabawić. Ona nie może się komunikować ze światem zewnętrznym - poza mną - bo to sprawia, że czuję się niepewnie.
"Jealous Guy" na singlu został wydany dopiero pięć lat po śmierci Johna, w 1985 roku (doszedł do 65. miejsca w Wielkiej Brytanii i 80. w Stanach).


10. "Live and Let Die" (Paul McCartney, z soundtracku "Live and Let Die", 1973)

Utwór napisany przez Paula i Lindę McCartneyów, a nagrany z grupą Wings, specjalnie do kolejnego filmu o Jamesie Bondzie, "Żyj i pozwól umrzeć" (pierwszego z Rogerem Moorem w roli głównej). Producentem utworu został George Martin, dawny współpracownik Beatlesów. Martin odpowiadał także za aranżację partii orkiestry. "Live and Let Die" stał się jednym z najpopularniejszych bondowskich tematów. Był zresztą pierwszym, który został nominowany do Oscara (w kategorii "najlepsza oryginalna piosenka filmowa"). Singiel z utworem doszedł do 2. miejsca w Stanach i 9. w Wielkiej Brytanii.
"Live and Let Die" został zarejestrowany podczas sesji nagraniowej albumu "Red Rose Speedway", ale nie został na nim umieszczony. Trafił dopiero na kompilację "Wings Greatest" z 1978 roku.
Na początku lat 90. utwór został nagrany przez grupę Guns N' Roses. Znalazł się na albumie "Use Your Illusion I" i był jednym z promujących go singli.


The Beatles w 1995 roku: Ringo Starr, Paul McCartney i George Harrison.

11. "Photograph" (Ringo Starr, z albumu "Ringo", 1973)

Kolejny singlowy przebój Starra (1. miejsce w Stanach, 8. w Wielkiej Brytanii). Utwór został napisany jeszcze w 1971 roku, gdy perkusistę pochłaniała głównie kariera aktorska. Ponoć doszło do tego na wynajętym przez Ringo luksusowym jachcie, zakotwiczonym nieopodal festiwalu w Cannes. Starrowi towarzyszyli żona Maureen, George i Patti Harrisonowie, oraz piosenkarka Cilla Black. Tekst jest podobno wspólnym dziełem wszystkich tych osób, ale oficjalnie autorami utworu są tylko Ringo i George.
Dwójka byłych Beatlesów nagrała wczesną wersję "Photograph" podczas sesji do albumu "Living in the Material World" Harrisona. Powszechnie znana wersja, ta z albumu "Ringo", została zarejestrowana przez nich kilka miesięcy później, z udziałem takich muzyków, jak Klaus Voormann, saksofonista Bobby Keys, czy klawiszowiec Nicky Hopkins. Ringo przyznaje, że to jego ulubiona piosenka.


12. "I'm the Greatest" (Ringo Starr, z albumu "Ringo", 1973)

Utwór napisany przez Johna Lennona podobno już pod koniec grudnia 1970 roku. Muzyk nagrał wówczas demo tego utworu, ale nigdy nie nagrał go na żaden ze swoich albumów. Zamiast tego podarował go Ringo Starrowi. Nie mogłem tego zaśpiewać, za to doskonale pasowało dla Ringo - mówił Lennon. On może zaśpiewać "jestem najwspanialszy" i nikogo tym nie zdenerwuje. Natomiast gdybym ja tak powiedział, wszyscy potraktowaliby to zbyt poważnie.
W nagraniu utworu wziął udział bardzo interesujący skład - Starrowi i grającemu na pianinie Lennonowi towarzyszyli George Harrison, Billy Preston i Klaus Voormann. Był to jedyny raz, kiedy w latach między rozpadem Beatlesów, a śmiercią Lennona, aż trzech byłych muzyków grupy wystąpiło w jednym utworze. Do pełni szczęścia zabrakło tylko Paula McCartneya (który zresztą także wystąpił na albumie "Ringo", ale w utworach w których nie grał ani Lennon, ani Harrison - "You're Sixteen" i "Six O'Clock").
Podczas sesji nagraniowych na album "Ringo" została nagrana także alternatywna wersja "I'm the Greatest" - z wokalem Lennona i bez udziału Prestona. Wersja ta jest dostępna w boksie "John Lennon Anthology" z 1998 roku.


13. "Band on the Run" (Paul McCartney, z albumu "Band on the Run", 1973)

Największy przebój (3. miejsce w Wielkiej Brytanii, 1. w Stanach) z najlepszego albumu Paula McCartneya i grupy Wings. Zalążkiem tekstu stały się słowa "If we ever get out of here" ("jeśli kiedykolwiek stąd wyjdziemy") wypowiedziane przez George'a Harrisona na jednym ze spotkań biznesowych. Pod względem muzycznym utwór składa się z trzech części: balladowego początku, rytmicznej drugiej części (to w niej padają słowa wypowiedziane przez Harrisona), oraz najdłuższa część trzecia, wyróżniająca się bardzo chwytliwym refrenem. Połączyłem ze sobą fragmenty różnych piosenek - przyznawał McCartney. Pomyślałem, że powinno się to wszystko zacząć bardzo cicho i radośnie.


14. "Whatever Gets You thru the Night" (John Lennon, z albumu "Walls and Bridges", 1974)

John Lennon jako ostatni z ex-Beatlesów zdobył szczyt amerykańskiego notowania singli (wcześniej doszły tam "My Sweert Lord" i "Give Me Love (Give Me Peace on Earth)" Harrisona, "Uncle Albert/Admiral Halsey", "My Love" i "Band on the Run" McCartneya, oraz "Photograph" i "You're Sixteen" Starra). Ciężko jednak ocenić na ile była to zasługa samej kompozycji, "Whatever Gets You thru the Night", a na ile gościnny udział Eltona Johna. Faktem jest, że w Wielkiej Brytanii kawałek radził sobie znacznie słabiej (36. miejsce).
Lennon obiecał Johnowi, że jeśli utwór dotrze na szczyt notowania, wystąpi na jego koncercie. Doszło do tego 28 listopada 1974 roku. Muzycy, poza "Whatever Gets You thru the Night", wykonali jeszcze beatlesowskie "I Saw Her Standing There" i "Lucy in the Sky with Diamonds". Ten ostatni został później nagrany przez Eltona Johna, z gościnnym udziałem Lennona, i wydany na singlu.


15. "Ding Dong, Ding Dong" (George Harrison, z albumu "Dark Horse", 1974)

"Ding Dong, Ding Dong" była najszybciej napisaną przeze mnie piosenką - wyjaśniał Harrison. Zajęło mi to trzy minuty. Inspiracją były słowa "Ring out the old, ring in the new. Ring out the false, ring in the truth", pochodzące z jednej z drewnianych rycin, które wysiały nad kominkiem w jego rezydencji w Friar Park, którą kupił w 1970 roku. Po prostu siedziałem przed kominkiem, grałem na gitarze i spojrzałem na ścianę, a tam to było, wyryte w drewnie - mówił George. Pomyślałem: "Boże, patrzyłem na to przez cztery lata, a dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to piosenka".
Utwór został wydany na singlu, ale nie stał się przebojem (38. miejsce w Wielkiej Brytanii, 36. w Stanach). W nagraniu udział wzięli stali współpracownicy Harrisona - Ringo Starr i Klaus Voormann - ale też trzech popularnych gitarzystów - Alvin Lee (Ten Years After), Ron Wood (The Faces, The Rolling Stones) i Mick Jones (Foreigner).


Paul McCartney i Ringo Starr w 2010 roku.

16. "Mull of Kintyre" (Paul McCartney, niealbumowy singiel, 1977)


Pierwszy singiel w historii, który w Wielkiej Brytanii sprzedał się w nakładzie przekraczającym dwa miliony kopii. Pozostał najlepiej sprzedającym się tam singlem aż do 1984 roku, kiedy wyprzedził go "Do They Know It's Christmas?" Band Aid (wcześniej zaś rekord należał do beatlesowskiego "She Loves You").
W Stanach utwór nie stał się przebojem - o wiele większym zainteresowaniem cieszył się wydany na tym samym singlu utwór "Girls' School" (33. miejsce na tamtejszym notowaniu).
Mull of Kintyre to nazwa południowo-zachodniej części półwyspu Kintyre, znajdującego się na na zachodnim wybrzeżu Szkocji. McCartney of 1966 roku posiadał tam gospodarstwo. Utwór jest hołdem dla tego miejsca.
W nagraniu "Mull of Kintyre", oprócz ówczesnego składu Wings (Paul i Linda McCartneyowie, gitarzysta Denny Laine), udział wzięli grający na dudach członkowie szkockiego zespołu Campbeltown Pipe Band.


17. "(Just Like) Starting Over" (John Lennon, z albumu "Double Fantasy", 1980)

Najwyżej notowany solowy singiel Johna Lennona, na co jednak miał wpływ przede wszystkim czas wydania - niespełna dwa miesiące przed zabójstwem muzyka. Dopiero po tym wydarzeniu utwór wszedł na szczyt notowań w Wielkiej Brytanii i Stanach. Wcześniej miał tam odpowiednio 8. i 6. pozycję.
Wkrótce po ukazaniu się singla - pierwszego od pięciu lat - Lennon mówił: Dlaczego ludzie złościli się na mnie, gdy nie pracowałem? Wiesz, gdybym umarł, nikt nie zarzucałby mi, że nic nie robię. Gdybym najprościej na świecie umarł w połowie lat 70-tych, po wydaniu albumu "Rock And Roll" lub "Wall And Bridges", wszyscy wypisywaliby peany o tym, jakim to byłem wspaniałym facetem i takie tam. Ale nie umarłem i ludzie się wściekają dlatego, że żyję i robię to, na co mam ochotę. Mam zamiar się nieźle bawić, tak jak wtedy, gdy zaczynaliśmy. Dlatego utwór nazywa się "Starting Over".
O samej kompozycji mówił natomiast: Zacząłem grać rock and roll, ponieważ absolutnie uwielbiałem tą muzykę. Dlatego właśnie nagrałem coś takiego jak "Starting Over" - to taki żart, coś w stylu Elvisa. Wróciłem do korzeni. W dzieciństwie marzyłem o tym by być takim jak Elvis, robić własne rzeczy i mieć swoje miejsce w świetle reflektorów.


18. "All Those Years Ago" (George Harrison, z albumu "Somewhere in England", 1981)

Harrison oryginalnie napisał ten utwór dla Ringo Starra. Chociaż został nagrany, Ringo stwierdził, że jego wokal nie pasuje do tej kompozycji i nie została wydana. Po śmierci Lennona, Harrison postanowił wrócić do tego utworu. Zmienił jednak tekst, aby uhonorować w nim zamordowanego kolegę (pojawiły się między innymi nawiązania do utworów "All You Need Is Love" i "Imagine"). Usunął też partię wokalna Starra (ale partia perkusji została). Zamiast tego zostały dodane chórki w wykonaniu muzyków grupy Wings - w tym także Paula McCartneya. W rezultacie, "All Those Years Ago" był drugim utworem od czasu rozpadu The Beatles, w którym wystąpiło trzech byłych członków grupy. A zarazem pierwszym od tamtego czasu, w którym wystąpili wspólnie Harrison i McCartney.
Utwór został wydany na singlu i odniósł spory sukces w Stanach (2. miejsce) i nieco mniejszy w Wielkiej Brytanni (13. pozycja).


19. "Say Say Say" (Paul McCartney, z albumu "Pipes of Peace", 1983)

W 1982 roku Paul McCartney wystąpił gościnnie w utworze "The Girl Is Mine" z albumu "Thriller" Michaela Jacksona. Piosenkarz odwdzięczył się gościnnym udziałem na kolejnym albumie McCartneya, "Pipes of Peace", i to śpiewając w aż dwóch utworach - "Say Say Say" i "The Man". Większą popularnością cieszył się pierwszy z tych kawałków, wydany na singlu i wysoko notowany (1. miejsce w Stanach, 2. w Wielkiej Brytanii).
Przyjaźń obu muzyków nie trwała jednak długo. McCartney zasugerował Jacksonowi, że mógłby dużo zarobić na działalności wydawniczej. Nie przypuszczał jednak, że piosenkarz kupi także firmę, która była właścicielem praw do większości utworów The Beatles. To trochę nieuczciwe, kiedy ktoś jest twoim przyjacielem i nagle kupuje dywan, na którym stoisz - mówił z żalem McCartney.


20. "Free As a Bird" (The Beatles, z kompilacji "Anthology 1", 1995)

Projekt "Anthology", obejmujący serię dokumentalnych filmów o Beatlesach, książkę i trzy dwupłytowe kompilacje z niepublikowanymi wcześniej utworami, stał się dobrym pretekstem do ponownego spotkania Paula McCartneya, George'a Harrisona i Ringo Starra. Co więcej, muzycy postanowili nagrać nowe utwory - i to pod szyldem The Beatles. Ściślej mówiąc, wzięli na warsztat trzy nieznane utwory Johna Lennona, które muzyk zarejestrował w surowych wersjach demo, jedyne z akompaniamentem pianina. Dograli swoje partie wokalne i instrumentalne. Pierwszy z tych utworów, "Free As a Bird", trafił na kompilację "Anthology 1"; kolejny, "Real Love" - na "Anthology 2"; natomiast trzeci, "Now and Then", miał uzupełnić "Anthology 3", ale ostatecznie muzycy zrezygnowali z jego wydania, przez kiepską jakość dźwięku nagrania Lennona.
Producentem nowych utworów został Jeff Lynne, znany przede wszystkim z zespołu  Electric Light Orchestra. I to niestety słychać - brzmieniowo kompozycjom znacznie bliżej do ELO, niż dawnych nagrań Beatlesów.
"Free as a Bird" został wydany na singlu i stał się kolejnym przebojem The Beatles (2. miejsce w UK, 6. w Stanach). "Real Love" także był singlem, ale na listach radził sobie odrobinę słabiej (odpowiednio 4. i 11. miejsce).