31 maja 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory The Rolling Stones

W odwiecznym (a raczej półwiecznym) starciu The Beatles kontra The Rolling Stones, zdecydowanie wybieram Beatlesów. Ale mam też świadomość bezsensowności tych porównań. To dwa zupełnie inne zespoły. Podczas gdy pierwsi stawiali na innowacyjność, drudzy po prostu grali surowego rock'n'rolla. Czasem podpatrywali i kopiowali swoich "konkurentów" (album "Their Satanic Majesties Request"), ale na ogół eksplorowali zupełnie inne terytoria. Po pięćdziesięciu latach na scenie muzycy coraz rzadziej wchodzą do studia, ale w samych latach 60. stworzyli wystarczająco dużo muzyki, aby na stałe wejść do kanonu rocka. 

Oryginalny skład: Bill Wyman, Charlie Watts, Mick Jagger, Keith Richards i Brian Jones.

1. "Tell Me" (z albumu "The Rolling Stones", 1964)

Pierwszy utwór skomponowany wspólnie przez Keitha Richardsa i Micka Jaggera, który trafił na album studyjny, a zarazem pierwszy ich autorstwa, który został wydany na stronie A singla (ale tylko w Stanach, gdzie doszedł do 24. miejsca w notowaniu małych płyt). Muzycy napisali ją pod naciskiem producenta, Andrewa Looga Oldhama, który zamknął ich w pokoju i poinformował, że nie wyjdą, dopóki czegoś nie stworzą. Wymyślili dwa utwory, które Oldham uznał za "okropne". Jeden z nich został odrzucony (być może był nim "As Tears Go By"), za to "Tell Me" trafił na debiutancki longplay grupy. Na tle wypełniających album przeróbek kawałków rhythm and bluesowych i soulowych, kawałek wyróżniał się stylistycznie. To bardzo popowa piosenka - przyznawał Jagger.


2. "Heart of Stone" (z albumu "Out of Our Heads", 1965)

Drugi utwór autorstwa Richardsa i Jaggera, który został wydany na singlu - i znów tylko w Stanach (19. miejsce). Dwa miesiące po wydaniu na małej płycie, "Heart of Stone" trafił na amerykański album "The Rolling Stones, Now!" z lutego 1965 roku. W Wielkiej Brytanii ukazał się dopiero we wrześniu, na tamtejszej wersji albumu "Out of Our Heads".
Pod względem muzycznym jest to kolejna ballada, wyróżniająca się na tle ówczesnej twórczości grupy. Dłuższa wersja utworu, prawdopodobnie nagrana jako demo, znalazła się na kompilacji "Metamorphosis" (1975). Ciekawostką jest, że w nagraniu tej wersji, jako muzyk sesyjny, wziął udział Jimmy Page - późniejszy gitarzysta Led Zeppelin.


3. "The Last Time" (niealbumowy singiel, 1965)

Pierwszy wielki przebój spółki Richards/Jagger - w Wielkiej Brytanii utwór doszedł do 1. miejsca notowania singli, a w Stanach do 9. Richards pisał w swojej autobiografii, że był to pierwszy kawałek, który gotowi byliśmy pokazać chłopakom bez obaw, że wygonią nas z pokoju. Gdybym przedstawił Stonesom "As Tears Go By", powiedzieliby: "Wyjdźcie stąd i nie wracajcie". Mick i ja próbowaliśmy ulepszać nasze kompozycje, ale ciągle wychodziły nam ballady, które nie miały nic wspólnego z tym, co graliśmy. Wreście napisaliśmy "The Last Time", popatrzyliśmy po sobie i powiedzieliśmy: "Spróbujmy tej piosenki z chłopakami". Ten kawałek ma pierwszy rozpoznawalny Stonesowski riff albo gitarową figurę.
W Stanach utwór został włączony do repertuaru albumu "Out of Our Heads".


4. "Play with Fire" (strona B singla "The Last Time", 1965)

Kolejna stonesowska ballada, będąca jednym z kilkunastu utworów grupy podpisanych pseudonimem Nanker Phelge - była to fikcyjna postać, a rzeczywistymi autorami był cały skład grupy. Utwór został zarejestrowany w dość nietypowym składzie. Po tym, jak skończyliśmy "The Last Time", jedynymi Stonesami na nogach byliśmy ja i Mick - wyjaśniał Richards. Przyszedł Phil Spector - Andrew poprosił go, żeby posłuchał tego nagrania - i Jack Nitzsche. Przyszedł też dozorca, żeby posprzątać. Słychać było ciche odgłosy zamiatania w kącie ogromnego studia, podczas gdy reszta obecnych złapała za instrumenty. Spector chwycił bas [Billa] Wymana, Nitzsche zagrał na klawesynie i powstała strona B singla, z udziałem połowy Rolling Stonesów i tymi wyjątkowymi gośćmi.
Chociaż utwór był tylko stroną B singla "The Last Time", w Stanach wszedł do notowania, na którym jednak radził sobie dość słabo (96. miejsce). Podobnie jak "The Last Time", "Play with Fire" znalazł się w amerykańskim wydaniu "Out of Our Heads".


5. "(I Can't Get No) Satisfaction" (niealbumowy singiel, 1965)

Najbardziej znany utwór zespołu, a przynajmniej najbardziej rozpoznawalny riff Richardsa. Gitarzysta utrzymuje, że motyw ten przyszedł mu do głowy we śnie. Obudziłem się w środku nocy i nagrałem ten riff na kasetę - wspominał. Wróciłem do łóżka, a po przebudzeniu pomyślałem, że motyw przyda się do kolejnego kawałka. Mick podzielał moje zdanie. Chociaż w tamtym czasie Richards odpowiadał wyłącznie za muzykę, a Jagger za teksty - w tym wypadku wkład gitarzysty był nieco większy. Keith wymyślił zagrywkę - mówił wokalista. Myślę też, że przyniósł linijkę "I can't get no satisfaction". To właściwie linijka z piosenki Chucka Berry'ego, "Thirty Days". Mieliśmy jedną linijkę, a ja dopisałem resztę.
Utwór bez wiedzy zespołu ukazał się na singlu, co początkowo nie spodobało się muzykom, którzy zarejestrowali kawałek tylko jako demo. Uważałem, że mogliśmy zrobić to lepiej - twierdził Richards. Nagraliśmy to w środku trasy. I nagle utwór wyszedł na singlu. Nikt nie zadał sobie nawet trudu, by nas o tym poinformować. Wybór wytwórni okazał się jednak strzałem w dziesiątkę - utwór został numerem jeden po obu stronach Atlantyku.
"(I Can't Get No) Satisfaction" był także kolejnym - po "The Last Time" i "Play with Fire" - utworem, który został zamieszczony na amerykańskim wydaniu "Out of Our Heads".


6. "Get Off of My Cloud" (niealbumowy singiel, 1965)

"Get Off of My Cloud" było reakcją na wytwórnie płytowe domagające się więcej i więcej - zostawcie mnie w spokoju. Był to atak, który nadszedł z innej strony i zadziałał - wyjaśniał Richards. Utwór został wydany na singlu i - podobnie jak jego poprzednik, "(I Can't Get No) Satisfaction" - doszedł na szczyt notowań, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i Stanach. W Ameryce "Get Off of My Cloud" trafił także na przygotowany wyłącznie na tamtejszy rynek album "December's Children (And Everybody's)".


7. "As Tears Go By" (strona B singla "19th Nervous Breakdown", 1966)

Utwór powstał jeszcze w 1964 roku, pod naciskiem Oldhama. Kiedy pracowaliśmy nad "As Tears Go By", nie próbowaliśmy stworzyć komercyjnej piosenki pop - twierdzi Richards. Po prostu taka nam wyszła. Wiedziałem czego chciał Andrew: nie przynoście mi bluesa, nie róbcie parodii ani kopii, stwórzcie coś swojego. Wcale nie tak łatwo napisać dobrą piosenkę pop.
Utwór nie od razu został nagrany przez Stonesów (Richards: Mick i ja nie chcieliśmy łączyć tego gówna, które pisaliśmy, ze Stonesami). Pierwsza nagrała go Marianne Faithfull - jej wersja stała się sporym przebojem (9. miejsce w Wielkiej Brytanii, 22. w Stanach). Dopiero w 1965 roku na warsztat wzięli go Stonesi. W Stanach utwór został wydany na singlu (6. miejsce w notowaniu) i albumie "December's Children (And Everybody's)"; w Wielkiej Brytanii był tylko stroną B singla "19th Nervous Breakdown".


8. "Paint It Black" (niealbumowy singiel, 1966)

Jeden z pierwszych utworów rockowych, w których wykorzystany został sitar (zagrał na nim Brian Jones), a zarazem pierwszy singiel numer jeden (po obu stronach Atlantyku), w którym pojawia się ten instrument. Styl różnił się od wszystkiego, co do tamtej pory robiłem - przyznaje Richards. Dla mnie brzmi to bardziej jak "Hava Nagila" albo jakiś cygański kawałek. Zdecydowanie ta piosenka jest inna. Trochę pojeździłem po świecie. Nie byłem już wyłącznie chicagowskim bluesmanem, musiałem rozwinąć nieco skrzydła, wymyślić nowe melodie.
Autorstwo utworu zostało przypisane spółce Jagger/Richards, ale wg Billa Wymana cały zespół brał udział w komponowaniu. Tytuł utworu często zapisywany jest błędnie "Paint It, Black" - przecinek pojawił się na okładce singla przez błąd wytwórni. Jak wiele innych przebojów zespołu z lat 60., "Paint It Black" w Wielkiej Brytanii nie trafił na żaden album studyjny; natomiast w Stanach znalazł się na longplayu "Aftermath".


9. "Ruby Tuesday" (niealbumowy singiel, 1967)

Kolejny utwór, który niezgodnie z prawdą został zarejestrowany jako dzieło Jaggera i Richardsa. W rzeczywistości pierwszy z nich w ogóle nie brał udziału w jego powstawaniu. Gitarzysta sam napisał tekst (dotyczący jego ówczesnej dziewczyny, Lindy Keith), a nad muzyką pracował wspólnie z Brianem Jonesem. Kwestią sporną pozostaje tylko fakt, który z nich przyniósł do studia zalążek melodii.
W nagraniu pojawia się bogate instrumentarium - pianino, flet (na obu instrumentach zagrał Jones) oraz kontrabas (grali na nim wspólnie Wyman i Richards - pierwszy trzymał palce na gryfie, drugi szarpał struny).
"Ruby Tuesday" został wydany na singlu (3. miejsce w Wielkiej Brytanii, 1. w Stanach), a także na amerykańskiej wersji albumu "Between the Buttons".


10. "She's a Rainbow" (z albumu "Their Satanic Majesties Request", 1967)

Najbardziej znany fragment albumu "Their Satanic Majesties Request" - stonesowego "Sierżanta Pieprza". I jedyny pochodzący z niego singiel, który okazał się sukcesem, choć umiarkowanym (25. miejsce w Stanach). Znów pojawia się bogata aranżacja - melotron (na którym zagrał Brian Jones), pianino (gościnny udział Nicky'ego Hopkinsa) oraz skrzypce (zaaranżowane przez Johna Paula Jonesa, późniejszego basistę Led Zeppelin). Podobno wkład w nagranie miał także Paul McCartney, ale nie potwierdza tego żadne źródło (faktem jednak jest, że McCartney i John Lennon zaśpiewali chórki w innym utworze z albumu, "Sing This All Together"). O "She's a Raibow" Lennon, w wywiadzie z 1971 roku, powiedział natomiast, że jest to imitacja beatlesowskiego "All You Need Is Love".


11. "Jumpin' Jack Flash" (niealbumowy singiel, 1968)

Eksperymentalne, psychodeliczne oblicze zespołu nie bardzo przypadło do gustu wielu fanom, oczekującym od zespołu prostego rhythm'n'bluesa. Kiedy muzycy zdali sobie z tego sprawę, powstał "Jumpin' Jack Flash" - utwór będący powrotem do korzeni zespołu. Singiel okazał się sukcesem zwłaszcza w Wielkiej Brytanii (był to pierwszy numer 1. grupy od czasu "Paint It Black), ale i w Stanach poradził sobie świetnie (3. miejsce).
Utwór wyróżnia się kolejnym charakterystycznym riffem Richardsa. Kiedy wymyślasz riff taki jak "Flash", czujesz zachwyt, niesamowitą radość - wyznał gitarzysta. Ale przyznawał też, że "Flash" to po prostu "Satisfaction" od tyłu. Niemal wszystkie te riffy są ze sobą powiązane.


12. "Sympathy for the Devil" (z albumu "Beggars Banquet", 1968)

Zainspirowany powieścią "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa tekst Jaggera, którego narratorem jest sam Lucyfer, wywołał wiele kontrowersji - przede wszystkim zaczęto oskarżać zespół o propagowanie satanizmu. Pierwotny tytuł kawałka brzmiał bardziej złowieszczo - "The Devil Is My Name".
Muzycy długo pracowali nad ostatecznym kształtem utworu. Po wielu podejściach piosenka zmieniła się z dylanowskiego, raczej napęczniałego folkowego kawałka w kołyszącą sambę - od niewypału do hitu - dzięki zmianie rytmu - wyjaśniał Richards. Podczas nagrania nastąpiły różne ciekawe wymiany instrumentów. Ja gram na basie, Bill Wyman na marakasach, Charlie Watts śpiewa w chórku "łuuuuu-łuuuuu". Podobnie jak Anita [Pallenberg, ówczesna partnerka Richardsa] i prawdopodobnie Marianne [Faithfull]. Za chórki odpowiadał także Brian Jones, który poza tym nie zagrał w utworze na żadnym instrumencie. W nagraniu wzięli udział natomiast Nicky Hopkins (pianino) i Rocky Dijon (kongi).
Utwór ukazał się na singlu, ale tylko w Japonii (1969) i krajach kontynentalnej Europie (1973). Dopiero w 2003 roku zremiksowana wersja kawałka została wydana na małej płycie w Wielkiej Brytanii (doszła do 14. miejsca w notowaniu).

Drugi skład zespołu: Charlie Watts, Mick Taylor, Mick Jagger, Keith Richards i Bill Wyman.

13. "Brown Sugar" (z albumu "Sticky Fingers", 1971)

Jestem mistrzem riffów - chwalił się Richards. Jedyny, jaki przegapiłem i wpadł na niego Mick Jagger, to ten pochodzący z "Brown Sugar". Czapki z głów. Tu mnie złapał. To znaczy trochę uporządkowałem ten kawałek, ale był jego, muzyka i słowa.
Napisałem ten utwór w Australii na środku pola - opowiadał Jagger. To były dziwne okoliczności. Pracowałem wtedy na planie filmu "Ned Kelly" i doznałem urazu ręki. Próbowałem reabilitacji grając na gitarze i tak skomponowałem tą melodię.
Utwór został wydany na singlu - doszedł do 2. miejsca w Wielkiej Brytanii i na szczyt amerykańskiego notowania.


14. "Wild Horses" (z albumu "Sticky Fingers", 1971)

Piosenka "Wild Horses" prawie napisała się sama - wspominał Richards. Miało to dużo wspólnego z zabawami ze strojeniem. Gdy zacząłem grać na dwunastostrunowej gitarze, znalazłem chwyty, które nadały piosence charakter i brzmienie. Dźwięki dwunastostrunowej gitary potrafią chwycić za serce.Zacząłem chyba od regularnego sześciostrunowego otwartego E i brzmiało bardzo ładnie, ale czasem wpadają mi do głowy różne pomysły - a jeśli zastosuję otwarte strojenie na dwunastostrunowej gitarze?
Podobnie jak w przypadku "Satisfaction", Richards napisał muzykę i wymyślił słowa refrenu, a rola Jaggera ograniczyła się do napisania zwrotek. Tekst dotyczy znużenia trasami koncertowymi, chęci bycia gdzieś indziej. Wokalista zaprzecza, że tekst dotyczy jego związku z Marianne Faithfull.
"Wild Horses" zawiera partie pianina w wykonaniu Jima Dickinsona, ponieważ stały współpracownik Stonesów, klawiszowiec Ian Stewart, nie chciał grać utworu utrzymanego w molowej tonacji.
Utwór został wydany na singlu tylko w Stanach, gdzie doszedł do 28. miejsca w notowaniu.


15. "Angie" (z albumu "Goats Head Soup", 1973)

Najsłynniejsza ballada Stonesów, napisana głównie przez Richardsa. Kim była tytułowa Angie? Przez lata snuto różne domysły - sugerowano, że mogło chodzić o pierwszą żonę Davida Bowiego, Angelę, aktorkę Angie Dickinson, lub właśnie narodzoną córkę Richardsa, która na drugie imię ma Angela. Wątpliwości rozwiała dopiero autobiografia gitarzysty. Po prostu śpiewałem sobie "Angie, Angie" - wyjaśniał w niej. Nie miałem na myśli żadnej konkretnej osoby, było to po prostu imię. Gdy pisałem tę piosenkę, nie wiedziałem, że Angela tak będzie miała na imię. W tamtych czasach płeć dziecka nie była znana, dopóki nie przyszło na świat. Tak naprawdę Anita dała jej na imię Dandelion. Dostała dodatkowe imię Angela, ponieważ urodziła się w katolickim szpitalu, gdzie nalegano, żeby dziecko miało "normalne" imię.
Singiel z utworem "Angie" doszedł do 5. miejsca w Wielkiej Brytanii i do 1. w Stanach.


16. "It's Only Rock'n'Roll (But I Like It)" (z albumu "It's Only Rock'n'Roll", 1974)

Utwór podpisany jest jako dzieło Jaggera i Richardsa, choć w rzeczywistości wokalista stworzył go z przyszłym gitarzystą zespołu, Ronniem Woodem. Doszło do tego podczas sesji nagraniowych debiutanckiego albumu Wooda, "I've Got My Own Album to Do", w których brała udział cała plejada gwiazd: m.in. George Harrison, David Bowie, Rod Stewart i - oczywiście - muzycy The Rolling Stones (Jagger, Richards i Mick Taylor).
Właśnie tam, w studiu Ronniego, po raz pierwszy usłyszałem "It's Only Rock'n'Roll" - wspominał Richards. Mick ją napisał i nagrał z Bowiem. Mick miał pomysł i zaczęli nad nim pracować. Piosenka była cholernie dobra. "Mick, po co robisz ją z Bowiem? Daj spokój, musimy mu ją ukraść". I tak zrobiliśmy, bez większych problemów.
Utwór został wydany na singlu, ale w notowaniach radził sobie umiarkowanie (10. miejsce w Wielkiej Brytanii, 16. w Stanach).

Trzeci skład: Ronnie Wood, Keith Richards, Mick Jagger, Charlie Watts i Bill Wyman.

17. "Miss You" (z albumu "Some Girls", 1978)

Stonesi w stylu disco. Nad "Miss You" zbyt dużo się nie zastanawialiśmy - wspominał Richards. "Ach, Mick był w dyskotece i wyszedł, nucąc jakąś piosenkę". Była rezultatem wszystkich nocy, które spędził w studiu 54, i rytmu disco cztery na cztery. Powiedział, żebym dodał do rytmu melodię. Myślałem, że wtrącimy swoje trzy grosze i uszczęśliwimy Micka, który chce nagrać kawałek w stylu gównianego disco. Kiedy jednak zaczęliśmy nad nim pracować, okazało się, że ten beat jest całkiem interesujący. Zdaliśmy sobie sprawę, że może mamy do czynienia z kwintesencją stylu disco. Jagger bronił kawałka: Instrumentarium jest bluesrockowe.
Utwór powstał podczas jamu Jaggera i klawiszowca Billa Prestona, ale tradycyjnie został podpisany jako dzieło Jaggera i Richardsa. W nagraniu gościnne wystąpili: Ian McLagan (elektryczne pianino), Sugar Blue (harmonijka), oraz były saksofonista King Crimson, Mel Collins. Utwór został wydany na singlu i stał się największym przebojem grupy od czasu "Angie" (3. miejsce w Wielkiej Brytanii, szczyt amerykańskiego notowania). Żaden późniejszy singiel Stonesów nie przebił tego wyniku.


18. "Start Me Up" (z albumu "Tattoo You", 1981)

Największy przebój Stonesów z lat 80. (7. miejsce w Wielkiej Brytanii, 2. w Stanach), oparty na charakterystycznym motywie przewodnim. Riff jest Keitha, moja jest cała reszta - wyjaśniał Jagger. Utwór powstawał bardzo długo, bo od 1975 roku (podczas sesji do albumu "Black and Blue"). Wówczas kawałek utrzymany był w stylistyce reggae. Zespół wracał do niego podczas prac nad kolejnymi albumami, "Some Girls" i "Emotional Rescue", próbując różnych aranżacji, ale dopiero podczas tworzenia "Tattoo You" udało się stworzyć wersję zadowalającą muzyków - czysto rockową, bez śladów reggae.


19. "Anybody Seen My Baby?" (z albumu "Bridges to Babylon", 1997)

Kolejny przykład fascynacji Jaggera muzyką disco. Mało brakowało, żeby przez ten utwór zespół został oskarżony o plagiat. W kwestii muzycznej [Jagger] zaczął mieć mentalność gąbki - wyjaśniał Richards. Usłyszał coś w klubie i tydzień później myślał, że to napisał. A ja mówiłem: "Nie, zerżnąłeś to od kogoś innego". Wiedziałem, że to nie było zamierzone, ponieważ Mick nie był idiotą... Moja córka była z przyjaciółką, gdy puściłem "Anybody Seen My Baby?", a one zaczęły śpiewać zupełnie inne słowa. Słyszały w niej "Constant Craving" K.D. Lang. Nasza płyta miała wyjść za tydzień. Musiałem więc zadzwonić do prawników i kazałem im to natychmiast sprawdzić, bo inaczej mogliśmy skończyć w sądzie. W ciągu dwudziestu czterech godzin oddzwonili: "masz rację". Musieliśmy włączyć K.D. Lang [i Bena Minka] do autorów piosenki.
Singiel z "Anybody Seen My Baby?" doszedł do 22. miejsca brytyjskiej listy sprzedaży, w Stanach nie był notowany.


20. "Doom and Gloom" (z kompilacji "GRRR!", 2012)

Ostatni studyjny album The Rolling Stones, "A Bigger Bang", ukazał się w 2005 roku. Od tamtego czasu muzycy nie przejawiają chęci wejścia na dłużej do studia nagraniowego. Nawet 50. rocznicę rozpoczęcia działalności uczcili zaledwie dwoma nowymi utworami, które uzupełniły kolejną kompilację największych przebojów. Oba zostały wydane także na singlach. Większą popularność zdobył pierwszy z nich, "Doom and Gloom", który doszedł do 61. miejsca brytyjskiej listy sprzedaży (w Stanach żaden nie był notowany).
Riff otwierający utwór grany jest przez Jaggera. Nigdy nie dowiedziałby się jak to grać, gdybym go nie nauczył - komentował Richards.


POSTSCRIPTUM

Wszystkie utwory z powyższej listy zostały wydane na singlach, ale ze względu na przejrzystość tekstu, okładki pojawiają się tylko przy utworach, które doszły na szczyt brytyjskiej listy sprzedaży.
Wszystkie wypowiedzi Keitha Richardsa - z wyjątkiem fragmentów o "Satisfaction" i "Doom and Gloom" - pochodzą z jego autobiografii, "Życie" ("Life", 2010).

30 maja 2014

[Recenzja] Judas Priest - "Jugulator" (1997)



Po zakończeniu trasy promującej album "Painkiller", Rob Halford rozstał się z zespołem, aby powołać do życia nową grupę Fight, grającą nowoczesny metal w stylu Pantery. Co ciekawe, w podobnym kierunku poszli muzycy Judas Priest na swoim kolejnym longplayu. "Jugulator" to album bardzo ciężki, ale - w przeciwieństwie do "Painkillera" - utrzymany w raczej wolnych tempach. Nowym wokalistą został Tim "Ripper" Owens, wcześniej występujący w grupie British Steel, zajmującej się... coverowaniem Judas Priest. Ripper rzadko jednak imituje tu sposób śpiewania Halforda (najbardziej w tytułowym "Jugulator" i w "Abductors"), przez większość albumu bliżej mu do Phila Anselmo z Pantery. Ponadto w "Dead Meat" proponuje niemal rap metalowe skandowanie, a w "Death Row" momentami brzmi jak Layne Staley z Alice in Chains.

Jednak jedynym fragmentem albumu, który warto zapamiętać, jest finałowy "Cathedral Spires". W chwili wydania - i jeszcze przez kilka następnych lat - była to najdłuższa kompozycja zespołu, trwająca niemal dziesięć minut. Rozpoczyna się od spokojnego akustycznego wstępu z melodyjnym śpiewem Rippera, który nagle zostaje przełamany ciężkim riffem. Od tego momentu robi się coraz ciężej i ciężej, z przerwami na melodyjny refren, w którym brzmienia akustyczne próbują przebić się zza ściany miażdżącego riffu. Nie jest to oczywiście kompozycja na miarę "A Touch of Evil" czy "Out in the Cold", ale pokazuje, że również ten skład grupy miał potencjał, który jednak nie został do końca wykorzystany.

Ocena: 4/10



Judas Priest - "Jugulator" (1997)

1. Jugulator; 2. Blood Stained; 3. Dead Meat; 4. Death Row; 5. Decapitate; 6. Burn in Hell; 7. Brain Dead; 8. Abductors; 9. Bullet Train; 10. Cathedral Spires

Skład: Tim "Ripper" Owens - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Scott Travis - perkusja
Producent: Glenn Tipton, K.K. Downing i Sean Lynch


29 maja 2014

[Recenzja] Judas Priest - "Painkiller" (1990)



Nie lubię recenzować takich albumów - uwielbianych przez większość fanów danego wykonawcy, ale na mnie nie robiących wielkiego wrażenia. Zaletą "Painkiller" na pewno jest brzmienie. Po syntetyczności "Turbo" i "Ram It Down" nie pozostało śladu. Znów jest ciężko i stuprocentowo naturalnie. Ale też znacznie bardziej agresywnie, niż na wszystkich dotychczasowych wydawnictwach grupy. Jeżeli dodać do tego szybkie tempo, które utrzymuje się właściwie przez cały longplay, to okazuje się, że mamy do czynienia z albumem niemal thrash metalowym. Przynajmniej niektóre utwory spokojnie można przypisać do tej stylistyki (np. tytułowy, "All Guns Blazing").

Większość utworów jest jednak do siebie bardzo bardzo podobna. A ponieważ jest to muzyka bardzo ostra i intensywna, szybko zaczyna męczyć. Zwłaszcza, że zespół już na start umieścił najbardziej agresywny "Painkiller", z Halfordem wchodzącym w najwyższe możliwe dla niego rejestry (czyli bardzo wysokie) i bardzo gęstą grą nowego perkusisty, Scotta Travisa. Żeby nie było - to dobry utwór, w którym wszyscy muzycy mają okazje pokazać swoje umiejętności, ale przez dalszy ciąg albumu tracący swoją wyjątkowość. W "Hell Patrol" przynajmniej partia wokalna jest bardziej melodyjna, ale muzycznie wciąż jest bardzo intensywnie. I tak przez cały prawie album. Niektóre utwory, pomimo swojego ciężaru i gęstości, są nawet całkiem chwytliwe ("Leather Rebel", "Between the Hammer & the Anvil" i - przede wszystkim - naprawdę świetny "Night Crawler"), ale w takim natężeniu mogą męczyć. Lepiej słucha się ich pojedynczo, niż jako całości.

Tempo spada dopiero w klimatycznym "A Touch of Evil", należącym do najlepszych utworów Judas Priest z całej kariery. To jedna z tych rozbudowanych, podniosłych kompozycji, które są ozdobą większości płyt zespołu. Ciężkie riffy zestawione zostały z klawiszowymi popisami samego Dona Aireya (znanego m.in. z Rainbow i zespołu Ozzy'ego Osbourne'a; obecnie w Deep Purple); pojawia się tu także najbardziej zapadająca w pamięć melodia z całego albumu. Klimatycznie i podniośle jest także w miniaturce "Battle Hymn", będącej wstępem do kolejnego rozpędzonego kawałka, "One Shot at Glory". Połączenie agresywnych zwrotek i melodyjnego refrenu stanowi doskonałe podsumowanie longplaya.

Mimo wszystko, "Painkiller" to kawał solidnego grania. Może i przyciężkawego, ale lepsze już to, niż plastikowe brzmienie poprzednich dwóch albumów.

Ocena: 7/10



Judas Priest - "Painkiller" (1990)

1. Painkiller; 2. Hell Patrol; 3. All Guns Blazing; 4. Leather Rebel; 5. Metal Meltdown; 6. Night Crawler; 7. Between the Hammer & the Anvil; 8. A Touch of Evil; 9. Battle Hymn; 10. One Shot at Glory

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Scott Travis - perkusja
Gościnnie: Don Airey - instr. klawiszowe (8)
Producent: Judas Priest i Chris Tsangarides


28 maja 2014

[Recenzja] California Breed - "California Breed" (2014)



Nie ma już supergrupy Black Country Communion. Gitarzysta Joe Bonamassa postanowił poświęcić się w pełni karierze solowej. Nie tylko odszedł z zespołu, ale zabronił pozostałym muzykom używać dotychczasowej nazwy. Wokalista/basista Glenn Hughes (znany także z Deep Purple i Black Sabbath), perkusista Jason Bonham (syn Johna Bonhama z Led Zeppelin) i klawiszowiec Derek Sherinian (m.in. ex-Dream Theater) zapowiedzieli, że w takim razie stworzą razem nową grupę. W międzyczasie Sherinian dołączył do zespołu towarzyszącego Bonamassie na koncertach. Pozostała dwójka dopięła jednak swojego postanowienia i, wraz z młodym gitarzystą Andrewem Wattem, powołała do życia zespół California Breed. Ich debiutancki album trafił właśnie do sklepów.

Niestety, longplay okazał się kolejnym tegorocznym rozczarowaniem. Właściwie ciężko mi znaleźć jakiekolwiek zalety tego produktu. Tak, produktu - przygotowanego w taki sposób, aby trafić do szerokiego grona odbiorców. Z jednej strony czerpiącego z klasyki mocnego rocka (Led Zeppelin, The Who, itp.), ale zarazem brzmiącego współcześnie. Niby energetycznego, ale bez prawdziwego czadu (najmocniejsze kawałki - "Days They Come" i "Invisible" - brzmią jak wygładzone Soundgarden; nawet Hughes śpiewa w stylu Chrisa Cornella). Dużo tutaj prostych kawałków, o niby chwytliwych refrenach, które jednak błyskawicznie wypadają z pamięci, zamiast zostać w niej na dłużej (np. "Sweet Tea", "Midnight Oil"). Oczywiście, znalazły się tu także słodkie ballady, dzięki którym grupa będzie mogła trafić także do żeńskiej publiczności - "All Falls Down" i "Breathe". W drugiej z nich gościnnie zaśpiewał syn Johna Lennona, Julian. Tak, gościnny udział gwiazd to przecież także domena tego typu produktów.

"California Breed" to bardzo równy album, co jednak także jest wadą. Przy pierwszym przesłuchaniu byłem znudzony już po połowie longplaya; przy kolejnych - jeszcze szybciej. Gdyby chociaż były tu jakieś utwory wybijające się ponad przeciętność... Ale nie, wszystkie są tak samo nijakie, wyjałowione z zapamiętywalnych riffów i solówek, wyrazistych melodii i prawdziwie rockowego czadu. Liczyłem na to, że Hughesa i Bonhama juniora stać na coś więcej, niż tak bezpłciowy materiał, mogący trafić chyba jedynie do mało wymagających słuchaczy radiowego rocka.

Ocena: 2/10



California Breed - "California Breed" (2014)

1. The Way; 2. Sweet Tea; 3. Chemical Rain; 4. Midnight Oil; 5. All Falls Down; 6. The Grey; 7. Days They Come; 8. Spit You Out; 9. Strong; 10. Invisible; 11. Scars; 12. Breathe

Skład: Glenn Hughes - wokal i bass; Andrew Watt - gitara, wokal (4,8); Jason Bonham - perkusja
Gościnnie: Dave Cobb - instr. perkusyjne; Mike Webb - instr. klawiszowe; Julian Lennon - wokal (12)
Producent: Dave Cobb


27 maja 2014

[Recenzja] Judas Priest - "Ram It Down" (1988)



Album "Turbo" oryginalnie miał nosić tytuł "Twin Turbos" i zawierać dwie płyty - jedną z łagodniejszymi, przebojowymi utworami, w których istotną rolę odgrywają syntezatory, a drugą z mocniejszymi i bardziej ambitnymi kompozycjami. Na takie rozwiązanie nie zgodziła się jednak wytwórnia. W rezultacie najpierw ukazał się jednopłytowy album "Turbo", a kilka innych utworów napisanych z myślą o "Twin Turbos" trafiło na kolejny longplay zespołu, "Ram It Down". K.K. Downing i Glenn Tipton na szczęście zrezygnowali tutaj z używania syntezatorów gitarowych. Niestety, ze względu na niedyspozycję Dave'a Hollanda, w większości utworów - jeśli nie wszystkich - wykorzystano automat perkusyjny. Wynikiem jest album brzmiący jeszcze bardziej syntetycznie od poprzednika.

Początek nie jest zły, a wręcz przeciwnie. Tytułowy "Ram It Down" to otwieracz idealny - szybkie tempo, ciężkie brzmienie i wyrazista melodia. Gdyby cały album był utrzymany w takim stylu... Niestety, rozczarowanie przynosi już kolejny kawałek, "Heavy Metal". Wbrew tytułowi charakteryzujący się okropnym, syntetycznym brzmieniem. Automat perkusyjny psuje większość zawartych tu utworów, z "Love Zone", "Hard as Iron" i "Blood Red Skies" na czele. Żywszym brzmieniem wyróżnia się "Come and Get It", ale kawałek sam w sobie jest przeciętny. W ogóle ciężko tu znaleźć jakieś ciekawsze fragmenty. Na pewno nie zalicza się do nich singlowy "Johnny B. Goode" (z repertuaru Chucka Berry'ego) ani pretensjonalny finał albumu, "Monsters of Rock". Poza utworem tytułowym, na plus mogę zaliczyć tylko rozbudowany "Blood Red Skies", którego potencjał został jednak zmarnowany przez brak prawdziwej perkusji.

Przy ocenie "Ram It Down" już nie mogę być tak wyrozumiały, jak przy "Turbo". Tam zamysłem zespołu było nagranie bardziej radiowego albumu. Ten miał być natomiast bardziej ambitny - a brzmi jeszcze bardziej tandetnie od "Turbo".

Ocena: 4/10

PS. Podczas sesji nagraniowej "Ram It Down" powstał także utwór "Fire Burns Below", w którym wyjątkowo ciekawie połączono brzmienie gitar akustycznych z automatem perkusyjnym i syntezatorami gitarowymi; pojawiają się w nim także interesujące solówki. To bez wątpienia najciekawszy efekt eksperymentów zespołu ze sztucznymi brzmieniami. Kompozycja dostępna jest wyłącznie na reedycji albumu "Stained Class" z 2001 roku. Innym odrzutem z "Ram It Down", dostępnym z kolei na reedycji "Point of Entry", jest rozpędzony "Thunder Road" - niby typowy judasowy kawałek, ale znów z niepasującym, mechanicznym brzmieniem automatu perkusyjnego.



Judas Priest - "Ram It Down" (1988)

1. Ram It Down; 2. Heavy Metal; 3. Love Zone; 4. Come and Get It; 5. Hard as Iron; 6. Blood Red Skies; 7. I'm a Rocker; 8. Johnny B. Goode; 9. Love You to Death; 10. Monsters of Rock

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


26 maja 2014

[Recenzja] Judas Priest - "Turbo" (1986)



W 1986 roku dwa zespoły z czołówki brytyjskiego metalu - Iron Maiden i Judas Priest - wydały albumy, które wywołały kontrowersje wśród fanów. Na obu bowiem wykorzystano coś, co do tamtej pory w żadnym wypadku nie kojarzyło się z taką muzyką - syntezatory gitarowe. O ile jednak Ironi na "Somewhere in Time" wykorzystali je na zasadzie dodatku, rzadko kiedy pozwalając im wysunąć się na pierwszy plan, tak na "Turbo" Judasów są elementem dominującym. Kawałki w rodzaju "Turbo Lover", "Private Property" czy "Parental Guidance" charakteryzują się syntetycznym brzmieniem i banalnymi, popowymi melodiami. Lepiej, ale tylko odrobinę, jest w "Locked In", w którym jest nieco więcej czadu, a dodatkową atrakcją są świetne solówki Downinga i Tiptona - na nieprzetworzonych syntetycznie gitarach.

Jedynie w rozbudowanym, podniosłym "Out in the Cold" wykorzystanie syntezatorów wydaje się uzasadnione - nadają one tej kompozycji jeszcze większego rozmachu i nie brzmią tak kuriozalnie jak w innych kawałkach. W "Out in the Cold" nie brakuje także ostrzejszych gitar. Całość brzmi naprawdę wspaniale. Świetny jest także "Reckless" - najmocniejszy utwór na albumie, ale niepozbawiony wyrazistej melodii. To także jeden z trzech kawałków, w których nie pojawiają się syntezatory. Szkoda, że pozostałe dwa nie są równie udane: od "Rock You All Around the World" odrzuca banalny refren, a "Wild Nights, Hot & Crazy Days" brzmi jak marna kopia stylu AC/DC.

Brzmienie "Turbo" bardzo się zestarzało przez ostatnie trzy dekady i obecnie album brzmi jeszcze bardziej kuriozalnie, niż w chwili wydania. Jest to jeden z tych longplayów, które nigdy nie powinny się ukazać. Poniższa ocena wynika natomiast stąd, że są tu dwa udane utwory, które sprawiają, że jednak warto zapoznać się z tym materiałem.

Ocena: 4/10

PS. Nie wszystkie utwory nagrane podczas sesji do albumu "Turbo" trafiły na album. Część z nich znalazła się na kolejnym albumie, "Ram It Down", inne musiały czekać na wydanie aż do 2001 roku, kiedy w sklepach pojawiły się wznowienia klasycznych albumów Judas Priest. Co ciekawe, na wznowienie "Turbo" trafiła tylko kompozycja "All Fired Up", a pozostałe zostały rozproszone po reedycjach innych albumów - "Red, White & Blue" trafił na "British Steel", "Prisoner of Your Eyes" na "Screaming for Vengeance", a "Turn On Your Light" na "Defenders of the Faith" O ile typowo metalowy "All Fired Up" i hymnowy "Red, White & Blue" nie wyróżniają się niczym szczególnym, tak udane ballady "Prisoner of Your Eyes" i "Turn On Your Light" mogłyby znacząco podnieść poziom "Turbo". Podobnie jak przebojowy "Heart of a Lion" - kolejny odrzut z sesji (wydany w 2004 roku w boksie "Metalogy"), w którym nie brakuje charakterystycznych dla grupy gitarowych unison.



Judas Priest - "Turbo" (1986)

1. Turbo Lover; 2. Locked In; 3. Private Property; 4. Parental Guidance; 5. Rock You All Around the World; 6. Out in the Cold; 7. Wild Nights, Hot & Crazy Days; 8. Hot for Love; 9. Reckless

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara, syntezator gitarowy; Glenn Tipton - gitara, syntezator gitarowy; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


24 maja 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Porcupine Tree

Nie wiadomo czy Porcupine Tree wróci kiedykolwiek do studia. Od 2010 roku działalność zespołu jest zawieszona, a jej lider, Steven Wilson, poświęca całą energię niezliczonej ilości innych projektów, w tym karierze solowej. Jego najnowszy album, zeszłoroczny "The Raven That Refused to Sing", momentami zbliżał się do twórczości Porcupine Tree (zwłaszcza utwór "Drive Home"), co również nie wróży dobrze, jeśli chodzi o przyszłość grupy. Póki co, pozostaje zatem słuchanie dotychczas wydanych albumów. Jeżeli ktoś jeszcze nie miał styczności z twórczością zespołu, poniższa lista może być wskazówką od czego warto zacząć poznawanie. Należy jednak pamiętać, że Porcupine Tree to grupa skupiająca się przede wszystkim na całych albumach i nie da się jej w pełni poznać na podstawie wyrwanych z kontekstu utworów.

Porcupine Tree: Richard Barbieri, Steven Wilson, Gavin Harrison i Colin Edwin.

1. "The Sky Moves Sideways" (z albumu "The Sky Moves Sideways", 1995)

Utwór z przejściowego okresu działalności Porcupine Tree, kiedy przestawał to być solowy projekt Stevena Wilsona, a prawdziwy zespół. Nietrudno się domyślić, że problematyczna była kwestia wykonywania na żywo muzyki, którą nagrałem sam - wyjaśniał Wilson. Ale sądzę też, że podświadomie czułem, że jako solista wykorzystałem już wszystkie możliwości. Tak naprawdę wcale nie lubię automatów perkusyjnych. Na trzecim albumie sygnowanym nazwą Porcupine Tree, "The Sky Moves Sideways", tylko dwa utwory ("The Moon Touches Your Shoulder" i "Dislocated Day") zostały nagrane przez samego Stevena, w pozostałych, w tym tytułowym, towarzyszą nowi muzycy w składzie - klawiszowiec Richard Barbieri, basista Colin Edwin i perkusista Chris Maitland, a także flecista Theo Travis.
Album, ze względu na swoją strukturę, często porównywany jest do "Wish You Were Here", a tytułowe nagranie, podzielone na dwie części, do utworu "Shine on You Crazy Diamonds". Zbliżyliśmy się stylistycznie do innego zespołu - przyznawał Wilson.
Trwający osiemnaście i pół minuty "The Sky Moves Sideways (Phase 1)", umieszczony na początku albumu, składa się z czterech części, na niektórych wydaniach wyróżnionych jako osobne utwory: "The Colour of Air", "I Find That I'm Not There", "Wire the Drum" i "Spiral Circus". Zamykający album, niespełna 17-minutowy "The Sky Moves Sideways (Phase 2)" składa się natomiast z dwóch części: "Is...Not" i "Off the Map". Reedycja albumu z 2004 roku zawiera dodatkowy dysk, na którym znalazła się pełna wersja utworu, trwająca prawie 35 minuty.
"The Sky Moves Sideways (Phase 1)" był grany na żywo w latach 1995-2010, a "Phase 2" w latach 1994-97.


2. "Piano Lessons" (z albumu "Stupid Dream", 1999)

"Piano Lessons" opowiada o moich marzeniach ze szkolnych czasów - wyjaśniał Wilson. O tym, jak bardzo chciałem zostać muzykiem. Każdy dzieciak nosi w sobie jakieś marzenie. Ktoś chce być astronautą i polecieć na księżyc. Ktoś inny pragnie zostać wielkim i słynnym pisarzem. A mnie interesowała tylko muzyka. Chciałem grać. Nagrywać płyty. Zdobyć popularność. Teraz, z perspektywy czasu, widzę, że w moich marzeniach o tym zawodzie było rzeczywiście coś głupiego. Coś bardzo naiwnego. Nie tylko dlatego, że tak trudno je zrealizować. I że tak wiele to kosztuje. Także dlatego, że bycie muzykiem często ma się nijak do tego, jak widzimy to w marzeniach. W rzeczywistości nieraz zamiast twórcą musisz być bardziej biznesmenem. Musisz myśleć nie o komponowaniu, ale o tym, jak się sprzedać. Jak sprzedać swój wizerunek. I swoją muzykę.
To w tekście tego utworu znalazły się słowa "stupid dream", które dały tytuł całemu albumowi.
Pod względem muzycznym utwór prezentuje zupełnie inne oblicze zespołu - bardziej przystępne, wręcz radiowe. "Piano Lessons" był zresztą pierwszym singlem Porcupine Tree, który został odnotowany na UK Singles Chart (164. miejsce). Na żywo utwór był wykonywany tylko na trasach z 1999 roku.


3. "Four Chords That Made a Million" (z albumu "Lightbulb Sun", 2000)

Utwór, który w warstwie tekstowej pokazuje stosunek Wilsona do współczesnej muzyki popularnej. Ten utwór był pomyślany nie tyle jako atak, co krytyka pustki artystycznej i emocjonalnej charakterystycznej dla twórczości, która dominuje na rynku - tłumaczył. Czepiam się nawet nie tyle samej muzyki, co jej otoczki - czyli mediów, prasy muzycznej, zwłaszcza brytyjskiej. Media bardzo często podnoszą do rangi geniuszu przedsięwzięcia co najwyżej przeciętne. Wmawiają dzieciakom, że należy kupować tylko takie a takie płyty. Jeżeli nawet grasz naprawdę genialną muzykę, a nie istniejesz w mediach, nikt nie sięgnie po twoje dzieło. Jest wiele interesujących zespołów, wiele świetnych płyt zupełnie ignorowanych przez media z jakichś tam powodów. Można powiedzieć, że to nic nowego, ale mam wrażenie, że zjawisko, o którym mówię, ciągle się rozrasta, staje się coraz groźniejsze.
Do tekstu nawiązuje warstwa muzyczna utworu - wyjątkowo prosta, jak na Porcupine Tree. "Four Chords That Made a Million" to utwór nieco różniący się od tego, co robiliśmy dotychczas - przyznawał Wilson. Ma bardziej rockowe brzmienie. To jest swego rodzaju eksperyment, który ma pokazać, czy zyskamy sobie w ten sposób nowych fanów.
Paradoksalnie, utwór został wybrany na pierwszy singiel promujący album "Lightbulb Sun". To w sumie nie była do końca nasza decyzja - mówił Wilson. Takimi rzeczami zajmuje się wytwórnia i to ona wybrała ten kawałek na pierwszy singel. Dla mnie jest to niezły wybór, ale ja wybrałbym coś innego. Kawałek doszedł do 95. miejsca na brytyjskiej liście. Na żywo był grany sporadycznie w latach 1999-2001


4. "Shesmovedon" (z albumu "Lightbulb Sun", 2000)

Jeśli mam wybierać utwór na singiel, to zdecydowałbym się na "Shesmovedon" - mówił Wilson zanim jeszcze utwór został wydany na drugim singlu promującym album "Lightbulb Sun". Kompozycja doszła do 93. na UK Singles Chart, co było rekordem zespołu w jego ojczyźnie. Na małą płytę trafiła jednak skrócona wersja utworu. Albumowa wersja, z wieloma zmianami motywów i długimi gitarowymi solówkami Wilsona (być może najlepszymi w całej karierze), wydaje się jednak zbyt ambitna na singiel, pomimo niezaprzeczalnie chwytliwej melodii.
W 2004 roku utwór został nagrany ponownie, w trochę ostrzejszej wersji, z gościnnym udziałem Mikaela Åkerfeldta z Opeth, który śpiewał chórki. Nowa wersja znalazła się na amerykańskim wydaniu albumu "Deadwing".
"Shesmovedon" był regularnie grany na żywo w latach 2000-05. Czasem tytuł jest błędnie zapisywany jako "She's Moved On".


5. "Russia on Ice" (z albumu "Lightbulb Sun", 2000)

Bardzo mi się podoba "Russia on Ice" - mówił Wilson. Jest bardzo złożony i bardzo dużo rzeczy się w nim dzieje. To jest utwór, którego słuchając za każdym razem będzie się odkrywać coś nowego. Porcupine Tree ma tradycję pisania długich utworów i to jest nawiązanie do niej. Jednak według mnie jest to najlepszy z wszystkich długich utworów, jakie napisaliśmy. O tekście mówił natomiast: To jest jedna z tych rozwodowych piosenek. Dla mnie wyrażenie "Russia on ice" jest wspaniałą metafora opisującą punkt, w którym ludzie będący razem, zaczynają żyć całkowicie obok siebie, alienują się od siebie. Nie chciałem tego przedstawiać w żaden dosłowny sposób, ale właśnie za pomocą metafory. To wyrażenie najlepiej mi do tego pasowało.
W utworze pojawia się afrykański instrument guimbri. Colin [Edwin, basista] bardzo interesuje się muzyką etniczną, szczególnie muzyką afrykańską. Był w Afryce i przywiózł kilka ludowych instrumentów, których później użyliśmy na płycie - wyjaśniał Wilson.
Tytuł utworu miał początkowo być tytułem całego albumu, ale wytwórnia stwierdziła, że możemy mieć z tego powodu kłopoty w Ameryce - mówił Steven. Tłumaczono nam, że Amerykanie mogą to opacznie zrozumieć.
"Russia on Ice" był grany na żywo w latach 1999-2010, , a więc aż do ostatnich - przynajmniej jak dotąd - koncertów grupy.


6. "Trains" (z albumu "In Absentia", 2002)

W pobliżu domu, w którym się wychowywałem, była stacja kolejowa i dźwięki pociągów nawiedzają mnie do dziś. A kiedy słyszę pociąg, mój umysł przywołuje mnóstwo uczuć, smaków, wizji z tamtych czasów - wyjaśniał Wilson genezę tekstu "Trains". W tym samym wywiadzie mówił: Dzieciństwo mnie prześladuje. To nie był szczęśliwy czas w moim życiu.
"Trains" należy do tych bardziej piosenkowych utworów z dorobku Porcupine Tree. I najbardziej znanych, chociaż nie był wydany na singlu. Grupa wykonywała go natomiast regularnie podczas koncertów - według strony setlist.fm, był to trzeci najczęściej wykonywany przez grupę utwór (po "Blackest Eyes" i "Even Less"). Był wykonywany w latach 2003-2010.


7. "Lazarus" (z albumu "Deadwing", 2005)

Najczęściej grany utwór Porcupine Tree w polskich rozgłośniach radiowych. Zresztą "Lazarus" na singlu ukazał się tylko w Polsce i w Niemczech (gdzie doszedł do 91. miejsca notowania małych płyt). Steven Wilson szybko jednak zaczął żałować nagrania tak przebojowego kawałka. Z przebojowością jest taki kłopot, że może odwracać twoją uwagę od właściwej treści utworu - mówił w 2007 roku. Taki był problem z albumem "Deadwing". Lubię go, ale moim zdaniem kilka utworów go psuje - i chodzi mi o te najłatwiej wpadające w ucho. Bez nich "Deadwing" mógłby być dużo lepszy.
Mimo to, utwór był regularnie grany w latach 2005-2010. Za chórki w wersji studyjnej odpowiada Mikael Åkerfeldt z Opeth.


8. "Arriving Somewhere But Not Here" (z albumu "Deadwing", 2005)

Jak mówi Steven Wilson, jest to utwór centralny, najdłuższy, umieszczony dokładnie w środku zestawu, najbardziej ambitny. Początkowo miał zresztą dać tytuł całemu longplayowi, ale zwyciężył krótszy, nie tak trudny do zapamiętania - tłumaczył Wilson. Ostatecznie zespół zdecydował jednak wykorzystać go przy okazji debiutanckiego DVD, chociaż w skróconej formie - "Arriving Somewhere..." (2006). Słowa "arriving somewhere" doskonale pasują do sytuacji, kiedy jesteś w trasie - każdego dnia przybywasz w jakieś miejsce, a dowcip polega na tym, że budząc się w autobusie najczęściej nie wiesz, gdzie akurat się znajdujesz i musisz pytać się kierowcy - wyjaśniał Wilson.
To jednak nie ta sytuacja była inspiracją tekstu utworu. Gdy zaczynałem pracę nad albumem, oparłem go na scenariuszu filmowym, który pisałem z moim przyjacielem - mówił Steven. Tytuł "Przybywając gdzieś, ale nie tu" wiąże się z bohaterem tego filmu - to ktoś, kto w pewnym sensie oszukuje los, w konsekwencji odnajduje się w miejscu, którego nie miał w planach, którego nie przewidział, w którym nie powinien się znaleźć.
"Arriving Somewhere But Not Here" jest kolejnym utworem Porcupine Tree, w którym gościnnie wystąpił Mikael Åkerfeldt - tym razem jednak nie jako wokalista, a gitarzysta (zagrał drugą solówkę). Kompozycja była regularnie grana na żywo w latach 2005-06, a także sporadycznie w 2010 roku na trasie The Incident Tour.


9. "Fear of a Blank Planet" (z albumu "Fear of a Blank Planet", 2007)

Tytuł jest trawestacją tytułu albumu "Fear of a Black Planet" Public Enemy z 1990 roku. Ciągle jest to dla mnie bardzo ważny album i spodobał mi się pomysł oddania hołdu tej grupie - przyznawał Wilson. A o czym opowiada w tekście? W XXI wieku problemem jest nadmiar informacji, w szczególności tych skierowanych do najmłodszych. Poddajemy dzieci nieustannemu szumowi informacyjnemu i obawiam się, że wychowujemy generację pustych ludzi. To oczywiście wspaniale, że mamy te wszystkie zdobycze techniki, ale zdecydowanie za dużo tam danych kompletnie bezwartościowych, a rzeczy istotne giną w przekazie. Druga sprawa to powszechna dostępność wszystkiego. Kiedyś zdobycie płyty mniej znanego zespołu, który cię zainteresował, było prawdziwym wyzwaniem. A kiedy już ją kupiłeś, często za ciężkie pieniądze, słuchałeś jej tak długo, aż ją zrozumiałeś i pokochałeś. Teraz po kilku kliknięciach dzieciaki mogą mieć dyskografię dowolnej grupy - i nigdy się z nią nie zapoznają, bo przesłuchawszy po trzydzieści sekund kilku utworów nudzą się.
Skrócona wersja "Fear of a Blank Planet" została wydana na promocyjnym singlu. Utwór był grany na żywo w latach 2006-08.


10. "Time Flies" (z albumu "The Incident", 2009)

I was born in '67 / The year of "Sgt. Pepper" / And "Are You Experienced?" - tym autobiograficznym wyznaniem rozpoczyna się najdłuższy utwór z albumu "The Incident", pod względem muzycznym brzmiący jak skrzyżowanie floydowych "Animals" i "Sheep". Tekst dotyczy natomiast wrażenia, że czas zdaje się przyśpieszać, gdy człowiek dorasta. Gdy stajesz się starszy, zmienia się twoja percepcja czasu - mówił Wilson. Kiedy jesteś mały, nie czujesz presji, żeby coś osiągnąć w danym momencie. Potem ta presja zaczyna wywierać na ciebie ciśnienie. Musisz coś osiągnąć w swoim zawodzie, w życiu osobistym. Czas zdaje się przyśpieszać. Gdy jesteś dzieckiem, lata zdają się trwać wiecznie. Potem mijają jak chwila.
"Time Flies", w wersji skróconej o połowę, został wydany na promocyjnym singlu. Utwór był grany na większości koncertów The Incident Tour (2009-10).


POSTSCRIPTUM

Ze względu na przystępność tekstu, ograniczyłem liczbę utworów do dziesięciu. Tym samym zabrakło miejsca dla tak wspaniałych kompozycji, jak np. "Waiting", "Even Less", "Hatesong", "Buying New Soul", "Sentimental", czy "przebojów" w rodzaju "Stars Die", "Stranger by the Minute" czy "Shallow". Spokojnie można by ułożyć jeszcze drugą, a nawet i trzecią dziesiątkę - ale przecież założeniem cyklu nie jest wymienienie wszystkich wartościowych utworów danego wykonawcy, a tych kompozycji, o których twórcy mają coś ciekawego do powiedzenia (choć zdarzają się wyjątki).

23 maja 2014

[Recenzja] Judas Priest - "Defenders of the Faith" (1984)



"Defenders of the Faith" to kolejny album zaliczany do największych osiągnięć Judas Priest. Nie do końca rozumiem dlaczego. Zespół prezentuje tu swoje różne oblicza - od agresywnych, rozpędzonych czadów (np. "Freewheel Burning"), przez rzeczy bardziej przebojowe (np. "Rock Hard Ride Free"), łagodniejsze (power ballada "Night Comes Down"), po eksperymentalne (syntetycznie brzmiący "Love Bites") - dzięki czemu każdy wielbiciel ciężkiego grania może znaleźć tu coś dla siebie. Niestety, zawarte tu utwory prezentują różny poziom.

Zazwyczaj jest poprawnie, ale bez rewelacji - jak w najszybszych na płycie "Freewheel Burning", "Jawbreaker" i "Eat Me Alive". Trochę brakuje tu wyrazistych melodii (nie mówiąc już o przebojowości na miarę np. "You've Got Another Thing Comin'"), ale za to gitarzyści odwalają kawał naprawdę dobrej roboty. Mieszane odczucia mam także w stosunku do "Night Comes Down" - bardzo ładne spokojne fragmenty zestawione są z bezbarwnymi zaostrzeniami. Jest tutaj też kilka ewidentnie słabszych utworów. Jak zapowiedź kolejnego albumu, syntezatorowego "Turbo", w postaci "Love Bites", w którym ponadto powtarzany do znudzenia jest tytuł. Równie eksperymentalne - i kiepskie - jest zakończenie albumu, czyli stanowiące całość "Heavy Duty" i "Defenders of the Faith". Nudą zaś wieje od łagodniejszego, strasznie banalnego "Some Heads Are Gonna Roll".

Longplay ma na szczęście także utwory warte zapamiętania. Taki "Rock Hard Ride Free" zresztą sam wbija się w pamięć i nie chce z niej wylecieć. To przykład utworu z łagodniejszym brzmieniem i nośnym riffem, ale też ze sporą dawką energii i świetnymi unisonami gitarzystów. Jednak utworem, który pozostawia wszystkie inne daleko w tyle, jest "The Sentinel". To bardziej złożona i ambitna kompozycja, przypominająca, że w latach 70. grupa często inspirowała się rockiem progresywnym. Jest to też jedyny utwór na całym albumie, w którym z powodzeniem udało się połączyć ciężkie brzmienie z wyrazistą melodią.

Ocena: 6/10



Judas Priest - "Defenders of the Faith" (1984)

1. Freewheel Burning; 2. Jawbreaker; 3. Rock Hard Ride Free; 4. The Sentinel; 5. Love Bites; 6. Eat Me Alive; 7. Some Heads Are Gonna Roll; 8. Night Comes Down; 9. Heavy Duty; 10. Defenders of the Faith

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


21 maja 2014

[Recenzja] Judas Priest - "Screaming for Vengeance" (1982)



Rok 1982 przyniósł kilka ważnych dla ciężkiego rocka albumów - wystarczy wspomnieć "The Number of the Beast" Iron Maiden, "Blackout" Scorpionsów, czy recenzowany tu "Screaming for Vengeance". Co stanowi o popularności tego longplaya? Przede wszystkim Judasom udało się na nim zrobić to, co nie do końca wyszło na "Point of Entry" - połączyć heavy metalowe brzmienie z chwytliwymi melodiami. Kompozycje na "Screaming" są o wiele bardziej dopracowane, niż na poprzedniku. A co najważniejsze - jednocześnie cięższe i bardziej zapadające w pamięć.

Podniosły wstęp "The Hellion" płynnie przechodzi w rozpędzony, ale bardzo chwytliwy "Electric Eye". Świetne otwarcie albumu. Szkoda, że już w "Riding on the Wind" napięcie spada - to kolejny szybki, ale niczym się nie wyróżniający kawałek. Lepiej wypada "Bloodstone", pomimo banalnego refrenu, za to z ciekawymi partiami gitarzystów. "(Take These) Chains" również zasługuje na wyróżnienie - spokojny wstęp i niesamowicie chwytliwy refren nie są może tym, czego oczekuje się od tej grupy, ale słucha się tego utworu bardzo przyjemnie. W "Pain and Pleasure" brzmienie też jest nieco lżejsze, przypominające to z poprzedniego albumu - mógłby to być jeden z lepszych fragmentów "Point of Entry". Tutaj niestety trochę zaniża poziom.

W tytułowym "Screaming for Vengeance" zespół dla odmiany pokazuje swoje bardziej agresywne oblicze - szybkie tempo, wykrzyczana partia wokalna, ale też fajna solówka grana unisono przez obu gitarzystów. Do przebojowego grania muzycy wracają w singlowym "You've Got Another Thing Comin'" - najbardziej znanym fragmencie longplaya. Kawałek opiera się na motorycznym motywie - identycznym co w "Can't Live Without You" Scorpions z wspomnianego, wydanego kilka miesięcy wcześniej "Blackout". Utwór Judasów jest jednak o wiele lepszy - mocniejszy i nie popadający w banał. Zaczynający się balladowo "Fever" to kolejny intrygujący fragment albumu. A zamykający album "Devil's Child" to kolejny dowód, że ostre brzmienie gitar i wykrzyczana partia wokalna nie muszą wykluczać chwytliwej melodii.

Ocena: 7/10



Judas Priest - "Screaming for Vengeance" (1982)

1. The Hellion; 2. Electric Eye; 3. Riding on the Wind; 4. Bloodstone; 5. (Take These) Chains; 6. Pain and Pleasure; 7. Screaming for Vengeance; 8. You've Got Another Thing Comin'; 9. Fever; 10. Devil's Child

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


20 maja 2014

[Recenzja] Judas Priest - "Point of Entry" (1981)



"Point of Entry" ukazał się pomiędzy dwoma najpopularniejszymi albumami Judas Priest - "British Steel" i "Screaming for Vengeance" - i do dziś pozostaje daleko w ich cieniu na wszelkich rankingach. Trudno się temu właściwie dziwić, bo muzycy zaproponowali tutaj niekoniecznie taką muzykę, jakiej oczekiwali po nich fani. Sukces singli "Breaking the Law" i "Living After Midnight" (oba z "British Steel") zrobił swoje i w rezultacie "Point of Entry" jest albumem o wiele bardziej zorientowanym na wpadające w ucho melodie. Inna sprawa, że z trzech singli promujących album (wybrano na nie trzy pierwsze utwory), tylko w przypadku "Heading Out to the Highway" można mówić o przeboju w pełnym tego słowa znaczeniu (10. miejsce na amerykańskim Mainstream Rock Chart).

"Heading Out to the Highway" ma jednak wszystkie cechy singlowego kawałka - oczywiście z czasów, gdy heavy metal był o wiele bardziej popularny niż obecnie. Brzmienie jest mocne, ale niezbyt ciężkie, a refren bardzo chwytliwy. Najlepszym fragmentem jest jednak solówka, grana unisono przez obu gitarzystów. W podobnych klimatach utrzymane są jeszcze np. "Don't Go", "Solar Angels", a jeszcze bardziej komercyjnie jest w "Turning Circles", w którym pojawiają się nieprzesterowane gitary i syntezatory, i banalnym "You Say Yes". Oczywiście są tu także utwory, w których zespół zaostrza brzmienie i przyśpiesza tempo - i bynajmniej nie wypadają one mniej melodyjnie od wcześniej wspomnianych ("Hot Rockin'", "Troubleshooter"). Najbardziej interesującym fragmentem longplaya jest natomiast wolniejszy "Desert Plains", z uwypuklonym brzmieniem sekcji rytmicznej, oraz chwytliwym, ale nie banalnym refrenem.

"Point of Entry" zdecydowanie nie jest szczytowym osiągnięciem Judas Priest, ale można posłuchać.

Ocena: 6/10



Judas Priest - "Point of Entry" (1981)

1. Heading Out to the Highway; 2. Don't Go; 3. Hot Rockin'; 4. Turning Circles; 5. Desert Plains; 6. Solar Angels; 7. You Say Yes; 8. All the Way; 9. Troubleshooter; 10. On the Run

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Judas Priest i Tom Allom


19 maja 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Brain Salad Surgery" ELP

Dokładnie tydzień temu, 12 maja, zmarł kontrowersyjny szwajcarski malarz i rzeźbiarz, Hans Rudolf Giger. Popularność przyniosło mu przede wszystkim stworzenie postaci Obcego z kultowej serii filmów science fiction, ale miał związek także z muzyką, poprzez tworzenie okładek albumów różnych grup rockowych i metalowych. Najbardziej znaną okładką jego autorstwa pozostaje "Brian Salad Surgery" grupy Emerson, Lake & Palmer z 1973 roku.


Keith Emerson poznał H.R. Gigera i jego twórczość na początku 1973 roku, kiedy ELP koncertował w Szwajcarii. Od razu zafascynował go mroczny styl prac malarza, w sam raz pasujący do ówczesnej twórczości grupy, i zaproponował mu namalowanie okładki na następny album. Szwajcar miał już na koncie okładkę albumu "Walpurgis" mało znanej szwajcarskiej grupy The Shiver (1969), więc nie był to dla niego debiut w tej roli. Fascynacja Emersona twórczością Gigera była tak wielka, że było mu obojętne co stworzy malarz - byle tylko przygotował grafikę na następny longplay. Bardziej obojętni Greg Lake i Carl Palmer, po przejrzeniu prac artysty, zasugerowali stworzenie czegoś podobnego do obrazu "Landscape XIX", przedstawiającego futurystyczną maszynę, której jednym z elementów były ludzkie czaszki.

Pierwowzór "Brain Salad Surgery" - "Landscape XIX".

Na okładce "Brain Salad Surgery" znalazło się także nowe logo grupy (zaprojektowane przez Gigera) oraz "okienko", w którym widać fragment innej grafiki Szwajcara przygotowanej na album - postać kobiety pokrytej bliznami (jako modelka wystąpiła żona malarza). Właśnie ta druga grafika spowodowała, że niewiele brakowało, aby wytwórnia odrzuciła cały projekt. Otóż poniżej ust kobiety namalowana była pewna część ciała, pojawiająca się zresztą bardzo często w twórczości Gigera - było to dosłowne nawiązanie do tytułu albumu (pierwotnie zatytułowanego "Whip Some Skull On Ya", co znaczyło to samo, czyli fellatio, ale dosadniej wyrażone). Giger zgodził się usunąć kontrowersyjny fragment.

Co ciekawe, autorstwo okładki w opisie albumu zostało przypisane Fabio Nicoliemu. W rzeczywistości był on tylko pomysłodawcą, aby zewnętrzna okładka otwierała się jak wrota, przez które można było się dostać do okładki wewnętrznej (rozwiązanie to okazało się mało praktyczne, więc zrezygnowano z niego na późniejszych wydaniach). Giger komentował to w następujący sposób: Chciał przysporzyć sobie chwały i w miejsce mojego nazwiska, jako projektanta albumu, wstawił swoje. Byłem wściekły. Niemniej wybaczyłem mu, wszak chwilę później stracił życie w wypadku samochodowym. Oryginalne obrazy, zatytułowane "Work #217 ELP I" i "Work #218 ELP II", zostały w 2005 roku wystawione w Pradze, skąd zostały skradzione. Do tej pory nie zostały znalezione, chociaż wyznaczono aż 10 000 $ nagrody za informacje na ich temat.

Mniej znane okładki autorstwa H.R. Gigera: "Walpurgis" The Shiver i "Pictures" Island.

Poza "Brain Salad Surgery", H.R. Giger stworzył okładki m.in. do albumów "Kookoo" Debbie Harry (1981), "To Mega Therion" Celtic Frost (1985), "Danzig III: How the Gods Kill" Danzig (1992), "Heartwork" Carcass (1993); w ostatnich latach współpracował zaś przede wszystkim z grupą Triptycon (założoną przez Thomasa Gabriela Fischera z Celtic Frost), dla której namalował okładki obu wydanych do tej pory albumów, "Eparistera Daimones" (2010) i "Melana Chasmata" (2014). Z mniej znanych grafik warto wymienić wspomniany już "Walpurgis" The Shiver, oraz "Pictures" równie zapomnianego zespołu Island (1977).

17 maja 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Live Evil" Black Sabbath

Za powstaniem okładki "Live Evil" - pierwszej oficjalnej koncertówki Black Sabbath - nie kryje się żadna ciekawa historia. Warto jednak poświęcić jej uwagę, ponieważ w ciekawy sposób przedstawiona została na niej zawartość albumu.


Pomysłodawcą okładki był Paul Clark, a wykonaniem ilustracji zajął się Stan Watts. Grafika przedstawia kilkanaście postaci, nawiązujących do utworów znajdujących się na albumie:
  • Szaleniec w kaftanie bezpieczeństwa - "Paranoid".
  • Wyznawca voodoo - "Voodoo".
  • Anioł i diabeł - "Heaven and Hell".
  • Diabeł może być także nawiązaniem do utworu "N.I.B.".
  • Rycerz ze świecącym mieczem - "Neon Knights".
  • Zakapturzona postać w czerni - "Black Sabbath".
  • Człowiek z żelaza - "Iron Man".
  • Świnia w mundurze żołnierza - "War Pigs".
  • Dzieci w trumnie na morzu - "Children of the Grave" i "Children of the Sea".
  • Zakapturzona postać poplamiona krwią - "Mob Rules".


Na tylnej stronie okładki narysowany jest układ gwiazd znany jako Gwiazdozbiór Krzyża Południa, będący nawiązaniem do utworu "The Sign of the Southern Cross", a także gitara akustyczna, prawdopodobnie symbolizująca utwór "Fluff". Na albumie znalazła się także kompozycja "E5150", nieprzedstawiona graficznie na okładce.

12 maja 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Holy Diver" Dio

Debiutancki album zespołu Dio został ozdobiony kontrowersyjną okładką z potworem topiącym księdza...


Chodziło mi o taki efekt - ludzie mówią, ze coś, co wygląda na potwora, topi księdza - wyjaśniał Ronnie James Dio. Ale skąd oni wiedzą, czy to ksiądz nie topi potwora? Nigdy nie można oceniać niczego powierzchownie. Potwór z okładki "Holy Diver" to maskotka zespołu, nazwana Murray. Pojawiła się jeszcze na okładkach drugiego i czwartego albumu Dio ("The Last in Line" i "Dream Evil"), kompilacji "Diamonds - The Best of Dio", koncertówki "Holy Diver Live", a także na grafikach kilku singli z wczesnych lat działalności.


Dlaczego Murray nie trafił na okładki pozostałych albumów? Myślę, że gdy eksploatuje się jakiś pomysł zbyt długo, traci on siłę wyrazu - tłumaczył Dio w 2005 roku. Dobrym przykładem jest Eddie z Iron Maiden. Zespół umieścił go już w tylu różnych, czasem humorystycznych kontekstach, że postać ta spowszedniała. Nie chciałem dopuścić do takiej sytuacji - moim zdaniem okładki tamtych wczesnych albumów Dio mają w sobie pewną niesamowitość. Dlatego najlepsze, co mogliśmy zrobić z Murrayem, to dać mu spokój.

9 maja 2014

[Recenzja] Gus G - "I Am the Fire" (2014)



"I Am the Fire" to drugi solowy album greckiego gitarzysta Konstantinosa Karamitroudisa, lepiej znanego pod pseudonimem Gus G. Poprzedni, "Guitar Master", ukazał się już w 2001 roku - a więc jeszcze przed debiutem jego głównej grupy, Firewind. To właśnie w niej występując zdobył uznanie, ale prawdziwą sławę przyniosło mu dopiero dołączenie do solowego zespołu Ozzy'ego Osbourne'a w 2009 roku. Choć raczej nie przypadł do gustu większości fanów samozwańczego Księcia Ciemności. Ja także nie jestem wielbicielem szkoły gry na gitarze, którą reprezentuje Grek - chodzi w niej wyłącznie o szybkość i prezentację technicznych umiejętności. Mimo wszystko, zdecydowałem się sięgnąć po ten album. Czy było warto?

Na "I Am the Fire" - w przeciwieństwie do całkowicie instrumentalnego "Guitar Master" - Gusowi towarzyszy kilku mniej lub bardziej znanych wokalistów (żadnych wielkich nazwisk tu jednak nie uświadczymy). Aż w czterech utworach udziela się niejaki Mats Levén, znany z doom metalowego Candlemass; pozostali wokaliści dostali po jednym kawałku. To właśnie kawałki, w których śpiewa Levén, robią najlepsze wrażenie. "My Will Be Done" to naprawdę udany otwieracz - mocny i bardzo chwytliwy, nawet solówka jest całkiem melodyjna. Wolniejsze "Blame It on Me" i "Eyes Wide Open" są nawet jeszcze bardziej melodyjne, choć już trochę mniej porywające. Poziom jednak trzymają. Podobne jak "End of the Line" - dość stereotypowa power ballada, ale sprawdzająca się na zakończenie albumu.

W tym miejscu postawić należy pytanie, dlaczego Levén nie śpiewa w pozostałych utworach. Dzięki temu album zyskałby spójność - natomiast przez udział tak wielu wokalistów jest bardzo nierówny. Tym bardziej, że niektórzy z nich zupełnie nie pasują do tego typu muzyki. Np. nowoczesny sposób śpiewania niejakiego Blake'a Allisona całkiem psuje tytułowy "I Am the Fire" (sam w sobie niezły, oparty na fajnym riffie). Jeszcze gorzej w takiej muzyce sprawdza się wokal kobiecy ("Long Way Down" z udziałem Alexii Rodriguez). Zaskakująco nijako wypadł na albumie najbardziej chyba znany z tego grona Jeff Scott Soto - ale głównie dlatego, że przypadł mu banalny kawałek "Summer Days". Choć i tak miał więcej szczęścia od Toma Englunda, który dostał przesłodzony "Dreamkeeper".

Całości dopełniają dwa utwory instrumentalne - "Vengeance" (z gościnnym udziałem basisty Megadeth, Davida Ellefsona) i "Terrified" (w którym z kolei wystąpił inny popularny basista, Billy Sheehan, znany m.in. z Mr. Big). W obu mamy do czynienia z prezentacją technicznych umiejętności i właściwie niczym więcej. Służą tylko wydłużeniu czasu albumu, który i bez nich w większości składa się z wypełniaczy.

Ocena: 5/10



Gus G - "I Am the Fire" (2014)

1. My Will Be Done; 2. Blame It on Me; 3. I Am the Fire; 4. Vengeance; 5. Long Way Down; 6. Just Can't Let Go; 7. Terrified; 8.  Eyes Wide Open; 9. Redemption; 10. Summer Days; 11. Dreamkeeper; 12. End of the Line

Skład: Gus G - gitara, bass i instr. klawiszowe
Gościnnie: Mats Levén - wokal (1,2,8,12); Blake Allison - wokal (3); Alexia Rodriguez - wokal (5); Jacob Bunton - wokal (6); Michael Starr - wokal (9); Jeff Scott Soto - wokal (10); Tom Englund - wokal (11); Marty O'Brien - bass; David Ellefson - bass (4); Billy Sheehan - bass (7); Daniel Erlandsson - perkusja; Jeff Friedl - perkusja
Producent: Gus G


8 maja 2014

[Recenzja] High Tide - "High Tide" (1970)



Drugi album High Tide to tylko trzy utwory, o łącznym czasie nie przekraczającym trzydziestu trzech minut. Tak krótki czas trwania nie musi wcale świadczyć o kryzysie twórczym wykonawcy - zdarzają się przecież albumy, które właśnie dzięki takiej długości są udane, bo nie zawierają żadnego wypełniacza (np. "Master of Reality" Black Sabbath, "Rising" Rainbow). Jednak nie w tym przypadku. "High Tide" pozbawiony jest praktycznie wszystkich zalet debiutanckiego "Sea Shanties". Ciężkie gitarowe riffy ustąpiły miejsca elementom folkowym ("The Joke", "Saneonimous"), a skrzypce Simona House'a straciły rockową zadziorność - w "Blankman Cries Again" ich brzmienie w ogóle nie pasuje do tego, co grają pozostali muzycy. Najgorsze chyba jest jednak to, że tym razem zamiast ciekawych, rozbudowanych kompozycji, otrzymujemy rozwleczone, monotonne kawałki o charakterze luźnych jamów (zwłaszcza "Blankman Cries Again"). Nawet jeśli w "The Joke" i "Saneonimous" pojawiają się fragmenty o bardziej wyrazistych melodiach, to giną one w natłoku przydługich, instrumentalnych pasaży. Ich obecność wynika prawdopodobnie z braku pomysłu na więcej utworów - muzycy musieli jak najbardziej rozciągnąć jedyne trzy utwory, które udało im się wymyślić. Fatalny pomysł. Nic dziwnego, że wkrótce potem High Tide zakończył działalność.

Ocena: 2/10



High Tide - "High Tide" (1970)

1. Blankman Cries Again; 2. The Joke; 3. Saneonimous

Skład: Tony Hill - wokal, gitara, organy; Simon House - skrzypce, instr. klawiszowe; Peter Pavli - bass; Roger Hadden - perkusja, instr. klawiszowe
Producent: High Tide


7 maja 2014

[Recenzja] High Tide - "Sea Shanties" (1969)



"Sea Shanties", debiutancki album High Tide, to jeden z najciekawszych, zapomnianych longplayów ubiegłego wieku. Zespół zaprezentował tutaj swój unikalny styl, którego głównymi składnikami są ciężkie, sfuzzowane gitary, śpiew w stylu Jima Morrisona, oraz nierzadko pierwszoplanowa rola skrzypiec - instrumentu rzadko wówczas spotykanego w muzyce rockowej (wcześniej pojawił się w kilku utworach Beatlesów, ale na tak szeroką skalę stosowała go chyba tylko równie zapomniana grupa East of Eden). Otwierający całość, mocny "Futilist's Lament" opiera się na riffach, nie tak odległych od tych, które kilka miesięcy później muzycy Black Sabbath zaprezentowali na swoim debiucie. Dalej mamy prawdziwy odlot, w postaci ponad 9-minutowego, instrumentalnego "Death Warmed Up". To przede wszystkim popis Simona House'a na skrzypcach, którego dynamiczna gra idealnie pasuje do ostrego, proto-metalowego podkładu pozostałych muzyków.

Zancznie więcej dzieje się jednak w o połowę krótszym "Pushed, But Not Forgotten", w którym łagodne fragmenty balladowe raz po raz przeplatane są kolejnymi psychodelicznymi odlotami. Bardzo interesującą kompozycją jest także "Walking Down Their Outlook", wyróżniający się bardzo przebojową melodią w stylu The Doors, pełen jednak różnych przejść i zmian nastrojów. Na pewno nie jest to kawałek pasujący do radia, choć momentalnie zapadający w pamięć. Tytuł albumu najlepiej chyba pasuje do "Missing Out" - kolejnego rozbudowanego, niemal dziesięciominutowego utworu. Melodia i brzmienie skrzypiec jak najbardziej kojarzą się z szantami, brzmienie jest jednak tak samo przesterowane, jak w pozostałych utworach, a długie popisy solowe także są domeną rocka. Finałowy "Nowhere" to kolejny utwór, w którym psychodeliczne popisy przeplatają się z ładnymi fragmentami z morrisonowskim śpiewem.

Pomimo skojarzeń z The Doors czy Black Sabbath, pojawiających się podczas słuchania "Sea Shanties", jest to album absolutnie wyjątkowy, niepowtarzalny - być może dlatego nie spotkał się z uznaniem ówczesnych słuchaczy, a grupa popadła w zapomnienie. Jeśli jednak jest się wielbicielem muzyki z tamtych lat - koniecznie trzeba znać ten longplay.

Ocena: 9/10 



High Tide - "Sea Shanties" (1969)

1. Futilist's Lament; 2. Death Warmed Up; 3. Pushed, But Not Forgotten; 4. Walking Down Their Outlook; 5. Missing Out; 6. Nowhere

Skład: Tony Hill - wokal i gitara; Simon House - skrzypce i organy; Peter Pavli - bass; Roger Hadden - perkusja
Producent: Denny Gerrard


5 maja 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Trespass" Genesis

Z reguły największą wagę do okładek przywiązują zespoły zaliczane do nurtu rocka progresywnego. Wśród zespołów, których okładki przyciągają najwięcej uwagi, znajduje się grupa Genesis. W tegotygodniowej części cyklu "Historie okładek" przyjrzymy się grafice zdobiącej drugi longplay zespołu, "Trespass".


Autorem okładki jest Paul Whitehead. Byłem z nimi, gdy tworzyli piosenki, uczestniczyłem w próbach - wspominał grafik. Znałem teksty, inspirowałem się nimi. Współpracowaliśmy ze sobą. I była to naprawdę owocna współpraca. Inspiracją do namalowania pierwszej okładki Whiteheada dla Genesis stało się słowo "trespass" (ang. "naruszać"), pochodzące z tekstu utworu "White Mountain". Okładka przedstawia królewską parę, patrzącą na swoje królestwo, podglądaną przez amora. Sielankowy nastrój tej sceny idealnie pasował do pięciu utworów, które zespół stworzył przed namalowaniem obrazu. Później powstał jednak jeszcze jeden utwór - wyjątkowo agresywny, jak na Genesis, "The Knife". Whitehead postanowił odzwierciedlić to w okładce - wypożyczył szkocki nóż, tzw. dirk, który wbił w swój obraz i przeciął go wzdłuż, a następnie całość sfotografował.

Okładka "Trespass" po rozłożeniu koperty.

Paul Whitehead stworzył dla Genesis także okładki dwóch następnych albumów, "Nursery Cryme" i "Foxtrot", które podobnie jak grafika z "Trespass", były przepełnione surrealistyczną, baśniową aurą. Dalszą współpracę uniemożliwiła przeprowadzka Whiteheada do Stanów. Około 1974 roku nie było jeszcze firm kurierskich, e-maili i wszystkich tych rzeczy - mówił. Nie było nawet faksu. Odległość ośmiu tysięcy mil sprawiła, że trudno było kontynuować współpracę. Przed wyjazdem, Whitehead tworzył okładki także dla innych wykonawców związanych z wytwórnią Charisma Records - Van der Graaf Generator i Petera Hammilla. Pierwszą okładkę stworzył natomiast w 1969 roku, na album "Sea Shanties" mało znanego zespołu High Tide.

Okładka "Nursery Cryme" po rozłożeniu koperty.

Okładka "Foxtrot" po rozłożeniu koperty.

Oryginalne malunki wszystkich trzech okładek Genesis autorstwa Whiteheada zaginęły w 1983 roku, kiedy Charisma Records została przejęta przez Virgin. Ktoś je ukradł - twierdzi z żalem Whitehead.