29 kwietnia 2014

[Recenzja] Peter Hince - "Queen. Nieznana historia" (2012)

Nie jest to typowa biografia zespołu rockowego. Nie dowiemy się z niej jak grupa powstała, nie znajdziemy tu analizy jej dokonań, ani tym bardziej wypowiedzi muzyków na temat ich twórczości. To opowieść Petera Hince'a, wieloletniego współpracownika Queen (od 1975 do 1986 roku), o tym, jak wygląda praca tzw. roadies, czyli technicznych, o życiu w trasach i problemach jakie były na nich nieuniknione, a także o występach w różnych zakątkach świata - przede wszystkim w obu Amerykach, Japonii i Południowej Afryce. Koncerty w tych krajach bardzo się od siebie różnią. Np. w Japonii musiały rozpoczynać się około godziny osiemnastej, aby publiczność mogła wrócić do domów komunikacją miejską - dlaczego u nas nikt tego nie bierze pod uwagę?

Zdecydowanie mniej miejsca Hince poświęcił sesjom nagraniowym albumów i kręceniu teledysków - tu jego rola była znacznie mniejsza niż podczas tras. Muzycy Queen często schodzą w książce na dalszy plan. Co nie znaczy, że nic o nich nie można się stąd dowiedzieć. Z perspektywy bliskiego współpracownika ich obraz wygląda nieco inaczej, niż okiem fanów i dziennikarzy. Hince odpowiadał przede wszystkim za sprzęt Freediego Mercury'ego i Johna Deacona, więc to właśnie o nich najwięcej tu ciekawostek. Jednak z pozostałą dwójką, Brianem Mayem i Rogerem Taylorem, autor także miał kontakt, więc nie brakuje tu także opisów zdarzeń z ich udziałem.

Książka wypełniona jest ciekawymi i zabawnymi anegdotami. Jak np. ta, kiedy Hince trafił na okładkę brazylijskiego dziennika Jornal de Brasil, bo wzięto go za Johna Deacona. Albo gdy musiał na chwilę zastąpić Deacona na scenie - pech chciał, że akurat wtedy nieświadomy niczego Mercury postanowił przedstawić basistę publiczności. Takich historii jest tu o wiele więcej. Chociażby dla nich warto poznać tę książkę. Natomiast opisy pracy roadies czynią z niej pozycję, która może zainteresować także osoby nieprzepadające za twórczością Queen (sam autor przyznaje, że lubi niektóre utwory zespołu, ale nie jest jego wielkim wielbicielem). Całości dopełniają wkładki z mało znanymi zdjęciami muzyków, autorstwa Hince'a (zresztą obecnie pracującego jako fotograf).

Minusem "Queen. Nieznana historia" jest wstęp polskiego wydania, dopisany przez dziennikarza Romana Rogowieckiego. Na tylnej okładce przedstawiony jest jako "znawca i wielki fan Queen", a w tym krótkim tekście popełnia dwa ogromne błędy merytoryczne. Po pierwsze album "A Night at the Opera" uważa za trzeci w dyskografii zespołu (jest czwarty). To jednak jeszcze nic przy zdaniu (...) longplay "Queen 2" z dużym przebojem "Sheer Heart Attack". Prawdopodobnie chodziło o przebój "Killer Queen" z trzeciego albumu, "Sheer Heart Attack", bo utwór "Sheer Heart Attack" trafił dopiero na szósty album, "News of the World" i nie był nawet wydany na singlu. Pomijając błędy, sam wstęp nic nie wnosi do ciekawej opowieści Petera Hince'a.


Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN.




Peter Hince - "Queen. Nieznana historia" (2012)

Tytuł oryginału: "Queen: Unseen"
Rok wydania oryginału: 2011
Tłumaczenie: Aleksandra Machura, Ewa Magiera


28 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Death Walks Behind You" Atomic Rooster

Większość okładek powstaje specjalnie z myślą o danym wydawnictwie. Czasem zdarza się jednak, że wykorzystywane jest dzieło istniejące już wcześniej. Tak było chociażby przypadku okładki albumu "Death Walks Behind You" zespołu Atomic Rooster, na której wykorzystano obraz "Nabuchodonozor" Williama Blake'a.


William Blake (1757-1827) to słynny angielski poeta, pisarz, malarz, rytownik, drukarz i mistyk. Zaliczany bywa do tzw. "poetów wyklętych" - ze względu na liczne skandale obyczajowe, ich twórczość była odrzucana przez współczesnych, dopiero po śmierci zyskiwała popularność. Obraz "Nabuchodonozor" powstał w 1795 roku. Przedstawia króla Babilonii, Nabuchodonozora II, a konkretnie zainspirowany został następującym fragmentem Biblii z Księgi Daniela: Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba go obmywała. Włosy jego urosły [niby] pióra orła, paznokcie zaś jego jak [pazury] ptaka (Dn 4,30).

William Blake - "Nabuchodonozor" (1795).

Twórczość Blake'a inspirowała wielu rockowych wykonawców - od muzyków The Doors, którzy nazwę zespołu zaczerpnęli z aforyzmu Blake'a (Gdyby drzwi percepcji zostały oczyszczone, każda rzecz jawiłaby się człowiekowi taką, jaką jest, nieskończoną), przez supergrupę Emerson, Lake & Palmer, która nagrała własną wersję hymnu "Jerusalem" (poemat "And Did Those Feet in Ancient Time" Blake'a z 1804 roku, do którego w roku 1916 Charles Hubert Hastings Parry dopisał muzykę), aż po wokalistę Iron Maiden, Bruce'a Dickinsona, który jeden ze swoich solowych albumów, "The Chemical Wedding", w całości poświęcił Blake'owi.


Z Blakem zetknąłem się jeszcze w dzieciństwie, kiedy kupiłem płytę zespołu Atomic Rooster - przyznawał Dickinson. Na jej okładce widniała reprodukcja obrazu Blake'a zatytułowanego "Nabuchodonozor", który bardzo mnie zaintrygował. Jakiś czas później, z czystej ciekawości, sięgnąłem po tomik jego wierszy i doznałem olśnienia. Blake stał się moim duchowym przewodnikiem, a jego twórczość niewyczerpanym źródłem inspiracji. Na okładce "The Chemical Wedding" znalazł się przetworzony fragment innego obrazu Blake'a, "Duch pchły" (w oryginale brzmi to lepiej: "The Ghost of the Flea"). Obraz powstawał w latach 1819-20. "Duch pchły" podobno nawiedził Blake'a w jego mieszkaniu. Po sugestii znajomego, postanowił namalować portret zjawy, gdy tylko ta ponownie się ukaże. Nie była to jedyna wizja Blake'a - już od dzieciństwa widział rożne dziwne rzeczy, przez co często był uważany za szaleńca.

Album "The Chemical Wedding" nie był bynajmniej pierwszym, na którym wykorzystano obraz "The Ghost of the Flea". W 1978 roku został wykorzystany przez mało znaną grupę ze sceny Canterbury, Gilgamesh, na ich drugim albumie, "Another Fine Tune You've Got Me Into".




Kliknij, aby przeczytać recenzje "Death Walks Behind You" lub "The Chemical Wedding".

21 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "In the Court of the Crimson King" King Crimson

Wydany w październiku 1969 roku debiutancki album King Crimson, "In the Court of the Crimson King", wzbudził szok ówczesnych słuchaczy rocka - zarówno zawartą na nim muzyką, jak i za sprawą zdobiącej go okładki. Brytyjski magazyn Disc określił ją nawet "najstraszniejszą okładką roku"...


Peter [Sinfield, tekściarz grupy] przyniósł obraz i od razu przypadł nam do gustu - wspominał gitarzysta King Crimson, Robert Fripp, w francuskim magazynie Rock & Folk. Ostatnio zabrałem oryginał z biura EG, ponieważ trzymali go w świetle słonecznym, co oczywiście spowodowałoby jego zniszczenie. Twarz na przodzie okładki to Schizotymik, natomiast wewnątrz znajduje się Karmazynowy Król. Jeśli zakryje się uśmiechnięte usta [króla], wtedy oczy wyrażają nieskończony smutek. Co można dodać? Okładka oddaje muzykę. Schizotymik i Karmazynowy Król to oczywiście postaci z tekstów utworów z albumu: "21st Century Schizoid Man" i "The Court of the Crimson King".


Ilustracja z wewnętrznej strony koperty - Karmazynowy Król.

Autorem obu ilustracji był Barry Godber, z zawodu programista. Niestety, była to jedyna okładka, jaką stworzył. 24-letni Godber zmarł w lutym 1970 roku na skutek zawału serca. Warto dodać, że w tym czasie do przeszłości należał już skład King Crimson biorący udział w nagrywaniu albumu - multiinstrumentalista Ian McDonald i perkusista Michael Giles odeszli w grudniu 1969 roku, tuż po zakończeniu trasy promującej longplay. Niedługo później z zespołem rozstał się także wokalista/basista Greg Lake.

Barry Godber ze swoim dziełem.

19 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Heartbreaker" (1973)



Album "Heartbreaker" został nagrany po istotnych zmianach w składzie zespołu. Odszedł basista Andy Fraser, na którego miejsce przyjęto Japończyka Tetsu Yamauchiego; doszedł także klawiszowiec John Bundrick. Ponadto coraz bardziej pogrążony w nałogach Paul Kossoff zagrał tylko w pięciu z ośmiu utworów. W "Common Mortal Man" i "Easy on My Soul" zastąpił go muzyk sesyjny, Snuffy Walden, a w "Muddy Water" - perkusista grupy, Simon Kirke. W takich warunkach powstał jednak bardzo udany longplay - najlepszy od czasu debiutanckiego "Tons of Sobs".

Całość rozpoczyna się od jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów zespołu, kowerowanego przez niezliczoną ilość wykonawców - "Wishing Well". Kawałek oparty jest na świetnym, bardzo nośnym riffie, a przyciąga uwagę także chwytliwą, choć niebanalną, melodią. Dalej bynajmniej nie jest gorzej. "Come Together in the Morning" to utwór wolniejszy, spokojniejszy, ale z ostrzejszymi partiami Kossoffa, których tak bardzo brakowało na dwóch poprzednich albumach (zwłaszcza na "Free at Last"). Może w "Travellin' in Style" zespół ociera się o banał, ale wynagradza to wspaniały utwór tytułowy. Ciężki, dynamiczny blues, z długimi gitarowymi solówkami, fajnie wzbogacony brzmieniem organów (nowość w twórczości Free).

Otwierający drugą stronę winylowego wydania "Muddy Water" urzeka piękną melodią, która bije na głowę wszystkie ballady z przeładowanego nimi "Highway". Nawet nie przeszkadza, że kolejny utwór, "Common Mortal Man", to także ballada. Oba utwory mają swój indywidualny charakter - wcześniej różnie z tym bywało. "Easy on My Soul" to także ciekawy utwór, oparty na mocnej grze Kirke'a, za to niemal bez gitar - pierwszoplanową rolę odgrywają w nim klawisze Bundricka. Za to finałowy "Seven Angels" to kolejny mocny, bluesrockowy utwór z partiami gitar (wyjątkowo w wykonaniu i Kossoffa, i Waldena) uzupełnianymi dźwiękami organów. 

Niestety, "Heartbreaker" okazał się ostatnim albumem grupy. Wkrótce po jego wydaniu ze składu odszedł Paul Kossoff (wkrótce założył swój własny zespół, Back Street Crawler, w którym grał aż do swojej nagłej śmierci w marcu 1976 roku, w wieku zaledwie 25 lat). Pozostali muzycy wyruszyli w trasę, z gitarzystą Wendellem Richardsonem, po której zespół został rozwiązany. Paul Rodgers i Simon Kirke założyli Bad Company, a Tetsu Yamauchi dołączył do The Faces.

Ocena: 8/10



Free - "Heartbreaker" (1973)

1. Wishing Well; 2. Come Together in the Morning; 3. Travellin' in Style; 4. Heartbreaker; 5. Muddy Water; 6. Common Mortal Man; 7. Easy on My Soul; 8. Seven Angels

Skład: Paul Rodgers - wokal i gitara; Paul Kossoff - gitara (1-4,8); Tetsu Yamauchi - bass; Simon Kirke - perkusja, gitara (5); John "Rabbit" Bundrick - instr. klawiszowe
Gościnnie: Snuffy Walden - gitara (6-8); Rebop Kwaku Baah - kongi (1)
Producent: Free i Andy Johns


[Recenzja] Free - "Free at Last" (1972)



Przerwa w działalności zazwyczaj pozwala muzykom wyjść z twórczego kryzysu. Niestety, w przypadku Free tak się nie stało. Muzycy zdecydowanie za szybko wznowili działalność i nagrali nowy album przed zebraniem wystarczającej ilości pomysłów. "Free at Last" to longplay bardzo monotonny, na którym poszczególne kawałki ciężko od siebie odróżnić. Wszystkie są zbudowane na tym samym schemacie i utrzymane w tym samym stylu - niestety dalekim od bluesa i hard rocka. Mamy tu do czynienia z bezbarwnym graniem na pograniczu rocka i popu. Nie jest to jednak komercyjna muzyka - może poza singlowym "Little Bit of Love", jednym z największych przebojów zespołu. Ale i ten kawałek w ogóle nie zapada w pamięć. Cała reszta jest jeszcze bardziej wyjałowiona z dobrych melodii. Na plus można wyróżnić tylko najbardziej dynamiczny "Travellin' Man", który jednak na każdym innym albumie tego zespołu byłby zwykłym wypełniaczem. Szkoda, że "Free at Last" w ogóle został wydany. Tylko szkodzi wizerunkowi grupy.

Ocena: 4/10



Free - "Free at Last" (1972)

1. Catch a Train; 2. Soldier Boy; 3. Magic Ship; 4. Sail On; 5. Travellin' Man; 6. Little Bit of Love; 7. Guardian of the Universe; 8. Child; 9. Goodbye

Skład: Paul Rodgers - wokal i pianino; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass; Simon Kirke - perkusja
Producent: Free


18 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Highway" (1970)



"Highway", na tle wcześniejszych wydawnictw Free, to album bardzo wyciszony. Chwała grupie za to, że po sukcesie singla "All Right Now" nie nagrali longplaya złożonego z utworów w podobnym stylu, obliczonych na łatwy zysk. Trudno jednak nie poczuć znużenia, kiedy trzeba słuchać trzech delikatnych piosenek pod rząd  - i to dwukrotnie! Najpierw "On My Way", "Be My Friend" i "Sunny Day", a potem "Love You So", "Bodie", "Soon I Will Be Gone". Właściwie ciężko im cokolwiek zarzucić, każda z nich ma swój urok, ale w takiej ilości męczą. Co za dużo, to niezdrowo. Można zasnąć z nudów. A przecież jest to album zespołu zaliczanego do pionierów hard rocka.

Pozostałe utwory też nie są jakoś specjalnie ciężkie, ale słucha się o wiele lepiej. Moim faworytem jest "The Highway Song". Niepozorne zwrotki zapowiadają raczej nijaki kawałek, ale nagła zmiana klimatu w refrenie to mistrzostwo. Nie jest zbyt chwytliwy, ale i tak bardzo przyciąga uwagę. Do tego dochodzi świetna solówka Paula Kossoffa. Bardzo przyjemny jest także trochę ostrzejszy, bluesrockowy "The Stealer" - to najbardziej odpowiednia dla tej grupy stylistyka. Choć inny utwór przypominający o bluesowych korzeniach Free, "Ride on a Pony", jest już zbyt stereotypowy i nużący, choć trwa niewiele ponad cztery minuty.

"Highway" to niestety kolejny rozczarowujący album Free. Można bronić zespołu, że to przez wytwórnię, każącą muzykom wydawać po dwa albumy rocznie. Ale to małe pocieszenie.

Ocena: 6/10



Free - "Highway" (1970)

1. The Highway Song; 2. The Stealer; 3. On My Way; 4. Be My Friend; 5. Sunny Day; 6. Ride on a Pony; 7. Love You So; 8. Bodie; 9. Soon I Will Be Gone

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass i pianino; Simon Kirke - perkusja
Producent: Free


17 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Fire and Water" (1970)



Album "Fire and Water" przyniósł grupie pierwszy - a zarazem największy w całej karierze - hit, "All Right Now". Popularność tego kawałka przełożyła się na powodzenie całego longplaya, który również okazał się największym sukcesem zespołu (2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 17. w Stanach). Jeżeli jednak miałbym wskazać najsłabszy punkt "Fire and Water" to bez wątpienia byłby to właśnie "All Right Now". Jest tu prosty riff i łatwo przyswajalna melodia - nie dziwię się, że kawałek zyskał popularność. Ale też nie słyszę w nim niczego atrakcyjnego. Rzecz w sam raz do radia, ale na longplayu będąca tylko wypełniaczem. Wersja albumowa przewyższa jednak singlową, dzięki dłuższej solówce.

A jak prezentuje się reszta albumu? Znacznie ciekawiej, choć przeważnie bez większych rewelacji. Całkiem nieźle na otwarcie sprawdza się riffowy utwór tytułowy. W spokojniejszym "Oh I Wept" poziom bynajmniej nie spada. Swoją drogą, sporo tutaj takich bardziej stonowanych utworów. Bardzo łagodnie zespół gra także w "Don't Say You Love Me" i "Heavy Load". Najciekawiej wypada ten ostatni, prowadzony partią pianina, która w instrumentalnych fragmentach zahacza o granie... jazz rockowe. Znalazło się w nim miejsce także dla pięknej solówki Paula Kossoffa. "Mr. Big" to z kolei głównie popis Frasera. Jego gra na basie naprawdę przyciąga uwagę, choć jako całość, kawałek jest zanadto rozwleczony. Całości dopełnia przecięty, zbyt monotonny "Remember", będący nową wersją utworu "Woman by the Sea" - odrzutu z debiutanckiej sesji grupy.

"Fire and Water" to bez wątpienia najbardziej przeceniany album Free. Jeżeli większość ludzi nazwę zespołu kojarzy tylko z tym longplayem (lub z samym "All Right Now"), to zupełnie nie dziwię się, że grupa tak rzadko wymieniana jest wśród największych rockowych wykonawców. Szkoda, bo w swoim dorobku ma kilka bardziej wartościowych płyt.

Ocena: 7/10



Free - "Fire and Water" (1970)

1. Fire and Water; 2. Oh I Wept; 3. Remember; 4. Heavy Load; 5. Mr. Big; 6. Don't Say You Love Me; 7. All Right Now

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass i pianino; Simon Kirke - perkusja
Producent: Free, John Kelly i Roy Thomas Baker


16 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Free" (1969)



Drugi album zespołu został w większość skomponowany przez Paula Rodgersa i Andy'ego Frasera, którzy na debiucie wspólnie stworzyli tylko jeden utwór, "I'm a Mover". Tym razem ich nazwiska widnieją aż pod ośmioma z dziewięciu utworów (tylko "Trouble on Double Time" sygnowany jest przez cały skład). Być może dzięki większemu zaangażowaniu Frasera w proces tworzenia, o wiele większą rolę odgrywa tutaj gitara basowa. Basista właściwie wykorzystuje tutaj swój instrument jako gitarę rytmiczną. Dzięki temu Paul Kossoff mógł skupić się wyłącznie na partiach solowych. Te jednak, z zupełnie niezrozumiałego powodu, nie ekscytują tak, jak na debiucie.

Ogólnie rzecz biorąc, "Free" to album o wiele bardziej wygładzony brzmieniowo niż "Tons of Sobs". Przede wszystkim zaskakuje spora liczba łagodniejszych kompozycji. Najlepsze wrażenie z nich sprawia finałowy, bardzo smutny, a zarazem piękny "Mourning Sad Morning", wzbogacony partią fletu w wykonaniu Chrisa Wooda z Traffic. W "Lying in the Sunshine" nastrój jest niestety zbyt sielski, a instrumentalny "Mouthful of Grass" jest zwyczajnie monotonny. Kontrowersje mogły budzić także singlowe "Broad Daylight" i "I'll Be Creepin'" - całkiem zgrabne piosenki, które jednak nie dają muzykom możliwości pokazania swoich umiejętności. Większe pole do popisu mają chociażby w "Songs of Yesterday", z dłuższymi solówkami Kossoffa i przyjemnie pulsującym basem Frasera. Z kolei bluesowe "Trouble on Double Time" i "Woman" to utwory najbliższe debiutu. Rozczarowuje natomiast "Free Me". Klimat jest świetny, a "skradający się" basowy motyw zapowiada wielki utwór, ale niestety brakuje tu ciekawego rozwinięcia - zamiast tego w kółko jest powtarzany ten sam temat. Gdyby chociaż pojawiła się tu jakaś zapamiętywalna solówka, zamiast delikatnego pobrzdąkiwania Kossoffa...

"Free" nie jest złym albumem, ale chyba trochę zbyt szybko nagranym - wydany został zaledwie pół roku po debiutanckim "Tons of Sobs". Gdyby tylko muzycy mieli czas na dopracowanie niektórych pomysłów ("Free Me", "Mouthful of Grass"), powstałby o wiele lepszy longplay.

Ocena: 7/10



Free - "Free" (1969)

1. I'll Be Creepin'; 2. Songs of Yesterday; 3. Lying in the Sunshine; 4. Trouble on Double Time; 5. Mouthful of Grass; 6. Woman; 7. Free Me; 8. Broad Daylight; 9. Mourning Sad Morning

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass; Simon Kirke - perkusja
Gościnnie: Chris Wood - flet (9)
Producent: Chris Blackwell


15 kwietnia 2014

[Recenzja] Free - "Tons of Sobs" (1969)



Zespół Free to jeden z najciekawszych przedstawicieli brytyjskiego bluesa (blues rocka), a także jedna z tych grup, które przyczyniły się do powstania hard rocka. Zespół został założony w 1968 roku przez kilkunastoletnich muzyków bez żadnego doświadczenia. W chwili, kiedy ukazał się ich debiutancki album, "Tons of Sobs", żaden z nich wciąż nie miał ukończonych dwudziestu lat. Tym bardziej zaskakuje dojrzałość tego materiału. Fakt, że brzmieniowo longplay jest bardzo surowy - jedyne urozmaicenie to pianino pojawiające się w kilku utworach. Poza tym muzycy nie do końca chyba jeszcze wierzyli w swoje umiejętności kompozytorskie - repertuar został wzbogacony dwoma cudzymi utworami, "Goin' Down Slow" St. Louisa Jimmy'ego i "The Hunter" Alberta Kinga.

Ciężko jednak cokolwiek zarzucić autorskim kompozycjom Free. Znalazł się wśród nich chociażby jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy, "I'm a Mover" (zkowerowany później m.in. przez Iron Maiden), oparty na wyrazistym basowym motywie - w końcu to jedyny utwór na albumie, w którego komponowaniu brał udział basista Andy Fraser. W pozostałych utworach jego partie są zepchnięte na dalszy plan. Dominują w nich rozbudowane partie solowe świetnego gitarzysty Paula Kossoffa, a także charakterystyczny śpiew nie mniej utalentowanego Paula Rodgersa. Dużo tutaj niemal hard rockowego czadu. "Worry", "Walk in My Shadow", "Sweet Tooth" - nie jest to może ciężar na miarę Led Zeppelin, ale już z Cream czy Ten Years After grupa Free mogłaby pod tym względem konkurować.

Największe pole do popisu muzycy mają w ponad ośmiominutowej adaptacji "Goin' Down Slow" - wzorowym bluesie z doskonałą dramaturgią. Inny utwór tego kalibru to "Moonshine". Niby balladowy, ale jednocześnie przytłaczający niepokojącym klimatem. Niewielu debiutantów, nawet w tamtych czasach, potrafiło stworzyć taką kompozycję. Jednym naprawdę łagodnym fragmentem "Tons of Sobs" jest "Over the Green Hills", podzielony na dwie części, pełniące role wstępu i zakończenia longplaya. Całości dopełnia trochę zbyt stereotypowy "Wild Indian Woman" - kawałek bardziej na luzie, ale mimo wszystko nie schodzący poniżej wysokiego poziomu całości.

"Tons of Sobs" to bardzo udany debiut. Pomimo 45 lat, jakie upłynęły od jego wydania, wciąż brzmi ekscytująco i na pewno nie archaicznie. Taka muzyka się nie starzeje.

Ocena: 8/10



Free - "Tons of Sobs" (1969)

1. Over the Green Hills (Pt. 1); 2. Worry; 3. Walk in My Shadow; 4. Wild Indian Woman; 5. Goin' Down Slow; 6. I'm a Mover; 7. The Hunter; 8. Moonshine; 9. Sweet Tooth; 10. Over the Green Hills (Pt. 2)

Skład: Paul Rodgers - wokal; Paul Kossoff - gitara; Andy Fraser - bass; Simon Kirke - perkusja
Gościnnie: Steve Miller - pianino
Producent: Guy Stevens


12 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "In Rock" Deep Purple

Pomysł na najsłynniejsza okładki Deep Purple opiera się na dwuznaczności słowa "rock", oznaczającego zarówno muzykę rockową, jak i skałę.


Na pomysł umieszczenia na okładce pomnika Mount Rushmore National Memorial, w którym twarze czterech najważniejszych prezydentów USA zastąpiono podobiznami muzyków Deep Purple, wpadł ówczesny menadżer zespołu, Tony Edwards. Ówczesny basista zespołu, Roger Glover, wyjaśniał: Kiedy gdzieś graliśmy, mówiło się: "Deep Purple in concert". Nie "Deep Purple show", nie "Deep Purple gra dziś wieczorem", ale "Deep Purple in concert". Trochę pretensjonalnie. A Tony Edwards wpadł na pomysł, aby to "Deep Purple in concert" zmienić na "Deep Purple in rock" i przedstawić nas wykutych w skale Mount Rushmore. To cała historia.

Podobno rewers okładki także miał przedstawiać muzyków wykutych w Mount Rushmore, ale widocznych od tyłu - pomysł został ponoć odrzucony, bo nie spodobała się któremuś członkowi grupy. Coś kołacze mi po głowie. Może tak było, ale nie pamiętam - twierdzi Glover.

11 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "The Miracle" Queen

Zespół Queen nie szokował nigdy okładkami swoich płyt, ich projekty były zazwyczaj bardzo konwencjonalne i mało odkrywcze (kilka z nich zawierało po prostu zdjęcie zespołu). Na ich tle wyróżnia się okładka "The Miracle", z pomysłowym połączeniem głów czterech muzyków w jedną. Miało to oznaczać, że stanowią zgrany zespół, którego wszyscy członkowie mają wspólną wizję swojej muzycznej drogi. "The Miracle" był zresztą pierwszym albumem Queen, na którym wszystkie utwory były podpisane przez cały zespół, a nie jego poszczególnych członków. Pełna demokracja. Nie ma gadania w stylu: "Moja piosenka jest lepsza od twojej" - tłumaczył Roger Taylor, perkusista.


Chcieliśmy nagrać prawdziwie demokratyczny album i każdy z nas zaangażował się w proces pisania utworów - tłumaczył Brian May ideę albumu i okładki. Stworzyliśmy poczucie prawdziwej jedności, bez żadnych egoistycznych ciągotek... To jeden z powodów, które sprawiły, że "The Miracle" okazał się dużo lepszym albumem, niż na przykład "A Kind of Magic".

Inspiracja.

Pomysł na grafikę nie był jednak w pełni oryginalny, muzycy przyznawali, że zainspirowała ich grafika singla "The Clairvoyant" Iron Maiden. Jej autor, Derek Riggs, nie był tym specjalnie zachwycony. Queen ukradł mój pomysł. Wiem to, ponieważ przyznali się do tego w telewizyjnym wywiadzie - pisał Riggs na swojej stronie. W tym samym miejscu wyjaśnia jednak, że za jego grafiką kryło się zupełnie inne znaczenie. Chodziło o patrzenie w przyszłość - tłumaczył. Połączyłem ze sobą trzy twarze, które symbolizują przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

9 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Virgin Killer" Scorpions

Kolejną część cyklu postanowiłem poświęcić kontrowersyjnym okładkom grupy Scorpions, przede wszystkim zaś tej wywołującej najwięcej zamieszania  - "Virgin Killer" z 1976 roku. Po latach sami muzycy byli nią zdegustowani: Kiedy patrzę dziś na to zdjęcie, mocno się krzywię - mówił Uli Jon Roth, ówczesny gitarzysta zespołu. Zostało zrobione w najgorszym możliwym smaku. Wtedy byłem zbyt niedojrzały, żeby to dostrzec. Powinienem zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby to powstrzymać.


Na pomysł umieszczenia na okładce dziesięcioletniej, zupełnie nagiej dziewczynki, zasłoniętej jedynie pękniętą szybą, wpadli przedstawiciele firmy wydającej albumy Scorpions, RCA, którzy potraktowali tytuł zbyt dosłownie. Twierdzili, że wydadzą to nawet jeśli mieliby ich wsadzić do więzienia - mówił gitarzysta Rudolf Schenker. Kiedy musieliśmy udzielać na ten temat wywiadów, tłumaczyliśmy wszystkim, że jeśli wsłuchają się w słowa piosenki "Virgin Killer", to zrozumieją, o co chodzi. W tekście "zabójcą dziewictwa" jest czas. Kiedy na świat przychodzi dzieciak, jest jeszcze bardzo naiwny. Potem musi stawić życiu czoło i traci to wszystko. Zaczynają się kłopoty. O to w tym wszystkim chodziło.

Dzisiaj, kiedy myślisz o dziecięcej pornografii, nigdy byś czegoś takiego nie zrobił - twierdzi wokalista Klaus Meine. Chciałbym jednak podkreślić, że nie robiliśmy tego z myślą o pornografii, lecz o sztuce. Ale firma płytowa popchnęła nas w tę stronę, bo świadomie chciała wzbudzić kontrowersje. Miało to pomóc w sprzedaży albumu... Zgodzę się, że okładka "Virgin Killer" nawet teraz wzbudza mieszane uczucia. Zresztą strona Wikipedii z tą płytą była zablokowana, wmieszało się nawet FBI. Po tylu latach... Artykuł w anglojęzycznej Wikipedii został zablokowany 5 grudnia 2008 roku, z powodu rzekomego naruszenia prawa. Ostatecznie stronę jednak odblokowano, uznając okładkę za element twórczości artystycznej, a nie akt dziecięcej pornografii. Zespół po prostu miał pecha - nikt nigdy nie blokował przecież stron, na których umieszczone zostały okładki albumów "Blind Faith" Blind Faith i "Nevermind" Nirvany .

Wersja ocenzurowana.

W Stanach i kilku innych krajach "Virgin Killer" ukazał się z zupełnie inną okładką, na której znalazło się zdjęcie przedstawiające zespół - zresztą niezbyt udane. Na współczesnych reedycjach albumu można spotkać wyłącznie tą drugą wersje okładki. Nie jest to jedyny longplay zespołu, którego okładka musiała być ocenzurowana, aby mógł być sprzedawany na konserwatywnym rynku amerykańskim. Pozostałe okładki nie były jednak aż tak przesadzone i w większości przypadków ich cenzurowanie wydaje się zupełnie niepotrzebne. Nie podejrzewaliśmy, że to będzie dla Amerykanów coś kontrowersyjnego - mówił Meine. To w końcu tylko seks i rock'n'roll. To dziwne, że Ameryka miała z niektórymi z tych okładek problem. Bo w latach 80., gdy tam graliśmy trasy, cycki zawsze świeciły do nas z pierwszych rzędów. Nigdzie indziej na świecie, tylko tam.

Poniższa grafika przedstawia pozostałe kontrowersyjne okładki zespołu, w wersjach oryginalnych (po lewej) i ocenzurowanych (po prawej).

Okładki "In Trance" (1975), "Taken By Force" (1977), "Lovedrive" (1979), "Love at First Sting" (1984)
i "Pure Instinct" (1996).

Pierwsza okładka, która nie została zaakceptowana w Stanach, zdobiła trzeci album zespołu, "In Trance". Przedstawiała ona dziewczynę z odsłoniętym biustem, siedzącą na gitarze. Czarno-białe zdjęcie dało się łatwo ocenzurować - wystarczyło zaciemnić odpowiedni fragment. Od następnego w dyskografii "Virgin Killer" regułą stało się całkowite zmienianie okładek. Alternatywnym wersjom nie poświęcano jednak zbyt wiele czasu. W przypadku "Taken By Force" wykorzystano po prostu grafikę przygotowaną na tylną część okładki - usunięto tylko listę utworów i inne informacje. Pomysłową okładkę "Lovedrive", zaprojektowaną przez firmę Hipgnosis (znaną przede wszystkim z współpracy z Pink Floyd), zastąpiono nieudanym rysunkiem skorpiona. Do dzisiaj oryginalna wersja - zupełnie niesłusznie - trafia do rankingów najgorszych okładek. W 1979 roku została jednak uznana za "najlepszą okładkę roku" przez magazyn Playboy. W przypadku albumów "Love at First Sting" i "Pure Instinct" powtórzono patent z czasów "Virgin Killer" - wykorzystano zdjęcia zespołu.

W przypadku współczesnych reedycji tych albumów, niektóre wydawane są w wersjach oryginalnych, a inne - ocenzurowanych. W boksie z serii "Original Album Classics", zawierającym albumy "In Trance", "Virgin Killer" i "Taken By Force", tylko pierwszy z nich ma oryginalną okładkę. Natomiast w serii reedycji albumów Scorpions z 2001 roku, obejmującej płyty z lat 1977-88, "Lovedrive" i "Love at First Sting" mają oryginalne okładki, a "Taken By Force" znów ocenzurowaną. Trudno jednak zrozumieć dlaczego oryginalna wersja okładki akurat tego longplaya wywołuje największe kontrowersje (nie licząc "Virgin Killer"). W wielu krajach zdjęcie dwóch dzieciaków bawiących się w strzelaninę na cmentarzu wojskowym, zostało uznane za obraźliwe. Nie uważam tej okładki za obraźliwą - mówił Roth. To bardzo dobre zdjęcie, ponieważ pokazuje wojnę z zupełnie innej perspektywy. Często młodzi ludzie, osiemnasto-, dziewiętnastoletni, którzy jeszcze nie zrozumieli życia, idą na wojnę. Kiedy jesteś młody, nie jesteś w stanie zrozumieć w pełni życia, a ci ludzie muszą strzelać do innych, ponieważ ktoś im mówi, że robią to dla swojego kraju. Politycy czasem też zachowują się jak dzieci z pistoletami.

8 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Born Again" Black Sabbath

Tym razem o jednej z najbrzydszych i najgorszych okładek wszech czasów, za którą kryje się interesująca historia powstania...


Kiedy ją zobaczyłem, zwymiotowałem - to wyznanie ówczesnego wokalisty Black Sabbath, Iana Gillana. Lider zespołu, gitarzysta Tony Iommi, w swojej autobiografii pisał: Ian nie mógł uwierzyć, kiedy ją zobaczył: "Nie możecie tego zrobić. Nie możecie dać na okładce dziecka z rogami i szponami!". Był nią całkowicie zdegustowany. Podobno ktoś pokazał projekt okładki Donowi Ardenowi [ówczesny menadżer zespołu], a jemu się to spodobało. Wmawiał ją nam mówiąc: "Ona narobi mnóstwo zamieszania, wzbudzi zainteresowanie, wszyscy będą o tym mówić!". Kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem, byłem w rozterce, ale w końcu się na nią zgodziliśmy.

Oryginał.
Przygotowanie okładki Don Arden zlecił Steve'owi Joule'owi, projektującemu wówczas okładki na solowe albumy byłego wokalisty Black Sabbath, Ozzy'ego Osbourne'a. Joule, nie chcąc stracić roboty u samozwańczego Księcia Ciemności, postanowił przedstawić grupie najgorszy projekt, jaki był w stanie wymyślić. Taki, który na pewno nie zostanie zaakceptowany. W magazynie "Mind Alive" z 1968 roku znalazł zdjęcie noworodka i - nie mając pojęcia, że wcześniej zostało już wykorzystane na singlu "New Life" Depeche Mode - przerobił je, dodając krzykliwe kolory, a także takie szczegóły, jak rogi, kły i pazury. Wbrew jego oczekiwaniom, grafika została przyjęta.

Jakby tego było mało, Arden wpadł na pomysł ożywienia okładkowej postaci podczas koncertów. Pewnego wieczora powiedział: "Chcę wam coś pokazać" - pisał Iommi w autobiografii. Weszliśmy i w całkowitej ciemności zobaczyliśmy patrzące na nas czerwone oczy. Zapaliliśmy światło i naszym oczom ukazał się karzeł w lateksowym ubranku, wyglądający jak dzieciak z okładki. Pomyśleliśmy sobie, że teraz to Don już przesadził! A on na to: "To będzie wspaniałe urozmaicenie koncertu!". Plan zakładał, że karzeł będzie pojawiał się na scenie na samym początku występu - jeszcze przed wejściem zespołu - i wspinał na dekorację przedstawiającą Stonehenge. Mieliśmy taśmę z zapętlonym krzykiem niemowlaka - wyjaśniał Gillan. Karzeł miał polecieć do tytułu na kilka metrów i wtedy rozlegał się dźwięk dzwonów, a "roadie" wychodzili przebrani za druidów. Wyglądali wspaniale. Jeśli pominąć reeboki, wyglądali bardzo autentycznie. Myślałem, że zejdę ze śmiechu. Kiedy karzeł spadał ze Stonehenge, krzyki były wyciszane i wchodzili druidzi przy dźwiękach dzwonów Pierwszego wieczora wciąż słyszeliśmy krzyk po upadku karła. Miał spaść na materac, ale podczas pierwszego koncertu ktoś go usunął! Już nie widzieliśmy więcej karła! Myślę, że pobiegł prosto do drzwi.

Okładki albumu "Born Again" (1983) i singla "New Life" Depeche Mode (1981).

Trasa pełna była tego typu zdarzeń. Problemów dostarczyła także wspomniana makieta Stonehenge, nawiązująca do tytułu jednego z utworów na "Born Again". Pomysł narodził się na spotkaniu członków zespołu z firmą, która miała zaprojektować scenę na nadchodzące koncerty. Zapytali: "Czy ktoś ma jakiś pomysł na układ sceny?" - wspominał Gillan. Popatrzyliśmy po sobie, starając się coś wymyślić, i Geezer [Butler, basista] rzucił: "Stonehenge". A ten koleś na to: "Jaki wspaniały pomysł. Jak sobie to wyobrażasz?". Na co Geezer: "Oczywiście naturalnej wielkości". Zbudowali więc replikę Stonehenge, które jest bardzo duże. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał, ale mogliśmy to zmieścić jedynie w dwóch halach, a i tak można tam było wpakować tylko trzy słupy. Pozostałe od tamtej pory leżą w kontenerach gdzieś w dokach.

Tony Iommi w swojej autobiografii broni Butlera: Geezer naszkicował jak to powinno wyglądać i dał rysunek projektantom. Dwa, albo trzy miesiące później zobaczyliśmy gotowe dekoracje. Szczeny nam poopadały. Kamienie były tak wielkie, jak w prawdziwym Stonehenge. Realizatorzy źle zrozumieli zapiski Geezera i myśleli, że dekoracja ma mieć wymiary rzeczywiste. "Jak to się, u diabła, stało?" - zapytałem. "No więc, ja podałem im wymiary w centymetrach, ale oni chyba myśleli, że to jest w calach...". Byliśmy oszołomieni. Cały czas przychodziły kolejne elementy. Z tyłu były kolumny o szerokości przeciętnej łazienki, a na przedzie kolumny o wysokości 4 metrów. A oprócz tego, na scenie musiały się jeszcze pomieścić monitory i różne inne elementy wyposażenia. Na dodatek te kamloty, zrobione z drewna i włókna szklanego, były ciężkie jak cholera.

7 kwietnia 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Somewhere in Time" Iron Maiden

W pierwszej części nowego cyklu postanowiłem zaprezentować jedną z najbardziej niesamowitych okładek, która ozdobiła szósty album Iron Maiden, "Somewhere in Time" z 1986 roku.


Okładkę "Somewhere in Time", podobnie jak poprzednich albumów zespołu, zaprojektował Derek Riggs. Jak zwykle znalazła się na niej maskotka zespołu - Eddie (jej historię możesz przeczytać tutaj). Jednak tym razem postać jest jedynie częścią grafiki, nie dominuje całości. Pozostała część obrazu, przedstawiająca futurystyczne miasto, pełna jest natomiast odniesień do poprzednich okładek zespołu, a także konkretnych utworów (więcej na ten temat znajdziesz poniżej). Riggs planował to wszystko i malował przez trzy miesiące - mówił lider zespołu, Steve Harris. Mamy tutaj futurystyczną wersję Eddiego, w stylu filmu "Łowca androidów", otoczoną przez mnóstwo detali, mających związek z historią Iron Maiden. To prawdziwa uczta dla oczu.


Z początku wszystkie okładki - i singlowe, i płytowe - powstawały w ogromnym pośpiechu - wyjaśniał Riggs. Zmuszały do tego terminy. Dzwoniono do mnie w czwartek wieczorem, a w poniedziałek rano okładka miała być gotowa. Wszystkie okładki albumów i singli powstawały w ten sposób, aż do "Piece of Mind". Dla porównania: autor okładki książki ma na jej zrobienie dwa do trzech tygodni. Tak więc musiałem pędzić na złamanie karku. Najkrócej pracowałem chyba nad "The Number of the Beast" - zrobiłem ją w ciągu jednego weekendu. Pierwotnie miała to być okładka singla, ale wykorzystano ją na albumie. W gruncie rzeczy jest niedokończona, bo miałem za mało czasu, by popracować nad różnymi detalami. Najdłużej wlokła się praca nad "Somewhere in Time". Zajęło mi to dwa i pół miesiąca. Obraz, który namalowałem, miał 15 na 32 cale, czyli nieco więcej niż okładka płyty [winylowej]. Jeśli przyjrzycie się reprodukcji tej okładki na mojej stronie [link], korzystając z 17-calowego monitora, zobaczycie ten obraz w pierwotnych rozmiarach

Plakat z okresu "Somewhere in Time".
Nawiązania do utworów:
  • Tabliczka z nazwą ulicy "Acacia" ("22 Acacia Avenue")
  • Spadający Ikar ("Flight of Icarus")
  • "Aces High Bar" ("Aces High")
  • "Sand Dune" (utwór "To Tame a Land" miał początkowo nosić tytuł "Dune")
  • Godzina 23:58 ("2 Minutes to Midnight")
  • "Ancient Mariner Seafood Restaurant" ("Rime of the Ancient Mariner")
  • Prostytutka w oknie ("Charlotte the Harlot" / "22 Acacia Avenue")
  • "Phantom Opera House" ("Phantom of the Opera")

Fragmenty okładek innych albumów lub nawiązania do ich tytułów:

  • Piramidy ("Powerslave")
  • Postać Śmierci ("Live After Death")
  • Plakat Iron Maiden (single "Sanctuary" i "Women in Uniform")
  • Mózg w dłoniach Bruce'a Dickinsona ("Piece of Mind")
  • Latarnia ze śmietnikiem ("Iron Maiden")
  • Kot z aureolą ("Live After Death")
  • Tytuł "Live After Death" na kinowym afiszu
  • Płomienie ("The Number of the Beast")

Inne:
  • "Marque Club", "Rainbow", "Long Beach Arena" i "Ruskin Arms" to miejsca, w których występował zespół
  • "Gypsy's Kiss" - nazwa pierwszego zespołu Steve'a Harrisa

Poza tym na okładce znalazły się detale niezwiązane bezpośrednio z Iron Maiden, jak postać Batmana czy tytuł filmu "Blade Runner" ("Łowca androidów") na kinowym afiszu.

Postać Eddiego-cyborga znalazła się także na okładkach singli towarzyszących albumowi, "Wasted Years" i "Stranger in a Strange Land":



A także na okładce kompilacji "Somewhere Back in Time - The Best of: 1980-1989":



2 kwietnia 2014

[Recenzja] Samson - "Shock Tactics" (1981)




Na swoim trzecim albumie, "Shock Tactics", muzycy Samson postanowili zaostrzyć brzmienie, częściej też stosują szybsze tempa (np. w świetnej wersji "Riding with the Angels" z repertuaru Russa Ballarda, ale także w autorskich kompozycjach, jak "Nice Girl" czy "Go to Hell"). Tym samym stylistycznie zbliżyli się do innych grup z nurtu Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. Także śpiew Bruce'a Dickinsona zaczął brzmieć podobnie do tego znanego z albumów Iron Maiden. Przede wszystkim słychać w jego głosie znacznie więcej pewności siebie, niż na wydanym rok wcześniej "Head On". Zespół nie wyrzekł się jednak całkiem stylu, który prezentował na poprzednich albumach. Przywiązanie do muzyki z poprzedniej dekadzie słychać np. w hard rockowym "Blood Lust", a zwłaszcza w rozbudowanej, podniosłej balladzie "Communion". Grupa miała talent do tworzenia takich wspaniałych kompozycji, idealnie pasujących na zakończenie longplaya. A ta jest zdecydowanie najlepsza z nich wszystkich. Niestety na "Shock Tactics" znalazł się także jeden ewidentny niewypał: banalny "Grime Crime", momentami brzmiący jak marna podróbka AC/DC.

Ocena: 7/10

Po wydaniu "Shock Tactics" Bruce Dickinson odszedł do Iron Maiden. Zapis ostatniego koncertu Samson z jego udziałem został wydany w 1990 roku pod tytułem "Live at Reading '81". Grupa wydała później jeszcze pięć albumów studyjnych i istniała do 2002 roku, kiedy zmarł Paul Samson. W 2007 roku zmarł także Chris Aylmer.



Samson - "Shock Tactics" (1981)

1. Riding with the Angels; 2. Earth Mother; 3. Nice Girl; 4. Blood Lust; 5. Go to Hell; 6. Bright Lights; 7. Once Bitten; 8. Grime Crime; 9. Communion

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Paul Samson - gitara; Chris Aylmer - bass; Thunderstick - perkusja
Producent: Tony Platt


1 kwietnia 2014

[Recenzja] Samson - "Head On" (1980)



Przed nagraniem "Head On", drugiego albumu Samson, skład zespołu poszerzył się o wokalistę Bruce'a Dickinsona. Nie miało to jednak większego wpływu na samą muzykę. Chociaż grupa była zaliczana do nurtu NWOBHM, muzycy nie mieli zamiaru upodabniać się do innych reprezentujących ten nurt kapel. Przywiązanie do hardrockowych korzeni manifestują już od otwierającego całość "Hard Times". Mocnego, ale niezbyt ciężkiego kawałka w średnim tempie, z fajnym, łagodniejszym refrenem, a nawet fragmentem śpiewanym a capella. Głos Dickinsona brzmi znajomo, ale jakby mniej pewnie i nie tak ostro, jak na wydanym dwa lata później "The Number of the Beast". Słychać, że jest to wokalista ze sporym potencjałem, ale jeszcze nie do końca umiejący go wykorzystać.

Na "Head On" są obecne także kawałki w szybszym tempie, które jednak stylistycznie znacznie odbiegają od ówczesnej twórczości Iron Maiden czy Angel Witch. W "Take It Like a Man", "Hammerhead" i "Take Me to Your Leader" jest dużo nieprzesterowanych gitar (drugi z nich w spokojniejszych fragmentach kojarzyć się może z Rush, a trzeci w tekście cytuje Genesis), a "Too Close to Rock" to po prostu mocniej zagrany rock and roll. Dość wyjątkowym utworem jest "Vice Versa", chyba najbardziej znany utwór Samson. Większość utworu (balladowe zwrotki i mocniejszy refren) utrzymana jest w wolnym tempie, ale w środku następuje niespodziewane przełamanie, podczas którego rozbrzmiewa zaskakująco szybka solówka Paula Samsona. Zespół powtarza ten sam patent w trochę mniej charakterystycznym "Hunted".

Zamykający album, najdłuższy na płycie "Walking Out on You" to niemal rock progresywny - długi, mroczny wstęp prowadzi do zasadniczej części utworu, z wieloma zmianami nastroju i tempa. Naprawdę świetna rzecz. Grupa wypadła tu równie przekonująco, co w prostszych kawałkach. Utworem wywołującym największe kontrowersje jest natomiast instrumentalny "Thunderburst", oparty na perkusyjnym motywie, wymyślonym przez Thundersticka, gdy jeszcze był członkiem Iron Maiden. Problem w tym, że Ironi na tym samym motywie zbudowali swoją kompozycję "The Ides of March". A ponieważ mieli bardziej wpływowego menadżera - to Steve Harris musiał być dopisany jako współautor "Thunderburst" na kolejnych wydaniach "Head On", jednocześnie pozostając jedynym autorem "The Ides of March".

Jeżeli ktoś spodziewa się, że fonograficzny debiut Bruce'a Dickinsona przypomina jego późniejsze dokonania z Iron Maiden, będzie "Head On" rozczarowany. To album skierowany przede wszystkim do wielbicieli hard rocka i rocka progresywnego z lat 70.

Ocena: 7/10



Samson - "Head On" (1980)

1. Hard Times; 2. Take It Like a Man; 3. Vice Versa; 4. Manwatcher; 5. Too Close to Rock; 6. Thunderburst; 7. Hammerhead; 8. Hunted; 9. Take Me to Your Leader; 10. Walking Out on You

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Paul Samson - gitara; Chris Aylmer - bass; Thunderstick - perkusja
Producent: Samson