31 marca 2014

[Recenzja] Samson - "Survivors" (1979)



Historia zespołu sięga 1976 roku, kiedy gitarzysta/wokalista Paul Samson zajął miejsce Berniego Tormé'a w grupie Scrapyard, w skład której wchodzili także basista John McCoy i perkusista Roger Hunt. Grupa szybko zmieniła nazwę na McCoy. Basista wkrótce jednak opuścił grupę (na chwilę dołączył do Atomic Rooster, a następnie do zespołu Iana Gillana, w którym niedługo później znalazł się także Bernie Tormé), a przyjęty na jego miejsce Chris Aylmer zaproponował nową nazwę - Samson. Zasugerował też, aby do grupy przyjąć perkusistę Clive'a Burra. Ten ostatni wkrótce jednak odszedł do Iron Maiden, a na jego miejsce przyjęty został były członek tej grupy, ukrywający się pod skórzaną maską Barry "Thunderstick" Purkis.

Grupa Samson, jak wszystkie inne brytyjskie zespoły debiutujące w tamtym czasie, z miejsca został uznany za przedstawiciela tzw. Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. Podobnie jak inne zespoły z tego nurtu, muzycy przeciwstawiali się wulgarnemu i prostackiemu punk rockowi, grając muzykę, w której liczyły się umiejętności wykonawcze. Jak bardzo jednak Samson różnił się od innych wykonawców NWOBHM, można przekonać się dzięki kompilacji "Metal for Muthas" z początku 1980 roku. Z jednej strony były tam chociażby energetyczne petardy Iron Maiden, "Sanctuary" i "Wrathchild", albo niesamowicie ciężki (jak na tamte czasy) "Baphomet" Angel Witch, a z drugiej - bogato zaaranżowana ballada "Tommorow or Yesterday" Samson, brzmiąca jak utwór z zupełnie innej muzycznej epoki.

Muzyka Samson bliższa jest hard rocka z wczesnych lat 70., niż heavy metalu. Może tylko otwierający ich debiutancki album "Survivors", rozpędzony "It's Not as Easy as It Seems", zbliża się do twórczości innych grup z nurtu NWOBHM. "I Wish I Was the Saddle of a Schoolgirl's Bike" to już zdecydowanie wolniejsze granie, o nieco bluesowym posmaku. Nawet szybszy "Big Brother" brzmi jakby powstał przynajmniej pół dekady wcześniej. Nie wspominając już o "Tommorow or Yesterday", w którym pojawiają się delikatne, lekko jazzowe zwrotki, a także dużo brzmień klawiszowych (pianino w spokojniejszych momentach, syntezatory w mocniejszych). Instrumentalny "Koz" to jeszcze bardziej nietypowe, wręcz eksperymentalne granie. "Six Foot Under" i "Inside Out" to znów klasyczny hard rock. A finałowy "Wrong Side of Time" to kolejna ballada, tym razem jednak oparta na tradycyjnym rockowym instrumentarium.

Największą wadą "Survivors" wydaje się brak charyzmatycznego wokalisty. Paul Samson radzi sobie całkiem nieźle w roli wokalisty, ale niestety dysponuje dość przeciętną barwą głosu. Sam najlepiej zdawał sobie z tego sprawę i jeszcze przed wydaniem albumu przyjął do składu Bruce'a Dickinsona, późniejszego wokalistę Iron Maiden. Dickinson nie zdążył już nic nagrać na album (chociaż jego podobizna znalazła się na okładce), ale już później zespół, z nim w składzie, zarejestrował wszystkie utwory na nowo. Można je znaleźć na kompaktowych reedycjach "Survivors". Pierwsza, z 1990 roku, zawierała tylko pięć dodatkowych kompozycji: "It's Not as Easy as It Seems", "I Wish I Was the Saddle of a Schoolgirl's Bike", "Six Foot Under", "Inside Out" i "Wrong Side of Time". Dopiero na wznowieniu z 2001 roku znalazły się także nowe wersje "Big Brother" i "Tommorow or Yesterday" (a także niealbumowe utwory "Mr. Rock 'n' Roll" i "The Shuffle" z wokalem Samsona).

Ocena: 7/10



Samson - "Survivors" (1979)

1. It's Not as Easy as It Seems; 2. I Wish I Was the Saddle of a Schoolgirl's Bike; 3. Big Brother; 4. Tommorow or Yesterday; 5. Koz; 6. Six Foot Under; 7. Inside Out; 8. Wrong Side of Time

Skład: Paul Samson - wokal i gitara; Chris Aylmer - bass; Thunderstick - perkusja
Gościnnie: John McCoy - bass; Colin Towns - instr. klawiszowe
Producent: John McCoy


29 marca 2014

[Recenzja] "Ronnie James Dio - This Is Your Life" (2014)



16 maja miną cztery lata, odkąd odszedł Ronnie James Dio - jeden z najwybitniejszych wokalistów rockowych, znany m.in. z zespołów Rainbow, Black Sabbath i własnego Dio. Do sklepów właśnie trafiła kompilacja-hołd, zawierająca utwory oryginalnie śpiewane przez Ronniego w wymienionych zespołach, ale w wykonaniu innych muzyków. Dodatkowo pojawia się tu także jeden utwór w oryginalnej wersji zespołu Dio - tytułowy "This Is Your Life". To akurat najbardziej nietypowa kompozycja w jego dorobku - daleka od hard rocka i heavy metalu fortepianowa ballada, wywołująca skojarzenia z twórczością Queen. Poza tym jeszcze tylko trzy inne utwory były wcześniej wydane (covery "The Mob Rules", "Egypt (The Chains Are On)" i "Holy Diver"), pozostałe to premiery, nagrane specjalnie na tą kompilację. Wykonawców, którzy wzięli udział w przedsięwzięciu, można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to zespoły należące do klasyki ciężkiego grania, jak Scorpions, Motörhead czy Metallica. Druga to młodsi muzycy, którzy dopiero w ostatnich latach rozpoczęli karierę.

Na początek przyjrzyjmy się tym pierwszym. Już na otwarcie albumu pojawia się utwór "Neon Knights" (z sabbathowego "Heaven and Hell") w wykonaniu thrash metalowego Anthrax. Zespół nie zagrał go jednak w swoim stylu, a tylko odrobinę mocniej od oryginału. Jedyna różnica to wydłużenie partii solowych. Skoro już mowa o thrash metalu, to na albumie wystąpił także najważniejszy przedstawiciel tego stylu - Metallica. Muzycy postanowili jednak nie nagrywać swojej wersji jednego utworu - zamiast tego zaproponowali mieszankę czterech różnych kawałków z repertuaru Rainbow. "Ronnie Rising Medley" zaczyna się od krótkiego fragmentu "A Light in the Black", po czym przechodzi w "Tarot Woman", z którego zagrane zostały tylko dwie zwrotki i refreny; dalej pojawia się krótki fragment "Stargazer", po nim zagrany niemal w całości "Kill the King" i na zakończenie kolejny fragment "A Light in the Black". Brzmi chaotycznie, nie tylko na piśmie. Do tego wszystko zostało zagrane bardzo topornie, z jednostajnym rytmem, zupełnie bez finezji oryginalnych wersji. Z czterech bardzo dobrych utworów powstał jeden byle jaki.

Nie zawiódł natomiast Motörhead. Chociaż w roli wokalisty wystąpił tutaj Biff Byford z Saxon (i nie wyszło mu to najlepiej), to interpretacja tęczowego "Starstuck" brzmi jak typowy, solidny motörheadowy kawałek. Scorpionsi na warsztat wzięli "The Temple of the King", również z repertuaru Rainbow, i przerobili go na typową dla siebie balladę. Uleciał przez to magiczny klimat oryginału, ale na szczęście muzycy nie przesłodzili, co często zdarzało im się w przeszłości. Właśnie niemieckiej grupie udało się osiągnąć najlepszą równowagę pomiędzy szacunkiem do oryginału, a nadaniem swojej wersji własnego charakteru. Poza tym Klaus Meine jest jedynym wokalistą, z występujących na tym albumie, który może mierzyć się z śp. Dio. I bynajmniej nie chodzi tu o ich niski wzrost. Ze starej gwardii jest tu jeszcze Doro, wykonująca "Egypt (The Chains Are On)" z repertuaru grupy Dio. Jej wersja jest równie klimatyczna, co oryginalna, ale trochę przesłodzona.


Warto zwrócić uwagę na utwory od 10 do 12. W każdym z nich grają muzycy, którzy przewinęli się przez skład grupy Dio (gitarzyści Craig Goldy, Rowan Robertson i Doug Aldrich, basiści Rudy Sarzo, Jimmy Bain i Jeff Pilson, perkusiści Simon Wright, Brian Tichy i Vinny Appice, oraz klawiszowiec Scott Warren), wraz z mniej lub bardziej znanym wokalistą. W "Catch the Rainbow" i "Man on the Silver Mountain" (oba z debiutu Rainbow) udzielają się prawdziwe sławy - w pierwszym śpiewa Glenn Hughes, znany przede wszystkim z Deep Purple, a w drugim Rob Halford z Judas Priest. Zwłaszcza po Hughesie spodziewałem się wiele, ale okazało się, że zupełnie nie udało mu się odnaleźć w tym utworze. Za to Halford poradził sobie całkiem nieźle. W "I" (z albumu "Dehumanizer" Black Sabbath) wokalnie udziela się natomiast mniej znany Oni Logan. Jego wymęczony śpiew odbiera utworowi całą energię, jaką miał w oryginale.

Młodsi wykonawcy sięgnęli głównie po utwory z dwóch pierwszych albumów zespołu Dio ("The Last in Line", "Rainbow in the Dark", "Straight Through the Heart", "Holy Diver"), jedynie Adrenaline Mob wykonali sabbathowy "The Mob Rules". Większość z nich jest po prostu dokładnym odegraniem oryginałów, bez dodania czegoś od siebie. Największą metamorfozę przeszedł "Rainbow in the Dark", w którym kiczowaty motyw syntezatorów zastąpiony został partią gitary. Bardzo słabo wypada w tych utworach warstwa wokalna. To, że pod względem umiejętności żaden z tych wokalistów nie może równać się z Ronniem Jamesem Dio, jest oczywiste. Ale co gorsze, wszyscy mają zupełnie inny styl śpiewania i skalę głosu. Najgorzej pod tym względem wypada "Straight Through the Heart" w wykonaniu popularnego obecnie Halestorm, którego wokalistka zupełnie nie pasuje do takiego utworu.

"Ronnie James Dio - This Is Your Life" niczym nie różni się od innych kompilacji tego typu. Jak zwykle poziom utworów jest różny, obok zupełnie nieudanych przeróbek trafiają się całkiem ciekawe interpretacje, ale żadna z nich nie może się równać z wersjami oryginalnymi. Takie albumy są głównie atrakcją dla fanów występujących na nich wykonawców, którzy mogą posłuchać swoich ulubieńców w nietypowym dla siebie materiale. Wielbiciele Ronniego Jamesa Dio znajdą tu tylko potwierdzenie jaki niepowtarzalny był to wokalista. Longplay ma jednak także walor edukacyjny - być może ludzie znający tylko aktualnie popularnych wykonawców, jak Metallica czy Halestorm, dzięki ich wersjom będą chcieli poznać oryginalne wersje.

Ocena: 6/10



Various Artists - "Ronnie James Dio - This Is Your Life" (2014)

1. Anthrax - "Neon Knights"; 2. Tenacious D - "The Last in Line"; 3. Adrenaline Mob - "The Mob Rules"; 4. Corey Taylor, Roy Mayorga, Satchel, Christian Martucci, Jason Christopher - "Rainbow in the Dark"; 5. Halestorm - "Straight Through the Heart"; 6. Motörhead & Biff Byford - "Starstuck"; 7. Scorpions - "The Temple of the King"; 8. Doro - "Egypt (The Chains Are On)"; 9. Killswitch Engage - "Holy Diver"; 10. Glenn Hughes, Simon Wright, Craig Goldy, Rudy Sarzo, Scott Warren - "Catch the Rainbow"; 11. Oni Logan, Jimmy Bain, Rowan Robertson, Brian Tichy - "I"; 12. Rob Halford, Vinny Appice, Doug Aldrich, Jeff Pilson, Scott Warren - "Man on the Silver Mountain"; 13. Metallica - "Ronnie Rising Medley"; 14. Dio - "This Is Your Life"

Różne składy i producenci


26 marca 2014

[Recenzja] Trapeze - "You Are the Music... We're Just the Band" (1972)



O ile na albumie "Medusa" Trapeze brzmiał jak bardzo dobrze zgrane trio, tak na "You Are the Music... We're Just the Band" wyraźna stała się dominacja Glenna Hughesa. Muzyk sam napisał pięć z ośmiu zamieszczonych tu utworów - od "Coast to Coast" do "Will Our Love End" (za pozostałe odpowiadają Mel Galley i jego brat, Tom). Przeważają wśród nich spokojne, delikatne kawałki, jak "Coast to Coast", funkowo bujający "What Is a Woman's Role?" czy ozdobiony partią saksofonu "Will Our Love End". Jedynymi rockowymi akcentami są w nich solówki Mela Galleya - zresztą bardzo udane. W ostrzejszych "Way Back to the Bone" i "Feelin' So Much Better Now" jeszcze wyraźniej słychać fascynację Hughesa funkiem. Dokładnie w stronę takiego grania ciągnął później Deep Purple (zwłaszcza na albumach "Stormbringer" i "Come Taste the Band"). Ale w podobnej stylistyce utrzymane są także dwa utwory braci Galley, "Loser" i tytułowy "You Are the Music, We're Just the Band". Nawet w najbardziej hardrockowym "Keepin' Time" pojawiają się wstawki z funkowym rytmem. To jednak utwór najbliższy poprzedniego albumu Trapeze, z charakterystycznymi dla tamtego longplaya zmianami nastroju.

Nie jestem wielbicielem stylistyki, którą trio zaproponowało na tym longplayu, ale z drugiej strony jest to kawał naprawdę solidnego grania. Czasem bardzo energetycznego ("Keepin' Time", "Way Back to the Bone", "You Are the Music, We're Just the Band"), a kiedy indziej urzekającego wspaniałymi melodiami ("Coast to Coast", "What Is a Woman's Role?"). Zatem mimo wszystko album zrobił na mnie pozytywne wrażenie.

Ocena: 6/10

PS. W czerwcu 1973 roku Glenn Hughes odszedł z grupy, by dołączyć do Deep Purple. Galley i Holland wydali jednak jeszcze trzy albumy sygnowane nazwą Trapeze: "Hot Wire" (1974), "Trapeze" (1976) i "Hold On" (1978). Na środkowym z nich gościnnie zaśpiewał Hughes (w utworach "Chances" i "Nothin' for Nothing"). W zamian Galley i Holland wystąpili na jego solowym debiucie, "Play Me Out" (1977). W 1979 roku Holland odszedł do Judas Priest. Niedługo później, gdy Galley dostał propozycję dołączenia do Whitesnake, działalność Trapeze została zawieszona. W latach 90. zespół dwukrotnie reaktywował się na trasy koncertowe, w składzie z albumów "Medusa" i "You Are the Music...". Niestety kolejny powrót jest już niemożliwy: w 2004 roku Dave Holland został skazany na osiem lat więzienia i po odbyciu wyroku nie wrócił już do muzyki, a Mel Galley zmarł w 2008 roku.



Trapeze - "You Are the Music... We're Just the Band" (1972)

1. Keepin' Time; 2. Coast to Coast; 3. What Is a Woman's Role?; 4. Way Back to the Bone; 5. Feelin' So Much Better Now; 6. Will Our Love End; 7. Loser; 8. You Are the Music, We're Just the Band

Skład: Glenn Hughes - wokal, bass, gitara; Mel Galley - gitara, wokal; Dave Holland - perkusja
Gościnnie: BJ Cole - gitara hawajska (1,2); Rod Argent - pianino (2,5); Kirk Duncan - pianino (3); John Ogden - instr. perkusyjne (3); Frank Ricotti - wibrafon (6); Jimmy Hastings - saksofon (6)
Producent: Trapeze


25 marca 2014

[Recenzja] Trapeze - "Medusa" (1970)



Zespół Trapeze nigdy nie zdobył większej popularności i jest pamiętany głównie dzięki późniejszej działalności jego muzyków. Glenn Hughes zdobył sławę po dołączeniu do Deep Purple, później przez krótki czas był wokalistą Black Sabbath; Mel Galley występował w Whitesnake, a Dave Holland - w Judas Priest. W oryginalnym składzie Trapeze, poza tą trójką, występowali także wokalista John Jones i klawiszowiec Terry Rowley. Obaj odeszli jednak tuż po wydaniu debiutanckiego albumu "Trapeze" (1970). Zawarta na tym longplayu muzyka już w chwili wydania brzmiała bardzo archaicznie. Dopiero po okrojeniu składu do tria, zespół zmienił styl na bardzo wówczas popularny - i do dzisiaj brzmiący świeżo - hard rock o mocnym zabarwieniu bluesowym. Wydany jeszcze w tym samym roku, co debiut, album "Medusa" jest jednym z najciekawszych zapomnianych longplayów tamtych czasów.

Już na otwarcie zespół proponuje sześciominutowy "Black Cloud", charakteryzujący się licznymi zmianami klimatu i tempa. Na podobnym patencie zbudowany został jeszcze dłuższy "Jury", w którym muzycy co chwilę proponują nowe motywy. "Your Love Is Alright" i "Touch My Life" to już utwory prostsze i krótsze. Wypełniacze właściwie. Ale zaraz po nich rozbrzmiewa wspaniały "Seafull" - balladowa kompozycja z pięknie pulsującym basem Hughesa. "Makes You Wanna Cry" zdradza lekkie wpływy funku na muzyków Trapeze. Na koniec albumu umieszczony został najważniejszy utwór - tytułowa "Medusa", w której balladowe fragmenty, oparte na akompaniamencie gitary akustycznej, zestawione są z hard rockowym riffowaniem. Po ponad czterdziestu latach, jakie minęły od wydania tego albumu, Glenn Hughes wciąż chętnie wykonuje ten utwór na swoich koncertach.

Longplay "Medusa" ukazał się w roku wypełnionym przełomowymi albumami, w rodzaju debiutu Black Sabbath czy "In Rock" Deep Purple, z którymi nie mógł konkurować ani pod względem popularności, ani jakości. Z biegiem czasu sporo jednak zyskał. W czasach, kiedy nie powstaje już tyle dobrej muzyki, wiele radości daje odkrywanie takich niedocenionych wydawnictw sprzed lat.

Ocena: 7/10



Trapeze - "Medusa" (1970)

1. Black Cloud; 2. Jury; 3. Your Love Is Alright; 4. Touch My Life; 5. Seafull; 6. Makes You Wanna Cry; 7. Medusa

Skład: Glenn Hughes - wokal, bass, instr. klawiszowe; Mel Galley - gitara, wokal; Dave Holland - perkusja
Producent: John Lodge


23 marca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Whitesnake

Nie planowałem kolejnych części cyklu "Najważniejsze utwory...", ale po przypomnieniu sobie dyskografii zespołu Whitesnake, doszedłem do wniosku, że nie może zabraknąć tej grupy w wspomnianym cyklu. Zespół, dowodzony przez Davida Coverdale'a, w drugiej połowie lat 80. dorobił się kilku przebojowych singli, z "Here I Go Again '87" i "Is This Love" na czele. Oczywiście na poniżej liście nie mogło zabraknąć opisów tych utworów, ale skupiłem się głównie na wcześniejszych dokonaniach Whitesnake, które uważam za najbardziej ekscytujące. Zespół współtworzyli wówczas czołowi przedstawiciele sceny hard rockowej lat 70. i 80.: klawiszowiec Jon Lord (Deep Purple), perkusista Ian Paice (Deep Purple), zastąpiony wkrótce przez Cozy'ego Powella (ex-Rainbow, później Black Sabbath), basista Neil Murray (później Black Sabbath), a także świetny gitarowy tandem Micky Moody/Bernie Marsden.

Klasyczny skład: Bernie Marsden, Micky Moody, Ian Paice, Jon Lord, David Coverdale i Neil Murray.

1. "Walking in the Shadow of the Blues" (z albumu "Lovehunter", 1979)

I love the blues - brzmi pierwszy wers tego utworu, będący zarazem podsumowaniem całego tekstu. David Coverdale śpiewa tu po prostu o swojej fascynacji muzyką bluesową - której dowodem jest także warstwa muzyczna utworu. "Walking in the Shadow of the Blues" nie został nigdy wydany na singlu, ale należy do najpopularniejszych utworów z wczesnych lat działalności Whitesnake. Utwór był stałym punktem koncertów w latach 1979-84. W ostatnich latach zespół wraca do niego sporadycznie, chociaż Coverdale wymienia go jako jeden z swoich trzech ulubionych kawałków grupy (obok "Ready an' Willing" i "Don't Break My Heart Again").


2. "Fool for Your Loving" (z albumu "Ready an' Willing", 1980)

Pierwszy singlowy przebój zespołu (13. miejsce w Wielkiej Brytanii, 53. w Stanach). Jak wiele innych utworów Whitesnake z tamtego okresu, dotyczy rozpadu pierwszego małżeństwa Coverdale'a. W 1989 roku zespół nagrał utwór ponownie, na album "Slip of the Tongue". Wokalista przyznawał później, że woli wersję oryginalną. Był też przeciwny wydania późniejszej jako pierwszy singiel promujący wspomniany longplay (sam optował za wydaniem na małej płycie utworu "Judgement Day"). Singiel z nową wersją pobił sukces oryginału na amerykańskiej liście (37. miejsce), ale na brytyjskiej radził sobie gorzej, dochodząc zaledwie do 43. pozycji.
"Fool For Your Loving" jest stałym punktem występów na wszystkich trasach Whitesnake.


3. "Ready an' Willing" (z albumu "Ready an' Willing", 1980)

Drugi singiel promujący album nie powtórzył sukcesu poprzednika - w Wielkiej Brytanii doszedł zaledwie do 43. miejsca, a w Stanach w ogóle nie był notowany. Pozostaje jednak jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów z wczesnych lat działalności zespołu, dzięki regularnemu wykonywaniu go na żywo (był stałym punktem setlist w latach 1980-84, 1997 i od 2004 roku do teraz).
Utwór "Ready an' Willing" pokazuje, że poza bluesem Coverdale inspirował się także soulem.


4. "Blindman" (z albumu "Ready an' Willing", 1980)

Utwór pierwotnie znalazł się na solowym debiucie Coverdale'a, "White Snake" z 1977 roku, by później zostać nagranym na nowo, na trzeci album Whitesnake. W spokojniejszych fragmentach może kojarzyć z balladą "Soldier of Fortune", napisaną przez wokalistę (do muzyki Ritchiego Blackmore'a) w czasach gdy był wokalistą Deep Purple. "Blindman" powstał jeszcze przed rozpadem tej grupy. Wykorzystałem na swoim debiucie kilka utworów, których nie zdążyliśmy nagrać - przyznawał Coverdale. "Whitesnake" i "Blindman" były pomysłami, których nie przedstawiłem reszcie zespołu, ponieważ nie miał już powstać kolejny album.


5. "Don't Break My Heart Again" (z albumu "Come an' Get It", 1981)

Kolejny utwór zainspirowany rozpadem małżeństwa Coverdale'a, a zarazem kolejny przebój (17. miejsce na brytyjskim notowaniu). "Don't Break My Heart Again" był stałym punktem koncertów Whitesnake do 1985 roku. Później, po komercyjnym sukcesie albumu "1987", większość starszych utworów została usunięta z setlisty występów. Dopiero w ostatnich latach kompozycja wróciła do koncertowego repertuaru.


6. "Here I Go Again" (z albumu "Saints & Sinners", 1982)

Pierwotna, mniej komercyjna wersja tego utworu znalazła się na albumie "Saints & Sinners", który nie został wydany w Stanach. Ponieważ utwór cieszył się pewną popularnością (34. miejsce w Wielkiej Brytanii), Coverdale postanowił nagrać go jeszcze raz, na przygotowany głównie z myślą o rynku amerykańskim album "Whitesnake" (w Europie znany jako "1987"). Nowa wersja także została wydana na singlu i tym razem osiągnęła ogromny sukces: 1. miejsce w Stanach i 9. na liście brytyjskiej. Do dzisiaj utwór jest stałym punktem koncertów grupy. Gdy dziś wykonujemy na żywo "Here I Go Again", młoda publiczność śpiewa słowa tego utworu razem ze mną z niesamowitym entuzjazmem - mówił Coverdale. Ten kawałek jest dla mnie czymś tak samo świeżym, jak był dwadzieścia lat temu. A może nawet bardziej. Czuję go lepiej, bo życie daje mi dziś więcej radości niż wtedy.
Chociaż większość partii gitar na album "1987" zarejestrował John Sykes, za solówkę w "Here I Go Again '87" odpowiada Adrian Vandenberg, późniejszy członek grupy. Byłem wtedy bardzo niezadowolony z partii gitarowych w nagraniach, których dokonaliśmy na płytę "1987" - wyjaśniał Coverdale. I poprosiłem Adriana, by zastąpił niektóre z nich własnymi, a także by dograł solówkę do "Here I Go Again".
Na album "1987" Coverdale postanowił nagrać ponownie także inny fragment "Saints & Sinners", utwór "Crying in the Rain".

Whitesnake w 1984 roku: Mel Galley, John Sykes, Neil Murray, David Coverdale, Cozy Powell i Jon Lord.

7. "Love Ain't No Stranger" (z albumu "Slide It In", 1984)

Jeden z popularniejszych utworów w dorobku zespołu (44. miejsce w Wielkiej Brytanii, 34. na amerykańskiej liście Mainstream Rock). Zaczyna się balladowo, ale szybko nabiera rockowej mocy. Wstęp został oryginalnie napisany na gitarę, ale ostatecznie został zagrany głównie na klawiszach. Zgodnie z notką Coverdale'a umieszczoną w książeczce reedycji albumu "Slide In In", perkusista Cozy Powell, wcześniej występujący m.in. w Rainbow i Jeff Beck Group, powiedział, że to najlepszy utwór, w jakim kiedykolwiek grał.


8. "Still of the Night" (z albumu "1987", 1987)

Utwór dobitnie pokazujący metamorfozę, jaką przeszedł zespół w połowie lat 80. - z stuprocentowo brytyjskiej grupy grającej mocno osadzony w bluesie hard rock, Whitesnake przeistoczył się w grupę grającą amerykański, komercyjny heavy metal.
"Still of the Night" wyróżnia się nietypową dla muzyki rockowej strukturą, charakterystyczną dla sonat. Jego zalążkiem było demo, nad którym Coverdale pracował z Ritchiem Blackmorem w czasach swojej kadencji w Deep Purple. W finalnej wersji wszystkie partie gitarowe zostały jednak wymyślone przez Johna Sykesa. Do "Still of the Night” miałem zrobiony riff oraz intro, a całą część środkową z wiolonczelą napisałem w kuchni u mojej mamy - opowiadał gitarzysta. Pamiętam tylko, że pokazałem jej to, ale nie złapała, o co mi chodzi i byłem tym trochę zirytowany. Wydawało mi się, że to fajna sprawa, a matka tylko powiedziała: "Hmm, chcesz filiżankę herbaty?".
Utwór został wydany na singlu, który cieszył się sporą popularnością w Wielkiej Brytanii (16. miejsce w notowaniu). Amerykanie woleli balladowe oblicze Whitesnake i na tamtejszych listach "Still of the Night" doszedł zaledwie do 79. miejsca.
Kompozycja jest regularnie wykonywana na wszystkich koncertach grupy od czasu trasy z 1987 roku.


9. "Is This Love" (z albumu "1987", 1987)

Inspiracją dla tego utworu był romans, w który się wdałem, będąc wciąż w związku z pierwszą żoną - wyznał Coverdale. Fatalna sytuacja, która wprowadziła straszny zamęt do mojego życia. Wokalista przyznał także, że nie stworzył tego utworu dla Whitesnake: Pisałem ten kawałek z myślą o Tinie Turner. Miałem nadzieję, że włączy go do repertuaru. Ale kiedy nagrałem wersję demo, którą chciałem jej wysłać, wytwórnia zażądała, bym zostawił utwór dla Whitesnake. Reszta jest historią: utwór stał się naszym wielkim przebojem. Rzeczywiście wielkim - w Stanach doszedł do 2. miejsca, a także do 9. w Wielkiej Brytanii. "Is This Love" - choć stylistycznie słabo reprezentacyjny dla twórczości grupy - jest także obowiązkowym punktem wszystkich koncertów zespołu od czasu trasy promującej album "1987".


10. "Restless Heart" (z albumu "Restless Heart", 1997)

"Restless Heart" to kawałek o tym, co się dzieje, gdy próbujesz zadowolić wszystkich - wyjaśniał Coverdale. Oczywiście nie jest to możliwe. I w końcu zaczynasz wariować. A gdy się nad tym wszystkim zastanowisz, dochodzisz do wniosku, że najważniejsze, byś zadowolił samego siebie. Dopiero wtedy możesz zacząć myśleć o tym, by zadowolić kogoś jeszcze. W "Restless Heart" próbowałem odpowiedzieć na pytanie, co się dzieje, gdy człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy. Jaki zamęt wprowadza do swojego życia, jak się wykańcza, próbując uszczęśliwić wszystkich naraz. Zaczyna się w tym gubić, sam nie jest szczęśliwy. Właśnie o takim niepokoju serca jest ten utwór.


22 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Forevermore" (2011)



Nie jest to dobry album. Jakoś strasznie nieudany też nie - po prostu bardzo przeciętny i schematyczny. Nagrany chyba tylko po to, żeby przypomnieć o istnieniu zespołu i dać pretekst do wyruszenia na trasę. Przeważają tu energetyczne, hard rockowe utwory (np. "All of Luck", "Love Will Set You Free"), które ciężko od siebie odróżnić. W żadnym z nich nie ma jakiegoś przyciągającego uwagę riffu czy solówki. W najlepszym wypadku jest chwytliwa linia wokalna Coverdale'a ("Love and Treat Me Right"). Częściej zdarzają się tu jednak melodie banalne - zwłaszcza w spokojniejszych kawałkach, jak w "Fare Thee Well" i naprawdę koszmarnym "One of These Days". Rozwleczonych "Easier Said Than Done" i "Forevermore" nie jestem w stanie przesłuchać w całości. Nawet "Whipping Boy Blues" - ewidentnie nawiązujący do mojego ulubionego, bluesowo hard rockowego okresu twórczości Whitesnake - jest po prostu nijaki.

Cały album sprawia wrażenie wymuszonego i nagranego na siłę. Owszem, David Coverdale nie musi już nikomu niczego udowadniać, ani niczym zaskakiwać. Dzięki dokonaniom z Deep Purple i multiplatynowemu "1987" nie szybko zostanie zapomniany. W przeciwieństwie do utworów z "Forevermore" - one nie będą grane na kolejnych trasach, nie będą umieszczane na składankach. Chyba, że zespół na siłę będzie chciał udowodnić, że to ten sam poziom, co np. "Fool for Your Loving" lub "Love Ain't No Stranger", i że na listach przebojów mogłyby konkurować z "Here I Go Again" i "Is This Love". Ale chyba nikt się na to nie nabierze. Jeżeli zaś chodzi o poniższą ocenę - jest to po prostu informacja, że "Forevermore" jest albumem zupełnie niepotrzebnym, którego mogłoby nie być. Zawarta tu muzyka, mimo wszystko, zasługuje na odrobinę wyższą ocenę.

Ocena: 5/10



Whitesnake - "Forevermore" (2011)

1. Steal Your Heart Away; 2. All Out of Luck; 3. Love Will Set You Free; 4. Easier Said Than Done; 5. Tell Me How; 6. I Need You (Shine a Light); 7. One of These Days; 8. Love and Treat Me Right; 9. Dogs in the Street; 10. Fare Thee Well; 11. Whipping Boy Blues; 12. My Evil Ways; 13. Forevermore

Skład: David Coverdale - wokal; Doug Aldrich - gitara; Reb Beach - gitara; Michael Devin - bass; Brian Tichy - perkusja
Gościnnie: Timothy Drury - instr. klawiszowe
Producent: David Coverdale, Doug Aldrich i Michael McIntyr


21 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Good to Be Bad" (2008)



Po wydaniu "Restless Heart" David Coverdale zapowiadał, że był to ostatni album Whitesnake. Pięć lat później reaktywował jednak grupę - w zupełnie nowym składzie - której działalność miała się ograniczać do występów na żywo. Wokalista szybko jednak zrozumiał, że zespół nie może funkcjonować bez nowego materiału. Pierwsze cztery kompozycje nowego Whitesnake uzupełniły koncertówkę "Live: In the Shadow of the Blues", wydaną w 2006 roku, a dwa lata później do sklepów trafił pełnowymiarowy album studyjny - "Good to Be Bad".

Otwierający całość "Best Years" stylistycznie nawiązuje do czasów "1987", ale brzmienie ma bardziej surowe, dzięki czemu może spodobać się także wielbicielom wcześniejszych dokonań grupy. W podobnym stylu utrzymany jest także "Can You Hear the Wind Blow", ale tutaj główny riff przypomina raczej Scorpions i ich hymn "Rock You Like a Hurricane". Wybaczam jednak, bo to najbardziej zapadający w pamięć moment albumu. Ogólnie przeważają tu takie czadowe kawałki (np. "Call on Me", tytułowy "Good to Be Bad", "All for Love"), ale nie zabrakło miejsca dla ballad. Przesłodzone "All I Want All I Need" i "Summer Rain" powinny trafić do wszystkich fanek, które Coverdale kupił przebojami "Is This Love" i "Hero I Go Again". Znacznie lepiej prezentuje się "'Til the End of Time", oparty na brzmiących zeppelinowo akustykach. Longplay ma jednak do zaoferowania znacznie więcej. Jego punktem kulminacyjnym okazuje się ciężki "A Fool in Love", lekko przypominający o bluesrockowych korzeniach Whitesnake.

Udany powrót, ale trochę zbyt zachowawczy - "Good to Be Bad" nie wnosi absolutnie nic nowego do twórczości Whitesnake. Dobrze się go słucha, ale niewiele z niego zostaje potem w pamięci.

Ocena: 6/10



Whitesnake - "Good to Be Bad" (2008)

1. Best Years; 2. Can You Hear the Wind Blow; 3. Call on Me; 4. All I Want All I Need; 5. Good to Be Bad; 6. All for Love; 7. Summer Rain; 8. Lay Down Your Love; 9. A Fool in Love; 10. Got What You Need; 11. 'Til the End of Time

Skład: David Coverdale - wokal; Doug Aldrich - gitara; Reb Beach - gitara; Uriah Duffy - bass; Chris Frazier - perkusja; Timothy Drury - instr. klawiszowe
Producent: David Coverdale, Doug Aldrich i Michael McIntyre


20 marca 2014

[Recenzja] David Coverdale - "Into the Light" (2000)



Już album "Restless Heart" miał być powrotem Davida Coverdale'a do kariery solowej, ale ostatecznie został wydany pod szyldem Whitesnake. Dopiero na "Into the Light" wokaliście udało się zerwać z szyldem swojej grupy. Oczywiście, zdarzają się tutaj utwory, które spokojnie mogłyby trafić do repertuaru zespołu: ostrzejsze "Cry for Love" i "Don't Lie to Me", półballadowy "Living on Love", albo nawet nieco hendrixowski "Slave". Ale przeważają kawałki, które w żadnym wypadku nie mogłyby znaleźć się na albumie Whitesnake. Tutaj najbardziej skrajnym przykładem jest finałowy "Wherever You May Go", śpiewany przez Coverdale'a w duecie z wokalistką Lindą Rowberry. Także pod względem muzycznym jest to czysty pop. I nie jest to bynajmniej wyjątek. W podobnym klimacie utrzymany jest chociażby okropny, przesłodzony "Don't You Cry". Przykłady można mnożyć: "Love Is Blind", nowa wersja "Too Many Tears" (słabsza od oryginału z "Restless Heart"), ale też całkiem udany "Midnight Blue".

Jest tutaj jednak także jeden naprawdę wspaniały utwór - "River Song". Niemal progrockowy, choć oparty głównie na klasycznych bluesowych patentach, z długimi partiami solowymi gitarzystów. "River Song" jest zarazem nastrojowy i ciężki. A dochodzi do tego jeszcze przybrudzona barwa głosu Coverdale'a, śpiewającego tu chyba bardziej bluesowo, niż w jakimkolwiek innym utworze z całej jego długoletniej kariery. Po tak pięknym początku albumu, spodziewałem się równie udanej całości. Niestety, już banalny "She Give Me..." brutalnie sprowadza na ziemię, a wspomniany "Don't You Cry" może doprowadzić do rozpaczy - i to bynajmniej nie przez wzruszenie łzawą melodią, a raczej zniesmaczenie wyjątkowo tandetnym refrenem. Choć dalej zdarzają się lepsze momenty, jak "Living on Love" czy przebojowy "Don't Lie to Me", to nie zacierają one złego wrażenia. "Into the Light" to bardzo niespójny album, zarówno pod względem stylistycznym, jak i - przede wszystkim - jakościowym.

Ocena: 5/10



David Coverdale - "Into the Light" (2000)

1. ...Into the Light; 2. River Song; 3. She Give Me...; 4. Don't You Cry; 5. Love is Blind; 6. Slave; 7. Cry for Love; 8. Living on Love; 9. Midnight Blue; 10. Too Many Tears; 11. Don't Lie to Me; 12. Wherever You May Go

Skład: David Coverdale - wokal, gitara (1,7); Doug Bossi - gitara; Earl Slick - gitara; Marco Mendoza - bass, gitara (12); Denny Carmassi - perkusja; Mike Finnigan - instr. klawiszowe
Gościnnie: Derek Hilland - instr. klawiszowe (1,8); John X. Volaitis - instr. klawiszowe (3,4,10,11), harfa (12); Dylan Vaughan - gitara (4); Tony Franklin - bass (4); Bjorn Thorsud - tamburyn (4); James Sitterly - instr. smyczkowe (5); Jimmy Z - harmonijka (7); Linda Rowberry - wokal (12)
Producent: David Coverdale


19 marca 2014

[Recenzja] David Coverdale & Whitesnake - "Restless Heart" (1997)



"Restless Heart" to tak naprawdę solowy album Davida Coverdale'a. Jednak ze względu na sukces wydanej trochę wcześniej kompilacji "Whitesnake's Greatest Hits", przedstawiciele wytwórni płytowej uparli się, aby na okładce znalazła się także nazwa grupy. "Restless Heart" nie brzmi jednak jak album Whitesnake. Zbyt wiele tutaj utworów jednoznacznie bluesowych (np. przypominający dokonania Bad Company "All In the Name of Love", balladowy "Too Many Tears", albo cover kawałka "Stay with Me", oryginalnie wykonywanego przez Lorraine Ellison). Ponadto część płyty jest bardzo wyciszona, delikatna ("Don't Fade Away", "Can't Go On", "Your Precious Love"). Kiedy już zdarzają się ostrzejsze utwory (tytułowy "Restless Heart" i "Crying") to zdecydowanie bliżej im do wczesnych dokonań Whitesnake, niż twórczości grupy z przebojowych albumów "1987" i "Slip of the Tongue". Jednak to właśnie w takiej, niekomercyjnej muzyce Coverdale wypada najbardziej przekonująco. Jak w ciężkim bluesie "Take Me Back Again", w którym może w pełni pokazać swoje umiejętności. Albo w "Woman Trouble Blues", utrzymanym w stylistyce albumu "Coverdale and Page" (utwór zresztą powstał z myślą o kolejnej płycie z Jimmym Pagem, do której nagrania nigdy nie doszło). Album "Restless Heart" chyba najlepiej pokazuje wszechstronność wokalisty - wystarczy porównać delikatnie zaśpiewany "Too Many Tears" i sąsiadujący z nim, wykrzyczany "Crying". Pomimo tej różnorodności, całość wypada spójnie i bardzo przyjemnie się jej słucha.

Ocena: 7/10



David Coverdale & Whitesnake - "Restless Heart" (1997)

1. Don't Fade Away; 2. All In the Name of Love; 3. Restless Heart; 4. Too Many Tears; 5. Crying; 6. Stay with Me; 7. Can't Go On; 8. You're So Fine; 9. Your Precious Love; 10. Take Me Back Again; 11. Woman Trouble Blues

Skład: David Coverdale - wokal; Adrian Vandenberg - gitara; Guy Pratt - bass; Denny Carmassi - perkusja; Brett Tuggle - instr. klawiszowe
Gościnnie: Elk Thunder  - harmonijka; Tommy Funderbur, Beth Anderson, Maxine Waters - dodatkowy wokal
Producent: David Coverdale


18 marca 2014

[Recenzja] Coverdale and Page - "Coverdale and Page" (1993)



Jeszcze na początku lat 90. powrót Led Zeppelin mógł wydawać się całkiem prawdopodobny. Jednak wokalista Robert Plant, z powodzeniem działający jako solowy wykonawca, nie był tym zupełnie zainteresowany. Znudzony oczekiwaniem gitarzysta Jimmy Page zgodził się nawiązać zasugerowaną przez wydawcę współpracę z Davidem Coverdalem, który niedługo wcześniej zawiesił działalność swojej grupy Whitesnake. Do dzisiaj nie milkną plotki, jakoby Page wziął udział w tym projekcie tylko po to, żeby zdenerwować Planta. Jeżeli gitarzysta faktycznie liczył na to, że zazdrosny Plant w końcu zdecyduje się odnowić współpracę, to swój cel osiągnął. Już w rok po ukazaniu się albumu "Coverdale and Page" dwaj byli muzycy Led Zeppelin wydali longplay "No Quarter: Jimmy Page and Robert Plant Unledded", zawierający nowe, akustyczne opracowania klasycznych kompozycji grupy. Kilka lata później nagrali jeszcze album "Walking into Clarksdale" z premierowym materiałem.

Paradoksalnie jednak, to "Coverdale and Page" jest albumem brzmiącym o wiele bardziej zeppelinowo od tych dwóch wydawnictw. David Coverdale nie tylko wyglądem przypominał Planta - już na płytach Whitesnake udowodnił przecież, że potrafi idealnie imitować sposób śpiewania wokalisty Led Zeppelin. A Jimmy Page po prostu gra w tym samym stylu, co dwie dekady wcześniej. Zwłaszcza utwory, w których sięga po gitarę akustyczną, brzmią jak jakieś zapomniane kompozycje Ołowianego Sterowca ("Shake My Tree", "Pride and Joy", "Over Now", "Easy Does It", "Don't Leave Me This Way", "Whisper a Prayer for the Dying"). Brakuje tu tylko charakterystycznej gry Johna Bonhama... Ale są też utwory, którym bliżej do twórczości Whitesnake (np. "Waiting on You" i - przede wszystkim - "Take a Look at Yourself").

W porównaniu z monotonnym, raczej spokojnym "Walking into Clarksdale", na "Coverdale and Page" cieszy przewaga mocniejszych utworów. "Waiting on You", "Feeling Hot" i "Absolution Blues" to stuprocentowe czady, ale cięższe gitary odgrywają istotną rolę także w utworach częściowo akustycznych - "Shake My Tree", "Pride and Joy", "Easy Does It", "Don't Leave Me This Way", oraz naprawdę mocnym "Whisper a Prayer for the Dying". David Coverdale i Jimmy Page zawsze potrafili jednak tworzyć także zgrabne ballady. Tutaj najlepszym tego potwierdzeniem jest "Take Me for a Little While", wyróżniający się obecnością dwóch pięknych solówek gitarowych. Nieco słabiej prezentuje się "Take a Look at Yourself", w którym słychać zamiłowanie Coverdale'a do bardziej komercyjnych piosenek. Mimo to, kawałek ma swój urok i na pewno nie obniża wartości longplaya.

Gdyby Jimmy Page zaprosił do nagrań Johna Paula Jonesa i Jasona Bonhama, i wydał ten album pod szyldem Led Zeppelin, byłaby to jedna z najbardziej udanych pozycji w dyskografii tej grupy. Niestety, większość fanów nie zaakceptowałby braku Roberta Planta i zastąpienia go Davidem Coverdalem.

Ocena: 8/10



Coverdale and Page - "Coverdale and Page" (1993)

1. Shake My Tree; 2. Waiting on You; 3. Take Me for a Little While; 4. Pride and Joy; 5. Over Now; 6. Feeling Hot; 7. Easy Does It; 8. Take a Look at Yourself; 9. Don't Leave Me This Way; 10. Absolution Blues; 11. Whisper a Prayer for the Dying

Skład: David Coverdale - wokal, gitara (4,7); Jimmy Page - gitara, bass (3), harmonijka (4)
Gościnnie: Jorge Casas - bass; Ricky Phillips - bass; Denny Carmassi - perkusja; Lester Mendez - instr. klawiszowe (3,5,7-11); John Harris - harmonijka
Producent: Jimmy Page, David Coverdale i Mike Fraser


17 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Slip of the Tongue" (1989)



Wystarczyło, że grupa Whitesnake odniosła komercyjny sukces i już David Coverdale ujawnił swoje dyktatorskie zapędy. Jeszcze przed ukazaniem się albumu "1987"/"Whitesnake" wyrzucił ze składu zespołu wszystkich muzyków z którymi go nagrywał. Na promującą go trasę wyruszył z gitarzystami Vivianem Campbellem (ex-Dio) i Adrianem Vandenbergiem, oraz byłą sekcją rytmiczną zespołu Ozzy'ego Osbourne'a, basistą Rudym Sarzo i perkusistą Tommym Aldridgem. I ten skład nie utrzymał się długo. Tuż po rozpoczęciu pracy nad nowym materiałem, Campbell odszedł z powodu "różnic artystycznych". W nagraniach nie uczestniczył także współtwórca całego nowego materiału, Vandenberg, z powodu urazu nadgarstka (pozostał jednak członkiem grupy i został uwzględniony w opisie albumu). Wszystkie partie gitar na "Slip of the Tongue" zarejestrował nowy muzyk, Steve Vai.

Album "Slip of the Tongue" to, mówiąc krótko, kontynuacja jego poprzednika. Sam Coverdale krytykował go po latach, że jest zbyt amerykański. Jak wiele w tym prawdy, można się łatwo przekonać, porównując tutejszą wersję "Fool for Your Loving" z oryginałem (z albumu "Ready an' Willing"). Swoją drogą ciekawe czemu na płytach Whitesnake tak często pojawiały się nowe opracowania starszych kompozycji. Czyżby z powodu braku pomysłów na zupełnie nowe utwory? W każdym razie "Fool for Your Loving" nic w tej wersji nie zyskał, za to jej brzmienie z czasem zestarzało się bardziej od oryginału. Taki jest cały longplay - jego brzmienie jest typowe dla produkcji ze schyłku lat 80. i dzisiaj może budzić co najwyżej zażenowanie.

O ile utwory na poprzednim albumie, a przynajmniej niektóre z nich, miały swój urok, tak tutaj wszystko jest do bólu nijakie. Szybsze utwory są tak wypolerowane brzmieniowo, że zupełnie brakuje im mocy (tytułowy "Slip of the Tongue", "Cheap an' Nasty", "Wings of the Storm"). Techniczne popisy Vaia nic w tej kwestii nie zmieniają. Najwyżej potęgują wrażenie chaosu ("Kittens Got Claws", zeppelinowy "Slow Poke Music"). Całości dopełniają przesłodzone, popowe piosenki, do których miejscami na siłę doklejono mocniejsze gitary ("Now You're Gone", "The Deeper the Love", "Judgement Day"). Jedynym utworem godnym uwagi wydaje się finałowy "Sailing Ships". Całkiem zgrabna ballada, która w środku nabiera dynamiki. Ten jeden fragment nie jest jednak w stanie zatrzeć złego wrażenia, jakie wywołują wcześniejsze kawałki.

Ocena: 3/10



Whitesnake - "Slip of the Tongue" (1989)

1. Slip of the Tongue; 2. Cheap an' Nasty; 3. Fool for Your Loving; 4. Now You're Gone; 5. Kittens Got Claws; 6. Wings of the Storm; 7. The Deeper the Love; 8. Judgement Day; 9. Slow Poke Music; 10. Sailing Ships

Skład: David Coverdale - wokal; Steve Vai - gitara; Rudy Sarzo - bass; Tommy Aldridge - perkusja
Gościnnie: Don Airey, David Rosenthal i Claude Gaudette - instr. klawiszowe; Glenn Hughes, Tommy Funderburk i Richard Page - dodatkowy wokal
Producent: Mike Clink i Keith Olsen


16 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "1987" aka "Whitesnake" (1987)



Po sukcesie albumu "Slide It In" w Stanach, David Coverdale postanowił kolejny longplay przygotować głównie z myślą o tamtejszym rynku. "1987" (czy też "Whitesnake", jak zatytułowano amerykańskie wydanie) pokazuje zupełnie inne, zamerykanizowane oblicze grupy. Stylistycznie i brzmieniowo. Nie ma tu już utworów na pograniczu blues/hard rocka. Zdecydowanie bliżej do heavy metalu, ale w wygładzonej odmianie. Nawet najszybsze i najostrzejsze kompozycje przeważnie są łagodzone brzmieniem instrumentów klawiszowych ("Still of the Night", "Give Me All Your Love", "Straight for the Heart") albo przynajmniej chwytliwymi melodiami ("Bad Boys", "Children of the Night").

Zupełnie inną kategorię stanowią "Is This Love" i nowa wersja "Here I Go Again" - dwa największe przeboje zespołu. To właściwie kawałki pop rockowe, do dzisiaj chętnie grane w komercyjnych rozgłośniach radiowych. Wiele tłumaczy fakt, że pierwszy z nich Coverdale napisał z myślą o Tinie Turner, ale wytwórnia przekonała go, aby zostawił kawałek dla Whitesnake. W podobnym klimacie utrzymane są jeszcze dwa utwory: "Don't Turn Away" i najbardziej chyba przesłodzony "Looking for Love". Co ciekawe, ten ostatni był pominięty w wydaniu amerykańskim. Nie trafił na nie również "You're Gonna Break My Heart Again", ale to akurat jeden z najmocniejszych fragmentów "1987". Chociaż pod tym względem bezkonkurencyjny jest "Crying in the Rain" - zachowujący ciężar oryginalnej wersji z "Saints & Sinners", a dodatkowo nabierający szybszego tempa. Jak jednak już pisałem w recenzji tego albumu - wolę tamtą wersję.

Nie jestem wielbicielem amerykańskiej muzyki, a zwłaszcza takiej radiowej odmiany heavy metalu. Muszę jednak przyznać, że wiele fragmentów "1987" naprawdę zapada w pamięć. A takie utwory, jak "Still of the Night", "Children of the Night" czy "Crying in the Rain" to przecież wzorowe metalowe kompozycje lat 80. W podobnym stylu grały wówczas m.in. także takie grupy jak Scorpions czy Dio. Tak samo "Is This Love" jest wzorową piosenką pop i na tle innych radiowych hitów jest całkiem znośna. Ale już typowe dla tamtej dekady brzmienia klawiszy w "Here I Go Again" i "Looking for Love" działają na mnie odpychająco.

Ocena: 5/10



Whitesnake - "1987" (1987)

1. Still of the Night; 2. Bad Boys; 3. Give Me All Your Love; 4. Looking for Love; 5. Crying in the Rain; 6. Is This Love; 7. Straight for the Heart; 8. Don't Turn Away; 9. Children of the Night; 10. Here I Go Again; 11. You're Gonna Break My Heart Again

Skład: David Coverdale - wokal; John Sykes - gitara; Neil Murray - bass; Aynsley Dunbar - perkusja
Gościnnie: Adrian Vandenberg - gitara (10); Don Airey  - instr. klawiszowe; Bill Cuomo - instr. klawiszowe
Producent: Mike Stone i Keith Olsen


15 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Slide It In" (1984)



Oryginalna wersja albumu - wydana na całym świecie, poza Stanami Zjednoczonymi - spotkała się z nie najlepszym przyjęciem, ze względu na wygładzone brzmienie, z wysuniętymi na pierwszy plan klawiszami. Na rynek amerykański postanowiono zatem przygotować nowy miks, z naciskiem na gitary i perkusję. Ale to nie wszystko. Przed przygotowaniem tej drugiej wersji zdążył zmienić się skład grupy - wrócił basista Neil Murray, a gitarzysta Micky Moody został zastąpiony przez Johna Sykesa (ex-Thin Lizzy). Murray i Sykes specjalnie na amerykańskie wydanie "Slide It In" zarejestrowali nowe partie, które zastąpiły oryginalne ścieżki Moody'ego i Colina Hodgkinsona. Album wiele zyskał na tych zmianach. Zwłaszcza te bardziej banalne kawałki, w rodzaju "Gambler", "Slide It In" czy "Spit It Out". Po nabraniu ciężaru brzmią trochę mniej banalnie.

Nie zmienia to jednak faktu, że pod względem kompozytorskim longplay prezentuje dość niski poziom. Po raz kolejny można zarzucić Coverdale'owi i spółce kopiowanie innych wykonawców. Już nie tylko Led Zeppelin ("Slow An' Easy" z partią wokalną imitującą Roberta Planta), ale także Thin Lizzy ("Guilty of Love" z partią wokalną imitującą Phila Lynotta). Żałosne to i niegodne wokalisty, posiadającego tak wspaniały głos i umiejętności, co udowadnia przede wszystkim w ekspresyjnie zaśpiewanym "Standing in the Shadow". To zdecydowanie najjaśniejszy fragment całości, obok singlowego przeboju "Love Ain't No Stranger". Ten ostatni momentami jest zbyt przesłodzony, ale i tak zapada w pamięć. Poza tym warto zwrócić uwagę na hardrockowy "All or Nothing", najbliższy dawnych dokonań grupy.

"Slide It In" wypada odrobinę lepiej od swojego poprzednika, "Saints & Sinners", ale nawet przy najlepszych chęciach nie da się jej postawić w jednym rzędzie z "Ready an' Willing" i "Lovehunter".

Ocena: 6/10



Whitesnake - "Slide It In" (1984)

1. Gambler; 2. Slide It In; 3. Standing in the Shadow; 4. Give Me More Time; 5. Love Ain't No Stranger; 6. Slow An' Easy; 7. Spit It Out; 8. All or Nothing; 9. Hungry for Love; 10. Guilty of Love

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara (UK) / John Sykes - gitara (US); Mel Galley - gitara; Colin Hodgkinson - bass (UK) / Neil Murray - bass (US); Cozy Powell - perkusja; Jon Lord - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch (UK) / Keith Olsen (US)


14 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Saints & Sinners" (1982)



Każdy zespół ma swoje wzloty i upadki. "Saints & Sinners" zalicza się do tych drugich. Słaby poziom wydawnictwa to poniekąd rezultat rozsypania się składu w trakcie sesji nagraniowej - w grupie zostali tylko David Coverdale i Jon Lord, pozostali muzycy odeszli po zarejestrowaniu swoich partii. Kilka miesięcy później wokaliście udało się namówić Micky'ego Moody'ego na powrót i obaj dokończyli album. W tym samym czasie do zespołu dołączyli nowi muzycy: gitarzysta Mel Galley, perkusista Cozy Powell (ex-Rainbow) i basista Colin Hodgkinson. Dwaj ostatni nie brali jednak udziału w wykańczaniu albumu, a wkład Galleya ograniczył się do nagrania chórków. Trochę szkoda, że zespół nie rozpoczął pracy nad albumem zupełnie od nowa - być może powstałoby coś bardziej interesującego od "Saints & Sinners".

Nie będę oryginalny, jeżeli napiszę, że są tu tylko dwa naprawdę udane utwory. Oczywiście mam na myśli te same dwa, które kilka lat później zostały ponownie nagrane na inny album. To te późniejsze wersje są dziś najbardziej znane. Na mnie zdecydowanie większe wrażenie robią oryginalne. Surowa, wolniejsza, cięższa i bardziej bluesowa wersja "Crying in the Rain" po prostu miażdży. A "Here I Go Again"? Tutaj jest to może mało ambitna, ale zgrabna, spokojna piosenka, jeszcze bez tego "ejtisowego" kiczu, psującego późniejszą wersję. Na pozostałe kawałki zabrakło niestety pomysłu. Nie są to może jakieś ewidentne wpadki, ale też niczym nie zachwycają. Niektóre jednak mogą irytować tym, że Coverdale bezwstydnie plagiatuje w nich styl Led Zeppelin. Momentami można mieć wątpliwości czy przypadkiem na płycie nie występuje gościnnie Robert Plant ("Love an' Affection", "Victim of Love", "Saints an' Sinners"). Wokalista o tak charakterystycznym głosie, jak Coverdale, nie powinien udawać innego słynnego wokalisty.

Ocena: 6/10



Whitesnake - "Saints & Sinners" (1982)

1. Young Blood; 2. Rough an' Ready; 3. Bloody Luxury; 4. Victim of Love; 5. Crying in the Rain; 6. Here I Go Again; 7. Love an' Affection; 8. Rock an' Roll Angels; 9. Dancing Girls; 10. Saints an' Sinners

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara; Bernie Marsden - gitara; Neil Murray - bass; Ian Paice - perkusja; Jon Lord - instr. klawiszowe
Gościnnie: Mel Galley - dodatkowy wokal
Producent: Martin Birch


13 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Come an' Get It" (1981)



Po wydaniu albumu "Ready an' Willing" i ugruntowaniu pozycji koncertowym "Live... in the Heart of the City", Whitesnake stał się jednym z czołowych przedstawicieli ciężkiego rocka. Każdy kolejny album okazywał się komercyjnym sukcesem. Niestety, nie miało to przełożenia na ich poziom artystyczny. Kolejny w dyskografii "Come an' Get It", pomimo sporej popularności (2. miejsce w brytyjskim notowaniu), nie jest godnym następcą wspomnianego "Ready an' Willing". Broni się właściwie tylko jego początek: dwa solidne czady "Come an' Get It" i "Hot Stuff", poprawione autentycznie przebojowym, ale nie zanadto komercyjnym, "Don't Break My Heart Again", wyróżniającym się świetnymi unisonami gitar. A jeszcze lepsze wrażenie sprawia bluesowy "Lonely Days, Lonely Nights". W nim najlepiej wykorzystano obecność dwóch gitarzystów w składzie. Ich popisy pozostawiają jednak dużo miejsca dla gitary basowej, która świetnie prowadzi ten utwór.

Dalej niestety jest już trochę gorzej. Barowy, zdominowany przez pianino "Wine, Women an' Song" wypada jeszcze słabiej od swojego odpowiednika z poprzedniego longplaya, "Black and Blue". Ciężko się o cokolwiek przyczepić do wolniejszych "Child of Babylon" (będący przede wszystkim popisem Neila Murraya) i "Girl". Zdecydowanie gorzej wypada za to "Would I Lie to You" - bardzo banalna piosenka w sam raz do radia. Najwięcej kontrowersji budzą jednak dwa ostatnie utwory, mocniejszy "Hit an' Run" oraz półakustyczny "Till the Day I Die". Whitesnake znów kopiuje tu Led Zeppelin, a Coverdale bezwstydnie imituje Roberta Planta. Kawałki same w sobie nie są złe, ale szkoda, że jedynym przejawem własnej kreatywności jest hammondowe solo w drugim z nich.

Mimo wszystko, Whitesnake na "Come an' Get It" nie schodzi poniżej pewnego, dość wysokiego poziomu. Warto tej płyty posłuchać. A dla wielbicieli hard rocka o bluesowym zabarwieniu jest to wręcz pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7/10



Whitesnake - "Come an' Get It" (1981)

1. Come an' Get It; 2. Hot Stuff; 3. Don't Break My Heart Again; 4. Lonely Days, Lonely Nights; 5. Wine, Women an' Song; 6. Child of Babylon; 7. Would I Lie to You; 8. Girl; 9. Hit an' Run; 10. Till the Day I Die

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara; Bernie Marsden - gitara; Neil Murray - bass; Ian Paice - perkusja; Jon Lord - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


12 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Live... In the Heart of the City" (1980)



"Live... In the Heart of the City" to jedna z niewielu koncertówek Whitesnake, a zarazem jedyna, która zarejestrowana w hard/blues rockowym okresie działalności. Jest to zapis trzech koncertów, które odbyły się w londyńskim Hammersmith Odeon. Pierwszy dysk zawiera nagrania z 23 i 24 czerwca 1980 roku; na drugim cofamy się w przeszłość - do 23 listopada 1978 roku. Materiał z drugiej płyty był już wcześniej wydany jako EP "Live at Hammersmith", dostępne wyłącznie w Japonii.

W chwili rejestracji najstarszego koncertu zespół miał na koncie tylko jeden album i EPkę, więc nie powinna dziwić obecność w repertuarze aż dwóch utworów Deep Purple - "Might Just Take Your Life" i "Mistreated". Pierwszy został wykonany zgodnie z oryginałem. Drugi natomiast przearanżowano - całkowicie zmieniono wstęp, zupełnie inne są też solówki. Wykonanie to jest całkiem udane, ale nie tak dobre, jak studyjne. Wrażenie robi za to rewelacyjne wykonanie "Ain't No Love in the Heart of the City" (z repertuaru Bobby'ego Blanda, obecne już na EPce "Snakebite"). Zupełnie nie dziwi, że to właśnie ten utwór został wybrany do singlowej promocji albumu. Paradoksalnie, najmniej ekscytująco wypadają tutaj autorskie kompozycje grupy ("Come On", "Lie Down", "Trouble").

Podczas koncertów z 1980 roku dyskografia Whitesnake była już bogatsza o dwa albumy - "Lovehunter" i "Ready an' Willing". Właśnie utwory z nich pochodzące tutaj dominują. Nie rozumiem tylko, dlaczego zdublowano tutaj "Come On", skoro grupa grała wówczas dużo więcej utworów i można było umieścić któryś z nich. To jedno niedociągnięcie w pełni rekompensują porywające wersje takich utworów, jak "Walking in the Shadow of the Blues", "Fool for Your Loving", "Ain't Gonna Cry No More", "Ready an' Willing" i "Take Me with You". Dwa ostatnie to przede wszystkim popis basisty, Neila Murraya. Zupełnie nie przekonuje mnie natomiast bluesowa improwizacja gitarzystów w "Love Hunter".

Mimo że niepozbawiony wad, "Live... In the Heart of the City" jest świetnym uzupełnieniem wczesnej dyskografii zespołu. Tylko trochę szkoda, że nie został nagrany odrobinę później (na następnej trasie repertuar był bogatszy np. o przebój "Don't Break My Heart Again"). Ale i tak dobrze, że w ogóle ukazał się jakiś koncertowy materiał z tamtych lat, gdy Whitesnake był jeszcze prawdziwym zespołem.

Ocena: 7/10



Whitesnake - "Live... In the Heart of the City" (1980)

LP1: 1. Come On; 2. Sweet Talker; 3. Walking in the Shadow of the Blues; 4. Love Hunter; 5. Fool for Your Loving; 6. Ain't Gonna Cry No More; 7. Ready an' Willing; 8. Take Me with You
LP2: 1. Come On; 2. Might Just Take Your Life; 3. Lie Down; 4. Ain't No Love in the Heart of the City; 5. Trouble; 6. Mistreated

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara; Bernie Marsden - gitara; Neil Murray - bass; Jon Lord - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja (LP1); Dave Dowle - perkusja (LP2)
Producent: Martin Birch


[Recenzja] Whitesnake - "Ready an' Willing" (1980)



"Ready an' Willing" to album bardzo purplowy. Nawet nie dlatego, że oprócz Davida Coverdale'a i Jona Lorda gra tu także Ian Paice. To po prostu najmocniejszy album, na którym grają ci muzycy, od czasu wydanego sześć lat wcześniej "Burn". Nie znaczy to bynajmniej, że jest to album regresywny. W roku 1980 ogromną popularnością cieszyły się zespoły z nurtu Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. I słuchając "Ready an' Willing" można odnieść wrażenie, że Whitesnake chciał pod ten nurt się podczepić. Dominują tu zatem dynamiczne, dość mocne kawałki. Nawet otwierający całość "Fool for Your Loving", choć pełni podobną rolę co "Long Way from Home" z poprzedniego albumu - tj. przebojowego kawałka promującego całość na singlu - wypada o wiele mocnej i poważniej od swojego poprzednika. Takie podejście opłaciło się Coverdale'owi i spółce - "Fool for Your Loving" doszedł do 13. miejsca w brytyjskim notowaniu singli.

W podobnym stylu utrzymany jest "Sweet Talker". Hammondowa solówka potwierdza pierwsze zdanie tej recenzji. Tytułowy "Ready an' Willing", wyróżniający się zapadającym w pamieć refrenem, oraz łagodniejszy "Carry Your Load" zdradzają inspiracje muzyką soulową, przy zachowaniu hard rockowego brzmienia - co znowu przywodzi na myśl wspomniany "Burn". Prawdziwą rewelacją jest następny utwór - "Blindman". Znany już co prawda z solowego longplaya "White Snake" Coverdale'a, ale tutaj nabiera nowej jakości. Przede wszystkim pod względem brzmienia. Przy całym szacunku dla odpowiadającego za produkcję oryginału Rogera Glovera, ale to Martin Birch wie najlepiej, jak powinna brzmieć taka muzyka. Równie świetny jest "Ain't Gonna Cry No More". Akustyczny początek od razu wywołuje skojarzenia z folkowym obliczem Led Zeppelin. A i w dalszej, mocniejszej i bardziej bluesowej części utworu pobrzmiewa coś z tej grupy.

Trochę słabiej wypadają trzy ostatnie utwory. Wolny blues "Love Man" można jeszcze uznać za fajne urozmaicenie albumu, ale już radosny "Black and Blue", wzbogacony barowym pianinem i odgłosami publiczności, zdecydowanie zaniża poziom całości. Z kolei w "She's a Woman" znów słychać inspirację Led Zeppelin - jednak tym razem, w przeciwieństwie do "Ain't Gonna Cry No More", podobieństwo jest zbyt nachalne. Nawet obdarzony oryginalnym, charakterystycznym głosem Coverdale bezsensownie imituje tutaj Roberta Planta. Nietrafionym pomysłem było umieszczenie tego kawałka na koniec - trochę zaciera bardzo dobre wrażenie, wywołane sześcioma, siedmioma pierwszymi utworami.

Ocena: 8/10



Whitesnake - "Ready an' Willing" (1980)

1. Fool for Your Loving; 2. Sweet Talker; 3. Ready an' Willing; 4. Carry Your Load; 5. Blindman; 6. Ain't Gonna Cry No More; 7. Love Man; 8. Black and Blue; 9. She's a Woman

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara; Bernie Marsden - gitara; Neil Murray - bass; Ian Paice - perkusja; Jon Lord - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


11 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Lovehunter" (1979)



Są na tym albumie dwa przerażające utwory. Pierwszy z nich otwiera album, drugi go zamyka. Oba zdają się zwiastować późniejsze poczynania zespołu, już jednoznacznie skierowane do masowych odbiorców, głównie amerykańskich. "Long Way from Home" to komercyjny Whitesnake w wydaniu czadowym. Kawałek był pierwszym singlem grupy, ale nie odniósł wielkiego sukcesu. Bo i wiele nie ma do zaoferowania. Z kolei "We Wish You Well" to komercyjny Whitesnake w wydaniu balladowym. Właściwie jest to tylko trwająca niewiele ponad minutę miniaturka, mająca swój urok, ale jednak zanadto przesłodzona. Być może oba te utwory miały tylko zwrócić uwagę radiowych słuchaczy na zespół. A właściwy album stanowią utwory od drugiego do dziewiątego.

Owszem, pozostałe utwory to także hard rock w bardzo wygładzonej odmianie. Słychać jednak, że jest to muzyka szczera. Zwłaszcza we fragmentach, kiedy uwidaczniają się bluesowe inspiracje Coverdale'a. Tutaj najlepszym przykładem jest "Walking in the Shadow of the Blues". Piękna kompozycja, z zapadającą w pamięć linią wokalną. Świetna także pod względem muzycznym - charakterystyczne Hammondy Jona Lorda wspaniale stapiają się w całość z partiami obu gitarzystów i mocną sekcją rytmiczną. A przecież to nie jedyny naprawdę udany fragment "Lovehunter". Wyróżnić trzeba także (prawie) tytułowy "Love Hunter", charakteryzujący się ciekawym brzmieniem gitar. Albo ostrzejsze "Medicine Man" i "Outlaw" (w tym drugim rolę głównego wokalisty pełni wyjątkowo Bernie Marsden). Prawdziwą perłą jest także spokojniejszy "Help Me Thro' the Day", pierwotnie wykonywany przez bluesmana Freddiego Kinga. Klimat oryginału został zachowany, za to wykonanie jest o wiele bliższe perfekcji.

Album jako całość robi naprawdę dobre wrażenie. Zupełnie nie przeszkadza, że czasem zespół gra mniej poważne kawałki, w rodzaju "You 'n' Me", "Rock 'n' Roll Women" (o którym tytuł mówi wszystko) lub "Mean Business". W tym ostatnim pojawiają się zresztą naprawdę dobre solówki. Największe wrażenie robi ta grana przez Lorda, brzmiąca jak żywcem wyjęta z klasycznych dokonań Deep Purple.

Ocena: 7/10



Whitesnake - "Lovehunter" (1979)

1. Long Way from Home; 2. Walking in the Shadow of the Blues; 3. Help Me Thro' the Day; 4. Medicine Man; 5. You 'n' Me; 6. Mean Business; 7. Love Hunter; 8. Outlaw; 9. Rock 'n' Roll Women; 10. We Wish You Well

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara; Bernie Marsden - gitara, wokal (8); Neil Murray - bass; Dave Dowle - perkusja; Jon Lord - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


10 marca 2014

[Recenzja] Whitesnake - "Trouble" (1978)



Pierwszy skład grupy Whitesnake uformował się praktycznie podczas trasy promującej drugi solowy album Davida Coverdale'a, "Northwinds". Wokaliście towarzyszyli na niej gitarzyści Micky Moody (jedyny muzyk, który brał udział w nagrywaniu wspomnianego longplaya) i Bernie Marsden, basista Neil Murray, perkusista Dave Dowle i klawiszowiec Brian Johnston. Po zakończeniu trasy, ostatni z nich został zastąpiony przez Petera Solleya. Wówczas David Coverdale Band został przemianowany na Whitesnake. W lipcu 1978 roku ukazało się pierwsze wydawnictwo sygnowane tą nazwą, czteroutworowa EPka "Snakebite". Latem zespół rozpoczął pracę nad pełnowymiarowym albumem. W jego nagrywaniu wziął już udział nowy klawiszowiec - dawny kompan Coverdale'a z czasów Deep Purple, Jon Lord.

Okładka reedycji.
Utwory zebrane na "Trouble" nie są odległe od twórczości składu Deep Purple znanego jako Mark III - a właściwie pokazują jak mógłby brzmieć wtedy zespół, gdyby Glenn Hughes nie ciągnął go w kierunku muzyki funk i soul. Oczywistych skojarzeń ciężko uniknąć zwłaszcza podczas kawałków, w których pojawiają się charakterystyczne hammondowe solówki Lorda ("Nighthawk (Vampire Blues)", instrumentalny "Belgian Tom's Hat Trick"). Brakuje tylko równie rozpoznawalnego stylu Ritchiego Blackmore'a. Jednak gitarowemu duetowi Moody/Marsden nie można przecież nic zarzucić. Swoje umiejętności prezentują przede wszystkim w takich utworach, jak "Nighthawk (Vampire Blues)", "Don't Mess with Me", tytułowym "Trouble" czy brzmiącym jak kawałek Thin Lizzy "The Time Is Right for Love". Warto zwrócić uwagę także na cięższą wersję beatlesowskiego "Day Tripper". Dla osób znających tylko późniejszą twórczość Whitesnake, zaskoczeniem może być fakt, że nie ma tu ani jednej ballady. Wszystkie utwory to energetyczny hard rock, choć niestety o wygładzonym brzmieniu (mimo że producentem całości jest ekspert od ciężkiego rocka - Martin Birch). Dobrze się tego jednak słucha - a to przecież najważniejsze.

Ocena: 7/10

PS. Reedycja "Trouble" z 2006 roku została wzbogacona o utwory z wspomnianej EPki "Snakebite": autorskie "Come On", "Bloody Mary" i "Steal Away", a także bardzo fajny cover "Ain't No Love in the Heart of the City" z repertuaru Bobby'ego Blanda.



Whitesnake - "Trouble" (1978)

1. Take Me with You; 2. Love to Keep You Warm; 3. Lie Down (A Modern Love Song); 4. Day Tripper; 5. Nighthawk (Vampire Blues); 6. The Time Is Right for Love; 7. Trouble; 8. Belgian Tom's Hat Trick; 9. Free Flight; 10. Don't Mess with Me

Skład: David Coverdale - wokal; Micky Moody - gitara; Bernie Marsden - gitara, wokal (9); Neil Murray - bass; Dave Dowle - perkusja; Jon Lord - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


9 marca 2014

[Recenzja] David Coverdale - "Northwinds" (1978)



Drugi solowy album Davida Coverdale'a pod wieloma względami przebija debiutancki "White Snake". Przede wszystkim, zdecydowanie mniej tutaj radiowych, poprockowych piosenek (niestety, wciąż takie się zdarzają - "Give Me Kindness" i "Say You Love Me"), a całość brzmi zdecydowanie bardziej spójnie. Znacznie lepiej wypadają tym razem spokojniejsze, balladowe kawałki ("Northwinds", "Time and Again"). Jeśli zaś chodzi o mocniejsze fragmenty, to wymienić trzeba przede wszystkim finałowy, najszybszy na albumie "Breakdown". W roli otwieracza nieźle sprawdza się natomiast "Keep on Giving Me Love" - utrzymany w średnim tempie hard rock o bluesowym zabarwieniu. Najciekawszym momentem "Northwinds" jest jednak "Only My Soul" - z początku łagodny, ale świetnie się rozwijający.

Największą wadą longplaya wydaje się natomiast wycofanie solowych partii Micky'ego Moody'ego na dalszy plan. W "Keep on Giving Me Love" i "Queen of Hearts" jego solówki są wyciszone w miksie, natomiast w tytułowym "Northwinds" po refrenach pojawia się tylko króciutki motyw, nieco w stylu Wishbone Ash, który mógłby być świetnym początkiem długiej solówki... Pierwszym utworem, w którym w końcu pojawia się solówka z prawdziwego zdarzenia, jest przedostatni na płycie "Say You Love Me". Jednak dopiero w "Breakdown" Moody może w pełni pokazać swoje umiejętności. Jego partie w tym utworze wywołują natychmiastowe skojarzenia z Deep Purple.

Zdecydowanie najsłabszym fragmentem longplaya jest popowy "Give Me Kindness". Podobno - według opisu albumu - udziela się w nim Ronnie James Dio, a także jego żona, Wendy. Kobiece chórki faktycznie słychać, podobnie jak w kilku innych kawałkach, ale charakterystycznego głosu Ronniego jakoś nie mogę tu dosłyszeć. Może to i lepiej - nie chciałbym, żeby kojarzył mi się z tak tandetnym kawałkiem. Na kompaktowych reedycjach "Northwinds" znalazły się dodatkowo jeszcze dwie piosenki prezentujące podobny poziom - funkowy "Shame the Devil" i niemal dyskotekowy "Sweet Mistreater". Po raz kolejny Coverdale marnował się w niegodnym jego głosu materiale.

Ocena: 6/10



David Coverdale - "Northwinds" (1978)

1. Keep on Giving Me Love; 2. Northwinds; 3. Give Me Kindness; 4. Time and Again; 5. Queen of Hearts; 6. Only My Soul; 7. Say You Love Me; 8. Breakdown

Skład: David Coverdale - wokal, pianino (2-4); Micky Moody - gitara; Alan Spenner - bass; Tony Newman - perkusja; Tim Hinkley - instr. klawiszowe; Roger Glover - syntezatory
Gościnnie: Graham Preskett - skrzypce; Lee Brilleaux - harmonijka (1); Ronnie James Dio - dodatkowy wokal (3); Wendy Dio - dodatkowy wokal (3)
Producent: Roger Glover


8 marca 2014

[Recenzja] David Coverdale - "White Snake" (1977)



W 1973 roku David Coverdale zajął miejsce Iana Gillana w Deep Purple. Dla 22-letniego, bardzo utalentowanego i obdarzonego ciekawą barwą głosu, ale występującego w amatorskich zespołach, wokalisty był to idealny start profesjonalnej kariery. W sumie śpiewał na trzech albumach Purpli, z których największym sukcesem okazał się pierwszy, "Burn" (1974). Po rozpadzie grupy postanowił rozpocząć solową karierę. Produkcji jego debiutanckiego longplaya podjął się inny były członek Deep Purple, Roger Glover (który jednak nie grał w grupie w tym samym czasie co Coverdale). Glover wystąpił tutaj także w roli basisty i klawiszowca. Wśród muzyków biorących udział w nagraniach znalazł się także gitarzysta Micky Moody, który przez kilka kolejnych lat był stałym współpracownikiem Coverdale'a.

Album "White Snake" ukazuje skłonność wokalisty do tworzenia przyjaznych radiu, momentami wręcz popowych piosenek. Do takich kompozycji należą "Lady", "Goldies Place", "Sunny Days" i "Celebration". Istotną rolę odgrywają w nich instrumenty klawiszowe, saksofon, a nawet kobiece chórki; gitary są tylko dodatkiem. Jeszcze bardziej przesłodzone są ballady. "Hole in the Sky" od biedy jeszcze ujdzie, ale "Peace Lovin' Man" to już totalna porażka. Coverdale strasznie marnuje swoje zdolności na tak banalną twórczość. Na szczęście, są tu też ciekawsze fragmenty. Wokalista świetnie sprawdza się w mocniejszych kawałkach, jak "Whitesnake" i "Time on My Side". Pierwszy z nich spokojnie mógłby znaleźć się w repertuarze Deep Purple. Najwspanialszym momentem całości jest jednak "Blindman". Świetnie rozwijająca się kompozycja, przypominająca o fascynacji Coverdale'a bluesem. Do takiej właśnie muzyki jego głos pasuje najlepiej. A fantastycznej partii wokalnej towarzyszą tu równie udane, długie partie solowe Moody'ego. Nie jest to może poziom purplowego "Mistreated"... ale też naprawdę niewiele niższy.

"White Snake" to właściwie jeden z niezliczonych albumów udowadniających, że nie wystarczy być członkiem uznanego zespołu, by stworzyć coś interesującego na własny rachunek. Album ma jednak przebłyski, które nie pozwalają całkowicie skreślić solowej twórczości Coverdale'a.

Ocena: 5/10



David Coverdale - "White Snake" (1977)

1. Lady; 2. Blindman; 3. Goldies Place; 4. Whitesnake; 5. Time on My Side; 6. Peace Lovin' Man; 7. Sunny Days; 8. Hole in the Sky; 9. Celebration

Skład: David Coverdale - wokal, pianino; Micky Moody - gitara; Roger Glover - bass i instr. klawiszowe; De Lisle Harper - bass; Simon Phillips - perkusja; Tim Hinkley - organy; Ron Aspery - saksofon i flet
Producent: Roger Glover


5 marca 2014

[Recenzja] Wishbone Ash - "Blue Horizon" (2014)



To już 22. studyjny album wydany pod szyldem Wishbone Ash (nie licząc dwóch płyt zawierających muzykę klubową, wydanych w połowie lat 90.). Chociaż z oryginalnego składu w grupie pozostał jedynie niestrudzony Andy Powell, "Blue Horizon" jest pięknym nawiązaniem do klasycznych dokonań zespołu. Brakuje tu tylko tej różnorodności, która cechuje pierwsze albumy Wishbone Ash. Zdarzały się na nich przecież kawałki folkowe, bluesowe, hardrockowe, a nawet jazzrockowe. Tutaj wszystko zlewa się w jedno. Przy pierwszych przesłuchaniach ciężko rozróżnić poszczególne utwory - może z wyjątkiem bardziej bluesowych "Deep Blues" i "Mary Jane".

Ciężko jednak oprzeć się urokowi tych charakterystycznych dla tej grupy melodii, które czarują już od samego początku "Take It Back". Brzmienie gitary i głosu Powella jest niemal identyczne jak na "Argusie". Tylko solówka, choć udana, jest trochę zbyt prosta i nie wiedzieć czemu grana tylko przez jednego gitarzystę. Słynny gitarowy duet można usłyszeć dopiero pod koniec "Deep Blues". To własnie na takie momenty czeka się najbardziej na płytach Wishbone Ash. Gitarowych popisów nie brak także w "Being One", ale utworem, który przykuwa najwięcej uwagi jest "Way Down South". Z początku jest to właściwie prosta, melodyjna piosenka, z chwytliwym refrenem i trochę banalnym solem. Ale po niespełna czterech minutach następuje nagłe wyciszenie, a to, co dzieje się potem, to już prawdziwa magia. Przepiękna, długa gitarowa solówka, z podkładem bardzo wyraźnego pulsującego basu - przypominają się najlepsze lata zespołu.

Bardzo dobre wrażenie wywołują także trzy ostatnie kompozycje. Dynamiczny "American Century" to kolejny bardzo melodyjny kawałek, wyróżniający się licznymi zmianami motywów. O progrockowych korzeniach Wishbone Ash jeszcze bardziej przypomina tytułowy "Blue Horizon", charakteryzujący się bardzo rozbudowanymi partiami solowymi. Jest to też chyba najcięższy utwór na albumie, chociaż mocniejsze riffy zestawione zostały z delikatnymi fragmentami. Z kolei finałowy "All There Is to Say" czaruje bardziej folkrockowym klimatem. Momentami kojarzyć może się z zakończeniem innego albumu - utworem "Throw Down the Sword". Niestety, na longplayu znalazło się także kilka mniej udanych kawałków (rozwleczony "Strange (How Things Come Back Around)", banalny "Tally Ho!" i sztampowy "Mary Jane"), które jednak nie zaniżają znacząco poziomu całości.

"Blue Horizon" to bardzo nostalgiczny album, nieustannie przywodzący na myśl klasyczne dokonania Wishbone Ash. Andy Powell zasługuje jednak na szacunek, za to, że wciąż tworzy nową muzykę i że jest to wciąż muzyka na przyzwoitym poziomie. Przecież mógłby ograniczyć działalność do ogrzewania kawałków sprzed 40 lat, jak robi to jego dawny kolega z zespołu, Martin Turner. Tyle by wystarczyło, żeby zespół z takim stażem zadowolił większość swoich wielbicieli. Powell postanowił jednak udowodnić, że wciąż jest kreatywnym artystą. Albumem "Blue Horizon" potwierdził to w 100%.

Ocena: 6/10



Wishbone Ash - "Blue Horizon" (2014)

1. Take It Back; 2. Deep Blues; 3. Strange (How Things Come Back Around); 4. Being One; 5. Way Down South; 6. Tally Ho!; 7. Mary Jane; 8. American Century; 9. Blue Horizon; 10. All There Is to Say

Skład: Andy Powell - wokal i gitara; Muddy Manninen - gitara; Bob Skeat - bass; Joseph Crabtree - perkusja
Producent: Wishbone Ash