24 lutego 2014

[Recenzja] Tony Iommi - "Iron Man: Moja podróż przez niebo i piekło z Black Sabbath" (2013)

Chyba nikomu z czytelników bloga nie trzeba przedstawiać Tony'ego Iommiego. To człowiek legenda, twórca brzmienia, bez którego nie powstałby heavy metal. Sam Iommi już we wstępie swojej autobiografii (spisanej przez TJ Lammersa) zaprzecza, że styl ten powstał jedynie przez jego wypadek w fabryce, którego efektem była utrata koniuszków palców, a w rezultacie konieczność przestrojenia gitary w dół i używania cieńszych strun. Nie ma jednak wątpliwości, że to jego styl gry na wczesnych albumach Black Sabbath przyczynił się do powstania heavy metalu.

Autobiografię Iommiego czyta się jak dobrą powieść. Rozdziały są krótkie, dotyczące jednego tematu, przez co czasem lekko zachwiana zostaje chronologia wydarzeń, ale trudno traktować to jako wadę. Książka jest po brzegi wypełniana zabawnymi anegdotami z życia gitarzysty (opisanych jednak bez przesady, znanej z autobiografii Ozzy'ego Osbourne'a, co jednak jest plusem). Z drugiej strony jest to także fantastyczne źródło wiedzy na temat inspiracji Iommiego, historii Black Sabbath, szczegółów nagrywania kolejnych albumów, tras koncertowych, itd. Sporo można dowiedzieć się o innych muzykach, występujących w zespole na przestrzeni lat. Przede wszystkim o Billu Wardzie, Geezerze Butlerze i Ozzym, ale także m.in. o Ronniem Jamesie Dio, Ianie Gillanie, Glennie Hughesie czy Cozym Powellu. Iommi kreśli tu bardzo ciekawe portrety tych postaci.

Gitarzysta opisuje tu swoje dzieciństwo i dorastanie w niebezpiecznej dzielnicy, opowiada o swoich pierwszych zespołach, a także wyjaśnia powody, dla których zrezygnował z szansy grania w - już wtedy uznanym i popularnym - Jethro Tull. Najwięcej miejsca poświęca oczywiście grupie Black Sabbath. I trudno się temu dziwić, bo przecież był jedynym członkiem zespołu grającym we wszystkich jego wcieleniach, a od 1968 roku przez ponad 30 lat praktycznie nie zajmował się niczym innym. Nawet gdy w połowie lat 80. nagrał solowy album "Seventh Star", menadżer Don Arden zdecydował o wydaniu go pod szyldem "Black Sabbath featuring Tony Iommi". Oczywiście, historia grupy przerywana jest wątkami z życia osobistego, ale nie dominują one całości.

W krajach anglojęzycznych autobiografia Iommiego została wydana w 2011 roku, więc ostatnim opisanym tu wydarzeniem jest nagranie charytatywnego singla pod szyldem WhoCares (wspólnie z Gillanem i kilkoma innymi muzykami). Nie ma tu zatem nic na temat powrotu Black Sabbath, nagrywania albumu "13", czy walki z nowotworem, wykrytym u gitarzysty na początku 2012 roku. O tym wszystkim było jednak głośno w mediach w ciągu ostatnich dwóch lat, więc może nawet lepiej, że nie trzeba po raz kolejny tego czytać. Pewnie za kilka lat Iommi dopisze kolejne rozdziały do nowego wydania. Mam nadzieję, że będzie mógł się w nim pochwalić pokonaniem choroby, a być może także kolejnymi albumami - wydanymi pod szyldem Black Sabbath lub własnym nazwiskiem.

Z zasady nie umieszczam ocen w recenzjach książek, ale gdybym miał ocenić tą autobiografię - nie zawahałbym się przed wystawieniem najwyżej noty.



Tony Iommi, TJ Lammers - "Iron Man: Moja podróż przez niebo i piekło z Black Sabbath" (2013)

Tytuł oryginału: "Iron Man: My Journey through Heaven and Hell with Black Sabbath"
Rok wydania oryginału: 2011
Tłumaczenie: Magdalena Mejs


23 lutego 2014

[Recenzja] Robert Rodriguez - "The Beatles: Pięćdziesiąt cudownych lat" (2013)

"The Beatles: Pięćdziesiąt cudownych lat" to bardzo ładnie wydany album w twardej oprawie, zawierający ponad dwieście zdjęć zespołu - niekoniecznie tych najbardziej znanych - oraz reprodukcji okładek płyt i singli, plakatów, itd. Książka jest jednak bogata także w treść. Historia zespołu została tutaj dokładnie omówiona - może bez wnika we szczegóły, bardzo brakuje w niej cytatów muzyków i osób z ich otoczenie, ale z drugiej strony nie pominięto żadnego istotnego wydarzenia. Oczywiście, jeśli ktoś zna historię Beatlesów z innej biografii, książkowej czy choćby zamieszczonej w internecie, to z tej nie dowie się niczego nowego. Poza głównym tekstem pojawiają się jednak dodatkowe ciekawostki, które dla mniej zorientowanych w temacie mogą być niespodzianką.

Pomiędzy kolejnymi rozdziałami opowiadającymi o historii grupy, znalazło się też miejsce dla osobnych rozdziałów, poświęconych filmom z jej udziałem ("Cudowna Czwórka na ekranie"), a także partnerkom muzyków ("Kobiety Beatlesów"). Na końcu książki omówione zostały solowe dokonania członków grupy. Szkoda tylko, że wszystkie opisy kończą się około 1980 roku. Zrozumiałe jest to tylko w przypadku Johna Lennona, zastrzelonego w grudniu tego roku. Ale pozostała trójka przecież nagrała później jeszcze wiele płyt, a Paul McCartney i Ringo Starr do dziś są aktywnymi muzykami. Wspomniane zostały jednak dwa najbardziej chyba istotne wydarzenia po '80 roku, a więc spotkanie żyjących członków grupy w połowie lat 90., podczas prac nad dokumentem/książką/kompilacją "Anthology", a także śmierć George'a Harrisona w 2001 roku.

Podsumowując, "The Beatles: Pięćdziesiąt cudownych lat" to ciekawa pozycja, jednak przede wszystkim dla osób mniej zorientowanych w historii najważniejszego zespołu wszech czasów.



Robert Rodriguez - "The Beatles: Pięćdziesiąt cudownych lat" (2013)

Tytuł oryginału: "The Beatles: 50 Fabulous Years"
Rok wydania oryginału: 2010
Tłumaczenie: Danuta Fryzowska


20 lutego 2014

[Recenzja] Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)



John Lennon i Paul McCartney byli tymi Beatlesami, którzy mieli największe predyspozycje, aby osiągnąć sukces poza grupą. O ile jednak pierwszy z nich już od początku kariery solowej potrafił zabłysnąć utworami - jeśli nie całymi albumami - na poziomie dokonań Wspaniałej Czwórki, tak działalność McCartneya początkowo przynosiła przede wszystkim rozczarowanie. Po słabym przyjęciu przez krytykę brzmiącego jak demówka debiutu "McCartney" i wypełnionego mdłymi, popowymi melodiami "Ram", muzyk postanowił stworzyć prawdziwy zespół. Niewiele to jednak pomogło, bo dwa pierwsze albumy wydane pod szyldem Wings, "Wild Life" i "Red Rose Speedway", prezentowały niewiele wyższy poziom od wcześniejszych post-beatlesowskich dokonań Paula.

Przełomem okazała się kompozycja "Live and Let Die", napisana do kolejnego filmu o Jamesie Bondzie, "Żyj i pozwól umrzeć". Świetny utwór, pełen zmian nastroju i tempa. McCartney udowodnił nim, że wciąż ma potencjał, by stworzyć coś wielkiego. Co więcej, poziom udało się utrzymać na kolejnym długogrającym albumie Wings, "Band on the Run". Nagranym w składzie okrojonym o gitarzystę Henry McCullough i perkusistę Denny Seiwell, za to z pomocą saksofonisty Howiego Casey'a i słynnego perkusisty Gingera Bakera (znanego m.in. z Cream i Blind Faith).

Pierwsza strona albumu to właściwie przebój za przebojem. Rozpoczynający całość tytułowy "Band on the Run" wyróżnia się licznymi zmianami motywów - tak naprawdę są to trzy utwory połączone w jeden - i bardzo chwytliwym refrenem. Dalej pojawia się dynamiczny "Jet", oparty na gitarowo-saksofonowym riffie. Chwilę wytchnienia przynosi akustyczny "Bluebird", z cudowną solówką na saksofonie. Po chwili jednak znów jest bardziej dynamicznie - i przebojowo - w utworach "Mrs Vandebilt" i "Let Me Roll It". Co ciekawe, ten ostatni bardziej przypomina twórczość Lennona, niż McCartneya, także w warstwie wokalnej. Z kolei melodyjny "No Words" przypomina piosenki George'a Harrisona.

Otwierający drugą stronę longplaya, folkowy "Mamunia" jest ewidentnym wypełniaczem - do bólu banalny i kiczowaty kawałek. Na szczęście pozostałe utwory trzymają poziom. Po wspomnianym już "No Words" następuje trochę dziwny, eksperymentalny "Picasso's Last Words (Drink to Me)", w którym pojawiają się cytaty z innych utworów z albumu ("Jet" i "Mrs Vandebilt"). Finał to kolejny dynamiczny, rozbudowany utwór, "Nineteen Hundred and Eighty-Five", pokazujący, że McCartney potrafi tworzyć także bardziej ambitne kompozycje. W końcówce znowu pojawia się fragment innego utworu, tym razem wyjęty z "Band on the Run". Amerykańskie wydanie longplaya zawierało dodatkowo singlowy, trochę banalny "Helen Wheels".

Ocena: 8/10



Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)

1. Band on the Run; 2. Jet; 3. Bluebird; 4. Mrs Vandebilt; 5. Let Me Roll It; 6. Mamunia; 7. No Words; 8. Picasso's Last Words (Drink to Me); 9. Nineteen Hundred and Eighty-Five

Skład: Paul McCartney - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe i perkusja; Linda McCartney - instr. klawiszowe i wokal; Denny Laine - gitara, bass, instr. klawiszowe i wokal
Gościnnie: Howie Casey - saksofon (2-4); Remi Kabaka - instr. perkusyjne (3); Ginger Baker - instr. perkusyjne (8)
Producent: Paul McCartney i Geoff Emerick


18 lutego 2014

[Recenzja] Ringo Starr - "Ringo" (1973)



Ringo Starr uznawany jest za najmniej zdolnego Beatlesa. W czasach istnienia zespołu, samodzielnie stworzył tylko dwa utwory ("Don't Pass Me By" i "Octopus's Garden"). Jego poczynania tuż po rozpadzie grupy, tylko potwierdzają tę opinię. Częściej występował na albumach innych ex-Beatlesów (George'a Harrisona i Johna Lennona), niż na płytach sygnowanych własnym nazwiskiem. Co prawda, w 1970 roku wydał dwa albumy solowe, ale pierwszy z nich, "Sentimental Journey", zawierał wyłącznie popowe standardy z pierwszej połowy XX wieku, natomiast na drugim, "Beaucoups of Blues", znalazły się utwory w stylu country, w których tworzeniu Starr również nie brał udziału.

Rok później ukazał się jednak singiel "It Don't Come Easy" autorstwa Ringo (nagrany m.in. z pomocą Harrisona). Utwór stał się przebojem, dochodząc do 4. miejsca zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach. Popularnością cieszyła się także kolejna kompozycja Starra, "Back Off Boogaloo", wydana w 1972 roku (osiągnęła 2. pozycję w brytyjskim notowaniu i 9. w amerykańskim). Sukces obu singli sprawił, że muzyk zdecydował się nagrać kolejny album solowy, tym razem zawierający autorski materiał. No prawie... Starr jest autorem lub współautorem czterech z dziesięciu utworów zawartych na longplayu "Ringo". Pozostałe kawałki to covery ("Have You Seen My Baby" Randy'ego Newmana, "You're Sixteen" Johnny'ego Burnette'a) lub kompozycje autorstwa... pozostałych ex-Beatlesów.

W tym miejscu warto wspomnieć, że "Ringo" to pierwszy album od czasu "Let It Be", na którym pojawiają się wszyscy członkowie The Beatles. Niestety, nie w jednym utworze. Najbliżej było w "I'm the Greatest" - kompozycji Lennona, w której oprócz niego i Starra gra także Harrison. Dodatkowo na organach zagrał Billy Preston, współpracownik grupy z ostatnich lat jej działalności, a na basie - Klaus Voormann, znajomy muzyków jeszcze z czasów hamburskich, który występował także na solowych płytach Lennona i Harrisona. Ten ostatni zagrał jeszcze w trzech utworach: "Photograph", "Sunshine Life for Me (Sail Away Raymond)" i "You and Me (Babe)". Pierwszy z nich George napisał wspólnie ze Starrem, drugi samodzielnie, a trzeci z Malem Evansem - szefem ekipy technicznej Beatlesów. Z kolei Paul McCartney, wraz ze swoją żoną Lindą, napisał utwór "Six O'Clock", w którym oboje wystąpili. McCartney'owie udzielają się także w "You're Sixteen". Był to pierwszy udział Paula w solowych nagraniach innego ex-Beatlesa.

W przeciwieństwie do pozostałej trójki, Starr nie stara się odejść od wypracowanego wspólnie stylu. "Ringo" to album bardzo beatlesowski - takie utwory, jak "I'm the Greatest", "Step Lightly" czy "Six O'Clock" spokojnie mogłyby znaleźć się na którymś z późniejszych albumów zespołu. Ringo nie daje jednak zapomnieć o swojej fascynacji muzyką country ("Sunshine Life for Me (Sail Away Raymond)"). Po raz kolejny udowadnia też, że jest w stanie (co z tego, że wspólnie z innym muzykiem?) stworzyć popowy przebój - singiel z utworem "Photograph" dotarł na szczyt w Stanach, a w Wielkiej Brytanii do 8. miejsca notowania. Sporym przebojem stała się także jego wersja "You're Sixteen". Zaskoczeniem mógł być natomiast ostrzejszy "Devil Woman" - to zupełnie nowe, nieznane wcześniej oblicze Ringo.

Przed wydaniem tego albumu, chyba nikt się nie spodziewał, że Ringo Starr odniesie sukces jako wykonawca solowy. Tymczasem "Ringo" okazał się longplayem nie tylko dorównującym dokonaniom innych ex-Beatlesów, ale wręcz lepszym od wielu z nich - mam tu na myśli przede wszystkim pierwsze solowe płyty Paula McCartneya.

Ocena: 7/10



Ringo Starr - "Ringo" (1973)

1. I'm the Greatest; 2. Have You Seen My Baby; 3. Photograph; 4. Sunshine Life for Me (Sail Away Raymond); 5. You're Sixteen; 6. Oh My My; 7. Step Lightly; 8. Six O'Clock; 9. Devil Woman; 10. You and Me (Babe)

Skład: Ringo Starr - wokal i perkusja
Gościnnie: George Harrison - gitara (1,3,4,10), wokal (3,4); Klaus Voormann - bass (1-3,5-9), kontrabas (4); John Lennon - pianino i wokal (1); Billy Preston - organy (1,6); Marc Bolan - gitara (2); Jim Keltner - perkusja (2,3,6,9); James Booker - pianino (2); Tom Scott - waltornia (2,9), saksofon (6); Vini Poncia - gitara (3,5,6,8,10); Jimmy Calvert - gitara (3,5-7,9); Bobby Keyes - saksofon (3); Nicky Hopkins - pianino (3,5,7,10); Robbie Robertson - gitara (4); Levon Helm - mandolina (4); Rick Danko - skrzypce (4); David Bromberg - bandżo (4); Garth Hudson - akordeon (4); Paul McCartney - kazoo (5), instr. klawiszowe (8); Linda McCartney - wokal (5,8); Steve Cropper - gitara (7); Tom Hensley - pianino (9); Chuck Findley - waltornia (9)
Producent: Richard Perry


17 lutego 2014

[Recenzja] George Harrison - "Living in the Material World" (1973)



W czasach działalności The Beatles, George Harrison pozostawał w cieniu pozostałych członków grupy, zwłaszcza Lennona i McCartneya. Chociaż już wtedy potrafił zabłysnąć ciekawymi kompozycjami (czego najlepszym przykładem jest przebój "Something"), to dopiero po rozpadzie grupy mógł w pełni rozwinąć skrzydła. Wydany niedługo później, trzypłytowy "All Things Must Pass" potwierdził talent "cichego" Beatlesa. Później przyszła pora na "The Concert for Bangladesh" - zapis pionierskiego występu, będącego wzorem dla późniejszych charytatywnych koncertów w rodzaju Live Aid. Oczekiwania na kolejne dzieło Harrisona były zatem spore. Muzyk jednak się nie śpieszył z wyjściem do studia, w rezultacie czego album "Living in the Material World" ukazał się dopiero w 1973 roku - trzy lata po "All Things Must Pass".

Na poprzednim albumie niemal każdy utwór nagrywany był w innym składzie. Tym razem George'owi w nagraniach towarzyszył tradycyjny zespół, złożony z basisty Klausa Voormanna, perkusisty Jima Keltnera, oraz klawiszowców Nicky'ego Hopkinsa i Gary'ego Wrighta. Jedynie utwór "Try Some, Buy Some" (kompozycja Harrisona, oryginalnie nagrana w 1971 roku przez piosenkarkę Ronnie Spector) został nagrany z innymi muzykami, a w kilku innych kawałkach pojawili się goście - Ringo Starr i saksofonista Jim Horn.

Pod względem muzycznym nie ma wielkiego postępu. "Living in the Material World" to po prostu zbiór zgrabnych, melodyjnych piosenek. Dominują brzmienia akustyczne, a gitara elektryczna przeważnie została wykorzystana tylko w solówkach. Wyjątkiem jest bardziej zadziorny, tytułowy "Living in the Material World". Dominują tu jednak kawałki stylistycznie utrzymane na pograniczu rocka i folku (np. "Give Me Love (Give Me Peace on Earth)", "The Light That Has Lighted the World", "Be Here Now", "The Day the World Gets 'Round"). Zdarzają się jednak wyjątki, jak akustyczny blues "Sue Me, Sue You Blues", albo bardzo chwytliwy, brzmiący nieco beatlesowsko "Don't Let Me Wait Too Long". Od reszty albumu odstają także dwie zanadto przesłodzone ballady, "Who Can See It" i "That Is All". Ale poza nimi ciężko znaleźć tu jakieś słabsze momenty.

Ocena: 7/10



George Harrison - "Living in the Material World" (1973)

1. Give Me Love (Give Me Peace on Earth); 2. Sue Me, Sue You Blues; 3. The Light That Has Lighted the World; 4. Don't Let Me Wait Too Long; 5. Who Can See It; 6. Living in the Material World; 7. The Lord Loves the One (That Loves the Lord); 8. Be Here Now; 9. Try Some, Buy Some; 10. The Day the World Gets 'Round; 11. That Is All

Skład: George Harrison - wokal i gitara, sitar (6,8); Klaus Voormann - bass, kontrabas (8), saksofon (7); Jim Keltner - perkusja (1-8,10,11); Nicky Hopkins - instr. klawiszowe (1-8,10,11); Gary Wright - instr. klawiszowe (1-6,8-9,11)
Gościnnie: Ringo Starr - perkusja (4,6,10); John Barham - aranżacja orkiestry i chóru (5,9-11)Jim Horn - saksofon i flet (6,7); Zakir Hussain - tabla (6); Pete Ham - gitara (9); Jim Gordon - perkusja i tamburyn (9); Leon Russell - pianino (9)
Producent: George Harrison; Phil Spector (9)


11 lutego 2014

[Recenzja] John Lennon - "Imagine" (1971)



Już ze względu na sam utwór tytułowy, jest to album, obok którego nie można przejść obojętnie. Fortepianowa ballada "Imagine", ze swoim utopijnym tekstem, to bez wątpienia nie tylko najbardziej znany utwór Lennona, ale także z dyskografii wszystkich ex-Beatlesów. Longplay obroniłby się jednak i bez tego kawałka. Nawet wśród samych ballad, "Imagine" ma mocną konkurencję. W pierwszej kolejności wspomnieć trzeba "Jealous Guy", także spory przebój. Kawałek powstał jeszcze w czasach "Białego albumu" (oryginalnie nosił tytuł "Child of Nature"). Ładna rzecz, ale wbrew oczekiwaniom mało beatlesowska. Z twórczością tego zespołu o wiele więcej ma wspólnego inna ballada, przepiękna "Oh My Love". To jeden z pięciu utworów, w których zagrał George Harrison. Charakterystyczne brzmienie jego gitary jeszcze bardziej podkreśla te skojarzenia. Na albumie znalazł się jeszcze jeden spokojniejszy fragment, trochę przesłodzony, ale w sumie udany, "How?".

Z mocniejszych fragmentów płyty na najwięcej uwagi zasługuje "How Do You Sleep?". Momentami wręcz hardrockowy, ale za sprawą gitary Harrisona znów wraca beatlesowski klimat. Szkoda tylko, że pod względem tekstowym, jest to brutalny atak na Paula McCartneya (który jednak sam zaczął wojnę swoim kawałkiem "Too Many People"). Umieszczenie takiej kompozycji na jednym longplayu z pokojowym hymnem "Imagine" to wręcz hipokryzja. Pod względem muzycznym "How Do You Sleep?" jest jednak naprawdę świetne. Swoje ostrzejsze oblicze Lennon pokazuje także w "Gimme Some Truth" i bluesowym "It's So Hard". Jednak w tym drugim gitara ustępuje miejsca zadziornym partiom saksofonu.

Na wyżyny swoich możliwości Lennon wspina się także w świetnym "I Don't Wanna Be a Soldier Mama I Don't Wanna Die", który ciężko jednoznacznie przypisać do konkretnej stylistyki, jak również w finałowym, bardzo pozytywnym i radosnym "Oh Yoko!". Jedynym fragmentem albumu, do którego jest mi ciężko się przekonać, jest natomiast "Crippled Inside", utrzymany w stylistyce country. Ale przecież nawet Beatlesom zdarzało się umieszczać na płytach słabsze kawałki.

Ocena: 8/10



John Lennon - "Imagine" (1971)

1. Imagine; 2. Crippled Inside; 3. Jealous Guy; 4. It's So Hard; 5. I Don't Wanna Be a Soldier Mama I Don't Wanna Die; 6. Gimme Some Truth; 7. Oh My Love; 8. How Do You Sleep?; 9. How?; 10. Oh Yoko!

Skład: John Lennon - wokal, gitara, pianino i harmonijka
Gościnnie: George Harrison - gitara (5-8), gitara dobro (2); Klaus Voormann - bass, wiolonczela; Alan White - perkusja (1,6-10); Jim Keltner - perkusja (2,3,5); Jim Gordon - perkusja (4); Nicky Hopkins - pianino; King Curtis - saksofon (4,5); John Barham - fisharmonia (4), wibrafon (9);  John Tout - gitara (2); Ted Turner - gitara (2); Rod Linton - gitara (2); Joey Molland - gitara (5); Tom Evans - gitara (5); Rod Linton - gitara (6,10); Andy Davis - gitara (6,10); Michael Pinder - tamburyn (5); Steve Brendell - kontrabas (2), marakasy (5)
Producent: John Lennon, Yoko Ono i Phil Spector


10 lutego 2014

[Recenzja] Plus - "The Seven Deadly Sins" (1969)



Jeden z najbardziej tajemniczych projektów w historii muzyki rockowej. Wiadomo, że jego pomysłodawcą był producencko-songwritterski duet Simon Napier-Bell / Ray Singier. To oni wpadli na pomysł koncept albumu, którego przewodnim tematem jest siedem grzechów głównych. Sami napisali też sześć z jedenastu zawartych tu utworów. Za pozostałe odpowiadają bracia Newman, gitarzysta Tony i perkusista Mike. Ta dwójka, oraz basista Max Simms, są jedynymi muzykami zaangażowanymi w nagranie, których nazwiska zostały umieszczone w opisie longplaya. Tajemnicą pozostaje nazwisko śpiewającego tu wokalisty lub wokalistów (porównując poszczególne utwory można mieć wątpliwości czy śpiewa jedna osoba czy kilka), a także muzyków grających na instrumentach smyczkowych (słychać je głównie we wstępach, np. "Avarice: Daddy's Thing" i "Pride: Pride") oraz klawiszowych. W dwóch utworach, "Gloria In Excelsis: Toccata" i "The Secrets: Devil's Hymn", pojawia się nawet chór, ale i na ten temat próżno szukać informacji na okładce.

Pod względem muzycznym, "The Seven Deadly Sins" to właściwie przegląd stylów popularnych pod koniec lat 60. Czasem muzycy grają z hard rockową mocą ("Sloth: Open Up Your Eyes", "Gluttony: Something to Threaten Your Family"), by po chwili zaproponować delikatne piosenki na pograniczu rocka psychodelicznego i folku ("Pride: Pride", "Envy: I'm Talking As a Friend"). Pojawiają się nawiązania do muzyki klasycznej (zwłaszcza w "Gloria In Excelsis: Toccata") i lekkie wpływy jazzu ("The Secrets: Devil's Hymn"), a z drugiej strony nie brak prostych, chwytliwych piosenek ("Introit: Twenty Thousand People" i jego bardziej skoczna wersja "The Dismissal: Twenty Thousand People", albo "Avarice: Daddy's Thing" i "Lust: Maybe You're the Same"). Wszystko to razem tworzy bardzo intrygującą całość.

Ocena: 7/10



Plus - "The Seven Deadly Sins" (1969)

1. Introit: Twenty Thousand People; 2. Gloria In Excelsis: Toccata; 3. Avarice: Daddy's Thing; 4. Pride: Pride; 5. Sloth: Open Up Your Eyes; 6. Wrath: Gemegemera; 7. The Secrets: Devil's Hymn; 8. Lust: Maybe You're the Same; 9. Envy: I'm Talking As a Friend; 10. Gluttony: Something to Threaten Your Family; 11. The Dismissal: Twenty Thousand People

Skład: Tony Newman - gitara; Max Simms - bass; Mike Newman - perkusja
Producent: Simon Napier-Bell i Ray Singer


9 lutego 2014

[Recenzja] John Lennon - "John Lennon/Plastic Ono Band" (1970)



John Lennon był drugim Beatlesem (po George'u Harrisonie), który nagrał coś na własny rachunek (singiel "Give Peace a Chance" z lipca 1969 roku), ale ostatnim, który dorobił się pełnoprawnego solowego debiutu. "John Lennon/Plastic Ono Band" ukazał się dopiero w grudniu 1970 roku (tego samego dnia wydany został także bliźniaczy "Yoko Ono/Plastic Ono Band"). Wcześniej Lennon nagrał trzy eksperymentalne płyty, sygnowane wspólnie z Yoko Ono. Na szczęście, szybko zatęsknił za bardziej konwencjonalną muzyką, czego pierwszym objawem - nie licząc singli - był koncertowy album "Live Peace in Toronto 1969" wydany równo rok przed studyjnym debiutem. Towarzyszył mu na nim zespół Plastic Ono Band, złożony z gitarzysty Erica Claptona, basisty Klausa Voormanna i perkusisty Alana White'a (co ciekawe, cała trójka wystąpiła chwilę później także na "All Things Must Pass" George'a Harrisona).

Przed przystąpieniem do nagrania "John Lennon/Plastic Ono Band" skład Plastic Ono Band zdążył się znacząco zmienić - nie było już w nim Claptona i White'a, doszedł natomiast Ringo Starr. Obecność perkusisty Beatlesów nie oznacza jednak, że jest to płyta brzmiąca beatlesowsko. Wyjątek stanowią dwa utwory. Krótki, niespełna dwuminutowy "Hold On", budzący skojarzenia z utworem "Sun King" z albumu "Abbey Road", za sprawą podobnego klimatu i użycia gitarowego efektu tremolo. A także "Look at Me", napisany jeszcze w czasach "Białego albumu". Ciężko jednak szukać na tym albumie bogatych harmonii wokalnych, a i pod względem muzycznie jest dość prosto, wręcz surowo (choć nie jest to ascetyzm solowego debiutu Paula McCartneya). Co może dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, że współproducentem longplaya jest Phil Spector, twórca tzw. "ściany dźwięku". W aranżacjach dominującym instrumentem często jest pianino (np. "Mother", "Love", "God") lub gitara akustyczna ("Working Class Hero", "Look at Me"), z odpowiednio stonowaną grą sekcji rytmicznej lub jej brakiem. Choć nie brakuje też bardziej dynamicznych kawałków, z przybrudzonym brzmieniem gitary i mocniejszym rytmem ("I Found Out", "Well Well Well").

Jeszcze bardziej od beztroskich piosenek Beatlesów odbiega warstwa tekstowa albumu. Lennon rozlicza się tutaj ze swoją przeszłością, śpiewa o porzuceniu przez rodziców ("Mother", "My Mummy's Dead") czy o utracie ideałów ("God"). Czuć w tych utworach szczere emocje, zaangażowanie. Ich depresyjny nastrój naprawdę porusza. John dotyka tu także problemów społecznych, czego najlepszym przykładem dotyczący różnic klasowych "Working Class Hero", kojarzący się z twórczością Boba Dylana. Tutaj akurat pojawia się całkiem nośna melodia i utwór mógłby być radiowym hitem, gdyby nie dosadny tekst, w którym Lennon nie przebiera w słowach. Na albumie nie brakuje jednak lżejszych tekstowo utworów, jak optymistyczny "Hold On", czy przepiękne ballady "Love" i "Look at Me".

Ocena: 8/10



John Lennon - "John Lennon/Plastic Ono Band" (1970)

1. Mother; 2. Hold On; 3. I Found Out; 4. Working Class Hero; 5. Isolation; 6. Remember; 7. Love; 8. Well Well Well; 9. Look at Me; 10. God; 11. My Mummy's Dead

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Klaus Voormann - bass; Ringo Starr - perkusja
Gościnnie: Phil Spector - pianino (7); Billy Preston - pianino (10)
Producent: John Lennon, Yoko Ono i Phil Spector


8 lutego 2014

[Recenzja] Paul McCartney - "McCartney" (1970)



Po pełnych rozmachu albumach "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" i "The Beatles", Paul McCartney uważał, że kolejny longplay Beatlesów powinien być prostszy, bliższy korzeni grupy. Projekt, początkowo nazwany "Get Back", został jednak na jakiś czas porzucony, gdyż sesje nagraniowe nie dawały zadowalających efektów. Zespół rozpoczął pracę nad innym materiałem, czego efektem był album "Abbey Road". Jego wydanie, we wrześniu 1969 roku, zbiegło się z odejściem Johna Lennona (które jednak nie zostało podane do publicznej wiadomości). W styczniu zespół, w trzyosobowym składzie, wrócił do studia, aby dokończyć album "Get Back", przemianowany na "Let It Be". Ówczesny menadżer grupy, Allen Klein, wynajął producenta Phila Spectora, którego rola polegała głównie na wzbogaceniu utworów o przesadnie rozbudowane aranżacje, z wykorzystaniem orkiestry, co całkowicie zrujnowało wizję McCartneya. Jedynym Betalesem, z którym Klein skontaktował się w sprawie zatrudnienia Spectora, był... Lennon.

Nic zatem dziwnego, że Paul McCartney postanowił wydać album solowy, na którym w końcu zrealizuje swój pomysł. Przebył jednak długą i krętą drogę, zanim to zrobił. W związku z nieuchronnym rozpadem grupy, muzyk popadł w depresję. W końcu jednak, dzięki pomocy swojej żony, Lindy, wziął się do pracy. Problemy w tym miejscu bynajmniej się nie skończyły. Premiera albumu "McCartney" została zaplanowana na kwiecień - kilka tygodni przed premierą "Let It Be". Allen Klein, ale też pozostali członkowie The Beatles, próbowali przekonać McCartneya do przesunięcia daty wydania na późniejszy termin. Muzyk się nie ugiął, za to łatwiej podjął inną decyzję. Do recenzenckich kopii longplaya, przekazanych dziennikarzom 10 kwietnia 1970 roku (tydzień przed oficjalną premierą), Paul dołączył list napisany w formie wywiadu z samym sobą, w którym ogłosił swoje odejście z The Beatles. Był to ostateczny koniec grupy.

Tyle historii, przejdźmy do albumu. "McCartney" to płyta bardzo surowa, wręcz ascetyczna. Właściwie mamy do czynienia z demówką, nagraną przez samego Paula, grającego na wszystkich instrumentach (tylko wokalnie wsparła go Linda), w warunkach domowych, na czterośladowym magnetofonie. Wiele utworów powstawało na bieżąco, podczas rejestrowania ich. Nie powinno więc dziwić, że część z nich brzmi jak niedokończone szkice - czego najlepszym przykładem otwierający album "The Lovely Linda", którego czas trwania nie przekracza minuty. Kolejne kompozycje cechuje podobna prostota. Czasem zdarza się, że kompozycji brakuje choćby namiastki melodii (instrumentalny "Valentine Day", eksperymentalny "Kreen-Akrore").

Za pierwszy utwór z prawdziwego zdarzenia można uznać "Every Night" - uroczą kompozycję, będącą dalekim echem wspaniałych piosenek pisanych przez McCartneya dla The Beatles. A propos, na albumie znalazły się dwie kompozycje, które miały stać się utworami Beatlesów: "Junk" i "Teddy Boy". Oba powstały podczas słynnego pobytu grupy w Indiach i były nagrywane przez zespół podczas sesji do "Białego albumu" i "Get Back". Oba wypadają jednak dość blado, więc nie dziwi ich odrzucenie. Do ciekawszych momentów longplaya zaliczyć można za to instrumentalny blues "Momma Miss America" oraz instrumentalna wersja "Junk" - "Singalong Junk", wypadająca znacznie ciekawiej od wersji ze śpiewem. Prawdziwą perłą jest jednak kompozycja "Maybe I'm Amazed" - jedyna z dopracowaną aranżacją i naprawdę wyrazistą melodią. To jeden z największych solowych przebojów McCartneya. Na singlu został jednak wydany dopiero w 1977 roku, w koncertowej wersji z albumu "Wings over America".

Mimo kilku fajnych fragmentów, "McCartney" to bardzo rozczarowujący debiut. Po autorze takich kompozycji, jak np. "All My Loving", "Yesterday", "Yellow Submarine", "Hey Jude" czy "Let It Be", można by oczekiwać znacznie więcej.

Ocena: 5/10



Paul McCartney - "McCartney" (1970)

1. The Lovely Linda; 2. That Would Be Something; 3. Valentine Day; 4. Every Night; 5. Hot as Sun/Glasses; 6. Junk; 7. Man We Was Lonely; 8. Oo You; 9. Momma Miss America; 10. Teddy Boy; 11. Singalong Junk; 12. Maybe I'm Amazed; 13. Kreen-Akrore

Skład: Paul McCartney - wokal, gitara, bass, perkusja i instr. klawiszowe; Linda McCartney - dodatkowy wokal
Producent: Paul McCartney


4 lutego 2014

[Artykuł] Płyty winylowe vs. kompaktowe

Każdy nośnik muzyki, czy to analogowy czy cyfrowy, ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. W niniejszym tekście porównam dwa najpopularniejsze (przynajmniej w jakimś czasie) nośniki - płyty winylowe, zwane także analogowymi, oraz kompaktowe, czyli w skrócie CD. Poniższe porównanie składa się z kilku kategorii, a w każdej z nich dany nośnik może zdobyć maksymalnie dwa punkty (możliwa jest wygrana 2:0 lub remis 1:1). Wynik - który był z góry ustalony - nie ma nikogo przekonać do wyższości jednego nośnika nad drugim. Jest to jedynie moja subiektywna opinia.



1. WYGLĄD
Czyli duże okładki płyt winylowych, na których bez problemu można dostrzec każdy szczegół, przeciwko malutkim okładkom CD, zapakowanych w brzydki, kanciasty plastik. Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza w przypadku kompaktowych reedycji albumów oryginalnie wydanych w czasach przedkompaktowych. Czy można się zachwycić malutkimi reprodukcjami okładek np. "Sierżanta Pieprza" Beatlesów, albo "Somewhere in Time" Iron Maiden? Bez mikroskopu nie sposób dostrzec wszystkich zawartych tam szczegółów. 
Winyl: 2
CD: 0

2. BRZMIENIE
Głębokie, czyste brzmienie winyli jest nieporównywalne z płaskim brzmieniem CD. O ile oczywiście nie jest to współczesna analogowa reedycja - w ich przypadku nie ma wielkiej różnicy, w porównaniu z brzmieniem CD. Jednak w przypadku oryginalnych wydań różnica jest ogromna.
Winyl: 2
CD: 0


3. POJEMNOŚĆ
Wydawałoby się, że w tej kategorii 80-minutowa płyta CD jest niekwestionowanym liderem - na dwustronowym winylu mieści się opcjonalnie około 45 minut. Jak jednak mówi przysłowie: "Co za dużo, to niezdrowo". Kiedy na początku lat 90. kompakty stały się głównym nośnikiem dla muzyki, niemal całkowicie wypierając winyle, większość wykonawców zaczęła nagrywać dłuższe albumy - czego rezultatem jest większa ilość wypełniaczy na większości wydawanych od tamtego czasu longplayów. Mniejsza pojemność analogów nie koniecznie jest wadą - zawsze przecież można wydać album dwupłytowy. Tak się robiło w czasach dominacji płyt winylowych, jeżeli miało się zbyt dużo dobrego materiału. Ale nigdy nie nagrywało się na siłę długich albumów.
Winyl: 1
CD: 1

4. PRAKTYCZNOŚĆ
To największa zaleta kompaktów - nie zajmują wiele miejsca, w przeciwieństwie do wielkich winyli.
Winyl: 0
CD: 2

5. AWARYJNOŚĆ
Głównym zarzutem wobec płyt winylowych jest ich rzekoma awaryjność. Rzeczywiście są bardziej podatne na zarysowania. Jednak większość rysek nie ma żadnego wpływu na ich brzmienie, a te bardziej poważne objawiają się trzaskami, które rzadko obniżają jakość muzyki. Tymczasem porysowanych płyt CD w wielu odtwarzaczach w ogóle nie da się odczytać. Druga kwestia to sprzęt. Zabrudzoną igłę zawsze można wyczyścić, a w najgorszym wypadku - wymienić (i tak trzeba to robić co jakiś czas). Gorzej kiedy uszkodzi się laser w odtwarzaczu CD. Miałem taką sytuację dwukrotnie. Za pierwszym razem odtwarzacz nadawał się tylko do śmietnika, bo nie produkowano już pasującego lasera. Nowy odtwarzacz po kilku miesiącach trzeba było zawieźć do serwisu, bo przestał wczytywać płyty. Igłę w gramofonie można wymienić w domu, nie trzeba jeździć po żadnych serwisach.
Winyl: 2
CD: 0

6. CENA
Koszt nowych CD i winyli jest podobny. Biorąc jednak pod uwagę brzmienie współczesnych winylowych reedycji (patrz punkt 2.), w ogóle nie należy się do nich zbliżać. Używane kompakty można kupić za grosze, natomiast w przypadku winyli - w stanie nadającym się do słuchania - ceny są już kilkakrotnie, a nawet kilkadziesiąt razy wyższe. Biorąc jednak pod uwagę zalety winyli, wymienione w poprzednich punktach, uważam, że warto zapłacić więcej.
Winyl: 1
CD: 1

WYNIKI:
Winyl: 8 punktów
CD: 4 punkty


2 lutego 2014

[Recenzja] George Harrison - "All Things Must Pass" (1970)



Podobno każdy wielbiciel Beatlesów ma swojego ulubionego członka zespołu. Większość wymienia Johna Lennona albo Paula McCartneya. Tymczasem moim ulubionym Beatlesem zawsze był George Harrison. Chociaż jednak uwielbiam jego kompozycje z czasów Wspaniałej Czwórki, jak "I Need You", "Love You To", "While My Guitar Gently Weeps", czy "Something", to nie należą one do ścisłej czołówki moich ulubionych utworów zespołu. Może więc ze względu na jego karierę solową? Nigdy specjalnie nie zagłębiałem się w post-beatlesowską twórczość liverpoolczyków, ale z tych albumów, które znam, najlepsze wrażenie robią na mnie właśnie te nagrane przez George'a. Pora zatem przedstawić je na blogu.

Harrison zadebiutował solowo najwcześniej z Beatlesów, w listopadzie 1968 roku, soundtrackiem "Wonderwall Music". Trudno jednak traktować go jako pełnoprawny debiut - George wystąpił na nim jako autor materiału, aranżer i producent, osobiście nie zagrał jednak ani dźwięku. Pół roku później pod jego nazwiskiem ukazała się bardzo eksperymentalna płyta "Electronic Sound", zawierająca dwie długie improwizacje, grane na syntezatorze Mooga. Za właściwy debiut George'a Harrisona należy więc uznać "All Things Must Pass", zawierający głównie konwencjonalne piosenki. Album został nagrany już po oficjalnym rozpadzie The Beatles, między majem a październikiem 1970 roku, a wydany w listopadzie owego roku.

"All Things Must Pass" to bardzo obszerny longplay, składający się aż z trzech płyt. W nagraniach Harrisona wsparło ponad dwudziestu muzyków, w tym m.in. Ringo Starr, Billy Preston (współpracownik Beatlesów w ostatnich latach działalności), dwaj byli członkowie Cream - Eric Clapton i Ginger Baker, oraz wówczas nie znany jeszcze szerszej publiczności Phil Collins. Utwory powstawały na przestrzeni wielu lat, część z nich George pisał jeszcze z myślą o Beatlesach. "Isn't It a Pity" i "Art of Dying" napisane zostały już w 1966 roku. Z kolei podczas sesji na planowany album "Get Back" (której efekty znalazły się na longplayu "Let It Be") George zaproponował utwory "All Things Must Pass", "Hear Me Lord" i "Let It Down". Wszystkie zostały odrzucone przez Lennona i McCartneya, co poniekąd przyczyniło się do odejścia Harrisona z grupy, w styczniu 1969 roku. Wówczas napisał kawałek "Wah-Wah", po czym wrócił do zespołu.

Dwie pierwsze płyty "All Things Must Pass" to osiemnaście prostych i przeważnie łagodnych piosenek. Często ocierają się o folk ("I'd Have You Anytime", "Isn't It a Pity", dynalnowski "If Not for You", "Run of the Mill", "Apple Scruffs", "Ballad of Sir Frankie Crisp", "All Things Must Pass"), kiedy indziej o blues ("I Dig Love"), country ("Behind That Locked Door"), a nawet muzykę gospel ("My Sweet Lord", "Awaiting on You All", "Hear Me Lord"). Trochę czystego rocka też się znajdzie ("What Is Life", "Beware of Darkness", "Art of Dying"). Do najlepszych fragmentów longplaya z pewnością należy otwierający go "I'd Have You Anytime", napisany przez Harrisona wspólnie z Bobem Dylanem. Kompozycja wyróżnia się przepiękną melodią i brzmieniem gitary. Poza tym warto wyróżnić singlowe przeboje "My Sweet Lord" i "What Is Life", urocze piosenki w rodzaju "Run of the Mill" czy tytułowego "All Things Must Pass", oraz bardziej dynamiczne "Art of Dying" i "Hear Me Lord".

Trzecia płyta różni się od dwóch poprzednich. Już sam podtytuł "Apple Jam" wiele mówi o zawartości. Znalazły się tu cztery długie, instrumentalne improwizacje, charakteryzujące się niewieloma zmianami motywów. W porównaniu z utworami z dwóch pierwszych płyt, brzmią znacznie mocniej, momentami wręcz hard rockowo. Najciekawiej wypada najdłuższa z nich, "Out of the Blue". Jest jeszcze jeden króciutki utwór z wokalem - "It's Johnny's Birthday", nagrany z okazji 30. urodzin Lennona. Oparty został na utworze "Congratulations" Cliffa Richarda z 1968 roku. Autorzy oryginału, Bill Martin i Phil Coulter, szybko upomnieli się o swoje prawa i na kolejnych wydaniach albumu ich nazwiska zostały już uwzględnione w opisie.

Wielu krytyków uznaje "All Things Must Pass" za najlepszy album spośród solowych dokonań byłych Beatlesów. Jak przyznałem we wstępie, nie znam wszystkich ich płyt, ale myślę, że nie ma w tym twierdzeniu wielkiej przesady.

Ocena: 8/10



George Harrison - "All Things Must Pass" (1970)

LP1: 1. I'd Have You Anytime; 2. My Sweet Lord; 3. Wah-Wah; 4. Isn't It a Pity (Version One); 5. What Is Life; 6. If Not for You; 7. Behind That Locked Door; 8. Let It Down; 9. Run of the Mill
LP2: 1. Beware of Darkness; 2. Apple Scruffs; 3. Ballad of Sir Frankie Crisp (Let It Roll); 4. Awaiting on You All; 5. All Things Must Pass; 6. I Dig Love; 7. Art of Dying; 8. Isn't it a Pity (Version Two); 9. Hear Me Lord
LP3: 1. Out of the Blue; 2. It's Johnny's Birthday; 3. Plug Me In; 4. I Remember Jeep; 5. Thanks for the Pepperoni

Skład: George Harrison - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka
Gościnnie: Eric Clapton - gitara; Klaus Voormann - gitara i bass; Dave Mason - gitara; Pete Ham - gitara; Tom Evans - gitara; Joey Molland - gitara; Pete Drake - gitara pedal steel; Carl Radle - bass; Ringo Starr - perkusja; Ginger Baker - perkusja; Alan White - perkusja i wibrafon; Jim Gordon - perkusja; Mike Gibbins - instr. perkusyjne; Mal Evans - instr. perkusyjne; Phil Collins - instr. perkusyjne; Billy Preston - instr. klawiszowe; Gary Wright - instr. klawiszowe; Bobby Whitlock - instr. klawiszowe; Tony Ashton - pianino; Gary Brooker - pianino; Bobby Keys - saksofon; Jim Price - instr. dęte; John Barham - aranżacja orkiestry i chóru
Producent: George Harrison i Phil Spector