19 stycznia 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Ozzy'ego Osbourne'a

Skład zebrany przez Ozzy'ego Osbourne'a, po tym jak został wyrzucony z Black Sabbath, początkowo funkcjonował jako prawdziwy zespół, noszący nazwę Blizzard of Ozz. Pod takim szyldem miał ukazać się ich debiutancki album. Wydawca postanowił jednak wydać go jako solowy album Osbourne'a, a nazwa zespołu stała się tytułem longplaya. Do jeszcze dziwniejszych rzeczy zaczęło dochodzić, gdy menadżerką Ozzy'ego została jego przyszła żona, Sharon Arden. To pod jej naciskami Osbourne był dopisywany jako autor kompozycji, w które jego wkład był minimalny lub zerowy, często kosztem prawdziwych twórców. Więcej na temat do przeczytania w opisach poszczególnych utworów, znajdujących się na poniższej liście.

Blizzard of Ozz: Bob Daisley, Lee Kerslake, Ozzy Osbourne i Randy Rhoads.


1. "Crazy Train" (z albumu "Blizzard of Ozz", 1980)

Pierwszy solowy singiel Ozzy'ego Osbourne'a, a zarazem jeden z jego najbardziej rozpoznawalnych utworów. W notowaniach nie radził sobie jednak najlepiej - doszedł do 49. miejsca w Wielkiej Brytanii i 106. w Stanach.
Randy [Rhoads, gitarzysta] wymyślił riff tej piosenki, Ozzy melodię wokalu, natomiast ja jestem autorem tego zwolnienia, po którym Randy wchodzi z solówką - mówił basista Bob Daisley. Jestem cholernie dumny z tej piosenki, tym bardziej że stała się ona swoistym rock'n'rollowym hymnem. Daisley twierdzi, że to on pisał większość tekstów na wszystkich albumach Osbourne'a, na których grał - wkład wokalisty ograniczał się natomiast przeważnie do zaproponowania tematyki utworu.
Pędzę szalonym pociągiem, który zaraz się wykolei - te słowa wyjaśniają wszystko - mówił Ozzy. Napisaliśmy to w Monmountshire w Walii, w studiu, które znajdowało się w mieszkaniu. Krążyły pogłoski, że było ono nawiedzone przez złośliwego ducha. Przez większość dni, kiedy się budziliśmy rano, oczom naszym ukazywały się powybijane szyby, roztrzaskane naczynia, drzwi powyrywane z zawiasów i nasze ubrania walające się dosłownie wszędzie! Właściciel studia upierał się, że to my upijaliśmy się codziennie i rozpieprzaliśmy studio, jednak my dobrze wiedzieliśmy, że to sprawka tego cholernego ducha!
Według strony setlist.fm "Crazy Train" jest najczęściej wykonywanym utworem Ozzy'ego podczas jego koncertów.


2. "Suicide Solution" (z albumu "Blizzard of Ozz", 1980)

Jeden z najmocniejszych utworów w solowym dorobku Ozzy'ego Osbourne'a, a zarazem najbardziej kontrowersyjny. W 1986 roku wokaliście wytoczono proces i próbowano udowodnić, że "Suicide Solution" nakłonił pewnego nastolatka z USA do popełnienia samobójstwa. Absurd - komentował Ozzy. Gdybym zachęcał fanów do zabijania się, to kto by później kupował moje płyty?
Utwór w rzeczywistości dotyczy uzależnienia od alkoholu, które w tekście jest nazwane powolnym samobójstwem. Główny motyw utworu został wymyślony przez Rhoadsa, siedzącego z gitarą w kącie studia nagraniowego, podczas trwającej tam imprezy. Podobno Ozzy błyskawicznie wymyślił pierwsze wersy utworu: Wine is fine, but whiskey's quicker / Suicide is slow with liquor... itd. Z napisaniem kolejnych pomógł mu Daisley. Ozzy wyznał, że inspiracją była niedawna śmierć Bona Scotta, wokalisty AC/DC. Daisley z kolei twierdzi, że pisał o alkoholowym nałogu samego Ozzy'ego.
"Suicide Solution" należy do najczęściej wykonywanych utworów na żywo.


3. "Mr. Crowley" (z albumu "Blizzard of Ozz", 1980)

Kolejne kontrowersje, tym razem ze względu na nawiązania do postaci Aleistera Crowleya, słynnego okultysty. Osbourne po raz kolejny - podobnie jak w czasach Black Sabbath - został uznany za wyznawcę Szatana. W rzeczywistości tekst ma zupełnie inne przesłanie. Jimmy Page i Ritchie Blackmore interesowali się tym okultystą, Aleisterem Crowleyem, przez co sprawili, że w rockowych kręgach jego nazwisko wymawiane było niemal z czcią - mówił Osbourne. A ja nie wiedziałem prawie nic o Crowleyu i napisałem tekst w formie pytania do niego: "czy naprawdę rozmawiałeś z umarłymi, co ci chodziło po głowie?". Ludzie z jednego słowa potrafią wyciągać błędne wnioski. Dojdzie do tego, że jeżeli powiesz "Szatan", automatycznie będziesz uznany za satanistę.
Pod względem muzycznym utwór jest prawdziwym arcydziełem, począwszy od mrocznego organowego wstępu (zagranego i wymyślonego przez Dona Aireya, który nie został jednak dopisany jako współautor), a kończąc na solówkach Randy'ego Rhoadsa.
"Mr. Crowley" był drugim singlem promującym album (na małej płycie znalazła się jednak wersja koncertowa, a nie studyjna). W Wielkiej Brytanii radził sobie nieco lepiej od "Crazy Train" (46. miejsce), za to w Stanach w ogóle nie był notowany. Wśród fanów Ozzy'ego utwór cieszy się jednak ogromną popularnością i jest grany podczas większości jego solowych koncertów.


4. "Flying High Again" (z albumu "Diary of a Madman", 1981)

Najwyżej notowany singiel Ozzy'ego w Wielkiej Brytanii (16. miejsce), w Stanach kompletnie niezauważony. Istotny udział w powstaniu tego utworu miał perkusista Lee Kerslake. Za linię wokalną do tego utworu odpowiada Lee - przyznawał Daisley. Ozzy w czasie tej sesji praktycznie nie nadawał się do pracy, więc pisaliśmy wszystko we trójkę. Lee stawiał sobie mikrofon przy zestawie perkusyjnym i śpiewał do naszych melodii. Kerslake: "Flying High Again" był jednym z moich pomysłów. Jego podstawą był tekst Boba Daisleya, zawierający kilka słów przeze mnie napisanych, wymyślona przeze mnie linia wokalna i gra Randy'ego.
Oprócz trójki instrumentalistów, rzeczywistych kompozytorów utworu, jego autorstwo zostało przypisane także Osbourne'owi. Wokalista "odwdzięczył" się poprzez pominięcie na albumie nazwisk grających na nim Daisleya i Kerslake'a. Zamiast nich, w opisie zostali uwzględnieni ich następcy - Rudy Sarzo i Tommy Aldridge.
Tekst "Flying High Again", jak można się domyślić po tytule, dotyczy narkotyków. Byłem wtedy non-stop nawalony, ćpałem ile wlezie, dlatego pisałem właśnie tego typu teksty - wyznał Osbourne. Patrząc na to z perspektywy czasu, widać, że moje poglądy zależały od stanu w jakim się znajdowałem. Tu wychwalam narkotyki, po to żeby w innej piosence śpiewać o tym, że to największe gówno.
Utwór jest dość regularnie grany podczas koncertów.


5. "Bark at the Moon" (z albumu "Bark at the Moon", 1983)

Utwór, podpisany jako wyłączne dzieło Osbourne'a, w rzeczywistości został stworzony głównie przez Boba Daisleya i gitarzystę Jake'a E. Lee (który zastąpił tragicznie zmarłego Randy'ego Rhoadsa), z niewielką pomocą wokalisty. Ten ostatni przyznawał: Tytuł do tej piosenki pochodzi z pewnego kawału, który często w tym czasie opowiadałem. Na jego podstawie stworzyłem linię wokalną i kiedy Jake dodał do tego swój riff, powstał tenże utwór. Była to pierwsza piosenka, jaką stworzyliśmy razem.
"Bark at the Moon" jest najczęściej wykonywanym na żywo utworem Ozzy'ego nie pochodzącym z debiutanckiego albumu.
6. "Shot in the Dark" (z albumu "The Ultimate Sin", 1986)

Najbardziej kłopotliwy utwór w dyskografii Osbourne'a. Napisany został wyłącznie przez ówczesnego basistę, Phila Soussana, który pod naciskiem zgodził się dopisać Ozzy'ego jako współautora. Utwór stał się sporym przebojem, osiągając 20. miejsce w Wielkiej Brytanii, a także 68. w Stanach. To był mój pierwszy singiel, który stał się hitem - mówił Ozzy. Nie mogłem uwierzyć - Ozzy Osbourne ma wielki hit! Mimo tego, ze względu na finansowy konflikt między Osbournem a Soussanem, wszystkie zawierające go albumy (studyjny "The Ultimate Sin" oraz koncertowe "Just Say Ozzy" i "Live & Loud") są pomijane przy okazji wznowień dyskografii Ozzy'ego. "Shot in the Dark" jest także nieobecny na kompilacjach (z wyjątkiem pierwszego wydania "The Ozzman Cometh" - na kolejnych zastąpił go "Miracle Man"). Osbourne nie ma jednak nic przeciwko graniu kompozycji na żywo - "Shot in the Dark" należy do najczęściej wykonywanych przez niego utworów.


7. "No More Tears" (z albumu "No More Tears", 1991)

Utwór powstał podczas zespołowego jamu, w którym brali udział Ozzy, gitarzysta Zakk Wylde, perkusista Randy Castillo, basista Mike Inez i klawiszowiec John Sinclair. To było tak: Ozzy zaczął śpiewać linię wokalną, a ja po prostu przywaliłem tu riffem w stylu Iommiego, z obniżonymi kwintami - opowiadał Wylde. Akurat miałem na paluchach mój slide, więc pokombinowałem z tego typu brzmieniem.
Ozzy: Byliśmy w fazie produkcji nowego albumu, ale nie mieliśmy jeszcze dla niego tytułu, chociaż napisaliśmy już pełno piosenek. Akurat w tym czasie Mike Inez dołączył do nas i pewnego razu kiedy jamował na swoim basie, nagle mnie olśniło. Pamiętam, że byłem cholernie pijany i siedziałem wtedy w kącie, kiedy wykrzyknąłem do Mike'a: "to jest to, to będzie nasz główny riff". Po tym wszystko poszło już bardzo szybko i powstał tytułowy utwór na mój nowy album.
Mike Inez, późniejszy basista Alice in Chains, na albumie jednak nie zagrał, gdyż ponownie zaangażowany został Bob Daisley. Mike Inez wpadł na pomysł, żeby ten kawałek otwierał basowy motyw i on napisał ten wstęp, który jednakże trochę zmieniłem i zagrałem inaczej - mówił Daisley.
"No More Tears" był pierwszym singlem promującym album. Doszedł do 71. miejsca w amerykańskim notowaniu, zaś w brytyjskim do 32. pozycji. Utwór był regularnie grany na żywo w latach 1991-2002, później zaś sporadycznie pojawiał się w setlistach.


8. "Mama, I'm Coming Home" (z albumu "No More Tears", 1991)

Najbardziej znana ballada z solowego dorobku Osbourne'a. Miałem tę melodię w głowie przez kilka lat, jednak jakoś nigdy nie mogłem napisać na jej podstawie piosenki, aż do czasu gdy tworzyłem z Zakkiem album "No More Tears" - mówił wokalista. "Mama, I'm Coming Home" - to słowa które zawsze mówię mojej żonie przez telefon, kiedy wracam do domu z trasy koncertowej.
Utwór wydany został dopiero na czwartym singlu promującym album (pomiędzy nim, a "No More Tears", ukazały się jeszcze nienotowane na listach "Time After Time" i "Road to Nowhere"). "Mama, I'm Coming Home" doszedł do 28. miejsca w Stanach (najwyższy hit Osbourne'a na tamtejszej liście), a w Wielkiej Brytanii zaledwie do 46.
Utwór stał się stałym punktem koncertów grupy. Według setlist.fm zamyka pierwszą dziesiątkę najczęściej wykonywanych na żywo utworów Ozzy'ego.


9. "I Just Want You" (z albumu "Ozzmosis", 1995)

To mój ulubiony kawałek z albumu - mówił Ozzy. Napisałem go wraz z Jimem Vallancem [zawodowym songwritterem] w jego studiu w Kanadzie. To był jeden z tych niesamowitych, magicznych dni, kiedy wszystko się układa i praca idzie jak po maśle. Usiedliśmy w studiu i ręce automatycznie zaczęły pisać na kartce te wspaniałe słowa słowa: "there are no impossible dreams / there are no invisible seams". I kiedy wszystkie te niesamowite zdania, które słyszysz w tej piosence, zostały napisane, wpadł mi do głowy refren: "I don't ask much /I just want you". Pomyślałem, że to zdanie wspaniale podsumowuje resztę. Zresztą, współpraca z Jimem układała się rewelacyjnie i obaj wiele się nauczyliśmy.
"I Just Want You" został wydany na singlu (43. miejsce w Wielkiej Brytanii, w Stanach nienotowany). Na żywo wykonywany był regularnie w latach 1995-98.


10. "Dreamer" (z albumu "Down to Earth", 2001)

Trudno nie dostrzec podobieństwa - zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym - do utworu "Imagine" Johna Lennona. Już sam tytuł wywodzi się z tekstu autorstwa byłego Beatlesa, z wersu You might say I'm a dreamer, but I'm not the only one. Sam Ozzy plątał się w zeznaniach - raz przyznawał się do inspiracji "Imagine" (nigdy zresztą nie krył swojej fascynacji Beatlesami, a zwłaszcza Lennonem), by w innych wywiadach udawać, że nie widzi żadnego podobieństwa.
Nigdy nie miałem zamiaru napisać czegoś, co mogłoby się równać z tą piosenką - mówił. To, że ktoś widzi w utworze "Dreamer" jakieś podobieństwo do "Imagine" to czysty przypadek. Któregoś dnia siedziałem, pisałem nowe kompozycje i ten kawałek po prostu na mnie spłynął, nawet nie musiałem go długo poprawiać. To prawda, że jeżeli czymś się bardzo fascynujesz, to w którymś momencie muszą być tego efekty w twojej pracy. To nieuniknione. Ale brzmieć jak John Lennon? Nie, to nigdy nie było moim celem. Zawsze jestem i będę Ozzym Osbournem.
W innym wywiadzie przyznawał natomiast, że chciał nawet zaprosić Paula McCartneya do nagrania partii gitary basowej w tym utworze.
W napisaniu utworu pomogli Ozzy'emu producent Martin Frederiksen oraz Mick Jones, gitarzysta zespołu Foreigner.
Według strony setlist.fm, "Dreamer" został wykonany na żywo tylko raz, 13 marca 2002 w Ottawie. Został za to wydany na singlu, który okazał się sukcesem w Wielkiej Brytanii (18. miejsce).


POST SCRIPTUM

Ozzy Osbourne ma w swojej dyskografii wiele innych popularnych utworów, jak "I Don't Know", "Goodbye to Romance", "Over the Mountain", "Miracle Man", "I Don't Want to Change the World", "Perry Mason", "Get Me Through" czy "Let Me Hear You Scream". Wiem o ich istnieniu, niektóre nawet lubię, ale nie ma ich na liście, bo taki był zamysł, żeby ograniczyć ją do dziesięciu najbardziej esencjonalnych utworów, których wybór jest tak obiektywny, jak tylko było to możliwe. Proszę zatem nie pisać w komentarzach o braku jakiegoś utworu.


12 stycznia 2014

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Are You Experienced" (1967)



Jimi Hendrix. Jedna z największych ikon rocka oraz jeden z najbardziej wpływowych i inspirujących gitarzystów w dziejach muzyki. Jego eksperymenty z brzmieniem gitary znacząco wpłynęły na rozwój muzyki rockowej, przyczyniając się do powstania jej cięższych odmian. W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Narodziny hard rocka nie były zasługą jednego człowieka - sam Hendrix przyznawał, że inspiracją dla niego byli Eric Clapton i Jeff Beck, którzy już wcześniej eksperymentowali z brzmieniem w podobny sposób. Wystarczy posłuchać wczesnych nagrań Johna Mayalla z Claptonem (album "Blues Breakers") i The Yardbirds z Beckiem (album "Have a Rave Up"), żeby o tym się przekonać. Nie wspominając już o wydanym w listopadzie 1966 roku debiucie supergrupy Cream (z Claptonem w składzie), "Fresh Cream". Oczywiście, w żaden sposób nie zmienia to faktu, że Hendrix był wielkim gitarzystą.

Początki jego kariery były skromne. Chałturzenie jako muzyk sesyjny i występy w małych klubach w różnych amatorskich zespołach. W ten sposób został jednak dostrzeżony przez Chasa Chandlera, oryginalnego basistę The Animals, który właśnie postanowił opuścić grupę i zająć się muzycznym biznesem, jako producent i menadżer. Szybko i łatwo udało mu się namówić Jimiego na podpisanie kontraktu i wyjazd do Londynu, gdzie miał zostać skompletowany skład towarzyszącego zespołu. Rolę basisty Chandler powierzył Noelowi Reddingowi, który jakiś czas wcześniej kandydował na miejsce gitarzysty w The Animals. Następnie zorganizowano kasting na perkusistę. Dwóch kandydatów, Mitch Mitchell i Aynsley Dunbar, okazało się tak samo dobrych. Ostateczną decyzję pomógł podjąć rzut monetą, w wyniku którego posadę dostał Mitchell. Talent Dunbara jednak się nie zmarnował, bo wkrótce potem dołączył do grupy Mayalla, z którą nagrał bardzo dobry album "A Hard Road". A był to dopiero początek jego interesującej kariery.

Tymczasem trio przyjęło nazwę The Jimi Hendrix Experience i pod koniec października 1966 roku po raz pierwszy weszło do studia. Chandler narzucił muzykom nagranie kompozycji "Hey Joe", którą podczas pobytu w Stanach wielokrotnie słyszał w wykonaniu Tima Rose'a. Debiutanckie nagranie grupy brzmi nieco niemrawo, głównie przez nieśmiało śpiewającego Hendrixa, dla którego pełnienie roli wokalisty było czymś nowym. Ale nawet jego gitarowa solówka, choć udana, jest bardzo krótka i zachowawcza. 16 grudnia utwór ukazał się na singlu, który okazał się zdumiewającym sukcesem, dochodząc do 6. miejsca brytyjskiego notowania. Hendrix początkowo chciał umieścić na jego stronie B przeróbkę utworu "Land of Thousand Dances" Chrisa Kennera, jednak Chandler przekonał go, aby napisał coś własnego. Tak powstał pierwszy autorski utwór grupy - czadowy "Stone Free", zaśpiewany ze zdecydowanie większą pewnością siebie i porywający rewelacyjnymi partiami gitarowymi.

Przez kolejne miesiące grupa budowała swoją pozycję na scenie rockowej, poprzez liczne koncerty. Jimi nabierał zaś coraz większej swobody i pewności siebie, nie tylko jako wokalista i gitarzysta, ale również kompozytor. Pisane kolejnych utworów szło mu bardzo sprawnie. W marcu 1967 roku światło dzienne ujrzał singiel z utworami "Purple Haze" i "51st Anniversary". Pierwszy z nich poraża rewelacyjnym riffem i wciąga lekko psychodelicznym, narkotykowym klimatem. Utwór okazał się jeszcze większym sukcesem, dochodząc do 3. miejsca w Wielkiej Brytanii. Był też pierwszym singlem Experience notowanym w Stanach (65. miejsce). Na początku maja Jimi pokazał swoje bardziej liryczne oblicze na singlu z balladą "The Wind Cries Mary" (i kompozycją "Highway Chile" na stronie B), które również przypadło do gustu wielbicielom rocka (ponownie 6. miejsce na UK Singles Chart). Zaledwie kilka dni później, 12 maja, do sklepów trafił debiutancki longplay zespołu, zatytułowany "Are You Experienced". Trafiło na niego jedenaście autorskich kompozycji Hendrixa, wśród których nie ma żadnej powtórki z singli.

"Are You Experienced" to bardzo ważny i innowacyjny album. To jeden z najwcześniejszych przykładów hard rocka, a zarazem pierwszy tak dojrzały i w pełni wykształtowany. Choć jednak jest to niekwestionowany kamień milowy, wręcz wyprzedzający swój czas, to zawarta na nim muzyka nie wzięła się znikąd. Tworząc ten materiał Hendix bez wątpienia był pod wpływem tego, co wówczas było popularne na rockowej scenie. "Red House" to wręcz podręcznikowy przykład wolnego, dwunastotaktowego bluesa, z elektryzującymi gitarowymi solówkami. W tamtych czasach takie granie było bardzo popularne wśród rockowych muzyków. Choć już wyraźnie ustępowało nowej modzie, na rock psychodeliczny, którego wpływy także są tutaj słyszalne. Szczególnie w dwóch utworach - tytułowym "Are You Experienced?", w którym psychodeliczny klimat osiągnięto dzięki efektowi odwróconej taśmy, gitarowym zgrzytom i monotonnie powtarzanemu dźwiękowi pianina, oraz "Third Stone from the Sun", w którym nastrój tworzy uwypuklona w miksie, hipnotyczna gra sekcji rytmicznej, przestrzenne partie gitary i odgłosy wiatru, oraz inne dźwiękowe efekty. Bardzo psychodeliczny gitarowy odlot pojawia się także w "I Don't Live Today". Na albumie dominuje jednak bardzo konkretne, ciężkie, czadowe i energetyczne granie. Sztandarowym przykładem jest "Foxy Lady", oparty na fantastycznym riffie (to jeden z pierwszych tak wyrazistych riffów). Niewiele ustępują mu nieco mniej znane "Manic Depression", "Can You See Me", "Love or Confusion" i "Fire". We wszystkich tych utworach pojawiają się świetne gitarowe popisy, niestety dość krótkie z powodu "radiowego" czasu trwania utworów. Całości dopełniają dwie spokojniejsze kompozycje, o nieco popowym charakterze - piosenkowy "Remember" i ballada "May This Be Love".

Okładka wydania amerykańskiego.
W Stanach longplay padł ofiarą ówczesnej (choć już wtedy powoli odchodzącej do lamusa) polityki wydawniczej, która pozwalała ingerować amerykańskim wytwórniom w formę wydania albumu, bez żadnej konsultacji z wykonawcą. Zmieniona została okładka - na bardziej psychodeliczną, lecz nieco tandetną. Przede wszystkim jednak wprowadzono znaczące różnice w trackliście - dodano singlowe "Hey Joe", "Purple Haze" i "The Wind Cries Mary", zaś pominięto "Red House", "Can You See Me" i "Remember". W takiej wersji album wypada nieco słabiej. Dorzucenie drugiej ballady, przy jednoczesnej rezygnacji z jedynego stricte bluesowego utworu, znacznie zmniejszyło różnorodność całości. Poziomu na pewno nie podnosi "Hey Joe". Jedynie "Purple Haze" wnosi coś wartościowego. Warto w tym miejscu wspomnieć o kompaktowych wznowieniach z okazji 30-lecia albumu, które zawierają wszystkie jedenaście utworów z europejskiego wydania i wszystkie sześć utworów z poprzedzających longplay singli (europejskie i amerykańskie wznowienia różnią się kolejnością utworów i okładkami, nawiązując do oryginalnych wydań z tych rynków).

"Are You Experienced" to album, którego po prostu nie wypada nie znać, bez względu na to, jaką muzykę się preferuje. To jedno z najważniejszych i najlepszych wydawnictw rockowych, którego wpływ na późniejszą muzykę jest nie do zmierzenia. Prawdziwe arcydzieło.

Ocena: 10/10



The Jimi Hendrix Experience - "Are You Experienced" (1967)

UK: 1. Foxy Lady; 2. Manic Depression; 3. Red House; 4. Can You See Me; 5. Love or Confusion; 6. I Don't Live Today; 7. May This Be Love; 8. Fire; 9. Third Stone from the Sun; 10. Remember; 11. Are You Experienced?

US: 1. Purple Haze; 2. Manic Depression; 3. Hey Joe; 4. Love or Confusion; 5. May This Be Love; 6. I Don't Live Today; 7. The Wind Cries Mary; 8. Fire; 9. Third Stone from the Sun; 10. Foxey Lady; 11. Are You Experienced?

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino (11); Noel Redding - bass; Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chas Chandler


5 stycznia 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Depeche Mode

Depeche Mode zaczynał od grania muzyki stricte-elektronicznej, opartej wyłącznie na brzmieniach syntezatorów. Z czasem jednak coraz chętniej korzystał z prawdziwych instrumentów, by w okresie albumu "Songs of Faith and Devotion" (1993) niemal przekształcić się w tradycyjny zespół rockowy. W kolejnej dekadzie wrócili do grania bardziej elektronicznej muzyki, choć nie zrezygnowali całkiem z rockowego instrumentarium.
Wybierając utwory na poniższą listę, zdecydowałem się ograniczyć do tych bardziej rockowych kawałków z ich dorobku, dlatego nie ma na niej takich przebojów, jak "Everything Counts", "People Are People", "Master and Servant", "Shake the Disease", "Stripped", "World in My Eyes" czy "It's No Good". Z drugiej strony, nie wszystkie rockowe utwory Depeche Mode zmieściły się na liście - ograniczyłem się do piętnastu najważniejszych, a zrezygnowałem m.in. z "Mercy in You" i "Useless".

Depeche Mode w latach 90.: Dave Gahan, Martin Gore, Alan Wilder i Andy Fletcher.

1. "A Question of Time" (z albumu "Black Celebration", 1986)

Utwór - zwłaszcza w szybszej wersji singlowej - opiera się na wyrazistym riffie, bardziej charakterystycznym dla muzyki rockowej, niż wykonywanej dotąd przez zespół elektronicznej. Nie powstał on jednak przy użyciu prawdziwych instrumentów. Brzmienie pykającej gitary zostało wygenerowane przez uderzanie sprężyny, a część basów wytworzyliśmy poprzez stukanie w dwa końce rury od odkurzacza - mówił Alan Wilder. Te dźwięki zostały oczywiście przetworzone przez wzmacniacze gitarowe, aby nadać im charakteru i mocy. Bardziej rockową aranżacje, opartą na brzmieniach gitar i perkusji, Dave Gahan zaproponował podczas swojej solowej trasy w 2003 roku.
"A Question of Time" był trzecim i ostatnim singlem z albumu "Black Celebration". Doszedł do 17. miejsca na UK Singles Chart (w Stanach nie był notowany, podobnie jak pozostałe utwory z tego longplaya).
Według strony setlist.fm, "A Question of Time" jest czwartym najczęściej granym na żywo utworem przez Depeche Mode.


2. "Strangelove" (z albumu "Music for the Masses", 1987)

Pierwszy singiel promujący album, wydany niemal pół roku przed premierą longplaya. Muzycy nie byli zadowoleni z pierwotnego miksu kawałka, który trafił na małą płytkę - Alan Wilder uznał tą wersję za zbyt zaśmieconą - więc z myślą o albumie przygotowana została nowa. Złożono ją z fragmentów wersji singlowej oraz tzw. "Blind Mix", przygotowanego przez Daniela Millera na 12-calową wersję singla. Albumowa wersja okazała się znacznie wolniejsza i mroczniejsza.
Utwór był jednym z pierwszych w twórczości grupy, w którym pojawiły się wyraźne, choć nie odgrywające istotnej roli, brzmienia gitarowe.
"Strangelove" dość dobrze radził sobie w notowaniach singli (16. miejsce na UK Singles Chart, 50. na amerykańskiej liście Billboardu), jednak mimo tego nie wszedł na dłużej do koncertowego repertuaru grupy. Muzycy wykonywali go regularnie w latach 1987-90, oraz sporadycznie podczas trasy Tour of the Universe w 2009 roku.


3. "Never Let Me Down Again" (z albumu "Music for the Masses", 1987)

Według rankingu setlist.fm, jest to najczęściej wykonywany na żywo utwór zespołu. Był drugim singlem promującym album, ale nie osiągnął wielkiego sukcesu (22. miejsce w Wielkiej Brytanii, 63. w Stanach). Moim zdaniem "Never Let Me Down Again" jest jednym z naszych najlepszych utworów, świetnie sprawdza się na koncertach - mówił Andy Fletcher. Natomiast w Anglii dotarło do 22. miejsca, co w tym kraju jest dla nas bardzo słabym wynikiem, ponieważ zazwyczaj byliśmy w pierwszej piątce. Mimo, że utwór stał się legendarny, poniósł klęskę w notowaniach.
Fletcher mijał się jednak z prawdą - w latach 80. tylko jednemu utworowi grupy, "People Are People", udało się dotrzeć do pierwszej piątki brytyjskiego notowania. Faktem jest natomiast, że nieco lepiej radziły sobie inne single z albumu "Music for the Masses" (patrz opisy "Strangelove" i "Behind the Wheel").


4. "Behind the Wheel" (z albumu "Music for the Masses", 1987)

Jeden z mroczniejszych utworów Depeche Mode, wśród wybranych na single. Klimat budowany jest tu dzięki pojedynczym uderzeniom w struny gitary, oraz ciekawej partii wokalnej, śpiewanej jednocześnie przez Dave'a Gahana i Martina Gore'a. Utwór wyróżnia się także pomysłową linią basu. Była to kombinacja trzech różnych sampli: odgłosu uderzenia ręką w koniec rury odkurzacza, obniżonego dźwięku gitary, oraz dodanego na koniec dźwięku MiniMooga - wyjaśniał Alan Wilder.
Fragment melodii "Behind the Wheel" został wpleciony do depechowej przeróbki kawałka "Route 66" Bobby'ego Troupa z 1946 roku (znanego także m.in. z wykonań Chucka Berry'ego i The Rolling Stones). Cover "Route 66" został wydany na stronie B singla "Behind the Wheel" i zaskakiwał wyjątkowo ostrym - jak na Depeche Mode - gitarowym riffem. Mała płyta doszła do 21. miejsca w Wielkiej Brytanii, a w Stanach do 61. Podobnie jak "Never Let Me Down Again", "Behind the Wheel" stał się jednym z najczęściej wykonywanych utworów zespołu na żywo.


5. "Personal Jesus" (z albumu "Violator", 1990)

Najbardziej przełomowy utwór w karierze zespołu. Chociaż już wcześniej w twórczości Depeche Mode pojawiały się brzmienia gitarowe (np. w "Strangelove", "Never Let Me Down Again" i "Behind the Wheel"), dopiero w "Personal Jesus" gitara została wykorzystana w roli pierwszoplanowej i jest słyszalna przez cały utwór. W mniej rockowy sposób powstała warstwa rytmiczna kawałka: Odgłosy tupania to dwie lub trzy osoby nagrane podczas skakania po walizach podróżnych - mówił Wilder.
Muzycy zdecydowali się wydać "Personal Jesus" jako pierwszy singiel promujący album "Violator", chociaż obawiali się, że amerykańskie stacje radiowe nie będą chciały go prezentować na antenie, ze względu na tekst (jak było w przypadku singla "Blasphemous Rumours" z 1984 roku). Przewidywania się nie sprawdziły - utwór stał się największym hitem grupy od czasu przebojów "People Are People" i "Master and Servant" z albumu "Some Great Reward" (1984). "Personal Jesus" doszedł do 13. miejsca w Wielkiej Brytanii i 28. w Stanach. Był także pierwszym utworem Depeche Mode, który pojawił się na liście Modern Rock Tracks amerykańskiego magazynu Billboard (doszedł do 3. miejsca).
Słyszałem około dziesięciu różnych interpretacji "Persona Jesus" - mówił Wilder. Tekst jest bardzo dwuznaczny, więc choć mógłby uchodzić za kontrowersyjny, nie jest tak odbierany. Większość ludzi myślała, że jest to prochrześcijański hymn, ale nie takie było nasze zamierzenie.
Martin Gore przyznawał, że inspiracją  tekstu tego utworu była książka "Elvis i ja" Priscilli Presley. To jest piosenka o byciu Jezusem dla kogoś innego - mówił. W innym wywiadzie zdradził jednak też inną inspirację: Pomysł na te piosenkę wpadł mi do głowy, gdy oglądałem na ekranie rozmaitych telewizyjnych kaznodziejów.
"Personal Jesus" jest drugim najczęściej wykonywanym utworem zespołów podczas jego występów.


6. "Enjoy the Silence" (z albumu "Violator", 1990)

Historia powstania "Enjoy the Silence" jest dość interesująca - mówił odpowiedzialny za miksy tego utworu Daniel Miller. Początkowo była to ballada, ale Alan Wilder wpadł na pomysł, aby przyśpieszyć tempo i uwypuklić warstwę rytmiczną. Zrobił to i wyszło naprawdę dobrze. Następnie Martin dodał gitarowy riff. Wilder wyjaśniał: Poczułem, że podejście do tego kawałka, jak do zwykłej ballady byłoby karygodnym zlekceważeniem jego potencjału komercyjnego. To była wspaniała melodia, wręcz prosząca się o potraktowanie jej tak, jak ostatecznie ją nagraliśmy.
Dave Gahan: Pamiętam, że Gore siedział tam, grał na gitarze i stworzył ten riff, a potem ja zaśpiewałem piosenkę i wszyscy - włącznie ze mną - byli zaskoczeni, że zrobiłem to tak dobrze! Następnie grzebaliśmy przy tym przez tydzień. W końcu zatoczyliśmy pełne koło i skończyło się na tym, że pierwszą wersję uznaliśmy za znakomitą. Wszystko było w niej na właściwym miejscu.
Utwór został wybrany na drugi singiel promujący album i - zgodnie z przewidywaniami muzyków - okazał się sporym hitem (6. miejsce w Wielkiej Brytanii, natomiast w Stanach - 8. na głównej liście magazynu Billboard, a 1. na ich Modern Rock Tracks). W 2004 roku utwór został ponownie wydany na singlu - tym razem w bardziej rockowym remiksie, stworzonym przez Mike'a Shinodę z Linkin Park. Ta wersja, znana jako "Enjoy the Silence 04", doszła do 7. miejsca na UK Singles Chart.
Według strony setlist.fm, "Enjoy the Silence" jest trzecim najczęściej wykonywanym utworem przez grupę podczas koncertów.


7. "Policy of Truth" (z albumu "Violator", 1990)

Nagranie tego utworu okazało się najbardziej problematyczne podczas sesji nagraniowej albumu - zespół próbował wielu różnych aranżacji, zanim uznali go za wystarczająco dobry na album. Zwykle coś takiego oznacza problemy z utworem - przyznawał Wilder. Jednak w tym przypadku wiedzieliśmy, że to mocny kawałek - a przynajmniej potencjalny singiel. Główny riff sprawiał kłopoty ze znalezieniem mu odpowiedniego tonu i musieliśmy wypróbować sto różnych wariacji, zanim zdecydowaliśmy się na to, co stało się być może brzmieniem całego albumu - gitara hawajska.
"Policy of Truth" jest jedynym utworem Depeche Mode, którego singlowa wersja trwa dłużej od albumowej - na jej początek został dodany kilkunastosekundowy dźwięk, poprzedzający główny riff. Istnieje także wersja radiowa, krótsza o blisko minutę od tamtych dwóch. Utwór ukazał się umiarkowanym sukcesem singlowym (16. miejsce w Wielkiej Brytanii, 15. w Stanach, ale też 1. na Modern Rock Tracks).
Utwór należy do najczęściej wykonywanych przez zespół na żywo.


8. "Clean" (z albumu "Violator", 1990)

Utwór niejako będący zapowiedzią kierunku, w jakim zespół pójdzie na dwóch kolejnych albumach - po raz pierwszy w twórczości zespołu wykorzystane zostały prawdziwe bębny i gitara basowa. Na obu instrumentach zagrał Alan Wilder. Wymyślona przez niego linia basu brzmi jak wyjęta z utworu "One of These Days" Pink Floyd... Widzę podobieństwo - przyznawał muzyk. Jednak to nie jest wspamplowane Pink Floyd. Opóźniona linia basu została zaprogramowana przy użyciu syntezatora analogowego i wspamplowanej gitary basowej. W utworze wykorzystana została także gitara hawajska, na której gościnnie zagrał Nils Tuxen, która nadaje jeszcze bardziej floydowego klimatu.
"Clean" nie został wydany na singlu, ale nakręcono do niego teledysk, z myślą o kasecie wideo "Strange Too", którą wypełniły także obrazki do czterech singli promujących album "Violator" ("Personal Jesus", "Enjoy the Silence", "Policy of Truth" i "World in My Eyes"), a także do również niesinglowego "Halo".
Utwór grany był na wszystkich koncertach trasy World Violation Tour z 1990 roku. Później wykonywany był sporadycznie na tzw. "egzotycznej trasie" z 1994 roku, oraz na większości występów w 2001 roku, które promowały album "Exciter". Od tamtej pory został zagrany tylko raz - w listopadzie 2009 roku, w wersji śpiewanej przez Martina Gore'a (w oryginale głównym wokalistą był Gahan) jedynie z akompaniamentem gitary. Taka aranżacja została wykorzystana już w 2005 roku, kiedy zespół nagrał nową studyjną wersję kawałka, znaną jako "Clean (Bare)". W niej jednak wokalnie udzielał się Gahan.


9. "I Feel You" (z albumu "Songs of Faith and Devotion", 1993)

Pierwszy stuprocentowo rockowy kawałek zespołu, oparty na mocnym gitarowym riffie, z podkładem prawdziwej perkusji. Głównym powodem dla którego wybraliśmy go na pierwszy singiel, był fakt, że ten utwór miał swój charakter i był radykalnie odmienny od tego, co robiliśmy wcześniej - mówił Alan Wilder. Mieliśmy nadzieję, że zaskoczy ludzi i sprawi, ze staną się ciekawi nowego albumu.
Pomysłodawcą zmiany stylu był Dave Gahan. Chciał, żebyśmy stali się grupą bardziej tradycyjną - bębny, gitara i bass. Takiej muzyki słuchał - wyjaśniał Andy Fletcher. Wokalista szybko przekonał do swojej wizji Wildera, jednak pozostali muzycy podchodzili do tego mniej optymistycznie. Zastanawiałem się, czy nie posunęliśmy się zbyt daleko. W pewnym sensie staliśmy się zespołem z rodzaju tych, przeciwko którym się buntowaliśmy, gdy zaczynaliśmy grać elektronikę - mówił Martin Gore. Mimo tego, dostarczył kilka utworów, które idealnie nadawały się do rockowych aranżacji. Martin napisał mnóstwo piosenek, które skłaniały się bardziej w stronę rocka i były w większej mierze oparte na bluesie. "I Feel You" ma klasyczny bluesowy riff - tłumaczył Gahan.
Wokalista upierał się, że to jego pomysłem było dodanie prawdziwej perkusji: Wiedziałem, że dobrze się stanie, jeżeli będziemy mieli perkusistę - mówił. Robiliśmy to samo tak długo, że pomyślałem: "Dlaczego nie wprowadzić nowego elementu do naszego brzmienia?". Naciskałem, aż w końcu Alan usiadł za perkusją i powiedział: "Ja to zrobię!". Nieco inaczej zapamiętał to sam Wilder: Rozważałem to przez pewien czas, aż w końcu wspomniałem o tym Dave'owi, który stwierdził, że to dobry pomysł.
Singiel z utworem "I Feel You" doszedł do 8. miejsca w Wielkiej Brytanii, a w Stanach do 37. Jego rockowy charakter sprawił, że trafił także na Modern Rock Tracks, na której dotarł na sam szczyt. Kawałek stał się stałym punktem koncertów grupy.


10. "Walking in My Shoes" (z albumu "Songs of Faith and Devotion", 1993)

Utwór powstał w nietypowy dla tego zespołu sposób: Gdy nagrywaliśmy tę piosenkę, prawdopodobnie po raz pierwszy i ostatni jamowaliśmy razem - mówił Alan Wilder. Martin wziął gitarę, ja bass, ktoś grał na tamburynie, do tego uruchomiliśmy mały automat perkusyjny. Chodziło o znalezienie odpowiedniej atmosfery dla tego kawałka - po wielu błędach i perypetiach linia basowa refrenu oraz brzmienie gitary były już na swoim miejscu.
W innym wywiadzie Wilder mówił: "Walking in My Shoes", mimo że jest jedną z pierwszych piosenek nagranych na album i przeszła wiele zmian, stanowi najlepszy przykład na to, jak wielowarstwowe jest brzmienie Depeche Mode. Bardziej naturalna atmosfera została stworzona dzięki użyciu żywego basu i gitary oraz dynamicznej aranżacji smyczkowej i serii różnych loopów perkusyjnych, co dało mieszankę starych i nowych technik wykorzystywanych przez zespół. Elementy elektroniczne wciąż są obecne, jednak ich rola uległa zmianie. Tym razem zamiast prowadzić melodię, został użyte tylko w tle.
Utwór został wydany na drugim singlu promującym album. W notowaniach radził sobie nieco gorzej od "I Feel You" (14. miejsce w Wielkiej Brytanii, 69. w Stanach), jednak podobnie jak tamten kawałek dotarł na szczyt Modern Rock Tracks. Stał się także kolejnym utworem grupy, regularnie wykonywanym na każdej trasie.


11. "In Your Room" (z albumu "Songs of Faith and Devotion", 1993)

Jeden z najmroczniejszych utworów grupy, z tekstem (tradycyjnie napisanym przez Gore'a) idealnie pasującym do ówczesnego stanu Dave'a Gahana, pogrążonego w narkotykowym nałogu. Utwór był czwartym singlem promującym album. Na małej płycie znalazł się jednak remiks utworu, przygotowany przez Butcha Viga, który dwa lata wcześniej zyskał sławę jako producent "Nevermind" Nirvany. Przygotowany przez niego "Zephyr mix" z wersją albumową ma niewiele wspólnego - została partia wokalna, całkowicie zmienił się natomiast podkład muzyczny, który stał się bardziej rockowy, ale zarazem mniej mroczny. Przeciwnikiem wydania jako singiel tej wersji był Alan Wilder: Przegłosowano mnie na rzecz remiksu zrobionego przez producenta Nirvany i obecnego grunge'owego ulubieńca prasy, Butcha Viga. Niestety, co często zdarza się w przypadku remiksów robionych przez osoby z zewnątrz, utwór stracił większość klimatu typowego dla Depeche Mode, stał się mniej zmysłowy i intensywny.
Wilder nie ukrywał natomiast swojego zadowolenia z oryginalnej wersji "In Your Room": Szczególna siła tego utworu tkwi w subtelnych warstwach instrumentalnych - szemrzącej linii syntezatora, hipnotycznym rytmie i poruszających smyczkach. Od początku do końca charakteryzuje go narastające napięcie, które trzyma słuchaczy w niepewności. Ta atmosfera wyczekiwania dopełnia się w płomiennym tekście trzeciej zwrotki. Muzyka narasta w idealnej harmonii, prowadzona intensywną perkusją, aż w końcu wpada w finałowy refren.
Podczas trasy promującej "Songs of Faith and Devotion", utwór grany był w wersji albumowej (z Wilderem grającym na perkusji). Jednak już podczas kolejnej trasy, pierwszej bez Wildera w składzie, The Singles Tour z 1998 roku (promowała kompilację "The Singles 86-98"), muzycy wykonywali go w wersji singlowej. Trzymali się jej przez kolejne dwie trasy (z lat 2001 i 2006), by podczas Tour of the Universe (2009/10) zaprezentować ciekawe połączenie obu - wstęp i pierwsza zwrotka były grane jak na albumie, reszta utworu jak w singlowej. Na ubiegłorocznej  The Delta Machine Tour utwór został zagrany tylko dwukrotnie - znów w wersji singlowej.
W brytyjskim notowaniu singli "In Your Room (Zephyr mix)" doszedł do 8. miejsca, natomiast w Stanach nie odnotował obecności na listach.


12. "Sister of Night" (z albumu "Ultra", 1997)

Druga połowa lat 90. była trudnym okresem dla Depeche Mode - z zespołu odszedł Alan Wilder, a uzależniony Dave Gahan kilkakrotnie otarł się o śmierć. Nic dziwnego, że wydany w tamtym czasie album "Ultra" jest najmroczniejszym w całej dyskografii. Klimat całego albumu najlepiej zdaje się oddawać utwór "Sister of Night", z przejmującym wokalem Gahana. Słyszę w nim jak bardzo się wtedy bałem - wyznał wokalista. Cieszę się, że powstał i że może mi o tym przypominać.
Chociaż Gahan przyznaje, że to jeden z jego ulubionych utworów Depeche Mode, nigdy nie zaśpiewał go na żywo. Kawałek był jednak grany na koncertach (sporadycznie podczas tras z lat 1998, 2001 i 2009), w oszczędniejszej aranżacji i ze śpiewem Martina Gore'a.


13. "Barrel of a Gun" (z albumu "Ultra", 1997)

Po odejściu Alana Wildera zespół jeszcze przez jakiś czas trzymał się bardziej rockowego stylu, wypracowanego na "Songs of Faith and Devotion". A nawet jeszcze bardziej zaostrzył brzmienie, czego najlepszym przykładem jest ten utwór, wybrany na pierwszy singiel promujący kolejny longplay. Pomyśleliśmy, że dobrze będzie wrócić mocniejszym utworem - mówił Fletcher. Gahan z kolei twierdził: To najbardziej innowacyjna piosenka, jaką dotychczas zrobiliśmy. To postęp dla zespołu i dla mnie jako wokalisty.
Singiel okazał się sukcesem w Wielkiej Brytanii, dochodząc do 4. miejsca tamtejszego notowania. Była to najwyższa pozycja grupy, od czasu "People Are People", który doszedł do tego samego miejsca. Znacznie słabiej radził sobie w Stanach - 47. miejsce na głównej liście Billboardu, a 11. na Modern Rock Tracks.
"Barrel of a Gun" był grany na żywo podczas tras w latach 1998 i 2013.


14. "Dream On" (z albumu "Exciter", 2001)

Była to pierwsza albo druga piosenka, jaką Martin napisał na płytę - mówił Andy Fletcher. Moim zdaniem jest to utwór definiujący cały album - mieszanka elektronicznych bitów z akustyczną, bluesową gitarą, naprawdę dobrym tekstem i wspaniałym, chwytliwym refrenem. Świetnie, że nagraliśmy ten kawałek jako pierwszy, bo wskazał nam dalszą drogę, która powinny pójść pozostałe utwory. Album "Exciter" okazał się jednak zdecydowanie mniej gitarowy od trzech poprzednich - instrument ten słychać wyraźnie tylko w kilku utworach. Mało brakowało, a w "Dream On" też nie zostałby użyty. Pierwotny pomysł był taki, żeby w ogóle nie używać gitary - mówił Martin Gore. Pracowaliśmy nad tym utworem około czterech dni i mieliśmy taką naprawdę ostrą perkusję w tle. Później dodaliśmy gitarę i zabrzmiało to dobrze. Było zupełnie inne od reszty dźwięków w tym utworze.
W wersji studyjnej utworu nie została użyta prawdziwa perkusja (zresztą na całym albumie jest praktycznie nieobecna), została natomiast dodana podczas koncertów (od 1997 roku zespół występuje z perkusistą Christianem Eignerem). "Dream On" grany był tylko podczas trasy promującej album "Exciter".
Utwór został wydany na singlu. Doszedł do 6. miejsca w Wielkiej Brytanii, oraz do 85. w Stanach (do 12. na Alternative Songs, czyli dawnym Modern Rock Tracks).


15. "Heaven" (z albumu "Delta Machine", 2013)

Dave Gahan przyznaje, że "Heaven" jest powodem, dla którego znowu chce mu się śpiewać. Na tle reszty najnowszego albumu utwór wyróżnia się "żywym" brzmieniem - istotną rolę odgrywają w nim gitara i pianino, do których niestety dodano sztuczny podkład rytmiczny. Podobnie zatem jak w przypadku "Dream On", utwór wypada lepiej na żywo, z prawdziwą perkusją.
Singiel okazał się sporym sukcesem w Stanach, dochodząc do 2. miejsca tamtejszego notowania. Znacznie mniejszą popularnością cieszył się w Wielkiej Brytanii, gdzie osiągnął zaledwie 60. pozycję.



2 stycznia 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Slayera

Jeden z najważniejszych przedstawicieli thrash metalu, wraz z Metalliką, Megadeth i Anthrax zaliczany do tzw. Wielkiej Czwórki Thrashu. Ostatnie lata nie były zbyt łaskawe dla tej grupy. W 2011 roku gitarzysta Jeff Hanneman, autor lub współautor większości utworów zespołu, zachorował na martwicze zapalenie powięzi, które dwa lata później doprowadziły do jego śmierci. Natomiast na początku 2013 roku ze składu wyrzucony został Dave Lombardo - oryginalny perkusista Slayera, który w przeszłości już dwukrotnie odchodził z zespołu. Mimo tego, pozostali muzycy - wokalista /basista Tom Araya i gitarzysta Kerry King - planują wydanie nowego albumu. Wspomagać ich będzie perkusista Paul Bostaph (grający już w grupie w latach 1992-2002), oraz - prawdopodobnie - gitarzysta Gary Holt z Exodus. Kiedy longplay się ukaże - nie wiadomo. Póki co przyjrzyjmy się więc najważniejszym utworom z dotychczasowego dorobku grupy.

Slayer w latach 80.: Tom Araya, Jeff Hanneman, Dave Lombardo i Kerry King.

1. "Angel of Death" (z albumu "Reign in Blood", 1986)

Jeden z najbardziej znanych, a zarazem najbardziej kontrowersyjnych, utworów zespołu. Jego autorem jest Jeff Hanneman. Tekst opowiada o nazistowskim lekarzu, Josefie Mengele, nazywanym Aniołem Śmierci, który podczas II wojny światowej dokonywał eksperymentów na więźniach obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Grupa od razu została posądzona o propagowanie nazizmu, jednak w rzeczywistości tekst jest tylko historią wojennego zbrodniarza. Czy jeżeli oglądasz film dokumentalny o doktorze Mengele, to oskarżasz reżysera o nazizm? - pytał Hanneman. Czy powinniśmy śpiewać: "Och, jaki on był bardzo, bardzo zły", by nikt nie miał wątpliwości? Byliśmy w trasie, kupiłem książkę o nim, uświadomiłem sobie, jaki był z niego chory s******** i napisałem o tym tekst. Wszelkie oskarżenia stały się jeszcze bardziej bezpodstawne dwa lata później, kiedy zespół nagrał utwór "Behind the Crooked Cross", wprost krytykujący ustrój nazistowski.
"Angel of Death" jest regularnie wykonywany przez zespół na żywo, niemal na każdym występie.


2. "Raining Blood" (z albumu "Reign in Blood", 1986)

Według portalu setlist.fm, jest to najczęściej wykonywany przez grupę utwór na żywo. Jego zalążkiem był riff, stworzony przez Jeffa Hannemana. Kiedy go stworzyłem, pomyślałem, że jest bardzo dobry - mówił Jeff. Od razu chwyciłem za dyktafon i nagrałem go, aby o nim nie zapomnieć. Nie miałem pojęcia, że fani tak na niego zareagują. Do dziś szaleją, kiedy go gramy. Nie wszyscy członkowie zespołu byli jednak od razu do niego przekonani. Kerry był wyjątkiem, któremu riff nie podszedł do gustu - mówił Hanneman. Oczywiście teraz go kocha.
Według Toma Arayi, "Raining Blood" opowiada o seryjnym zabójcy, wieszającym trupy swych ofiar na suficie. Tekst został napisany w studiu, nie był zbyt głęboki. Zupełnie inaczej wyjaśniał znaczenie tekstu Hanneman, który napisał go wraz z Kerrym Kingiem: To o osobie wyrzuconej z nieba do czyśćca. Z zemsty chce ona więc to niebo rozpieprzyć.
"Raining Blood" to jedyny - obok "Angel of Death" - utwór z albumu "Reign in Blood", którego czas trwania przekracza cztery minuty. Wydłużają go jednak odgłosy deszczu i burzy.
Utwór był notowany na UK Singles Chart (doszedł do 64. miejsca), nie można jednak dotrzeć do żadnych informacji na temat wydania "Raining Blood" na singlu.


3. "Postmortem" (z albumu "Reign in Blood", 1986)

Trzeci najdłuższy utwór z albumu "Reign in Blood", trwający trzy i pół minuty (wszystkie pozostałe trwają poniżej trzech minut). Na tle innych kawałków z albumu wyróżnia się budową - jego pierwsza połowa jest utrzymana w nieco wolniejszym tempie, a dopiero w drugiej muzycy przyśpieszają.
Tekst utworu - podobnie jak muzyka autorstwa Hannemana - opowiada o osobie, dla której śmierć jest ucieczką od znienawidzonego życia. 
"Postmortem" jest regularnie wykonywany na koncertach grupy. W Niemczech został wydany na singlu, zawierającym także remiks "Criminally Insane", oraz nową, szybszą wersję "Aggressive Perfector" (oryginalna ukazała się w 1983 roku na kompilacji "Metal Massacre III" - był to fonograficzny debiut grupy). Oba te utwory zostały później wydane na osobnej małej płytce, dostępnej w Stanach.


4. "South of Heaven" (z albumu "South of Heaven", 1988)

Wiedzieliśmy, że nie mogliśmy grać szybciej niż na "Reign in Blood", więc musieliśmy zwolnić - mówił Hanneman, o przyczynie zmianie jaka nastąpiła na czwartym albumie grupy, "South of Heaven", którą najlepiej obrazuje utwór tytułowy. Gitarzysta w innym wywiadzie jednak tłumaczył: Zmieniamy się, to naturalne, jednak nie są to zmiany drastyczne. Gitary brzmią bardziej klarownie, Tom śpiewa zamiast krzyczeć, jest więcej melodii, ale nie przekraczamy naszej ostrej granicy.
Jak większość utworów Slayera, "South of Heaven" został skomponowany przez Hannemana. Tekst natomiast napisał Araya, do tamtej pory sporadycznie biorący udział w tworzeniu utworu (był współautorem dwóch tekstów na drugim albumie zespołu, "Hell Awaits"). Zgodnie z jego słowami, Araya w "South of Heaven" przedstawił swój obraz piekła na Ziemi.
Utwór stał się stałym punktem koncertów zespołu. W Stanach i Hiszpanii został wydany na promocyjnym singlu.


5. "Mandatory Suicide" (z albumu "South of Heaven", 1988)

Kolejny utwór grupy, który wywołał spore kontrowersje - ze względu na tytuł, oznaczający "obowiązkowe samobójstwo". Zespół został oskarżony o podżeganie do samobójstwa. W rzeczywistości, tekst napisany przez Arayę dotyczy żołnierzy wysyłanych na front. Inspiracją były antywojenne filmy, m.in. "Pluton". Mimo to, utwory grupy często były wskazywane jako inspiracja do popełniania samobójstw lub morderstw. Szczerze przyznam, że muzyka którą tworzymy wpływa na mnie bardzo... Lecz nie aż tak bardzo - mówił Araya. Tego nie rozumiem. Myślę, że coś jeszcze musi dziać się w umysłach tych ludzi, co ma na nich większy wpływ niż to czego słuchają czy co oglądają. Myślę, że bardziej chodzi tu o podejście w stylu "ja tego nie zrobiłem, nie obwiniajcie mnie o to". Ludzie posądzają innych o sprowokowanie do zrobienia czegoś, zwłaszcza w Ameryce. Jest zbyt dużo wytykania palcem. Nikt nie bierze odpowiedzialności za własne czyny.
"Mandatory Suicide" wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy. Wydano go także na promocyjnym singlu, z okładką, będącą żartem z zarzutów wobec zespołu, która wywołała jeszcze więcej kontrowersji.


6. "War Ensemble" (z albumu "Seasons in the Abyss", 1990)

Powrót do szybszego, bardziej agresywnego grania. Tytuł oznacza mnóstwo ludzi zgromadzonych, by się nawzajem zabijać na wojnie - wyjaśniał Araya, który wraz z Hannemanem napisał tekst. Tytuł zasugerował Jeff - kontynuował wokalista. Poprosiłem go więc, by przyniósł mi książkę, która zainspirowała go do napisania muzyki, abym zrozumiał, o co mu chodziło. Utwór idealnie trafił w swój czas - premiera albumu "Seasons in the Abyss" miała miejsce niemal równolegle z wybuchem wojny w Zatoce Perskiej.
Utwór jest regularnie wykonywany na żywo. Był także wydany na promocyjnym singlu, który na stronie B zawierał cover "In-A-Gadda-Da-Vida" Iron Butterfly, nagrany kilka lat wcześniej na soundtrack do filmu "Mniej niż zero" ("Less Than Zero", 1987). Chociaż slayerowa wersja tego kawałka nie była nigdy wydana jako singiel, stała się najczęściej odtwarzanym w stacjach radiowych utworem nagranym przez grupę. Muzycy grupy nie byli tym faktem zachwyceni - tym bardziej, że do nagrania zmusił ich producent, Rick Rubin.


7. "Seasons in the Abyss" (z albumu "Seasons in the Abyss", 1990)

Kolejny przedstawiciel wolniejszego oblicza grupy. Myślę, że wolniejsze utwory bardzo dobrze reprezentują Slayera - mówił Araya.  Natomiast o powstaniu utworu mówił: Czytałem książkę Stephena Kinga i zacząłem zapisywać pomysły na tekst piosenki. Gdy Jeff powiedział, że ma nową muzykę, okazało się, że tekst pasuje idealnie, jakbym pisał właśnie do niej. Słowa utworu opowiadają o postępującym szaleństwie. A konkretnie, według słów autora, o człowieku, który widząc spadający deszcz, wyobraża sobie, że to krew i odczuwa rządzę zabijania.
"Seasons in the Abyss" stał się kolejnym obowiązkowym punktem koncertów. Ponadto był pierwszym utworem grupy, który został wydany na singlu zarówno w Stanach, jak i Europie (doszedł do 51. miejsca na UK Singles Chart). Był także pierwszym, do którego nakręcono teledysk - najbardziej rozpoznawalny wśród wideoklipów zespołu, przedstawiający zespół grający wśród piramid. Prawdziwych - dzięki odpowiedniej łapówce udało się uzyskać zgodę na kręcenie w Egipcie.


8. "Dead Skin Mask" (z albumu "Seasons in the Abyss", 1990)

Jeszcze jeden przykład ulubionej tematyki Toma Arayi jako tekściarza - seryjnych morderców. Tym razem dotyczy prawdziwej postaci, Eda Geina. To był totalny psychol - mówił Araya. Czytałem poświęconą mu książkę - "Deviant". Były tam szokujące zdjęcia, które potem wycofano z drugiego wydania - pozbawione głowy ciało powieszone za nogi i tak dalej...
"Dead Skin Mask" nie został nigdy wydany na singlu, za to muzycy chętnie wykonują go podczas koncertów.


9. "Gemini" (z albumu "Undisputed Attitude", 1996)

Jeden z trzech autorskich utworów na albumie "Undisputed Attitude", zawierającym głównie przeróbki punkrockowych kawałków. Pozostałe dwa to "Can't Stand You" i "DDAMM (Drunk Drivers Against Mad Mothers)", napisane przez Jeffa Hannemana jeszcze w latach 80. "Gemini" dla odmiany jest dziełem Kerry'ego Kinga i Toma Arayi. Kiedy komponujesz utwór, który ma być otoczony samymi czadami, on automatycznie wychodzi inaczej - mówił King. "Gemini" jest chyba najwolniejszym numerem w całej naszej karierze, myślę że dodał muzyce nowego smaku. Zawsze próbowaliśmy kombinować z nowymi rzeczami. Tak, żeby to ciągle brzmiało jak Slayer, a zarazem trochę inaczej.
Utwór był chętnie wykonywany przez zespół na żywo w latach 1996-98.


10. "Jihad" (z albumu "Christ Illusion", 2006)

Nietypowy wstęp może zaskakiwać, ale kontrowersyjny tekst niespodzianką z pewnością nie jest. Tym razem Hanneman, z pomocą Arayi, napisał słowa o zamachach z 11 września 2001 roku, opisanymi z perspektywy... pilota samolotu, który ma uderzyć w jedną z wież World Trade Center. W końcówce kawałka, Araya odczytuje list, zostawiony przez  Mohameda Attę - terrorystę biorącego udział w zamachach, który jako pierwszy rozbił się o WTC. Nazywamy się Slayer i nigdy nie stajemy po stronie ofiar. O wyrządzonym złu zawsze opowiadamy, patrząc na nie oczami sprawców - podsumowywał Hanneman.
"Jihad" stał się kolejnym obowiązkowym punktem koncertów grupy.