31 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)



"Blue Matter" to specyficzny album - częściowo złożony z nagrań studyjnych, a częściowo koncertowych. Takie rozwiązanie było jednak bardzo popularne pod koniec lat 60. (vide albumy "Wheels of Fire" i "Goodbye" Cream, albo "Ummagumma" Pink Floyd). Często jednak o wzbogaceniu albumu o koncertowe nagrania decydował po prostu brak pomysłów na nowe kompozycje. Lub też pośpiech, jak było w przypadku trzeciego albumu Savoy Brown. Muzycy koniecznie chcieli ukończyć i wydać longplay przed rozpoczęciem amerykańskiej trasy, a jedynym wyjściem było dogranie materiału podczas koncertu - konkretnie 6 grudnia 1968 roku w Leicester. Co ciekawe, zespół nie wystąpił wówczas w pełnym składzie - wokalista Chris Youlden cierpiał na zapalenie migdałków, w rezultacie czego jego obowiązki przejął gitarzysta Dave Peverett. Poradził sobie w tej roli całkiem nieźle. Bo chociaż, podobnie jak Youlden, Peverett dysponuje raczej przeciętnym głosem, to w przeciwieństwie do "etatowego" wokalisty Savoy Brown, jego barwa jest o wiele bardziej odpowiednia dla wykonywanej przez grupę muzyki.

Jednak to właśnie w tych trzech spontanicznie zarejestrowanych utworach (wypełniających całą stronę B winylowego wydania) grupa w pełni pokazuje na co ją stać. Koncertową część albumu rozpoczyna "May Be Wrong" - jedyny tutaj utwór autorstwa Peveretta, bardzo swobodny blues, w którym wszyscy muzycy mają spore pole do popisu. Jeszcze bardziej swobodnie jest w interpretacji "Louisiana Blues" Muddy'ego Watersa. Utwór nabrał prawdziwie hardrockowego ciężaru i czadu, a długie popisy solowe rozciągnęły go do dziewięciu minut, Może nie jest to poziom koncertowych improwizacji Cream... Ale też naprawdę niewiele niższy. Savoy Brown miał zresztą utrudnione zadanie, bo piątce muzyków na pewno trudniej się razem zgrać, niż triu. Na koniec czeka jeszcze bluesrockowy "It Hurts Me Too" (po raz pierwszy wykonany w 1940 roku przez Tampa Reda), w którym znów pojawiają się porywające solówki gitarowe.

Szkoda, że cały album nie został skompilowany z nagrań koncertowych. Bo zamieszczone na nim nagrania studyjne już tak dobre nie są. Już na sam początek pojawia się nużący, bezpłciowy "Train to Nowhere", który dodatkowo został "upopowiony" brzmieniem dęciaków. Kolejnym kawałkiem o którym można od razu zapomnieć jest sztampowy "She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand" (długość tytułu zdecydowanie nieproporcjonalna do zawartości muzycznej). Totalną porażką jest natomiast "Vicksburg Blues", oparty wyłącznie na akompaniamencie "barowego" pianina, ale drażniący przede wszystkim "rozciągniętą" partią wokalną. Do lepszych fragmentów zaliczyć można natomiast blues "Tolling Bells" i hardrockową przeróbkę "Don't Turn Me From Your Door" Johna Lee Hookera. Na żywo oba te utwory mogłyby jednak wypaść jeszcze lepiej.

"Blue Matter" jest zatem kolejnym albumem Savoy Brown, który pozostawia mieszane odczucia. Wyraźnie jest na nim słyszalne dlaczego grupa nigdy nie zyskała sławy na miarę chociażby wspominanego Cream. Niemniej jednak znalazło się tutaj sporo interesującej muzyki, która nie powinna pozostawić obojętnym żadnego sympatyka brytyjskiego bluesa.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)

1. Train to Nowhere; 2. Tolling Bells; 3. She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand; 4. Vicksburg Blues; 5. Don't Turn Me From Your Door; 6. May Be Wrong (live); 7. Louisiana Blues (live); 8. It Hurts Me Too (live)

Skład: Chris Youlden - wokal (1-5), gitara (5); Dave Peverett - wokal (6-8) i gitara; Kim Simmonds - gitara, pianino (2), harmonijka; Rivers Jobe - bass (1,2)Tony Stevens - bass (3,5-8); Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Gościnnie: Terry Flannery, Keith Martin, Alan Moore, Brian Perrin i Derek Wadsworth - instr. dęte (1); Mike Vernon - instr. perkusyjne (1)
Producent: Mike Vernon


30 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)



Do poprawy.

Ocena: /10



Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)

1. Flood in Houston; 2. Stay with Me Baby; 3. Honey Bee; 4. The Incredible Gnome Meets Jaxman; 5. Give Me a Penny; 6. Mr. Downchild; 7. Getting to the Point; 8. Big City Lights; 9. You Need Love

Skład: Chris Youlden - wokal; Kim Simmonds - gitara; Dave Peverett - gitara; Rivers Jobe - bass; Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Producent: Mike Vernon


29 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Shake Down" (1967)



Savoy Brown to jeden z licznych przedstawicieli brytyjskiego blues rocka, nienależący może do najbardziej znanych, chociaż jako jeden z niewielu wciąż działa (z gitarzystą Kimem Simmondsem jako jedynym członkiem oryginalnego składu) i pozostaje wierny swoim bluesowym korzeniom. Podobnie jak w przypadku wielu innych grup z tego nurtu, sporą część wczesnego repertuaru Savoy Brown stanowiły przeróbki utworów amerykańskich bluesmanów. Na debiutanckim albumie zespołu, zatytułowanym "Shake Down" znalazła się tylko jedna własna kompozycja, podpisana przez gitarzystę Martina Stone'a "The Doormouse Rides the Rails". To instrumentalny kawałek z porywającymi gitarowymi solówkami, będący dość swobodną - aczkolwiek skondensowaną do trzech i pół minuty - improwizacją muzyków.

Reszta albumu to już przeróbki bluesowych standardów. W tym aż trzy Williego Dixona ("I Ain't Superstitious", "Let Me Love You Baby" i "Little Girl"), poza tym muzycy sięgnęli między innymi do twórczości B.B. Kinga ("Rock Me Baby") i Alberta Kinga ("Oh! Pretty Woman"). Amerykańskie standardy w ich wersji nabrały zdecydowanie brytyjskiego charakteru. Wykonania są naprawdę dobre. Czasem grupa gra niemal z hardrockową żywiołowością ("Let Me Love You Baby", "High Rise", "Oh! Pretty Woman", "Shake 'Em on Down"), ale trochę bardziej klasycznego bluesa też się znajdzie ("I Ain't Superstitious", "Rock Me Baby", "Little Girl", "It's My Own Fault"), a kiedy trzeba, muzycy potrafią też zagrać bardziej nastrojowo, klimatycznie ("Black Night").

Album zdecydowanie wart polecenia wielbicielom takich wykonawców, jak John Mayall, Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Chicken Shack, czy Canned Heat.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Shake Down" (1967)

1. I Ain't Superstitious; 2. Let Me Love You Baby; 3. Black Night; 4. High Rise; 5. Rock Me Baby; 6. I Smell Trouble; 7. Oh! Pretty Woman; 8. Little Girl; 9. The Doormouse Rides the Rails; 10. It's My Own Fault; 11. Shake 'Em on Down

Skład: Brice Portius - wokal; Kim Simmonds - gitara; Martin Stone - gitara; Ray Chappell - bass; Leo Mannings - perkusja; Bob Hall - pianino (1,8,11)
Producent: Mike Vernon


26 grudnia 2014

[Artykuł] Podsumowanie roku 2014


Kolejny rok zbliża się ku końcowi, najwyższa więc pora na tradycyjne (w końcu już po raz trzeci) przedstawienie subiektywnej listy najlepszych albumów mijającego roku. Jaki on był? Przez pierwsze sześć miesięcy niewiele działo się na rynku wydawniczym; miałem poważne obawy, że w tym roku w ogóle będę musiał zrezygnować z podsumowania. W drugiej połowie roku było już znacznie lepiej, chociaż ilość wydanych wówczas albumów niekoniecznie przekładała się na jakość. Niemniej jednak udało mi się wybrać z nich dziesięć, a właściwie jedenaście, godnych uwagi pozycji (jedyny album z pierwszego półrocza, który brałem pod uwagę - "Blue Horizon" Wishbone Ash - ostatecznie nie znalazł się w zestawieniu). Czy będę do nich wracał w przyszłości? Obawiam się, że nie do wszystkich, ale kilka na pewno zostanie ze mną na dłużej.

W przeciwieństwie do podsumowań z poprzednich lat, tym razem przy ustalaniu kolejności nie brałem pod uwagę ocen, które wystawiłem w recenzjach. Przy ocenianiu nowości często staram się być w miarę obiektywny i wyrozumiały - daje im kredyt zaufania, tzn. pozytywną ocenę mimo mieszanych odczuć, bo istnieje możliwość, że przy kolejnych przesłuchaniach bardziej przypadną mi do gustu. Ale przeważnie nie dochodzi już do kolejnych przesłuchań. Zapominam o tych albumach i już nigdy ich nie słucham. Dlatego tym razem ważniejszym kryterium było czy - i jak często - wracałem do poszczególnych pozycji. Stąd też np. na siódmym miejscu znalazł się album z oceną 8/10, a na trzecim - z 6/10. Oczywiście częstotliwość słuchania nie była najważniejszym wyznacznikiem. Album z pierwszego miejsca wcale nie był tym najczęściej przeze mnie słuchanym. Decydującym kryterium była jakość danego wydawnictwa - oszacowana całkowicie subiektywnie.

Listę wszystkich recenzji albumów wydanych w 2014 roku znajdziesz pod tym linkiem.




Najlepsze albumy 2014:


10. Jack Bruce - "Silver Rails"

Prawdopodobnie przeoczyłbym fakt wydania tego albumu, gdyby nie śmierć Jacka Bruce'a zaledwie siedem miesięcy po premierze "Silver Rails". Longplay stał się tym samym muzycznym epitafium tego wybitnego muzyka, znanego przede wszystkim z supergrupy Cream, ale aktywnie działającego także po jej rozpadzie (chociaż od wydania poprzedniego w solowej dyskografii "More Jack than God" minęło aż jedenaście lat). Na "Silver Rails" Bruce nie obawiał się eksplorować nowych dla siebie rejonów (zaskakująco nowoczesny "Drone"), ale przede wszystkim nawiązywał do swojej przeszłości - nie mogło więc zabraknąć ani bluesa ("Rusty Lady" i najlepszy na albumie "Keep It Down" ze świetnymi organami Johna Medeskiego i porywającą gitarą Berniego Marsdena) ani hard rocka ("No Surrender"). Najwięcej tutaj jednak grania o balladowym charakterze. Z tych spokojniejszych fragmentów największe wrażenie robią ascetyczny "Industrial Child" oraz trochę żywsza "Don't Look Now", w której piękną, bardzo floydową solówkę zagrał syn Jacka, Malcolm.


9 . Uriah Heep - "Outsider"

Poważną wadą tego albumu jest mała ilość Uriah Heep w Uriah Heep. Z muzyków, którzy współtworzyli zespół w latach 70. (czasie jego największych - a właściwie jedynych - sukcesów), pozostał tylko gitarzysta Mick Box. Także pod względem stylistycznym jest to już zupełnie inna grupa - bez bogatych harmonii wokalnych i gitarowo-Hammondowych współbrzmień (brzmienia gitarowe wysuwają się tutaj na pierwszy plan, klawisze stanowią tylko tło), czyli charakterystycznych cech "oryginalnego" - żeby nie napisać "prawdziwego" -  Uriah Heep. Nazwa użyta jest więc tutaj wyłącznie ze względów marketingowych. A jednak, "Outsider" - 24. longplay sygnowany tą nazwą - to solidna porcja grania na pograniczu hard rocka i heavy metalu. Bez fragmentów wybitnych lub szczególnie porywających, jednak żaden wielbiciel klasycznego ciężkiego rocka nie może być zawiedziony takimi czadowymi kompozycjami, jak "The Law", "The Outsider", "Looking at You" czy "Say Goodbye" (w dwóch ostatnich pojawia się trochę przyjemnych brzmień organowych, kojarzących się - a jednak! - ze "starym, dobrym" Uriah Heep). Brakuje tutaj tylko "obowiązkowej" na takich płytach ballady. Ale może to i lepiej - muzycy z takim stażem mają skłonność do przesładzania tego typu nagrań.


8. Robert Plant - "Lullaby and... The Ceaseless Roar"

Podczas gdy Jimmy Page ogranicza swoją muzyczną działalność do produkowania kolejnych niepotrzebnych remasterów Led Zeppelin, Robert Plant wciąż tworzy premierową muzykę. Na swoich solowych albumach nie odcina kuponów od swojej przeszłości w Led Zeppelin, a eksploruje zupełnie inne muzyczne terytoria - czego najlepszym dowodem jest właśnie ten album. Zamiast ciężkiego bluesa, czy nawet akustycznego folku, otrzymujemy tutaj łagodną muzykę, przesiąkniętą afrykańskim klimatem. Dominują tutaj brzmienia etniczne i egzotyczne instrumenty, takie jak bendir, djembe, tehardant, kologo i ritti. Oczywiście, Plant nie odchodzi tutaj całkiem od muzyki rockowej; zdarzają się też utwory w których wyraźnie słychać gitary ( "Embrace Another Fall", "Turn It Up", "Somebody There" i "Up on the Hollow Hill"). Do najciekawszych kompozycji należy ascetyczna, ale bardzo przejmująca ballada "A Stolen Kiss", a także najbardziej dynamiczny i przebojowy "Somebody There". Nie wszystkie utwory trzymają jednak wysoki poziom, zdarzają się też mniej ciekawe fragmenty, jak banalny "House of Love", czy zbyt eksperymentalny "Arbaden (Maggie's Babby)".


7. Foo Fighters - "Sonic Highways"

Jedno z moich największych zaskoczeń tego roku - zespół, który dotychczas specjalizował się w tworzeniu radiowych hitów o bezwstydnie komercyjnym charakterze, nagle nagrał album przemyślany od początku do końca. Co prawda, sam koncept (dla przypomnienia: każdy utwór został nagrany w innym amerykańskim mieście, z udziałem pochodzących stamtąd muzyków i w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do muzycznych tradycji danego regionu), jest znacznie ciekawszy od zawartych tu kompozycji, niemniej jednak znalazłem tutaj kilka interesujących fragmentów. Single okazały się tym razem niezbyt porywające ("Something from Nothing", "The Feast and the Famine", "Congregation"), świetnej melodii nie można za to odmówić nagranemu w Los Angeles "Outside". Uwypuklona w miksie partia basu oraz solówka Joe'a Walsha z The Eagles od razu przypadły mi do gustu. Przebojowości, w dobrym tego słowa znaczeniu, nie można odmówić także "In the Clear", w którym rockowy czad został wzbogacony sekcją dętą (nagrywanie w Nowym Orleanie zobowiązuje). I w końcu muszę wspomnieć także o perełce w postaci "Subterranean" - spokojnej, akustycznej piosence, w której wspaniale udało się oddać charakter deszczowego Seattle.


6. Judas Priest - "Redeemer of Souls"

Legenda heavy metalu w świetnej formie. Pomimo odejścia K. K. Downinga - gitarzysty, jednego z głównych kompozytorów i współzałożyciela grupy - "Redeemer of Souls" okazał się najlepszym albumem Judas Priest od wielu, wielu lat. Co najmniej od czasu kultowego "Painkiller" z 1990 roku. Jeżeli ktoś się obawiał kolejnego pretensjonalnego i patetycznego albumu w stylu "Nostradamus" (2008), to musiał się mile rozczarować. "Redeemer of Souls" to longplay nagrany z myślą o wielbicielach klasycznych dokonań zespołu. Przygotowany w myśl zasady "dla każdego coś miłego". Oczywiście najwięcej tutaj nawiązań do albumów z lat 1980-84, czyli największej popularności Judas Priest (np. "Down in Flames", "Battle Cry"), albo do wspomnianego "Painkillera" (np. "Secrets of the Dead"), ale z drugiej strony znalazły się tutaj także utwory bliższe twórczości zespołu z lat 70. (bluesowo-hardrockowy "Crossfire", sabbathowy "March of the Damned"). Stylistycznie od reszty albumu nieco odstaje finałowa ballada "Beginning of the End" - ale na szczęście nie jest to żadna ckliwa "pościelówka", a przyjemny, spokojny utwór.


5. Overkill - "White Devil Armory"

Overkill to dziś czołowy przedstawiciel thrash metalu, który wciąż ma coś do zaoferowania - w przeciwieństwie do tzw. "Wielkiej Czwórki", której przedstawiciele od lat odcinają kupony od swoich dokonań z lat 80., bo współcześnie nie tworzą niczego wartościowego. Albo w ogóle niczego nowego nie tworzą. Tymczasem Overkill regularnie co dwa lata dostarcza fanom nowe albumy, które nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. W obecnie trwającej dekadzie jeszcze bardziej podniósł sobie poprzeczkę, najpierw wydając rewelacyjny "Ironbound" (2010), na którym muzycy zaprezentowali swoje bardziej progresywne oblicze, a następnie "The Electric Age" (2012), pokazujący bardziej agresywną twarz zespołu. Najnowsze dzieło Overkill, "White Devil Armory", jest swego rodzaju podsumowaniem obu poprzednich albumów, ich syntezą. Z jednej strony znalazły się tutaj stricte thrash metalowe, rozpędzone i agresywne czady (np. "Armorist", "Where There's Smoke...", "King of the Rat Bastards"), jak i kompozycje wolniejsze, bardziej rozbudowane - czasem mogące kojarzyć się z twórczością Black Sabbath ("Bitter Pill"), a kiedy indziej z klasycznym heavy metalem ("In the Name"). Dzięki tej różnorodności, "White Devil Armory" powinien zachwycić wszystkich wielbicieli thrash metalu, bez względu na to, jaką jego odmianę preferują.


4. Blues Pills - "Blues Pills"

Najlepszy tegoroczny debiut został nagrany przez szwedzko (wokalistka) - francusko (gitarzysta) - amerykański (sekcja rytmiczna) zespół Blues Pills, czerpiący garściami z muzyki przełomu lat 60. i 70., przede wszystkim blues rocka i rocka psychodelicznego. Młodym muzykom nieobce są dokonania Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Cream, Jimiego Hendrixa, Free czy Led Zeppelin. Największym atutem zespołu jest natomiast utalentowana wokalistka Elin Larsson, dysponująca barwą głosu zbliżoną do Janis Joplin (w bardziej zadziornych fragmentach) lub Adele (w tych bardziej subtelnych).
Na albumie dominuje dość surowe, bardzo energetyczne i niezbyt złożone granie (np. singlowe "High Class Woman" i "Devil Man"), ale grupa potrafi także urzec bardziej klimatycznym, balladowym graniem (np. "River", "Astraplane", "Little Sun"). W przekonujący sposób potrafią także połączyć oba te oblicza, czego dowodem jedyny trochę (ale naprawdę tylko "trochę") bardziej skomplikowany kawałek - "Black Smoke". Wszystko to razem tworzy naprawdę udaną całość. Dla wielbicieli klasycznego rocka - szczególnie tego z bluesowym pierwiastkiem - pozycja obowiązkowa.


3. Pink Floyd - "The Endless River"

Prawdopodobnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna premiera tego roku - dla jednych arcydzieło, dla innych - niepotrzebnie wydane odrzuty. Prawda leży gdzieś pośrodku. Im więcej jednak czytałem tych negatywnych opinii na temat "The Endless River", tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to album genialny. Nie, nie pod względem muzycznym. Genialny, ponieważ wkurzył wszystkich, którzy mieli z góry wyrobione oczekiwania jaka muzyka powinna się na nim znaleźć, a potem się rozczarowali, bo okazało się, że jego zawartość nie przypomina niczego, co zespół wcześniej nagrał. A przecież to własnie było zawsze istotą Pink Floyd - ciągły rozwój. Nigdy nie nagrali albumu, który brzmiał jak coś z przeszłości. Zawsze poszukiwali nowych środków wyrazu (pierwszy z brzegu przykład - po zdominowanym przez brzmienia klawiszowe i subtelne gitarowe solówki albumie "Wish You Were Here", nagrali bardzo gitarowy, agresywny "Animals").
Pozostaje pytanie czy to, co zaprezentowali tym razem, jest dobre. Niestety, nie do końca. Zdarzają się fragmenty bardzo dobre i rewelacyjne (przede wszystkim "It's What We Do", "Allons-y", "Autumn '68", oraz "Talkin Hawkin'", w których słychać przebłyski dawnego geniuszu), ale też bardzo słabe (banalne "Louder Than Words", "Anisina" i "Surfacing"). Irytować może też zbyt duża ilość ambientowych przerywników, w których prawie nic się nie dzieje - dlatego lepiej słuchać "The Endless River" jako całości, bez zwracania uwagi na sztuczny podział na ścieżki.


2. Lunatic Soul - "Walking on the Flashlight Beam"

Czwarty album Lunatic Soul znacznie różni się od wcześniejszych, folkowo-etnicznych albumów zespołu. Na "Walking on the Flashlight Beam" Mariusz Duda skierował się w stronę brzmień elektronicznych... Spokojnie, nie jest to żadne techno ani inne tego typu wynalazki, a raczej granie z okolic Depeche Mode (wpływ tej grupy jest szczególnie słyszalny w singlowym "Cold"), z prawdziwą perkusją i istotną rolą gitary. Rockowi słuchacze nie powinni mieć zatem większych problemów z zaakceptowaniem zawartej tu muzyki.
Najciekawsze fragmenty albumu to: powoli się rozwijający "Shutting Out the Sun"; przebojowy, niemal piosenkowy "Treehouse"; oraz przepiękny tytułowy "Walking on a Flashlight Beam".



1. Opeth - "Pale Communion"

Nigdy nie przepadałem za elementami death metalowymi (szczególnie zaś za growlem) w twórczości Opeth, zawsze natomiast podobały mi się te spokojniejsze fragmenty, zdradzające inspirację rockiem progresywnym. Pierwszym albumem, na którym grupa całkowicie zrezygnowała z elementów metalowych, był "Damnation" z 2003 roku - ale ten longplay był akurat dopełnieniem wydanego rok wcześniej "Deliverance" (oba zostały nagrane podczas jednej sesji i początkowo miały tworzyć całość). Nieco inaczej wygląda sprawa z przedostatnim w dyskografii "Heritage" (2011), który jasno dawał do zrozumienia, że muzyków znudziło granie ekstremalnej muzyki. Niestety, dając wyraz swojej fascynacji rockiem progresywnym z lat 70., stracili wszystkie rozpoznawalne cechy swojego stylu. Na szczęście, na "Pale Communion" problem ten udało się całkowicie rozwiązać. To znów album przesiąknięty muzyką sprzed czterdziestu lat (szczególnie w moich ulubionych "Eternal Rains Will Come" i "River", w których mamy i fantastycznie przebojowe melodie, i dużo progrockowego kombinowania). Tym razem jednak jest też sporo charakterystycznego dla Opeth klimatu (np. "Elysian Woes" spokojnie mógłby trafić na wspomniany "Damnation"). Wróciły nawet patenty metalowe ("Cusp of Eternity" w całości oparty jest na metalowym riffie, dużo ciężkich brzmień pojawia się także np. w "Moon Above, Sun Below"), ale na szczęście Mikael Åkerfeldt ani przez chwilę nie stosuje tutaj growlu.
"Pale Communion" to według mnie najlepszy longplay w dyskografii Opeth, z największym naciskiem położonym na zapadające w pamieć melodie, ale jednocześnie ambitny w warstwie instrumentalnej.




Specjalne wyróżnienie:


Queen - "Live at the Rainbow '74"

Album ten umieściłem poza rankingiem, ponieważ w przeciwnym razie musiałby znaleźć się na jego podium. A obecność na nim albumu koncertowego - i to nagranego 40 lat temu - byłaby trochę niesprawiedliwa wobec albumów z premierowym materiałem zarejestrowanym współcześnie.
Nie ukrywam jednak, że to właśnie "Live at the Rainbow '74" najbardziej mnie w tym roku zachwycił. To genialny dokument czasów, kiedy koncerty były czymś o wiele bardziej wyjątkowym, niż obecnie. Muzycy nie ograniczali się wówczas do odgrywania utworów tak, jak zostały nagrane w studiu. Albumowe wersje były tylko punktem wyjścia do tworzenia tych utworów praktycznie na nowo. Często nabierały dzięki temu zupełnie innego charakteru, nowej jakości. Nie inaczej jest w tym przypadku. A ponadto, "Live at Rainbow '74" pokazuje Queen w ciekawym momencie kariery. Jeszcze przed wydaniem przełomowego albumu "A Night at the Opera" i przed komercyjnym sukcesem singla "Bohemian Rhapsody". W 1974 roku zespół wciąż musiał ciężko pracować, aby zwrócić na siebie uwagę. Dlatego muzycy grają tu z niesamowitym zaangażowaniem. Te wczesne, w większości jeszcze stricte hardrockowe, utwory grupy zyskały tutaj niesamowitą energię. Wręcz rozsadzającą takie kompozycje, jak "Son and Daughter", "Father to Son", "Liar", "Stone Cold Crazy" czy "Modern Times Rock'n'Roll". Ale kiedy trzeba, jest też bardzo nastrojowo ("White Queen (As It Began)"), lub po prostu przebojowo ("Keep Yourself Alive", "Seven Seas of Rhye", "Killer Queen"). Dziś już nikt nie nagrywa takich koncertówek.




Albumy, które kupiłem w tym roku:

  1. Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" LP (1970)
  2. Black Sabbath - "The Eternal Idol" LP (1986)
  3. Black Sabbath - "Tyr" LP (1990)
  4. Blind Faith - "Blind Faith" LP (1969)
  5. Cream - "The Best of Cream" LP (1984)
  6. Deep Purple - "Made in Europe" LP (1976)
  7. Dio - "The Last in Line" LP (1984)
  8. Genesis - "Nursery Cryme" LP (1971)
  9. Genesis - "Foxtrot" LP (1972)
  10. Iron Maiden - "Sanctuary" SP (1980; reedycja 2014)
  11. Iron Maiden - "Maiden England '88" DVD (2013)
  12. Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" LP (1976)
  13. Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" LP (1986)
  14. Pink Floyd - "The Division Bell" LP (1996; reedycja 2014)
  15. Pink Floyd - "The Endless River" LP (2014)
  16. Queen - "Queen" LP (1973)
  17. Queen - "Queen II" LP (1974)
  18. Queen - "Live Killers" LP (1979)
  19. Queen - "Live at the Rainbow '74" LP (2014)
  20. Queen - "Live at the Rainbow '74" DVD (2014)
  21. Rainbow - "Live in Munich 1977" DVD (2006)
  22. Rush - "2112" LP (1976)
  23. Rush - "Archives" LP (1978)
  24. Rush - "Moving Pictures" LP (1981)
  25. Rush - "Signals" LP (1982)
  26. Rush - "Grace Under Pressure" LP (1984)
  27. Scorpions - "Lovedrive" LP (1979)
  28. Scorpions - "Best of Rockers N' Ballads" LP (1989)
  29. Thin Lizzy - "Bad Reputation" LP (1977)
  30. Whitesnake - "Lovehunter" LP (1979)
  31. Whitesnake - "Ready an' Willing" LP (1980)
  32. Whitesnake - "Live... in the Heart of the City" LP (1980)
  33. Whitesnake - "Come an' Get It" LP (1981)



2015?


Na chwilę obecną, na 2015 rok zapowiedziane zostały tylko dwa interesujące mnie albumy: 23 lutego ukaże się "Return to Forever" grupy Scorpions, a cztery dni później "Hand. Cannot. Erase." Stevena Wilsona (lidera Porcupine Tree). Po Scorpionsach nie spodziewam się wiele - tym bardziej, że od 30 lat nie nagrali niczego naprawdę interesującego, a promujący "Return to Forever" na singlu utwór "We Built This House" jest wyjątkowo kiepski, nawet na tle ostatnich dokonań zespołu (najbliżej mu chyba do przesłodzonego albumu "Pure Instinct"). Nie mogę się natomiast doczekać drugiego z tych albumów, zwłaszcza że poprzednie dzieło Wilsona, zeszłoroczny "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)", jest jednym z najlepszych albumów ostatnich lat.

Nowe albumy na przyszły rok zapowiadają także m.in. Black Sabbath, Deep Purple, David Gilmour, Faith No More, Slayer, Megadeth i Testament; nie są znane jednak żadne szczegóły na ich temat. Osobiście najbardziej czekam na to, żeby w końcu ukazał się nowy album Iron Maiden - od premiery "The Final Frontier" minęły już ponad cztery lata, co jest największą przerwą wydawniczą w przypadku tej grupy. Nadzieję, że zespół w końcu wyda coś premierowego, zwiększa niedawno opublikowana kartka świąteczna:



22 grudnia 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Cream

Cream - pierwsza supergrupa, stworzona przez dwóch jazzmanów (Jack Bruce i Ginger Baker) i bluesmana (Eric Clapton), którzy wspólnymi siłami położyli fundamenty hard rocka. To jeden z najbardziej nowatorskich i inspirujących zespołów w dziejach muzyki rockowej. I chociaż trio najlepsze efekty osiągało na koncertach - szczególnie podczas niczym nie skrępowanych, porywających improwizacji, których podstawą były bluesowe standardy (np. "Spoonful" Williego Dixona, "I'm So Glad" Skipa Jamesa, czy "Cross Road Blues" Roberta Johnsona) - to pozostawiło po sobie także sporo interesującego, autorskiego materiału studyjnego. W poniższym tekście opisałem dziesięć najciekawszych (niekoniecznie pod względem muzycznym) kompozycji Cream.

Cream: Jack Bruce, Ginger Baker i Eric Clapton.


1. "Wrapping Paper" (niealbumowy singiel, 1966)

Pierwszy singiel zespołu, z muzyką Jacka Bruce'a i tekstem poety Pete'a Browna. Pisanie tekstów nie było naszą mocną stroną - przyznawał Ginger Baker, tłumacząc dlaczego zespół korzystał z usług tekściarza spoza grupy. To właśnie perkusista zadzwonił do Browna, który początkowo miał pisać teksty do jego utworów - szybko jednak się okazało, że Brownowi znacznie lepiej współpracuje się z Brucem. Doskonale się rozumieliśmy - przyznawał Brown. Czasem się kłóciliśmy, ale od początku było nam pisane artystyczne porozumienie. Bruce natomiast wyjaśniał: Pete pisał słowa, a ja pilnowałem, by można je było wyśpiewać.
Utwór "Wrapping Paper" znacznie odstaje od psychodeliczno-bluesrockowego stylu Cream, utrzymany jest bardziej w jazzowo-rhythm and bluesowym stylu. Podobał mi się pomysł wydania "Wrapping Paper" na pierwszym singlu - mówił Eric Clapton. Nie taką muzykę chciałem grać, ale liczył się efekt zaskoczenia. Oto nam chodziło. Zupełnie inne podejście miał Baker: "Wrapping Paper" to najbardziej przerażające gówno, jakie słyszałem w moim życiu - mówił. Byłem mu całkowicie przeciwny, od samego początku. Singiel odniósł jednak umiarkowany sukces, dochodząc do 34. miejsca na brytyjskim notowaniu.


2. "I Feel Free" (niealbumowy singiel, 1966)

Największy singlowy przebój Cream w Wielkiej Brytanii - 11. miejsce na tamtejszym notowaniu. W Europie utwór został wydany tylko na małej płycie, natomiast w Stanach został włączony do repertuaru albumu "Fresh Cream" (zamiast coveru "Spoonful"). Pomimo sukcesu, jaki osiągnął, "I Feel Free" nie był wykonywany przez grupę na koncertach, był natomiast prezentowany podczas występów radiowych i telewizyjnych. Był natomiast grany przez Jacka Bruce'a (kompozytora utworu), na solowych koncertach po rozpadzie Cream. W 1986 roku basista nagrał także nową studyjną wersję "I Feel Free", przeznaczoną do reklamy samochodu Renault 21.
Pod względem muzycznym, utwór utrzymany jest w typowym dla wczesnego Cream stylu - stanowi połączenie psychodelicznego popu i blues rocka.


3. "Toad" (z albumu "Fresh Cream", 1966)

Utwór Gingera Bakera, składający się głównie z jego perkusyjnej solówki (jednej z pierwszych, jakie zostały zarejestrowane na studyjny album rockowy), poprzedzonej i zakończonej krótkim riffem granym przez całe trio. "Toad" był stałym punktem koncertów grupy, a perkusyjne solo rozrastało się na nich do kilkunastu minut (vide wersja z koncertowej płyty albumu "Wheels of Fire"). Baker wykonywał ten utwór także ze swoim późniejszym zespołem Ginger Baker's Air Force.
"Toad" stał się jednym z najbardziej inspirujących utworów dla rockowych perkusistów. Pod jego wrażeniem byli m.in. John Bonham i Bill Ward, czego dowodem są utwory "Moby Dick" Led Zeppelin i "Rat Salad" Black Sabbath, powielające strukturę "Toad".


4. "Strange Brew" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Pierwszym utworem, który zespół zagrał podczas sesji nagraniowej na drugi album, był cover "Hey Lawdy Mama" Buddy'ego Mossa z 1934 roku. Pomysł wziął się z płyty, którą nagrali Buddy Guy i Junior Wells - wyjaśniał Eric Clapton. Jest tam utwór "Hey Lawdy Mama", ale riff gitary pochodzi z piosenki "Everything's Going to Be Alright" Little Waltera.
Producent albumu "Disraeli Gears", Felix Pappalardi, odrzucił pomysł umieszczenia na nim tego coveru, jednak wraz ze swoją żoną, Gail Collins, stworzył własny utwór, "Strange Brew", oparty na tym samym riffie. Z 12-taktowego bluesa zrobił popową piosenkę w stylu Paula McCartneya - tłumaczył Clapton (dopisany do utworu jako współkompozytor). Trochę wściekałem się z powodu ostatecznego brzmienia, ale szanowałem Felixa za to, że wiedział jak się za to zabrać. Na mocy niepisanej umowy, godząc się na popowy kawałek, mogłem zagrać solówkę w stylu Alberta Kinga.
"Strange Brew" został wydany na pierwszym singlu promującym album i stał się jednym z największych przebojów grupy (17. miejsce w Wielkiej Brytanii). Co jednak ciekawe, utwór nie był wykonywany przez grupę na koncertach - muzycy preferowali granie "Hey Lawdy Mama".


5. "Tales of Brave Ulysses" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kompozycja Erica Claptona, z tekstem Martina Sharpa, który był także autorem okładki albumu "Disraeli Gears". Kiedy poznałem Erica, nie słyszałem o Cream, nie znałem ich muzyki - wspominał Sharp. To był przypadek. Powiedziałem, że właśnie wymyśliłem tekst. Eric na to, że napisał utwór. Zapisałem więc słowa na serwetce i zostawiłem swój adres. Pomyśleć, że tekst pasował do tej muzyki. To jak przeznaczenie. Wyjaśniał także, co zainspirowało go do napisania tego tekstu: Właśnie wróciłem z Balearów, byłem na Ibizie i i Formenterze. Ktoś mi powiedział, ze to właśnie tam syreny zwodziły Odyseusza śpiewem. Po powrocie do Londynu tęskniłem za tamtejszym latem. Napisałem więc tekst, mając w głowie piosenkę Leonarda Cohena "Susanne", ale w wykonaniu Judy Collins. Uwielbiam tę wersję.
Napisał [te] słowa na skrawku papieru, a Jack wymyślił linię wokalną na podstawie gitarowego riffu - wyjaśniał Clapton. Jakiś rok wcześniej Lovin' Spoonful nagrali "Summer in the City". Słuchaliśmy tej grupy, szczególnie ja. na gitarze grał tam Zal Yanovsky. Jego riff był punktem wyjścia.
Dzień przed napisaniem muzyki, Clapton odkrył efekt wah-wah. Jego użycie na albumie zaproponował producent, Felix Pappalardi, który osobiście zaprowadził Erica do sklepu z instrumentami. Sprzedawca zaproponował mi efekt pedałowy, który przypomina płacz dziecka - wspominał gitarzysta. Przekonał mnie. Taki efekt dobrze wpływa na brzmienie. Wah-wah tworzy klimat; w samej muzyce niczego nie zmienia. Wzbogaca brzmienie.
Trio regularnie wykonywało "Tales of Brave Ulysses" podczas koncertów. Utwór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych w dorobku grupy, chociaż nigdy nie został wydany na stronie A singla. Eric przyniósł singiel "Strange Brew" z utworem "Tales of Brave Ulysses" na stronie B, co mnie trochę rozczarowało - wspominał Sharp.


6. "Sunshine of Your Love" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Jeden z najsłynniejszych gitarowych riffów wszech czasów został wymyślony przez Jacka Bruce'a na kontrabasie, po całonocnej próbie napisania jakiegoś utworu. W końcu wstał, chwycił kontrabas i spytał: "Co sądzisz o tym?" - wspominał Pete Brown. Spojrzałem za okno i powiedziałem: "Zbliża się świt". Stało się to zalążkiem tekstu, który potem napisał. To jeszcze nie była piosenka, zaledwie [sam] riff - mówił Bruce. Wkrótce potem, podczas próby, zagrałem to Ericowi, który dorzucił coś od siebie. Po złączeniu tych dwóch części, powstało "Sunshine of Your Love". Ta piosenka ma pewną pierwotną jakość, która pociąga ludzi. Riff wnika bardzo głęboko. Clapton potwierdzał: Jack miał już linię basu. Przeniosłem to do rejestru gitary i dodałem akordy. Pojawiły się współbrzmienia. Gitarzysta wymyślił także melodię refrenu. W rezultacie, "Sunshine of Your Love" jest jedynym utworem Cream, którego autorstwo jest przypisane jednocześnie Bruce'owi, Brownowi i Claptonowi.
Utwór był drugim singlem promującym album "Disraeli Gears" - w Wielkiej Brytanii utwór doszedł do 25. miejsca notowania, był też pierwszą małą płytą tria, która została odnotowana w Stanach - na 5. miejscu, co miało okazać się największym singlowym sukcesem Cream na tamtejszym rynku.
"Sunshine of Your Love" był stałym punktem koncertów grupy, a po jej rozpadzie Jack Bruce i Eric Clapton chętnie wykonywali go na swoich solowych koncertach; był także wykonywany przez grupę Blind Faith, w której grali Clapton i Ginger Baker.


7. "SWLABR" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kolejna kompozycja autorstwa Bruce'a i Browna. Tajemniczy tytuł jest akronimem słów "She Walks Like a Bearded Rainbow" (lub "She Was Like a Bearded Rainbow"). "SWLABR" to rzecz o kimś, kto porównuje ukochaną z Mona Lisą, a potem zaczyna niszczyć jej obraz - wyjaśniał Brown. Pojawia się tu dość zwyrodniały tekst o tęczy z brodą. Głównie chodzi o zemstę kogoś, kto został porzucony. Blues w dużej mierze dotyczy wojny płci, a to tylko jeden z jej epizodów.
Zespół nie wykonywał tego utworu na żywo, z wyjątkiem radiowych sesji.


8. "White Room" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Kolejny przebój Cream (6. miejsce w Stanach, 28. w Wielkiej Brytanii, a także szczyt notowania w... Australii), napisany przez Jacka Bruce'a i Pete'a Browna. Najpierw powstała muzyka - wyjaśniał drugi z nich. Napisany przez niego, bardzo poetycki tekst dotyczy mieszkania, do którego właśnie się wprowadził. To cud, że to zadziałało, jeśli wziąć pod uwagę, że to monolog o nowym mieszkaniu - mówił.
Poza muzykami zespołu, w nagraniu wystąpił także producent Felix Pappalardi, grający na altówce.
"White Room" był stałym punktem koncertów grupy podczas jej pożegnalnej trasy, granym na rozpoczęcie każdego występu. Znalazł się także w repertuarze występów tria w 2005 roku - jedynych jakie zagrali razem po rozpadzie w 1968 roku. "White Room" był także regularnie wykonywany na solowych koncertach przez Jacka Bruce'a i Erica Claptona.
W 2001 roku Bruce nagrał nową, inspirowaną muzyką latynowską, wersję studyjną "White Room" na swój solowy album "Shadows in the Air". W nagraniu oprócz niego wystąpił także Clapton.


9. "Politican" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Utwór (jak większość w autorskim repertuarze Cream podpisany przez Bruce'a i Browna) powstał podobno gdy zespół czekał na swój występ w BBC. Jest to jeden z pierwszych utworów w muzyce rockowej, w którym pojawia się kilka partii gitar nałożonych na siebie, granych przez jednego gitarzystę (oczywiście było to możliwe tylko w nagraniu studyjnym).
Jack Bruce, zapytany niedawno czy inspiruje go polityka, odparł: Nie, ale dotyka tych spraw, które powinny być ważne dla każdego człowieka. Bo jeśli nie podejmiemy odpowiednich działań mających na celu rozwiązanie globalnych problemów, nasz gatunek może nie przetrwać. Uważam, że artyści powinni zwrócić uwagę na takie sprawy w swojej twórczości. Robiłem to już wcześniej, podczas pisania piosenek dla Cream.
Utwór był grany na żywo podczas pożegnalnej trasy z 1968 roku, a także na występach w 2005 roku. W wersji zarejestrowanej na żywo jest dostępny m.in. na koncertowo-studyjnym albumie "Goodbye". Był także regularnie wykonywany na solowych występach przez Jacka Bruce'a.


10. "Badge" (z albumu "Goodbye", 1969)

Utwór został napisany przez Erica Claptona z pomocą George'a Harrisona, który ponadto zarejestrował w nim partię gitary rytmicznej. Z przyczyn kontraktowych Harrison musiał wystąpić pod pseudonimem L'Angelo Misterioso. Warto dodać, że rok wcześniej, Clapton zagrał solówkę na "Białym" albumie Beatlesów, w utworze Harrisona "While My Guitar Gently Weeps".
Tytuł "Badge" (czyli "odznaka", "znaczek", itp.) nie ma żadnego związku z tekstem utworu. Podobno Clapton źle przeczytał napisane przez George'a słowo "bridge", oznaczające tzw. "mostek", czyli przejście w utworze. Pomogłem Ericowi napisać "Badge" - wspominał Harrison. Każdy z nich [muzyków Cream] miał napisać po jednym utworze na album "Goodbye", a Eric nie potrafił skończyć swojego. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, kiedy pisałem tekst. Gdy doszedłem do środkowej części, napisałem "bridge", a Eric, czytający to do góry nogami, wybuchł śmiechem i zapytał: "Co ma do tego odznaka?". Następnie dołączył do nas pijany Ringo [Starr] i dorzucił wers o łabędziach żyjących w parku.
Na pierwszym wydaniu albumu "Goodbye" autorstwo utworu zostało przypisane wyłącznie Claptonowi, dopiero na kolejnych została dodana informacja o współautorstwie Harrisona. Ringo Starr nigdy nie został dopisany jako współtwórca.
"Badge" został wydany na singlu, który osiągnął sukces przede wszystkim w Wielkiej Brytanii (18. miejsce), w Stanach cieszył się mniejszym powodzeniem (60. pozycja). Utwór był grany podczas występów Cream w 2005 roku; należy także do stałych punktów solowych koncertów Claptona.




Główne źródła cytatów:
1. Klasyczne albumy rocka - Cream - "Disraeli Gears", reż. Matthew Longfellow, Wielka Brytania, 2006
2. Bruce Jack, Jack Bruce - Silver Rails, rozm. przepr. Paweł Urbaniec, "Jazz Forum" 2014, nr. 3
3. Harrison George, George Harrison Interview, rozm. przepr. Mitchell Glazer, "Crawdaddy Magazine" 1977, nr. 2

18 grudnia 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Silver Rails" (2014)



Album "Silver Rails" ukazał się w marcu tego roku - jedenaście lat po poprzednim albumie w dyskografii Jack Bruce'a ("More Jack than God") i zaledwie siedem miesięcy przed jego śmiercią. Tym samym niniejszy longplay pozostaje muzycznym epitafium tego wybitnego, ale często niedocenianego muzyka. Zarówno on sam, jak i jego twórczość, często były pomijane w przeróżnych rankingach, mimo że był jednym z najbardziej inspirujących basistów. To właśnie Bruce zrewolucjonizował grę na gitarze basowej, używając jej nie tylko jako instrumentu rytmicznego, ale także solowego i melodycznego. Natomiast albumy, które nagrał pod koniec lat 60. z supergrupą Cream, to kamienie milowe zarówno muzyki rockowej, jak i bluesowej (sam Bruce uważał się jednak przede wszystkim za jazzmana).

Wróćmy jednak do teraźniejszości. Na sesję nagraniową "Silver Rails" Bruce zaprosił imponujący "zestaw" muzyków - m.in. gitarzystów Phila Manzanerę (znanego przede wszystkim z Roxy Music, ale też z współpracy z Davidem Gilmourem i Pink Floyd), Uliego Jona Rotha (ex-Scorpions), Robina Trowera (ex-Procol Harum) i Berniego Marsdena (ex-Whitesnake), a także klawiszowca Johna Medeskiego (z jazzowego tria Medeski Martin & Wood, współpracującego także z Johnem Zornem). Nie można też nie wspomnieć, że większość tekstów (z wyjątkiem "Candlelight" i "Hidden Cities") napisał Pete Brown, z którym Bruce współpracował już od czasu Cream. To właśnie Brown stworzył teksty do takich utworów, jak "I Feel Free", "Sunshine of Your Love", "White Room" czy "Politican".

Album "Silver Rails" rozpoczyna się od spokojnego "Candlelight", zdominowanego przez brzmienia dęciaków i organów, pojawia się też zgrabna - ale zdecydowanie za krótka - solówka Manzanery. Ogólnie jest to dość przyjemny kawałek, ale przykro się go słucha ze względu na zniszczony wokal Bruce'a. Nigdy nie był on wybitnym wokalistą, ale na tym albumie wyraźnie daje się we znaki jego wiek i ciągnąca się od lat choroba... Spokojnie jest także w kolejnym utworze, "Reach for the Night" - bluesowej balladzie zwracającej uwagę partiami Medeskiego na organach Hammonada i solówką Dereka Nasha na saksofonie. To jeden z najpiękniejszych fragmentów longplaya, nawet mimo bardziej mówionej niż śpiewanej partii wokalnej. W ogóle dużo tutaj takich spokojniejszych kompozycji. Znalazły się tu bowiem jeszcze dwie fortepianowe ballady, "Don't Look Now" i bardziej ascetyczna "Industrial Child". Uwagę przyciąga przede wszystkim pierwsza z nich, za sprawą pięknej, nieco gilmourowskiej solówki. Co ciekawe, nie zagrał jej żaden ze słynnych gitarzystów, wymienionych wyżej, a syn Jacka, Malcolm.

Odrobinę bardziej dynamicznego grania przynosi "Fields of Forever", ale to akurat najbardziej nijaki i banalny fragment longplaya. Nie przekonuje także "Hidden Cities", w którym ciężki riff Rotha łagodzony jest żeńskim chórkiem wspierającym wokalnie Bruce'a. Udanym fragmentem jest natomiast ostry blues "Rusty Lady", nagrany z udziałem Trowera. Chociaż może trochę za bardzo słychać tutaj podobieństwo do "Politican" Creamu - zarówno muzycznie, jak i tekstowo (bohaterką jest zmarła w zeszłym roku Margaret Thatcher). Nie wszystkie jednak utwory nawiązują do przeszłości Jacka. Pojawia się tutaj bowiem także zaskakująco nowoczesny "Drone", z dziwnie przesterowaną partią basu na pierwszym planie i "mechaniczną" partią wokalną. Najlepszymi fragmentami albumu są jednak według mnie dwa ostatnie utwory: bardzo chwytliwy blues "Keep It Down" - z pięknym Hammondowym tłem, mocną grą sekcji rytmicznej i wspaniałymi gitarowymi popisami Marsdena - a także najmocniejszy na albumie "No Surrender" - jedyny fragment przypominający o hard rockowej przeszłości Bruce'a; także w tym utworze można podziwiać umiejętności byłego muzyka Whitesnake.

"Silver Rails" to zróżnicowany album (niestety, nie tylko pod względem stylistycznym, ale też jakościowym), pokazujący jak wszechstronnym muzykiem był Jack Bruce. Dobrze, że ten album został nagrany. Szkoda tylko, że tak późno.

Ocena: 6/10



Jack Bruce - "Silver Rails" (2014)

1. Candlelight; 2. Reach for the Night; 3. Fields of Forever; 4. Hidden Cities; 5. Don't Look Now; 6. Rusty Lady; 7. Industrial Child; 8. Drone; 9. Keep It Down; 10. No Surrender

Skład: Jack Bruce - wokal i bass, pianino (3-5,7), melotron (9,10)
Gościnnie: Phil Manzanera - gitara (1); Tony Remy - gitara (1-3,7); John Medeski - organy (1,2,4,5,9), melotron (5); Frank Tontoh - perkusja (1-3,5,6,9); Milos Pál - djembe (1), perkusja (8); Rob Cass - instr. perkusyjne (1,3,6); Derek Nash - saksofon (1-3); Winston Rollins - puzon (1,3); Russell Bennett - trąbka (1,3); Malcolm Bruce - gitara (2,5,6); Pearse MacIntyre - gitara (3); Uli Jon Roth - gitara (4); Cindy Blackman-Santana - perkusja (4,10); Aruba Red, Chantelle Nandi, Julie Iwheta i Kyla Bruce - dodatkowy wokal (4); Robin Trower - gitara (6); Bernie Marsden - gitara (9,10)
Producent: Rob Cass


8 grudnia 2014

[Recenzja] Royal Blood - "Royal Blood" (2014)



Jeżeli młody zespół wychwalany jest m.in. przez Jimmy'ego Page'a, a wielu recenzentów nazywa jego album "debiutem roku" lub nawet "płytą roku", to... To jeszcze nie koniecznie znaczy, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Niemniej jednak warto sprawdzić, co wywołuje takie emocje. A wywołuje je brytyjski duet o pretensjonalnej nazwie Royal Blood. Duet? Aby osiągnąć pełne rockowe brzmienie potrzebna jest przynajmniej trójka muzyków (gitarzysta, basista i perkusista), chociaż zdarzały się już - szczególnie w ostatnich latach - rockowe składy okrojone zaledwie do dwóch muzyków, żeby wymienić tylko The White Stripes czy The Black Keys. W obu przypadkach zespół składa(ł) się z śpiewającego gitarzysty i perkusistki/ty. Royal Blood zmieniają ten schemat, zastępując śpiewającego gitarzystę śpiewającym basistą.

Zespół składający się z samej sekcji rytmicznej na pozór wydaje się czymś niesamowicie oryginalnym, a wręcz nieprawdopodobnym (nawet jeśli już pod koniec lat 60. Jack Bruce w nagraniach Cream pokazał, że gitara basowa może być wykorzystana jako instrument solowy i melodyczny). W tym wypadku jest to jednak tylko trik, mający wzbudzić zainteresowanie wokół duetu. Mike Kerr równie dobrze mógłby grać na gitarze, bowiem brzmienie jego basu jest tak zmodyfikowane, że praktycznie nie można go odróżnić od brzmienia gitary elektrycznej. A zatem mamy tu do czynienia nie tyle z oryginalnością, co grubymi nićmi szytym chwytem marketingowym. A trzeba przyznać, że o promocję Royal Blood ktoś naprawdę dba. Jeszcze zanim muzycy cokolwiek wydali, perkusista Arctic Monkeys ubrał na koncert koszulkę z ich logo - w ten sposób popyt na produkt wytworzył się jeszcze zanim trafił on do sprzedaży.

Niech będzie jasne - nie potępiam Royal Blood za to, że próbują zwrócić na siebie uwagę w ten sposób. Każdy początkujący zespół musi zadbać o promocję. Nawet sukcesy grup w rodzaju The Beatles czy Led Zeppelin były częściowo zasługą menadżerów. Ale w tych akurat przykładach, zwracanie na siebie uwagi szło w parze z talentem muzyków. Jak natomiast wygląda ten aspekt u Royal Blood? W tym miejscu pora przejść w końcu do meritum, czyli opisać debiutancki longplay duetu. Rozpoczyna się od bardzo gęstego, potężnie brzmiącego "Out of the Black" - aż trudno uwierzyć, że gra tu tylko dwóch muzyków. Z drugiej strony, w studiu można zrobić wszystko - ciekawe czy na żywo są w stanie odtworzyć takie brzmienie? Stylistycznie najbliżej chyba do wspomnianego już The White Stripes - nawet wokal Mike'a Kerra brzmi łudząco podobnie do Jacka White'a, ale - na szczęście - mniej płaczliwie. Brzmieniowo jest jednak znacznie ciężej.

"Out of the Black" to całkiem niezłe otwarcie, jednak już kolejne utwory uświadamiają jak bardzo ograniczające jest granie w tak minimalistycznym składzie. "Come on Over", "Figure It Out", "You Can Be So Cruel" czy "Little Monsters" - to wszystko fajne, bardzo energetyczne i melodyjne kawałki, ale też wszystkie opierają się praktycznie na tych samych patentach, więc mimo tego, że całość trwa niewiele ponad pół godziny, w pewnym momencie zaczyna nużyć. Zaczyna też brakować gitarzysty, który tu i ówdzie pododawałby jakieś solówki. Najbardziej wyróżniającym się utworem jest "Blood Hands", który rozpoczyna się nieco wolniej i łagodniej, by powoli nabierać na intensywności. Wciąż jednak brzmi to jak The White Stripes z podkręconym wzmacniaczem, bez solówek i gęściej grającym perkusistą.

Jak na album nagrany w tak okrojonym składzie i przy użyciu zaledwie dwóch instrumentów, "Royal Blood" jest naprawdę zaskakująco udanym wydawnictwem. Tylko, że gdyby grało na nim więcej muzyków i szersze było instrumentarium, mógłby być o wiele, wiele lepszy. Zastanawiam się jak potoczą się dalsze losy duetu. W takim składzie ciężko im będzie czymkolwiek zaskoczyć na kolejnych albumach, raczej są skazani na wieczne nagrywanie - wzorem AC/DC - tej samej płyty pod różnymi tytułami. Jak długo ludzie będą chcieli to kupować? Z drugiej strony, jeśli poszerzą skład lub samo instrumentarium - stracą wszystko, co odróżnia ich od setek podobnie grających grup.

Ocena: 6/10



Royal Blood - "Royal Blood" (2014)

1. Out of the Black; 2. Come on Over; 3. Figure It Out; 4. You Can Be So Cruel; 5. Blood Hands; 6. Little Monster; 7. Loose Change; 8. Careless; 9. Ten Tonne Skeleton; 10. Better Strangers

Skład: Mike Kerr - wokal i bass; Ben Thatcher - perkusja
Producent: Tom Dalgety, Mike Kerr, Ben Thatcher


5 grudnia 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Uriah Heep

Uriah Heep to jedna z tych grup, które najbardziej przyczyniły się do powstania heavy metalu, chociaż od zawsze pozostaje w cieniu Led Zeppelin, Black Sabbath czy Deep Purple. Często zresztą bywa nazywana kopią tego ostatniego zespołu - oba zespoły rzeczywiście na początku lat 70. grały podobną muzykę w podobnym składzie (pięcioosobowym, z klawiszowcem grającym rozbudowane solówki, a czasem też riffy, na organach Hammonda), ale to po prostu wynik tego, że członkowie obu grup doskonale się znali i wzajemnie się inspirowali.
Zespół istnieje do dziś - chociaż z muzyków grających w nim w latach 70. pozostał tylko gitarzysta Mick Box - i wciąż wydaje nowe albumy (w tym roku ukazał się 24. studyjny longplay, "Outsider"). Poniższa lista nie zawiera jednak utworów nagranych po 1977 roku - później po prostu Uriah Heep nie nagrało już nic istotnego. To w pierwszych latach działalności grupy, gdy śpiewał w niej David Byron, powstały takie niezapomniane kompozycje, jak "Gypsy", "Lady in Black", "July Morning" czy "Easy Livin'". O nich - i wielu innych - możesz przeczytać w poniższym tekście.

Najsłynniejszy skład: Lee Kerslake, Ken Hensley, David Byron, Mix Box i Gary Thain.

1. "Gypsy" (z albumu "...Very 'Eavy ...Very 'Umble", 1970)

Najlepszy sposób na rozpoczęcie listy najważniejszych utworów? Oczywiście, otwieracz debiutanckiego longplaya, będący zarazem debiutanckim singlem.
"Gypsy" to ponadsześciominutowy (w wersji albumowej) utwór, oparty na monotonnym, bardzo intensywnym riffowaniu, z uwypuklonym brzmieniem organów Hammonda. Riff "Gypsy" powstał na próbie - wyjaśniał Mick Box. Nie jest skomplikowany. Ale kiedy usłyszysz te piosenkę, nie pomylisz jej z żadną inną.
Utwór jest być może najbardziej zaskakującą rzeczą, jaką nagrał zespół. Łamaliśmy reguły - przyznawał klawiszowiec Ken Hensley. W tym czasie obowiązywały garnitury, krótkie włosy i nieszkodliwe piosenki. Powiedzieliśmy "nie" - zapuściliśmy włosy, założyliśmy skórzane kurtki, podkręciliśmy wzmacniacze [Hensley najwidoczniej przegapił, że to samo zrobili Beatlesi już ok. 1967 roku] i zagraliśmy riff "Gypsy". Wokalne harmonie zaczerpnąłem od Vanillia Fudge, ale pewne nasze patenty miały wpływ na rozwój muzyki rockowej i metalowej. Nie mam dzieci, więc mogę być chociaż dziadkiem metali. Naprawdę jestem z tego dumny.
Skrócona do niespełna trzech minut wersja "Gypsy" została wydana na singlu, ale dostępnym wyłącznie w krajach Europy kontynentalnej (m.in. w Niemczech, gdzie doszedł do 28. miejsca notowania) i w Stanach. W Wielkiej Brytanii mała płyta z tym utworem ukazała się dopiero w 2006 roku.
"Gypsy" do dziś jest stałym punktem koncertów Uriah Heep. Według statystyk strony setlist.fm jest drugim najczęściej wykonywanym utworem grupy.


2. "Bird of Prey" (z albumu "Salisbury", 1971)

Utwór oryginalnie został wydany jako strona B singla "Gypsy", trafił też na amerykańskie wydanie albumu "...Very 'Eavy ...Very 'Umble" (zamiast kompozycji "Lucy Blues"). Muzycy dopiero po czasie zdali sobie sprawę z potencjału "Bird of Prey" i umieścili go na swoim drugim albumie, "Salisbury" (w Stanach zamiast niego na album trafił utwór "Simon the Bullet Freak" ze strony B singla "Lady in Black"). Utwór nigdy nie został wydany jako singiel, ale należy do najpopularniejszych wśród fanów kompozycji Uriah Heep i jest regularnie wykonywany na żywo.


3. "Lady in Black" (z albumu "Salisbury", 1971)

Nietypowy utwór w dorobku grupy - nie tylko ze względu na jego akustyczno-folkowy charakter, ale również fakt, że w roli wokalisty nie wystąpił tutaj David Byron, a Ken Hensley (grający tutaj wyjątkowo na gitarze akustycznej, a nie klawiszach). Powodem dla którego ja zaśpiewałem ten utwór, był jego folkowy klimat - wyjaśniał. David nie potrafił się w niego wczuć. Chyba nie istnieje wykonanie "Lady in Black" z nim przy mikrofonie. Także pozostałym kolegom numer nie pasował. Pierwszą osobą, która połknęła haczyk, był Gerry Bron [menadżer i producent grupy]. Dzięki niemu w ogóle doszło do nagrania. A potem na koncertach David musiał podczas "Lady in Black" stać obok mnie z tamburynem, ale to chyba niewielka cena za sukces, jaki dzięki temu utworowi odnieśliśmy.
Wbrew jego słowom, sukces utworu nie był wcale taki wielki. Na dwóch najważniejszych rynkach muzycznych - w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych - singiel z utworem "Lady in Black" w ogóle nie został wydany. Ukazał się jedynie w krajach Europy kontynentalnej, gdzie faktycznie okazał się sukcesem - przede wszystkim w Niemczech i Szwajcarii, gdzie doszedł odpowiednio do 5. i 6. miejsca w notowaniu. Sam zespół nie pomagał w rozpopularyzowaniu utworu, nie od razu włączając go do stałych punktów koncertów. Ich obowiązkowym punktem stał się dopiero po kilku latach.
Skład wziął się pomysł na tekst utworu? Ken napisał go zainspirowany widokiem dziewczyny w czerni, którą zobaczył z hotelowego okna - wyjaśniał Mick Box. Hensley tłumaczył: Nie wiem kim jest, na pewno istniała, ale nawet ona nie wie, że jest właśnie tą kobietą w czerni. Zobaczyłem ją pewnego ranka z okna pokoju hotelowego w Anglii. Była ubrana na czarno i miała długie czarne włosy. Wizerunek tytułowej postaci ma więc związek z rzeczywistością, ale reszta jest wytworem mojej wyobraźni. Nie wiem nawet, czy ta kobieta jeszcze żyje, ale przez 40 lat wykonywania tej piosenki mnóstwo dziewczyn przedstawiało mi się jako "lady in black".


4. "Salisbury" (z albumu "Salisbury", 1971)

Najdłuższy - trwający ponad 16 minut - i chyba najdziwniejszy utwór w dorobku grupy, nagrany z 24-osobową orkiestrą. Ken Hensley przyznawał, że inspiracją był "Concerto for Group and Orchestra" Deep Purple. Na tamtym etapie dużo eksperymentowaliśmy, poszukiwaliśmy ciekawych rozwiązań - dodawał. Jeśli na jednym albumie są utwory takie jak "Bird of Prey", "Lady in Black" i "Salisbury", to znaczy, że wtedy naprawdę bardzo kombinowaliśmy.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1970-71.


5. "Look at Yourself" (z albumu "Look at Yourself", 1971)

Kolejny utwór Uriah Heep, w którym rolę wokalisty przejął Ken Hensley - tym razem jednak jest to ciężki, hardrockowy kawałek, zdominowany przez brzmienie organów Hammonda i wzbogacony o perkusjonalia, na których zagrali członkowie afro-popowej (!) grupy Osibisa: Ted Osei, Mac Tontoh i Loughty Amao.
"Look at Yourself" był pierwszym utworem grupy, który został wydany na singlu w Wielkiej Brytanii. Nie odniósł tam żadnego sukcesu, ale jak zwykle spodobał się w Niemczech (33. miejsce na tamtejszym notowaniu) i w Szwajcarii (4. pozycja - najwyższa, jaką osiągnął tam Uriah Heep).
Utwór należy do stałych punktów koncertów grupy.


6. "July Morning" (z albumu "Look at Yourself", 1971)

Prawdopodobnie najsłynniejszy utwór Uriah Heep. "July Morning", znane z klawiszowego wstępu, skomponowałem na gitarze akustycznej w busie, kiedy znudzony zacząłem brzdąkać i podśpiewywać - opowiadał Hensley. Był czerwiec, wcześnie rano, stąd pierwsze wersy. Ale nie czekałem na miłość, lecz na kolegów z zespołu. Słowa napisałem niemal od razu. David miał wkład w melodię wokalną, Mick do akordów dodał riff, reszta jest mojego autorstwa. Nie uwierzyłbym nigdy, że przez 40 lat będę to grał na koncertach, za każdym razem wywołując euforię. W latach 90. dowiedziałem się, że w Bułgarii "July Morning" traktowane jest niczym drugi hymn narodowy, że dało nazwę dorocznej tradycji pielgrzymowania nad Morze Czarne, by razem oglądać 1 lipca wschód słońca. am wziąłem w tym udział dopiero w 2005 roku. Wspaniały moment. Jestem dumny z roli, jaką odegrał ten utwór w historii rocka.
"July Morning" to z początku były trzy różne pomysły Kena na trzy różne piosenki - wyjaśniał Mick Box. Kiedy je usłyszałem, doszedłem do wniosku, że najlepiej byłoby zrobić z nich jedną piosenkę. Tak powstało "July Morning". Solówkę zagrałem prosto z serca. Nie kombinowałem, nie próbowałem różnych patentów. Na początku naszej twórczości graliśmy bardzo instynktownie. Podłączyłem sprzęt i te dźwięki same ze mnie wyszły. Tak, "July Morning" to dźwięki prosto z serca.
W nagraniu gościnnie wystąpił Manfred Mann, który zagrał na syntezatorze.
Utwór stał się stałym punktem koncertów grupy - wg setlist.fm jest trzecim najczęściej granym utworem grupy. Co ciekawe, na singlu został wydany dopiero w 1973 roku - w wersji z albumu "Uriah Heep Live" - i nie wszedł do notowań w żadnym kraju.


7. "The Wizard" (z albumu "Demons and Wizards", 1972)

Utwór nagrany w efemerycznym składzie, z Markiem Clarke'iem jako basistą (w pozostałych utworach na albumie zagrał już Gary Thain). To właśnie Clark, wraz z Hensleyem, napisał ten utwór i wykonał w nim partię wokalną wspólnie z Davidem Byronem. Wiele legend powstało na temat udziału Marka Clarke'a w "The Wizard" - mówił Hensley. Mark pomógł mi w mostku, wymyślił świetną melodię, którą następnie sam wykonał. Resztę skomponowałem ja.
"The Wizard" został wydany na singlu, który - tradycyjnie - sukces osiągnął wyłącznie w Niemczech i Szwajcarii (odpowiednio 34. i 8. miejsce). Utwór należy do stałych punktów występów Uriah Heep na żywo.


8. "Easy Livin'" (z albumu "Demons and Wizards", 1972)

Jeden z najbardziej przebojowych utworów w dorobku grupy - dzięki niemu Uriah Heep został w końcu dostrzeżony w Stanach (39. miejsce na Billboard Hot 100). Singiel był notowany także w wielu europejskich krajach (m.in. w Niemczech - 15. miejsce, i w Holandii - 5. miejsce).
Zawsze miałem łatwość pisania piosenek i melodii - mówił Hensley. "Easy Livin'" ułożyłem sobie w głowie na poczekaniu, pod wpływem rozmowy w taksówce. Moim zdaniem wtedy powstał najlepszy skład Uriah Heep, z Garym Thainem i Lee Kerslake'em. Miło wspominam tamten czas, ale na pewno nie było to "łatwe życie". Zasuwaliśmy niesamowicie intensywnie, a "Easy Livin'" jest komentarzem do postrzegania pracy muzyka jako czegoś beztroskiego. Choć przyznaję, akurat skomponowanie tego utworu przyszło mi bardzo łatwo.
"Easy Livin'" jest - wg setlist.fm - najczęściej wykonywanym utworem na koncertach Uriah Heep.


9. "Paradise" (z albumu "Demons and Wizards", 1972)
10. "The Spell" (z albumu "Demons and Wizards", 1972)

Dwa utwory - subtelny, akustyczny "Paradise" i mocniejszy "The Spell" - stanowiące całość. Stworzenie ich dało mi poczucie wielkiej mocy twórczej - mówił Ken Hensley. To dwuczęściowa poetycka opowieść o walce dobra ze złem, chyba szczytowe osiągnięcie progresywnego Uriah Heep. W innym wywiadzie klawiszowiec wypowiadał się jeszcze bardziej entuzjastycznie: Właśnie tu wznieśliśmy się na artystyczne wyżyny, ciarki przechodzą mi po grzbiecie, gdy słucham "Paradise"/"The Spell". Wręcz nie mogę uwierzyć, że ja to stworzyłem.
Utwory "Paradise" i "The Spell" nie były nigdy wydane na singlu, a na żywo zostały wykonane po raz pierwszy dopiero w XXI wieku.


11. "Sunrise" (z albumu "The Magician's Birthday", 1972)

Najczęściej grany na żywo utwór z tego longplaya, chociaż jako singiel został wydany tylko w Japonii (ze "Spider Woman" na stronie B; w Europie utwory zamieniono miejscami). "Sunrise" to romantyczna piosenka mówiąca o rozstaniu, które właśnie przeżywałem - wyjaśniał Hensley. Przyznaję się, wina była moja, ale w tekście obwiniam ją. To jedna z zalet bycia poetą.


12. "The Magician's Birthday" (z albumu "The Magician's Birthday", 1972)

Kolejna rozbudowana, ponad dziesięciominutowa kompozycja, łącząca hard rock z psychodelicznym graniem w stylu wczesnego Pink Floyd lub Beatlesów z czasów "Sierżanta Pieprza". "The Magician's Birthday" to jeden z tych utworów z ogromną ilością słów, jak "Lady in Black" - mówił Ken Hensley. Kiedy je wykonujesz, musisz być bardzo skupiony, nie zaśpiewasz ich po pijaku. "The Magician's Birthday" to także świadectwo mojego uwielbienia dla fantastyki, magii, co groziło oderwaniem od rzeczywistości. Źródłem fantastycznych pomysłów mogą być [jednak] sny, wyobraźnia, niekoniecznie narkotyki. Nigdy nie stworzyłem niczego wartościowego pod ich wpływem, choć wielokrotnie próbowałem.
Utwór był grany na żywo sporadycznie, tylko podczas niektórych tras, często we fragmencie.


13. "Stealin'" (z albumu "Sweet Freedom", 1973)

Ostatni przebój zespołu (przynajmniej z czasów Byrona), dobrze notowany na listach w Stanach (91. miejsce), Niemczech (40. pozycja), a także w Nowej Zelandii, gdzie doszedł na sam szczyt notowania i uzyskał status złotego singla. Być może sukces utworu byłby jeszcze większy, gdyby stacje radiowe nie nałożyły na niego embargo z powodu wersu "I've done the rancher's daughter"... To był radiowy hit, ale szybko go zdjęto z anteny, bo ludzie zaczęli narzekać na tekst - mówił Mick Box. Na koncertach gramy go jednak do dzisiaj. Ken napisał w tamtym czasie kilka wspaniałych piosenek o ogromnej mocy.
Według setlist.fm, "Stealin'" jest czwartym najczęściej granym przez grupę utworem.


14. "One Way or Another" (z albumu "High and Mighty", 1976)

Utwór został nagrany w bardzo trudnym dla grupy czasie. Niedługo wcześniej usunięto z niej Gary 'ego Thaina, coraz bardziej uzależnionego od narkotyków (co stało się powodem jego śmierci w grudniu 1975 roku). Szalę przeważyło jednak wydarzenie z września 1974, kiedy podczas koncertu Thain został porażony prądem, po czym zażądał od zespołu wysokiego odszkodowania... Na jego miejsce przyjęto muzyka z zupełnie innego muzycznego świata - Johna Wettona, byłego członka King Crimson.  Na tym jednak problemy się nie skończyły - niedługo po wydaniu "High and Mighty" z zespołu usunięto także Davida Byrona, pogrążonego w nałogu alkoholowym (co doprowadziło do jego śmierci na początku 1985 roku). Był to koniec "prawdziwego" Uriah Heep.
Nikt wtedy nie dostarczał pomysłów, byliśmy rozbici, czułem się jakbym nagrywał album solowy z zespołem towarzyszącym - wspominał tamten okres Ken Hensley. Tylko John Wetton zaangażował się w aranżacje, opracował choćby większą część utworu "One Way or Another", w którym nawet zaśpiewał [konkretnie dzielił główną partię wokalną z Hensleyem, a Byron odpowiadał za chórki]. Ale nie czuł się z nami dobrze. Próbowaliśmy zastąpić świetnego basistę innym świetnym basistą, ale John Wetton to nie Gary Thain, więc nie zadziałało.
"One Way or Another" został wydany na singlu, ale nie był notowany w żadnym kraju. Na żywo był wykonywany tylko podczas trasy z 1976 roku.


15. "Free Me" (z albumu "Innocent Victim", 1977)

To już zupełnie inny Uriah Heep - tak personalnie (z wokalistą Johnem Lawtonem i basistą Trevorem Bolderem), jak i stylistycznie. My nawet nie próbowaliśmy zastąpić Davida, bo to zwyczajnie niemożliwe - mówił Ken Hensley. Postawiliśmy w jego miejsce kogoś zupełnie innego, dla mnie brzmiącego jak Tom Jones. John Lawton był wokalistą zdecydowanie bluesrockowym, więc i my zwróciliśmy się muzycznie w tę stronę. Powinniśmy zmienić wtedy nazwę...
"Free Me" okazał się największym sukcesem singlowym (9. miejsce w Niemczech, 3. w Nowej Zelandii) tego wcielenia grupy, istniejącego w latach 1976-79 i mającego na koncie trzy albumy studyjne ("Firefly", "Innocent Victim" i "Fallen Angel"). Utwór do dzisiaj jest wykonywany na żywo.




Źródła cytatów:
1. Box Mick, Prosto z serca, rozm. przepr. Jacek Niznikiewicz, "Teraz Rock" 2014, nr 12, s. 50-52.
2. Hensley Ken, Lipcowy poranek, rozm. przepr. Łukasz Wewiór,  "Teraz Rock" 2014, nr 12, s. 53-57.
3. Box Mick, When we were onstage, we were untouched and unbeatable, [online], rozm. przepr. Ray Shasho, [dostęp 3 grudnia 2014], dostępny w Internecie: http://www.examiner.com/

4 grudnia 2014

[Recenzja] Overkill - "White Devil Armory" (2014)



Trudno utrzymać wysoki poziom twórczości wydając nowe albumy regularnie co dwa lata. Overkill nie ma z tym jednak najmniejszych problemów. "White Devil Armory" to już siedemnasty studyjny album grupy i, podobnie jak dwa poprzednie, można go postawić tuż obok jej największych dokonań. Co tym razem muzycy wykombinowali? Pewną nowością w twórczości grupy jest klimatyczny wstęp, wyróżniony jako osobna ścieżka ("XDM"), chociaż patent ten sprawdziło wcześniej tylu wykonawców, że trudno mówić tutaj o jakimś wielkim przełomie. Sam album nic by zresztą nie stracił na braku tego fragmentu. Dalej jednak jest już tylko lepiej.

Najprościej opisać "White Devil Armory" jako brakujące ogniowo pomiędzy dwoma poprzednimi albumami. Zwolenników bezkompromisowego, surowego thrashu w duchu "The Electric Age" bez wątpienia zachwycą takie czady, jak singlowy "Armorist", "Down to the Bone" (to swoją drogą najbardziej chwytliwy fragment całości), "Pig", "Where There's Smoke..." (najbardziej agresywny, a jednocześnie porywający popisami wszystkich muzyków) czy "King of the Rat Bastards". Album pokazuje jednak także inne oblicze grupy, bliższe "Ironbound" - a więc utwory bardziej rozbudowane, utrzymane raczej w wolniejszych tempach. Pierwszą kompozycją tego typu jest "Bitter Pill" - powolny, miażdżący ciężkimi riffami (niektóre ocierają się o szkołę Black Sabbath), ale niepozbawiony melodyjnych gitarowych smaczków. Inny przykład to "Freedom Rings", z długim basowym wstępem i rozbudowanymi popisami gitarzystów w dalszej części. Najwięcej jednak dzieje się w dwóch ostatnich utworach. "It's All Yours" rozpoczyna się od bardzo intensywnego, fajnie przycinanego riffowania, jednak po niespełna dwóch minutach zaczyna się niemal prog rockowe kombinowanie - oczywiście nie wykraczające poza metalowe patenty. Jeszcze bardziej pokręcony jest finałowy "In the Name". Instrumentalny środek utworu z świetnym riffowaniem gitarzystów i uwypuklonym basem to jeden z najbardziej genialnych fragmentów w całej twórczości Overkill. Ale gdy pod koniec kompozycji pojawiają się chóralne zaśpiewy muzyków (przypominające te z refrenu "Old School" z albumu "ReliXIV") robi się nieco kuriozalnie.

"White Devil Armory" to kolejne potwierdzenie, że Overkill jest obecnie największym thrashowym zespołem. Podczas gdy Slayer nie wydał nic nowego od sześciu lat, Megadeth znów zaczął filtrować z popem, a o ostatnich poczynaniach Metalliki i Anthraxu nie warto nawet wspominać, Overkill nagrał trzy świetne albumy pod rząd. Pytanie tylko, jak długo zdoła ten poziom utrzymać? Na razie nic jednak nie wskazuje na to, żeby miał nastąpić jakikolwiek spadek formy.

Ocena: 7/10

PS. Album w wersjach winylowej i digipakowej zawiera dwa dodatkowe utwory: bardzo chwytliwy i lżejszy od reszty longplaya "The Fight Song" (rzecz w klimacie wspomnianego wyżej "Old School", a więc typowo żartobliwego kawałka), a także cover "Miss Misery" z repertuaru grupy Nazareth - krzykliwy wokal Ellswortha idealnie pasuje do tej kompozycji, ale cięższe brzmienie już niekoniecznie.




Overkill - "White Devil Armory" (2014)

1. XDM; 2. Armorist; 3. Down to the Bone; 4. Pig; 5. Bitter Pill; 6. Where There's Smoke...; 7. Freedom Rings; 8. Another Day to Die; 9. King of the Rat Bastards; 10. It's All Yours; 11. In the Name

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Dave Linsk - gitara; Derek Tailer - gitara; D.D. Verni - bass; Ron Lipnicki - perkusja
Producent: Overkill


3 grudnia 2014

[Recenzja] Overkill - "The Electric Age" (2012)



"Ironbound" postawił poprzeczkę wysoko. Czy "The Electric Age" jest w stanie ją przeskoczyć? Trudno powiedzieć, gdyż to dwa zupełnie różne albumy. Na poprzedniku zespół postawił na różnorodność, żeby każdy utwór się czymś wyróżniał. Ogólnie był to longplay należący do bardziej progresywnej części dyskografii Overkill. "The Electric Age" to powrót do prostszego grania, surowego - choć dobrze wyprodukowanego - thrashu o silnych naleciałościach punkrockowych (skandowane refreny w większości utworów). Zespół tym razem nie dba o różnorodność, a raczej o spójność całości. Przyznam szczerze, że wolę to pierwsze podejście, prezentowane właśnie na "Irounbound", czy wcześniej na klasycznym "The Years of Decay". Na "The Electric Age" trochę doskwiera mi monotonia - niemal nieustannie szybkie tempo i prawie całkowity brak smaczków wyróżniających poszczególne utwory (z wyjątkiem uwypuklonej linii basu w "Save Yourself" i balladowego wstępu "Good Night"). Oczywiście, nie znaczy to, że uważam "The Electric Age" za słaby album. To naprawdę solidny materiał, porażający ogromną mocą, a momentami nawet całkiem chwytliwy - oczywiście na thrashowy sposób (paradoksalnie, utwory w rodzaju "Black Daze" czy "Save Yourself" bardziej zapadają w pamięć, niż singlowe "Electric Rattlesnake" i "Wish You Were Dead"). Jednak nie taki Overkill lubię najbardziej.

Ocena: 7/10



Overkill - "The Electric Age" (2012)

1. Come and Get It; 2. Electric Rattlesnake; 3. Wish You Were Dead; 4. Black Daze; 5. Save Yourself; 6. Drop the Hammer Down; 7. 21st Century Man; 8. Old Wounds, New Scars; 9. All Over But the Shouting; 10. Good Night

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Dave Linsk - gitara; Derek Tailer - gitara; D.D. Verni - bass; Ron Lipnicki - perkusja
Producent: Overkill


2 grudnia 2014

[Recenzja] Overkill - "Ironbound" (2010)



Po trylogii składającej się z albumów "Killbox 13", "ReliXIV" i "Immortalis", można było mieć obawy, że Overkill podąży tą samą ścieżką, co Motörhead - regularnie co dwa lata będzie wydawać nowe albumy, które oparte wciąż na tych samych patentach, nie będą wnosić absolutnie niczego nowego do jego twórczości. Ten brak jakiegokolwiek postępu zaczynał drażnić na "Immortalis", który sam w sobie jest bardzo monotonny, po prostu nudny. Na szczęście muzycy Overkill przejrzeli na oczy i do następnego albumu przyłożyli się o wiele bardziej. Ale spokojnie, na "Ironbound" nie ma żadnej drastycznej wolty stylistycznej. To wciąż klasyczny do bólu thrash metal. Tym razem jednak muzycy zadbali, aby każdy utwór wyróżniał się na tle pozostałych, przyciągał uwagę słuchacza. W rezultacie "Ironbound" jest najbardziej udanym dziełem Overkill od czasu... "The Years of Decay" z 1989 roku!

Do tego albumu zdaje się zresztą nawiązywać otwierający "Ironbound" utwór "The Green and Black" - ponad ośmiominutowa, rozbudowana kompozycja, rozpoczęta basowym wstępem, po którym stopniowo nabiera ciężaru i tempa. Wyrazista linia basu prowadzi cały utwór, a mnóstwo gitarowych smaczków nadaje mu melodyjności - kontrastującej z agresywnym śpiewem Blitza, perkusyjnymi kanonadami i, oczywiście, ciężkim, thrashowym riffowaniem. Rewelacyjny początek albumu. A dalej jest równie dobrze. Utwór tytułowy pędzi do przodu z siłą kilkuset tonowej lokomotywy, by po trzech minutach zaskoczyć przepięknym balladowym fragmentem z solówką. Następnie utwór znów przyśpiesza, ale już do końca pozostaje niesamowicie melodyjny. "Bring Me the Night" to dla odmiany czad od początku do końca, oparty na bardzo nośnym riffie, którego nie powstydziłby się Motörhead. W "The Goal Is Your Soul" smaczkiem jest natomiast klimatyczny początek, powracający w dalszej części utworu, pomiędzy thrashowym riffowaniem - tym razem w nieco wolniejszym tempie, dzięki czemu bardziej wyrazista jest warstwa melodyjna.

"Give a Little" już od pierwszej sekundy atakuje bardzo intensywnym riffem, a tle przyjemnie bulgocze gitara basowa. Bardzo fajnie wypada tutaj refren, w którym Blitza wspomagają skandujący instrumentaliści. Kolejną niespodzianką jest nagłe zwolnienie przed obłąkańczą solówką. Następny na płycie, rozpędzony "Endless War" to z początku czyste "thrashowanie", ale w drugiej połowie pojawiają się świetne gitarowe unisona, wchodzące w dialog z basem - skojarzenia z Iron Maiden są jak najbardziej na miejscu. Trochę słabiej wypada "The Head and Heart" - zespół zdecydowanie przedobrzył tutaj z mnogością motywów, pojawiają się też niepotrzebne wstawki brzmiące jak... zindustrializowany Motörhead. Na szczęście, w "In Vain" Overkill wraca na właściwe tory - to szybki, konkretny numer thrashowy, bez żadnych udziwnień, za to z kolejną świetną, uwypukloną w miksie partią basu. W "Killing for a Living" też jest mocno i do przodu - jak przystało na thrash metal. Świetnym finałem albumu - a zarazem jego podsumowaniem - jest natomiast "The S.R.C.". Dzieje się w nim naprawdę sporo, mimo że został skondensowany do pięciu minut.

"Ironbound" to nie tylko jedno z największych dokonań Overkill, ale thrash metalu w ogóle. Na pewno niemające sobie równych w XXI wieku - obecne dokonania tzw. Wielkiej Czwórki Thrashu pozostają daleko w tyle, a grupom w rodzaju Testament czy Exodus też daleko do tego poziomu.

Ocena: 8/10



Overkill - "Ironbound" (2010)

1. The Green and Black; 2. Ironbound; 3. Bring Me the Night; 4. The Goal Is Your Soul; 5. Give a Little; 6. Endless War; 7. The Head and Heart; 8. In Vain; 9. Killing for a Living; 10. The S.R.C.

Skład: Bobby "Blitz" Ellsworth - wokal; Dave Linsk - gitara; Derek Tailer - gitara; D.D. Verni - bass; Ron Lipnicki - perkusja
Producent: Overkill