30 listopada 2013

[Recenzja] Roger Waters - "The Pros and Cons of Hitch Hiking" (1984)



Po zakończeniu In the Flesh Tour (promującej album "Animals" Pink Floyd), Roger Waters zamknął się w swoim domu i przygotował szkice dwóch albumów koncepcyjnych. Oba przedstawił pozostałym członkom grupy, aby wybrali jeden, który razem nagrają. Zdecydowali się na zestaw utworów zatytułowany "Bricks", który później został przemianowany na "The Wall". Do drugiego zestawu, już wtedy noszącego tytuł "The Pros and Cons of Hitch Hiking", Waters powrócił dopiero kilka lat później, już po "uśmierceniu" Pink Floyd. Pod względem tekstowym nie jest to tak udane i wielowymiarowe dzieło, jak "The Wall". W skrócie: przez 42 minuty bohater narzeka na swoje nieudane związki z kobietami, by na koniec albumu okazało się, że wcale nie jest sam.

Od strony muzycznej jest to natomiast bezpośrednia kontynuacja wydanego rok wcześniej, jeszcze pod szyldem Pink Floyd, "The Final Cut". Całość brzmi jednak bardzo zachowawczo, a zarazem monotonnie. Brak tu tej odrobiny szaleństwa, które zawsze było obecne w twórczości Floydów. Jakąś jego namiastką jest czadowy początek utworu "4:33 AM (Running Shoes)", pełniący tutaj podobną rolę, co "Not Now John" na wspomnianym wyżej albumie. Większą dynamiką wyróżniają się jeszcze bluesowy "4:41 AM (Sexual Revolution)", zresztą pierwotnie wchodzący w skład zestawu "Bricks", oraz "5:01 AM (The Pros and Cons of Hitch Hiking, Part 10)". Pozostałe utwory są już zdecydowanie łagodniejsze. Nie to jednak jest ich wadą, a identyczne aranżacje i powtarzalność tych samych motywów we wszystkich z nich, przez co ciężko je od siebie odróżnić.

Jedną z zalet albumów Pink Floyd było to, że każdy z nich miał swój własny charakter i wnosił coś nowego do twórczości zespołu. Tymczasem "The Pros and Cons of Hitch Hiking" jedynie powiela pomysły zaprezentowane na "The Final Cut" i nie wnosi absolutnie nic nowego do dorobku Rogera Watersa. Na pewno też nie jest to udane rozpoczęcie solowej kariery.

Ocena: 4/10



Roger Waters - "The Pros and Cons of Hitch Hiking" (1984)

1. 4:30 AM (Apparently They Were Travelling Abroad); 2. 4:33 AM (Running Shoes); 3. 4:37 AM (Arabs with Knives and West German Skies); 4. 4:39 AM (For the First Time Today, Part 2); 5. 4:41 AM (Sexual Revolution); 6. 4:47 AM (The Remains of Our Love); 7. 4:50 AM (Go Fishing); 8. 4:56 AM (For the First Time Today, Part 1); 9. 4:58 AM (Dunroamin, Duncarin, Dunlivin); 10. 5:01 AM (The Pros and Cons of Hitch Hiking, Part 10); 11. 5:06 AM (Every Stranger's Eyes); 12. 5:11 AM (The Moment of Clarity)

Skład: Roger Waters - wokal, bass i gitara
Gościnnie: Eric Clapton  - gitara i syntezator gitarowy; Andy Bown  - organy i gitara;  Andy Newmark - perkusja; Ray Cooper - instr. perkusyjne; David Sanborn - saksofon; Michael Kamen - pianino i aranżacja orkiestry;The National Philharmonic Orchestra - orkiestra
Producent: Roger Waters i Michael Kamen


29 listopada 2013

[Recenzja] Ron Geesin i Roger Waters - "Music from the Body" (1970)



Dziwny to album. Zacznę jednak od początku. W 1968 roku ukazała się książka "The Body" Anthony'ego Smitha, która w niekonwencjonalny sposób opisuje zagadnienia dotyczące wszystkich aspektów organizmu ludzkiego, podając ogromną ilość ciekawostek. Odniosła ogromny sukces i już rok później Tony Garnett i Roy Battersby postanowili nakręcić film na jej podstawie. Stworzenie muzyki zaproponowali Ronowi Geesinowi - awangardowemu twórcy, obecnie najbardziej znanego dzięki współpracy z Pink Floyd nad utworem "Atom Heart Mother", do którego zaaranżował partie chóru i instrumentów dętych (album "Atom Heart Mother" ukazał się miesiąc przed "Music from the Body"). Producenci filmu postawili muzykowi warunek, że na soundtracku nie chcą samych dźwiękowych kolaży, ale także kilka bardziej konwencjonalnych utworów.

Geesin początkowo chciał zwrócić się o pomoc do swojego przyjaciela, Nicka Masona (perkusisty Pink Floyd), jednak szybko zmienił zdanie. Nick był przemiłym gościem i dobrym przyjacielem - mówił Ron. Ale nie miał w sobie tej iskry, by zrobić coś zwariowanego i przekuć to w sztukę. Było jasne, że to Roger Waters jest główną siłą twórczą w Pink Floyd. Współpraca z Watersem przyniosła bardzo eksperymentalny album, w pewnym sensie pionierski -  jest to pierwszy album w historii muzyki, na którym wykorzystano dźwięki tworzone za pomocą ludzkiego ciała (np. oddychanie, śmiech). Z dwudziestu dwóch utworów, jakie się tutaj znalazły, większość to kilkudziesięciosekundowe miniaturki autorstwa Geesina, lub wspólne eksperymenty obu muzyków.

Waters dostarczył tylko cztery bardziej konwencjonalne utwory: "Sea Shell and Stone", "Chain of Life", "Breathe" i "Give Birth to a Smile". Trzy pierwsze nie są odległe od ówczesnej twórczości Floydów - utrzymane są w stylu spokojniejszych fragmentów albumu "More". Najlepsze wrażenie z nich sprawia "Chain of Life", oparty na naprawdę ładnej melodii. Ciekawostką jest, że tekst "Breathe" zaczyna się tymi samymi słowami (Breathe in the air...), co tak samo zatytułowany - późniejszy - utwór Pink Floyd. Z kolei "Give Birth to a Smile" przypomina późniejsze dokonania zespołu, za sprawą kobiecych chórków. Można go zresztą uznać za utwór Pink Floyd, gdyż w jego nagraniu, oprócz Watersa i Geesina, wzięli udział pozostali członkowie zespołu: David Gilmour, Richard Wright i Nick Mason. Tym samym, "Music from the Body" jest obowiązkową pozycją dla wszystkich wielbicieli grupy.

Ocena: 6/10



Ron Geesin i Roger Waters - "Music from the Body" (1970)

1. Our Song; 2. Sea Shell and Stone; 3. Red Stuff Writhe; 4. A Gentle Breeze Blew Through Life; 5. Lick Your Partners; 6. Bridge Passage for Three Plastic Teeth; 7. Chain of Life; 8. The Womb Bit; 9. Embryo Thought; 10. March Past of the Embryos; 11. More Than Seven Dwarfs in Penis-Land; 12. Dance of the Red Corpuscles; 13. Body Transport; 14. Hand Dance - Full Evening Dress; 15. Breathe; 16. Old Folks Ascension; 17. Bed-Time-Dream-Clime; 18. Piddle in Perspex; 19. Embryonic Womb-Walk; 20. Mrs. Throat Goes Walking; 21. Sea Shell and Soft Stone; 22. Give Birth to a Smile

Skład: Ron Geesin - gitara, mandolina, bandżo, instr. klawiszowe i smyczkowe; Roger Waters - wokal, bass i gitara
Gościnnie: David Gilmour - gitara (22); Rick Wright - instr. klawiszowe (22); Nick Mason - perkusja (22)
Producent: Ron Geesin i Roger Waters


28 listopada 2013

[Recenzja] Black Sabbath - "Live... Gathered in Their Masses" (2013)



Niespełna pół roku po premierze albumu "13", Black Sabbath wydają koncertówkę zarejestrowaną podczas promującej go trasy. A właściwie zapowiadającej, bo zaprezentowano tu fragmenty dwóch występów w australijskim Melbourne, które odbyły się jeszcze przed premierą longplaya, 29 kwietnia i 1 maja bieżącego roku. "Live... Gathered in Their Masses" (tytuł pochodzi od pierwszego wersu utworu "War Pigs") to przede wszystkim wydania DVD i Blu-Ray. Każde z nich dostępne jest także w wersji wzbogaconej o dodatkowe CD. W niniejszej recenzji chciałbym się bliżej przyjrzeć właśnie tej kompaktowej płycie. Już na początek czeka małe rozczarowanie - brakuje tu pięciu utworów obecnych na DVD/BR ("Into the Void", "Snowblind", "Behind the Wall of Sleep", "Children of the Grave", oraz zagranego instrumentalnie "Symptom of the Universe").

"Trzynastka" reprezentowana jest trzema kawałkami ("Loner", "End of the Beginning" i "God Is Dead?"), plus jednym ze specjalnej edycji (całkiem niezłym, ale mało sabbathowym "Methademic"). Szkoda, że grupa nie wykonywała wówczas więcej nowych kompozycji - grany na późniejszych koncertach "Age of Reason" tylko by podniósł wartość tego wydawnictwa. Reszta zawartych tu utworów to prawdziwe "greatest hits" zespołu, chociaż tylko z pierwszych dwóch longplayów - "War Pigs", "Black Sabbath", "N.I.B.", "Iron Man", "Fairies Wear Boots" oraz "Paranoid" (ten ostatni poprzedzony został głównym riffem "Sabbath Bloody Sabbath" - szkoda, że nie zagranym w całości). 

Pod względem wykonawczym jest zaskakująco dobrze. Tony Iommi i Geezer Butler są w tak samo wysokiej formie, jak za najlepszych lat. Tommy Clufetos nie ma problemów z poprawnym zagraniem partii Billa Warda i Brada Wilka. Natomiast Ozzy Osbourne śpiewa znacznie lepiej, niż na... nieoficjalnych rejestracjach tych samych koncertów, dostępnych na YouTube. Może to wina amatorskiego sprzętu, na jakim dokonano tamtych nagrań. Obawiam się jednak, że wokalista spędził mnóstwo czasu, na poprawienie swoich partii w studiu. Trudno to jednak traktować jako zarzut, bo dzięki temu materiał nadaje się do słuchania - w przeciwieństwie do wspomnianych rejestracji. Oczywiście i tak nie jest idealnie pod względem wokalnym - w studiu czy na scenie, w głosie Ozzy'ego słychać mijający czas. Pod względem instrumentalnym jest natomiast bardzo blisko studyjnych pierwowzorów - zrezygnowano nawet z spokojnego wstępu utworu "Black Sabbath", dodawanego na żywo od wielu lat.

Podsumowując, "Live... Gathered in Their Masses" wydaje się najmniej atrakcyjną koncertówką w dyskografii Black Sabbath (licząc także te z innymi wokalistami). Główne zarzuty, jakie można jej postawić, to skromna tracklista i zbyt zachowawcze wykonania. Pozycja tylko dla najwierniejszych fanów zespołu.

Ocena: 6/10



Black Sabbath - "Live... Gathered in Their Masses" (2013)

CD: 1. War Pigs; 2. Loner; 3. Black Sabbath; 4. Methademic; 5. N.I.B.; 6. Iron Man; 7. End of the Beginning; 8. Fairies Wear Boots; 9. God Is Dead?; 10. Paranoid
DVD: 1. War Pigs; 2. Into the Void; 3. Loner; 4. Snowblind; 5. Black Sabbath; 6. Behind the Wall of Sleep; 7. N.I.B.; 8. Methademic; 9. Fairies Wear Boots; 10. Symptom of the Universe; 11. Iron Man; 12. End of the Beginning; 13. Children of the Grave; 14. God Is Dead?; 15. Paranoid

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass
Gościnnie: Tommy Clufetos - perkusja; Adam Wakeman - instr. klawiszowe i gitara
Producent: Jeb Brien i Ean Thorley


27 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Calling All Stations" (1997)



W latach 80. muzycy Genesis odnieśli ogromny sukces - nie tylko w tej grupie, ale również osobno. Zwłaszcza Phil Collins i Mike Rutherford (ze swoim Mike + the Mechanics), nieco mniejszym powodzeniem cieszyły się solowe albumy Tony'ego Banksa. Jednak na pytania dziennikarzy, dlaczego wciąż grają razem, odpowiadali, że będą to robić, dopóki będzie sprawiać im to radość. Jeszcze po wydaniu "We Can't Dance" zarzekali się, że na pewno nie będzie to ich ostatni wspólny album. A jednak, w 1996 roku, Phil Collins postanowił upuścić grupę i w pełni poświęcić się solowej karierze. Tym razem zastępcy nie znaleziono wśród członków zespołu, a wybrano na przesłuchaniach. Został nim Ray Wilson, wcześniej znany z post-grunge'owego Stiltskin. Ponieważ nie był perkusistą, skorzystano z pomocy muzyków sesyjnych, Nira Zidkyahu i Nicka D'Virgilio. W takim składzie zarejestrowany został album "Calling All Stations" - najbardziej niedoceniany w całej dyskografii Genesis.

Wilson dysponuje zupełnie innym głosem niż Collins - niższym, bardziej szorstkim. Dzięki temu zespół mógł pójść w kierunku mroczniejszej muzyki (niejako zapoczątkowanym utworami "Mama" i "No Son of Mine"). Na albumie nie brakuje zatem klimatycznych utworów - zarówno mocniejszych, o bardziej rozbudowanej formie (tytułowy "Calling All Stations", "Alien Afternoon", "The Dividing Line", There Must Be Some Other Way"), jak i balladowych (przejmujące "Shipwrecked" i "Uncertain Weather"). Banks i Rutherford nie rezygnują jednak całkiem z grania bardziej przebojowych rzeczy, czego przykładem utwory "Congo" (umiarkowany przebój singlowy w Wielkiej Brytanii), "Small Talk", oraz półakustyczny "Not About Us". Rezultatem jest najbardziej zróżnicowany i progresywny album Genesis od czasu "A Trick of the Tail" z 1976 roku. A także najlepszy - poniżej wysokiego poziomu całości schodzi tylko jeden utwór, zbyt senny "If That's What You Need".

Pozostaje tylko żałować, że komercyjne niepowodzenie "Calling All Stations" przyczyniło się do zawieszenia działalności zespołu, które praktycznie trwa do dzisiaj. A przecież Genesis w składzie z Wilsonem mogło jeszcze wiele dokonać. Muzycy na pewno nie cierpieli w tamtym czasie na brak pomysłów - wystarczy wspomnieć, że na stronach B singli z tamtego okresu znalazło się aż siedem niealbumowych utworów. Może nie są to kawałki najwyższych lotów, ale ich ilość świadczy o tym, że członkom zespołu po prostu dobrze się razem pracowało.

Ocena: 8/10



Genesis - "Calling All Stations" (1997)

1. Calling All Stations; 2. Congo; 3. Shipwrecked; 4. Alien Afternoon; 5. Not About Us; 6. If That's What You Need; 7. The Dividing Line; 8. Uncertain Weather; 9. Small Talk; 10. There Must Be Some Other Way; 11. One Man's Fool

Skład: Ray Wilson - wokal; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Gościnnie: Nir Zidkyahu - perkusja (1-5,7,10,11); Nick D'Virgilio - perkusja (4,6,7-9)
Producent: Nick Davis, Tony Banks i Mike Rutherford


26 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "We Can't Dance" (1991)



Ze wszystkich opisanych na tym blogu albumów, ten znam zdecydowanie najdłużej. Towarzyszył mi od wczesnego dzieciństwa, początkowo z pirackiej kasety Taktu, później z oryginalnego CD. Inna sprawa, że dopiero niedawno po raz pierwszy przesłuchałem go z własnej woli... Nie znaczy to bynajmniej, że "We Can't Dance" jest słabym longplayem. Wręcz przeciwnie. To bardzo udana kontynuacja płyt "Genesis" i "Invisible Touch". Czyli kolejny krok ku powrotowi do prog rockowych korzeni grupy. Aż dwa utwory, "Driving the Last Spike" i "Fading Lights", trwają powyżej dziesięciu minut i sporo w nich instrumentalnych popisów Banksa i Rutherforda. Do rocka progresywnego można zaliczyć także około siedmiominutowe "No Son of Mine" i "Dreaming While You Sleep". Oba robią zresztą jeszcze większe wrażenie od dwóch wcześniej wymienionych i należą do ścisłej czołówki najwspanialszych utworów post-gabrielowskiego Genesis.

Oczywiście, muzycy nie zrezygnowali z tworzenia przebojów. Największe nadzieje wiązali z dość mdłym "Never a Time" (którego pierwotny tytuł brzmiał "B.B. Hit", czyli "Big, Big Hit"). Wydany na singlu, kawałek okazał się kompletną klapą. W notowaniach znacznie lepiej radziły sobie dość ostry "I Can't Dance" (z riffem i partią wokalną przypominającymi... AC/DC), niesamowicie chwytliwy "Jesus He Knows Me", balladowy "Hold on My Heart", a nawet bardziej ambitny "No Son of Mine". Wszystkie zasłużenie odniosły sukces. Z pozostałych utworów najlepsze wrażenie sprawia "Way of the World", o dość intrygującym brzmieniu. Natomiast pominięcie nijakiego "Living Forever" i nudnej ballady "Since I Lost You" wyszłoby płycie na dobre. Bo największą jej wadą jest czas trwania, przekraczający 70 minut. Cóż, 1991 rok to już okres dominacji kompaktów nad płytami winylowymi.

Ocena: 7/10



Genesis - "We Can't Dance" (1991)

1. No Son of Mine; 2. Jesus He Knows Me; 3. Driving the Last Spike; 4. I Can't Dance; 5. Never a Time; 6. Dreaming While You Sleep; 7. Tell Me Why; 8. Living Forever; 9. Hold on My Heart; 10. Way of the World; 11. Since I Lost You; 12. Fading Lights

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i Nick Davis


25 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Invisible Touch" (1986)



Podobnie jak na poprzednim albumie, także na "Invisible Touch" muzycy Genesis postanowili udowodnić, że można pogodzić granie komercyjnego pop rocka i bardziej złożonych, ambitniejszych rzeczy. Rezultat nie do końca jednak przekonuje. Drażni przede wszystkim umieszczenie obok siebie tak różnych utworów, jak banalny, stricte popowy "Anything She Does" i prawdziwie progrockowy "Domino" (składający się z dwóch części: balladowej "In the Glow of the Night" i instrumentalnej "The Last Domino"). O ile ten pierwszy należy do najsłabszych kawałków w dorobku grupy, tak drugi nie jest odległy od największych dokonań grupy z poprzedniej dekady.

Z bardziej rozbudowanych utworów znalazł się tu jeszcze "Tonight, Tonight, Tonight". Klimatyczna, a zarazem dość chwytliwa (skrócona wersja została wydana na singlu) kompozycja, będąca jakby tutejszym odpowiednikiem "Mamy" z poprzedniego longplaya. O progresywnych korzeniach grupy przypomina także instrumentalny "The Brazilian". Przykładami bardziej hitowego oblicza grupy są natomiast utwór tytułowy i "Land of Confusion" - oba znacznie bardziej udane od "Anything She Does". Chociaż w tym drugim, zaangażowanym tekstowo, aż prosiło się o mocniejszą, bardziej rockową aranżację. Zamiast tego pojawiają się tu elektroniczne brzmienia w stylu Depeche Mode... Bronią się za to ballady: poruszająca "In Too Deep" i bardziej pogodna "Throwing It All Away".

"Invisible Touch" to zdecydowanie najciekawsza propozycja Genesis z lat 80. Dzięki niemu najłatwiej można się przekonać do twórczości trzyosobowego składu grupy.

Ocena: 7/10



Genesis - "Invisible Touch" (1986)

1. Invisible Touch; 2. Tonight, Tonight, Tonight; 3. Land of Confusion; 4. In Too Deep; 5. Anything She Does; 6. Domino; 7. Throwing It All Away; 8. The Brazilian

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i Hugh Padgham


24 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Genesis" (1983)



Albumy "Duke" (1980) i "Abacab" (1981) okazały się wielkim komercyjnym sukcesem. Pod względem artystycznym nie były już jednak tak atrakcyjne. Zespół prawie całkowicie zrezygnował z elementów prog rockowych (zwłaszcza na drugiej z nich). Zamiast tego, muzycy zaproponowali zbiory chwytliwych, popowych piosenek, zdominowanych przez syntetyczne brzmienia. Tony Banks tłumaczył się z tego następująco: Udawało nam się działać bez singli do końca lat 70., ale w późniejszym okresie niewiele zespołów dawało sobie radę bez przebojów. Faktycznie, lata 80. nie były dobrym czasem dla tzw. "rocka albumowego". Jednak czy warto było odrzucić swoją muzyczną tożsamość, dla chwilowej popularności? Czas pokazał, że nie. Oba wymienione na wstępie albumy brzmią obecnie bardzo archaicznie, podczas gdy twórczość Genesis z lat 70. - wciąż świeżo.

Muzycy szybko jednak zatęsknili za bardziej ambitnym graniem, czego dowodem ich kolejny longplay, "Genesis". Jego pierwsza strona to najbardziej progresywna rzecz jaką nagrali od czasu albumu "...And Then There Were Tree...". Już na początek czeka jeden z najwspanialszych utworów w całym dorobku grupy, "Mama". Oparty na monotonnym rytmie automatu perkusyjnego (prawdziwe bębny wchodzą dopiero w drugiej połowie), z niepokojącymi dźwiękami klawiszy i gitary. Najbardziej przerażająco brzmią jednak nagłe wybuchy śmiechu Collinsa. Zresztą to chyba właśnie ten utwór zawiera jego życiową partię wokalną. Paradoksalnie, mimo ambitnego charakteru tej kompozycji, to właśnie "Mama" była największym singlowym przebojem zespołu w Wielkiej Brytanii (4. miejsce na UK Singles Chart).

"That's All" i "Home by the Sea" mają już bardziej piosenkowy charakter, jednak daleko im do banalności. A druga odsłona tego drugiego utworu, "Second Home by the Sea", to głównie granie instrumentalne, zdominowane przez długie popisy solowe muzyków (głównie Banksa). Gdyby cała płyta była utrzymana w takim stylu, byłby to jeden z najwspanialszych albumów zespołu. Niestety, druga strona to pięć krótkich piosenek, o zdecydowanie popowym charakterze. Już na początek pojawia się strasznie naiwny, irytujący prostotą i syntetycznym brzmieniem "Illegal Alien" (kolejny singlowy przebój). Kolejne cztery kawałki utrzymane są w podobnym stylu. Ewentualnie można wyróżnić balladowy "Taking It All Too Hard", który mimo wszystkich wad, jest na swój sposób nawet uroczy. O reszcie można zapomnieć. Najlepiej jeszcze przed próbą przesłuchania ich.

Ocena: 6/10



Genesis - "Genesis" (1983)

1. Mama; 2. That's All; 3. Home by the Sea; 4. Second Home by the Sea; 5. Illegal Alien; 6. Taking It All Too Hard; 7. Just a Job to Do; 8. Silver Rainbow; 9. It's Gonna Get Better

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i Hugh Padgham


21 listopada 2013

[Recenzja] Joe Shooman - "Bruce Dickinson. Iron Maiden" (2013)

Bruce'a Dickinsona nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Sławę zyskał jako wokalista Iron Maiden, ale nagrywał też z grupą Samson, tworzył także albumy solowe. To prawdziwy człowiek renesansu, poza muzyką odnosił spore sukcesy jako florecista; miał własną audycję w radiu BBC (muzyczną) i program telewizyjny wyświetlany w Discovery ("Flying Heavy Metal" dotyczący lotnictwa); a od kilku lat pracuje jako zawodowy pilot - wciąż koncertując i nagrywając z jednym z największych zespołów heavy metalowych. Nic zatem dziwnego, że dorobił się własnej biografii.

Książka nie przynosi zbyt wielu faktów dotyczących prywatnego życia Dickinsona. Co ciekawe, z pierwszych stron wyłania się zupełnie inny obraz wokalisty, niż ten powszechnie znany. Bruce przedstawiony jest jako cichy, spokojny chłopak. Jedynie na scenie od początku był sobą. Tu i ówdzie pojawiają się krótkie wzmianki o ślubach, rozwodzie czy dzieciach, ale autor nie rozwija tematu. Skupia się przede wszystkim na przedstawieniu muzycznej kariery bohatera. Od pierwszych, amatorskich zespołów (Styx, Speed, Shots), przez pierwszą poważną grupę (Samson), po karierę solową. Stosunkowo mało miejsca poświęcono temu najważniejszemu etapowi jego kariery, czyli latom spędzonym w Iron Maiden. Ale przecież ta grupa dorobiła się już wielu własnych biografii. Oczywiście, autor dokładnie opisał jak doszło do zaproszenia Dickinsona do zespołu, dlaczego dekadę później wokalista postanowił go opuścić, oraz jakie były kulisy jego powrotu. Poza tym, szczegółowo zostały omówione wszystkie kompozycje, w których tworzeniu brał udział Bruce.

Nie wszystko jednak jest tu idealne. Najbardziej może irytować, że wszystkie przypisy są umieszczone na końcu książki, zamiast u dołu strony z odnośnikiem. Co chwilę trzeba przerywać lekturę i szukać odpowiedniego fragmentu. Poza tym, autor popełnia kilka drobnych błędów merytorycznych, jak stwierdzenie, że EPka "The Soundhouse Tapes" Iron Maiden zawierała utwór "Strange World". Największą wadą jest jednak tłumaczenie. Już na sam tytuł zabrakło pomysłu. Natomiast podczas czytania kolejnych rozdziałów, można odnieść, że liczyło się tylko jak najszybsze przetłumaczenie książki, a Marcinowi Grzywaczowi zupełnie nie zależało, żeby zdania były logiczne. Brak sensu często zresztą wynika z niewiedzy na temat muzyki, której dotyczy książka. Najbardziej widać to w zdaniu: Ponadto miał czas na współpracę z grupą Godspeed nad coverem "Sabbath Bloody Sabbath", który był hołdem dla utworu Black Sabbath "Nativity in Black" (ostatnia część powinna brzmieć: który trafił na album w hołdzie Black Sabbath, "Nativity in Black"). Grzywacz ma też problem z odmianą przez przypadki. Nazwę Def Leppard w dopełniaczu zmienił na "Defa Lepparda", podczas gdy nazwisko Randy California pozostawił bez zmian.

Mimo tych kilku niedogodności, książkę czyta się z zaciekawieniem. Oczywiście, pod warunkiem, że jest się wielbicielem Bruce'a Dickinsona i Iron Maiden. Najbardziej cenna będzie natomiast dla fanów grupy Samson - znalazło się tutaj chyba najdokładniejsze omówienie ich kariery.



Joe Shooman - "Bruce Dickinson. Iron Maiden" (2013)

Tytuł oryginału: "Bruce Dickinson: Flashing Metal with Maiden and Flying Solo"
Rok wydania oryginału: 2007
Tłumaczenie: Marcin Grzywacz


20 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "...And Then There Were Three..." (1978)



I zostali we trzech: Collins, Banks i Rutherford. Odejście Steve'a Hacketta niewiele jednak zmieniło. W końcu wymieniona na początku trójka, już podczas nagrywania poprzedniego albumu, "Wind & Wuthering", zadecydowała o zminimalizowaniu udziału gitarzysty. Z brakami kadrowymi poradzili sobie dokładnie tak samo, jak po rozstaniu z Peterem Gabrielem. Po co szukać nowego muzyka, skoro w składzie jest ktoś mogący pełnić tę rolę, przynajmniej w studiu? Zresztą Mike Rutherford już wcześniej nagrywał część partii gitarowych na albumy Genesis.

Pod względem muzycznym "...And Then There Were Three..." jest kontynuacją wspomnianego "Wind & Wuthering". Utwory przeważnie są prostsze, zbudowane na zwrotkowo-refrenowej strukturze, bez długich popisów instrumentalnych. Tylko trzy utwory wyróżniają się bardziej rozbudowaną formą ("Burning Rope", "Deep in the Motherlode" i "The Lady Lies"). Po raz kolejny dominującym instrumentem są syntezatory. Nawet w wyjątkowo mocnym, intensywnym "Down and Out", to one są wysunięte w miksie na pierwszy plan. Charakterystyczne dla starszych dokonań grupy, brzmienia melotronu są słyszalne tylko w "Many Too Many". To zresztą ostatni utwór Genesis, w którym Banks zagrał na tym instrumencie. Sam utwór jest jedną z licznych ballad, jakie zaproponował tu zespół. Na tle pozostałych ("Undertow", "Snowbound", "Say It's Alright Joe") wypada zdecydowanie najlepiej. Delikatne, przepiękne zwrotki zostały zestawione z podniosłym, zapadającym w pamięć refrenem. Zasłużenie utwór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych z albumu.

Longplay pamiętany jest jest jednak głównie za sprawą finałowego "Follow You Follow Me". W chwili wydania longplaya, był to najbardziej kontrowersyjny kawałek zespołu. Prościutki, naiwny, idealny do prezentowania w rozgłośniach radiowych. Po prostu - czysty pop. Wydany na singlu okazał się pierwszym naprawdę sporym sukcesem komercyjnym zespołu, dochodząc do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii, a także do 23. w notowaniu amerykańskim (żaden wcześniejszy utwór grupy nie był notowany w Stanach). Czas pokazał, że nie był to jednorazowy wybryk, a zapowiedź tego, co zespół miał zaprezentować w kolejnej dekadzie.

"...And Then There Were Three..." to ostatni album Genesis, który można zaliczyć do rocka progresywnego. Jednak więcej dla siebie znajdą na nim zwolennicy późniejszych płyt grupy, niż wcześniejszych.

Ocena: 6/10



Genesis - "...And Then There Were Three..." (1978)

1. Down and Out; 2. Undertow; 3. Ballad of Big; 4. Snowbound; 5. Burning Rope; 6. Deep in the Motherlode; 7. Many Too Many; 8. Scenes from a Night's Dream; 9. Say It's Alright Joe; 10. The Lady Lies; 11. Follow You Follow Me

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i David Hentschel


19 listopada 2013

[Recenzja] Kill Devil Hill - "Revolution Rise" (2013)



Kill Devil Hill to założony w 2011 roku zespół, w którego składzie znaleźli się m.in. były perkusista Black Sabbath i Dio, Vinny Appice, oraz były basista Pantery i Down, Rex Brown. Ich debiutancki album, zatytułowany po prostu "Kill Devil Hill", ukazał się na początku ubiegłego roku. Wydawnictwo przyniosło sporą dawkę solidnego metalu. Stylistycznie bliskiego twórczości Down, ale z domieszką stylu Alice in Chains. Niestety, na longplayu brakowało zapamiętywalnych riffów i solówek. Również pod względem wokalnym było bardzo przeciętnie. I trudno się temu dziwić. Ani gitarzysta Mark Zavon, ani wokalista Jason Bragg, nie mogą pochwalić się równie spektakularnymi dokonaniami, co ich koledzy z sekcji rytmicznej. Szybko zapomniałem o tym albumie i całym zespołem. Muzycy postanowili jednak przypomnieć o sobie, wydając drugi longplay, "Revolution Rise".

Dwa pierwsze utwory, "No Way Out" i "Crown of Thorns", spokojnie mogłyby być nagrane przez Down. Bragg aż za bardzo próbuje naśladować sposób śpiewania Phila Anselmo. Instrumentaliści też nie starają się pokazać swojej indywidualności. Kolejne dwa kawałki, "Leave It All Behind" i "Why", mają bardziej komercyjny charakter. Brakuje im jednak dobrych melodii, przez co po prostu męczą. "Wake Up the Dead" wyróżnia się wolnym tempem i ciężkim brzmieniem - zapewne nawiązanie do Black Sabbath, ale kawałkowi bliżej do najmocniejszych utworów Alice in Chains. Zwłaszcza pod względem wokalnym. W tym momencie można mieć już dosyć Kill Devil Hill za kompletny brak oryginalności. Ale następny na trackliście "Long Way from Home" zaciera nieco złe wrażenie. Utwór pozornie balladowy, ale z mocną grą Appice'a. W końcu też Zavon zabłysnął zgrabną solówką. Oczywiście, kawałek nie jest żadnym dotknięciem geniuszu, ale słucha się go przyjemnie. Zwłaszcza po poprzednich utworach.

Co ciekawe, od tego utworu album robi się zdecydowanie ciekawszy. Intensywny, mocny "Where Angels Dare to Roam" z chwytliwym refrenem. Intrygujący "Stained Glass Sadness", z ciekawą rytmiką i nietypowymi melodiami dla muzyki metalowej. Albo po prostu melodyjne "Endless Static" i "Stealing Days". Wszystkie te utwory naprawdę mogą się podobać. Dziwne, że zespół nie umieścił ich na początku longplaya. Zupełnie jakby najpierw chcieli do siebie zniechęcić, udawać, że potrafią tylko kopiować innych, a dopiero potem pokazać, na co naprawdę ich stać. A stać ich na wiele, co udowadniają w finałowym "Life Goes On". Trochę tu Down, trochę Black Sabbath, odrobina Alice in Chains - esencja tego, co najlepsze u tych grup. Na tej samej ścieżce znalazł się jeszcze jeden, ukryty utwór. Bardzo zaskakujący, delikatny, oparty głównie na akompaniamencie pianina.

Wydawanie nowych albumów co rok nie jest obecnie w modzie. Normą są kilkuletnie przerwy. Muzycy Kill Devil Hill spokojnie mogli trochę poczekać z premierą "Revolution Rise". Może przez ten czas udałoby im się stworzyć więcej ciekawych utworów. Bo chociaż longplay ma udane fragmenty, to jako całość nie zachęca, by do niego wracać.

Ocena: 6/10



Kill Devil Hill - "Revolution Rise" (2013)

1. No Way Out; 2. Crown of Thorns; 3. Leave It All Behind; 4. Why; 5. Wake Up the Dead; 6. Long Way from Home; 7. Where Angels Dare to Roam; 8. Stained Glass Sadness; 9. Endless Static; 10. Stealing Days; 11. Life Goes On

Skład: Jason Bragg - wokal; Mark Zavon - gitara; Rex Brown - bass; Vinny Appice - perkusja
Producent: Kill Devil Hill i Jeff Pilson


18 listopada 2013

[Artykuł] Najlepsze rockowe powroty

W ostatnich latach miało miejsce wiele ciekawych muzycznych powrotów. W przypadku niektórych wykonawców skończyło się na jednorazowym wystąpieniu przed publicznością (udział Pink Floyd w Live 8 w 2005 roku, koncert Led Zeppelin w 2007 roku), w przypadku innych - na stworzeniu nowego materiału. Poniższa lista to właśnie mój subiektywny ranking najlepszych albumów, nagranych po długoletniej przerwie w działalności, lub po powrocie do składu ważnych członków zespołu. Lista, poza płytami z ostatnich lat, obejmuje także wydawnictwa nieco starsze, pochodzące z lat 80. i 90.



Grupa Slayer po rozstaniu z perkusistą Davem Lombardem w 1992 roku, wciąż nagrywała nowe albumy. Czasem mniej, czasem bardziej udane, ale nigdy na poziomie swoich największych osiągnięć - wydanych w latach 1986-90 albumów "Reign in Blood", "South of Heaven" i "Seasons in the Abyss". Dopiero po powrocie oryginalnego perkusisty, udało się grupie nagrać album mogący równać się z wyżej wymienionymi - "Christ Illusion". Nie tylko brzmieniem nawiązujący do klasycznych dokonań grupy, ale również jakością. Niestety, album okazał się jednorazowym powrotem do formy. Nagrany trzy lata później, w tym samym składzie, "World Painted Blood" był tylko bladym odbiciem "Christ Illusion". Był to również ostatni album nagrany w tym składzie. Na początku obecnego roku Lombardo został wyrzucony z zespołu, a jakiś czas później świat obiegła informacja o śmierci gitarzysty i głównego kompozytora, Jeffa Hannemanna.



Po odejściu z Deep Purple, Ritchie Blackmore zupełnie niespodziewanie reaktywował swoją drugą grupę, Rainbow. Jak się okazało, zrobił to z przymusu, gdyż kontrakt wymuszał na nim nagranie jeszcze jednej rockowej płyty. Do nowego składu Blackmore nie zaprosił żadnego z muzyków, z którymi wcześniej występował pod tym szyldem, a zebrał zupełnie nowy zespół, m.in. z wokalistą Doogiem Whitem (który chwilę wcześniej o mało nie trafił do Iron Maiden, ale ostatecznie przegrał w eliminacjach z Blazem Bayleyem). Jednak "Stranger in Us All" - pierwszy album Rainbow od 12 lat - bezpośrednio nawiązywał do pierwszych, najbardziej hard rockowych, albumów zespołu. Chociażby obecnością utworu "Still I'm Sad" z repertuaru The Yardbirds, znanego już z debiutanckiego "Ritchie Blackmore's Rainbow" (tam jednak pojawił się w wersji instrumentalnej, tutaj z wokalem). Nie zostało natomiast ani śladu popowego Rainbow z lat 80. Niestety, "Stranger in Us All" do dzisiaj pozostaje ostatnią rockową płytą Blackmore'a. I nic nie wskazuje na to, aby gitarzysta chciał powrócić do tego typu muzyki.


8. George Harrison - "Cloud Nine" (1987)

Po pięcioletniej przerwie od działalności muzycznej, George Harrison powrócił w wielkim stylu. Albumem "Cloud Nine", zawierającym jeden z największych solowych przebojów ex-Beatlesa, "Got My Mind Set on You" (oryginalnie nagranym przez Jamesa Raya w 1962 roku). Longplay przynosi poza tym dużo muzyki charakterystycznej dla gitarzysty. Z jednej strony są to utwory przywołujące ducha The Beatles (np. "When We Was Fab", "Someplace Else"). Z drugiej nie brak przypomnienia o fascynacji Harrisona muzyką orientalną, zwłaszcza indyjską ("Breath Away from Heaven"). W nagraniach wzięli udział muzycy towarzyszący George'owi od dawna, jak Ringo Starr czy Eric Clapton. Album nie jest jednak jedynie wycieczką do przeszłości. Odpowiadający za produkcję Jeff Lynne zapewnił mu współczesne brzmienie, które nawet dzisiaj się broni. Pomimo sporego sukcesu komercyjnego, "Cloud Nine" okazał się ostatnim solowym albumem George Harrisona, wydanym za jego życia. Następny longplay, "Brainwashed" ukazał się dopiero w 2002 roku, rok po śmierci gitarzysty. W między czasie Harrison nagrał jednak dwa albumy z supergrupą The Traveling Wilburys, w skład której wchodzili także Jeff Lynne, Bob Dylan, Roy Orbison i Tom Petty.



W tym wypadku nie było długiej przerwy, ale po prostu nie można nie wspomnieć o tym longplayu. Ledwo pięć miesięcy po tragicznej śmierci charyzmatycznego wokalisty AC/DC, Bona Scotta, pozostali muzycy (wraz z nowym frontmanem, Brianem Johnsonem) wydali nowy album. Album, który okazał się największym sukcesem w całej karierze. Ponad 50 milionów sprzedanych egzemplarzy, czyniące go jednym z najlepiej sprzedającym się longplayów w historii muzyki. Do tego kilka ponadczasowych przebojów, z "You Shook Me All Night Long", "Shoot to Thrill" i utworem tytułowym na czele. Mało brakowało, a "Back in Black" nigdy nie zostałby wydany. Po śmierci Scotta, muzycy poważnie rozważali zakończenie działalności. Tak się jednak nie stało i grupa do dziś wciąż, choć coraz rzadziej, wydaje nowe longplaye. Ostatni jak dotąd "Black Ice" ukazał się w 2008 roku.



Podczas 13 letniej przerwy w działalności Soundgarden, wokalista Chris Cornell zdążył odnieść sukces z supergrupą Audioslave (w skałd której weszli także instrumentaliści Rage Against the Machine), a także zasmakować solowej kariery. Komercyjna porażka ostatniego solowego albumu, "Scream", na którym postanowił zmierzyć się z współczesnym popem, prawdopodobnie zadecydowała o powrocie macierzystej grupy. Bardzo dobrym powrocie, bo album "King Animal" (pierwszy od 16 lat) prezentuje podobny poziom do klasycznych dzieł epoki grunge'u, "Badmotorfinger" i "Superunknown". Niepokojące wydają się jednak najnowsze wieści z obozu grupy. Perkusista Matt Cameron, który w 1998 roku dołączył do Pearl Jam, planuje w przyszłym roku wyruszyć na trasę właśnie z tym zespołem. Tym samym nie wiadomo kto zasiądzie za bębnami podczas zaplanowanych na 2014 rok koncertów Soundgarden.



W tym miejscu równie dobrze mógłby znaleźć się album "Dehumanizer" Black Sabbath. Oba longplaye zostały nagrane przez tych samych muzyków - wokalistę Ronniego Jamesa Dio, gitarzystę Tony'ego Iommiego, basistę Geezera Butlera i perkusistę Vinny'ego Appice'a - po kilkunastu latach przerwy od wydania poprzedniego wspólnego dzieła. Jednak w przypadku "The Devil You Know" powrót był o wiele bardziej zaskakujący - w końcu wcześniej Dio już dwukrotnie rozczarował się współpracą z Iommim i Butlerem. Doszło do niego przypadkiem, kiedy wytwórnia wpadła na pomysł wydania kompilacji zawierającej utwory z albumów Black Sabbath, na których śpiewał Ronnie. Początkowo miał uzupełnić ją niepublikowany wcześniej materiał. Kiedy okazało się, że taki nie istnieje - przedstawiciele wytwórni skontaktowali ze sobą Iommiego i Dio, aby spróbowali stworzyć razem nowe utwory. Współpraca okazała się na tyle owocna, że muzycy postanowili wyruszyć w trasę, a także nagrać pełny album. Nie mogli zrobić tego jednak pod nazwą Black Sabbath, gdyż grupa wciąż oficjalnie funkcjonowała, w składzie z wokalistą Ozzym Osburnem i perkusistą Billem Wardem. Stąd nazwa Heaven & Hell (od pierwszego albumu Sabbath z Dio) i tytuł "The Devil You Know", sugerujący, że to tak naprawdę ten sam, dobrze znany diabeł zespół. Niestety, jego historia zakończyła się w maju 2010 roku, wraz ze śmiercią Ronniego Jamesa Dio.



Po śmierci wokalisty Layne'a Staleya wydawało się, że Alice in Chains już nigdy nie powróci. Kiedy w 2005 roku grupa odrodziła się (z Williamem DuVallem jako wokalistą), wielu fanów grupy uznało to niemal za profanację. Jednak "Black Gives Way to Blue" - pierwszy pełnowymiarowy album grupy od 1995 roku - okazał się bardzo udanym powrotem. Przywołującym klimat dawnych dokonań (z kultowym "Dirt" na czele), ale nie będąca ich kopią. Momentami album jest bardzo zaskakujący. Przede wszystkim w utworze tytułowym - przejmującej, fortepianowej balladzie, poświęconej pamięci pierwszego frontmana (w nagraniu wziął udział Elton John). Ale "Black Gives Way to Blue" to przede wszystkim miażdżące, ciężkie riffy, przywożące na myśl Black Sabbath (np. "A Looking in View", "Last of My Kind"). Albumowi nie można jednak odmówić przebojowości (singlowe "Check My Brain" i "Your Decision"). Longplay dawał sporą nadzieję na przyszłość, którą pogrzebał jednak tegoroczny, odtwórczy i mało ciekawy "The Devil Put Dinosaurs Here".



Iron Maiden nigdy nie zawiesił działalności, ale był tego bliski pod koniec lat 90. Po słabym przyjęciu przez fanów i krytykę dwóch albumów, nagranych z Blazem Bayleyem w roli wokalisty. Przyszłość grupy stanęła pod znakiem zapytania, kiedy świadomy swoich ograniczeń Bayley postanowił ją opuścić. Na szczęście, w tym samym czasie dawny wokalista zespołu, charyzmatyczny wokalista Bruce Dickinson zdecydował pojednać się ze swoimi dawnymi współpracownikami. Razem z nim do składu wrócił gitarzysta Adrian Smith. Obaj muzycy w znaczącym stopniu decydowali o brzmieniu zespołu w latach największych sukcesów (1982-88), a ponadto obaj byli kompozytorami. Nagrany po ich powrocie "Brave New World" nie mógł być zatem słabym longplayem. Wielu fanów uważa go nawet za największe dzieło zespołu, a wielu innych stawia na równi z dokonaniami z lat 80. Natomiast takie utwory, jak "The Wicker Man", "Blood Brothers" czy tytułowy weszły na dłużej do "żelaznego" repertuaru koncertowego. Zespół wciąż jest aktywny, prawie każdego roku wyruszając na trasę koncertową, a także wydając nowe albumy - czasem słabsze ("Dance of Death"), czasem lepsze ("A Matter of Life and Death", "The Final Frontier"), ale nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Niestety, również nie wzbija się na poziom "Brave New World". Ale może zmieni to planowany na przyszły rok nowy longplay.



Po dziewięciu latach przerwy Deep Purple powrócił w najsłynniejszym składzie - obejmującym wokalistę Iana Gillana, gitarzystę Ritchiego Blackmore'a, klawiszowca Jona Lorda, basistę Rogera Glovera i perkusistę Iana Paice'a - który miał już na koncie takie arcydzieła, jak "In Rock", "Machine Head" czy koncertowy "Made in Japan". "Perfect Strangers" to zdecydowanie ta sama liga. Zespół nie odcina się tutaj od swoich wcześniejszych dokonań, to wciąż tradycyjne granie spod znaku hard & heavy. Jednocześnie Roger Glover zapewnił płycie bardzo współczesne brzmienie. A właściwie - ponadczasowe. Nie skażone typową dla lat 80. "plastikowością". Bardzo interesująco wypadło wprowadzenie "orientalizmów" (utwór tytułowy, "Hungry Daze"). Utwory na albumie są bardzo zróżnicowane, od rozbudowanego "Knocking at Your Back Door", przez szybkie, rockowe czady (np. "Under the Gun", "A Gypsy's Kiss"), aż po piękną balladę "Wasted Sunsets". Od czasu wydania "Perfect Strangers" dyskografia Deep Purple poszerzyła się o osiem studyjnych longplayów (w tym dwa nagrane przez tutejszy skład), ale żaden z nich ani przez chwilę nie zbliża się do poziomu, jaki tutaj udało się grupie osiągnąć.



Przez ostatnie kilkanaście lat nic nie wskazywało na to, że będzie nam dane cieszyć się nowym albumem Black Sabbath. Po wielkim wydarzeniu jakim był reunion oryginalnego składu grupy (Tony Iommi, Geezer Butler, Ozzy Osbourne, Bill Ward) w 1997 roku i nagranie przez nich dwóch nowych utworów ("Selling My Soul" i "Psycho Man", zamieszczone na koncertówce "Reunion"), emocje coraz bardziej opadały. W 2001 roku zespół zabrał się co prawda za nagrywanie nowego longplaya (pierwszego w tym składzie, od czasu "Never Say Die!" z 1978 roku), jednak rezultaty tamtej sesji nigdy nie ujrzały światła dziennego. Prawdopodobnie dlatego, że Osbourne bardziej zajęty był promocją solowego "Down to Earth". Jeszcze bardziej można było zwątpić w 2006 roku, kiedy Osbourne wytoczył Iommiemu proces o prawa do nazwy Black Sabbath. W tym samym czasie grupa odrodziła się w innym składzie, który z przyczyn prawnych musiał przyjąć nazwę Heaven & Hell. A jednak, 11 listopada 2011 roku odbyła się konferencja prasowa, na której muzycy ogłosi, że planują nagrać nowy album. Co prawda późniejsze wydarzenia (wykrycie raka u Iommiego i rezygnacja Warda z przyczyn finansowych) opóźniły wydanie nowego albumu, ale w końcu, w czerwcu bieżącego roku, ujrzał on światło dzienne. I dzięki licznym nawiązaniom do przeszłości, ale też po prostu dobrym kompozycjom (jak "God Is Dead?" czy "Age of Reason") jest to longplay, który dorównuje klasycznym "Black Sabbath", "Paranoid" i "Master of Reality". A także znacznie przebija późniejsze poczynania oryginalnego składu grupy. Zamykające "Trzynastkę" odgłosy burzy i dzwonów - te same, które otwierały debiutancki longplay - sugerują, że będzie to ostatnie wydawnictwo grupy, ale... Muzycy nie wykluczają, że jeszcze razem coś stworzą.


17 listopada 2013

[Artykuł] Zaginiony album Pink Floyd

To mógł być jeden z najdziwniejszych i najbardziej oryginalnych albumów, jakie kiedykolwiek zostały nagrane. Niestety, nigdy nie został ukończony. Mowa o projekcie "The Household Objects" Pink Floyd. Muzycy chcieli wydać album, na którym zamiast tradycyjnych instrumentów, byłoby słychać jedynie... przedmioty codziennego użytku. Skąd taki pomysł i dlaczego płyta nigdy się nie ukazała, dowiesz się z poniższego tekstu.

Pink Floyd: Rick Wright, Roger Waters, Nick Mason i David Gilmour.

Sam pomysł narodził się już w 1969 roku i częściowo został zrealizowany w utworze "Alan's Psychedelic Breakfast" z albumu "Atom Heart Mother". Już w nim pojawiły się różne dodatkowe dźwięki - odgłosy przygotowywanego śniadania. Na początku 1971 roku, podczas kolejnej sesji nagraniowej (której ostatecznym rezultatem był album "Meddle"), muzycy postanowili pójść na całość i całkowicie zrezygnować z instrumentów muzycznych. Spędzili sporo czasu pracując nad płytą, która znana jest dzisiaj jako "Household Object" - wspominał John Leckie, operator taśm. Tworzyli akordy, stukając w butelki po piwie, darli gazety w celu uzyskania odpowiedniego rytmu i pryskali aerozolem, by osiągnąć brzmienie talerzy perkusyjnych. Głównym pomysłodawcą był Nick Mason, ale angażowała się cała czwórka. Problem polegał na tym, że zmierzało to donikąd. Muzycy w nagraniach wykorzystywali m.in. gumki recepturki, kieliszki do wina, zapalniczki, oraz miksery kuchenne. Wszystko oczywiście odpowiednio później przetwarzali, aby osiągnąć właściwe brzmienie. Podobno powstało wówczas około dwudziestu minut materiału, ale już po tygodniu muzykom znudziło się eksperymentowanie i zarzucili projekt.

Wrócili do niego jednak w grudniu 1973 roku, tuż po ogromnym sukcesie albumu "Dark Side of the Moon". Współpracujący wówczas z grupą inżynier dźwięku, Alan Parsons, opowiadał o tamtej sesji: Pamiętam, że rozciągnięto gumkę pomiędzy dwoma stołami, by uzyskać niski dźwięk. Za progi posłużyły zapałki. W jednym z ówczesnych wywiadów z Rogerem Watersem można było przeczytać: Zawsze uważałem, że rozróżnianie efektów dźwiękowych i muzyki jest głupotą. To bez znaczenia czy tworzysz dźwięki za pomocą gitary, czy otwierając wodę w kranie. Jednak, podobnie jak poprzednim razem, także wtedy muzycy szybko stracili zainteresowanie projektem. To jeden z tych szalonych kroków w bok, które człowiek czasem robi w życiu - mówił po latach David Gilmour. Wtedy wydawało nam się to dobrym pomysłem, ale bardzo szybko okazało się, że realizacja przekracza nasze możliwości, w każdym razie musiałaby nas kosztować wiele wysiłku. Uznaliśmy, że kontynuowanie tego projektu jest właściwie bezcelowe.



Tak naprawdę zawsze byłem trochę rozczarowany, że nic z tego wszystkiego nie wyszło - przyznawał Parsons. Nie do końca jest jednak prawdą, że nic z tego nie wyszło. Zarejestrowany wówczas dźwięk, uzyskany dzięki pocieraniu kieliszka palcem, został wykorzystany jako wstęp utworu "Shine on You Crazy Diamond". Ujawniony został jeszcze jeden fragment projektu, aczkolwiek dopiero w 2011 roku. Wśród bonusów najnowszej reedycji "Dark Side of the Moon" znalazł się m.in. utwór "The Hard Way", oparty na świetnej linii basu, uzyskanej za pomocą gumki recepturki. Być może w archiwach zespołu znajduje się więcej takich skarbów i kiedyś zostaną opublikowane.


16 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Wind & Wuthering" (1976)



"Wind & Wuthering" to ostatni prawdziwe progrockowy album Genesis. Będący jednakże zapowiedzią kierunku, w jakim grupa wkrótce podąży. Dobrym przykładem jest otwierający całość "Eleventh Earl of Mar". Strukturą i rytmiką przypomina wcześniejsze dokonania zespołu, ale w instrumentarium dominują już syntezatory. Tony Banks tak się zachwycił ich brzmieniem, że niemal całkiem zrezygnował z bardziej tradycyjnych instrumentów klawiszowych, jak pianino i melotron. Nawet jeśli już się pojawiają - jak w najbardziej rozbudowanym, dziesięciominutowym "One for the Vine" - to szybko ustępują miejsca elektronice. Zresztą w tym samym "One for the Vine" słychać, że zespół nie za bardzo ma już ochotę tworzyć takie długie formy. Utwór sprawia wrażenie wymęczonego, zrobionego na siłę.

Muzycy - zwłaszcza Collins i Rutherford - coraz lepiej czuli się w mniej skomplikowanych kompozycjach, jak "Your Own Special Way" (43. miejsce na UK Singles Chart) lub "Afterglow". O ile jednak ten drugi jeszcze się broni, tak pierwszy jest po prostu mdły i nudny. Wracając do brzmienia albumu - zdecydowanie mniejszą rolę niż dawniej odgrywają gitary. Zresztą Banks, Collins i Rutherford odmówili nagrania większości kompozycji, jakie dostarczył Steve Hackett (z tego właśnie powodu gitarzysta niedługo później opuścił zespół). A przecież to właśnie on jest współautorem najlepszego utworu na albumie, "Blood on the Rooftops", łączącego delikatne, klasycyzujące zwrotki z mocniejszym, ale chwytliwym refrenem. Dużo partii gitarowych można znaleźć także w instrumentalnym "…In That Quiet Earth". Choćby dla tych dwóch utworów warto sięgnąć po ten longplay.

Ocena: 6/10



Genesis - "Wind & Wuthering" (1976)

1. Eleventh Earl of Mar; 2. One for the Vine; 3. Your Own Special Way; 4. Wot Gorilla?; 5. All in a Mouse's Night; 6. Blood on the Rooftops; 7. Unquiet Slumbers for the Sleepers…; 8. …In That Quiet Earth; 9. Afterglow

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Steve Hackett - gitara, marimbula, cytra; Mike Rutherford - bass, gitara, pianino (3)
Producent: David Hentschel i Genesis


[Recenzja] Genesis - "A Trick of the Tail" (1976)



Muzycy długo nie mogli znaleźć godnego następcy Petera Gabriela. W końcu zdecydowali się na sztuczkę z ogonem (jak można tłumaczyć tytuł "A Trick of the Tail"), a mianowicie powierzenie roli frontmana muzykowi, który dotąd przebywał na końcu sceny, schowany za zestawem perkusyjnym. Phil Collins w roli głównego wokalisty Genesis występował już wcześniej (utwory "For Absent Friends" i "More Fool Me"), a w studiu mógł bez problemu nagrywać zarówno wokale, jak i partię perkusji. Wystarczyło tylko wynająć dodatkowego bębniarza na koncerty (przez pewien czas rolę tą pełnił sam Bill Bruford, znany z King Crimson i Yes). Pozostawała jednak pewna kwestia do wyjaśnienia. Collins dotąd śpiewał jedynie w kawałkach o charakterze balladowym. Nie było wiadomo jak poradzi sobie z mocniejszym materiałem. Wszelkie wątpliwości rozwiało dopiero wykonanie przez niego utworu "Squonk".

Zespół na "A Trick of the Tail" nie odbiega szczególnie od swojego dotychczasowego stylu. Album jest nawet bardziej progresywny od poprzedniego w dyskografii "The Lamb Lies on Broadway". Już na początek muzycy proponują "Dance on a Volcano" - dynamiczny, rozbudowany i dość skomplikowany utwór. Swoje umiejętności do tworzenia takich właśnie kompozycji, pokazują także we wspomnianym "Squonk", oraz w finałowym, instrumentalnym "Los Endos". Z drugiej strony, longplay zawiera także zapowiedź późniejszych zmian - w prostszym, bardzo przebojowym (ale jeszcze w pozytywnym tego słowa znaczeniu) utworze tytułowym, a także w żartobliwym, radosnym "Robbery, Assault & Battery".

Ponadto album potwierdza zamiłowanie Collinsa do śpiewania utworów balladowych. Znalazły się tutaj aż trzy kompozycje tego typu. Naprawdę przejmującą partią wokalną wyróżnia się prześliczny "Entangled". Utwór opiera się głównie na brzmieniu gitar akustycznych, uzupełnianym przez syntezatorowe dźwięki kreowane przez Tony'ego Banksa. Równie pięknie wypada bardziej dynamiczny "Ripples", z podniosłym refrenem. Balladowe fragmenty, z dużą rolą fortepianu i melotronu, można znaleźć także w "Mad Man Moon".

Chociaż zespół stracił charyzmatycznego wokalistę, to nie przeszkodziło to muzykom nagrać kolejne wielkie dzieło. Album rozwijający pomysły z poprzednich wydawnictw, a jednocześnie wnoszący coś nowego do twórczości zespołu.

Ocena: 9/10



Genesis - "A Trick of the Tail" (1976)

1. Dance on a Volcano; 2. Entangled; 3. Squonk; 4. Mad Man Moon; 5. Robbery, Assault & Battery; 6. Ripples; 7. A Trick of the Tail; 8. Los Endos

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara
Producent: David Hentschel i Genesis


15 listopada 2013

[Recenzje] Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway" (1974)



W 1974 roku drogi Petera Gabriela i pozostałych muzyków Genesis zaczęły się rozchodzić. Wokalista zmęczony był występowaniem w rockowym zespole, chciał więcej czasu spędzać z rodziną. W takiej sytuacji powstał najbardziej obszerny - dwie płyty, 23 utwory - longplay grupy. Cała muzyka została skomponowana bez udziału Gabriela, który jednak, po raz pierwszy, podjął się napisania wszystkich tekstów. Tekstów, składających się na jedną historię. Także pod względem muzycznym album tworzy całość - poszczególnie utwory płynnie w siebie przechodzą. Mówiąc krótko, "The Lamb Lies Down on Broadway" to klasyczny przykład albumu koncepcyjnego.

Pod względem stylistycznym, longplay nieco odstaje od poprzednich wydawnictw grupy. Znalazły się tutaj tylko dwie rozbudowane, wielowątkowe formy ("In the Cage" i "The Colony of Slippermen"). W pozostałych utworach muzycy postanowili uprościć brzmienie. Wiele fragmentów albumu to dość tradycyjne, rockowe piosenki (np. "The Lamb Lies Down on Broadway", "Counting Out Time", "The Light Dies Down on Broadway"). Czasem zaskakujące cięższym brzmieniem ("Broadway Melody of 1974", "Lilywhite Lilith", "Anyway"), ale nie mogło zabraknąć momentów balladowych ("Fly on a Windshield", "The Carpet Crawlers", "The Lamia"). Pomiędzy właściwymi utworami, znalazło się kilka instrumentalnych przerywników: m.in. klasycyzujący popis Hacketta - "Hairless Heart", oraz dziwne muzyczne kolaże, w których przygotowaniu pomógł Brian Eno ("The Waiting Room", "Silent Sorrow in Empty Boats", "Ravine").

Peter Gabriel odszedł z zespołu tuż po zakończeniu trasy koncertowej promującej album. Tym samym, "The Lamb Lies Down on Broadway" okazał się ostatnim longplayem Genesis zarejestrowanym przez klasyczny skład zespołu. Album stanowi doskonałe zwieńczenie tego etapu.

Ocena: 8/10



Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway" (1974)

LP1: 1. The Lamb Lies Down on Broadway; 2. Fly on a Windshield; 3. Broadway Melody of 1974; 4. Cuckoo Cocoon; 5. In the Cage; 6. The Grand Parade of Lifeless Packaging; 7. Back in N.Y.C.; 8. Hairless Heart; 9. Counting Out Time; 10. The Carpet Crawlers; 11. The Chamber of 32 Doors
LP2: 1. Lilywhite Lilith; 2. The Waiting Room; 3. Anyway; 4. Here Comes the Supernatural Anaesthetist; 5. The Lamia; 6. Silent Sorrow in Empty Boats; 7. The Colony of Slippermen; 8. Ravine; 9. The Light Dies Down on Broadway; 10. Riding the Scree; 11. In the Rapids; 12. It

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet, obój; Tony Banks - instr. klawiszowe; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara; Phil Collins - perkusja, dodatkowy wokal
Gościnnie: Brian Eno - enossification (sic!)
Producent: John Burns i Genesis


14 listopada 2013

[Recenzja] Ghost - "If You Have Ghost" EP (2013)



Szwedzki Ghost to jedno z najciekawszych zjawisk muzycznych, jakie pojawiły się w ostatnim czasie. Grupa ma na koncie już dwa longplaye ("Opus Eponymous" z 2010 roku i tegoroczny "Infestissumam"), teraz przyszła pora na EPkę z coverami. Produkcją zajął się sam Dave Grohl (Foo Fighters, ex-Nirvana). Muzycy sięgnęli po utwory Roky'ego Ericksona, Depeche Mode, a także swoich rodaków z ABBY i Army of Lovers. Całość rozpoczyna się od dość łagodnego i niesamowicie chwytliwego "If You Have Ghosts" z repertuaru Ericksona. Kawałek wprowadza w bardzo pozytywny nastrój. W przeróbce "I Am a Marionette" ABBY pojawia się już charakterystyczny dla Ghost, mroczny klimat. "Crucified" z repertuaru Army of Lovers zaskakuje ładnym, akustycznym wstępem. To jednak zmyłka, po chwili wchodzą cięższe gitary. Ogólnie jednak jest to najsłabszy fragment całości, niemal równie odpychający, co eurodance'owy oryginał. Intrygująco wypada natomiast zaostrzona wersja "Waiting for the Night", zachowująca jednak piękną melodię wersji Depechów. Całości dopełnia koncertowa wersja autorskiego "Secular Haze", pod względem brzmienia pozostawiająca wiele do życzenia. Szkoda, że zamiast niej nie zamieszczono tu przeróbki  "Here Comes the Sun" Beatlesów, znanej z japońskiego wydania debiutu Ghost.

Ocena: 7/10



Ghost - "If You Have Ghost" (2013)

1. If You Have Ghosts; 2.  I Am a Marionette; 3. Crucified; 4. Waiting for the Night; 5. Secular Haze (live)

Skład: Papa Emeritus II - wokal; Nameless Ghoul  - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul  - bass; Nameless Ghoul  - perkusja; Nameless Ghoul  - instr. klawiszowe
Gościnnie: Dave Grohl - gitara (1), perkusja (2,4); Derek Silverman - instr. klawiszowe (1,3,4); Jessy Greene - instr. smyczkowe (1)
Producent: Dave Grohl


13 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Selling England by the Pound" (1973)



"Selling England by the Pound" przyniósł grupie długo oczekiwany sukces - był pierwszym albumem Genesis, który wszedł do pierwszej dziesiątki brytyjskiego notowania (3. miejsce), a także pierwszym w ogóle w notowaniu amerykańskim (70. miejsce). Zespół w tym czasie zaliczył także pierwszy sukces singlowy - utwór "I Know What I Like (In Your Wardrobe)" doszedł do 21. miejsca na UK Singles Chart. Nie jest to jednak zbyt reprezentatywna kompozycja dla tego longplaya, ze względu na jej bardziej popowy, komercyjny charakter. Innym fragmentem zapowiadającym późniejsze poczynania zespołu jest banalny, akustyczny "More Fool Me". Kawałek został skomponowany i wykonany jedynie przez dwóch muzyków zespołu, Phila Collinsa (po raz drugi występującego w roli głównego wokalisty na płycie Genesis) i Mike'a Rutherforda.

Na szczęście, w pozostałych utworach muzycy nie odbiegają daleko od tego, co proponowali na poprzednich trzech albumach. Już na otwarcie pojawia się 8-minutowy "Dancing with the Moonlit Knight". Utwór rozpoczyna się od śpiewu Petera Gabriela a capella, do którego po chwili dołącza piękna, klasycyzująca partia gitary akustycznej, a dalej także fortepianu. Po dwóch minutach następuje jednak hard rockowe zaostrzenie, z wirtuozerskimi popisami wszystkich muzyków. Na albumie są też inne utwory tego kalibru. Przede wszystkim "Firth of Fifth" i "The Cinema Show". Oba bardzo progresywne, rozbudowane, składające się zarówno z fragmentów ciężkich, jak i balladowych. Poza tym warto zwrócić uwagę na "The Battle of Epping Forest" - kolejny rozbudowany utwór, niejako będący zapowiedzią solowej twórczości Petera Gabriela. Całości dopełniają urokliwy, instrumentalny "After the Ordeal", oraz "Aisle of Plenty", czyli repryza wstępu "Dancing with the Moonlit Knight".

Gdyby nie dwa utwory wspomniane na początku, "Selling England by the Pound" można by nazwać najwspanialszym albumem Genesis. Ale i tak jest to wielkie dzieło, które wciąż ekscytuje, pomimo 40 lat, jakie minęły od jego wydania.

Ocena: 8/10



Genesis - "Selling England by the Pound" (1973)

1. Dancing with the Moonlit Knight; 2. I Know What I Like (In Your Wardrobe); 3. Firth of Fifth; 4. More Fool Me; 5. The Battle of Epping Forest; 6. After the Ordeal; 7. The Cinema Show; 8. Aisle of Plenty

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet, obój, instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara, sitar; Phil Collins - perkusja, dodatkowy wokal, wokal (4)
Producent: Genesis i John Burns


11 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Foxtrot" (1972)



"Foxtrot" to pierwszy album Genesis, dostrzeżony przez szerszą publiczność. Pod względem muzycznym nie ma jednak wielkiej rewolucji. Zespół nie proponuje tu nic nowego. "Foxtrot" to po prostu logiczna kontynuacja albumów "Trespass" i - przede wszystkim - "Nursery Cryme". Trudno mieć to jednak zespołowi za złe. Tym bardziej, że ciężko przyczepić się do zawartych tu kompozycji. Wspaniale w roli otwieracza sprawdza się "Watcher of the Skies". Długi, melotronowy wstęp, a potem charakterystyczne dla rocka progresywnego częste zmiany motywów. Całość jest jednak zaskakująco chwytliwa. Następujący po nim "Time Table" to najbardziej konwencjonalny utwór na płycie. Prosta ballada o piosenkowej strukturze, ale z niezwykle uroczą melodią. "Get 'Em Out by Friday" to kolejny rozbudowany utwór, z typowym dla Petera Gabriela tekstem, w którym wokalista wciela się w różne role. Natomiast kończący pierwszą stronę "Can-Utility and the Coastliners" to z pozoru kolejna urocza ballada, z czasem nabierająca jednak coraz większego ciężaru.

Jednak to strona B wzbudza największe emocje. Rozpoczyna ją śliczna, akustyczna miniaturka "Horizons" Steve'a Hacketta, będąca jakby wstępem do najdłuższego w całej dyskografii, 23-minutowego "Supper's Ready". Siedmioczęściowego utworu, zdradzającego inspirację muzyką poważną. Pierwsza część ("Lover's Leap") utrzymana jest w łagodnym, balladowym klimacie. Wkrótce jednak utwór nabiera dynamiki - dochodzi partia perkusji (w drugiej części - "The Guaranteed Eternal Sanctuary Man") i przesterowanej gitary elektrycznej (w trzeciej - "Ikhnaton and Itsacon And Their Band of Merry Men"). Chwilę uspokojenia przynosi czwarta część ("How Dare I Be So Beautiful?"), ale zaraz następuje zaskakujące przełamanie (wodewilowy "Willow Farm", nasuwający skojarzenia z późnymi Beatlesami). Ostatnie dwie części to posępny "Apocalypse in 9/8 (Co-Starring the Delicious Talents of Gabble Ratchet)" oraz podniosły finał, "As Sure As Eggs Is Eggs (Aching Men's Feet)".

"Supper's Ready" zapewnił grupie stałe miejsce w rankingach najlepszych grup progrockowych. Jednak pozostałe utwory zasługują na nie mniejszą uwagę. "Foxtrot" to po prostu bardzo udana całość - jedno z największych dzieł Genesis.

Ocena: 8/10



Genesis - "Foxtrot" (1972)

1. Watcher of the Skies; 2. Time Table; 3. Get 'Em Out by Friday; 4. Can-Utility and the Coastliners; 5. Horizons; 6. Supper's Ready

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet,  instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara, wiolonczela; Phil Collins - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Dave Hitchcock i Genesis


8 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Nursery Cryme" (1971)



Na albumie "Nursery Cryme" zadebiutował klasyczny skład Genesis, z gitarzystą Stevem Hackettem i perkusistą Philem Collinsem. Ich dołączenie znacząco wpłynęło na brzmienie grupy, które nabrało mocy i ostrości. Może nie ma tu agresji utworu "The Knife", ale jako całość "Nursery Cryme" jest o wiele cięższy od "Trespass". Wystarczy posłuchać otwierającego całość, rozbudowanego "The Musical Box", pełnego długich solówek Hacketta. Sam utwór należy zresztą do największych arcydzieł grupy. Zadziorności nie brak także w "The Return of the Giant Hogweed". Nawet pozornie balladowy, czarujący przepiękną melodią "Seven Stones", zawiera cięższe fragmenty. W pozostałych utworach jest już spokojniej. Warto zwrócić uwagę na uroczą miniaturkę "For Absent Friends" - pierwszy utwór Genesis, w którym rolę głównego wokalisty pełni Phil Collins. Z kolei w podniosłym finale "The Fountain of Salmacis" pobrzmiewa coś z King Crimson. W przenośni i dosłownie - Tony Banks gra tutaj na melotronie odkupionym od tej grupy. Nie do końca przekonują dwa pozostałe kawałki - bardziej dynamiczny "Harold the Barrel" i rzewny "Harlequin" - oba nieco banalne i psujące odbiór całości.

Ocena: 8/10



Genesis - "Nursery Cryme" (1971)

1. The Musical Box; 2. For Absent Friends; 3. The Return of the Giant Hogweed; 4. Seven Stones; 5. Harold the Barrel; 6. Harlequin; 7. The Fountain of Salmacis

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet, akordeon, instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara; Phil Collins - perkusja, wokal (2)
Producent: John Anthony


7 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Trespass" (1970)



Debiutancki album Genesis, "From Genesis to Revelation" z 1969 roku, okazał się artystyczną i komercyjną porażką. Bynajmniej nie z winy zespołu. To producent, Jonathan King, zmusił ich do poskromienia swoich ambicji i nagrania banalnej, popowej płyty. Dopiero na swoim drugim wydawnictwie, "Trespass" mogli rozwinąć skrzydła. I efekt jest naprawdę udany. Instrumentaliści w końcu mogli wykazać się swoimi umiejętnościami, natomiast Peter Gabriel udowodnić, że jest bardzo charyzmatycznym wokalistą (czego można było się już domyślać po niektórych utworach z debiutu).

"Looking for Someone" to z pozoru łagodna piosenka o przyjemnej melodii. Ale we fragmentach instrumentalnych nabiera progresywno-symfonicznego rozmachu, a nawet niemal hard rockowej mocy. Ogólnie na płycie przeważają utwory łagodniejsze, choć nie pozbawione dynamiki ("White Mountain", "Visions of Angels", "Stagnation"). Najdelikatniejszym momentem całości jest oparty na brzmieniach akustycznych, refleksyjny "Dusk". Tym większym zaskoczeniem okazuje się następujący tuż po nim "The Knife". Jak na Genesis jest to utwór wręcz agresywny. Oparty organowym motywie w stylu Deep Purple, z ostrymi gitarowymi partiami Anthony'ego Phillipsa, oraz z ekspresyjnym śpiewem Gabriela. W środkowej części utwór trochę się uspokaja, by w finale nabrać jeszcze większej mocy. Pełno tu zresztą zmian motywów i tempa. Prawdziwe arcydzieło.

A cały album? Interesujący, ale dopiero na kolejnych wydawnictwach grupa pokaże na co ją stać. Już w innym składzie, nierzadko uznawanym za ten najlepszy.

Ocena: 8/10



Genesis - "Trespass" (1970)

1. Looking for Someone; 2. White Mountain; 3. Visions of Angels; 4. Stagnation; 5. Dusk; 6. The Knife

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet, akordeon, instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Anthony Phillips - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara, wiolonczela; John Mayhew - perkusja
Producent: John Anthony


4 listopada 2013

[Recenzja] Roger Glover - "The Butterfly Ball and the Grasshopper's Feast" (1974)



"The Butterfly Ball and the Grasshopper's Feast" to debiutancki album solowy Rogera Glovera - basisty znanego przede wszystkim z Deep Purple (z którego niedługo wcześniej został wyrzucony). Longplay stanowi album koncepcyjny, oparty na wierszu dla dzieci o tym samym tytule, napisanym przez Williama Roscoe'a w 1802 roku. Muzycznie album brzmi jak połączenie późnych Beatlesów (z okresu "Sgt. Pepper"/"Magical Mystery Tour") z muzyką musicalową. Dominują rozbudowane, orkiestrowe aranżacje. Niewiele tu natomiast typowo rockowego grania, chociaż grają tu muzycy związani właśnie z tym gatunkiem - oprócz Glovera są to m.in. gitarzysta Ray Fenwick (Ian Gillan Band) oraz perkusista Michael Giles (ex-King Crimson). Wyjątek stanowią ostrzejsze "Sir Maximus Mouse" i "Watch Out for the Bat".

Do zaśpiewania na płycie, Glover zaprosił szereg mniej lub bardziej znanych wokalistów. Wśród nich znalazło się dwóch członków Deep Purple, którzy dołączyli do tej grupy po jego odejściu - Glenn Hughes ("Get Ready") i David Coverdale ("Behind the Smile"). Poza tym udzielają się tu m.in. John Gustafson z Quatermass / Hard Stuff ("Watch Out for the Bat") i  Eddie Hardin z Spencer Davis Group / Axis Point ("Sir Maximus Mouse"). Najwięcej miejsca do popisu dostał szerzej wówczas nieznany Ronnie James Dio, który zaśpiewał aż w trzech utworach ("Sitting In a Dream", "Love Is All", "Homeward"). Całości dopełnia kilka instrumentalnych utworów: trzy miniaturki (mroczne "Dawn" i "Magician Moth", klasycyzujący "The Feast") i jedna dłuższa forma (orkiestrowy "Dreams of Sir Bedivere").

Do najciekawszych fragmentów longplaya należą: wspomniany "Sir Maximus Mouse", niesamowicie chwytliwy "Love Is All" (nie tylko tytułem budzący skojarzenia z beatlesowskim "All You Need Is Love") oraz intrygujący "Behind the Smile". Bardzo przyjemnie wypadają także balladowe "Aranea" i "Sitting In a Dream". Niestety, są też słabsze momenty, jak irytujący wokalnie "Saffron Dormouse and Lizzy Bee" albo zbyt zwyczajny blues "Together Again", kiepsko zaśpiewany przez Tony'ego Ashtona. Szkoda, że zamiast nich na album nie trafił obecny na kompaktowych reedycjach utwór "Little Chalk Blue", nagrany z udziałem Johna Lawtona z Lucifer's Friend (później także z Uriah Heep).

"The Butterfly Ball and the Grasshopper's Feast" to bardzo interesujący eksperyment, pokazujący wszechstronność Rogera Glovera i zaproszonych przez niego muzyków. Nie każdemu wielbicielowi ciężkiego rocka przypadnie do gustu, ale warto czasem posłuchać czegoś innego.

Ocena: 7/10



Roger Glover - "The Butterfly Ball and the Grasshopper's Feast" (1974)

1. Dawn; 2. Get Ready; 3. Saffron Dormouse and Lizzy Bee; 4. Harlequin Hare; 5. Old Blind Mole; 6. Magician Moth; 7. No Solution; 8. Behind the Smile; 9. Fly Away; 10. Aranea; 11. Sitting In a Dream; 12. Waiting; 13. Sir Maximus Mouse; 14. Dreams of Sir Bedivere; 15. Together Again; 16. Watch Out for the Bat; 17. The Feast; 18. Love Is All; 19. Homeward

Skład: Roger Glover - gitara, bass, syntezatory
Gościnnie: Glenn Hughes - wokal (2); Helen Chappelle - wokal (3); Barry St. John - wokal (3); Neil Lancaster - wokal (4); John Goodison - wokal (5); Mickey Lee Soule - wokal (7); David Coverdale - wokal (8); Liza Strike - wokal (9); Judi Kuhl - wokal (10); Ronnie James Dio - wokal (11,18,19); Jimmy Helms - wokal (12); Eddie Hardin - wokal (13), instr. klawiszowe; Tony Ashton - wokal (15); John Gustafson - wokal (16); Ray Fenwick - gitara; Mo Foster - bass i kontrabas; Les Binks - perkusja; Michael Giles - perkusja; Eddie Jobson - skrzypce; Jack Emblow - akordeon; Chris Karan - tabla; Mike Moran - pianino; Ann Odell - pianino; The Mountain Fjord Orchestra
Producent: Roger Glover i Alan G. Rainer


2 listopada 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory King Crimson

Jeden z najbardziej oryginalnych i innowacyjnych zespołów w historii muzyki, bez wątpienia zasługujący na obecność w cyklu "Najważniejsze utwory...". Poniższa lista zawiera wyłącznie kompozycje z lat 1969-74, gdyż późniejsze dokonania King Crimson nie były już tak przełomowe, ani ekscytujące (zwłaszcza te z lat 80., o bardziej komercyjnym charakterze). Pierwszy okres działalności zespołu przyniósł natomiast tak ponadczasowe utwory, jak "21st Century Schizoid Man", "Epitaph", "Larks' Tongues in Aspic" czy "Starless". O wszystkich z nich, a także wielu innych, możesz przeczytać w poniższym tekście.

King Crimson '69: Robert Fripp, Michael Giles, Greg Lake, Ian McDonald i Peter Sinfield.

1. "21st Century Schizoid Man" (z albumu "In the Court of the Crimson King", 1969)

Utwór łączący rock progresywny, jazz i hard rock, odrzucający natomiast charakterystyczne dla muzyki rockowej wpływy bluesa (jak zresztą cała wczesna twórczość King Crimson). Większość riffów napisał Ian [McDonald, saksofonista/klawiszowiec], ale inni muzycy też mieli duży wkład - mówił ówczesny tekściarz grupy, Peter Sinfield. I tak te bardzo agresywne dźwięki sprowokowały mnie do stworzenia agresywnego tekstu. Takiego na przekór wszystkiemu. Ważne było dla mnie nie tylko znaczenie słów, ale też ich brzmienie: miały być kanciaste, ostre, drażniące. Te słowa miały być cierniste, owinięte drutem kolczastym.
Utwór rozpoczyna się szumem, z którego wyłania się ciężki riff, grany unisono przez gitarę Roberta Frippa i saksofon Iana McDonalda. Drugi przyznawał, że wymyślił go wspólnie z basistą/wokalistą Gregiem Lakem. Wokal w zwrotkach (tekst składa się z trzech zwrotek i nie posiada refrenu) został celowo zniekształcony, aby wzmocnić antywojenną wymowę tekstu. Świadomie przesterowaliśmy wokal na konsolecie i zmieniliśmy środkowe pasmo przy każdym uderzeniu hi-hatu w zwrotkach - przyznawał McDonald.
W środku utworu pojawia się instrumentalna część, nosząca własny tytuł - "Mirrors", z drapieżną solówką saksofonu, która gwałtownie się urywa, gdyż na tej samej ścieżce musiał wejść jeszcze gitarowy popis Frippa - zespół dysponował tylko 8-śladowym magnetofonem. Nie było to dla nich jednak ograniczeniem. Z upodobaniem zaznaczam, że nagraliśmy to od początku do końca w jednym podejściu, bez żadnego montażu - mówił McDonald. Potem było tylko kilka dogrywek. W przeciwieństwie do tego, co ktoś może pomyśleć, była to właściwie betka w porównaniu z innymi kawałkami.
Kakofoniczną końcówkę utworu zaproponował saksofonista. Heavy metal nigdy nie robił na mnie wrażenia - mówił po latach Fripp. W tym czasie nikt nie brzmiał tak jak my na żywo. Jak dla mnie "Schizoid" był pierwszym heavy metalowym kawałkiem, ten dźwięk saksofonu puszczony przez piec Marshalla... McDonald z kolei mówił: To niesamowity utwór, pewnie nie na każdy gust, ale zdecydowanie innowacyjny. Pamiętam jak wziąłem taśmę z "Schizoid Man" do domu i pomyślałem: "Co to jest?". Sam nie wiedziałem - dla mnie też była to nowość.
"21st Century Schizoid Man" był jednym z najczęściej wykonywanym na żywo utworem przez zespół - w latach 1969-74 (czyli do pierwszego zawieszenia działalności King Crimson) był obowiązkowym punktem każdego koncertu, później został przypomniany tylko na trasie z 1996 roku.


2. "I Talk to the Wind" (z albumu "In the Court of the Crimson King", 1969)

Delikatny utwór, w którym wokalowi Grega Lake'a towarzyszy głownie akompaniament fletu, w wykonaniu Iana McDonalda, a także delikatne partie Frippa i perkusisty Michaela Gilesa. Utwór powstał jeszcze w czasach, gdy zespół funkcjonował pod nazwą Giles, Giles and Fripp - w krótkim okresie, kiedy za śpiew odpowiadała wokalistka Judy Dyble (bardziej znana z zespołu Fairport Convention). Wersję "I Talk to the Wind", zarejestrowaną z jej udziałem, można znaleźć na kompilacji "A Young Person's Guide to King Crimson" z 1976 roku.
Utwór był sporadycznie grany na żywo - tylko w 1969 roku, dopóki zespół funkcjonował w oryginalnym składzie.


3. "Epitaph" (z albumu "In the Court of the Crimson King", 1969)

Jest to utwór o patrzeniu z dezorientacją na świat, który staje się coraz bardziej szalony - mówił Greg Lake. King Crimson miał dziwną zdolność pisania o przyszłości w sposób bardzo proroczy. Obecnie przesłanie tego tekstu jest jeszcze bardziej aktualne, niż w czasie, gdy został napisany
Poetycki tekst, idealnie współgrający z monumentalną muzyką, został oczywiście napisany przez Petera Sinfielda i dotyczy niepewnej przyszłości ludzkości, która spoczywa w rękach szaleńców.
W Wielkiej Brytanii utwór został wydany na singlu, ale dopiero w 1976 roku - w celu promocji wspomnianej wyżej kompilacji "A Young Person's Guide to King Crimson". Na stronę B trafił utwór "21st Century Schizoid Man" (nieobecny na składance).
"Epitaph" był regularnie grany na żywo do rozpadu oryginalnego składu.


4. "Moonchild" (z albumu "In the Court of the Crimson King", 1969)

Kolejny dowód innowacyjności zespołu. Utwór składa się z dwóch zupełnie różnych części: "The Dream" to prosta, dwu i pół minutowa piosenka z partią wokalną i akompaniamentem gitary akustycznej i melotronu, natomiast "The Illusion" to blisko 10-minutowa freejazzowa improwizacja, nieprzypominająca niczego, co wcześniej proponowały zespoły rockowe. W tej drugiej części Robert Fripp cytuje fragment utworu "The Surrey With the Fringe on Top", pochodzącego z musicalu "Oklahoma!" Richarda Rodgersa i Oscara Hammersteina. W najnowszej reedycji albumu "In the Court of the Crimson King" fragment ten (trwający około dwóch minut) został wycięty, aczkolwiek pełna wersja "Moonchild" została dodana jako bonus.


5. "The Court of the Crimson King" (z albumu "In the Court of the Crimson King", 1969)

Podniosły finał debiutanckiego albumu King Crimson. Kompozycja opiera się na charakterystycznym motywie, granym na melotronie. Zasadnicza część utworu składa się z czterech zwrotek, a następnie zaczyna się część instrumentalna, zatytułowana "The Return of the Fire Witch". Po siedmiu minutach utwór się wycisza, ale na koniec pojawia się jeszcze krótka repryza, o tytule "The Dance of the Puppets".
W kilku krajach - w Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, USA i Japonii - "The Court of the Crimson King" został wydany na singlu. Utwór został podzielony na dwie części - każda z nich wypełniła inną stronę 7-calowej płyty. We Francji okazał się sporym przebojem, utrzymując się przez trzy tygodnie w tamtejszym notowaniu (najwyższa pozycja: 3.), doszedł także do 80. miejsca na amerykańskim Billboard Hot 100. Był to jeden z dwóch singli King Crimson (obok "Heartbeat" z 1982 roku), które były notowane w Stanach.
"The Court of the Crimson King" był regularnie grany przez zespół na żywo w latach 1969-71.


6. "Cat Food" (z albumu "In the Wake of Poseidon", 1970)

Chociaż utwór powstał jeszcze w czasie istnienia oryginalnego składu (na co wskazuje kompozytorski udział McDonalda), to został nagrany dopiero po jego rozpadzie, na drugi longplay zespołu. Zespół, wsparty przez jazzowego pianistę Keitha Tippetta, zwraca się w tym utworze w stronę jazzu, kosztem elementów rockowych. W pewnym sensie była to zapowiedź dwóch kolejnych albumów, zdecydowanie najbardziej jazzowych w całej dyskografii King Crimson.
"Cat Food" został wydany na singlu - na potrzeby małej płyty, kawałek został skrócony o dwie minuty. Na stronie B znalazł się utwór "Groon", czyli zapis improwizacji Frippa oraz Michaela i Petera Gilesów. Chociaż singiel nie odniósł sukcesu komercyjnego (nie był notowany w żadnym kraju), zespół został zaproszony do "zagrania go" w brytyjskim programie Top of the Pops (wszyscy wykonawcy występujący w tym programie mieli jedynie udawać, że grają, a muzyka leciała z playbacku - jedynie zespołom The Who i Iron Maiden udało się wymusić, że zagrają na żywo). King Crimson - w składzie Fripp, Lake, Tippett oraz bracia Giles - wystąpił w programie 25 marca 1970. Było to jedyne publiczne wystąpienie zespołu w tym roku, a także ostatnie z Lakem i Gilesami.
"Cat Food" był później wykonywany na żywo w latach 1973-74.


7. "Lizard" (z albumu "Lizard", 1970)

Najdłuższy utwór w repertuarze King Crimson (23 minuty, 25 sekund), składający się z czterech części: "Prince Rupert Awakes", "Bolero - The Peacock's Tale", "The Battle of Glass Tears" (podzielonego na trzy części: "Dawn Song", "Last Skirmish" i "Prince Rupert's Lament") oraz "Big Top".
Większość utworu jest bardzo eksperymentalna, oparta na improwizacjach muzyków. Na tle całości wyróżnia się część "Prince Rupert Awakes", oparta na bardziej "piosenkowej" strukturze. Gościnnie zaśpiewał w niej Jon Anderson z grupy Yes, ponieważ ówczesny wokalista King Crimson, Gordon Haskell, nie mógł poradzić sobie z linią wokalną tego fragmentu.


8. "Larks' Tongues in Aspic" (z albumu "Larks' Tongues in Aspic", 1973)

Nowy skład grupy - w którym obok Frippa znaleźli się basista/wokalista John Wetton, perkusista Bill Bruford, oraz grający na skrzypcach David Cross (a początkowo także grający na perkusjonaliach Jamie Muir) - uznawany jest za najlepiej radzący sobie na scenie, mający do perfekcji opanowaną umiejętność zespołowych improwizacji. Jednym z najlepszych przykładów na co stać tych muzyków jest utwór tytułowy pochodzący z pierwszej wspólnej płyty, podzielony na dwie części (otwierającą i zamykającą album), trwające w sumie ponad dwadzieścia minut.
Obie części były regularnie grane na żywo w latach 1972-74, czyli dopóki istniał powyższy skład. Część druga była wykonywana także przez późniejsze składy, na większości koncertów.
Po latach grupa stworzyła kolejne dwie części "Larks' Tongues in Aspic" - trzecia znalazła się na albumie "Three of a Perfect Pair" (1984), a czwarta na "The ConstruKction of Light" (2000).


9. "Book of Saturday" (z albumu "Larks' Tongues in Aspic", 1973)

Najkrótszy (niespełna trzy minuty) i najłagodniejszy utwór z albumu. Tekst został napisany przez Richarda Palmer-Jamesa, który zaczął pełnić rolę tekściarza grupy, odkąd Fripp postanowił zrezygnować z usług Petera Sinfielda. Znaczenie utwór Palmer-James wyjaśniał następująco: To rodzaj pieśni miłosnej. Ma w sobie coś z przeglądania księgi, w którą wkleja się zdjęcia, fragmenty różnych swoich dzieł, listy zakupów, wspomnienia, bilety. Nie chodzi o to, że jest to wyliczanka różnych takich rzeczy, a raczej o to, że poszczególne obrazy w tekście zostały jakby przywołane podczas przeglądania takiej księgi. Ten utwór to sięganie do wspomnień o sobie z czasu, gdy było się kimś innym.
Utwór był regularnie wykonywany na żywo w latach 1972-74.


10. "Easy Money" (z albumu "Larks' Tongues in Aspic", 1973)

To nie miał być tekst o gwieździe rocka czy gwieździe muzyki pop - mówił Palmer-James, zaprzeczając jednej z interpretacji tekstu. To rzecz ogólniejsza, o wszystkich tych, którzy kierują się w życiu najniższymi pobudkami. To taki drobiazg napisany dla zabawy. Wiesz, zwykle twórczość King Crimson odbierana jest z niesłychaną powaga, tymczasem zawsze był w niej obecny element zabawy. Nawet na płytach "Lark's Tongues In Aspic", "Starless And Bibie Black" i "Red", w gruncie rzeczy niesłychanie mrocznych. Także na koncertach. Nawet dla mnie było pewnym zaskoczeniem, gdy przekonałem się, że King Crimson na żywo to nie tylko coś ciężkiego, mrocznego i wydumanego, ale zarazem świetny rock'n'rollowy show. Może trudno to sobie wyobrazić, gdy słucha się albumów, ale tak było.
"Easy Money" należał do stałych punktów koncertowej setlisty w latach 1972-74.


11. "The Night Watch" (z albumu "Starless and Bible Black", 1974)


Jeden z zaledwie trzech utworów (obok "The Great Deceiver" i "Lament"), jakie udało się grupie skomponować i zarejestrować podczas sesji, która odbyła się w styczniu 1974 roku i miała przynieść materiał na szósty studyjny album King Crimson (ostatecznie muzycy wpadli na pomysł zamieszczenia na albumie improwizacji zarejestrowanych podczas koncertów). Ówczesny perkusista, Bill Bruford, przyznawał: Nie za bardzo umieliśmy razem tworzyć. Nie mieliśmy dużo materiału, płyty były krótkie. Nagrywaliśmy je, kiedy udało nam się zebrać minimum materiału.
Wstęp utworu powstał nieco wcześniej od dalszej części - to po prostu fragment improwizacji z występu w Amsterdamie, 23 listopada 1973 roku (którego inne fragmenty wypełniły blisko połowę albumu "Starless and Bible Black"). Również tekst, autorstwa Richarda Palmer-Jamesa, powstał wcześniej. "The Night Watch" i "Lament" to bodajże jedyne teksty, które powstały wcześniej niż muzyka - mówił tekściarz. Zwykle bowiem najpierw były kompozycje King Crimson, a dopiero później ja dobierałem do nich słowa. Oba wspomniane przez siebie teksty napisał z myślą o albumie solowym, ale postanowił przekazać je zespołowi.
Sam tekst "The Night Watch" jest dość nietypowy - został zainspirowany obrazem "Straż nocna" Rembrandta. Ów obraz zawsze wydawał mi się czymś owianym tajemnicą - mówił Palmer-James. Wiesz, kilka lat wcześniej, jeszcze w szkole, poświęciłem wiele czasu studiom nad nim. A w tym czasie nadal próbowałem przeniknąć jego tajemnicę. Owocem był utwór "The Night Watch", jakby niewielki esej o siedemnastowiecznej Holandii i sytuacji Rembrandta jako malarza oraz zadaniach, których musiał się podejmować, aby utrzymać się przy życiu. Problem z "The Night Watch" polega na tym, że nie jestem przekonany, czy rozważania tego rodzaju nadawały się na temat utworu rockowego. Muszę ci zresztą powiedzieć, iż miałem sposobność się przekonać, że dla wielu fanów King Crimson tekst "The Night Watch" pozostał czymś kompletnie niezrozumiałym.
"The Night Watch" został wydany na singlu - pierwszym od czasu wydanego cztery lata wcześniej "Cat Food" - ale nie dostał się do notowań. Na stronie B znalazł się utwór "The Great Deceiver".


12. "The Great Deceiver" (z albumu "Starless and Bible Black", 1974)

Kim jest tytułowy wielki oszust? Chodzi o Szatana. Śladów jego obecności można się zresztą doszukać w wielu utworach King Crimson - wyjaśniał Palmer-James. Utwór wyróżnia się przede wszystkim tym, że część tekstu (słowa: Cigarettes, ice cream, figurines of the Virgin Mary) napisał Robert Fripp. John odwiedził mnie wtedy w Monachium i powiedział: "Słuchaj, Robert napisał taki wiersz i chciałby, aby znalazł się on w tekście jednego z utworów" - opowiadał Palmer-James. A ja odparłem: "W porządku, nie ma sprawy". Chodzi o  wers, który stał się refrenem "The Great Deceiver". O ile wiem, są to jedyne słowa, jakie Robert napisał dla King Crimson. Moim zadaniem było stworzenie dla nich oprawy, dobudowanie scenerii. Powstał utwór satyryczny, ironiczny komentarz do wszelkich działań komercyjnych.
Utwór był wykonywany na żywo wyłącznie podczas trasy z 1974 roku.


13. "Red" (z albumu "Red", 1974)

Ciężki, połamany rytmicznie utwór, będący... najczęściej wykonywanym przez grupę na żywo. Nigdy nie został jednak zagrany na koncercie przez skład, który nagrał wersję studyjną. Stało się tak przez Roberta Frippa, który doszedł do wniosku, że jeśli grupa wyruszy w trasę promującą album "Red", to odniesie sukces komercyjny - a tego Fripp chciał uniknąć, wolał rozwiązać King Crimson. Utwór został po raz pierwszy zagrany w 1981 roku, po reaktywacji grupy w nowym składzie. W setliście utrzymał się do roku 1984, czyli kolejnego zawieszenia działalności (spowodowanego skomercjalizowaniem zespołu). Równo dekadę później zespół powrócił, a "Red" znów stał się stałym punktem koncertów.


14. "Fallen Angel" (z albumu "Red", 1974)

Ten tekst napisałem razem z Johnem Wettonem - mówił Palmer-James. Najpierw obaj przygotowaliśmy różne wersje tekstu, a później połączyliśmy fragmenty kilku z nich w całość. To rzecz o życiu w wielkim mieście, o koszmarach, w jakie ono obfituje.
Zalążek utworu powstał już w 1972 roku, podczas koncertowej improwizacji. Ostateczna wersja opiera się na zestawieniu balladowych zwrotek, utrzymanych w metrum 4/4 z ciężkim, przytłaczającym refrenem w metrum 3/4. Jest to ostatni utwór King Crimson, w którym Robert Fripp gra na gitarze akustycznej. Gościnnie w nagraniu wzięli udział Robin Miller (obój) oraz Mark Charing (kornet).


15. "Starless" (z albumu "Red", 1974)

Zaprezentowałem ten utwór zespołowi podczas prób przed nagraniem "Starless and Bible Black" - mówił Wetton. Miał to być tytułowy utwór, ale nikomu się nie podobał. Rok później, kiedy robiliśmy próby przed nagraniem "Red", znowu graliśmy ten utwór i ktoś - nie pamiętam kto - powiedział, że jest wspaniały. Zaczęliśmy nad nim pracować - Robert Fripp wymyślił wstęp, podstawowy riff wyszedł od Billa Bruforda, natomiast moje są zwrotki i linia melodyczna. Nazwaliśmy go "Starless", ponieważ tytuł "Starless and Bible Black" wykorzystaliśmy już wcześniej.
Słowa tradycyjnie napisał Richard Palmer-James. Ten tekst to zaledwie dwanaście wierszy i dlatego napisanie go było tak trudne - mówił. Przygotowałem pięć czy sześć wersji, każda na zupełnie inny temat. Pokazałem je Johnowi, a on wybrał różne fragmenty, dodał coś od siebie i stworzył nową całość. Powstał tekst bardzo impresyjny. Wydaje się, że mówi on o rozczarowaniu pomiędzy dwojgiem bliskich przyjaciół, niekoniecznie kochanków. Jeśli można zinterpretować "Starless", jest to rzecz o rozpadzie przyjaźni.
Utwór - ostatni na ostatnim albumie przed pierwszym rozwiązaniem zespołu - jest jakby podsumowaniem dotychczasowej twórczości King Crimson. Balladowy początek, z partiami melotronu i saksofonu, bezpośrednio nawiązuje do dwóch pierwszych longplayów, natomiast jego instrumentalne rozwinięcie to kolejny popis improwizacyjnych umiejętności składu z Wettonem i Brufordem. Co ciekawe, w nagraniu wzięło udział dwóch dawnych członków grupy, saksofoniści Ian McDonald i Mel Collins. Drugi z nich następująco tłumaczył jak doszło do odnowienia współpracy z zespołem: Jako muzyk sesyjny byłem w studiach Olympic razem z Humble Pie. Nagrywaliśmy w jednym z pomieszczeń, a w innym pracował King Crimson. Natknąłem się na Roberta, który, jak się okazało, potrzebował saksofonu w jednym z utworów.
Pomysł zaproszenia McDonalda (który zagrał także w innym utworze z "Red", "One More Red Nightmare") wyszedł od Wettona. Wkrótce potem saksofonista powrócił do zespołu jako pełnoprawny członek - niestety, nie zdążył z nim już nic nagrać ani zagrać żadnego koncertu, bo Fripp podjął decyzję o zakończeniu działalności.
"Starless" grany był na wszystkich koncertach King Crimson, między marcem a lipcem 1974 roku, czyli jeszcze przed odejściem Davida Crossa i nagraniem albumu "Red".