30 października 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Rainbow / Dio

Tym razem wyjątkowo o dwóch różnych zespołach, które łączy obecność w składzie wokalisty Ronniego Jamesa Dio i basisty Jimmy'ego Baina. Grupa Rainbow powstała w 1975 roku z inicjatywy gitarzysty Deep Purple, Ritchiego Blackmore'a. Dio był jej pierwszym wokalistą, śpiewał na trzech pierwszych albumach (tylko na drugim z nich, "Rising", grał Bain). Wokalista odszedł w 1979 roku, bo nie spodobała mu się wizja Blackmore'a, by przekształcić Rainbow w zespół popowy. Wokalista chwilowo dołączył do Black Sabbath (listę najważniejszych utworów z tamtego okresu jego działalności znajdziesz pod tym linkiem), a po rozstaniu z tym zespołem, postanowił założyć własny, nazwany po prostu Dio (w pierwszym składzie grupy znalazł się także Bain). Pod tym szyldem ukazało się w sumie 10 albumów, a działalność grupy została zawieszona po śmierci Ronniego w 2010 roku.

Najsłynniejszy skład Rainbow: Cozy Powell, Tony Carey, Jimmy Bain, Ronnie James Dio i Ritchie Blackmore.


Część I: Rainbow

1. "Sixteen Century Greenslaves" (z albumu "Ritchie Blackmore's Rainbow", 1975)

W połowie lat 70. drogi Ritchiego Blackmore'a i pozostałych muzyków Deep Purple coraz bardziej się rozchodziły. Jednym z powodów odejścia gitarzysty było odrzucenie jego pomysłu nagrania przeróbki "Black Sheep of the Family" grupy Quatermass. Blackmore postanowił zatem nagrać ją jako solowy singiel, z pomocą muzyków Elf (grupy supportujących Purpli na trasie, której wokalistą był Dio). Potrzebowaliśmy jeszcze czegoś na stronę B - mówił. Nasz numer "Sixteen Century Greenslaves" okazał się jednak lepszy niż ten ze strony A. I wtedy zacząłem się zastanawiać, czy nie warto by było nagrać całego albumu. Wreszcie powiedziałem: "Ronnie, stwórzmy zespół".
Singiel nigdy nie został wydany, natomiast muzykom udało się stworzyć cały album, na który trafiły oba wspomniane utwory. Longplay nie mógł być jednak promowany trasą koncertową - Blackmore musiał dopełnić koncertowych zobowiązań wobec Deep Purple, a muzycy Elf chcieli dokończyć promocję swojego ostatniego albumu, "Trying to Burn the Sun".
Kiedy w końcu pod koniec 1975 roku zespół zaczął koncertować, "Sixteen Century Greenslaves" stał się jednym z obowiązkowych punktów występów. W setliście utrzymywał się do odejścia z zespołu Ronniego Jamesa Dio. Utwór był później wykonywany (w latach 1997-2005) przez obecny zespół Ritchiego Blackmore'a, Blackmore's Night - oczywiście w znacznie zmienionej aranżacji.


2. "Man on the Silver Mountain" (z albumu "Ritchie Blackmore's Rainbow", 1975)


Pierwszy singiel zespołu (nienotowany na listach), a także kolejny stały punkt koncertów pierwszego wcielenia Rainbow. Na żywo utwór osiągał długość kilkunastu minut - muzycy rozszerzali go o improwizacje, a czasem także o cytaty z innych utworów. Najbardziej znane koncertowe wykonanie utworu znalazło się na koncertówce "On Stage". W środku "Man on the Silver Mountain" zazwyczaj wykonywałem wokalizę - mówił Ronnie Dio. Tego wieczoru szepnąłem Cozy'emu [Powellowi, perkusiście]: "A może by przejść tam w 'Starstuck'?". Ritchie od razu się zorientował. Cały zespół wszedł perfekcyjnie.
"Man on the Silver Mountain" przeszedł później do koncertowego repertuaru grup Dio (która wykonywała go regularnie, choć często tylko we fragmencie) i Blackmore's Night (tylko na kilku pierwszych występach, w 1997 roku).


3. "Catch the Rainbow" (z albumu "Ritchie Blackmore's Rainbow", 1975)

Spokojna ballada, o której Ronnie James Dio mówił: To dla mnie najlepszy spośród wszystkich utworów Rainbow. Jednak z własnym zespołem sporadycznie sięgał po nią podczas występów na żywo (po raz pierwszy dopiero w 1997 roku). "Catch the Rainbow" był natomiast regularnie grany na wszystkich koncertach Rainbow w latach 1975-78, podczas których rozrastał się do kilkunastu minut.
Historia opowiedziana w tekście dzieje się w średniowieczu, a dotyczy romansu stajennego i kobiety z wyższych sfer - aby nie popełnić mezaliansu, nie mogą być ze sobą. Pod względem muzycznym utwór przypomina kompozycje "Little Wings" i "Angel" Jimiego Hendrixa - ulubionego gitarzysty Ritchiego Blackmore'a.


4. "The Temple of the King" (z albumu "Ritchie Blackmore's Rainbow", 1975)

Druga ballada z debiutanckiego albumu Rainbow, ciekawie wzbogacona o brzmienia gitary akustycznej i melotronu. "The Temple of the King" ma cudowną melodię. Naprawdę cudowną - zachwycał się Ritchie Blackmore.
Był to także drugi singiel promujący longplay (podobnie jak poprzedni, nienotowany na listach), z niewiadomych powodów sygnowany tylko nazwiskiem Blackmore'a, zamiast nazwą zespołu.
"The Temple of the King" nigdy nie został zagrany na żywo przez Rainbow w czasach Ronniego Jamesa Dio. Ritchie Blackmore dodał go do setlisty dopiero w 1995 roku, kiedy grał już z zupełnie innym składem (m.in. z wokalistą Doogiem Whitem), regularnie wykonuje go także na koncertach Blackmore's Night. Niedawno nagrał z nim nawet nową wersję studyjną (trafiła na tegoroczny album "Dancer and the Moon"). "The Temple of the King" był także wykonywany na żywo przez grupę Dio (po raz pierwszy w 1987 roku, natomiast podczas ostatniej trasy, z 2008 roku, był grany dość regularnie).


5. "Stargazer" (z albumu "Rising", 1976)

Ponad ośmiominutowy utwór, często uznawany za największe osiągnięcie Rainbow. Kompozycja rozpoczyna się charakterystycznym perkusyjnym wstępem. Ritchie powiedział: "Mam tu taki kawałek, 'Stargazer'. Brakuje mi w nim wstępu, czegoś, co rozrywałoby na strzępy" - wspominał Cozy Powell. A ja po prostu usiadłem za bębnami i wymyśliłem ten perkusyjny fragment, który otwiera utwór. Po chwili wchodzi główny riff utworu, dublowany partiami smyczków, w wykonaniu monachijskiej orkiestry filharmonicznej. Gdy komponowałem ten utwór, uczyłem się grać na wiolonczeli - wyjaśniał Blackmore. A ponieważ dopiero zaczynałem naukę, potrafiłem zagrać jedynie bardzo proste rzeczy. Gdy człowiek zaczyna grać na innym instrumencie i niewiele jeszcze potrafi, odkrywa prostsze nuty. Myślę, że jeden z powodów dla których "Stargazer" okazał się czymś tak wspaniałym, było to, że jest to muzyka niezwykle prosta, ale zarazem efektowna, o dużej sile wyrazu.
W innym wywiadzie gitarzysta twierdzi jednak, że "Stargazer" nie należy do jego ulubionych utworów. Może dlatego, że został fatalnie nagrany - wyjaśniał. Nie ma w nim basu. Coś zostało schrzanione. Nawet jak podkręcasz basy, nic to nie daje. Kiedy wracam do tego nagrania, zawsze jestem rozczarowany. Świetnie słychać głos i gitarę - basu wcale. "Stargazer" brzmi przez to przenikliwie, wysoko.
Całości dopełnia niesamowita partia wokalna Ronniego, śpiewającego typowy dla siebie tekst, o proroku, którego wyznawcy zbudowali wieżę, z której miał się wzbić w niebiosa - ale on po prostu z niej spadł.
"Stargazer" był stałym punktem koncertów Rainbow w latach 1975-76, sporadycznie był także wykonywany przez zespół Dio (nigdy w całości).


6. "Kill the King" (z albumu "On Stage", 1977)

Utwór powstał podczas trasy promującej album "Rising", kiedy okazało się, że zespół potrzebuje mocnego otwieracza - czegoś w stylu "Highway Star" i "Burn" Deep Purple. Uświadomiliśmy sobie, że przydałby się taki szybki otwieracz występów - mówił Dio. Tekst dotyczy gry w szachy. Ale pewnie znajdą się ludzie, którzy zinterpretują to tak, że chodzi o jakiegoś średniowiecznego króla, którego napadły jakieś pionki.
Przed skomponowaniem "Kill the King" zespół rozpoczynał koncerty utworem "A Light in the Black" (z albumu "Rising"), który najwidoczniej nie sprawdził się w tej roli, mimo równie szybkiego tempa. "Kill the King" otwierał wszystkie koncerty grupy do odejścia z niej Ronniego. Później został przesunięty w inne miejsce setlisty i utrzymał się w niej aż do rozwiązania Rainbow w 1983 roku. Był także wykonywany na żywo przez grupę Dio (w latach 2006-08).
Swoją płytową premierę utwór miał na koncertowym albumie "On Stage". Studyjna wersja pojawiła się dopiero na wydanym rok później longplayu "Long Live Rock'n'Roll". Utwór został wydany także na singlu (w wersji z "On Stage"). Była to pierwsza mała płyta zespołu, jaka znalazła się w brytyjskim notowaniu (44. miejsce).


7. "Long Live Rock'n'Roll" (z albumu "Long Live Rock'n'Roll", 1978)

Pierwszy singiel (33. pozycja na UK Singles Chart) promujący trzeci studyjny album Rainbow - ostatni z Ronniem Jamesem Dio. Zgodnie z tytułem, utwór utrzymany jest w klasycznie rock and rollowej stylistyce. Od razu został stałym punktem koncertów Rainbow, a Blackmore chętnie wykonywał go także po odejściu pierwszego wokalisty - w przeciwieństwie do większości pozostałych kawałków z tego okresu. Utwór był także regularnie wykonywany przez zespół Dio.
"Long Live Rock'n'Roll" był jednym z trzech utworów (pozostałe dwa to "Gates of Babylon" i "LA Connection") do których nakręcono promocyjne wideoklipy. Wszystkie przedstawiały grający zespół - i nic poza tym.


8. "Gates of Babylon" (z albumu "Long Live Rock'n'Roll", 1978)

Utwór został częściowo skomponowany przez ówczesnego klawiszowca, Davida Stone'a, który jednak nie został dopisany jako współautor (utwór jest sygnowany wyłącznie nazwiskami Blackmore'a i Dio, jak większość wczesnych kawałków Rainbow). Utwór zdradza inspirację muzyką orientalną, ponadto po raz kolejny zespół skorzystał z pomocy muzyków grających na instrumentach smyczkowych - tym razem wsparli ich Bavarian String Ensemble.
Chociaż utwór nie został nigdy zagrany na koncercie Rainbow, grupa Dio regularnie wykonywała go na żywo, począwszy od 2004 roku.

Dio w 1987 roku: Craig Goldy, Vinnie Appice, Ronnie James Dio, Claude Schnell i Jimmy Bain.

Część II: Dio

9. "Holy Diver" (z albumu "Holy Diver", 1983)

Tytułowy utwór z pierwszego albumu zespołu Dio, a zarazem pierwszy promujący go singiel (40. miejsce na Mainstream Rock Chart magazynu Billboard, 72. pozycja na UK Singles Chart). Utwór rozpoczyna się długim klawiszowym wstępem, po którym wchodzi charakterystyczny główny motyw utworu, bardzo zbliżony do "Heaven and Hell" Black Sabbath.
"Holy Diver" to metalowa melodia, która nie umrze - zapewniał Ronnie w 2009 roku. Z jakiegoś powodu ten utwór, jak również cały album, idealnie trafił w gusta ludzi. Stało się tak pomimo dość niejasnego tekstu, z wersami w stylu Ride the tiger / You can see his stripes but you know he's clean / Oh don't you see what I mean. Wokalista wyjaśniał znaczenie tych słów następująco: Tygrys symbolizuje siłę, podczas gdy jego paski sugerują nieczystość. Ten fragment tekstu oznacza, że musisz skorzystać z tej siły i nie osądzać innych po czymś, co wygląda na zanieczyszczenie. Nawiązaniem do przesłania tytułowego utworu jest okładka zdobiąca album "Holy Diver": Ludzie mówią, ze coś, co wygląda na potwora, topi księdza - mówił Dio. Ale skąd oni wiedzą, czy to ksiądz nie topi potwora? Nigdy nie można oceniać niczego powierzchownie.
Według portalu setlist.fm, "Holy Diver" był najczęściej wykonywanym na żywo utworem grupy Dio - został zagrany 590 razy.


10. "Rainbow in the Dark" (z albumu "Holy Diver", 1983)


Drugi singiel z albumu, który odniósł całkiem spory sukces: 14. miejsce na amerykańskim Mainstream Rock Chart, a także 46. na UK Singles Chart. Utwór na tle reszty albumu wyróżnia się bardziej komercyjnym charakterem - bardzo przebojową melodią i gitarowym riffem schowanym za klawiszowym motywem, granym przez samego Ronniego Jamesa Dio (dopiero na następnej płycie w składzie znalazł sie klawiszowiec).
Tytuł kawałka niekoniecznie odnosi się do nazwy grupy Ritchiego Blackmore'a, Ronnie używał symbolu tęczy już w tekstach, które pisał dla Elf. Tęcze zawsze uświadamiały mi, jak nieistotne jest wszystko, co robimy - mówił. Natomiast o tekście utworu mówił następująco: "Rainbow in the Dark" to bardzo osobista piosenka. Zaczynałem nagrywanie pierwszego albumu pod własnym nazwiskiem, utwór mówi o tym, co w tym przełomowym momencie czułem. Uważam, że każdy temat na tekst jest dobry, o ile przy jego pomocy można pobudzić wyobraźnię słuchacza. Zawsze staram się nie poprzestawać na jednoznacznych stwierdzeniach typu "czarne jest czarne". Wolę zawsze zapytać: a może są sytuacje, gdy czarne znaczy białe i odwrotnie?
"Rainbow in the Dark" był regularnie grany na żywo, zabrzmiał podczas prawie każdego koncertu grupy Dio.


12. "The Last in Line" (z albumu "The Last in Line", 1984)


Trzeci singiel zespołu (wydany tylko w Stanach, gdzie doszedł do 10. miejsca Mainstream Rock Chart), zaczynający się balladowo, ale później nabierający mocy. Zespół Dio bardzo często stosował taką technikę, już od swojego debiutanckiego albumu (utwory "Don't Talk to Strangers" i "Invisible"). Lubię pisać i śpiewać delikatne kawałki, ale nie często mam ochotę zrobić stuprocentową balladę - wyjaśniał Ronnie. Wprowadzam więc do utworów tylko pewne elementy balladowe, które mają wprowadzić słuchacza w eteryczny nastrój - do czasu aż spada młot. W końcu jesteśmy zespołem heavy metalowym, a takie kontrasty czynią utwory jeszcze cięższymi. W innym wywiadzie wokalista wyjaśniał, że nie lubi nazywania jego spokojniejszych utworów balladami: Przez ballady rozumiem kawałki o kwiatkach, ptaszkach, lub o miłości. Ja takich nie nagrywam. Pomijając "Catch the Rainbow".
"The Last in Line" był jednym ze stałych punktów setlisty większości występów zespołu.


11. "We Rock" (z albumu "The Last in Line", 1984)


Utwór reprezentujący ostrzejsze oblicze zespołu. Mimo tego, został wydany na singlu, co nie było do końca udanym pomysłem - dla Amerykanów kawałek okazał się zbyt szybki i ciężki, w rezultacie czego nie wszedł do tamtejszych notowań. Z drugiej strony, znacznie bardziej spodobał się Brytyjczykom, chociaż 42. miejsce na UK Singles Chart i tak nie było zbyt spektakularnym sukcesem. 
Pomimo niewielkiego powodzenia małej płyty, "We Rock" stał się jednym z najbardziej znanych utworów Dio, mającym stałe miejsce na wszystkich kompilacjach podsumowujących dorobek grupy. Stało się tak głównie dzięki częstym wykonaniom na żywo - przeważnie na zakończenie występu.


13. "Rock'n'Roll Children" (z albumu "Sacred Heart", 1985)


Utwór, pomimo swojego komercyjnego charakteru (dużo klawiszy i chwytliwa, niemal popowa melodia), w tekście porusza bardzo poważny temat - przemocy wobec nieletnich. Ronnie James Dio był zresztą bardzo zaangażowany w pomoc młodzieży - był jednym z inicjatorów powstania charytatywnej organizacji Children of the Night, mającej na celu zapobieganie przestępczości, której ofiarami padają dzieci, a także pomagającej młodzieży uwolnić się od uzależnień.
"Rock'n'Roll Children" stał się kolejnym wielkim przebojem zespołu, dochodząc do 26. miejsca zarówno na UK Singles Chart, jak i na amerykańskim Mainstream Rock Chart. Dzięki niemu grupa nawet dostała zaproszenie do słynnego brytyjskiego programu Top of the Pops, która jednak została odrzucona przez Ronniego, twierdzącego, że jego zespół nie pasuje do prezentowanej tam przeważnie muzyki.
Podczas koncertów Dio, "Rock'n'Roll Children" był wykonywany regularnie, jedynie z przerwą w pierwszej połowie lat 90.


14. "All the Fools Sailed Away" (z albumu "Dream Evil", 1987)


Kolejny utwór zbudowany na kontraście fragmentów balladowych i heavy metalowego ciężaru; dodatkowo pojawiają się tutaj długie syntezatorowe solówki. Utwór został wydany na singlu - drugim promującym album "Dream Evil" (na pierwszy wybrano "I Could Have Been a Dreamer"), ale nie był notowany na listach ani w Wielkiej Brytanii, ani w Stanach.
"All the Fools Sailed Away" był jednak dość regularnie grany na żywo (w latach 1987-88 oraz 2000-06), dzięki czemu z czasem stał się jednym z najpopularniejszych utworów grupy - w przeciwieństwie do radzącego sobie nieźle w notowaniach "I Could Have Been a Dreamer" (33. miejsce na Modern Rock, 69. na UK Singles), który nie był chętnie wykonywany na koncertach - z setlisty wypadł już w 1987 roku i nigdy do niej nie wrócił.


15. "This Is Your Life" (z albumu "Angry Machines", 1996)

Jeden z najbardziej nietypowych utworów Dio, oparty wyłącznie na akompaniamencie pianina, z syntezatorowym, symfonicznym tłem - zarówno pod względem aranżacyjnym, jaki i melodycznym, kojarzyć może się z balladami Queen. Ronnie oczywiście buntował się przed taką klasyfikacją utworu: "This Is Your Life" nie jest balladą - zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym, jest to rodzaj deklaracji. Co ciekawe, ten delikatny utwór pochodzi z najcięższego albumu Dio, "Angry Machines".
W innym wywiadzie wokalista opowiadał: "This Is Your Life" napisałem, kiedy kilka osób z mojego otoczenia wpadło w duże kłopoty. Chciałem im jakoś pomóc, powiedzieć: to twoje życie, nie trać kontroli, panuj nad nim. Sytuacja nie dotyczyła bezpośrednio mnie, więc napisanie utworu było łatwe.
"This Is Your Life" nigdy nie został wykonany na żywo.


16 października 2013

[Recenzja] Motörhead - "Aftershock" (2013)



Czego należy spodziewać się po Motörhead? Ostrego, szybkiego i bardzo energetycznego grania - jak na albumach "Overkill" i "Ace of Spades". Już pierwszy udostępniony przez zespół kawałek, "Crying Shame", pokazywał, że muzycy są w dobrej formie. Chociaż średnia ich wieku mocno przekracza 50 lat (Lemmy zbliża się do siedemdziesiątki), to wciąż potrafią przyłożyć mocniej od większości zespołów złożonych z dwudziestolatków. Większość utworów spokojnie mogłaby trafić na któryś z wspomnianych wyżej albumów (np. "Heartbreaker", "End of Time", "Going to Mexico", "Queen of the Damned", "Paralyzed"). Wiele z nich ma też spory potencjał komercyjny - w dobrym tego słowa znaczeniu (np. "Knife", "Keep Your Powder Dry"). 

Na "Aftershock" nie brak jednak bardziej zaskakujących momentów. Już trzeci na płycie "Lost Woman Blues" - zgodnie z tytułem czerpiący z bluesa - charakteryzuje się wolniejszym tempem i dobrą melodią, a także świetnym brzmieniem gitary. Pod koniec muzycy trochę niepotrzebnie przyśpieszają, przez co znika cały klimat kawałka. W całości łagodny jest za to "Dust And Glass" z... delikatnym śpiewem Lemmy'ego! To coś absolutnie nowego w twórczości Motörhead - grupa już wcześniej nagrywała ballady, ale głos wokalisty zawsze brzmiał w nich chropowato. Do nietypowych momentów longplaya zaliczyć można jeszcze "Death Machine", oparty na transowych, monotonnych riffach.

"Aftershock" to po prostu solidny, motörheadowy album. Nowych wielbicieli grupie raczej nie przysporzy, ale wszyscy dotychczasowi powinni być nim zachwyceni. Jeżeli już, to można się przyczepić do obecności zbyt wielu utworów - gdyby zrezygnować z kilku (moje typy: "Do You Believe" i "Silence When You Speak to Me"), longplay mógłby na tym trochę zyskać.

Ocena: 7/10



Motörhead - "Aftershock" (2013)

1. Heartbreaker; 2. Coup De Grace; 3. Lost Woman Blues; 4. End of Time; 5. Do You Believe; 6. Death Machine; 7. Dust And Glass; 8. Going to Mexico; 9. Silence When You Speak to Me; 10. Crying Shame; 11. Queen of the Damned; 12. Knife; 13. Keep Your Powder Dry; 14. Paralyzed

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara; Mikkey Dee - perkusja
Producent: Cameron Webb


15 października 2013

[Recenzja] Stone Temple Pilots - "High Rise" EP (2013)



Najlepsze lata zespół Stone Temple Pilots ma już dawno za sobą. Każdy kolejny album, jaki nagrywali, był coraz słabszy. Po kompletnej porażce artystycznej w postaci szóstej płyty (bardzo "oryginalnie" zatytułowanej "Stone Temple Pilots"), wydawało się, że już gorzej być nie może. W takich wypadkach często pomaga zmiana składu. Najwyraźniej na to liczyli instrumentaliści STP, pozbywając się ze składu charyzmatycznego frontmana Scotta Weilanda - zresztą jedynego rozpoznawalnego członka grupy. Dziwne posunięcie? Tak, ale zarazem bardzo logiczne, biorąc pod uwagę nałogowe problemy wokalisty. Niewiarygodny wydaje się natomiast wybór jego zastępcy - padło na Chestera Benningtona, na co dzień wydzierającego się w Linkin Park. Okazało się to gwoździem do trumny zespołu, czego dowodem niedawno wydana EPka. Nawet jeśli instrumentalistom udaje się tutaj czasem zabłysnąć bardziej zgrabnymi utworami - co przecież od lat im zupełnie nie wychodziło -  to dziecinny głos Benningtona sprowadza je do przeciętności ("Out of Time", "Tomorrow"). Z drugiej strony, większość zamieszczonych tu kawałków także pod względem muzycznym brzmi po prostu infantylnie ("Black Heart", "Same on the Inside", "Cry Cry").

Jedyną zaletą "High Rise" (swoją drogą, bardziej pasowałby tytuł "High Fall") jest czas trwania - niewiele ponad kwadrans. Choć to i tak zbyt wiele, jak na tak męczącą muzykę. Jeżeli Stone Temple Pilots utrzymają tendencję spadkową, to przy kolejnym ich wydawnictwie będę musiał wprowadzić oceny minusowe.

Ocena: 1/10



Stone Temple Pilots with Chester Bennington - "High Rise"(2013)

1. Out of Time; 2. Black Heart; 3. Same on the Inside; 4. Cry Cry; 5. Tomorrow

Skład: Chester Bennington - wokal; Dean DeLeo - gitara; Robert DeLeo - bass; Eric Kretz - perkusja
Producent: Stone Temple Pilots


13 października 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Scorpions

Zespołu Scorpions nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Każdy zna piosenkę z gwizdaniem. Warto jednak przypomnieć, że twórczość tej grupy to nie tylko "Wind of Change" i tandetna przeróbka węgierskiego szlagieru "Gyöngyhajú lány" (w wersji skorpionów nosząca tytuł "White Dove"), jak mogą sądzić słuchacze polskich rozgłośni radiowych. Grupa zaczynała od grania ambitnego rocka, by z czasem stać się jednym z najważniejszych przedstawicieli muzyki hardrockowej. W latach 90. trochę się pogubili - nie tylko z powodu nagrania dwóch wyżej wspomnianych kawałków - ale wcześniej udało im się stworzyć kilka wartościowych rzeczy. Poniższe zestawienie obejmuje 15 najważniejszych utworów, jakie ta niemiecka grupa nagrała w swojej prawie 50-letniej karierze.

Scorpions w 1975 roku: Francis Buchholz, Klaus Meine, Rudy Lenners, Ulrich Roth i Rudolf Schenker.

1. "Lonesome Crow" (z albumu "Lonesome Crow", 1972)

Ponad trzynastominutowa, wielowątkowa kompozycja będąca kwintesencją wczesnego stylu grupy, z pewnością wywołuje szok u wszystkich, dla których Scorpions to zespół od łzawych ballad i komercyjnego hard rocka. W tamtym czasie dopiero szukaliśmy własnego stylu - mówił wokalista Klaus Meine o początkach grupy. Debiutancki album grupy został zaliczony do nurtu zwanego krautrockiem - niemieckiej odmiany ambitnego rocka - z czym nie zgadzali się muzycy. Granice krautrocka wytyczały dokonania takich zespołów, jak Amon Duul II czy Guru Guru - mówił gitarzysta Rudolf Schenker. Nigdy nie czuliśmy żadnego pokrewieństwa z nimi. Zresztą w ogóle nie czuliśmy pokrewieństwa z niemiecką sceną rockową. Od samego początku staraliśmy się tworzyć muzykę, którą dałoby się wpisać w ramy światowego rocka.


2. "Fly to the Rainbow" (z albumu "Fly to the Rainbow", 1974)

"Fly to the Rainbow" był jednym z dwóch utworów na albumie (obok "Far Away"), w których tworzeniu brał udział oryginalny gitarzysta grupy, Michael Schenker (prawdopodobnie jako wynagrodzenie za przejście do brytyjskiego UFO). Młodszy z braci Schenkerów napisał utwór wspólnie ze swoim następcą, Ulim Jonem Rothem.
Jest to kolejny rozbudowany utwór, najlepiej pokazujący ówczesne inspiracje członków zespołu: w środkowej części słychać gitarowe unisona jak żywcem wyjęte z płyt Wishbone Ash, natomiast trzecia, ostatnia część utworu nawiązuje do Jimiego Hendrixa - największego idola i inspiracji Rotha. Utwór rozpoczyna się natomiast delikatnym akustycznym wstępem, który nigdy nie został powtórzony na żywo (prawdopodobnie ze względu na jego złożoną strukturę, nie do odtworzenia przez dwóch gitarzystów).
Na żywo utwór był grany regularnie w latach 1975-79, później został przypomniany na trasie Humanity Tour (2007/08).


3. "In Trance" (z albumu "In Trance", 1975)

To już "właściwy" Scorpions - mocna, hardrockowa ballada. Znaleźliśmy wreszcie własny styl - przyznawał Meine. Natomiast o samym utworze wokalista opowiadał: "In Trance" napisaliśmy z Rudolfem w starym kościółku w Belgii. Nie pamiętam już dlaczego się tam znaleźliśmy. Usiedliśmy w ławkach i w pewnej chwili Rudolf zagrał na gitarze wymyślony pod impulsem chwili riff, który zabrzmiał w tym niezwykłym miejscu magicznie. Dodałem coś od siebie i tak dość szybko stworzyliśmy cały utwór. W jakimś sensie nasza współpraca jako twórców datuje się od tej chwili. Mimo, że już wcześniej napisaliśmy razem kilka kawałków.
"In Trance" został dwukrotnie wydany na singlu - oryginalna wersja w 1976 roku (nie weszła na notowania, jak zresztą żaden inny singiel zespołu z tamtych czasów), a w 1995 nagranie koncertowe z albumu "Live Bites" (również nie notowane na listach sprzedaży). Utwór do dziś sporadycznie grany jest na żywo, jako jeden z nielicznych kawałków z czasów, kiedy w zespole grał Roth.


4. "He's a Woman - She's a Man" (z albumu "Taken by Force", 1977)

Pierwszy utwór którego współkompozytorem był nowy perkusista, Herman Rarebell. Wraz z pomocą Klausa napisał tekst zainspirowany pewnym wydarzeniem na trasie... Byliśmy na promocyjnym tournee w Paryżu i poszliśmy na dzielnicę czerwonych latarni - opowiadał perkusista. Z okna zawołała nas kobieta, podeszła do nas i powiedziała: "Cześć, jak się macie?". Po niemiecku. Okazała się niemieckim transwestytą. Zainspirowało mnie to i tej nocy napisałem o tym tekst. Rudolf Schenker dopisał muzykę, w tym charakterystyczny, ciężki riff, dzięki któremu utwór bywa uznawany za pierwszy kawałek speed metalowy, lub nawet thrash metalowy.
"He's a Woman - "She's a Man" został wydany na singlu (z pierwszą niealbumową stroną B w historii zespołu - "Suspender Love"), ale nie wszedł do notowań. Utwór sporadycznie grany jest na koncertach do dzisiaj.


5. "We'll Burn the Sky" (z albumu "Taken by Force", 1977)

Autorem tekstu "We'll Burn the Sky" jest Monika Dannemann - znana jako ostatnia dziewczyna Jimiego Hendrixa, a także ostatnia osoba, jaka widziała go żywego; późniejsza żona Ulricha Rotha. Słowa Dannemann były początkowo poematem, napisanym w hołdzie Hendrixowi. Muzyka została skomponowana przez Rudolfa Schenkera.
Do dzisiaj utwór jest często wykonywany przez grupę na żywo - najczęściej ze wszystkich utworów, w których wersjach studyjnych grał Roth. "We'll Burn the Sky" można było usłyszeć na ponad 200 koncertach (według niepełnych danych portalu setlist.fm).


6. "Holiday" (z albumu "Lovedrive", 1979)

Jedna z wielu typowych dla grupy ballad. "Holiday" nie był co prawda przebojem, ale publiczność do dzisiaj domaga się go na koncertach - mówił Meine. Na singlu utwór został wydany dopiero w 1990 roku, w zremiksowanej wersji przygotowanej na kompilację "Best of Rockers 'n' Ballads" (1989). Na małej płycie ukazała się również koncertowa wersja utworu, pochodząca z albumu "Acoustica" (2001).
W koncertowej setliście "Holiday" pojawił się w 1980 roku i do dzisiaj jest regularnie grany na większości koncertów zespołu.


7. "The Zoo" (z albumu "Animal Magnetism", 1980)

Według rankingu setlist.fm jest to najczęściej wykonywany na żywo utwór zespołu - do tej pory zabrzmiał ze sceny 825 razy, wyprzedzając takie przeboje, jak "Rock You Like a Hurricane" (806 razy) czy "Still Loving You" (741 razy), nie wspominając już o "Wind of Change" (647 razy).
Utwór został skomponowany przez Rudolfa Schenkera w 1979 roku, podczas amerykańskiej trasy zespołu. Kiedy gitarzysta po raz pierwszy zagrał główny riff Klausowi Meine, ten od razu wpadł na pomysł tekstu, zainspirowany wizytą w Nowym Jorku - mieście porównanym przez wokalistę do tytułowego zoo.
"The Zoo" został wydany na singlu i odniósł umiarkowany sukces (75. miejsce w Wielkiej Brytanii). W 2011 roku zespół nagrał utwór ponownie, na album "Comeblack".
W 1998 roku własną wersję utworu nagrał Bruce Dickinson, wokalista (wówczas były) Iron Maiden.


8. "No One Like You" (z albumu "Blackout", 1982)

Pierwszy międzynarodowy hit zespołu - 40. miejsce na notowaniu niemieckim, 64. na brytyjskim i 65. na amerykańskim, a także 1. miejsce na liście Billboard Rock Tracks. Trzy lata później utwór został ponownie wydany na małej płycie, tym razem w wersji koncertowej (z albumu "World Wide Live", 1985).
Pamiętam, że kilka razy przymierzałem się do napisania tego utworu, ale zupełnie mi nie szło - mówił Meine. I dopiero pewnego ranka, wylegując się na trawie, przelałem tęsknotę za Gaby, moją żoną, w słowa "No One Like You". Podobno pierwotnie tekst został napisany po niemiecku, a jego znacznie zostało częściowo zmienione podczas tłumaczenia.
"No One Like You" od samego początku był grany na żywo, znalazł się w setliście wszystkich tras, jakie od tamtej pory się odbyły, ale podczas wielu z nich grany był tylko sporadycznie. W 2011 roku zespół nagrał utwór ponownie, na album "Comeblack".


9. "When the Smoke Is Going Down" (z albumu "Blackout", 1982)

Jedna z najbardziej znanych ballad zespołu (chociaż nigdy nie wydana na singlu), z pozornie głębokim tekstem, który po wyjaśnieniu wokalisty okazuje się banalny i zupełnie nie pasujący do smutnej muzyki. W tej piosence próbowałem opisać chwilę, którą bardzo lubię - mówił Meine. Po udanym koncercie wychodzę z garderoby i na moment wracam na scenę. Ludzie rozeszli się już do domów, sala jest pusta. Na podłodze leżą puszki, jakieś śmieci. Ale w powietrzu ciągle czuje się atmosferę tego, co się tam wydarzyło. Jedynie dym opada już na ziemię. Przeżyłem to tyle razy, że mam ten obraz przed oczami. W każdej chwili mogę przywołać nastrój takiej chwili. A utwór "When the Smoke Is Going Down" jest próbą opisania go.
Utwór po raz pierwszy został zagrany na żywo dopiero w 1993 roku. Od tamtego czasu obecny był w setlistach wszystkich tras, aczkolwiek tylko podczas Humanity Tour grany był na każdym koncercie.


10. "Rock You Like a Hurricane" (z albumu "Love at First Sting", 1984)

Prawdziwy hardrockowy hymn, skomponowany przez Rudolfa Schenkera w czasie, gdy grupę chwilowo opuściła sekcja rytmiczna, Herman Rarebell i Francis Buchholz. Pierwsza, instrumentalna wersja utworu została nagrana w 1983 roku (z udziałem byłych muzyków Rainbow, perkusisty Bobby'ego Rondinelli i basisty Jimmy'ego Baina, jako muzyków sesyjnych). Tekst został napisany później, po powrocie Rarebella i Buchholza.
To piosenka, którą zrodziły przeżycia podczas tras Scorpionsów po Ameryce: szalona zabawa z szalonymi dziewczynami - w autokarze, na zapleczu sceny - mówił Meine. Ja wymyśliłem tylko refren: "Here I am / Rock you like a hurricane", a Herman całą resztę, ze słowami: "The bitch is hungry / She needs to tell / So give her inches / And fell her well"... Myślę, że powstał tekst, który dość dobrze oddaje szaleństwo życia w rock'n'rollowej trasie.
Utwór został wydany na singlu (25. miejsce w Stanach, 78. w Wielkiej Brytanii). Odkąd tylko został napisany jest stałym punktem każdego koncertu zespołu.
Zespół nagrał "Rock You Like a Hurricane" ponownie w 2000 roku, na album "Moment of Glory" z udziałem orkiestry (utwór nosi tam tytuł "Hurricane 2000"; w tej wersji również ukazał się na singlu) i jeszcze w 2011 roku, na album "Comeblack". Na koncertowym albumie "Acoustica" utwór nosi tytuł "Hurricane 2001").


11. "Still Loving You" (z albumu "Love at First Sting", 1984)

Kolejna słynna ballada zespołu, napisana wiele lat przed zarejestrowaniem jej w studio: Rudolf grał nam tę kompozycje wiele razy, ale minęło siedem lat, nim zdecydowaliśmy się ją nagrać - mówił Meine. Dopiero wtedy napisałem tekst. Byłem w Hanowerze. I wyszedłem na spacer n łąki niedaleko domu. To było zimą, padał śnieg, zrobiło się pięknie i romantycznie. I nagle przyszły mi do głowy słowa pasujące do melodii Rudolfa. Nie miałem jednak przy sobie nic do pisania. Pamiętam, że układałem w głowie kolejne wersy tekstu, ale strasznie się bałem, że je zapomnę. I rzeczywiście, niektóre fragmenty uleciały z pamięci, ale większość zapamiętałem. Brakujące wersy wymyśliłem na nowo. Tematyka tekstu nie jest zbyt wyszukana: "Still Loving You" jest dramatyczną historią związku, który się rozpadł. Kochankowie nie są już razem, facet nie może się z tym pogodzić - wyjaśniał wokalista. Muzycznie jednak kompozycja do dzisiaj robi wrażenie, co przyznaje Meine: Bardzo lubię "Still Loving You". Cudowna, pełna liryzmu melodia i pełen dramatyzmu tekst składają się moim zdaniem na mocną, poruszającą całość.
Utwór został wydany na singlu i wszedł na amerykańską listę (64. miejsce). Lepiej radził sobie w Niemczech (14. miejsce), a najwyższą, 3. pozycję, osiągnął w Szwecji i Francji. Utwór cieszył się ogromną popularnością zwłaszcza w tym ostatnim kraju, gdzie wiele par dało wtedy dzieciom imię Sly, bo były to pierwsze litery tytułu "Still Loving You" - wyjaśniał Schenker. Zespół nawiązał do tego w utworze "SLY" z albumu "Sting in the Tail", wydanego w 2010 roku.
Utwór jest regularnie grany podczas większości koncertów zespołu. Podobnie jak "Rock You Like a Hurricane", zespół nagrał "Still Loving You" ponownie na albumy "Moment of Glory" i "Comeblack".


12. "Big City Nights" (z albumu "Love at First Sting", 1984)

Trzeci singiel z albumu, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich notowany tylko w Wielkiej Brytanii (76. miejsce). Mimo to, należy jednak do najbardziej lubianych utworów zespołu, regularnie wykonywanym na żywo (wg setlist.fm tylko "The Zoo" i "Rock You Like a Hurricane" były grane częściej, ale strona ma niekompletne informacje).
Podobnie jak w przypadku dwóch powyższych hitów, zespół postanowił nagrać "Big City Nights" ponownie. Po raz pierwszy na "Moment of Glory" - tamtejsza wersja jest o tyle ciekawa, że zamiast Klausa Meine'a śpiewa w niej Ray Wilson (znany przede wszystkim z albumu "Calling All Stations" Genesis). Nie bardzo wiadomo jak doszło do tej współpracy. Słuchałem Scorpionsów, gdy byłem nastolatkiem - przyznawał Wilson, ale dodawał: Nigdy nie byłem ich wielkim fanem. Zespół nagrał utwór także w 2011 roku, ale trafił tylko na japońskie wydanie albumu "Comeblack".


13. "Rhythm of Love" (z albumu "Savage Amusement", 1988)

To numer, który odniósł duży sukces w latach 80. - mówił Klaus Meine. I jeden z naszych ulubionych kawałków Scorpions. Nawet jeśli nie zawsze wykonujemy go podczas koncertów. To trudny utwór, zwłaszcza z punktu widzenia wokalisty. Ale wspaniały, ma świetny riff. W chwili ukazania się albumu "Savage Amusement" był bardzo popularny w Stanach.
Utwór rzeczywiście był często grany w tamtejszych stacjach radiowych, o czym świadczy 6. pozycja na Mainstream Rock Chart. Aczkolwiek sprzedaż singla w USA nie była zbyt wysoka - kawałek doszedł zaledwie do 75. miejsca listy Billboardu. Nieco lepiej poradził sobie w Wielkiej Brytanii (59. miejsce).
"Rhythm of Love" jest dość regularnie wykonywany podczas koncertów. W 2011 roku zespół nagrał utwór ponownie, na album "Comeblack".


14. "Wind of Change" (z albumu "Crazy World", 1990)

Najsłynniejszy utwór zespołu powstał pod wpływem wizyty muzyków w Rosji, w 1989 roku. Autorem kompozycji jest Klaus Meine. Skomponowałem ten utwór na klawiszach, dodając gwizdanie, które oddawało mój ówczesny nastrój - mówił wokalista. W innym wywiadzie jednak przyznawał: Miałem poczucie, że to coś wyjątkowego, ale nie byłem pewien, co myśleć o partii gwizdanej. Nie wiedziałem jak zareaguje na nią zespół. Piosenka im się spodobała, ale też wahali się co do tego gwizdania. Nie tylko oni nie byli nim zachwyceni: Producenci chcieli wyrzucić gwizdanie, ale okazało się przecież znakiem firmowym piosenki! - oburzał się Klaus. To dlatego jest tak wyjątkowa, poza przesłaniem politycznym.
No właśnie, przesłanie polityczne - tekst utworu nawiązuje do przemian politycznych w Europie Środkowo-Wschodniej pod koniec lat 80., które przyczyniły się do upadku ZSRR i zakończenia zimnej wojny. Najlepiej podsumowują to słowa Rudolfa Schenkera: "Wind of Change" stało się ścieżką dźwiękową dla największej pokojowej rewolucji w dziejach ludzkości. To było coś wyjątkowego. Dzięki tej piosence dostaliśmy zaproszenie od Michaiła Gorbaczowa, gdy dzierżył jeszcze władzę na Kremlu. Prezydent Związku Radzieckiego spotkał się z zespołem pod koniec 1991 roku. Byłem zaskoczony, że w czasie gwałtownych zmian w kraju - kilkanaście dni później [Gorbaczow] ustąpił, a Związek Radziecki przeszedł do historii - znalazł czas na to, by spotkać się z zespołem rockowym  - mówił Meine.
Utwór został wydany na singlu w kwietniu 1991 roku i stał się największym przebojem zespołu, dochodząc do 2. miejsca w Wielkiej Brytanii, 4. w Stanach, oraz do 1. w kilku krajach europejskich, m.in. w Niemczech i Francji. W Polsce "Wind of Change" spędził siedem tygodni na szczycie Listy Przebojów Trójki.
Popularność utworu sprawiła, że zespół nagrał go także w dwóch innych wersjach, śpiewanej po hiszpańsku ("Vientos de Cambio") oraz po rosyjsku ("Ветер Перемен"). Grupa regularnie wykonuje utwór na żywo. "Wind of Change" został ponownie nagrany na albumy "Moment of Glory" i "Comeblack".


15. "Moment of Glory" (z albumu "Moment of Glory", 2000)

Stworzyłem tę piosenkę w 1997 lub 1998 roku jako propozycję tematu muzycznego wystawy Expo 2000, organizowanej w naszym rodzinnym mieście, w Hanowerze - mówił Meine. Ponieważ już wtedy planowaliśmy nagranie płyty z Filharmonikami Berlińskimi, od początku planowałem ją zaśpiewać z orkiestrą. Dlatego podczas komponowania nie myślałem o niej w kategoriach kawałka rockowego, jakie zwykle wykonuje ze Scorpions, a raczej w kategorii utworu na głos i orkiestrę. Oczywiście, nie miałem żadnej pewności, że organizatorzy Expo zaakceptują moją propozycję. Byłem zaskoczony, kiedy właśnie "Moment of Glory" zaakceptowano jako hymn wystawy. A wykonanie utworu z Filharmonikami Berlińskimi podczas Expo w Hanowerze było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Później zaś stał się kawałkiem tytułowym naszej orkiestrowej płyty.
Warto dodać, że Scorpionsi już od połowy lat 90. pracowali nad albumem z orkiestrą. Błędem okazało się zaangażowanie do współpracy kompozytora i aranżera Michaela Kamena, który wycofał się z projektu, gdy prace były już na dość zaawansowanym etapie... po czym sprzedał pomysł Metallice. Ich album "S&M" ukazał się w 1999 roku - rok przed "Moment of Glory", przez co Scorpionsi zostali powszechnie uznani za plagiatorów.
Utwór "Moment of Glory" został wydany na singlu, ale nie zdobył większej popularności (wszedł tylko na niemiecką listę, na której doszedł do 67. miejsca).


16. "New Generation" (z albumu "Unbreakable", 2004)

Po dekadzie eksperymentów (złagodzenie brzmienia na "Pure Instinct", uwspółcześnienie go na "Eye II Eye", do tego albumy z orkiestrą i koncertem unplugged) Scorpionsi postanowili wrócić do ciężkiego rocka na albumie "Ubreakable". Najbardziej reprezentatywnym dla niego utworem jest otwierający go "New Generation". Na początku 2003 roku odbyliśmy trzymiesięczną trasę po Stanach z zespołem Whitesnake jako supportem - mówił Meine. To wtedy doszło do kryzysu irackiego i wszystko wskazywało na to, że wybuchnie wojna, co zresztą w pewnym momencie, w marcu, nastąpiło. Z drugiej jednak strony można było zaobserwować aktywizację ruchów pokojowych - na ulicach miast, od Nowego Jorku po San Francisco, widziało się manifestantów protestujących przeciwko wojnie. Wiele z tego, co wtedy działo się w Ameryce, przeniknęło do tekstu "New Generation". Powstała piosenka o naszych czasach, o świecie, w którym żyjemy, o tym wszystkim, co mu zagraża, jak choćby terroryzm. Piosenka nie tylko o nas, ale też o młodym pokoleniu, które wkrótce przejmie pałeczkę i które przede wszystkim powinno zaangażować się w walkę o lepszy świat, świat bez wojen. Dlatego wpadłem na pomysł, by do udziału w końcówce nagrania zaprosić grupę nastolatków - by zabrzmiał tam głos pokolenia, które już niedługo będzie rządzić światem.
Chór który wystąpił w nagraniu nosi nazwę Jody's Kids. Warto dodać, że "Unbreakable" to pierwszy album zespołu nagrany z basistą Pawłem Mąciwodą.


11 października 2013

[Recenzja] Budgie - "Deliver Us from Evil" (1982)



Trasa promująca album "Nightflight" obejmowała 24 koncertów, z których 13 odbyło się w Polsce. Była to jedna z pierwszych zachodnich kapel jakie odwiedziły nasz kraj - nic więc dziwnego, że z miejsca stała się grupą kultową. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać: dwa utwory z wydanego wkrótce albumu "Deliver Us from Evil" - "Alison" i "Hold on to Love" - weszły na listę przebojów Trójki, będącą wówczas największym wyznacznikiem popularności w Polsce. Sam album jest jednak ogromnym rozczarowaniem, w porównaniu ze wcześniejszą twórczością. Zespół, w składzie poszerzonym o klawiszowca, postanowił złagodzić swoją muzykę. Komercyjne nastawienie muzyków słyszalne jest już od otwierającego album "Bored with Russia", a na całym longplayu aż mdli od przesłodzonych, banalnych melodii (np. "Don't Cry", "N.O.R.A.D."). Nawet w ostrzejszych, prawie pozbawionych klawiszy "Give Me the Truth" i "Hold on to Love", muzycy nie zapomnieli o radiowych melodiach. Apogeum kiczu zostaje jednak osiągnięte we wspomnianym "Alison", z pseudo-klasycznymi brzmieniami z syntezatora. Jedynym utworem, który jakoś się broni, jest druga ballada, smutna "Flowers in the Attic". Trochę zepsuta kiczowatymi, smyczko-podobnymi dźwiękami, ale mająca swój urok. Niestety, nie można tego powiedzieć o żadnym innym utworze, jaki się tutaj znalazł. "Deliver Us from Evil" to płyta, która nigdy nie powinna być wydana.

Ocena: 2/10



Budgie - "Deliver Us from Evil" (1982)

1. Bored with Russia; 2. Don't Cry; 3. Truth Drug; 4. Young Girl; 5. Flowers in the Attic; 6. N.O.R.A.D. (Doomsday City); 7. Give Me the Truth; 8. Alison; 9. Finger on the Button; 10. Hold on to Love

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; John Thomas - gitara; Steve Williams - perkusja; Duncan McKay - instr. klawiszowe
Producent: Don Smith


10 października 2013

[Recenzja] Budgie - "Nightflight" (1981)



Budgie na "Nightflight" dalej podąża za swoimi uczniami z nurtu Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu (nawet zrobienie okładki zlecili Derekowi Riggsowi, znanemu z współpracy z Iron Maiden). Tym razem wyszło to jednak o wiele bardziej przekonująco. Muzycy nauczyli się w końcu pisać utwory w tym stylu tak, żeby każdy z nich był rozpoznawalny. Pewnie nie bez znaczenia jest też fakt, że produkcją zajął się zawodowiec, a nie sami muzycy - przynajmniej pod względem brzmieniowym jest tu znacznie lepiej, niż na poprzednich wydawnictwach zespołu. A same utwory? W porównaniu z "Power Supply" są mniej agresywne, bardziej melodyjne. Najbardziej wyróżnia się otwierający całość "I Turned to Stone", łączący balladowe zwrotki z ostrym, ale bardzo chwytliwym, refrenem, dodatkowo pojawiają się tu aż dwie długie gitarowe solówki - wrażenie robi zwłaszcza druga z nich, rozbrzmiewająca po zmyłce w postaci wyciszenia.

Ciężko przebić taki początek... i grupie rzeczywiście się to nie udaje. Aczkolwiek jeszcze kilka kawałków można wyróżnić na plus. Przede wszystkim "Don't Lay Down and Die", przypominający trochę Deep Purple - skojarzenie to wywołuje gra sekcji rytmicznej, a także zastosowania organów Hammonda - chociaż instrument ten słychać tylko w tle, a na pierwszym planie królują riffy i solówki Johna Thomasa. Dobre wrażenie sprawia jeszcze przebojowy, w dobrym tego słowa znaczeniu, "Keeping a Rendezvous". Reszta albumu niestety przypomina o zagubieniu grupy - są fragmenty kiczowate ("Reaper of the Glory"), sztampowe ("She Used Me Up", "Superstar"), a nawet popowe ("Apparatus", "Change Your Ways"). Zamykający całość "Untitled Lullaby" to tylko minutowa, instrumentalna miniaturka, oparta na brzmieniu gitary akustycznej.

Ocena: 6/10



Budgie - "Nightflight" (1981)

1. I Turned to Stone; 2. Keeping a Rendezvous; 3. Reaper of the Glory; 4. She Used Me Up; 5. Don't Lay Down and Die; 6. Apparatus; 7. Superstar; 8. Change Your Ways; 9. Untitled Lullaby

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; John Thomas - gitara; Steve Williams - perkusja
Producent: Don Smith


9 października 2013

[Recenzja] Pearl Jam - "Lightning Bolt" (2013)



Pearl Jam dołączył do grona wykonawców, którzy już na tydzień przed oficjalną premierą nowego albumu zdecydowali się udostępnić wszystkie utwory do darmowego odsłuchu na iTunesie. Dzięki temu recenzja "Lightning Bolt" może ukazać się na blogu, zanim longplay trafi do sklepów, a nade mną nie wisi presja czasu. W tym wypadku jest to bardzo pomocne, bo mimo wielu przesłuchań długo nie wiedziałem, co napisać. Nie jest to taki album, na jaki czekałem. Nie, nawet nie marzyłem, że nagrają nowy "Ten", czy chociaż "Vs." lub "Vitalogy". Ale po całkiem solidnym "Backspacer" z 2009 roku, spodziewałem się, że muzycy nagrają jego kontynuacje. Tymczasem "Lightning Bolt" to powrót kilka lat wstecz, do tego niezbyt udanego okresu, w którym muzycy sami za bardzo nie wiedzieli co chcą grać, więc proponowali mnóstwo dziwnych eksperymentów.

Dobrą zapowiedzią albumy były już poprzedzające go single: "Mind Your Manners" i "Sirens". A to dlatego, że oba są utrzymane w diametralnie różnych stylistykach. Pierwszy - brudny, punkowy, chaotyczny. Drugi - balladowy, ze zgrabną melodią i starannie zaaranżowanymi partiami instrumentalnymi. Na "Lightning Bolt" składają się właśnie utwory, pomiędzy którymi ciężko znaleźć wspólny mianownik (poza charakterystycznym wokalem Eddiego Veddera). Album rozpoczyna energetyczny "Getaway" - porywający od pierwszych sekund, bardzo chwytliwy kawałek. Zdecydowanie będący moim faworytem z całej płyty. Bardzo pozytywny, wprowadzający w dobry nastrój - który zaraz psuje wspomniany już "Mind Your Manners", następujący tuż po nim. O kolejnym utworze, "My Father's Son", można napisać właściwie tylko tyle, że jest. O "Sirens" też już pisałem - ładny kawałek, ale bardziej pasowałby na zakończenie. Jako czwarty utwór za szybko uspokaja album i słuchacza.

Tytułowy "Lightning Bolt" - banalny i nijaki. Tuż po nim rozpoczyna się bardziej eksperymentalna część longplaya. "Infallible" z początku intryguje nietypową rytmiką i brzmieniem, ale w połowie zaczyna nudzić. "Pendulum" opiera się głównie na klawiszowym motywie, gitary pojawiają się dopiero pod koniec, wraz z okropnie kiczowatymi chórkami. W "Swallowed Whole" jest nieco bardziej dynamicznie, ale kawałek zdominowany jest przez brzmienia akustyczne. W sumie nic specjalnego. Zwrotki "Let the Records Play" za bardzo przypominają "Personal Jesus" Depeche Mode, ale najgorzej wypada tu rozwleczony refren. Zastanawiam się po co grupa nagrała "Sleeping By Myself", znany już z solowej płyty Veddera, "Ukulele Songs"? Tam wokaliście towarzyszył tylko akompaniament ukulele, tutaj cały zespół, ale wielkiej różnicy nie ma. Na koniec czekają jeszcze dwa smęty - zwyczajnie nudny "Yellow Moon", oraz "Future Days", który mógłby się obronić w skróconej wersji, ze skromniejszą aranżacją - bez tych wszystkich klawiszy i smyczków.

Podsumowując, nie jest to udany album. Zdecydowanie poniżej poziomu, na jaki stać tych muzyków. Zwolennicy późniejszych albumów Pearl Jam mogą tej płyty posłuchać, na pewno znajdą tu dla siebie kilka interesujących fragmentów. Jeśli ktoś jednak czeka na nowy "Alive" czy "Jeremy" - spokojnie może sobie poznawanie "Lightning Bolt" odpuścić.

Ocena: 6/10



Pearl Jam - "Lightning Bolt" (2013)

1. Getaway; 2. Mind Your Manners; 3. My Father's Son; 4. Sirens; 5. Lightning Bolt; 6. Infallible; 7. Pendulum; 8. Swallowed Whole; 9. Let the Records Play; 10. Sleeping By Myself; 11. Yellow Moon; 12. Future Days

Skład: Eddie Vedder - wokal, gitara, ukulele; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja
Gościnnie: Ann Marie Calhoun - instr. smyczkowe; Brendan O'Brien - pianino
Producent: Brendan O'Brien


7 października 2013

[Recenzja] Budgie - "Power Supply" (1980)



Rok 1980 to ogromna popularność nurtu Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu. Muzycy Budgie - jednego z najważniejszych prekursorów tego nurtu - doszli do wniosku, że zaostrzając brzmienie w końcu osiągną długo oczekiwany sukces. Nie udało się. Zaś samo kopiowanie swoich uczniów nie wyszło na dobre. "Power Supply" to ciężkie, riffowe kawałki, z agresywnym śpiewem Shelleya, często przechodzącym w krzyk. Brzmi nieźle, ale problem z tą płytą polega na tym, że - z dwoma wyjątkami - ciężko odróżnić od siebie poszczególne kawałki. Słuchając pierwszych trzech - "Forearm Smash", "Hellbender" i "Heavy Revolution" - mam wrażenie jakbym przez pomyłkę wcisnął przycisk "repeat one track". Na początku "Gunslinger" następuje zwrot o 180 stopni, jednak łagodne dźwięki szybko ustępują miejsca ciężkim riffom. Cały kawałek wyróżnia się jednak zapamiętywaną melodią. W kolejnych dwóch kawałkach - tytułowym "Power Supply" i "Secrets in My Head" - powtarza się sytuacja z początku płyty. "Time to Remember" to klasyczna metalowa ballada, z ostrzejszym refrenem, irytująca efektem echa w zwrotkach i pozbawiona ciekawej melodii. Natomiast finałowy "Crime Against the World" to jeszcze jeden riffowiec, nie różniący się niczym od pozostałych.

Ocena: 4/10



Budgie - "Power Supply" (1980)

1. Forearm Smash; 2. Hellbender; 3. Heavy Revolution; 4. Gunslinger; 5. Power Supply; 6. Secrets in My Head; 7. Time to Remember; 8. Crime Against the World

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; John Thomas - gitara; Steve Williams - perkusja
Producent: Budgie


[Recenzja] Budgie - "Impeckable" (1978)



Początek nie jest zły. "Melt the Ice Away" to świetny, riffowy otwieracz, z długą solówka. Burke Shelley na dobre zrezygnował już ze śpiewania tym strasznie wysokim głosem, co jest dodatkową zaletą kawałka - a także (prawie) całej płyty. Jednak pod względem muzycznym "Impeckable" psuje się już przy drugim utworze. Łagodniejsze "Love for You and Me" i "All at Sea" za bardzo zbliżają się do muzyki popowej (drugi z nich ma przynajmniej naprawdę uroczą melodię), a w "Dish It Up" i "Pyramids" wracają wpływy funku. Do hard rockowego riffowania muzycy wracają w "Smile Boy Smile" i "I'm a Faker Too" - oba się bronią, chociaż pierwszy niespecjalnie zostaje w pamięci, zaś drugi ma trochę zbyt komercyjny refren. Tuż po nich pojawia się prawdziwy koszmarek - "Don't Go Away", oparty na brzmieniach akustycznych, z gwizdaniem i zbyt wysokim śpiewem Shelleya. Płytę ratuje finałowy utwór - ciężki, rozbudowany "Don't Dilute the Water", z wieloma zmianami tempa i motywów (na mnie największe wrażenie robi ten orientalizujący, pojawiający się dwukrotnie). Bardzo dobrze wypada tu także wokalna partia Shelleya, dobrze zgrana z riffami.

Ocena: 6/10



Budgie - "Impeckable" (1978)

1. Melt the Ice Away; 2. Love for You and Me; 3. All at Sea; 4. Dish It Up; 5. Pyramids; 6. Smile Boy Smile; 7. I'm a Faker Too; 8. Don't Go Away; 9. Don't Dilute the Water

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; Tony Bourge - gitara; Steve Williams - perkusja
Producent: Budgie i Richard Manwaring


6 października 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Pearl Jam

Już tylko osiem dni zostało do premiery nowego albumu Pearl Jam, zatytułowanego "Lightning Bolt". To dobry powód, żeby przypomnieć sobie najpopularniejsze utwory z dotychczasowego repertuaru grupy.
W poniższym zestawieniu zabrakło największego przeboju grupy, "Last Kiss" (2. miejsce na liście Billboardu), który nie jest autorską kompozycją grupy, a przeróbką utworu Wayne'a Cochrana z początku lat 60.

Pearl Jam w okresie "Vs."/"Vitalogy": Eddie Vedder, Mike McCready, Dave Abbruzzese, Jeff Ament i Stone Gossard.


1. "Alive" (z albumu "Ten", 1991)

Gitarzysta Stone Gossard napisał muzykę tego utworu (pierwotnie zatytułowanego "Dollar Short") jeszcze przed powstaniem grupy. Pierwszą wersję zarejestrował w 1990 roku, wraz z kilkoma innymi kawałkami. W nagraniach oprócz niego udział wzięli basista Jeff Ament - wcześniej grający razem z Gossardem w zespole Mother Love Blone - gitarzysta Mike McCready z innej właśnie rozwiązanej kapeli, Shadow, a także dwóch perkusistów: Matt Cameron (z Soundgarden) oraz Chris Friel (ex-Shadow). Dwaj ostatni nie zostali członkami nowo powstałej grupy, pozostali muzycy musieli rozejrzeć się za stałym perkusistą. Zgłosili się do Jacka Ironsa, byłego perkusisty Red Hot Chili Peppers. Bębniarz był niestety zajęty graniem w grupie Eleven (dopiero w 1994 dołączy do Pearl Jam, w którym zostanie do 1998 roku), ale polecił grupie wokalistę - Eddiego Veddera. Muzycy wysłali do niego taśmę z trzema utworami - "Dollar Short", "Times of Trouble" i "Agytian Crave" - wraz z prośbą o ewentualne dogranie wokali.
Puściłem taśmę i było w niej coś innego - mówił Vedder. Wyróżniało się muzycznie. Chociaż nie byłem pewny jak się w to wpasować, kompozycje utkwiły mi tej nocy w głowie. Zacząłem wymyślać trzyutworową minioperę w duchu Pete'a Townsheda czy Rogera Watersa. Nie sądzę, żebym poświęcił tym trzem piosenkom więcej niż trzy czy cztery godziny, bo odesłałem kasetę tego samego dnia, w drodze na wieczorną zmianę.
"Dollar Short" został przemianowany na "Alive". Tekst opowiadał o nastolatku, który dowiedział się, że wychowujący go człowiek nie jest jego biologicznym ojcem - inspiracją dla wokalisty dostarczyły jego własne przeżycia. W drugiej części "miniopery", "Agytian Crave" - po dopisaniu tekstu noszącego tytuł "Once" - bohater wychodzi i zaczyna zabijać ludzi. Zostaje seryjnym mordercą - wyjaśniał Vedder. W ostatniej części, "Footsteps" (dawnym "Times of Trouble") bohater obarcza za swoje winy kogoś innego.
"Alive" został wydany na debiutanckim singlu grupy i od razu stał się przebojem w Wielkiej Brytanii (16. miejsce). W Stanach nie wszedł na główną listę Billboardu, ale znalazł się na dwóch mniej istotnych notowaniach tego magazynu - Mainstream Rock Tracks (16. miejsce) i Modern Rock Tracks (18. miejsce). Obie listy powstają w oparciu o częstotliwość grania danych utworów w amerykańskich stacjach radiowych.


2. "Even Flow" (z albumu "Ten", 1991)

Udaję tu Steviego Raya Vaughana, kiepska próba - przyznawał Mike McCready. Riff ułożył Stone, a ja próbowałem ukraść wszystko, co poznałem u Vaughana i włożyć do tego numeru. Ewidentna zrzyna. Lub, jak kto woli, zrzyna w hołdzie. Ze wszystkich utworów na "Ten", właśnie nagranie tego sprawiło muzykom największe trudności. Robiliśmy to 50-70  razy - twierdził McCready. Przysięgam, to był koszmar. Graliśmy numer w kółko aż go znienawidziliśmy. Myślę, że Stone do dziś nie jest zadowolony z rezultatu. Ten utwór wymagał największego mozołu. Jeff Ament przyznawał: To świetny utwór, ale nagrywaliśmy go setki razy.
Podobnie jak wiele innych utworów z albumu "Ten", muzyka do "Even Flow" powstała przed zebraniem pełnego składu grupy. Oryginalna, instrumentalna wersja nosiła tytuł "The King", dopiero później Eddie Vedder dopisał tekst, dotyczący bezdomności. Kawałek został wydany na drugim singlu zespołu, który doszedł do 27. miejsca brytyjskiego notowania, 3. na Mainstream Rock Tracks, oraz 21. na Modern Rock Tracks.


3. "Black" (z albumu "Ten", 1991)

Utwór początkowo nosił tytuł "E Ballad", który dużo mówi o jego klimacie. Uważam, że to piękna piosenka - mówił McCready. Skomponował ją Stone i pozwolił mi zagrać, co chcę. To kolejna zrzynka z Vaughana. Wydawca zespołu chciał wypuścić utwór na singlu, ale sprzeciwił się temu Vedder, uważający, że napisany przez niego tekst jest zbyt osobisty. Niektóre kawałki nie mogą być grane pomiędzy hitem nr 2 a hitem nr 5. Grozi im wtedy zniszczenie, bo są zbyt kruche - tłumaczył. Pomimo tego, utwór i tak stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych kawałków grupy, dzięki regularnemu graniu na żywo.


4. "Jeremy" (z albumu "Ten", 1991)

Jeden z nielicznych utworów na debiutanckim albumie Pearl Jam, który nie pochodzi z dema z utworami Gossarda. Utwór powstał już po dołączeniu do składu Eddiego Veddera. Kompozytorem jest Jeff Ament - zalążkiem utworu był wymyślony przez niego motyw zagrany na 12-strunowej gitarze basowej (według innego źródła - na gitarze akustycznej). Wokalista dopisał tekst zainspirowany prawdziwą historią - wydarzeniami ze stycznia 1991 roku, kiedy piętnastoletni Jeremy Wade Delle zastrzelił się w szkole, na oczach swojej klasy. To była niewielka notatka - mówił Vedder. Zabijasz się, odstawiasz wielkie poświęcenie i próbujesz dokonać zemsty... A wszystko, co z tego zostaje, to wzmianka w gazecie. Niczemu to nie służy. Nic się nie zmienia. Świat jedzie dalej, a ty jesteś przejechany. Najlepszą zemstą jest dalsze życie i udowodnienie swojej wartości.
Początkowo wokalista nie był przekonany czy taka tematyka nadaje się na tekst utworu, ale... Pytałem czy to ok, że tekst opowiada o dzieciaku, który popełnił samobójstwo. Ale oni byli bardziej zajęci poszukiwaniem perkusisty i kwestią tempa - mówił Vedder.
"Jeremy" był trzecim singlem promującym "Ten" - pierwszym, który trafił na amerykańską listę Billboardu (79. miejsce, ponadto 5. na Mainstream... i Modern Rock Tracks), tradycyjnie dobrze radził sobie także na liście w Wielkiej Brytanii (15. miejsce).


5. "Yellow Ledbetter" (strona B singla "Jeremy", 1992)

Kolejny utwór stworzony dopiero podczas nagrywania debiutanckiego albumu. Chociaż skończył jako strona B singla, szybko zainteresowały się nim rozgłośnie radiowe, dzięki czemu utwór trafił na notowania Mainstream Rock Tracks (21. miejsce) i Modern Rock Tracks (26. miejsce). Ponadto utwór należy do najchętniej wykonywanych przez grupę na żywo - w jednym z wywiadów McCready stwierdził, że to ich ulubiony utwór koncertowy. Jest także obecny na obu kompilacjach utworów Pearl Jam - nie tylko na zbierającym nagrania niealbumowe "Lost Dogs", ale także w zbiorze największych hitów, "Rearviewmirror (Greatest Hits 1991-2003)".


6. "State of Love and Trust" (z soundtracku "Singles", 1992)

Utwór po raz pierwszy został zarejestrowany podczas sesji nagraniowej "Ten", ale nigdy nie był brany pod uwagę jako część albumu; powstawał z myślą o pojawieniu się na ścieżce dźwiękowej filmu "Singles". I rzeczywiście się na niej znalazł, ale w wersji nagranej później, w 1992 roku. Oryginalna wersja została opublikowana dopiero w 2009 roku, na reedycji "Ten", chociaż według Amenta jest lepsza od filmowej: "State of Love and Trust" z Davem Krusenem na bębnach jest znacznie lepszy od tej, która została wydana. Gra w klimacie, w jakim utwór powstał. Ta wersja jest bardziej surowa.
"State of Love and Trust" (w wersji filmowej) był jednym z pierwszych utworów nagranych z perkusistą Davem Abbruzzese, który w 1994 roku wyleciał ze składu z powodu konfliktu z pozostałymi muzykami. To ostatnie może tłumaczyć dlaczego Ament preferuje niedopracowaną wersję utworu, od tej ostatecznej.
Utwór nie został wydany na singlu, ale jest regularnie grany podczas koncertów zespołu.


7. "Daughter" (z albumu "Vs.", 1993)

Najbardziej znany utwór z drugiego longplaya zespołu, "Vs.". Kawałek opiera się na głównie na brzmieniach akustycznych - Stone Gossard gra na gitarze akustycznej, a Jeff Ament na kontrabasie - elektryczna gitara wychodzi na pierwszy plan tylko podczas solówki Mike'a McCready'ego, o której gitarzysta mówił: To jedna z niewielu solówek, nad którymi naprawdę musiałem usiąść i popracować. Tekst Veddera, zgodnie z jego własnym wyjaśnieniem, opowiada o dziewczynie z dysleksją, której matka nie mogła zrozumieć jej niepełnosprawności i myśli, że jej córka jest po prostu zbuntowana.
Utwór został wydany na singlu - w brytyjskim notowaniu tradycyjnie zatrzymał się przed pierwszą dziesiątką listy (18. miejsce), natomiast w Stanach doszedł tylko do 97. miejsca głównej listy Billboardu, chociaż na Mainstream... i Modern Rock Tracks zdobył szczyt. "Daughter" należy do stałych punktów koncertów zespołu - podczas jego wykonywania w środku muzycy grają długą część improwizowaną, w której umieszczają fragmenty innych utworów - np. "It's Okay" punk rockowego Dead Moon albo "Another Brick in the Wall (Part 2)" Pink Floyd.


8. "Rearviewmirror" (z albumu "Vs.", 1993)

Jest to jeden z dwóch pierwszych - obok "Elderly Woman Behind the Counter in a Small Town" - które w całości zostały skomponowane przez Eddiego Veddera, który ponadto w obu zagrał na gitarze - także po raz pierwszy w historii zespołu. O "Rearviewmirror" Stone Gossard mówił, że został nagrany dokładnie tak, jak Eddie go napisał. Podczas sesji nagraniowej utwór był ostatnim, jaki został ukończony, a z ostatecznego wyniku nie był zadowolony Vedder, który uważał kawałek za zbyt chwytliwy. W nagraniu Mike McCready eksperymentuje z EBow - tzw. elektronicznym smyczkiem, czyli urządzeniem z wbudowanym elektromagnesem, który przykładany do struny wzbudza jej drgania, dzięki czemu słychać dźwięk o niekończącym się trwaniu, brzmiący jak pociągnięcia smyczka.
Utwór nie został wydany na singlu, ale jest często wykonywany przez zespół na koncertach.


9. "Corduroy" (z albumu "Vitalogy", 1994)

Kolejny utwór zespołu, który nie został oficjalnie wydany na singlu, ale stał się przebojem (13. miejsce na Modern Rock Tracks, 22. na Mainstream Rock Tracks) i na stałe wszedł do koncertowego repertuaru grupy (często poprzedzał go jam oparty na "Interstellar Overdrive" Pink Floyd). Utwór został w całości skomponowany przez Eddiego Veddera. O znaczeniu tekstu wokalista mówił następująco: To o związku, ale nie dwóch ludzi. To o relacji jednego człowieka z milionami ludzi.


10. "Better Man" (z albumu "Vitalogy", 1994)

Utwór Veddera, napisany przez niego, gdy uczęszczał do szkoły średniej. Napisałem "Better Man" zanim mogłem - legalnie - pić alkohol - wyjaśniał wokalista. W innym wywiadzie rozmyślał: Czasem myślę, jak bardzo się różnię od tego nastolatka, który w swojej sypialni napisał "Better Man", marząc żeby ktokolwiek chciał go wysłuchać. Kompozycja opierała się na progresji akordów zapożyczonej z utworu "Save it For Later" nowofalowej grupy English Beat. Była wykonywana przez pierwszy zespół Veddera, Bad Radio, natomiast Pearl Jam po raz pierwszy zarejestrował ją podczas sesji nagraniowej albumu "Vs.". Producent Brendan O'Brien stwierdził, że będzie to murowany hit, czym zniechęcił Veddera i kawałek został odrzucony. Zespół wrócił do niego jednak podczas kolejnej sesji i utwór ostatecznie trafił na album "Vitalogy".
Mimo braku singla z utworem, "Better Man" należy do najczęściej granych utworów Pearl Jam w stacjach radiowych - przynajmniej amerykańskich (w rezultacie osiągnął 1. miejsce na Mainstream... i 2. na Modern Rock Tracks). Ponadto utwór często gości w setliście koncertów zespołu.


11. "Given to Fly" (z albumu "Yield", 1998)

Autorstwo kolejny przeboju Pearl Jam (12. miejsce w Wielkiej Brytanii, 21. w Stanach) przypisane jest Eddiemu Vedderowi (tekst) i Mike'owi McCready'emu (muzyka). To drugie jednak zdecydowanie na wyrost - pod względem muzycznym mamy tu do czynienia z plagiatem "Going to California" Led Zeppelin. Zapytany o to podobieństwo, McCready tłumaczył: Prawdopodobnie zrzynałem z tego utworu. Świadomie czy nie, ale na pewno go znałem. Zeppelini bez wątpienia mieli na mnie wpływ. Robert Plant nie miał jednak o to żalu do grupy. Podczas charytatywnego koncertu w Chicago w 2005 roku dla ofiar Huraganu Katrina, muzycy Pearl Jam wykonali "Given to Fly", który płynnie przeszedł w "Going to California", a na scenie dołączył do nich wówczas frontman Led Zeppelin.


12. "Do the Evolution" (z albumu "Yield", 1998)

Utwór nie został wydany na singlu, ale nakręcono do niego teledysk - pierwszy od pięciu lat, od czasu "Daughter". Za słynny animowany klip, przedstawiający czarną wizję rozwoju ludzkości, odpowiadają dwaj rysownicy komiksów, Kevin Altieri i Todd McFarlane.
"Do the Evolution" zrobiliśmy na sam koniec - mówił Gossard. Poprosiłem Eda o dodatkowe spotkanie, ponieważ wydawało mi się, że płycie jest potrzebny jeszcze jeden numer naprawdę ostry. Przez kilka dni obmyślałem go, aż wpadł mi do głowy ten riff. W studiu użyłem loopów, a Ed podłożył wokal. Później w aranżacji nanieśliśmy kilka zmian, a na końcu Jack [Irons, ówczesny perkusista] dodał perkusję do moich loopów.


13. "You Are" (z albumu "Riot Act", 2002)

Jeden z najbardziej zaskakujących i eksperymentalnych utworów w dorobku grupy. Jego autorem jest nowy perkusista, Matt Cameron (w napisaniu tekstu pomógł Vedder). Przyszedł pewnego dnia z garścią gitarowych riffów i gotowym już demo tego numeru, bardzo dobrym demo - mówił Jeff Ament. Gitary miały takie unikalne brzmienie, że wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani tym numerem. Spędziliśmy więc dużo czasu na wielokrotnym aranżowaniu tej piosenki, na "upraszczaniu" tego numeru. To była prawdopodobnie jedyna piosenka, którą robiliśmy po kawałku, ale sprawiło nam to ogromną frajdę. Na każdej płycie staramy się zamieścić dwie albo trzy piosenki eksperymentalne, a "You Are" na "Riot Act" jest pewnie najbardziej eksperymentalny.
Specyficzne brzmienie gitary w tym utworze zostało osiągnięte poprzez zastosowanie innego strojenia, a także... podłączeniu instrumentu do automatu perkusyjnego.


14. "The Fixer" (z albumu "Backspacer", 2009)

Eddie wprowadził do tego numeru dużo aspektu pop - mówił Matt Cameron. Brendan [O'Brien] zachęcał go do dodania tak wielu harmonii wokalnych, jak tylko zdoła, jak tylko będzie czuł się z nimi komfortowo. Myślę, że piosenka zyskała dzięki takiej popowej obróbce.
Riff utworu wyszedł od Matta, później próbowaliśmy wspólnie rożnych aranżacji - wyjaśniał Gossard. Ostateczna aranżacja wyszła od Eda. On zawsze ma największy wpływ na kształt utworów. Często wprowadza drastyczne zmiany - coś co początkowo było refrenem, może skończyć jako zwrotka. Ed pracuje nad wszystkimi naszymi piosenkami.
Utwór został wydany na singlu i osiągnął umiarkowany sukces (56. miejsce w Stanach, 93. w Wielkiej Brytanii).


15. "Just Breathe" (z albumu "Backspacer", 2009)


Piosenkę napisał Eddie - wyjaśniał Cameron. Kiedy uczyliśmy się tego kawałka, gdy próbowaliśmy go z całym zespołem, wychodził nam odrobinę w stylu country. Eddie dysponuje wspaniałym barytonem, jest niezły w niskich rejestrach, które często słychać u najlepszych piosenkarzy country. Zamierzaliśmy go tak ugryźć, ale Brendan postanowił zarejestrować najpierw śpiew i gitarę. Myślę, że już wtedy wymyślił aranżację smyków i dęciaków. Gdy dołożył te partie, od razu zabrzmiało to świetnie.
"Just Breathe" trafił na singiel (razem z "Got Some" w równoważnej roli), ale nie odniósł większego sukcesu (78. miejsce w USA, w UK nienotowany).


5 października 2013

[Recenzja] Budgie - "If I Were Brittania I'd Waive the Rules" (1976)



"If I Were Brittania I'd Waive the Rules" to dowód rozwoju zespołu... niekoniecznie jednak we właściwym kierunku. Zespół eksperymentuje tutaj z różnymi gatunkami, przez co longplay jest całkiem pozbawiony spójności. Od stereotypowego, ale zagranego od niechcenia, boogie ("Anne Neggen"), przez funk (utwór tytułowy), pop ("You're Opening Doors", "Heaven Knows Our Name"), rhythm and blues ("Quacktor and Bureaucats"), komercyjną odmianę rocka ("Sky High Percentage"), po rock progresywny ("Black Velvet Stallion"). Ten ostatni akurat jakoś się broni, dzięki ostrzejszemu brzmieniu gitar - chociaż rewelacji nie ma, na poprzednich płytach Budgie byłby najwyżej wypełniaczem. Wyjątkowo słabo, we wszystkich utworach, wypadają solówki Tony'ego Bourge'a - po tym co pokazywał w starszych kawałkach, jego tutejsze "popisy" są po prostu żenujące (zwłaszcza w "Heaven Knows Our Name", gdzie nieudolnie próbuje podrabiać styl gitarzystów Wishbone Ash). Zmiany dotknęły też warstwy wokalnej - Burke Shelley zaczął śpiewać niżej, co akurat wyszło na dobre. To jednak jedyny atut tego longplaya.

Ocena: 4/10



Budgie - "If I Were Brittania I'd Waive the Rules" (1976)

1. Anne Neggen; 2. If I Were Brittania I'd Waive the Rules; 3. You're Opening Doors; 4. Quacktor and Bureaucats; 5. Sky High Percentage; 6. Heaven Knows Our Name; 7. Black Velvet Stallion

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; Tony Bourge - gitara; Steve Williams - perkusja
Gościnnie: Richard Dunn - instr. klawiszowe
Producent: Budgie


4 października 2013

[Recenzja] Fate - "Sgt. Death" (1999)



Korzenie amerykańskiej grupy Fate sięgają 1963 roku, kiedy w stanie Maine powstała grupa The Electrons, zmieniająca później nazwy na The Nomads, The Id (pod tym szyldem wydali nawet jeden singiel), a ostatecznie na The Euphoria's Id (pod którą ukazał się kolejny singiel, a po latach, w 2003 roku, kompilacja zbierająca wszystkie nagrania grupy, zatytułowana "Mastering the Art of French Kissing"). W skład zespołu wchodzili: klawiszowiec Jay Snyder (właść. Sneider), perkusista Skip Smith, wokalista / gitarzysta Jimmy Drown, basista Terry Drown, oraz saksofonista David Wakefield. W 1967 roku Snyder i Smith postanowili założyć nowy zespół, który nazwali Fate. Składu dopełnili: wokalista Frank Youngblood, gitarzysta Steve Dore, oraz basista Art Webster.

Okładka wydania CD.
W 1968 roku, w Nowym Jorku, muzycy zarejestrowali swój jedyny materiał. Nagrania zostały rozesłane do rozgłośni radiowych i wkrótce grupa otrzymała propozycję wydania albumu od niewielkiej wytwórni Musicor. Została ona jednak odrzucona przez firmę produkcyjną Elephant 5, z którą zespół współpracował. Więcej ofert nie nadeszło, a rozczarowani muzycy postanowili pójść własnymi drogami i słuch o nich zaginął. Przynajmniej do 1999 roku, kiedy amerykańska wytwórnia Rockadelic wydała album zatytułowany "Sgt. Death" na limitowanym, czerwonym winylu. Zawierała ona wszystkie nagrania, jakich zespół dokonał podczas wspomnianej sesji. W Europie album ukazał się na płycie kompaktowej, nakładem niemieckiej wytwórni Shadoks. Tytuł i kolejność utworów była identyczna jak na płycie Rockadelic, za to zmieniona została okładka.

Od samego początku album "Sgt. Death" brzmi jak zaginione dzieło The Doors - brzmienie organów Jaya Snydera jest identyczne, jak u Raya Manzarka, a wokalista Frank Youngblood nie tylko śpiewa w stylu Jima Morrisona, ale i barwę głosu ma bardzo zbliżoną. Część utworów spokojnie mogłaby trafić na nagrany w tym samym czasie "Waiting for the Sun" (zwłaszcza "Simone"). Jedyna różnica polega na obecności gitary basowej (bardzo zresztą wyraźnej), a także na większej roli gitary - o ile Robby Krieger tylko w niektórych utworach The Doors pokazywał swoje umiejętności jako solista, tak Steve Dore robi to w prawie każdym kawałku (najzgrabniejsze solówki zagrał w chwytliwym "Sergeant Death" oraz w nieco posępnym, balladowym "Mannequin"). Czasem zdarza się też, że klawisze schodzą na dalszy plan ("Sexual Fantasy"). Z drugiej strony, jest tutaj też utwór, a raczej miniaturka, będąca właściwie solowym popisem klawiszowca ("Having a Cigarette"). Prawie żaden utwór nie schodzi poniżej pewnego poziomu (wyjątek stanowi smętny "I Need a Woman").

Nie można zapomnieć o tekstach - utwory powstawały w czasach wojny w Wietnamie, dlatego właśnie sprzeciw przeciw wojnie, strach i niepokój są dominującym tematem albumu. Brzmienie "Sgt. Death" trochę pozostawia do życzenia, ale żaden fan psychodelicznego rocka nie powinien być zawiedziony tym materiałem.

Ocena: 6/10



Fate - "Sgt. Death" (1999)

1. Sergeant Death; 2. Simone; 3. Sexual Fantasy; 4. Having a Cigarette; 5. I Need a Woman; 6. Hungry Lovin' Blues; 7. Mannequin; 8. Tribute to the Bo; 9. Smoke & Stone

Skład: Frank Youngblood - wokal; Jay Snyder - instr. klawiszowe; Steve Dore -gitara; Art Webster - bass; Skip Smith - perkusja
Producent: Fate