30 września 2013

[Recenzja] Budgie - "Never Turn Your Back on a Friend" (1973)



Kiedy muzycy Black Sabbath zrezygnowali z współpracy z Rodgerem Bainem i sami zaczęli produkować swoje płyty, rezultat był fatalny (vide kiepsko brzmiący "Vol. 4"). Zupełnie inaczej stało się w przypadku Budgie - ich trzeci album, a zarazem pierwszy samodzielnie wyprodukowany, "Never Turn Your Back on a Friend", już od pierwszych sekund okazuje się najlepiej brzmiącym longplayem w ich dotychczasowej karierze. Jednak to nie dlatego powszechnie uznawany jest za największe dzieło grupy. Przede wszystkim jest to zasługa wspaniałych kompozycji. Już otwierający całość, rozpędzony "Breadfan" powala zabójczymi riffami - nic dziwnego, że swoją wersję utworu nagrała później Metallica. Ich cover niewiele różni się od oryginału, tylko balladowe przejście w połowie kawałka jest zupełnie inne.

Świetnych riffów nie brak też w trochę wolniejszym, rozbudowanym "You're the Biggest Thing Since Powdered Milk", z długimi gitarowymi solówkami, a także z  charakterystycznym motywem na gitarze basowej (który musiał być jedną z inspiracji Steve'a Harrisa z Iron Maiden), pojawiającym się w drugiej połowie. Równie powalający jest "In the Grip of a Tyrefitter's Hand", o bardziej chwytliwej melodii, ale niepozbawiony instrumentalnych popisów. Najwspanialszym momentem longplaya jest jednak finałowy "Parents". Utwór trochę, z innej beczki, bo balladowy - ale jest to jedna z najwspanialszych ballad wszech czasów, z pięknymi, długimi solówkami. Dziwne, że nie przysporzyła grupie większej popularności.

Niestety, "Never Turn Your Back on a Friend" ma też słabsze momenty. Zaliczyć można do nich "Baby, Please Don't Go" - przeróbkę Big Joe Williamsa, zachowującą bluesowy klimat, ale nabierającą hard rockowego ciężaru. W sumie całkiem fajna wersja, ale bardziej pasowałaby na stronę B singla, niż na longplay. Zupełnie niepotrzebne są natomiast akustyczne przerywniki "You Know I'll Always Love You" i "Riding My Nightmare". Umieszczanie ich na płytach Budgie stało się tradycją, ale te przesłodzone kawałki zupełnie nie pasują do reszty - w zupełności wystarczyłby tutaj akustyczny fragment "Breadfan".

Ocena: 8/10



Budgie - "Never Turn Your Back on a Friend" (1973)

1. Breadfan; 2. Baby, Please Don't Go; 3. You Know I'll Always Love You; 4. You're the Biggest Thing Since Powdered Milk; 5. In the Grip of a Tyrefitter's Hand; 6. Riding My Nightmare; 7. Parents

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; Tony Bourge - gitara; Ray Phillips - perkusja
Producent: Budgie


28 września 2013

[Recenzja] King Crimson - "A Young Person's Guide to King Crimson" (1975)



W przypadku takich zespołów jak King Crimson kompilacje zdają się nie mieć żadnego sensu. Grupa nigdy nie zabiegała o sukces komercyjny, single były tylko formalnością i większość z nich przeszła zupełnie bez echa (wyjątkiem był "The Court of the Crimson King", który ledwo zaznaczył swoją obecność na liście Billboardu), zaś jej albumy tworzą spójną całość, przeważnie utrzymującą bardzo równy poziom. W latach 1969-74 zespół wydał siedem albumów, będących absolutną i niekwestionowaną klasyką rocka progresywnego. Podsumowanie tak owocnego okresu ledwie dwupłytową składanką wydaje się kompletnym nieporozumieniem.

Sens wydania "A Young Person's Guide to King Crimson" tłumaczy jednak jego tytuł. Nawiązuje on do amerykańskiej serii telewizyjnej "Young Person's Guide to the Orchestra" z lat 60., której celem było zainteresowanie młodzieży muzyką klasyczną. Kompilacja jest zatem - przynajmniej w zamyśle - wprowadzeniem do muzyki King Crimson dla osób, które nie miały z nią wcześniej do czynienia. Wybrano piętnaście utworów, pokazujących różne oblicza grupy. Każdy wydany do tamtej pory album, z wyjątkiem "Lizard", ma tutaj swoją reprezentację. Obok utworów stanowiących "esencję" King Crimson (vide "Epitaph", "Red", "Starless" lub "The Court of the Crimson King"), znalazły się tu także mnie oczywiste utwory (jak np. "Cadence and Cascade", "Ladies of the Road" czy "Trio"). Z drugiej strony, kilku utworów ewidentnie brakuje. Zaskakuje zwłaszcza pominięcie "21st Century Schizoid Man" i "Larks' Tongues in Aspic (Part Two)", należących do najbardziej znanych kompozycji grupy, obowiązkowo wykonywanych przez zespół na każdym koncercie (oba znalazły się jednak na wydanej w tym samym roku koncertówce "USA", będącej swego rodzaju dopełnieniem "A Young Person's..." - oba wydawnictwa zawierają zupełnie inne utwory).

Kompilacja zawiera ponadto kilka unikalnych nagrań. Część z nich to po prostu skrócone wersje utworów znanych z regularnych albumów (singlowa wersja "Cat Food", oraz fragmenty "Cadence and Cascade", "Larks' Tongues in Aspic (Part One)" i "Moonchild"). Nic ciekawego, lepiej posłuchać pełnych wersji. O wiele większą wartość przedstawia "Groon" - instrumentalny, lekko jazzujący kawałek, wcześniej dostępny wyłącznie na stronie B singla "Cat Food". Największą niespodzianką jest natomiast "I Talk to the Wind". To zupełnie inne nagranie, niż na albumie "In the Court of the Crimson King". Tutejsza wersja została zarejestrowana wcześniej, w lipcu 1968 roku, przez "embrionalną" formę King Crimson, czyli grupę Giles, Giles and Fripp. W warstwie instrumentalnej jest nieco bardziej dynamiczna, większą rolę odgrywa gitara, lecz - podobnie jak w wersji ostatecznej - pierwszoplanową rolę odgrywa partia fletu w wykonaniu Iana McDonalda. Zupełnie inna jest natomiast warstwa wokalna, przede wszystkim dlatego, że zamiast Grega Lake'a (który dołączył do grupy później) śpiewa tutaj niejaka Judy Dyble (oryginalna wokalistka folkrockowego Fairport Convention), z inną linią melodyczną. Nie ma co ukrywać - późniejsza wersja jest znacznie lepsza, dojrzalsza, ciekawiej i staranniej zaaranżowana. Jednak to demo jest naprawdę interesującą ciekawostką.

"A Young Person's Guide to King Crimson" kompletnie nie sprawdza się jako "zwykła" składanka - wybór utworów wydaje się dość przypadkowy i kompletnie niesatysfakcjonujący. Czy nadaje się jako wprowadzenie do twórczości King Crimson? Tak, ale tę rolę równie dobrze - jeśli nie lepiej - mogą pełnić albumy "In the Court of the Crimson King" i "Red". W końcu pierwszych siedem longplayów grupy i tak trzeba znać, a im prędzej, tym lepiej. Kompilacja jest natomiast świetnym kąskiem dla wszystkich kolekcjonerów i fanów, którzy muszą mieć wszystkie nagrania zespołu. I tylko dla nich ma ona prawdziwą wartość. Oczywiście, zawarta tutaj muzyka prezentuje bardzo wysoki poziom, więc ostateczna ocena nie może być niska. Byłaby jeszcze wyższa, gdyby zespół nie nagrał tylu genialnych kompozycji, że tylko dla części z nich starczyło tu miejsca.

Ocena: 8/10



King Crimson - "A Young Person's Guide to King Crimson" (1975)

LP1: 1. Epitaph; 2. Cadence and Cascade; 3. Ladies of the Road; 4. I Talk to the Wind; 5. Red; 6. Starless
LP2: 1. The Night Watch; 2. Book of Saturday; 3. Peace: A Theme; 4. Cat Food; 5. Groon; 6. Coda from Larks' Tongues in Aspic (Part One); 7. Moonchild; 8. Trio; 9. The Court of the Crimson King

Skład: Robert Fripp - gitara, melotron, czelesta (LP1: 2), fisharmonia (LP2: 1); Greg Lake - wokal (LP1: 1, LP2: 4,7,9), bass (LP1: 1, LP2; 7,9); Ian McDonald - instr. klawiszowe (LP1: 1, LP2: 7,9), saksofon (LP1: 1,6), flet (LP1: 1,4, LP2: 9), gitara (LP1: 4), klarnet (LP1: 4); Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 1,2,4, LP2: 4,5,7,9); Gordon Haskell - wokal (LP1: 2); Mel Collins - flet (LP1: 2), saksofon (LP1: 3,6); Boz Burrell - wokal i bass (LP1: 3); Ian Wallace - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 3); John Wetton - bass (LP1; 5,6, LP2: 1,2,6,8), wokal (LP1: 6, LP2: 1,2); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne (LP1; 5,6, LP2: 1,8); David Cross - skrzypce (LP2: 1,2,6,8); Jamie Muir - instr. perkusyjne (6)
Gościnnie: Peter Giles - bass (LP1: 2,4, LP2: 4,5); Keith Tippett - pianino (LP1: 2, LP2: 4); Judy Dyble - wokal (LP1: 4)
Producent: King Crimson


27 września 2013

[Recenzja] Budgie - "Squawk" (1972)



"Squawk" to bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego "Budgie" - aczkolwiek zdecydowanie mniej udana. Razi zwłaszcza złe ułożenie utworów. Po niespełna dziewięciu minutach rockowego czadu (utwory "Whiskey River" i "Rocking Man") następuje całkowita zmiana klimatu, na nudnawe, akustycznie granie ("Rolling Home Again", "Make Me Happy"). O wiele za szybko na takie uspokojenie. Do mocniejszych brzmień grupa wraca w "Hot as a Docker's Armpit" - to akurat jeden z ciekawszych fragmentów longplaya, zwłaszcza za sprawą nagłego przełamania w połowie, po którym następuje świetna część instrumentalna, z długimi solówkami Burke'a Shelleya i popisową grą sekcji rytmicznej. Poziom utrzymuje ciężki, riffowy "Drugstore Woman". Zupełnie niepotrzebna jest natomiast instrumentalna miniaturka "Bottled". Następująca po niej ballada "Young is a World" jest trochę zbyt stereotypowa. Największe rozczarowanie przynosi jednak "Stranded" - po świetnym wstępie wchodzi okropna, zbyt wysoka partia wokalna. Zresztą to właśnie wokal Shelleya (zbliżony do Geddy'ego Lee z Rush) jest najsłabszym ogniwem twórczości Budgie - może z tego powodu grupa nie zdobyła większej popularności.

Ocena: 6/10



Budgie - "Squawk" (1972)

1. Whiskey River; 2. Rocking Man; 3. Rolling Home Again; 4. Make Me Happy; 5. Hot as a Docker's Armpit; 6. Drugstore Woman; 7. Bottled; 8. Young is a World; 9. Stranded

Skład: Burke Shelley - wokal, bass i instr. klawiszowe; Tony Bourge - gitara; Ray Phillips - perkusja
Producent: Rodger Bain


26 września 2013

[Recenzja] Budgie - "Budgie" (1971)



Zespołu Budgie nie muszę chyba przedstawiać. To właśnie w Polsce ta walijska grupa zawsze cieszyła się największą popularnością, osiągając tutaj status równie kultowego zespołu, co np. Led Zeppelin lub Deep Purple. Złośliwi twierdzą nawet, że trasy koncertowe Budgie to w 3/4 występy w kraju nad Wisłą. I coś w tym jest, bo na zachodzie zespół nigdy nie cieszył się szczególną popularnością, co poniekąd mogło być spowodowane podobieństwem - podkreślanym przede wszystkim przez krytyków muzycznych - do innych brytyjskich grup, jak Black Sabbath czy Led Zeppelin. Nie zmienia to faktu, że zespół odegrał sporą rolę w rozwoju muzyki hard rockowej (i jej przeobrażeniu w heavy metal), także poprzez inspirowanie kolejnych pokoleń muzyków, w tym członków takich grup, jak Iron Maiden (którzy nagrali swoją wersję "I Can't See My Feelings") i Metallica (którzy nagrali covery "Crash Course in Brain Surgery" i "Breadfan").

O tym, czego można spodziewać się po debiutanckim albumie Budgie, sporo mówi już nazwisko producenta - Rodger Bain to facet, który produkował trzy pierwsze longplaye Black Sabbath. Tempa utworów i budowa riffów są ewidentnym dowodem na inspirację grupą z Birmingham, a i pod względem ciężkości brzmienia Walijczycy niewiele ustępują tutaj Anglikom (vide "Guts", "All Night Petrol", "Nude Disintegrating Parachutist Woman" i "Homicidal Suicidal" - dwa ostatnie są jednak zdecydowanie bardziej złożone od ówczesnej twórczości Black Sabbath). Jednym z najbardziej zapadających w pamięć utworów jest "Rape of the Locks", z chwytliwą linią wokalną, ale także z długą częścią instrumentalną. Album pokazuje także inne oblicze grupy - znacznie bardziej delikatne, balladowe (akustyczne miniaturki "Everything in My Heart" i "You and I", początek "The Author"). Amerykańskie wydanie albumu dodatkowo zawiera singlowy "Crash Course in Brain Surgery" - rozpędzony utwór, przypominający nieco sabbathowy "Paranoid". Lepiej brzmiąca wersja tego kawałka została później nagrana na czwarty album grupy, "In for the Kill!", więc spokojnie można nabyć wydanie debiutu bez tego bonusu.

Tym, co najbardziej odróżnia Budgie od innych hardrockowych grup z tamtego okresu, jest wysoki głos Burke'a Shelleya. Na późniejszych albumach bywa irytujący, ale tutaj świetnie uzupełnia się z warstwą muzyczną, w której fantastycznie uwypuklono gitarę basową, której niskie dźwięki równoważą wysokie rejestry partii wokalnych. Ogólnie ciężko tutaj do czegokolwiek się przyczepić. Może trochę niepotrzebne są te akustyczne miniaturki, które można było jakoś ciekawie rozwinąć w "normalne" utwory. Ale z drugiej strony, dzięki nim album jest bardziej różnorodny. Zresztą muzycy uczynili z tych miniaturek swój znak rozpoznawczy i umieszczali podobne także na większości późniejszych longplayów. Ciężko więc uznać to za wadę. Podsumowując, "Budgie" to bardzo udany debiut, na którym muzycy zaprezentowali nie tylko talent do tworzenia świetnych hardrockowych czadów, ale także wszechstronność rzadką spotykaną u tego typu grup na początkowym etapie kariery.

Ocena: 9/10



Bugdie - "Budgie" (1971)

1. Guts; 2. Everything in My Heart; 3. The Author; 4. Nude Disintegrating Parachutist Woman; 5. Rape of the Locks; 6. All Night Petrol; 7. You and I; 8. Homicidal Suicidal

Skład: Burke Shelley - wokal, bass i melotron; Tony Bourge - gitara; Ray Phillips - perkusja
Producent: Rodger Bain


25 września 2013

[Recenzja] Stone Temple Pilots - "Stone Temple Pilots" (2010)



Album "Shangri-La Dee Da" okazał się komercyjną porażką, stosunki pomiędzy członkami grupy stawały się coraz gorsze - zawieszenie działalności wydawało się najlepszym rozwiązaniem. Muzycy w tym czasie jednak nie próżnowali. Scott Weiland dołączył do Velvet Revolver - supergrupy powołanej do życia przez byłych muzyków Guns N' Roses - z którą nagrał dwa dobrze przyjęte albumy, "Contraband" (2004) i "Libertad" (2007). Bracia DeLeo nie chcieli być gorsi i wraz z Richardem Patrickiem z industrialnego Filter założyli inną supergrupę, Army of Anyone. Rozstanie Weilanda z Velvet Revolver, a także słaba sprzedaż albumu "Army of Anyone" (2006) przyczyniły się do reaktywacji Stone Temple Pilots. 

Mimo dziewięcioletniej przerwy, oraz doświadczenia zdobytego w innych grupach, muzycy STP po raz kolejny nagrali bardzo nierówny materiał - pod względem jakości, bo stylistycznie jest tym razem wyjątkowo spójnie. Po dwóch całkiem niezłych, chwytliwych kawałkach na otwarcie ("Between the Lines", "Take a Load Off") album staje się nudny i monotonny. Większość kawałków jest do siebie bardzo podobna, ciężko je od siebie odróżnić. Jak już, to często wyróżniają się na minus. Irytują albo tandetnymi, popowymi melodiami ("Hickory Dichotomy", "Bagman", a zwłaszcza okropny "Cinnamon"), albo zmarnowaniem dobrego pomysłu (oparty na wyrazistym riffie "Hazy Daze", z rozlazłą partią wokalną). Dopiero pod koniec album jest trochę bardziej urozmaicony - "First Kiss on Mars" nawiązuje do twórczości Davida Bowie, natomiast w "Maver" pojawiają się brzmienia akustyczne. 

Niepotrzebny powrót, niepotrzebny album - po prostu. Szkoda, że zespół, który zaczął karierę tak dobrym debiutem, jak "Core", nagrywał coraz gorsze albumy, by zniżyć się niemal do samego dna na "Stone Temple Pilots".

Ocena: 2/10



Stone Temple Pilots - "Stone Temple Pilots" (2010)

1. Between the Lines; 2. Take a Load Off; 3. Huckleberry Crumble; 4. Hickory Dichotomy; 5. Dare If You Dare; 6. Cinnamon; 7. Hazy Daze; 8. Bagman; 9. Peacoat; 10. Fast As I Can; 11. First Kiss on Mars; 12. Maver

Skład: Scott Weiland - wokal; Dean DeLeo - gitara; Robert DeLeo - bass; Eric Kretz - perkusja
Gościnnie: Bill Appleberry - instr. klawiszowe
Producent: Robert DeLeo i Dean DeLeo


24 września 2013

[Recenzja] Stone Temple Pilots - "Shangri-La Dee Da" (2001)



"Dumb Love" to zaskakująco mocne otwarcie, sugerujące, że zespół nie zamierza daleko odbiegać od kierunku wyznaczonego albumem "No. 4". Jednak po niespełna trzech minutach z głośników rozbrzmiewa już melodyjna, singlowa piosenka "Days of the Week", z cholernie chwytliwym refrenem i ciekawym zwolnieniem w połowie. Był to pierwszy kawałek Stone Temple Pilots jaki usłyszałem i do dziś jest jednym z moich ulubionych w repertuarze tej grupy, mimo jego bezwstydnie komercyjnego charakteru. Zupełnie nie przekonuje mnie natomiast "Coma", w którym ciężkie gitary zestawiono z dziwnymi dźwiękami nieznanego pochodzenia. Dalsza część płyty prezentuje komercyjne, banalne oblicze grupy - zarówno w wersji z prądem ("Hollywood Bitch", "Too Cool Queenie", "Regeneration"), bez prądu ("Wonderful", "Hello It's Late", "A Song for Sleeping"), lub łączącej granie akustyczne z elektrycznym ("Bi-Polar Bear"). Chyba przez pomyłkę umieszczony został pomiędzy nimi całkiem zgrabny "Black Again". Całości dopełnia przeciętny "Transmissions From a Lonely Room", z niezbyt ciekawym zastosowaniem sitaru, oraz rozwleczony "Long Way Home", będący nieudaną próbą stworzenia kolejnego wielkiego finału albumu.

Muzycy Stone Temple Pilots chcieli wydać "Shangri-La Dee Da" jako album dwupłytowy, ale sprzeciwił się temu wydawca. Cóż, nawet po ograniczeniu materiału do jednej płyty, zostało więcej słabych utworów, niż dobrych.

Ocena: 4/10



Stone Temple Pilots - "Shangri-La Dee Da" (2001)

1. Dumb Love; 2. Days of the Week; 3. Coma; 4. Hollywood Bitch; 5. Wonderful; 6. Black Again; 7. Hello It's Late; 8. Too Cool Queenie; 9. Regeneration; 10. Bi-Polar Bear; 11. Transmissions From a Lonely Room; 12. A Song for Sleeping; 13. Long Way Home

Skład: Scott Weiland - wokal, instr. klawiszowe (2,8,9); Dean DeLeo - gitara; Robert DeLeo - bass, gitara (4,5,7,12), instr. klawiszowe (5-7), sitar (11); Eric Kretz - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe (5), bandżo (10)
Gościnnie: Brendan O'Brien - instr. klawiszowe (2,6,7,10) i perkusyjne (2,4,8,11)
Producent: Brendan O'Brien


[Recenzja] Metallica - "Through the Never" (2013)



Nie rozumiem tego całego zamieszania wokół nadchodzącego filmu "Metallica: Through the Never" (kinowa premiera odbędzie się 27 września). Obraz ma być połączeniem rejestracji koncertu - a właściwie dwóch, z Edmonton i Vancouver, z sierpnia 2012 roku - z wątkiem fabularnym. Cóż w tym niezwykłego? Muzyczne filmy fabularne powstają już od lat 60., a audiowizualnych zapisów koncertów są już chyba miliony - licząc tylko te, które zostały oficjalnie opublikowane na DVD. Połączenie jednego z drugim nie wydaję się niczym rewolucyjnym, ani rewelacyjnym. Pomińmy jednak sam film i skupmy się na towarzyszącym mu soundtracku, będącym po prostu koncertówką, nagraną podczas dwóch wspomnianych występów.

Repertuar "Through the Never" to przekrój przez całą działalność zespołu, od debiutanckiego "Kill 'em All" ("Hit the Lights") do najnowszego w dyskografii "Death Magnetic" ("Cyanide"). Największy nacisk położony został oczywiście na albumy od "Ride the Lightning" do "Metallica", ale znalazły się tu także dwa utwory z "ReLoad" ("Fuel" i "The Memory Remains"). Niespodzianką są rzadziej wykonywane na żywo utwory "...And Justice for All" i "Orion". Dziwi natomiast brak kompozycji "Through the Never", dającej tytuł całemu wydawnictwo. Być może muzycy postanowili wziąć za wzór Led Zeppelin i ich zeszłoroczną koncertówkę "Celebration Day"... Jeżeli chodzi o wykonanie, to utwory są wierne studyjnym wersjom, nieco gorzej wypada warstwa wokalna (Hetfield z wiekiem śpiewa coraz gorzej, a dodatkowe skandowanie Roberta Trujillo - np. w "Creeping Death" - jest po prostu komiczne), za to instrumenty brzmią trochę ostrzej - to ostatnie zwłaszcza w przypadku najstarszych kawałków. Utworem, który najwięcej zyskał jest "The Memory Remain" - wokaliza ze środkowej części wypada znacznie lepiej w wykonaniu fanów, niż Marianne Faithfull. Poza tym bardzo ładnie wypadła spokojniejsza połowa "One", z nieco zmienionymi solowymi partiami Hammetta.

W sumie dobrze, że album ten się ukazał - Metallica nie ma w swojej dyskografii zbyt wielu koncertówek wydanych w formie fizycznej. Mimo wszystko, zespół raczej powinien w końcu zabrać się za nagranie nowego longplaya (od premiery "Death Magnetic" minęło już pięć lat), zamiast angażować się w tak niepotrzebne projekty, jak nagrany z Lou Reedem album "Lulu" czy właśnie film "Metallica: Through the Never".

Ocena: 7/10



Metallica - "Through the Never" (2013)

CD1: 1. The Ecstasy of Gold; 2. Creeping Death; 3. For Whom the Bell Tolls; 4. Fuel; 5. Ride the Lightning; 6. One; 7. The Memory Remains; 8. Wherever I May Roam; 9. Cyanide; 10. ...And Justice for All
CD2: 1. Master of Puppets; 2. Battery; 3. Nothing Else Matters; 4. Enter Sandman; 5. Hit the Lights; 6. Orion

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammett - gitara; Robert Trujillo - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Metallica


23 września 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory The Beatles - część I

To już dziesiąta część cyklu "Najważniejsze utwory..." - musiał być w niej zatem opisany wyjątkowy wykonawca. A czy może być bardziej wyjątkowy, niż najważniejsza grupa w historii muzyki? Problemem był jedynie wybór nagrań - Beatlesi byli jednym z najbardziej pionierskich i innowacyjnych zespołów, na poniższej liście mógłby być obecny praktycznie każdy utwór, jaki stworzyli... Szybko stało się jasne, że nie da się ograniczyć wyboru do 20 kawałków. Ostatecznie zdecydowałem się na 40, a także na podział artykułu na dwie części.
W części pierwszej znalazły się utwory z lat 1962-66. Wybór dość mocno pokrywa się z tracklistą kompilacji "1962-1966", znanej też jako "The Red Album". Różnice polegają na zmniejszeniu reprezentacji albumu "Rubber Soul" (z sześciu utworów do dwóch) oraz na braku utworów z longplaya "Revolver" (będą otwierać drugą część listy). Może to świadczyć o pójściu na łatwiznę, ale w rzeczywistości po prostu nie dało się pominąć którejkolwiek z tych kompozycji. To właśnie one w największym stopniu przyczyniły się do sukcesu grupy, a do dzisiaj stanowią inspirację dla wielu artystów.

The Beatles: John Lennon, Ringo Starr, Paul McCartney i George Harrison.

1. "Love Me Do" (z albumu "Please Please Me", 1963)

Pierwszy singiel zespołu, wydany 5 października 1962 roku, notowany na 17. miejscu brytyjskiej listy. W Stanach kawałek doszedł do miejsca 1., ale na małej płycie został tam wydany dopiero 27 kwietnia 1964, kiedy Beatlesi byli już ogromną gwiazdą. "Love Me Do" to jedna z najstarszych kompozycji zespołu. Jako autorzy podpisani są pod nią John Lennon i Paul McCartney - obaj muzycy zawarli umowę, że wszystkie swoje kawałki będą sygnować wspólnie, nawet jeśli tylko jeden z nich brał udział w komponowaniu. Po latach nie byli zgodni który z nich miał większy wkład w "Love Me Do". To piosenka Paula - mówił Lennon. Napisał ją jako nastolatek. Może coś mu pomogłem w środku, ale nie mógłbym przysiąc. Wiem, że miał te piosenkę już w Hamburgu, zanim jeszcze zaczęliśmy razem pisać. Z kolei McCartney twierdził: "Love Me Do" było całkowicie napisane przez nas dwóch. Może miałem pomysł i początek tej piosenki, ale reszta to fifty-fifty.
Początkowo, pierwszy singiel zespołu miał zawierać inny utwór - zaproponowany przez producenta George'a Martina "How Do You Do It?" z repertuaru grupy Gerry & the Pacemakers. George dał nam "How Do You Do It?" - opowiadał McCartney. Nienawidziliśmy jej, wróciliśmy do domu i rozsądnie ją zaaranżowaliśmy. My zaczęliśmy modę na grupy z własnym repertuarem. Gerry & the Pacemakers nagrał ją dokładnie tak jak nasze demo i miał swój pierwszy numer 1. Martin wyjaśniał: Byłem przekonany, że "How Do You Do It?" będzie hitem. Nie był to rodzynek kompozytorski ani najcudowniejsza piosenka, jaką w życiu słyszałem, ale uznałem, że ma swoje zalety, by się spodobać wielu ludziom. Dlatego ją nagraliśmy. John był w niej liderem. Nagrywali ją bez entuzjazmu, ale wyszło z tego dobre nagranie i byłem bliski wydania go jako ich pierwszego singla. W końcu zgodziłem się na "Love Me Do", zapewne jednak wydałbym "How Do You Do It?" [na następnym singlu] gdyby mnie nie zmusili do posłuchania innej wersji "Please Please Me". "How Do You Do It?" w wersji Beatlesów został wydany dopiero w 1995 roku, na kompilacji "Anthology 1".
Pierwsza wersja "Love Me Do" została zarejestrowana 6 czerwca 1962 roku, jeszcze z Petem Bestem za perkusją. Muzyk jednak nie zachwycił producenta nagrania, Rona Richardsa. Razem z Martinem zasugerowali grupie zmianę bębniarza. 4 września zespół ponownie zarejestrował nagranie, już z Ringo Starrem. Tym razem gra perkusisty nie spodobała się Martinowi, który w międzyczasie został producentem Beatlesów. Nakłonił muzyków do nagrania kolejnej wersji, z sesyjnym perkusistą Andym Whitem (Ringo gra w tej wersji na tamburynie). Na singlu wydana została wersja z Starrem (później trafiła także na kompilację "Past Masters", 1988), a na debiutancki album "Please Please Me" (i amerykański singiel) trafiła wersja z Whitem. Wersja z Bestem została opublikowana dopiero na "Anthology 1".


2. "Please Please Me" (z albumu "Please Please Me", 1963)

Drugi brytyjski singiel zespołu, wydany 11 stycznia 1963. Nie do końca wiadomo, jak wyglądały wyniki jego sprzedaży - według notowań magazynów New Musical Express i Melody Maker utwór przez dwa tygodnie utrzymywał się na 1. miejscu, jednak inny magazyn, Record Retailer, którego lista przerodziła się później w oficjalny UK Singles Chart, podawał pozycję 2. jako najwyższą. W Stanach utwór został wydany na singlu dopiero 25 lutego i doszedł zaledwie do 35. miejsca, jednak po wznowieniu w marcu '64 stał się kolejnym hitem grupy, dochodząc do 3. pozycji.
Muzycy początkowo wykonywali utwór wolniej, w stylistyce romantycznych przebojów Roya Orbisona. Szybsze tempo zasugerował producent: Zaśpiewaliśmy ją Martinowi, a on zapytał: "Czy możemy zmienić tempo?" - opowiadał McCartney. Odpowiedzieliśmy: "A co to takiego?". On an to: "odrobinę szybciej, pozwólcie, że spróbuję". I tak zrobił. Pomyśleliśmy sobie, że o to nam chodziło. Oczywiście trochę byliśmy zakłopotani tym, że on wiedział jak lepiej wykonywać tą piosenkę.
Mieliśmy już swój przebój w TOP30 i naprawdę wierzyliśmy, że jesteśmy już na szczycie - mówił Lennon. Następny był "Please Please Me" i bum! Staraliśmy się zrobić przebój najbardziej przypominający poprzedni, jak najprostszym sposobem. Materiał muzyczny napisaliśmy dużo wcześniej. "Please Please Me" to całkowicie moja piosenka. Napisałem ją w łóżku w moim domu na Menlove Avenue, u ciotki. Pamiętam ten dzień, siebie w łóżku, słuchałem wtedy Roya Orbisona w "Only the Lonely" lub czymś podobnym. Tak ona powstała. Zawsze też intrygował tekst w piosence Binga Crosby'ego: "Please, let me your little ears to my plears". Intrygowało mnie też zawsze podwójne znaczenie słowa "please". I tak powstała kombinacja Binga Crosby'ego i Roya Orbisona.


3. "From Me to You" (niealbumowy singiel, 1963)


O ile w przypadku "Please Please Me" nie wiadomo czy jego sprzedaż wystarczyła na 1. miejsce w brytyjskim notowaniu, tak w przypadku trzeciego singla grupy, "From Me to You", jest to stuprocentowo pewne. Sukces nie został powtórzony w Stanach - 116. pozycja jest na tamtejszej liście była najniższą w historii zespołu.
Utwór został napisany przez Lennona i McCartneya pod koniec lutego 1963 roku, już po zarejestrowaniu albumu "Please Please Me" (które zajęło raptem 10 godzin), w autobusie. W nocy, w której napisaliśmy z Paulem "From Me to You", byliśmy na tournée z Helen Shapiro, jechaliśmy z York do Shrewsbury - opowiadał Lennon. Nie braliśmy tego wszystkiego wtedy na serio, wygłupialiśmy się na gitarach, aż do chwili, gdy złapaliśmy dobrą melodię i zaczęliśmy już pracować na poważnie. Zanim podróż się skończyła, mieliśmy już gotowy tekst, wszystko. Pomysł przyszedł z NME, który czytaliśmy by się zorientować jak nam idzie na listach. Ściślej rzecz biorąc, tytuł został zainspirowany nazwą rubryki "From You to Us", z listami od czytelników.
Utwór został zarejestrowany 5 marca, razem z innym kawałkiem, "Thank You Girl". Napisaliśmy ten utwór z myślą, by był następnym singlem po "Please Please Me" - mówił Lennon. Ostatecznie jednak zadecydowano, aby na stronie A umieścić "From Me to You", a "Thank You Girl" był stroną B.


4. "She Loves You" (niealbumowy singiel, 1963)
5. "I Want to Hold Your Hand" (niealbumowy singiel, 1963)


"She Loves You" był czwartym brytyjskim, singlem grupy, który na dobre rozpętał tzw. "Beatlemanię". Kawałek nie tylko doszedł do 1. miejsca w brytyjskim notowaniu, ale był także najlepiej sprzedającym się tam singlem aż do 1977 roku (wówczas wyprzedził go "Mull of Kintyre", drugiej grupy McCartneya, Wings), a co więcej - najlepiej sprzedającym się singlem zespołu w całej karierze. Sukces został powtórzony w Stanach, gdzie "She Loves You" także dotarł do 1. miejsca notowania singli - aczkolwiek dopiero w marcu 1964 roku, tuż po sukcesie "I Want to Hold Your Hand" - kolejnego singla grupy, ale pierwszego, jaki zdobył szczyt amerykańskiego notowania. Także w Wielkiej Brytanii "I Want to Hold Your Hand" doszedł do 1. miejsca.
Podobnie jak poprzednie przeboje zespołu, także pod tymi dwoma podpisani są McCartney i Lennon. Napisaliśmy "She Loves You" wspólnie - mówił Paul. Jechaliśmy furgonetką do Newcastle, dokończyliśmy piosenkę w hotelu. Odpowiedź "yeah, yeah, yeah" drugiej osoby najpierw uznaliśmy za głupiutki pomysł, machnęliśmy na to ręką. Któregoś wieczoru u mnie paliliśmy cygara, coś tam oglądaliśmy w TV i dokończyliśmy piosenkę. Zagraliśmy ją mojemu ojcu. Po wysłuchaniu jej powiedział: "To miła piosenka, ale brak tam tego amerykańskiego slangu. Nie możecie zaśpiewać: 'she loves you, yeah, yeah, yeah'?". Taki był mój tata... On nas przekonał do wstawienia do tekstu "yeah, yeah, yeah".
Z kolei na temat powstania "I Want to Hold Your Hand" wypowiedział się John: Napisaliśmy większą cześć piosenki razem, bezpośrednio w swojej obecności, ramię przy ramieniu. Byliśmy w mieszkaniu Jane Asher, na dole w piwnicy graliśmy równocześnie na pianinie. Mieliśmy już "Oh you-u-u... got that something". Paul uderzył w jakiś akord i ja szybko się do niego odwróciłem i powiedziałem: "To jest to - powtórz to". Tamtymi czasy zwykle tak pisaliśmy, jeden przy drugim.
Sukces obu utworów sprawił, że przedstawiciele niemieckiego oddziału EMI namówili George'a Martina i menadżera zespołu, Briana Epsteina, aby Beatlesi nagrali je w wersjach niemieckojęzycznych, dzięki czemu odniosą jeszcze większy sukces w tamtym kraju. Teksty zostały przetłumaczone przez Camillo Felgen - luksemburskiego piosenkarza, tekściarza i prezentera - pod pseudonimem Jean Nicolas (który zresztą wziął od swojego drugiego i trzeciego imienia). Singiel z utworami "Komm, gib mir deine Hand" i "Sie liebt dich" ukazał się w Niemczech 5 marca 1964 roku i rzeczywiście okazał się sukcesem, dochodząc do 1. miejsca tamtejszego notowania (aczkolwiek oryginalna wersja "I Want to Hold Your Hand" również dotarła tak wysoko). "Sie liebt dich" został później wydany na singlu także w Stanach, z utworem "I'll Get You" na stronie B (czyli tak samo jak oryginalna wersja "She Loves You").


6. "All My Loving" (z albumu "With the Beatles", 1963)


Najbardziej znany utwór z drugiego longplaya zespołu, chociaż nie wydany na singlu ani w Wielkiej Brytanii, ani w Stanach - na małej płycie ukazał się jednak w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie i Australii, gdzie doszedł do 1. miejsca notowań. W ojczyźnie muzyków utwór także stał się przebojem, dzięki częstym emisjom radiowym, mimo braku oficjalnej małej płyty. Przyczyniło się to do wydania czteroutworowej EPki, zatytułowanej właśnie "All My Loving" (zawierającej także utwory "Ask Me Why", "Money (That's What I Want)" oraz "P.S. I Love You").
Wyłącznym kompozytorem utworu jest Paul McCartney. To pierwsza piosenka, do której najpierw napisałem tekst - mówił autor. Nigdy nie pisałem słów, dopóki nie miałem akompaniamentu. Na początku to było lekkie country. Graliśmy w Moss Empire, przyjechaliśmy na koncert i pamiętam, że za sceną stało pianino. Nie miałem wtedy ze sobą gitary, była pewnie u naszego road-managera. Pamiętam, jak zacząłem wygrywać tony melodii właśnie na tamtym pianinie. To była dobra koncertowa piosenka, na żywo się świetnie sprawdzała.


7. "Can't Buy Me Love" (z albumu "A Hard Day's Night", 1964)


Pierwszy singiel promujący filmowy album "A Hard Day's Night", wyjątkowo wydany w Stanach wcześniej, niż w Wielkiej Brytanii (16 marca 1964, brytyjska premiera miała miejsce 20 marca). Po obu stronach Atlantyku "Can't Buy Me Love" dotarł do 1. miejsca notowań. Utwór został tradycyjnie podpisany przez obu liderów, jednak w wywiadzie przeprowadzonym w 1980 roku, John Lennon stwierdził: To całkowicie piosenka Paula. Może miałem coś wspólnego z refrenem, nie pamiętam, zawsze uważałem, że to piosenka Paula.
"Can't Buy Me Love" była moja próbą napisania bluesa - mówił McCartney. Pomyślałem o tym, by opisać to wszystko, że dobra materialne są ok, ale nie zawsze możesz kupić to, co chcesz. Ella Fitzgerald nagrała później swoją wersję piosenki i byłem tym bardzo zaszczycony. Kompozytor odniósł się także do jednej z interpretacji tekstu: Osobiście uważam, że każdy może interpretować cokolwiek jak chce, ale jeśli ktoś sugeruje mi, że "Can't Buy Me Love" jest o prostytutce to myślę, że lekko przegina.


8. "A Hard Day's Night" (z albumu "A Hard Day's Night", 1964)


Drugi singiel z trzeciego longplaya zespołu, kolejny numer 1. po obu stronach Atlantyku. Autorem utworu jest John Lennon, jednak tytuł wziął od jednego z słynnych przejęzyczeń Ringo Starra, do którego doszło jeszcze przed nagraniem pierwszego albumu, w czasach, gdy zespół występował w hamburskim klubie. Pracowaliśmy całymi dniami, a czasem zdarzało się, że i nocami - mówił perkusista. Któregoś razu, myśląc sobie o tym jaki to był dzień, powiedziałem: "It's been a hard day...", rozejrzałem się w tym momencie i spostrzegłem, że już jest ciemno, więc dodałem: "...'s night". I tak doszliśmy do "A hard day's night".
Utwór powstał specjalnie na potrzeby tak samo zatytułowanego filmu, w reżyserii Richarda Lestera. John powiedział: "Napiszę to" i wrócił następnego dnia z numerem - mówił McCartney. Myślę, że chyba nie miał całego tekstu więc mogłem mu w środku trochę pomóc. Coś takiego zajmowało nam wtedy około 20 minut. Lennon uzupełniał: Następnego dnia przyniosłem gotową piosenkę. Była wtedy taka mała rywalizacja między mną i Paulem, kto będzie miał stronę A, kto będzie miał hit.
Chociaż przeważnie w utworach Beatlesów śpiewał główny kompozytor, w tym jednak przypadku Lennon odstąpił mikrofon McCartneyowi: Jedynym powodem dlaczego Paul śpiewał w "A Hard Day's Night" było to, że nie mogłem wyciągnąć frazy "When I'm home" - tłumaczył Lennon. Chcieliśmy innego brzmienia, a jego głos dodał trochę innej harmonii.
Najbardziej charakterystycznym momentem utworu jest otwierający go akord. Wiedzieliśmy, że zarówno film, jak i longplay będą rozpoczynać się tą piosenką, więc chcieliśmy szczególnie silnego i efektownego wstępu. Ostra gitara na początek pasowała znakomicie - wyjaśniał Martin. Przez wiele lat nikomu nie udawało się rozgryźć, jak zagrać ten akord. Po latach okazało się, że powstał on dzięki nałożeniu na siebie dźwięków gitary George'a Harrisona i pianina, na którym zagrał producent. Sam pomysł na taki wstęp powstał zupełnie przez przypadek, kiedy John Lennon przed rozpoczęciem utworu uderzył w struny gitary.
Dzięki utworowi "A Hard Day's Night" grupa zdobyła po raz pierwszy nagrodę Grammy, w kategorii Best Performance Vocal Group.


9. "And I Love Her" (z albumu "A Hard Day's Night", 1964)


Utwór pokazujący łagodniejsze oblicze zespołu - jest to akustyczna ballada, napisana głównie przez Paula McCartneya. Nie jestem pewien, czy John w ogóle dotknął tej piosenki - mówił Paul. Możliwe, że pomógł w środku utworu, ale to na pewno nie jego piosenka. Sam ją napisałem. Jednak według Lennona utwór tuż po przyniesieniu go przez McCartneya był niekompletny i monotonny, więc George Martin zasugerował, aby liderzy dokończyli go wspólnie. Bardzo istotny był też wkład George'a Harrisona, który wymyślił charakterystyczny motyw przewodni, oraz ciekawą, choć krótką, solówkę w stylu flamenco. Łaskawie docenił to zazdrosny o utwór McCartney, mówiąc w jednym z wywiadów, że gra Harrisona oszałamiająco zmieniła utwór.
O samym utworze Paul powiedział, że to pierwsza ballada, którą sam sobie zaimponowałem, natomiast John po latach nazwał ją pierwszym "Yesterday" McCartneya, nawiązując do późniejszego hitu basisty.
"And I Love Her" został wydany na singlu, ale tylko w Stanach, gdzie osiągnął zaskakująco niską pozycję - wylądował na 12. miejscu. Stroną B singla była inna ballada, "If I Fell" Lennona.


10. "I Feel Fine" (niealbumowy singiel, 1964)


Utwór zapisał się w historii muzyki, jako ten, w którym po raz pierwszy pojawia się gitarowe sprzężenie zwrotne. Na pomysł umieszczenia go w utworze wpadł John Lennon, zafascynowany zgrzytem, który usłyszał, kiedy zapomniał wyłączyć gitary przed oparciem jej o wzmacniacz. Nagle usłyszeliśmy głośny hałas - opowiadał inżynier dźwięku Geoff Emerick. Pomyślałem, że przepalił się gdzieś kabel lub zepsuła się jakaś cześć sprzętu. Norman [Smith, drugi inżynier] zachichotał i powiedział: "Popatrz". Przycisnąłem nos do szyby i z zaskoczeniem zauważyłem klęczącego przed wzmacniaczem Johna Lennona z gitarą w ręku. Znaliśmy się na tym i wiedzieliśmy, że taki dźwięk powstanie, gdy zbliży się gitarę zbyt blisko wzmacniacza, ale John jako pierwszy zastosował to w sposób kontrolowany. Po latach Lennon mógł z uzasadnioną dumą powiedzieć: Niech mi ktoś znajdzie nagranie - chyba, że w starym bluesie z 1922 roku - gdzie zastosowano taki trick. Przed Hendrixem, The Who, przed kimkolwiek. Pierwszy raz zrobili to The Beatles.
Także reszta utworu została skomponowana samodzielne przez Lennona, który początkowo nie był zbyt przekonany do tego kawałka: Któregoś ranka powiedziałem do Ringo, że napisałem piosenkę, ale jest kiepska - mówił. Muzycy postanowili dokończyć jednak ten utwór - oparty na powtarzanym w kółko riffie - a końcowy efekt okazał się na tyle dobry, że postanowiono wydać "I Feel Fine" na stronie A singla, zamiast planowanego wcześniej "Eight Days a Week". Skończyło się kolejnym numerem 1. - po obu stronach Atlantyku.


11. "Eight Days a Week" (z albumu "Beatles for Sale", 1964)


Chociaż sami Beatlesi zrezygnowali z wydania tego utworu na singlu w swojej ojczyźnie, amerykański wydawca postanowił zrealizować ten pomysł, dzięki czemu grupa zyskała następny numer 1. na tamtejszej liście. Głównym autorem piosenki jest McCartney. Pamiętam, że pisałem ją w czasie pobytu u Johna w Weybridge - opowiadał basista. John przeprowadził się na przedmieścia Londynu. Zazwyczaj sam prowadziłem, ale tego dnia wiózł mnie szofer i zagadałem go jak leci. "Ciężko pracuję, osiem dni w tygodniu" - odparł. Nigdy nie słyszałem aby ktoś użył takiego zwrotu, więc kiedy zjawiłem się u Johna powiedziałem: "Hej, ten gościu powiedział: 'eight days a week'", a na to John: "Ok, oooh, i need you baby...". I napisaliśmy ją. Zawsze pisaliśmy bardzo szybko. Potrafiliśmy pisać na miejscu, w danej chwili gdy coś nas zainspirowało, jakieś zdarzenie, czyjeś wypowiedziane słowa, ktoś lub coś. Zawsze interesowały nas ciekawe tytuły piosenek. Jeśli nazwiesz piosenkę "Eight Days a Week" ludziom zawsze się spodoba taki tytuł.
Sam utwór nie podobał się jednak Lennonowi: "Eight Days a Week" to próba napisania piosenki do filmu  ["Help!"]. Szczęśliwie się złożyło, że bardzo szybko napisałem "Help!" i mieliśmy singiel. Ale "Eight Days a Week" nigdy nie była dobrą piosenką. Walczyliśmy z nią w czasie jej nagrania i przemienienia jej w piosenkę. To była piosenka Paula, ale zdaje się też nad nią pracowałem. Ale to i tak kiepski numer. Trudno jednak zgodzić się ze słowami muzyka, tym bardziej, że utwór pozostaje najbardziej znanym i lubionym fragmentem albumu "Beatles for Sale".
"Eight Days a Week" jest kolejnym przykładem innowacyjności zespołu - to pierwszy utwór w historii rozpoczynający się od narastającego dźwięku.


12. "Ticket to Ride" (z albumu "Help!", 1965)


Singiel zapowiadający drugi film z udziałem Beatlesów, a także tak samo zatytułowany album, będący w połowie ścieżką dźwiękowa obrazu. John Lennon uważa, że to głównie jego utwór, a Paul McCartney ograniczył się tylko do udzielania wskazówek Ringo. Basista jednak zaprzecza: Napisaliśmy melodię razem, John jest głównym wokalistą, a ja go uzupełniam. Często pisaliśmy razem, ale ponieważ on śpiewał główną partię wokalną, to wydaje się, że był także głównym kompozytorem. To dobry numer. Sądzę, że bardzo ciekawe było zakończenie, szalony koniec piosenki. Zamiast typowego zakończenia, zmieniliśmy całkowicie tempo. Wybraliśmy linijkę "my baby don't care", zmieniając całkowicie melodię. Całkowicie to wymyśliliśmy, zmienny rytm i melodia w ściszeniu piosenki - specjalnie dla tego efektu tak ją napisaliśmy. To było dość bezczelne, ale i radykalne jak na tamte czasy.
Według Lennona "Ticket to Ride" był jednym z pierwszych utworów hardrockowych: Po prostu jak na tamte czasy była dość mocna - mówił. Jeśli spojrzysz na to, co wtedy trafiało na listy przebojów, na to jak inną muzykę tworzyli inni, i posłuchasz go teraz, przekonasz się, że ten kawałek nadal nie brzmi najgorzej.
"Ticket to Ride" był pierwszym utworem zespołu trwającym powyżej trzech minut (nie licząc przeróbki "You Really Got a Hold on Me" The Miracles, z albumu "With the Beatles"), a także pierwszym, w którym McCartney zagrał solową partię gitary.
Chyba nie trzeba dodawać, że utwór był kolejnym wielkim przebojem, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach.


13. "Help!" (z albumu "Help!", 1965)


Kiedy ukazał się "Help!" ja naprawdę potrzebowałem pomocy - mówił Lennon. Wszyscy myślą, że to po prostu szybka, rock'n'rollowa piosenka. Ja sam pisząc ją nie zdawałem sobie z tego sprawy. Po prostu ją napisałem, bo była potrzebna do filmu.  Ale popatrzcie na mnie w filmie - gruby, niepewny siebie, kompletnie zagubiony.
Zastanawialiśmy się nad tytułem tego nowego filmu - opowiadał McCartney. I jakoś tak nagle pojawił się tytuł: "Help". Nie ja go wymyśliłem, może to był John albo Dick Lester [reżyser]. Przyznałbym Johnowi udział w powstaniu tej piosenki ok. 70%, ja pomogłem przy melodii.
Utwór został napisany jako ballada, ale w studiu Beatlesi postanowili zagrać go szybciej. Po latach Lennon żałował tej decyzji: "Help!" zrobiliśmy zbyt szybko, może kiedyś nagram jeszcze raz ją i "I Want to Hold Your Hand", bo wciąż lubię te piosenki. W tym miejscu można dodać, że w 1968 roku zespół Deep Purple nagrał swoją własną, wolną wersję utworu.
W notowaniach "Help!" radził sobie równie dobrze, co poprzednie single, 1. miejsce w Wielkiej Brytanii i Stanach stało się już tradycją. Singiel "Help!" sprzedał się dużo lepiej niż dwa poprzednie, "I Feel Fine" oraz "Ticket to Ride" - mówił Lennon. Ale była spora rzesza fanów, która nie lubiła "Help!". Narzekali, że The Beatles obniżają loty i ta piosenka nie jest tak dobra, jak "A Hard Day's Night". Nie wygrasz z tym. Nie zadowolisz każdego - jeśli spróbujesz, to skończysz gdzieś w połowie, nie zadowalając nikogo. Musisz tylko podjąć decyzję, co według ciebie jest najlepsze. Ludzie uważają nas za maszyny. Płacą trochę forsy za płytę i uważają, że jesteśmy jak szafa grająca - grająca tylko to, co oni lubią. Niespecjalnie mi się to podoba. Niektórzy ludzie nigdy nie będą zadowoleni.


14. "Yesterday" (z albumu "Help!", 1965)


Najsłynniejsza ballada Paula McCartneya. Prawdopodobnie "Yesterday" jest moją najlepszą piosenką - twierdzi kompozytor. Pamiętam, że myślałem, że ludzie lubią smutne melodie, że lubią się w samotności rozczulać. Napisałem więc pierwszą zwrotkę, a reszta słów się jakoś dopasowała, i tak zostało. To moja najbardziej udana piosenka, to też niesamowite, że przyszła do mnie we śnie. Poza basistą - który w tym kawałku wyjątkowo przerzucił się na gitarę akustyczną - nie gra żaden inny muzyk zespołu, towarzyszy mu tylko kwartet smyczkowy. Przyniosłem tą piosenkę do studia po raz pierwszy i zagrałem na gitarze - opowiadał Paul. Ringo zaraz stwierdził, że nie może tutaj dodać perkusji, bo to nie miałoby sensu. John i George dodali, że nie ma powodu, by dodawać tutaj gitarę. A George Martin zasugerował: "Spróbuj to nagrać sam i zobaczymy co z tego wyjdzie".
Pomysł z dodaniem smyków przyszedł później, sugestia wyszła od Martina. Wcześniej zespół próbował dodać organy Hammonda, na których grał Lennon - nie brzmiało to jednak za dobrze i taka wersja nigdy nie została zarejestrowana. Dzięki aranżacji zastosowanej w finalnej wersji, "Yesterday" okazał się kolejnym pionierskim nagraniem w historii muzyki rozrywkowej - zrywającym z afroamerykańskimi korzeniami, a zamiast tego czerpiącym z europejskiej muzyki klasycznej.
Utwór został tradycyjnie podpisany także nazwiskiem Lennona. Zebrałem sporo niezasłużonych pochwał za tę piosenkę - mówił John. To piosenka Paula, jego ukochane dziecko. Dobrze zrobiona. Piękna - i nigdy nie chciałem jej napisać.
Roboczy tytuł kawałka brzmiał podobno "Scrambled Eggs" ("jajecznica"), co rymowało się z wersem "Oh, my baby, how I love your legs", na szczęście nie użytym w wersji ostatecznej. Tytuł "Yesterday" początkowo wydawał się McCartneyowi zbyt banalny, jednak George Martin od razu go zaakceptował.
"Yesterday" to jeden z najczęściej granych w radiu i coverowanych utworów wszech czasów - pomimo, że nigdy nie był singlem w ojczyźnie muzyków. Oporów przed wydaniem go na małej płycie nie miał za to amerykański wydawca, a kawałek oczywiście zajął 1. miejsce na liście Billboardu.


15. "You've Got to Hide Your Love Away" (z albumu "Help!", 1965)

Jeden z najbardziej znanych niesinglowych utworów grupy. Stworzony całkowicie przez Johna Lennona, nawiązujący do folkrockowego stylu Boba Dylana. To w zasadzie John grający Dylana - podsumowywał utwór McCartney, a kompozytor wyjaśniał: To ja w moim okresie fascynacji Dylanem. Jestem jak kameleon, zmieniający się pod wpływem wszystkiego co się wokół dzieje. Jeśli Elvis potrafi tak robić, ja także. Jeśli potrafią to robić The Everly Brothers, to ja i Paul także to potrafimy. Tak samo Dylan.
W utworze gościnnie wystąpił Johnnie Scott grający na flecie altowym i tenorowym. Był to pierwszy utwór The Beatles z udziałem muzyka sesyjnego, od czasu "Love Me Do" z debiutanckiego albumu.


16. "We Can Work It Out" (niealbumowy singiel, 1965)
17. "Day Tripper" (niealbumowy singiel, 1965)


Oba utwory zostały wydane na jednym singlu - tzw. AA, co oznaczało, że obie strony są tak samo ważne. Był to pierwszy taki przypadek w dyskografii zespołu, a stało się tak tylko dlatego, że zespół nie mógł się zdecydować, który kawałek ma być bardziej promowany. Muzycy, zwłaszcza Lennon, stawiali na ostrzejszy "Day Tripper", jednak melodyjny "We Can Work It Out" wydawał się lepszym kandydatem na przebój. Daliśmy dwa tytuły dla EMI, ale w tym czasie chłopcy zdecydowali, że wolą "Day Tripper" na singla, chociaż obie strony są wyjątkowo dobre - mówił George Martin. Postanowiono, że nie będzie strony A i obie piosenki będą promowane jednakowo.
W Wielkiej Brytanii potraktowano singiel jako całość i oba utwory były notowane na pierwszym miejscu listy. Natomiast w Stanach każdy był notowany osobno - "Day Tripper" doszedł zaledwie do 5. miejsca, podczas gdy "We Can Work It Out" był szóstym pod rząd numerem 1. na tamtejszej liście, za który odpowiadali Beatlesi (poprzedzały go  "I Feel Fine", "Eight Days a Week", "Ticket to Ride", "Help!" i "Yesterday").
"We Can Work It Out" to wspólne dzieło McCartneya i Lennona - pierwszy odpowiada za optymistyczne zwrotki, natomiast drugi dodał pesymistyczne refreny. Paul pisał: "we can work it out, we can..." - prawdziwy optymizm, no i moje niecierpliwe: "life is very short..." - mówił John. Pomysł zastosowania nieparzystego metrum w lennonowskich fragmentach wyszedł od George'a Harrisona.
"Day Tripper" została napisana pod całkowitą presją spowodowaną potrzebą wydania singla - mówił Lennon. Napisałem ją na bazie starej folkowej piosenki miesiąc wcześniej. To piosenka narkotykowa. Nie miała jakiegoś szczególnego przekazu. McCartney uzupełnia: To efekt naszej współpracy, chociaż główną zasługę jej stworzenia przypisałbym Johnowi, ponieważ on ją śpiewał jako główny wokalista, ale obaj włożyliśmy w nią dużo pracy.
"Day Tripper" wszedł do koncertowego repertuaru grupy, podczas gdy "We Can Work It Out" nie został nigdy wykonany przez zespół na żywo.


18. "Norwegian Wood (This Bird Has Flown)" (z albumu "Rubber Soul", 1965)

"Norwegian Wood" to tylko moja piosenka - twierdził Lennon, ale McCartney temu zaprzecza: Przyjechałem do niego i on pokazał mi jej pierwszą zwrotkę, część, która oczywiście była genialna: "I once had a girl, or shoul I say, she once had me". To wszystko co miał. Bez tytułu, nic więcej. Powiedziałem: "Ok, tyle mamy" i zabraliśmy się za nią. On sam tylko tyle napisał.
Utwór zapisał się w historii muzyki rozrywkowej jako ten, w którym po raz pierwszy wykorzystany został sitar - instrument strunowy wywodzący się z Indii. Dodać trzeba, że pół roku przed ukazaniem się albumu "Rubber Soul" - a więc także utworu "Norwegian Wood" -  grupa The Yardbirs wydała singiel z utworem "Heart Full of Soul", który początkowo miał zawierać partię graną na sitarze, muzycy zdecydowali jednak zastąpić go gitarą). W utworze Beatlesów na sitarze zagrał George Harrison - muzyk zainteresował się tym instrumentem, kiedy zobaczył go na planie filmu "Help!". Podczas kręcenia '"Help!", w scenie w hinduskiej restauracji, byli indyjscy muzycy i trochę sobie wtedy z nimi pograłem - mówił gitarzysta. Pod koniec roku ciągle obijało mi się o uszy nazwisko Raviego Shankara. Kupiłem więc jego płytę i to było to - coś niesamowitego. Kiedy po raz pierwszy świadomie posłuchałem indyjskiej muzyki, miałem wrażenie, jakbym ją znał. Kupiłem więc sobie sitar. Mieliśmy już wówczas nagrany podkład do "Norwegian Wood", ale czegoś jeszcze brakowało. Wziąłem do reki sitar, który leżał obok mnie, i nie bardzo wiedziałem, co z nim zrobić. To było zupełnie spontaniczne.  Znalazłem odpowiednie dźwięki, pasowały do całości.
No właśnie - Harrison nie znał wówczas jeszcze tajników instrumentu, więc zagrał na nim jak na gitarze. Dopiero później udał się do Indii, gdzie pod okiem wspomnianego wirtuoza sitaru, Raviego Shankara, nauczył się grac na tym instrumencie. Później wykorzystał go w kilku swoich kompozycjach: beatlesowskich "Love You To", "Within You Without You" oraz "The Inner Light", a także wielu solowych utworach.


19. "In My Life" (z albumu "Rubber Soul", 1965)

W przypadku "In My Life" miałem kompletny tekst, dziennikarska wizja podróży, z rodzinnego domu w dół przedmieścia, autobusem, z nazwami każdego kolejnego miejsca - opowiadał Lennon. Przerodziło to się właśnie w ten utwór, w którym wspominam przyjaciół i kochanki z przeszłości. Muzycznie Paul pomógł mi w refrenie, ale reszta była moja, cały tekst, dopracowanie, uszczelnienie i wypuszczenie gotowej piosenki. Do tej pory wyrzucałem wszystko z siebie, by tego nie trzymać w sobie, by to szybko wydać na płycie. Tym razem także po raz pierwszy świadomie literacko umieściłem część siebie w tekście.
McCartney uważa, że jego wkład w powstanie utworu był znacznie większy: Przyjechałem do Johna, miał już bardzo ładnie zaczynający się wstęp. O ile pamiętam, nie miał jeszcze melodii. Powiedziałem, żeby pozwolił mi popracować nad tym. Zszedłem na dół, gdzie John miał melotron, usiadłem tam i próbowałem słowa wpasować w melodię, którą stworzyłem na bazie przeboju Smokey Robinsona i The Miracles. Pamiętam, że napisałem całą melodię, i uważam, że ona jest bardzo w moim stylu. Próbowałem trzymać melodię w trochę bluesowym nastroju, z małymi harmoniami. Johnowi się spodobała i zaczęliśmy pracować dalej, używając już gotowej melodii wpasowując w nią resztę wersów tekstu. Powstała świetna piosenka.
Istotną rolę w ostatecznym kształcie odegrał także George Martin. Był fragment w środku, w którym John nie mógł się na nic zdecydować - mówił producent. Gdy mieli przerwę na herbatę, zszedłem na dół i zagrałem barokowe solo na pianinie, którego John wcześniej nie słyszał. Najpierw chciałem to zagrać na organach Hammonda. To co chciałem zrobić było zbyt skomplikowane do zagrania na żywo, więc nagrałem to o połowę wolniej i o oktawę niżej, a następnie przyśpieszyłem. Brzmiało fantastycznie. Zdążyłem nagrać, zanim wrócili. Spodobało im i tak już zostało.
"In My Life" nie został wydany na singlu, ale mimo to stał się jednym z najpopularniejszych utworów zespołu, a także chyba najbardziej znanym fragmentem albumu "Rubber Soul".


20. "Paperback Writer" (niealbumowy singiel, 1966)


Kolejny po "Day Tripper" kawałek prezentujący ostrzejsze oblicze grupy. "Paperback Writer" to syn "Day Tripper", ale to piosenka Paula - przyznawał Lennon. Syn "Day Tripper" oznacza piosenkę rock and rollową, z głośnymi, liżącymi, lekko rozmytymi gitarami - dodawał. Na mocne brzmienie utworu wpływ miało przede wszystkim pionierskie podejście do nagrywania, polegające przede wszystkim na zmianie rozmieszczenia mikrofonów i wzmacniaczy. W "Paperback Writer" słychać po raz pierwszy cały bas - mówił Geoff Emerick. Na początku Paul grał swoją linię na Rickenbackerze. Następnie wzmocniliśmy go za pomocą głośników w mikrofonach. George Martin przyznawał: "Paperback Writer "miał cięższe brzmienie niż wcześniejsze utwory, a także świetny wokal. Myślę, że doszło do tego, że rytm był wówczas podstawą ich działalności.
Pod względem kompozytorskim utwór jest jednak bardzo prosty, oparty na jednym akordzie. Chcieliśmy z Johnem napisać piosenkę na jeden akord, jak np. "Long Tall Sally" - przyznawał McCartney. Utwór wyróżniał się także pod względem tekstowym - Paul napisał go po przeczytaniu artykułu o początkującym pisarzu. Zawsze staramy się robić coś innego - mówił basista. Lata temu ciotka Lil powiedziała do mnie: "Dlaczego zawsze piszecie piosenki o miłości, nie możecie napisać np. o koniu lub o szczycie konferencji lub czymkolwiek interesującym, ale innym?".
"Paperback Writer" był pierwszym singlem The Beatles od czasu "She Loves You", który nie zadebiutował na 1. miejscu brytyjskiego notowania - z czasem jednak i tak dotarł na szczyt listy. Równie wysoko notowany był w Stanach.

22 września 2013

[Recenzja] Stone Temple Pilots - "№ 4" (1999)



Po wydaniu "Tiny Music..." Scott Weiland pogrążył się w narkotykowym nałogu, co spowodowało chwilowe zawieszenie działalności. Instrumentaliści grupy, wraz z wokalistą Davem Couttsem, powołali do życia nowy zespół, Talk Show. Ich jedyny, imienny album ukazał się w 1997 roku. Rok później Weiland zadebiutował solowym "12 Bar Blues". Oba albumy okazały się komercyjną klapą, dzięki czemu muzycy zeszli się ponownie i nagrali swój czwarty album, zatytułowany po prostu "No. 4". Być może ze względu na słabe przyjęcie poprzedniego longplaya, postanowili wrócić do cięższego grania, od którego zaczynali. Nie brak tutaj utworów, które powinny spodobać się wszystkim wielbicielom debiutanckiego "Core". Najlepsze przykłady to: riffowy "Down"; lekko psychodeliczny "Heaven & Hot Rods"; ciężki, ale z intrygującymi łagodniejszymi fragmentami, "No Way Out"; oraz garażowy "MC5". Mocne brzmienie nie zawsze jednak idzie w parze z dobrymi pomysłami na kompozycje, czego najlepszym, a właściwie najgorszym, przykładem jest "Sex & Violence" z irytującym refrenem; tuż za nim plasuje się nijaki "Pruno"".

Album ma też drugie oblicze, znacznie łagodniejsze. Takie kawałki, jak "Church on Tuesday", "Glide" czy "I Got You" nie są wcale odległe od banalnych, poprockowych pioseneczek z "Tiny Music...". Jednak dzięki takiemu podejściu grupa stworzyła swój największy przebój - "Sour Girl", będący jedynym utworem Stone Temple Pilots, jaki trafił do pierwszej setki listy Billboardu (był notowany na 78. miejscu). Sam kawałek nie wyróżnia się jednak niczym szczególnym - banalna piosenka, oparta na brzmieniach akustycznych, nawet bez zapadającej w pamięć melodii... Z tych spokojniejszych fragmentów albumu na większą uwagę zasługuje tylko finałowy "Atlanta" - może odrobinę przeprodukowany (instrumenty smyczkowe, marimba), ale udany pod względem melodycznym. Najciekawsza jest jednak warstwa wokalna - Scott Weiland brzmi tutaj niemal jak Jim Morrison! Nic dziwnego, że rok później instrumentaliści The Doors zaprosili m.in. właśnie jego na swój występ do programu VH1 Storytellers (Weiland zaśpiewał utwory "Break on Through" i "Five to One").

Ocena: 6/10



Stone Temple Pilots - "№ 4" (1999)

1. Down; 2. Heaven & Hot Rods; 3. Pruno; 4. Church on Tuesday; 5. Sour Girl; 6. No Way Out; 7. Sex & Violence; 8. Glide; 9. I Got You; 10. MC5; 11. Atlanta

Skład: Scott Weiland - wokal, organy (2); Dean DeLeo - gitara, bass (9); Robert DeLeo - bass, gitara (7,8,9), cytra (8); Eric Kretz - perkusja i instr. perkusyjne, pianino (9)
Gościnnie: Brendan O'Brien - instr. klawiszowe (4,8,9) i perkusyjne (4,5,7,9); Barrett Martin - marimba (11); Suzie Katayama, Larry Corbett - wiolonczela (11); Charlie Bisharat, Gerry Hilera, Peter Kent - skrzypce (11); Evan Wilson, Matt Funes - altówka (11)
Producent: Brendan O'Brien


21 września 2013

[Recenzja] Stone Temple Pilots - "Tiny Music... Songs from the Vatican Gift Shop" (1996)



Na swoim trzecim albumie muzycy Stone Temple Pilots całkiem odchodzą od grunge'owych korzeni. Cóż, nigdy nie była to grupa idąca pod prąd, a raczej płynąca z głównym nurtem muzycznego mainstreamu. Nie powinno więc dziwić bardzo radiowe - w negatywnym znaczeniu tego słowa - oblicze, jakie zaprezentowali na "Tiny Music". Spora część longplaya to mdłe, banalne piosenki, na pograniczu rocka i popu, często dodatkowo wkurzające wyjątkowo okropnym wokalem Weilanda ("Pop's Love Suicide", "Big Bang Baby", "Art School Girl"), chociaż zdarzają się też fragmenty na swój sposób urocze (trochę staroświeckie "Lady Picture Show" i "And So I Know"). Dobrze wypada ostrzejszy "Tumble in the Rough", w którym Weiland przypominał sobie o swoim sposobie śpiewania z poprzednich płyt. Ujdzie jeszcze chwytliwy "Trippin' on a Hole in a Paper Heart", chociaż tutaj znowu nie jest najlepiej pod względem wokalnym. Najciekawszym momentem longplaya jest natomiast balladowy "Adhesive", oparty na brzmieniach akustycznych, pięknie wzbogacony dźwiękami trąbki. Zupełnie nie przypomina to żadnego innego utworu STP, ale jest po prostu świetne. Zawsze lubiłem też instrumentalne intro "Press Play", z fajną, monotonną partią gitary basowej. Jak całość, album jest jednak bardzo rozczarowujący.

Ocena: 6/10



Stone Temple Pilots - "Tiny Music... Songs from the Vatican Gift Shop" (1996)

1. Press Play; 2. Pop's Love Suicide; 3. Tumble in the Rough; 4. Big Bang Baby; 5. Lady Picture Show; 6. And So I Know; 7. Trippin' on a Hole in a Paper Heart; 8. Art School Girl; 9. Adhesive; 10. Ride the Cliché; 11. Daisy; 12. Seven Caged Tigers

Skład: Scott Weiland - wokal; Dean DeLeo - gitara, bass (1,4); Robert DeLeo - bass, gitara (1,6,11); Eric Kretz - perkusja i instr. perkusyjne, pianino (9)
Gościnnie: Brendan O'Brien - instr. klawiszowe (1,8), instr. perkusyjne (8,12); Dave Ferguson - trąbka (9)
Producent: Brendan O'Brien


20 września 2013

[Recenzja] King Crimson - "USA" (1975)



"USA" to pierwsza koncertówka King Crimson z prawdziwego zdarzenia (fatalnie brzmiący "Earthbound" należy traktować jako oficjalny bootleg). Nagrania zostały dokonane 28 czerwca 1974 roku w Asbury Park w stanie New Jersey, z wyjątkiem utworu "21st Century Schizoid Man", zarejestrowanego dwa dni później w Providence w stanie Rhode Island. Repertuar składa się głównie z nowszych utworów, zarejestrowanych przez występujący tutaj skład: trzy utwory pochodzą z "Larks' Tongues in Aspic" ("Larks' Tongues in Aspic (Part II)", "Exiles", "Easy Money"), jeden z "Starless and Bible Black" ("Lament"). Ich wykonania pozornie nie odbiegają daleko od studyjnych wersji, jednak improwizacyjne fragmenty utworów są inne, a brzmienie jest znacznie cięższe (szczególnie dotyczy to "Exiles").

Głównym powodem, dla którego warto poznać ten album, jest "Asbury Park" - siedmiominutowa improwizacja, z przesterowanym basem Johna Wettona w roli głównej, wspartym ostrymi partiami gitary Roberta Frippa, fantastyczną perkusją Billa Bruforda i schowanym w tle melotronem Davida Crossa. Brzmi to zaskakująco współcześnie, jak jakiś stoner rock, choć muzycy stonerrockowi nie mieliby tyle wyobraźni, żeby zagrać coś tak świetnego. Warto też zwrócić uwagę na pełniący rolę wstępu "Walk On...No Pussyfooting", czyli fragment ambientowego albumu Frippa i Briana Eno,  "(No Pussyfooting)". Ciekawa jest także tutejsza wersja "21st Century Schizoid Man", w której partie saksofonu zostały zastąpione skrzypcami. Z genialnym oryginałem nie ma co porównywać, zwłaszcza pod względem wokalnym tutaj jest słabiej, niemniej jednak interesująco jest posłuchać tej innej wersji.

Oryginalne wydanie albumu zostało poddane studyjnym dogrywkom - dodano partie skrzypiec i elektrycznego pianina Eddiego Jobsona. Ponadto część utworów została odrobinę skrócona, aby zmieścić wszystko na pojedynczej płycie winylowej. Dopiero wydanie z 2005 roku zawiera pełne wersje, zrezygnowano także z nakładek Jobsona. Zarówno to wydanie, jak i wszystkie inne po 2002 roku, zawiera dwa bonusowe utwory - "Fracture" i "Starless" - trwające w sumie prawie pół godziny.

"USA" nie jest może najlepszą koncertówką King Crimson, najlepiej pokazującą improwizacyjne umiejętności ówczesnego składu, niemniej jednak naprawdę warto się z nią zapoznać.

Ocena: 8/10



King Crimson - "USA" (1975)

1. Walk On...No Pussyfooting / Larks' Tongues in Aspic (Part II); 2. Lament; 3. Exiles; .4 Asbury Park; 5. Easy Money; 6. 21st Century Schizoid Man

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i melotron; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce, altówka i instr. klawiszowe
Gościnnie; Eddie Jobson - skrzypce (1,6), pianino elektryczne (2)
Producent; King Crimson


19 września 2013

[Recenzja] Stone Temple Pilots - "Purple" (1994)



"Purple" okazał się kolejnym wielkim sukcesem grupy - doszedł do 1. miejsca na amerykańskiej liście Billboardu, także w Wielkiej Brytanii był notowany wysoko, na 10. pozycji (dla porównania "Core" osiągnął odpowiednio 3. i 27. miejsce), przez wielu fanów i krytyków uznawany jest za szczytowe osiągnięcie Stone Temple Pilots. Grupa powoli odchodzi tu od cięższych brzmień zaproponowanych na debiucie, dochodzą inspiracje rockiem psychodelicznym ("Lounge Fly", fragmenty "Silvergun Superman") czy nawet country ("Pretty Penny") i muzyką ragtime'ową (fragmenty "Big Empty"). Całość jest na pewno bardziej wygładzona brzmieniowo od "Core", choć wciąż mieści się na półce z napisem "ciężki rock". Album rozpoczyna się naprawdę mocno, od fajnego riffu "Meatplow". Dobre wrażenie robią zwrotki, utrzymane w mrocznym, grunge'owym klimacie, ale chwytliwy i trochę rozlazły refren zupełnie tu nie pasuje. Na plus należy za to zaliczyć obecność solówki. Wydany na drugim singlu "Vasoline" niby też opiera się na dobrym riffie, ma bardziej udany, choć też chwytliwy, refren, ale kawałek jakoś nie powala.

Od "Longue Fly" rozpoczynają się eksperymenty: zabawy odwróconą taśmą, dużo akustycznej gitary, solówki grane techniką slide, uwypuklone brzmienie perkusji, niemal mówione partie wokalne we zwrotkach i autentycznie przebojowy refren. W sumie bardzo ciekawa rzecz. Singlowy przebój, "Interstate Love Song", ma już nieco zbyt komercyjny charakter. Ten sam zarzut można postawić mniej znanemu "Still Remains". Akustyczny "Pretty Penny" jest nieco mdły i nużący. Na szczęście tuż po nim umieszczono ciężki, stonerowy "Silvergun Superman", urozmaicony łagodniejszym refrenem, w którym przyjemnie pulsuje gitara basowa. Poziom utrzymuje "Big Empty" - jeden z największych przebojów grupy, wybrany na pierwszy singiel promujący "Purple". Trochę słabiej wypada rozpędzony, niemal punkowy "Unglued", ale złe wrażenie zaciera następujący po nim, melodyjny "Army Ants". Natomiast finałowy, długi "Kitchenware & Candybars" nie robi takiego wrażenia, jak zakończenie poprzedniego albumu, ale na pewno intryguje.

Na sam koniec albumu pojawia się muzyczny żart w postaci umieszczonego jako tzw. "ukryty utwór", kawałka utrzymanego w stylistyce lat 50, "My Second Album", w wykonaniu Richarda Petersona. Muzycy Stone Temple Pilots chcieli w ten sposób wyśmiać ideę umieszczania na płytach takich "ukrytych" utworów, przeważnie brzmiących zupełnie inaczej od właściwego stylu danego wykonawcy.

Ocena: 7/10



Stone Temple Pilots - "Purple" (1994)

1. Meatplow; 2. Vasoline; 3. Lounge Fly; 4. Interstate Love Song; 5. Still Remains; 6. Pretty Penny; 7. Silvergun Superman; 8. Big Empty; 9. Unglued; 10. Army Ants; 11. Kitchenware & Candybars

Skład: Scott Weiland - wokal, gitara (7); Dean DeLeo - gitara; Robert DeLeo - bass, gitara (2,3,6,7,11); Eric Kretz - perkusja i instr. perkusyjne
Goscinnie: Brendan O'Brien - instr. perkusyjne (1,4,7,10,11), melotron (10), gitara (11); Paul Leary - gitara (3)
Producent: Brendan O'Brien


18 września 2013

[Recenzja] Stone Temple Pilots - "Core" (1992)



Dla jednych Stone Temple Pilots to jeden z najlepszych zespołów grunge'owych, dla innych - tylko imitatorzy starszych grup z tego nurtu. Prawda leży gdzieś pośrodku. Fakt, że na ich debiutanckim albumie "Core", wydanym dopiero po sześciu latach działalności, nie brak nawiązań do Pearl Jam ("Plush", momentami brzmiący jak plagiat "Alive") czy Nirvany ("Creep" i refreny "Sex Type Thing" śpiewane w stylu Cobaina). Nie należy jednak całkiem skreślać grupy z tego powodu, bo ma ona wiele do zaofiarowania. Największym atutem Stone Temple Pilots jest charyzmatyczny wokalista Scott Weiland. Z kolei bracia DeLeo - basista Robert i gitarzysta Dean - są całkiem niezłymi kompozytorami, którzy już na pierwszą płytę dostarczyli kilka przebojów ("Sex Type Thing", "Plush", "Creep" i "Wicked Garden"). Szkoda tylko, że drugi z nich unika grania solówek (chlubnym wyjątkiem są utwory "Sin" i "Where the River Goes").

Nad całością "Core" unosi się duch Led Zeppelin - wpływ tej grupy słychać zwłaszcza w "Sin", w którym pojawia się nawet lekko folkowy fragment, nawiązujący do zeppelinowej "Trójki". Na longplayu przeważają ciężkie, wolne, wręcz ociężałe kawałki, w których jednak nie brak chwytliwych melodii ("Dead & Bloated", "Wicked Garden", "Sin", "Piece of Pie"). Bardziej energetyczne są tylko dwa utwory: "Sex Type Thing" z bardzo przebojowym refrenem, oraz trochę mniej udany "Crackerman". Od całości nieco odstaje akustyczna ballada "Creep", jak również dziwaczny "Naked Sunday". Zupełnie niepotrzebne są natomiast dwie miniaturki: instrumentalna, całkiem zgrabna "No Memory", oraz niepoważna "Wet My Bed" - obie rozwalają spójność longplaya. O tych drobnych niedociągnięciach pozwala zapomnieć świetny finał płyty, w postaci długiego "Where the River Goes", bardzo grunge'owego, z perkusyjnym wstępem, balladowym zwolnieniem w połowie i orientalizującą końcówką.

Ocena: 7/10



Stone Temple Pilots - "Core" (1992)

1. Dead & Bloated; 2. Sex Type Thing; 3. Wicked Garden; 4. No Memory; 5. Sin; 6. Naked Sunday; 7. Creep; 8. Piece of Pie; 9. Plush; 10. Wet My Bed; 11. Crackerman; 12. Where the River Goes

Skład: Scott Weiland - wokal; Dean DeLeo - gitara; Robert DeLeo - bass; Eric Kretz - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


17 września 2013

[Recenzja] Misfits - "Earth A.D. / Wolfs Blood" (1983)



Po wydaniu "Walk Among Us" z zespołu wyleciał perkusista Arthur Googy, co opóźniło wydanie planowanej EPki. Jego miejsce zajął były bębniarz Black Flag, Julio Roberto Valverde Valencia, bardziej znany pod pseudonimem Robo. Z nim w składzie, w lipcu 1983 roku, grupa ukończyła nagrywanie EPki. Danzig postanowił jednak nagrać kolejne dwa utwory, "Bloodfeast" i "Death Comes Ripping", które stworzył z myślą o swoim pobocznym projekcie Samhain. W rezultacie "Earth A.D. / Wolfs Blood" zyskał status albumu długogrającego, chociaż trwa poniżej 15 minut... "Longplay" został wydany w grudniu 1983 roku - dwa miesiące po rozwiązaniu Misfits przez Glenna Danziga, po niefortunnym koncercie z okazji Halloween.

Okładka singla "Die, Die my Darling".
Na "Earth A.D. / Wolfs Blood" grupa pokazuje swoje bardziej brutalne oblicze, utwory są znacznie szybsze i mocniejsze. Tylko dwa z nich, "Earth A.D." i "Bloodfeast", trwają powyżej dwóch minut, a najkrótszy "Demonomania" - poniżej minuty. W nagraniach słychać wyraźny wpływ hardcore punku, a momentami nawet wczesnego thrash metalu (np. "Earth A.D.", "Death Comes Ripping", "Green Hell"). Pod względem brzmienia jest jeszcze gorzej, jeszcze bardziej demówkowo, niż w starszych nagraniach grupy. Same kawałki są bardzo mało zróżnicowane, wyróżnia się tylko nieco lżejszy i wolniejszy "Bloodfeast", bliższy starszej twórczości Misfits. Pozostałe utwory zlewają się w jeden. Znacznie lepiej wypadało europejskie wydanie longplaya, zawierające dwa dodatkowe utwory: bardzo chwytliwy "Die, Die My Darling", oraz hardcore'owy, ale lepiej brzmiący od kawałków z albumu, "We Bite". Kompaktowe reedycje, poza tymi dwoma kawałkami, zawierają jeszcze jeden bonus - studyjną wersję "Mommy, Can I Go Out and Kill Tonight?". Wszystkie te utwory pochodzą z wydanego w maju 1984 roku singla "Die, Die My Darling".

Po rozpadzie Misfits, Glenn Danzig poświęcił się działalności w Samhain, który stał się pełnoprawnym zespołem. Początkowo grupa wykonywała horror punk, nie tak odległy od twórczości Misfist, z czasem jednak zaczęły dochodzić inspirację rockiem gotyckim, a później także heavy metalem. W 1987 roku Samhain zmienił nazwę na Danzig, a stylistykę na bardziej metalowo-bluesową. Jerry Only i Doyle na pewien czas zrezygnowali z muzyki. Po kilku latach basista wytoczył proces Danzigowi o prawa do utworów - ostatecznie zachował je wokalista, ale Only zyskał prawa do nazwy i loga Misfits, czego rezultatem był powrót grupy w 1995 roku - w składzie, oprócz braci Caiafa, znaleźli się perkusista  David "Dr. Chud" Calabrese i wokalista Michale Graves (właśc. Michael Emanuel).

Podczas siedmiu lat funkcjonowania składu z Glennem Danzigiem, Misfits był właściwie zespołem półamatorskim, znanym tylko nielicznym. Większą popularność zaczął zdobywać dopiero po rozpadzie, w drugiej połowie lat 80. - zwłaszcza od czasu, kiedy w 1987 roku Metallica wydała EPkę z coverami, zawierającą m.in. ich wersje "Last Caress" i "Green Hell" (połączone w jeden utwór). Sporym zainteresowaniem cieszyły się także wydane nieco wcześniej kompilacje "Legacy of Brutality" z 1985 roku (zawierający głównie wcześniej niewydane kawałki, w większości pochodzące z sesji "Static Age") oraz późniejsza o rok "Misfits" (która także przyniosła kilka rarytasów, chociaż bardziej bazowała na "przebojach"). Na obie składanki utwory zostały ponownie zmiksowane przez Glenna Danziga, który ponadto nagrał wiele partii gitarowych i basowych na nowo, aby nie płacić muzykom grającym w oryginalnych wersjach.

Ocena wyd. US: 4/10
Ocena wyd. EU: 5/10



Misfits - "Earth A.D. / Wolfs Blood" (1983)

1. Earth A.D.; 2. Queen Wasp; 3. Devilock; 4. Death Comes Ripping; 5. Green Hell; 6. Wolfs Blood; 7. Demonomania; 8. Bloodfeast; 9. Hellhound

Skład: Glenn Danzig - wokal; Doyle - gitara; Jerry Only - bass; Robo - perkusja
Producent: Misfits i Glen "Spot" Lockett


16 września 2013

[Recenzja] Misfits - "Walk Among Us" (1982)



Dość skomplikowana wydaje się sprawa z dyskografią Misfits z początkowego okresu działalności - anulowane longplaye, mnóstwo niealbumowych singli i EPek, wiele alternatywnych wersji tych samych utworów... Po wydaniu debiutanckiego singla "Bullet" - który ukazał się zamiast pełnego albumu "Static Age" (wydanego dopiero 20 lat później) - zespół wyruszył w trasę, w trakcie której ze składu odszedł gitarzysta Franché Coma. Chwilowo zastąpił go Rick Riley, który pożegnał się z grupą po zakończeniu koncertów - w tym samym czasie odszedł także perkusista Jim Catania. W ciągu dwóch miesięcy do grupy dołączyli gitarzysta Bobby Steele i perkusista Joey Poole, występujący pod pseudonimem Joey Image. Nowy skład nagrał singiel "Horror Business", na stronie B zawierający utwory "Teenagers from Mars" (którego wcześniejsza wersja została nagrana już podczas sesji "Static Age") i "Children in Heat". Mała płyta ukazała się w czerwcu 1979 i było pierwszym wydawnictwem zespołu z grafiką, na której znalazła się słynna czaszka z horroru "The Crimson Ghost" z 1964 roku, która stała się maskotką grupy.

Okładka reedycji "Walk Among Us".
W Halloween tego samego roku ukazał się kolejny singiel, zawierający utwory " Night of the Living Dead", "Where Eagles Dare" i przeróbkę "Rat Fink" z repertuaru komika Allana Shermana. Kolejnym wydawnictwem zespołu była EPka "Beware" z stycznia '80, zawierająca głównie znane już nagrania (wszystkie cztery kawałki z singla "Bullet", a także "Horror Business" i "Teenagers from Mars"), ale też jedną premierę - spopularyzowany później przez Metallikę "Last Caress" (z sesji "Static Age"). W sierpniu zespół - z nowym perkusistą, Arthurem Googy - rozpoczął nagrania na album długogrający. Obok nowych wersji "Night of the Living Dead" i "Where Eagles Dare" zarejestrowane zostało dziesięć nowych kompozycji, pokazujących rozwój grupy - pojawiły się bardziej wyraziste melodie (np. "London Dungeon"), za którymi szła większa przebojowość (np. "Skulls", "Halloween"), ale jednocześnie grupa zaczęła więcej eksperymentować (psychodeliczny, grany coraz wolniej i wolniej "Halloween II"). Materiał został zatytułowany "12 Hits from Hell" i niestety podzielił los "Static Age". Tym razem to jednak sami muzycy zdecydowali się zrezygnować z publikacji albumu, ze względu na zmianę składu podczas sesji - Bobby'ego Steela zastąpił młodszy brat Jerry'ego Only, Paul "Doyle" Caiafa.

Pięć utworów z sesji "12 Hits from Hell" zostało wydane w 1981 roku na dwóch osobnych płytach: EPce "3 Hits from Hell" z kwietnia ("London Dungeon", "Horror Hotel", "Ghouls Night Out") oraz singlu "Halloween" z października ("Halloween" i "Halloween II"). Dodać trzeba, że w 2001 roku niemal doszło do oficjalnego wydania "12 Hits from Hell", zostało ono jednak zablokowane przez Danziga i Only'ego, a wszystkie egzemplarze, poza promocyjnymi, zniszczono. Wracając do lat 80., w styczniu 1982 roku Glenn Danzig zajął się remiksowaniem utworów z sesji "12 Hits from Hell" (z wyjątkiem "Where Eagles Dare", obu części "Halloween" i kawałków z "3 Hits from Hell"). Do kilku utworów dograł dodatkowe ścieżki gitar, a w "Vampiria" zarejestrował od postaw nową partię wokalną. Razem z resztą zespołu nagrał także kilka nowych utworów ("20 Eyes", "All Hell Breaks Loose", "Nike-A-Go-Go", "Hatebreeders", "Devil's Whorehouse" i "Braineaters"). Rezultatem tej sesji był album "Walk Among Us" - trzeci nagrany, ale pierwszy wydany. Jego repertuaru dopełniło koncertowe wykonanie "Mommy, Can I Go Out and Kill Tonight".

"Walk Among Us" to w sumie 13 utworów o łącznym czasie nie przekraczającym 25 minut. Mimo tak krótkiego czasu, nie brak tutaj rzeczy, do których można się przyczepić. Przede wszystkim do demówkowego brzmienia, ale też do samego wyboru utworów - właściwie tylko "Skulls" i "Astro Zombies" od razu zapadają w pamięć. Pozytywnie wyróżnia się jeszcze tylko "Devil's Whorehouse", oparty na bardziej wyrazistym riffie. Natomiast największą pomyłką są podróbki stylu The Ramones, w postaci "I Turned Into a Martian" i "Hatebreeders". A cała reszta to szybkie, ostre utwory, które ciężko od siebie odróżnić. Album tylko by zyskał, gdyby powtórzone zostały na nim utwory z singli i EPek (np. "Last Caress", "London Dungeon", "Halloween"). Zresztą i wśród niewydanego wówczas materiału znalazłoby się kilka kawałków, które mogły podnieść wartość longplaya - najlepszym przykładem jest "Die, Die My Darling", jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy, zarejestrowany przed wydaniem "Walk Among Us", ale wydany dopiero kilkanaście miesięcy później.

Ocena: 6/10



Misfits - "Walk Among Us" (1982)

1. 20 Eyes; 2. I Turned Into a Martian; 3. All Hell Breaks Loose; 4. Vampira; 5. Nike-A-Go-Go; 6. Hatebreeders; 7. Mommy, Can I Go Out and Kill Tonight; 8. Night of the Living Dead; 9. Skulls; 10. Violent World; 11. Devil's Whorehouse; 12. Astro Zombies; 13. Braineaters

Skład: Glenn Danzig - wokal, gitara (4,7,11,12); Doyle - gitara; Jerry Only - bass; Arthur Googy - perkusja
Producent: Misfits