27 sierpnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Metalliki

Dla jednych Metallica to jeden z najważniejszych zespołów metalowych wszech czasów, dla innych - grupa, która dla kasy i sławy zrobi wszystko, nawet nagra kawałek w stylu country (co zresztą zrobiła w 1996 roku, tworząc "Mama Said"). Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku, chociaż osobiście skłaniam się ku tej drugiej opcji. Faktem pozostaje jednak, że pięć pierwszych albumów zespołu to klasyka gatunku (metalu oczywiście, nie country), którą każdy powinien znać. O wielkości tych płyt stanowią przede wszystkim utwory znajdujące się na poniższej liście. Z późniejszego okresu zmieściły się tylko dwa utwory.

Metallica w pierwszej połowie lat 80.: Kirk Hammett, Cliff Burton, Lars Ulrich i James Hetfield.


1. "The Four Horsemen" (z albumu "Kill 'em All", 1983)

Utwór początkowo nosił tytuł "The Mechanix" i należał do repertuaru grupy Panic - Metallica wzięła go na warsztat, gdy dołączył do nich gitarzysta tamtej grupy, a jednocześnie autor kompozycji, Dave Mustaine. Po raz pierwszy nagrali go w kwietniu 1982 roku, na demo zatytułowane "Power Metal", a kilka miesięcy później ponownie - na swoją najbardziej znaną demówkę "No Life 'til Leather" (z lipca '82), dzięki której usłyszał ich John Zazula, założyciel Megaforce Records. Zazula wkrótce potem podpisał z grupą kontrakt i wyprodukował ich debiutancki album, "Kill 'em All".
Jeszcze przed rozpoczęciem nagrań ze składu wyleciał Mustaine - za prowadzenie zespołowej furgonetki po wypiciu kilkunastu piw. Wkrótce potem pozostali muzycy postanowili poprawić "The Mechanix", dodając środkową część instrumentalną, oraz całkowicie zmieniając tekst - historię o pracowniku stacji benzynowej zastąpił tekst nawiązujący do Apokalipsy. Po odejściu Dave'a naprawiliśmy tę piosenkę. Słowa, które napisał, były dość głupie - mówił wokalista i gitarzysta, James Hetfield.
Oryginalna wersja utworu została nagrana przez Mustaine'a na debiutancki album jego nowego zespołu, Megadeth - "Killing Is My Business... And Business Is Good!" z 1985 roku.


2. "Seek and Destroy" (z albumu "Kill 'em All", 1983)

Najbardziej znany utwór z debiutanckiego longplaya, po raz pierwszy nagrany na "No Life 'til Leather". Hetfield nie ukrywa, że inspiracją kawałka był utwór "Dead Reckoning" Diamond Head, z kolei trzy krótkie solówki pojawiające się w jego trakcie zostały zapożyczone z "Princess of the Night" Saxon. Dopiero czwarta, najdłuższa, została w całości wymyślona przez Kirka Hammetta (następcę Mustaine'a). Gitarzysta nie jest jednak zadowolony z wersji, która trafiła na płytę: Kilka nut nie stroi - mówił. Dlatego tak bardzo żałuję, że nie mieliśmy czasu na poprawki.
Ze względu na tekst, mówiący o chęci namawiania do zabijania, kawałek trafił na listę zakazanych utworów, która po zamachach 11 września 2001 trafiła do ponad tysiąca amerykańskich rozgłośni radiowych, należących do Clear Channel Communications. Grupa jednak wciąż chętnie wykonuje go na żywo - według oficjalnej strony zespołu, do dnia dzisiejszego został zagrany 1366 razy, co czyni z niego trzeci najczęściej grany przez zespół utwór.


3. "(Anesthesia) - Pulling Teeth" (z albumu "Kill 'em All", 1983)

Najbardziej oryginalny utwór zespołu, będący po prostu solówką na gitarze basowej, do której w połowie - zupełnie niepotrzebnie - dołączają bębny. Pomysłodawcą był, oczywiście, basista grupy, Cliff Burton. Cliff był tak odjechany, tak oryginalnie myślał, że wszyscy stwierdziliśmy: "Wow, jaki fajny pomysł!" - wspominał Hammett. Zamiast otwierającej solówki w rodzaju "Eruption" Van Halena, mieliśmy to fantastyczne basowe solo skomponowane przez Cliffa. Czemu by nie umieścić tego na płycie? Potem stało się częścią naszych koncertów. Grał to, żeby pozostali mogli mieć przerwę.


4. "Creeping Death" (z albumu "Ride the Lightning", 1984)


Pierwowzorem utworu była kompozycja "Die by His Hand", napisana przez Hammetta w czasach, gdy był gitarzystą Exodus (grupa nagrała go w wersji demo, ale nigdy nie umieściła na studyjnym albumie). W tworzeniu nowej wersji brał udział cały ówczesny skład Metalliki. Nowy tekst, mówiący o ostatniej z plag egipskich - śmierci pierworodnych, został zainspirowany filmem "Dziesięcioro przykazań" z 1956 roku. Siedzieliśmy u jednego gościa oglądając ten film w telewizji - mówił Hetfield. I w momencie kiedy mgła zabrała syna faraona, Cliff zawołał: "Patrz, pełzająca śmierć!". To mnie rozwaliło: "Stary, zapisz to, czysta poezja!". Zdobyłem film na wideo, wziąłem kilka wersów i zrobiłem z nich piosenkę.
Utwór został wydany na singlu, nie sprzedawał się jednak najlepiej. Mimo to, "Creeping Death" jest drugim najczęściej wykonywanym przez zespół utworem - dotąd można było go usłyszeć na żywo podczas 1386 koncertów.


5. "For Whom the Bell Tolls" (z albumu "Ride the Lightning", 1984)

Tytuł utworu pochodzi z powieści "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingway'a (który zaczerpnął go z poematu "Medytacja XVII" Jona Donne'a, z 1623 roku). Tekst został zainspirowany fragmentem książki, w którym kilku żołnierzy ginie podczas nalotu, po zajęciu pozycji na szczycie wzgórza.
Otwierająca utwór solówka na gitarze basowej została wymyślona przez Burtona zanim dołączył do Metalliki, już w 1979 roku, gdy grał w grupie Agents of Misfortune.
Utwór został wydany na promocyjnym singlu, na którym został umieszczony w dwóch wersjach: skróconej na stronie A, oraz pełnej na B. Jest to także kolejny z najczęściej wykonywanych utworów podczas koncertów - 1274 razy daje mu piąte miejsce.


6. "Fade to Black" (z albumu "Ride the Lightning", 1984)

Pierwsza ballada w dorobku grupy - a właściwie półballada, bo obok fragmentów łagodnych (momentami aż zbyt podobnych do "Goodbye Blue Sky" Pink Floyd) zawiera także momenty ostrzejsze - instrumentalne przejście zastępujące refren, oraz szybsza końcówka z długą solówką Hammetta. Album "Ride the Lightning" nagrywałem jeszcze na moim czarnym Gibsonie Flying V - mówił gitarzysta. Ale "Fade to Black" ma cieplejsze brzmienie, ponieważ używałem przetwornika przy gryfie i zastosowałem kaczkę [efekt gitarowy wah wah] ustawioną w górnej pozycji. Nie miałem pomysłu na końcową, rozbudowaną solówkę. Myślałem więc o samych smutnych, dołujących rzeczach i to mi pomogło, bo wprowadziłem się w odpowiedni nastrój. Później nagrałem czyste partie gitarowe do zwrotek, a James zagrał proste arpeggia, do których dorobiłem równie proste motywy. Uważam, że to brzmienie jest wyraźnie w stylu Dire Straits.
Utwór wyróżnia się też jedną z najlepszych partii wokalnych Hetfielda - dzięki niemu muzyk uwierzył w swoje możliwości wokalne, wcześniej chciał zrezygnować ze śpiewania (zespół rozważał nawet przyjęcie Johna Busha, wówczas występującego w Armored Saint, a w latach 1992-2005 w Anthrax).
Grupy takie jak Exodus czy Slayer nigdy nie grają ballad i w ten sposób zamykają się w jednej ściśle określonej konwencji - mówił Hetfield. My nigdy nie chcieliśmy znaleźć się w takiej sytuacji. Ograniczanie siebie tylko po to, żeby publiczność była zadowolona, jest gówno warte.
Tekst utworu brzmi jak wyznanie osoby chcącej popełnić samobójstwo. Hetfield napisał go po kradzieży sprzętu zespołu przed jednym z koncertów. Wokalista nie mógł się pogodzić zwłaszcza ze stratą wzmacniacza, który dostał kiedyś od swojej matki, nie żyjącej już, gdy doszło do kradzieży.
Podobnie jak "For Whom the Bell Tolls", "Fade to Black" został wydany na promocyjnym singlu, oraz regularnie jest grany na żywo (1054 razy, 8. miejsce).


7. "Master of Puppets" (z albumu "Master of Puppets", 1986)

Najczęściej grany na żywo utwór Metalliki (1435 razy) wyróżnia się bardziej rozbudowaną formą - w środku tej 8-minutowej kompozycji pojawia się balladowe zwolnienie z solówką, sugerujące inspirację rockiem progresywnym, chociaż bardziej prawdopodobne, że muzycy zgapili ten pomysł z "Powerslave" Iron Maiden. W pewnym momencie w solówce słychać dziwny dźwięk, który kończy część spokojniejszą - mówił Hammett. Brzmi to, jakbym zagrał bardzo wysoki dźwięk, taki, który powstałby, gdyby moja gitara miała progi gdzieś w okolicy przetworników. Tak naprawdę struna po prostu zeskoczyła mi z progu i znalazła się z boku gryfu. Po nagraniu odsłuchałem solówkę i stwierdziłem, że to genialne i że musimy to zostawić! Oczywiście nigdy później nie udało mi się tego dźwięku odtworzyć.
O tekście opowiadał Hetfield: Numer dotyczy w dużej mierze narkotyków, jak sprawy mogą się odwrócić. Zamiast kontrolowania tego, co zażywasz, co czynisz, to narkotyki kontrolują tobą... Poszedłem raz na imprezę w San Francisco, na której pełno było dziwaków wstrzykujących sobie różne rzeczy. Jedna dziewczyna wyglądała na poważnie chorą. Przeraziło mnie to jak cholera.
We Francji i Stanach utwór został wydany na singlu, ze skróconą wersją "Welcome Home (Sanitarium)" na stronie B.


8. "Welcome Home (Sanitarium)" (z albumu "Master of Puppets", 1986)

Kolejna półballada w repertuarze. "Fade to Black" nieźle się sprawdził, chcieliśmy mieć następną wolną, nieprzesterowaną piosenkę, tym razem z refrenem - wyjaśniał Hetfield. Miałem problemy z jego zaśpiewaniem. Brzmiał naprawdę wysoko. Pamiętam, że Flemming [Rasmussen, producent albumu] spojrzał na mnie w studiu na zasadzie "Chyba żartujesz". Powiedziałem: "Cholera, nie wiem czy dam radę to zrobić". W końcu zaśpiewałem niżej niż zamierzałem, ale dołożyliśmy wysoką harmonię i wyszło fajnie. Znaczenie tekstu wyjaśnił perkusista, Lars Ulrich: Utwór zainspirowany był filmem "Lot nad kukułczym gniazdem", nie bezpośrednio, ale jednak. Rzecz opowiada o takich miejscach, o wmawianiu ci, że jesteś szalony, że to jest twój dom, że musisz tam przebywać.
Utwór nie był wydany na singlu, nawet promocyjnym, ale stał się jedną z najpopularniejszych kompozycji zespołu, dzięki częstemu wykonywaniu na żywo (880 razy, 10. miejsce)


9. "One" (z albumu "...And Justice for All", 1988)

Jeszcze jedna półballada, najbardziej z nich znana. Był to pierwszy utwór zespołu, do którego nakręcono teledysk - zaowocowało to wysoką sprzedażą singla (35. miejsce w amerykańskim notowaniu, 13. w Wlk. Brytanii). Utwór zajmuje czwarte miejsce na liście najczęściej granych przez zespół utworów (1292 razy).
Pierwsza i ostatnia solówka do "One" były gotowe dużo wcześniej. Grałem je już od miesięcy - mówił Hammett w jednym z wywaidów. W przypadku pozostałych partii solowych chodziło mi właściwie tylko o to, żeby dostosować się brzmieniowo do tych dwóch gotowych solówek. W intro zastosowałem czyste brzmienie, co było dla mnie czymś nowym.Gdy już znaleźliśmy odpowiednie brzmienie, utwór właściwie popłynął sam i nie musieliśmy się wysilać. Przy końcowej solówce zastosowałem moje standardowe, ostrzejsze brzmienie. Tu również poszło szybko. Co ciekawe, na początku utworu udało mi się też umieścić krótki fragment grany tappingiem. Zależało mi, żeby intro było wyjątkowo energetyczne, żywiołowe, inne od wszystkiego, co robiłem wcześniej.
Tekst utworu, zainspirowany powieścią "Johnny poszedł na wojnę" Daltona Trumbo, pokazuje bezsensowność i okropieństwo wojny. Bohaterem jest młody mężczyzna, który podczas I Wojny Światowej zaciągnął się do armii i w wyniku nadepnięcia na minę stracił obie ręce, nogi, słuch i wzrok. Za pomocą alfabetu Morse'a błaga swoich dowódców o śmierć, ci jednak nie godzą się na eutanazję. Podobną tematykę zespół poruszył już na poprzednim albumie, w utworze "Disposable Heroes".


10. "To Live Is to Die" (z albumu "...And Justice for All", 1988)

Hołd dla Cliffa Burtona, zmarłego 27 września 1986 roku, w wyniku wypadku zespołowego autokaru, podczas trasy promującej album "Master of Puppets". Ten niemal dziesięciominutowy utwór, łączący delikatne fragmenty z naprawdę ciężkimi, często uznawany za instrumentalny. Jednak pod koniec pojawia się w nim słabo słyszalna, półminutowa recytacja Hetfielda. Autorstwo tych słów zostało przypisane Burtonowi. W rzeczywistości trzy pierwsze wersy (When a man lies / He murders some part of the world / These are the pale deaths which men miscall their lives) pochodzą z wiersza niemieckiego poety Paula Gerhardta; basista odpowiada tylko za dwa kolejne (All this I cannot bear to witness any longer / Cannot the kingdom of salvation take me home?). W utworze wykorzystano także linie basowe wykonywane przez Burtona podczas koncertów - zostały jednak nagrane już przez jego następcę, Jasona Newsteda i... praktycznie ich nie słychać, gdyż wszystkie partie gitary basowej na albumie "...And Justice for All" zostały wyciszone w miksie. Nie byłem z tego zadowolony - przyznawał Newsted, ale dodawał: Jestem tak samo odpowiedzialny za to, że mnie tam nie słychać, jak pozostali członkowie.
Na żywo utwór został wykonany tylko jeden raz - 7 grudnia 2011 roku, podczas jednego z czterech specjalnych koncertów w San Francisco, które odbyły się z okazji 30-lecia powstania zespołu.


11. "Enter Sandman" (z albumu "Metallica", 1991)


Jeden z największych singlowych przebojów zespołu (16. miejsce w Stanach, 5. w Wielkiej Brytanii) i najczęściej wykonywanych utworów na żywo (1128 razy, 6. miejsce w rankingu), popularność zawdzięcza znacznemu uproszczeniu struktury. Całe intro, zwrotka, wstawka, refren, wszystkie te rzeczy oparte są na jednym riffie - podsumował Ulrich. Motyw ten został zaproponowany przez Hammetta, a inspiracją był album "Louder Than Love" grupy Soundgarden.
Wraz ze zmianą kierunku muzycznego, na bardziej przystępny, zmieniły się teksty Hetfielda. Wokalista zaczął pisać słowa bardziej osobiste, mniej zaangażowane społecznie. "Enter Sandman" opowiada o strachu, jakie czuje dziecko przed zaśnięciem.


12. "The Unforgiven" (z albumu "Metallica", 1991)

Kolejny singlowy przebój (35. miejsce w USA, 15. w UK), nieco rzadziej wykonywany na żywo (jak dotąd - 359 razy), prawdopodobnie ze względu na zbyt trudną partię wokalną - o tym, że śpiewanie "The Unforgiven" na koncertach nie szło Hetfieldowi najlepiej, można przekonać się dzięki koncertówce "Live Shit: Binge & Purge" (1993). Pod względem muzycznym jest to kolejna półballada, jednak zbudowana zupełnie inaczej od poprzednich - po spokojnym wstępie wchodzi mocna zwrotka, a w refrenie znowu jest łagodnie. Wyróżnia się także solówka Hammetta - producent Bob Rock, któremu nie spodobała się solówka wymyślona przez Kirka, zasugerował mu, żeby zagrał coś w stylu Jeffa Becka. Na początku poczułem się urażony, ale zdałem sobie sprawę, że ma rację - mówił gitarzysta. Pierwszy raz zastosowałem technikę fingerpicking w solówce - dodawał.
Otwierający utwór dźwięk trąbki to puszczony od tyłu sampel z westernu, którego tytułu muzycy nie chcą ujawnić, ze względu na kwestie prawne. Filmem tym jest prawdopodobnie "Za kilka dolarów więcej" z 1965 roku, do którego muzykę napisał Ennio Morricone - kompozytor, do którego twórczości muzycy zespołu nie ukrywają swojej sympatii. Od 1983 używali jego kompozycji "The Ecstasy of Gold" (z westernu "Dobry, zły i brzydki" z 1966), jako puszczanego z taśmy otwieracza koncertów, a w 2007 roku nagrali nawet własną, metalową wersję, która trafiła na kompilację "We All Love Ennio Morricone".
Jeżeli zaś chodzi o tekst "The Unforgiven", utwór mówi o facecie, który tak naprawdę nigdy nie wykorzystuje sytuacji, nigdy nie ryzykuje - mówił Hetfield. Pod koniec życia żałuje, że nic nie zrobił, ale uznaje, że to wina świata, któremu nie chce wybaczyć. W innym wywiadzie wokalista dodawał, że był to jeden z pierwszych moich tekstów o takim charakterze, tzn. opowiadający jakąś historię.
Na wydanym w 1997 roku albumie "ReLoad" pojawiła się kontynuacja utworu, "The Unforgiven II". Ten utwór powstał przez pomyłkę - tłumaczył Hetfield. Kupiłem nową gitarę. Tak sobie brzdąkałem i przyszła mi do głowy melodia partii wokalnej. Pomyślałem: "Świetnie! Mam fajny kawałek!". Ale po jakimś czasie dotarło do mnie, że to po prostu "The Unforgiven", tyle że grany trochę inaczej. Ale zaraz pomyślałem: "No i co z tego?". I zamiast kombinować, co by tu zrobić, żeby ten nowy utwór przestał przypominać "The Unforgiven", uznałem, że najprościej będzie się pogodzić z faktem, iż to jest "The Unforgiven" i dać mu tytuł "The Unforgiven II". Tekst "The Unforgiven" opowiadał pewną historię, wystarczyło więc dopisać dalszy ciąg.
"The Unforgiven II" rozpoczynał się tym samym samplem co pierwsza część, dalej jednak nieco się różnił - wstęp i refreny były grane mocniej, natomiast zwrotki łagodniej. Kolejna część, "The Unforgiven III", powstała dekadę później i znalazła się na albumie "Death Magnetic" (2008). Pod względem struktury i nastroju bliższa była jedynki, niż dwójki. Zrezygnowano tym razem z sampla, który zastąpiono długim fortepianowym wstępem.


13. "Nothing Else Matters" (z albumu "Metallica", 1991)

Pierwszy w całości łagodny utwór w repertuarze grupy. Zawsze chciałem zrobić coś w tym stylu, ale wiedziałem, że to może wkurzyć ludzi - wyjaśniał Hetfield, a w innym wywiadzie tłumaczył, że początkowo nie chciał przedstawiać swojego pomysłu reszcie zespołu: To była piosenka dla mnie, nie sądziłem nawet, że pozostałym się spodoba. Ulrich: Naprawdę chcieliśmy uciec od schematu "Fade to Black" i "One". To były ballady, które ostatecznie przeradzały się w wielki pociąg towarowy, który wyrywał się spod kontroli. Tym razem chcieliśmy skupić się na melodii - i stąd czerpać moc.
W utworze w ogóle nie gra Hammett - wszystkie partie gitar, włącznie z solówką, wykonuje Hetfield. Natomiast napisany przez niego tekst początkowo miał być miłosnym wyznaniem, przerodził się jednak w utwór o poszukiwaniu zaufania. Coraz więcej tekstów traktowało o sprawach osobistych - mówił wokalista. Pisałem z własnej pozycji, zamiast wchodzić w czyjąś skórę, co okazało się trudniejsze.
"Nothing Else Matters" był trzecim - po "Enter Sandman" i "The Unforgiven" - singlem promującym tzw. "Czarny album" (później ukazały się jeszcze dwa: "Wherever I May Roam" i "Sad But True"). W Stanach radził sobie nieco gorzej od poprzedników (36. miejsce), za to w Wielkiej Brytanii znacznie lepiej od drugiego z nich (6. miejsce). Co oczywiste, "N.E.M." jest stałym punktem każdego koncertu zespołu - został już wykonany 1026 razy, co daje mu 9. miejsce w rankingu najczęściej granych przez zespół utworów. 


14. "Until It Sleeps" (z albumu "Load", 1996)

Najbardziej popularny kawałek z eksperymentalnego etapu działalności zespołu, a także największy singlowy przebój w całej karierze (10. miejsce w Stanach, 5. w Wielkiej Brytanii). Na jego przykładzie bardzo dobrze widać jak zmieniła się muzyka zespołu - pomimo ciężkich gitar, bliższy jest tradycyjnego rocka. Pierwotna wersja utworu nosiła zresztą tytuł "F.O.B.D.", ze względu na podobieństwo do "Fell On Black Days" Soundgarden.
Napisany przez Hetfielda tekst dotyczy śmierci jego ojca, który - podobnie jak kilka lat wcześniej matka - zmarł na nieleczonego raka. Rodzice Hetfielda należeli do Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki - organizacji religijnej zakazującej swoim członkom korzystania z medycyny, mają jedynie modlić się i czekać, aż wyleczy ich Bóg. "Until It Sleeps" nie jest jedynym utworem Metalliki poruszającym ten temat - już wcześniej pojawił się on w "Dyers Eve" z "...And Justice for All" i w "The God That Failed" z "Czarnego albumu", a także w innym utworze z "Load", "Thorn Within".


15. "The Day That Never Comes" (z albumu "Death Magnetic", 2008)

Po latach eksperymentów, na albumie "Death Magnetic" muzycy Metalliki postanowili wrócić do swoich korzeni i nagrać album w stylu "Ride the Lightning", "Master of Puppets" i "...And Justice for All". Nie mogło więc zabraknąć na nim półballady - "The Day That Never Comes" został zbudowany dokładnie na tej samej zasadzie, co "One" (długi, spokojny wstęp z solówką, melodyjne zwrotki, zaostrzony refren, a na koniec kilka minut metalowej "rzeźni" i nagłe zakończenie), a riff z refrenu przypomina mocniejsze fragmenty "Fade to Black".
Utwór był pierwszym z sześciu singli promujących "Death Magnetic" i osiągnął z nich największy sukces, dochodząc do 31. miejsca na liście Billboardu, oraz do 19. w notowaniu brytyjskim.


17 sierpnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory The Doors

The Doors w oryginalnym składzie - z Jimem Morrisonem jako wokalistą - istniał zaledwie pięć lat. Przez ten czas muzycy zdążyli nagrać aż sześć albumów studyjnych i zyskać sławę najlepszego, ale też najbardziej kontrowersyjnego, zespołu amerykańskiego. Poniżej znajdziesz listę 10 najpopularniejszych utworów zespołu, uzupełnioną dwoma interesującymi kompozycjami, które nie znalazły się na żadnej z ich płyt: "Celebration of the Lizard" i "Orange Country Suite".

The Doors: Jim Morrison, John Densmore, Ray Manzarek i Robby Krieger.

1. "Break on Through (to the Other Side)" (z albumu "The Doors", 1967)

Szybki utwór oparty na rytmie bossa novy (zaproponowanym przez perkusistę, Johna Densmore'a), otwierający debiutancki album zespołu. Gitarzysta Robby Krieger przyznaje, że główny riff zaczerpnął z utworu "Shake Your Moneymaker" w wykonaniu Paula Butterfielda (oryginał wykonywał Elmore James). Tekst Jima Morrisona został częściowo zainspirowany książką "City of Night" Johna Rechy'ego i mówi o strachu przed przemijaniem. Nie jest jednak tajemnicą, że tytułowe słowa odnoszą się do stanu po zażyciu narkotyków. Klawiszowiec grupy, Ray Manzarek, nazywał ten utwór poezją LSD. Przedstawiciele wytwórni Electra Records postanowi ukryć przesłanie utworu, skracając powtarzany w refrenie wers "She gets high" do samego "She gets". Dopiero na reedycjach albumu po 1999 roku przywrócono słowo "high".
"Break on Through (to the Other Side)" był pierwszym singlem zespołu - nie radził sobie jednak najlepiej na notowaniach. Muzycy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce: Wszyscy czterej dzwoniliśmy do stacji radiowych - opowiadał Manzarek - i cienkimi głosikami mówiliśmy: "Cześć, chciałbym usłyszeć ten fantastyczny kawałek Doorsów. To nasze chłopaki z L.A.! Zagrajcie 'Break on Through'". No i w końcu dziewczyna, która odbierała telefony, czy DJ, czy kto tam był pod ręką, mówił: "Dobra, ale przestańcie dzwonić. Wiemy, że jesteście z zespołu, albo płacą wam za to, żebyście dzwonili, więc dajcie już sobie spokój". Utwór ostatecznie doszedł do 126. miejsca w Stanach. Znacznie wyżej notowany był w Europie - 64. miejsce w Wielkiej Brytanii, 8. we Francji.


2. "Light My Fire" (z albumu "The Doors", 1967)

W przeciwieństwie do "Break on Through", drugi singiel zespołu, "Light My Fire" radził sobie w notowaniach znacznie lepiej, docierając na sam szczyt amerykańskiego notowania. 1. miejsce osiągnął także we Francji, natomiast w Wielkiej Brytanii zaledwie 7., ale trzeba pamiętać, że wciąż był to czas hegemonii The Beatles na tamtejszym rynku muzycznym. Warto dodać, że singlowa wersja utworu była skrócona o ponad połowę - wycięto z niej długie solówki Manzarka i Kriegera, które nagrali pod wpływem utworu "My Favorite Things" Johna Coltrane'a.
"Light My Fire" jest głównie dziełem Kriegera. To była jego pierwsza piosenka, jaką napisał w życiu - mówił Manzarek. Zresztą jest to dość ciekawa historia. Po jednej z prób powiedzieliśmy sobie, że w domu każdy z nas napisze jedną piosenkę. Nikt z nas niczego nie wymyślił, a on przyszedł z "Light My Fire". Utwór był jednak niedopracowany, zawierał tylko zwrotkę i refren. Potem nastąpiła "obróbka zespołowa" - wyjaśniał w innym wywiadzie Manzarek. W tym przypadku John podrzucił rytm w stylu latynoskim, ja zbudowałem partię solową na organach i wstęp. Jim ułożył drugą zwrotkę: "Love become the funeral pyre..." To dobry przykład na to, jak powstawała piosenka The Doors - każdy dorzucał coś od siebie.


3. "The End" (z albumu "The Doors", 1967)

12-minutowy utwór kończący debiutancki album zespołu, to prawdziwe opus magnum rocka psychodelicznego, zabarwionego orientalizmami. Producent płyty, Paul A. Rothchild, zauważył to już podczas nagrywania: Grali już jakieś sześć minut, gdy zwróciłem się do Bruce'a [Botnicka, realizatora dźwięku] ze słowami: "Czy masz pojęcie, co się tutaj dzieje? To jeden z najważniejszych momentów w historii rock'n'rolla". Bruce, który miał jeszcze mleko pod nosem, zapytał: "Naprawdę?". Tłumaczę mu więc: "Przestań wsłuchiwać się w brzmienie - jest w porządku. Posłuchaj muzyki". Kiedy skończyli, miałem na całym ciele gęsią skórkę. To był magiczny moment.
O powstaniu utworu opowiadał Densmore: Jim nie grał na żadnym instrumencie, ale wymyślał melodie w głowie i potrafił je zaśpiewać. W ciągu tych kilku krótkich lat w zespole panowała pełna demokracja. Czasem Jim miał w głowie tylko zarys czegoś i siadaliśmy nad tym razem - tak powstał "The End". To było u mnie w domu. Jim powiedział na początku: "This is the end, beautiful friend - the end". A potem utwór zaczął się rozrastać... Grupa rozbudowywała go zwłaszcza podczas występów, na których poszerzyli utwór o część improwizowaną. W pamięci muzyków najbardziej zapisał się ich ostatni występ w klubie Whisky A Go Go, 21 sierpnia 1966 roku. Do Whisky  trafiliśmy właściwie przypadkiem - opowiadał Krieger. Graliśmy koncert w klubie na tej samej ulicy i dziewczyna, która bukowała koncerty w Whisky A Go Go, zobaczyła nas pewnego dnia i oczywiście od razu zakochała się w Jimie. Tym sposobem zagraliśmy koncert w tym właśnie klubie. Kontrowersyjne wykonanie "The End" przeszło już chyba do historii. Na początku występu Jim w ogóle nie pojawił się na scenie, więc my po prostu graliśmy utwory w wersji instrumentalnej, co jakimś cudem uszło nam na sucho. W końcu John i Ray poszli po Jima. Znaleźli go chowającego się pod łóżkiem. Jego zachowanie nie powinno dziwić, o ile weźmie się pod uwagę fakt, że wziął za dużo kwasu. Doprowadzili go trochę do porządku i wyprowadzili na scenę. Powiedział, że chce zagrać "The End". Cóż, zgodziliśmy się. Wtedy pierwszy raz wyśpiewał: "Father, I want to kill you. Mother, I want to fuck you". Przyznam szczerze, że byliśmy nie mniej zszokowani niż publiczność.
Podobnie jak "Break on Through", "The End" na płycie został ocenzurowany (podczas wersu "Mother, I want to fuck you", słowo "fuck" zostało zasłonięte krzykiem Morrisona). Chociaż utwór nie został wydany na singlu, zyskał popularność dzięki umieszczeniu go na ścieżce dźwiękowej filmu "Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppola z 1979 roku.


4. "People Are Strange" (z albumu "Strange Days", 1967)

Jim wpadł do domu w Laurel Canyon, który wynajmowałem z Johnem Densmorem - opowiadał Krieger. Był w stanie depresji i mówił, że chce się zabić, co tak naprawdę nie było niczym niezwykłym, ale uwierzyliśmy mu, jak zawsze. Mówił, że wszystko straciło dla niego wartość, że życie stało się koszmarem. Spędziliśmy więc razem noc - ja, Jim, John i nasza przyjaciółka, Georgie Newton. I próbowaliśmy odwieść go od myśli samobójczych. A nad ranem powiedzieliśmy: "OK, Jim, może jeśli wdrapiemy się na szczyt wzgórza i popatrzymy na wschód słońca, spojrzysz na wszystko inaczej". Wspięliśmy się więc na sam szczyt Laurel Canyon i nagle nastrój Jima całkowicie się odmienił. Wtedy wyskoczył z tekstem "People Are Strange". Powiedział: "Człowieku, właśnie zobaczyłem światło. Na górze było tak pięknie, że w drodze powrotnej napisałem piosenkę". Tam w górze zrozumiał, że "kiedy jesteś obcy, wszystko wydaje się zagmatwane, ale kiedy jesteś wśród swoich, wystarczy, że popatrzysz na wschodzące słońce, a wszystko staje się cudowne, w końcu staje się tobą, projekcją ciebie". A refleksje te wpisał w tekst piosenki, ja zaś jakąś godzinę później dodałem do niej muzykę. Nagraliśmy ten kawałek następnego dnia.
"People Are Strange" był pierwszym singlem promującym drugi album zespołu, "Strange Days". Osiągnął 12. pozycję na amerykańskim notowaniu.


5. "The Unknown Soldier" (z albumu "Waiting for the Sun", 1968)


Antywojenny utwór wybrany na singiel promujący trzeci album zespołu, "Waiting for the Sun". Ze względu na wymowę tekstu, nie był grany przez amerykańskie stacje radiowe, obawiające się, że zostanie odebrany jako ich protest przeciwko trwającej właśnie wojnie w Wietnamie. Oczywiście, bywaliśmy "upolitycznieni" - mówił Densmore. Chociaż Jim, w piosence "The Unknown Soldier" nie mówił nic konkretnego na temat wojny w Wietnamie; wiadomo było o co chodzi. Jego przesłanie było o wiele bardziej uniwersalne. On mówił o tym, że musimy szukać pokoju w sobie, musimy zajrzeć wgłąb siebie. Tylko w ten sposób można wpłynąć na zmiany w społeczeństwie - jeśli nie potrafisz pomóc sobie, to i dla społeczeństwa niewiele zrobisz. Singiel mimo wszystko zdołał dojść do 39. miejsca w Stanach.
Kawałek był podobno nagrywany 130 razy, ponieważ Paul Rothchild miał jasno określoną wizję utworu.


6. "Hello, I Love You" (z albumu "Waiting for the Sun", 1968)

Na kolejny singiel trafiła prosta, wręcz banalna, piosenka z miłosnym tekstem, napisanym przez Morrisona, pod wpływem spotkania na plaży pięknej, nieznajomej kobiety. Utwór spodobał się radiowcom, którzy odtwarzali go na tyle często, że stał się drugim - i ostatnim - numerem 1. zespołu na amerykańskiej liście najlepiej sprzedających się singli.
Ray Davies z grupy The Kinks zarzucił Doorsom, że splagiatowali ich hit "All Day and All of the Night". Zaprzecza temu Krieger, twierdzący, że inspiracją był "Sunshine of Your Love" Cream. Gitarzysty nie było jednak w grupie, kiedy kawałek powstał - pierwotna wersja znalazła się już na pierwszym demo zespołu, zarejestrowanym w 1965 roku.


7. "Five to One" (z albumu "Waiting for the Sun", 1968)

"Five to One" narodził się od zera w studiu - opowiadał Krieger. Paul Rothchild powiedział: "Przydałoby się coś naprawdę mocnego, prawdziwie rock'n'rollowego". Do dziś wiele osób uważa, że "Five to One" to pierwszy kawałek heavy metalowy. W każdym razie wyszło nam coś naprawdę fajnego. Rzeczywiście, album "Waiting for the Sun", zawierający "Five to One", ukazał się kilka miesięcy przed "Białym albumem" Beatlesów, na którym znajduje się kawałek "Helter Skelter", powszechnie uznawany za pierwszy utwór metalowy. Aczkolwiek, jeszcze w 1964 roku The Kinks nagrali kawałek "You Really Got Me", oparty na gitarowym motywie będącym archetypem heavy metalowego riffu.


8. "Celebration of the Lizard" (utwór niealbumowy, 1968)

Kilkunastominutowy utwór, składający się z siedmiu poematów Morrisona ("Lions in the Street", "Wake Up!", "A Little Game", "The Hill Dwellers", "Not to Touch the Earth", "Names of the Kingdom" i "The Palace of Exile"), z muzyką dopisaną przez pozostałych członków zespołu. Początkowo utwór miał wypełniać całą jedną stronę albumu "Waiting for the Sun", ale w między czasie wokalista stracił nim zainteresowanie. W ogóle śpiewanie przestało go wówczas zajmować - wyjaśniał Rothchild. Chciał robić inne rzeczy, jak pisanie. Bycie wokalistą The Doors przestało mieścić się w jego wyobrażeniach na temat dobrej zabawy. Ciężko było sprawić, by zaangażował się w nagrania.
Brak "Celebration of the Lizard" dokładnie wytłumaczył w jednym z wywiadów Manzarek: Nigdy właściwie nie został ukończony. Przymierzaliśmy się do tego, nagrywaliśmy to nawet kilka razy - ale to ciągle nie było to. Energia nie popłynęła we właściwym kierunku. Niektóre piosenki są gotowe od razu - inne wymagają pewnego okresu "wylęgania". W tym przypadku jaszczurka nie była jeszcze gotowa na opuszczenie jaja. Piosenka wykluła się na koncertach, a potem zabrakło nam czasu, żeby się do tego zabrać, chociaż mieliśmy taki zamiar. W '71 roku byliśmy przekonani, że numer jest już wreszcie gotowy i mogliśmy go nagrać w studiu, ale Jim nie wrócił z Paryża. Siedzący obok Krieger wyraził swoje zdumienie: Mieliśmy go nagrać? Pierwsze słyszę. Nie wiem. To był typowy koncertowy numer.
Grupa rzeczywiście często wykonywała utwór na żywo - można go usłyszeć na wielu koncertówkach, w tym na "Absolutely Live", jedynej wydanej za życia Morrisona (w 1970 roku). Studyjna wersja po raz pierwszy została opublikowana w 2003 roku, na kompilacji "Legacy: The Absolute Best".
Dodać trzeba, że jeden fragment kompozycji - "Not to Touch the Earth" - trafił na "Waiting for the Sun", jako niezależny utwór.


9. "Touch Me" (z albumu "The Soft Parade", 1969)


Album "The Soft Parade" przyniósł sporą zmianę w kwestii brzmienia, co najlepiej słychać na przykładzie najpopularniejszego utworu z płyty, "Touch Me". O ile zwrotki są jeszcze typowo doorsowe, tak w refrenie słychać sekcję smyczkową, a solówka została zagrana na saksofonie. Byłem przeciwny pomysłowi wzbogacenia brzmienia - mówił po latach Krieger. Nie wiem, jakie były odczucia reszty, ale moim zdaniem w jakimś sensie odebrano nam naszą muzykę. To było trochę jak Jim Morrison z towarzyszeniem orkiestry. Chociaż z drugiej strony, kiedy słucham tych kawałków, wiele z nich bardzo mi się podoba. "Touch Me" to przecież świetna rzecz.
Utwór został wydany na singlu i okazał się sporym sukcesem, docierając do 3. miejsca w Stanach.


10. "Roadhouse Blues" (z albumu "Morrison Hotel", 1970)

Powrót do korzeni, czyli surowy utwór bluesowy. Ta muzyka wytrysnęła z nas w następstwie grania standardów w rodzaju "Money" - mówił Krieger. Przelatując przez wszystkie te stare kawałki, wprowadzaliśmy się w hard rockowe klimaty i tworzyliśmy własne utwory w tym samym duchu.
"Roadhouse Blues" jest najbardziej znanym utworem z albumu "Morrison Hotel", często wykonywany był na żywo - nie był jednak singlem (trafił tylko na stronę B "You Make Me Real") aż do 1979 roku, kiedy na małej płycie ukazała się koncertowa wersja z albumu "An American Prayer".


11. "Orange Country Suite" (utwór niealbumowy, 1970)

Fortepianowy utwór, nagrany przez Jima Morrisona, bez udziału pozostałych członków zespołu. Po raz pierwszy został wydany na kompilacji "Essential Rarities", pierwotnie dostępnej tylko jako część boksu "The Complete Studio Recordings" z 1999 roku, ale rok później opublikowanej jako osobne wydawnictwo. Zamieszczona tam wersja zawiera jednak partie dograne przez instrumentalistów The Doors. Jim nagrał tę piosenkę w 1970 roku, uderzając kilka prostych akordów na fortepianie - mówił Ray Manzarek. Znałem ją, ale dopiero, kiedy usłyszałem ją ponownie, przy pracy nad Box Setem, powiedziałem: dokończmy to, zróbmy to dla Jima. Dorzućmy bębny, gitary i niech Bruce Botnick to wyprodukuje. Kiedy więc znaleźliśmy się w studiu, wyglądało to zupełnie tak, jak podczas sesji do "L.A. Woman". Botnick siedział przy konsoli, my przy swoich instrumentach, a Jima Morrisona mieliśmy w słuchawkach. Pograliśmy sobie trochę w czwórkę... Robby Krieger uzupełnia: Warto było to zrobić, chociaż John i ja mieliśmy co do tego wątpliwości i początkowo nie chcieliśmy dograć swoich partii. Ale daliśmy się namówić, pod warunkiem, że jeśli rezultat nie będzie nam odpowiadał, to wtedy zrezygnujemy z umieszczenia nagrania w boksie. John Densmore: Rzeczywiście początkowo byłem temu całkowicie przeciwny. Końcowy efekt jest jednak wspaniały i jestem przekonany, że Jim byłby zachwycony. Manzarek: Wszyscy porównują tę piosenkę do "Free As a Bird" Beatlesów. I słusznie, ale nasza jest lepsza. Piosenka Beatlesów bardzo mi się zresztą podoba, tylko za dużo tam wszystkiego napakowali - ledwo słychać Johna Lennona. W nowym nagraniu The Doors nie ma wątpliwości, że śpiewa Jim Morrison.


12. "Riders on the Storm" (z albumu "L.A. Woman", 1971)


Słynny utwór zamykający ostatni album The Doors z Jimem Morrisonem, narodził się kiedy zespół jamował wokół standardu country, "Riders in the Sky" (znanego też pod tytułami "Ghost Riders", "Ghost Riders in the Sky" lub "A Cowboy Legend"), napisanego w 1948 roku przez Stana Jonesa, a po raz pierwszy nagranego rok później, przez Burla Ivesa. Zdarzyło się, że graliśmy "Ghost Riders in the Sky" dla zabawy - mówił Robby Krieger. Wiele grup, gdy gra coś znanego, zwykle przyśpiesza tempo. The Doors należeli do niewielu zespołów, które grały wolniej. Utwór więc zmieniał się, zwalniał, aż w końcu zamiast zaśpiewać "Ghost Riders in the Sky", Jim zaczął "Riders on the Storm".
Ray Manzarek dodał do utworu charakterystyczną partię zagraną na elektrycznym fortepianie Fender Rhodes. Te mroczne frazy przesycone są zdecydowanie słowiańskim, polskim duchem - mówił klawiszowiec, mający polskie korzenie. W tym utworze najlepiej chyba słychać, skąd się wywodzę. Włącz "Riders on the Storm", a usłyszysz polską muzykę w amerykańskim wydaniu.
Na pomysł dodania odgłosów burzy wpadł Bruce Botnick, po raz pierwszy występujący w roli producenta albumu (Rothchild zrezygnował z tej funkcji, bo nie mógł poradzić sobie z muzykami, którzy - wg jego słów - nie mieli już serca do grania). Według Botnicka "Riders on the Storm" tuż po nagraniu był ładny i lekki. Kształtu nabrał na etapie miksu. Miałem świra na punkcie efektów dźwiękowych i zaproponowałem: "Chcę czegoś spróbować". Elektra miała kilka płyt z efektami, w tym deszcz i burzę. Przegrałem je na taśmę, którą odtworzyłem w czasie miksowania, bo brakowało nam już ścieżek. Gdy taśma z efektami się skończyła, przewijałem ją do jakiegoś miejsca, wciskałem "play" i wracałem do zgrania w stereo. Szczęśliwym trafem dźwięki gromu pojawiły się tam, gdzie się pojawiły - nie były zaplanowane.
Utwór został wydany na singlu w czerwcu 1971 roku. Do pierwszej setki listy Billboardu wszedł 3 lipca - w dniu śmierci Jima Morrisona; ostatecznie dotarł do 14. pozycji. Osiągnął także 22. w Wielkiej Brytanii, oraz 1. we Francji.


16 sierpnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Led Zeppelin

Led Zeppelin - zespół legenda, którego nie mogło zabraknąć w cyklu Najważniejsze utwory... Wybór dwudziestu kompozycji z ich repertuaru nie sprawił mi większych trudności, aczkolwiek nie obyło się bez pewnych wątpliwości. W części cyklu poświęconej Deep Purple przyjąłem zasadę nie umieszczania na listach utworów pochodzących z repertuaru innych wykonawców. Tymczasem kilka z najważniejszych kawałków Led Zeppelin to covery ("Babe, I'm Gonna Leave You") lub wręcz plagiaty ("Dazed and Confused", "Whole Lotta Love") - więcej na ten temat możesz przeczytać tutaj. Nieporozumieniem byłoby jednak pominięcie tak istotnych - dla całej muzyki rockowej - kompozycji, dlatego ostatecznie trafiły na poniższą listę. Oczywiście nie zabrakło na niej też takich arcydzieł, jak - już w pełni autorskie - "Since I've Been Loving You" i "Stairway to Heaven".

Led Zeppelin: John Bonham, Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones.

1. "Good Times, Bad Times" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Utwór otwierający debiutancki album Led Zeppelin, a zarazem pierwszy singiel w dyskografii. To dość zwięzły kawałek w dorobku Led Zeppelin - mówił wokalista Robert Plant. Coś prostszego raczej niż cała rozbudowana kompozycja. W zakończeniu jest interesujący moment, kiedy gitara milknie, śpiewam przez chwilę scatem i znowu wchodzi gitara. Opis utworu uzupełnić może wypowiedź gitarzysty Jimmy'ego Page'a: Najbardziej olśniewa w tym kawałku niesamowita gra Bonzo. To nadludzkie, gdy uświadomimy sobie, że nie używa podwójnego zestawu. Ma tylko jeden bęben taktowy! Bonzo to oczywiście ksywka perkusisty zespołu, Johna Bonhama. Jego styl gry był na tyle unikalny, że po jego tragicznej śmierci w 1980 roku (udusił się własnymi wymiotami, po spożyciu zbyt wielkiej ilości alkoholu) pozostali muzycy woleli rozwiązać zespół, niż zatrudnić nowego bębniarza.
"Good Times, Bad Times" nie radził sobie najlepiej w notowaniach singli: na liście Billboardu osiągnął zaledwie 80. pozycję. Wyżej notowany był w Kanadzie (64.) i Holandii (17.). Jeżeli zaś chodzi o Wielką Brytanię - muzycy Led Zeppelin postanowili nie wydawać żadnych singli w swojej ojczyźnie.
Z niewiadomych powodów, kawałek rzadko był wykonywany na żywo w całości (często można było jednak usłyszeć jego fragmenty w "Communication Breakdown" lub "Whole Lotta Love").


2. "Babe, I'm Gonna Leave You" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Folkowa pieśń napisana pod koniec lat 50., przez niejaką Anne Bredon (wówczas występującą jako Anne Johannsen). W 1962 roku utwór był wykonywany na żywo przez inną folkową piosenkarkę, Joan Baez (znaną z autorskiego hitu "Diamonds & Rust", przerobionego później przez Judas Priest). Jedno z wykonań "Babe, I'm Gonna Leave You" trafiło na jej koncertowy album "Joan Baez in Concert, Part 1", wydany we wrześniu 1962 roku. Właśnie z tej płyty usłyszał go Jimmy Page. Gitarzysta opracował własną wersję, z początku zachowującą folkowy klimat oryginału, ale z czasem nabierającą hard rockowego ciężaru. Jest w tym coś bardzo dramatycznego - dumnie podkreślał.
Wszystko byłoby by w porządku, gdyby nie fakt, że na pierwszych wydaniach "Joan Baez in Concert, Part 1" utwór był podpisany jako tradycyjny. Page myślał, że autor "Babe, I'm Gonna Leave You" jest nieznany, więc wersja Led Zeppelin została podpisana: Traditional, arr. by Jimmy Page. Zapis ten funkcjonował do 1990 roku - wówczas Bredon pozwała zespół do sądu i wywalczyła sobie prawa do tantiem. Na późniejszych wydaniach debiutu "Led Zeppelin" przy tytule utworu widnieją nazwiska Bredon, Page'a i Planta. Co ciekawe, Bredon o wersji Led Zeppelin dowiedziała się dopiero pod koniec lat 80., kiedy jej syn zapytał ją dlaczego wykonywała kawałek tej grupy.
"Babe, I'm Gonna Leave You" - w wersji Led Zeppelin - został wydany na singlu w Stanach (z "Dazed and Confused" na stronie B) i Grecji (z "How Many More Times"), nie był jednak notowany na listach przebojów.


3. "Dazed and Confused" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Pierwotna wersja utworu została skomponowana w 1967 roku, przez amerykańskiego pieśniarza folkowego, Jake'a Holmesa. 25 sierpnia 1967 roku Holmes otwierał koncert brytyjskiej grupy blues rockowej The Yardbirds w nowojorskim Village Theater. Muzykom zespołu, a zwłaszcza gitarzyście Jimmy'emu Page'owi, tak bardzo spodobał się wykonany przez Holmesa "Dazed and Confused", że postanowili opracować własną wersję. Nigdy nie zarejestrowali jej w studiu, ale grali podczas swoich koncertów. Wersję z występu z 30 marca 1968 roku można znaleźć na koncertowym albumie "Live Yardbirds: Featuring Jimmy Page" (1971). Na oryginalnym wydaniu utwór nosi tytuł "I'm Confused" i nigdzie nie można znaleźć informacji o jego autorze. Dopiero na reedycji z 2000 roku pojawia się tytuł "Dazed and Confused", przy którym widnieje dopisek informujący, że autorami kompozycji są Holmes i członkowie The Yardbirds.
Po rozpadzie zespołu, Page zaadoptował utwór to repertuaru swojej nowej grupy, Led Zeppelin. Opracował zupełnie nową aranżację, dopisał własny tekst - z oryginału pozostał tylko tytuł, główny riff i linia wokalna. Mimo wszystko, dziwić może, że na debiutanckim albumie Led Zepps utwór jest podpisany wyłącznie nazwiskiem gitarzysty. Nie trudno zgadnąć, że nie spodobało się to Holmesowi: Nie chcę żeby Page podpisał mnie samego pod tą piosenką - mówił. Wziął ją i nadał jej kierunek, którego ja nigdy bym nie obrał i skończyło się to dużym sukcesem. Więc dlaczego miałbym narzekać? Ale niech przynajmniej umieści mnie jako współautora. Proces sądowy wytoczył jednak dopiero w lipcu 2010 roku.
Wersja Led Zeppelin zaskakiwała niespotykanym wcześniej w muzyce ciężarem - to zasługa nowatorskich metod nagrywania, zaproponowanych przez Page'a. Kiedy grałem jako muzyk sesyjny - opowiadał gitarzysta - perkusistów wsadzano do tych małych pomieszczeń z niskim sufitem - cała siła ulatywała. Ja wiedziałem, że perkusja musi być nagrywana w odpowiednich warunkach akustycznych. Odkryłem, ze jeśli odsunie się mikrofon od membrany, dźwięk będzie miał przestrzeń do "oddychania", stąd ciężkie brzmienie. Page kombinował także z gitarami, próbując różnych efektów i wzmacniaczy. W instrumentalnym fragmencie "Dazed and Confused" używa nawet smyczka do gry na gitarze. To nie sztuczka, jak niektórzy myślą - mówił. Chodzi o wydobywanie wspaniałych dźwięków. Można użyć pełnoprawnych technik smyczkowych do uzyskania nowego spektrum i głębi. Jedynym minusem jest płaski gryf gitary, w przeciwieństwie do półokrągłego skrzypiec, to trochę ogranicza.
Utwór był kluczowym punktem koncertów zespołu w latach 1968-75, a improwizacje Page'a wydłużały go nawet do blisko pół godziny.


4. "Communication Breakdown" (z albumu "Led Zeppelin", 1969)

Szybki, dość prosty kawałek, uznawany za jeden z pierwszych utworów heavy metalowych - tylko brzmienie nie było jeszcze odpowiednio ciężkie; dopiero przy nagrywaniu kolejnego albumu Jimmy Page będzie dysponował właściwym sprzętem. Mimo wszystko, utwór był dobrą zapowiedzią tego, co grupa miała zaprezentować w przyszłości. Zresztą zauważył to sam gitarzysta: Czułem, że "Communication Breakdown" i "Dazed and Confused" były najbardziej reprezentatywne, jeśli chodzi o ten zespół.
"Communication Breakdown" to jedyny utwór zespołu wykonywany na każdej trasie koncertowej (zazwyczaj jako otwieracz lub zamykacz występów); nie był jednak grany podczas wspomnianego wyżej koncertu z 2007 roku.
W 1990 roku własną wersję kawałka nagrała grupa Iron Maiden (trafiła na stronę B singla "Bring Your Daughter... to the Slaughter").


5. "Whole Lotta Love" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Utwór opiera się na jednym z najbardziej rozpoznawalnych riffów wszech czasów, podprowadzonym jednak z utworu  "You Need Love" Williego Dixona. To był po prostu riff, który w tym czasie przyszedł mi do głowy - tłumaczył Page. Na początku był riff, do którego stopniowo dorobiliśmy resztę. Jeżeli chodzi o tą resztę, to w tekście "Whole Lotta Love" również można znaleźć podobieństwa do tego samego kawałka Dixona, z kolei linia wokalna przypomina wersję The Small Faces, noszącą tytuł "You Need Loving". Dixon pozwał zespół i od 1985 roku jest uznawany za współautora "Whole Lotta Love".
Nie jest to jednak zwykły plagiat. Page'owi udało się stworzyć naprawdę ciężkie brzmienie, nieporównywalnie mocniejsze, niż na debiucie. Dodatkowo, w połowie kawałka pojawia się nagłe przełamanie, pełne dźwiękowych eksperymentów - gitarzysta sięgnął tutaj nawet po instrument z grupy elektrofonów elektronicznych, zwany thereminem.
Utwór został wydany na singlu w większości krajów i okazał się pierwszym sukcesem grupy, docierając do 1. miejsca notowań Australijskiego i Niemieckiego, 2. w Belgii i Kanadzie, 3. w Austrii, oraz 4. w Stanach, Hiszpanii, Szwajcarii i Nowej Zelandii. W każdym kraju płyta zawierała inną stronę B, zawsze był to jednak jakiś utwór z pierwszego lub drugiego albumu zespołu. Singiel miał ukazać się także w Wielkiej Brytanii, ale tłoczenie zostało zatrzymane przez menadżera grupy, Petera Granta. Jednak 28 lat później, w 1997 roku, w końcu została wydana tam mała płyta z tym utworem (aczkolwiek w wersji z koncertówki "BBC Sessions") - był to pierwszy i jedyny brytyjski singiel zespołu (osiągnął 21. miejsce w notowaniu).
"Whole Lotta Love" po raz pierwszy został zagrany na żywo 26 kwietnia 1969, podczas występu w San Francisco - od tamtej pory był grany na większości koncertów zespołu. Podobnie jak wiele innych kawałków Led Zeppelin, na żywo często rozrastał się do kilkunastu minut - wydłużał się o improwizacje muzyków, lub fragmenty innych utworów, czasem z własnego repertuaru, a czasem standardów bluesowych i rock and rollowych.


6. "Thank You" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Utwór pokazujący łagodniejszą stronę Led Zeppelin, oparty głównie na gitarach akustycznych, oraz organach Hammonda, na których zagrał basista zespołu, John Paul Jones. Tekst kawałka został - po raz pierwszy w historii zespołu - w całości napisany przez Planta i jest miłosnym wyznaniem skierowanym do jego ówczesnej żony, Maureen.
Utwór był grany na żywo na większości tras koncertowych w latach 1970-73. Przeważnie poprzedzało go organowe lub melotronowe solo Jonesa.


7. "Heartbreaker" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Utwór opiera się na kolejnym świetnym riffie Page'a, najbardziej wyróżnia się jednak za sprawą solówki, granej bez żadnego podkładu rytmicznego. Miałem taki kaprys - wyjaśniał gitarzysta. Zawsze próbowałem stworzyć coś innego, coś czego nikt inny nie wymyślił. Interesujący jest fakt, że solówka została zarejestrowana po ukończeniu "Heartbreaker", to efekt późniejszego namysłu. Cały ten fragment został nagrany w innym studiu i wstawiony do środka. Jeśli się wsłuchasz, brzmienie gitary jest inne.
"Heartbreaker" to jeden z najczęściej wykonywanych na żywo utworów przez Led Zeppelin - jedyny, obok "Communication Breakdown", który był wykonywany każdego roku, kiedy grupa koncertowała.
Kawałek został wydany na singlu we Włoszech, RPA i na Filipinach. W pozostałych krajach radiowcy odtwarzali go z albumu - przeważnie razem z następującym po nim "Living Loving Maid (She's Just a Woman)", ponieważ ze względu na brak przerwy pomiędzy nimi i podobną tematykę tekstów, nie wiedzieli gdzie kończy się pierwszy z nich, a zaczyna drugi.


8. "Living Loving Maid (She's Just a Woman)" (z albumu "Led Zeppelin II", 1969)

Najmniej lubiany przez Jimmy'ego Page'a utwór z repertuaru Led Zeppelin, nigdy nie wykonany przez grupę na żywo w całości - jedynie podczas koncertu w Düsseldorfie, 12 marca 1970 roku, zespół wykonał jego fragment na zakończenie "Heartbreaker". Kawałek był za to wykonywany przez Roberta Planta na jego solowej trasie z 1990 roku, promującej album "Manic Nirvana".
Na pierwszym brytyjskim wydaniu "Led Zeppelin II" utwór nosił tytuł "Livin' Lovin' Wreck (She's a Woman)". Amerykański wydawca zamienił słowo "Wreck" (wrak) na bardziej neutralne "Maid" (panna). Ten drugi tytuł przyjął się bardziej i figurował na wszystkich późniejszych wydaniach longplaya.
"Living Loving Maid" został wydany na singlu w kilku krajach: w Japonii i Turcji (w obu z "Bring It On Home" na stronie B), w Argentynie (z "Whole Lotta Love") oraz w Peru (z "Ramble On"). Został także umieszczony na stronie B amerykańskiego singla "Whole Lotta Love". Paradoksalnie, właśnie w Stanach osiągnął największy sukces, lądując na 65. miejscu listy Billboardu.


9. "Immigrant Song" (z albumu "Led Zeppelin III", 1970)

Utwór został zainspirowany pierwszą wizytą zespołu w Islandii, w czerwcu 1970 roku. Przybyliśmy do krainy lodu i śniegu - mówił Plant. Byliśmy gośćmi rządu Islandii na misji kulturowej. Mieliśmy zagrać koncert w Reykjaviku, ale dzień przed naszym przyjazdem rozpoczął się strajk urzędników państwowych i występ miał być odwołany. Jednak uniwersytet przygotował dla nas halę koncertową, to było fenomenalne. Odpowiedź od dzieciaków była niezwykła, a my bawiliśmy się świetnie. "Immigrant Song" opowiada właśnie o tej podróży. Tekst dotyczy także wikingów, opuszczających Skandynawię w poszukiwaniu nowych terenów.
Muszę powiedzieć, ze wkład Roberta w tę piosenkę był absolutnie wspaniały - mówił Page o nagrywaniu utworu. Jego przypominająca "Bali Ha'i" linia wokalna była natchniona i całkowicie spontaniczna. Pamiętam, jak podczas pracy nad "Immigrant Song" układały się wszystkie elementy: ja i John Bonham graliśmy riff, z użyciem akordów A i E, jak w "Rumble", a Robert śpiewał wspaniałe melodie. "Bali Ha'i" to piosenka z musicalu "South Pacific", natomiast "Rumble" - uwielbiany przez Page'a utwór rock and rollowego muzyka Linka Wraya.
"Immigrant Song" został wydany na singlu i okazał się kolejnym sukcesem zespołu (m.in. 2. miejsce w Kanadzie, 6. w Niemczech i 16. na liście Billboardu). Większość wydań singla na stronie B zawierała kawałek "Hey Hey What Can I Do" - jedyny niealbumowy utwór Led Zeppelin, jaki kiedykolwiek trafił na małą płytę.
"Immigrant Song" otwierał koncerty zespołu w latach 1970-72, w 1973 roku został przeniesiony do bisów, a następnie usunięty z setlisty. W ostatnich latach utwór często pojawia się w filmach - można go usłyszeć w "Szkole rocka" (2003) i  "Shreku Trzecim" (2007).


10. "Since I've Been Loving You" (z albumu "Led Zeppelin III", 1970)

Ciężka bluesowa ballada, będąca kulminacyjnym punktem trzeciego albumu zespołu. Wrażenie robi niezwykle emocjonalny śpiew Roberta Planta, jak również niesamowita solówka Jimmy'ego Page'a, o której gitarzysta powiedział kiedyś, że była najtrudniejszą w całej jego karierze. Później tłumaczył: "Since I've Been Loving You" to utwór niezwykle dramatyczny. Ale każde moje solo to wielki wysiłek. Nagrywałem solówki na samym końcu, gdy reszta była już na taśmie. Nagrywałem je nawet po Robercie, chciałem bowiem wiedzieć, jaki klimat ma jego partia wokalna. I mam nadzieję, że moje sola wzbogaciły utwory. Że ludzie nie odbierają ich jako dodatkowej porcji hałasu. "Since I've Been Loving You" nie jest co prawda dwunastotaktowym bluesem, ale ma w sobie wiele z bluesa. A w okresie, w którym powstał, wielu gitarzystów skłaniało się ku bluesowi. I niełatwo było zagrać solo, które przewyższałoby sola zagrane przez innych. A jak sądzę, o to w tym wszystkim chodzi. W innym wywiadzie wyraził jednak wątpliwości, czy mu się to udało: Mogło być lepsze. Ale nigdy nie można być w pełni zadowolonym z tego, co się robi.
"Since I've Been Loving You" był regularnie wykonywany na żywo w latach 1970-73, a także sporadycznie podczas kolejnych tras. Podczas występów w 1977 roku Page wydłużał solówkę o fragment innego utworu zespołu, utrzymanego w podobnym klimacie "Tea For One". O tym drugim utworze gitarzysta mówił: To jedyny raz, gdy byliśmy blisko powtórzenia nastroju jednego z naszych utworów, "Since I've Been Loving You". Podobna jest struktura utworów - minorowy blues. Chcieliśmy stworzyć swobodny blues bez zbytniej napinki.
W 1994 roku utwór został ponownie nagrany przez Page'a i Planta na ich wspólny album "No Quarter: Jimmy Page and Robert Plant Unledded", zawierający nowe, przearanżowane wersje wybranych kawałków Led Zeppelin, oraz kilka premierowych kompozycji duetu.


11. "Black Dog" (z albumu "Led Zeppelin IV", 1971)

Pomysłodawcą riffu był John Paul Jones. Pierwotnie miał być grany w metrum 3/16, ale został uproszczony, żeby nadawał się do wykonywania na żywo. Basista tłumaczył, że chciał spróbować elektrycznego bluesa z partią bujającego basu. Ale nie mógł być zbyt prosty - dodawał. Tytuł utworu odnosi się do czarnego labradora, błąkającego się po studiu, kiedy zespół nagrywał swój czwarty album. Tekst nie ma jednak z nim nic wspólnego - dotyczy seksualnego pożądania. Nie wszystkie moje teksty powinny być poddawane szczegółowej analizie - mówił Plant. Rzeczy takie jak "Black Dog" są po prostu bezczelnie oczywiste - coś w stylu "zróbmy to w łazience", ale sedno sprawy jest takie samo.
Utwór został wydany na singlu (m.in. 15. miejsce w notowaniu Billboardu), był także regularnie wykonywany na żywo od marca 1971 roku, aż do ostatniej trasy zespołu, z 1980 roku.


12. "Rock and Roll" (z albumu "Led Zeppelin IV", 1971)

Utwór powstał przypadkiem, gdy muzykom nie szło nagrywanie innego kawałka. Zaczęło się od rytmu zagranego przez Bonhama, po chwili dołączył do niego Page, grający klasycznie rock and rollowy motyw, w stylu Little Richarda. Gitarzysta wspominał: Powiedziałem: "Chwila, to jest świetne! Zapomnijmy o 'Four  Sticks', popracujmy nad tym". Stworzyliśmy to z miejsca. W trzech czy czterech podejściach. Tekst napisany przez Planta nawiązuje do przebojów z lat 50. i 60., m.in. "The Stroll" Chucka Willsa i "The Book of Love" grupy The Monotones.
Gościnnie w utworze wystąpił pianista Ian Stewart, znany ze współpracy z grupą The Rolling Stones (do 1963 roku był jej oficjalnym członkiem, później wspierał ich jako road manager i klawiszowiec, aż do swojej śmierci w 1985 roku). Stewart wystąpił w jeszcze jednym utworze Led Zeppelin, "Boogie with Stu", zarejestrowanym podczas tej samej sesji co "Rock and Roll", ale wydanym dopiero na albumie "Physical Graffiti" z 1975 roku.
"Rock and Roll" został wydany na singlu w lutym 1972 roku, w Stanach, Kanadzie, Meksyku, Brazylii, Australii, Nowej Zelandii, Japonii, Niemczech, Austrii, Holandii, Francji, Hiszpanii, Portugalii, a nawet w Polsce (we wszystkich tych krajach wraz z "Four Sticks" na stronie B), a także w RPA (z "Going to California" na drugiej stronie). W Stanach ukazał się także w formie EPki (strona A zawierała utwory "Rock and Roll" i "Black Dog", na stronę B trafił "Stairway to Heaven"). Na liście Billboardu kawałek dotarł zaledwie do 47. miejsca, najwyżej notowany był  natomiast w Niemczech (13. pozycja) i Hiszpanii (14.).
Od 1971 roku utwór był regularnie grany przez zespół na żywo.


13. "Stairway to Heaven" (z albumu "Led Zeppelin IV", 1971)

Najsłynniejszy utwór zespołu, pomimo tego, że nie został wydany na singlu (nie licząc promocyjnych płyt radiowych, wydanych w Stanach, RPA, Brazylii i na Filipinach). To nigdy, przenigdy, nie będzie wydane na singlu - mówił po latach Page. Chcemy, żeby ludzie słuchali tego w kontekście płyty. Twierdziłem też, że brak singla pomoże w sprzedaży albumu. Poza tym najmniej na świecie interesowały mnie kombinacje z tym utworem. W jednej chwili pojawiłby się singiel, a w następnej wersja skrócona. Nie mogłem na to pozwolić.
O powstaniu kompozycji gitarzysta opowiadał następująco: Bawiłem się gitarą akustyczną, miałem różne fragmenty, które ze sobą połączyłem. Chciałem, żeby powstało coś z wejściem bębnów w środku, co narasta do wielkiego crescendo. Chciałem też, żeby utwór przyśpieszał. W innym wywiadzie Page tłumaczył: Świadomie złamałem pewną zasadę obowiązującą w muzyce. Mówi ona, że się nie przyśpiesza, ani nie zwalnia. Ale dzięki temu powstało coś nowatorskiego. Przedtem nie było niczego takiego. I uważam to za powód do dumy.
Mniej zadowolony ze swojego wkładu w napisanie tej kompozycji jest Robert Plant: Mam problem z niektórymi tekstami sprzed lat. Pod względem muzycznym, formalnym, "Stairway to Heaven" to utwór niemający sobie równych. Ale moje odczucia wobec tekstów, które kiedyś napisałem, z czasem się zmieniają. I chyba nadal próbuję rozgryźć, o co mi chodziło, kiedy pisałem "Stairway to Heaven". Poraźcie mi zresztą sukinsyna, któremu to się udało.
W introdukcji utworu niektórzy dopatrują się podobieństwa do instrumentalnej kompozycji "Taurus", nagranej w 1968 roku przez amerykański zespół Spirit. Ludzie zawsze pytają mnie, dlaczego "Stairway to Heaven" brzmi dokładnie jak dwa lata starszy "Taurus" - mówił Randy California, gitarzysta Spirit. Wiem, że Led Zeppelin na koncertach wykonywali także "Fresh-Garbage". Otwierali nasze koncerty, podczas swojej pierwszej wizyty w Stanach.
Podobnie jak utwory "Black Dog" i "Rock and Roll", "Stairway to Heaven" do koncertowej setlisty wszedł w marcu 1971 roku i utrzymał się w niej aż do rozwiązania grupy.


14. "The Rain Song" (z albumu "Houses of the Holy", 1973)

Utwór ten nie powstałby, gdyby nie pewna rozmowa perkusisty Led Zeppelin, Johna Bonhama, z eks-Beatlesem, Georgem Harrisonem. Kulisy rozmowy przytoczył Page: Któregoś wieczora George rozmawiał z Bonzo i powiedział: "Waszym problemem chłopaki jest to, że nigdy nie gracie ballad". Pomyślałem: "Dam mu balladę" i napisałem "Rain Song". Można nawet dostrzec, że w pierwszych dwóch akordach piosenki cytuję "Something". ("Something" to największy przebój Beatlesów autorstwa Harrisona, a zarazem jedyny skomponowany przez niego utwór, wydany na stronie A bitlesowskiego singla.)
Żadne źródło nie podaje kiedy Harrison wypowiedział cytowane powyżej słowa - musiało to być jednak przed nagraniem przez zespół "Stairway to Heaven".
Na żywo utwór został po raz pierwszy wykonany na japońskiej trasie z października 1972 roku. W setliście pozostał do rozwiązania zespołu, chociaż nie był grany podczas amerykańskiej trasy w 1977 roku.


15. "D'yer Mak'er" (z albumu "Houses of the Holy", 1973)

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych utworów Led Zeppelin, utrzymany w klimacie... reggae. Większość słuchaczy uznała go za żart, krytycy muzyczni nie zostawili na nim suchej nitki. Swoją niechęć do niego wyrażał nawet John Paul Jones, twierdzący, że umieszczenie tego utworu na płycie było nieprzemyślane. Negatywne opinie dziwiły jednak Page'a: Nie spodziewałem się, że ludzie tego nie załapią. Myślałem, że to dość oczywiste. Piosenka sama w sobie jest łącznikiem pomiędzy reggae, a kawałkiem z lat 50., "Poor Little Fool" Bena E. Kinga.
Utwór mimo wszystko został wydany na singlu i doszedł do 20. miejsca w Stanach. Nie był jednak nigdy grany na żywo, chociaż czasem był cytowany we fragmentach w "Whole Lotta Love" lub "Communication Breakdown".
Prawidłowa wymowa tytułu powinna brzmieć jak wyraz Jamaica w wymowie brytyjskiej. Właśnie z Jamajki wywodzi się styl reggae.


16. "No Quarter" (z albumu "Houses of the Holy", 1973)

Kolejny nietypowy utwór - tym razem zespół udał się jednak w kierunku rocka progresywnego, lub nawet jazz rocka. Głównym kompozytorem jest John Paul Jones, grający tutaj na syntezatorze oraz akustycznym i elektrycznym pianinie. Instrumenty te nadają kompozycji niesamowity, mroczny klimat. Basista nie mógł później wybaczyć Page'owi i Plantowi, że wykorzystali tytuł utworu do zatytułowania swojego albumu "No Quarter: Jimmy Page and Robert Plant Unledded". Na ich usprawiedliwienie można dodać, że utwór zawdzięcza sporo studyjnym eksperymentom Page'a: Zastosowałem w całym tym kawałku technikę zmiany prędkości dźwięku - tłumaczył gitarzysta. Obniżyłem piosenkę o pół tonu, żeby brzmiała gęściej, bardziej intensywnie.
Utwór był stałym punktem koncertów w latach 1973-80, a improwizacje Jonesa na instrumentach klawiszowych rozciągały go do kilkunastu minut.


17. "Trampled Under Foot" (z albumu "Physical Graffiti", 1975)


I jeszcze jeden eksperyment - tym razem muzycy postanowili zaadoptować do swojej twórczości rytmikę funkową. Muzyka powstała podczas jamu Page'a i Jonesa, a napisane przez Page'a słowa zostały zainspirowane utworem "Terraplane Blues", z repertuaru bluesowego muzyka Roberta Johnsona. Terraplane to nazwa produkowanego w latach 1932-38 amerykańskiego samochodu, natomiast w utworze Zeppelinów części samochodowe są użyte jako metafora treści związanych z seksem.
W wielu krajach utwór został wydany na singlu (38. pozycja na liście Billboardu nie była największym sukcesem grupy, ale tragedii też nie było), był także stałym punktem koncertów, począwszy od 1975 roku.


18. "Kashmir" (z albumu "Physical Graffiti", 1975)

Chyba najbardziej znany utwór Led Zeppelin z drugiej połowy lat 70., zdradzający inspirację muzyką orientalną. "Kashmir" wziął się z podróży, jaką odbyliśmy z Jimmym po atlantyckim wybrzeżu Maroka - od Agadiru po Sidi Ifni. Byliśmy tacy, jak reszta hippisów - tłumaczył Plant. W samym Kaszmirze jednak nie byli, jak przyznał Page w jednym z wywiadów, w 1975 roku.
W utworze gościnnie pojawiają się anonimowi muzycy, grający na instrumentach smyczkowych i dętych. Pomysł narodził się później i sprowadzał się do tego, by orkiestra dublowała partię gitary - wyjaśniał Page. Brzmienie jest dzięki temu potężniejsze, ale zasadniczo orkiestra gra te same nuty co gitara. "Kashmir" narodził się z riffu gitarowego i pierwotnie tylko gitara miała grać ten riff.
W koncertowej setliście utwór pojawił się w 1975 i od tamtego czasu był grany praktycznie na każdym koncercie grupy, także na wspomnianym już kilkakrotnie występie z 2007 roku. Zarejestrowana wówczas wersja została "wydana" na cyfrowym singlu i osiągnęła 42. miejsce w Stanach, oraz 80. w Wielkiej Brytanii. Singiel z oryginalną wersją "Kashmir" został wydany jedynie w Tajlandii, jeszcze w 1975 roku.


19. "Achilles Last Stand" (z albumu "Presence", 1976)

"Presence" nie należy do najwybitniejszych albumów Led Zeppelin, ale - jak twierdzi Robert Plant - płytę uratowały "Candy Store Rock" i "Achilles Last Stand". Szczególnie rytm był w nich mocno inspirujący. Ten drugi tak bardzo spodobał się wokaliście, że niemal zapomniał o urazach, jakich doznał poprzedniego roku w wypadku samochodowym: Kuśtykałem podczas tego wspaniałego kawałka i nagle dopadł mnie entuzjazm. Biegłem o kulach do kabiny wokalnej i wywróciłem się prosto na chorą stopę. Zabrzmiał gromki trzask, błysnęło mi przed oczami, ogarnęły mnie katusze.
"Achilles Last Stand" to jeden z najdłuższych, najbardziej progresywnych utworów w dorobku grupy. Oparty na mocnej, basowo-perkusyjnej podstawie (przypominającej późniejszą twórczość Iron Maiden), z nagłymi przełamaniami rytmu i tempa, niezwykłymi harmoniami wokalnymi, oraz z niesamowitą grą Page'a - raz delikatną, kiedy indziej bardzo intensywną. To chyba w tym utworze znajduje się jego najlepsza solówka, zaraz po tych z "Since I've Been Loving You" i "Stairway to Heaven".
"Achilles" to klasyka - mówił Page, nieukrywający, że to jego ulubiony utwór z repertuaru grupy. O licznych gitarowych nakładkach mówił następująco: Kiedy Ronnie Wood i Keith Richards przyszli nas posłuchać, Keith powiedział: "Powinniście mieć drugiego gitarzystę, inaczej szybko zyskasz sławę, jako najbardziej przepracowany gitarzysta w biznesie". Całkiem zabawne. Były chwile, kiedy pragnąłem żebyśmy mieli drugiego gitarzystę, ale to nie byłoby w porządku wobec naszej publiczności. Mimo złożonej budowy, utwór był regularnie grany podczas trasy promującej album.


20. "All My Love" (z albumu "In Through the Out Door", 1978)

Kolejny kontrowersyjny utwór zespołu, oparty głównie na brzmieniach syntezatorowych. Chociaż utwór był wykonywany podczas ostatniej trasy zespołu, po latach Page mówił o nim: To nie byliśmy my i podkreślał, że nie chciałby aby zespół poszedł w takim kierunku na kolejnych płytach (do których nagrania już jednak nie doszło). Warto dodać, że "All My Love" jest jednym z zaledwie dwóch utworów zespołu (drugi to pochodzący z tej samej płyty "South Bound Saurez"), w których komponowaniu gitarzysta nie brał udziału. Kawałek został napisany przez Planta i Jonesa. W przeciwieństwie do Page'a, wokalista przyznaje, że to jeden z jego ulubionych utworów w repertuarze grupy. Trudno się temu dziwić, Plant napisał do niego bardzo osobisty tekst, zadedykowany jego zmarłemu synowi, Karacowi.
"All My Love" został wydany na singlu w Brazylii, Argentynie i Peru.


14 sierpnia 2013

[Recenzja] Nirvana - "In Utero" (1993)



Muzyków Nirvany szybko znudziła ogromna popularność, jaką osiągnęli dzięki "Nevermind" i "Smells Like Teen Spirit", postanowili więc powrócić do mniej przystępnego grania. Zawartość "In Utero" to w sporej części kawałki odpychające i bardzo chaotyczne ("Scentless Apprentice", "Very Ape", "Milk It", "tourette's"). Przeważa w nich wrzask, chaotyczne piski gitar - radiowych melodii brak, nawet jeśli tytuł sugeruje coś innego ("Radio Friendly Unit Shifter"). Coś z przebojowości poprzedniego albumu zostało tylko w trzech utworach: singlowych "Heart-Shaped Box" i "Rape Me", oraz w otwierającym album "Serve the Servants". Bardziej wyrazistą melodię ma jeszcze "Frances Farmer Will Have Her Revenge on Seattle", ale sam kawałek jest zagrany bardzo niechlujnie. Na albumie pojawia się także kilka zaskakujących w kontekście całości, łagodniejszych fragmentów: "Dumb", "Pennyroyal Tea" i "All Apologies". Dwa pierwsze są naprawdę udane, wyjątkowo zgrabne, jak na Nirvanę; za to trzeci z nich jest po prostu mdły i nudny. Podobnie jak "Nevermind", także "In Utero" (z wyjątkiem wydania amerykańskiego) zawiera na końcu ukryty utwór o jamowym charakterze - "Gallons of Rubbing Alcohol Flow Through the Strip". Nic specjalnego, kolejna chaotyczna improwizacja.

Ocena: 6/10



Nirvana - "In Utero" (1993)

1. Serve the Servants; 2. Scentless Apprentice; 3. Heart-Shaped Box; 4. Rape Me; 5. Frances Farmer Will Have Her Revenge on Seattle; 6. Dumb; 7. Very Ape; 8. Milk It; 9. Pennyroyal Tea; 10. Radio Friendly Unit Shifter; 11. tourette's; 12. All Apologies

Skład: Kurt Cobain - wokal i gitara; Krist Novoselic - bass; Dave Grohl - perkusja
Gościnnie: Kera Schaley - wiolonczela (6,12)
Producent: Steve Albini


13 sierpnia 2013

[Recenzja] Nirvana - "Nevermind" (1991)



Kamień milowy, jedna z najważniejszych płyt w historii muzyki rockowej - takimi słowami przeważnie opisuje się ten album, drugi w dyskografii amerykańskiej Nirvany (była jeszcze brytyjska, działająca w latach 60.). Fakt, że to dzięki tej płycie media przypomniały sobie o muzyce rockowej - ale było to tylko krótkotrwałe zainteresowanie z ich strony, dziś nie pozostał po nim żaden ślad. Z perspektywy czasu można więc powiedzieć, że "Nevermind" to album, którego rola w historii muzyki jest zdecydowanie przeceniana. Sam zespół także - przez ostatnie pięćdziesiąt lat pojawiło się tylu interesujących wykonawców, że Nirvana wypada przy nich jak garażowy zespół, nie do końca wiedzący jak korzystać z instrumentów, który zupełnie przypadkiem nagrał kilka przebojów. Obecnie słuchają ich chyba tylko ludzie, którzy zaczynali interesować się muzyką w pierwszej połowie lat 90., oraz gimnazjaliści, którzy dopiero zaczynają słuchać muzyki rockowej i nie mają jeszcze pojęcia o istnieniu lepszych zespołów. Tym pierwszym sentyment do grupy pozostanie już pewnie na zawsze, natomiast drugim - przynajmniej większości z nich - fascynacja szybko minie.

Mimo wszystko, "Nevermind" to płyta warta poznania. Bardzo zmieniło się podejście członków grupy do tworzenia od czasu wydanego dwa lata wcześniej debiutu "Bleach". O ile na tamtym longplayu dominował zgiełk, gitarowe sprzężenia, wrzask, punkowa prostota i ogólny chaos (jedynie półakustyczny, bitlesowski "About a Girl" wyróżniał się wyrazistą melodią), tak tutaj zwrócili się ku graniu zdecydowanie przebojowemu, wręcz popowemu. Właściwie tylko chaotyczny "Territorial Pissings", ewentualnie jeszcze punkowy "Breed", przypominają, że to ten sam zespół, który nagrał "Bleach". Pozostałe utwory oczywiście dalej są bardzo proste, oparte na kilku powerchordach i przeważnie zbudowane według identycznego schematu (łagodne zwrotki zestawione z ostrymi refrenami), ale - być może właśnie dzięki tej prostocie - momentalnie zapadają w pamięć. Wszystkie cztery single promujące album - "Smells Like Teen Spirit", "In Bloom", "Come As You Are" i "Lithium" - stały się wielkimi przebojami. Najbardziej popularny był (i dalej jest) pierwszy z nich - to jego sukces w rozgłośniach radiowych i MTV zwrócił uwagę tłumów na cały album. Paradoksalnie, wypada dość blado na tle pozostałych kawałków. O wiele ciekawszy jest chociażby "Come As You Are", oparty na pomysłowym riffie (cóż z tego, że zerżniętym z "Eighties" Killing Joke?), przetworzonym tak, by brzmiał jak nagrywany pod wodą.

Zresztą utwory niewydane na singlach często okazują się lepsze od tych, które zespół i wydawca przeznaczyli do promocji. Moim ulubionym fragmentem "Nevermind" zawsze był "Drain You", oparty na bardzo chwytliwej linii wokalnej, z wieloma gitarowymi nakładkami i ciekawą, psychodeliczną częścią środkową, przypominającą eksperymenty Pink Floyd z czasów Syda Barretta. Nie rozumiem, czemu na singlu ukazała się dopiero wersja z koncertowego albumu "From the Muddy Banks of the Wishkah" z 1996 roku, niedorównująca zresztą tej albumowej. Świetny jest też "Lounge Act", z fajnie pulsującym basem i bardzo melodyjnym refrenem, oraz z ostrzejszą, wykrzyczaną końcówką. Nieco słabiej wypada ostrzejszy "Stay Away", ale może dlatego, że zaraz po nim umieszczony jest kolejny niesinglowy przebój, "On a Plain", z bardzo przyjemnymi chórkami. Całości dopełniają dwa odstające od reszty utwory, oparte na brzmieniach akustycznych - piosenkowa "Polly", oraz wolny, smutny "Something in the Way". Ten drugi to najpiękniejszy utwór w całym dorobku grupy. W większości wydań "Nevermind" na koniec pojawia się jeszcze ukryty utwór "Endless, Nameless" - nieciekawa, chaotyczna improwizacja muzyków.

Niektórzy zaliczają "Nevermind" do klasyki rocka - to jednak przesada. W żadnym wypadku nie jest to album przełomowy, a po prostu prosta rockowa płyta, pełna świetnych melodii. To zdecydowanie za mało, żeby uznać ją za wybitną. Ale nie każdy longplay musi być wybitny czy przełomowy, najważniejsze ile radości daje słuchaczom. A "Nevermind" może jej dać naprawdę dużo. Szkoda tylko, że zdobi go tak okropna, pedofilska okładka.

Ocena: 7/10



Nirvana - "Nevermind" (1991)

1. Smells Like Teen Spirit; 2. In Bloom; 3. Come as You Are; 4. Breed; 5. Lithium; 6. Polly; 7. Territorial Pissings; 8. Drain You; 9. Lounge Act; 10. Stay Away; 11. On a Plain; 12. Something in the Way

Skład: Kurt Cobain - wokal i gitara; Krist Novoselic - bass; Dave Grohl - perkusja
Gościnnie: Chad Channing - instr. perkusyjne (6); Kirk Canning - wiolonczela (12)
Producent: Butch Vig


12 sierpnia 2013

[Recenzja] Paradise Lost - "Tragic Idol" (2012)



"Tragic Idol" ukazał się ponad rok temu, ale dopiero niedawno miałem okazję zapoznać się z jego zawartością. Po prostu kilka lat temu tak się nasłuchałem płyt Paradise Lost, że nie śpieszyło mi się by do nich wrócić, ani by poznać nowe wydawnictwo zespołu. I w sumie niewielka to strata. Najbardziej zaskakująca jest okładka, utrzymana w stylistyce grafik zdobiących albumy zespołów sludge / stoner metalowych. Przez chwilę nawet myślałem, że muzycy Paradise Lost po raz kolejny postanowili odmienić swoje brzmienie... Ale nie, okazuje się, że chęć do poszukiwań i eksperymentów już dawno im przeszła - teraz wolą nie wychylać się z niszy, która ich wielbicielom najbardziej odpowiada. Innymi słowy, "Tragic Idol" to bezpośrednia kontynuacja "Faith Divides Us - Death United Us", może tylko odrobinę cięższa.

Otwieracz albumu nawiązuje jednak do innego longplaya grupy, klasycznego już "Draconian Times" - podobieństwo struktury "Solitary One" do "Enchantment" jest aż zbyt uderzające. To z pewnością efekt trasy z 2011 roku, na której zespół wykonywał w całości swój album z 1995 roku. Na przykładzie "Solitary One" - łączącego fragmenty ciężkie z bardziej melodyjnymi, klimatycznymi - najlepiej słychać jak przez te lata zmienił się głos Nicka Holmesa. O ile wokalista wciąż radzi sobie z melodyjnym śpiewem, to jego mocniejszy wokal sprawia wrażenie wymuszonego i wymęczonego. Niestety, na "Tragic Idol" częściej korzysta z tego drugiego. Tracą na tym zwłaszcza utwory o większym potencjale melodycznym ("Crucify", "Honesty in Death", "To the Darkness", "The Glorious End"). Czysty śpiew pojawia się w chwytliwym "Fear of Impending Hell", zbudowanym na podobnej zasadzie co tytułowy utwór z poprzedniego longplaya (łagodne zwrotki / ostrzejszy refren), w jeszcze bardziej przebojowym, naprawdę rewelacyjnym "Tragic Idol", a także w nieco łagodniejszym "Worth Fighting For"; słychać go jeszcze we fragmentach hipnotyzującego "The Glorious End". Te cztery utwory, a także wspomniany wcześniej "Solitary One", to zdecydowanie najlepsze fragmenty albumu. Reszta niestety zawodzi oczekiwania.

Ocena: 6/10



Paradise Lost - "Tragic Idol" (2012)

1. Solitary One; 2. Crucify; 3. Fear of Impending Hell; 4. Honesty in Death; 5. Theories from Another World; 6. In This We Dwell; 7. To the Darkness; 8. Tragic Idol; 9. Worth Fighting For; 10. The Glorious End

Skład: Nick Holmes - wokal; Gregor Mackintosh - gitara i instr. klawiszowe; Aaron Aedy - gitara; Steve Edmondson - bass; Adrian Erlandsson - perkusja
Producent: Jens Bogren


9 sierpnia 2013

[Recenzja] Paradise Lost - "Faith Divides Us - Death Unites Us" (2009)



Po dobrym przyjęciu poprzedniego albumu, "In Requiem", muzycy Paradise Lost postanowili jeszcze bardziej zaostrzyć i dociążyć brzmienie. "Faith Divides Us - Death Unites Us" (swoją drogą, świetny tytuł) nie jest płytą łatwą w odbiorze. Na pierwszy plan wysuwają się tutaj ciężkie, niemal thrash metalowe riffy, na dalszy zaś schodzą melodie i klimat. Jednak nawet w tych najmocniejszych fragmentach albumu pojawiają się ciekawe urozmaicenia - najlepszym przykładem otwierający całość "As Horizons End", ze spokojnym zwolnieniem podczas solówki; podobny patent zastosowano także w "The Rise of Denial" i "Living with Scars". Natomiast w "I Remain" takich momentów jest już znacznie więcej, wystarczy wymienić melodyjny refren, jeden z najlepszych na longplayu. A następujący po nim "First Light" to już zdecydowanie przebojowe granie.

Chociaż w kwestii przebojowości żaden utwór nie może się równać z tytułowym "Faith Divides Us - Death Unites Us". Łagodne zwrotki melodią przypominają o czasach, kiedy muzycy Paradise Lost bawili się w Depeche Mode (na szczęście, tym razem obyło się bez elektroniki), refren z kolei jest znacznie ostrzejszy, ale równie chwytliwy. Nic dziwnego, że utwór stał się jednym z najpopularniejszych w dorobku grupy. Innym wspaniałym momentem albumu jest przejmujący "Last Regret". Obok ciężkich riffów istotną rolę ogrywają tutaj brzmienia klawiszowe, dzięki którym pojawia się tu charakterystyczny dla wcześniejszych dokonań zespołu klimat. Podobny nastrój przynosi także finałowy "In Truth". Zupełnie nie przekonuje mnie natomiast umieszczony pomiędzy nimi "Universal Dream", oparty na nijakich riffach i całkiem pozbawiony wyrazistej melodii. Od reszty albumu odstaje także szybki "Frailty", ale ratuje go dobra melodia.

Jako całość, "Faith Divides Us - Death Unites Us" wypada nieco słabiej od "In Requiem". Materiał ten wymaga wielu przesłuchań, żeby w pełni go docenić. Ale warto poświęcić mu trochę czasu.

Ocena: 6/10



Paradise Lost - "Faith Divides Us - Death Unites Us" (2009)

1. As Horizons End; 2. I Remain; 3. First Light; 3. Frailty; 4. Faith Divides Us - Death Unites Us; 5. The Rise of Denial; 7. Living with Scars; 8. Last Regret; 9. Universal Dream; 10. In Truth

Skład: Nick Holmes - wokal; Gregor Mackintosh - gitara i instr. klawiszowe; Aaron Aedy - gitara; Steve Edmondson - bass; Peter Damin - perkusja
Producent: Jens Bogren