30 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "True North" (2013)



Niespecjalnie podobał mi się ten album, gdy usłyszałem go po raz pierwszy, jakoś w okolicach premiery. Jednak obecnie - po przypomnieniu sobie całej dyskografii Bad Religion - w końcu potrafię go docenić. I zupełnie nie mogę się zgodzić ze swoją własną recenzją napisaną na początku roku, dlatego bez żalu zastępuje ją nową. Przy ocenie "True North" kluczowe są słowa muzyków, z których wynika, że prawdopodobnie będzie to ich ostatni album. I od razu wszystko staje się jasne - to po prostu pożegnalny album dla fanów. Dlatego tak wiele utworów wydaje się być krokiem wstecz. Te proste, energetyczne utwory, trwające około dwóch minut (np. wybrane do promocji "True North" i "Fuck You" czy "Popular Consensus"), a czasem jeszcze krótsze (minutowy "Vanity"), to przecież oczywiste nawiązanie do albumów "Suffer" i "No Control", przez wielu fanów uznawanych za najlepsze w dyskografii.

Na "True North" zespół zastosował jednak podobny patent, jak na "The Process of Belief" - obok kawałków w wyżej wspomnianej stylistyce, są też utwory dla zwolenników późniejszych albumów, od przejściowego "Against the Grain" do bestsellerowego "Stranger Than Faction". Wyróżnia się zwłaszcza najdłuższy na płycie "Hello Cruel World" (prawie czterominutowy), znacznie wykraczający poza punkrockową stylistykę. To tutejszy odpowiednik takich kompozycji, jak "Infected" czy "Epiphany", z bardzo chwytliwą melodią i harmoniami wokalnymi, oraz z konkretnym gitarowym solem. Chociaż jeżeli chodzi o solówki, to na uznanie zasługuje przede wszystkim ta z "Dept. of False Hope" - kolejnego melodyjnego kawałka, z momentalnie zapadającym w pamięć refrenem. Wspomnieć trzeba jeszcze o "Past Is Dead", ciekawie wzbogaconym spokojnym wstępem, jak również o "Crisis Time", opartym na fajnym - i znowu nie punkowym - riffie.

Chociaż "True North" z zamierzenia jest płytą nie mającą wnosić nic nowego do twórczości grupy, muzycy pozwolili sobie na jeden eksperyment - w utworze "Dharma and the Bomb" obowiązki głównego wokalisty przejął Brett Gurewitz. Gitarzysta poradził sobie całkiem nieźle, chociaż nie dysponuje tak ciekawą barwą głosu, jak Graffin. Sam kawałek nie wyróżnia się jednak niczym szczególnym. Niekoniecznie jednak zasługuje na miano wypełniacza - pasuje ono raczej do nużących "Land of Endless Greed", "Nothing to Dismay" i "My Head Is Full of Ghosts". Jako całość album wypada jednak pozytywnie - to najlepsza płyta Bad Religion od czasu wspomnianego "The Process of Belief". Może nie idealna na zakończenie kariery, ale wstydu na pewno nie przynosi.

Ocena: 6/10



Bad Religion - "True North" (2013)

1. True North; 2. Past Is Dead; 3. Robin Hood in Reverse; 4. Land of Endless Greed; 5. Fuck You; 6. Dharma and the Bomb; 7. Hello Cruel World; 8. Vanity; 9. In Their Hearts Is Right; 10. Crisis Time; 11. Dept. of False Hope; 12. Nothing to Dismay; 13. Popular Consensus; 14. My Head Is Full of Ghosts; 15. The Island; 16. Changing Tide

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara, wokal (6); Brian Baker - gitara; Greg Hetson - gitara; Jay Bentley - bass; Brooks Wackerman - perkusja
Producent: Brett Gurewitz i Joe Barresi


[Recenzja] Bad Religion - "The Dissent of Man" (2010)



Miałem problem z oceną tego wydawnictwa. Z jednej strony jest tu kilka naprawdę świetnych utworów - najlepszych jakie grupa nagrała od czasu "The Process of Belief". Przede wszystkim niesamowicie chwytliwy "Only Rain", który choć trwa niespełna trzy minuty, to niczego w nim nie brakuje, jest nawet miejsce na łagodniejsze przejście i solówkę. Inny utwór tego kalibru to "Avalon", z kolejnym wspaniałym refrenem. W pamięć od razu zapadają także typowe dla grupy, energetyczne kawałki, jak "Pride and the Pallor" czy "Wrong Way Kids". Ciekawie wypada także bardziej intensywny "Meeting of the Minds", z nieco orientalizującą partią gitary. Bronią się jeszcze łagodniejsze "Cyanide" (z brzmieniem gitary slide, na której gościnnie zagrał Mike Campbell, znany przede wszystkim z grupy Tom Petty and the Heartbreakers) i "Turn Your Back on Me".

Z drugiej strony zespół zaliczył tu kilka wpadek. Rozczarowuje nowa wersja  "Won't Somebody", która nie ma ani uroku akustycznej wersji z "New Maps of Hell", ani tyle energii, co koncertowe wykonanie z "30 Years Live". Z kolei wybrany na pierwszy singiel "The Devil in Stitches" nie dość, że jest banalny, to jeszcze mało badreligionowy. Chociaż od stylu grupy najbardziej odstają dwa ostatnie kawałki: riffowy "Where the Fun Is" i bardzo piosenkowy, wzbogacony gitarą akustyczną "I Won't Say Anything". Osobiście akurat lubię oba te kawałki, a drugiego z nich po premierze płyty słuchałem na okrągło. Nie jest to jednak muzyka pasująca do takiego zespołu, jak Bad Religion.

W porównaniu z poprzednimi albumami sześcioosobowego składu grupy, "The Dissent of Man" nie jest tak spójny i solidny jak "The Process of Belief" i "New Maps of Hell" (chociaż na tym drugim nie było tak udanych utworów jak "Only Rain" czy "Avalon"), za to od "The Empire Strikes First" jest pod tym względem dużo lepszy. Szkoda tylko, że na podstawową edycję nie trafił utwór "Finite" - obecny w wersji "Deluxe", zawierającej ponadto cztery starsze utwory w wersjach koncertowych ("Best for You", "Pessimistic Lines", "How Much Is Enough?" i "Generator").

Ocena: 6/10



Bad Religion - "The Dissent of Man" (2010)

1. The Day That the Earth Stalled; 2. Only Rain; 3. The Resist Stance; 4. Won't Somebody; 5. The Devil in Stitches; 6. Pride and the Pallor; 7. Wrong Way Kids; 8. Meeting of the Minds; 9. Someone to Believe; 10. Avalon; 11. Cyanide; 12. Turn Your Back on Me; 13. Ad Hominem; 14. Where the Fun Is; 15. I Won't Say Anything

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Brian Baker - gitara; Jay Bentley - bass; Brooks Wackerman - perkusja
Gościnnie: Mike Campbell - gitara (11)
Producent: Joe Barresi


29 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "New Maps of Hell" (2007)



Wbrew tytułowi, "New Maps of Hell" to bardzo zachowawczy album - ale lepsze już to, niż eksperymenty rodem z "The Empire Strikes First". Może czasem zespół niepotrzebnie gra zbyt agresywnie ("52 Seconds" - wbrew tytułowi trwający... 58 sekund - oraz "Murder"), a kiedy indziej po prostu nijako ("Germs of Perfection", "Requiem for Dissent"), ale większość kawałków się broni. Singlowe "New Dark Ages" i "Honest Goodbye" wyróżniają się całkiem zgrabnymi melodiami. Podobnie jest np. w "Heroes & Martyrs" i "Grains of Wrath", a jeszcze bardziej chwytliwe są "Before You Die", z pięknie uwypuklonym brzmieniem gitary basowej, oraz "Dearly Beloved", z linią melodyczną przypominającą "Punk Rock Song", ale wyróżniający się fajnymi zwolnieniami. Jedynym zaskoczeniem na płycie są dźwięki pianina na początku "Fields of Mars", ale to tylko zmyłka, bo po kilku sekundach kawałek brzmi już jak typowe Bad Religion (chociaż brzmienia klawiszowe pojawiają się jeszcze na chwilę pod koniec utworu).

Podsumowując, "New Maps of Hell" to album solidny, ale nie wnoszący nic nowego to twórczości grupy. Przynajmniej nie w podstawowej wersji - wydanie japońskie dodatkowo zawierało nowe wersje "Sorrow" i "God Song", przearanżowane na... gitary akustyczne. Struktura kompozycji pozostała bez zmian, ale nabrały folkowego klimatu. Wbrew pozorom, zespół w takim graniu wypadł bardzo przekonująco. A dobre przyjęcie przez fanów obu utworów sprawiło, że rok po oryginalnym wydaniu "New Maps of Hell" ukazała się wersja "Deluxe", zawierająca nie tylko te dwa utwory, ale także nowe opracowania dwóch kolejnych kawałków ("Dearly Beloved" i oparta na brzmieniu pianina wersja "Skyscraper"), a nawet trzy zupełnie nowe kompozycje utrzymane w tym akustyczno-folkowym stylu: bardzo chwytliwy "Won't Somebody" (później grany przez zespół na koncertach w wersji elektrycznej, która następnie została nagrana na kolejny album, "The Dissent of Man") oraz trochę mniej udane "Adam's Atoms" i "Chronophobia".

Ocena: 6/10



Bad Religion - "New Maps of Hell" (2007)

1. 52 Seconds; 2. Heroes & Martyrs; 3. Germs of Perfection; 4. New Dark Ages; 5. Requiem for Dissent; 6. Before You Die; 7. Honest Goodbye; 8. Dearly Beloved; 9. Grains of Wrath; 10. Murder; 11. Scrutiny; 12. Prodigal Son; 13. The Grand Delusion; 14. Lost Pilgrim; 15. Submission Complete; 16. Fields of Mars

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Brian Baker - gitara; Jay Bentley - bass; Brooks Wackerman - perkusja
Producent: Joe Barresi


27 sierpnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Metalliki

Dla jednych Metallica to jeden z najważniejszych zespołów metalowych wszech czasów, dla innych - grupa, która dla kasy i sławy zrobi wszystko, nawet nagra kawałek w stylu country (co zresztą zrobiła w 1996 roku, tworząc "Mama Said"). Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku, chociaż osobiście skłaniam się ku tej drugiej opcji. Faktem pozostaje jednak, że pięć pierwszych albumów zespołu to klasyka gatunku (metalu oczywiście, nie country), którą każdy powinien znać. O wielkości tych płyt stanowią przede wszystkim utwory znajdujące się na poniższej liście. Z późniejszego okresu zmieściły się tylko dwa utwory.

Metallica w pierwszej połowie lat 80.: Kirk Hammett, Cliff Burton, Lars Ulrich i James Hetfield.


1. "The Four Horsemen" (z albumu "Kill 'em All", 1983)

Utwór początkowo nosił tytuł "The Mechanix" i należał do repertuaru grupy Panic - Metallica wzięła go na warsztat, gdy dołączył do nich gitarzysta tamtej grupy, a jednocześnie autor kompozycji, Dave Mustaine. Po raz pierwszy nagrali go w kwietniu 1982 roku, na demo zatytułowane "Power Metal", a kilka miesięcy później ponownie - na swoją najbardziej znaną demówkę "No Life 'til Leather" (z lipca '82), dzięki której usłyszał ich John Zazula, założyciel Megaforce Records. Zazula wkrótce potem podpisał z grupą kontrakt i wyprodukował ich debiutancki album, "Kill 'em All".
Jeszcze przed rozpoczęciem nagrań ze składu wyleciał Mustaine - za prowadzenie zespołowej furgonetki po wypiciu kilkunastu piw. Wkrótce potem pozostali muzycy postanowili poprawić "The Mechanix", dodając środkową część instrumentalną, oraz całkowicie zmieniając tekst - historię o pracowniku stacji benzynowej zastąpił tekst nawiązujący do Apokalipsy. Po odejściu Dave'a naprawiliśmy tę piosenkę. Słowa, które napisał, były dość głupie - mówił wokalista i gitarzysta, James Hetfield.
Oryginalna wersja utworu została nagrana przez Mustaine'a na debiutancki album jego nowego zespołu, Megadeth - "Killing Is My Business... And Business Is Good!" z 1985 roku.


2. "Seek and Destroy" (z albumu "Kill 'em All", 1983)

Najbardziej znany utwór z debiutanckiego longplaya, po raz pierwszy nagrany na "No Life 'til Leather". Hetfield nie ukrywa, że inspiracją kawałka był utwór "Dead Reckoning" Diamond Head, z kolei trzy krótkie solówki pojawiające się w jego trakcie zostały zapożyczone z "Princess of the Night" Saxon. Dopiero czwarta, najdłuższa, została w całości wymyślona przez Kirka Hammetta (następcę Mustaine'a). Gitarzysta nie jest jednak zadowolony z wersji, która trafiła na płytę: Kilka nut nie stroi - mówił. Dlatego tak bardzo żałuję, że nie mieliśmy czasu na poprawki.
Ze względu na tekst, mówiący o chęci namawiania do zabijania, kawałek trafił na listę zakazanych utworów, która po zamachach 11 września 2001 trafiła do ponad tysiąca amerykańskich rozgłośni radiowych, należących do Clear Channel Communications. Grupa jednak wciąż chętnie wykonuje go na żywo - według oficjalnej strony zespołu, do dnia dzisiejszego został zagrany 1366 razy, co czyni z niego trzeci najczęściej grany przez zespół utwór.


3. "(Anesthesia) - Pulling Teeth" (z albumu "Kill 'em All", 1983)

Najbardziej oryginalny utwór zespołu, będący po prostu solówką na gitarze basowej, do której w połowie - zupełnie niepotrzebnie - dołączają bębny. Pomysłodawcą był, oczywiście, basista grupy, Cliff Burton. Cliff był tak odjechany, tak oryginalnie myślał, że wszyscy stwierdziliśmy: "Wow, jaki fajny pomysł!" - wspominał Hammett. Zamiast otwierającej solówki w rodzaju "Eruption" Van Halena, mieliśmy to fantastyczne basowe solo skomponowane przez Cliffa. Czemu by nie umieścić tego na płycie? Potem stało się częścią naszych koncertów. Grał to, żeby pozostali mogli mieć przerwę.


4. "Creeping Death" (z albumu "Ride the Lightning", 1984)


Pierwowzorem utworu była kompozycja "Die by His Hand", napisana przez Hammetta w czasach, gdy był gitarzystą Exodus (grupa nagrała go w wersji demo, ale nigdy nie umieściła na studyjnym albumie). W tworzeniu nowej wersji brał udział cały ówczesny skład Metalliki. Nowy tekst, mówiący o ostatniej z plag egipskich - śmierci pierworodnych, został zainspirowany filmem "Dziesięcioro przykazań" z 1956 roku. Siedzieliśmy u jednego gościa oglądając ten film w telewizji - mówił Hetfield. I w momencie kiedy mgła zabrała syna faraona, Cliff zawołał: "Patrz, pełzająca śmierć!". To mnie rozwaliło: "Stary, zapisz to, czysta poezja!". Zdobyłem film na wideo, wziąłem kilka wersów i zrobiłem z nich piosenkę.
Utwór został wydany na singlu, nie sprzedawał się jednak najlepiej. Mimo to, "Creeping Death" jest drugim najczęściej wykonywanym przez zespół utworem - dotąd można było go usłyszeć na żywo podczas 1386 koncertów.


5. "For Whom the Bell Tolls" (z albumu "Ride the Lightning", 1984)

Tytuł utworu pochodzi z powieści "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingway'a (który zaczerpnął go z poematu "Medytacja XVII" Jona Donne'a, z 1623 roku). Tekst został zainspirowany fragmentem książki, w którym kilku żołnierzy ginie podczas nalotu, po zajęciu pozycji na szczycie wzgórza.
Otwierająca utwór solówka na gitarze basowej została wymyślona przez Burtona zanim dołączył do Metalliki, już w 1979 roku, gdy grał w grupie Agents of Misfortune.
Utwór został wydany na promocyjnym singlu, na którym został umieszczony w dwóch wersjach: skróconej na stronie A, oraz pełnej na B. Jest to także kolejny z najczęściej wykonywanych utworów podczas koncertów - 1274 razy daje mu piąte miejsce.


6. "Fade to Black" (z albumu "Ride the Lightning", 1984)

Pierwsza ballada w dorobku grupy - a właściwie półballada, bo obok fragmentów łagodnych (momentami aż zbyt podobnych do "Goodbye Blue Sky" Pink Floyd) zawiera także momenty ostrzejsze - instrumentalne przejście zastępujące refren, oraz szybsza końcówka z długą solówką Hammetta. Album "Ride the Lightning" nagrywałem jeszcze na moim czarnym Gibsonie Flying V - mówił gitarzysta. Ale "Fade to Black" ma cieplejsze brzmienie, ponieważ używałem przetwornika przy gryfie i zastosowałem kaczkę [efekt gitarowy wah wah] ustawioną w górnej pozycji. Nie miałem pomysłu na końcową, rozbudowaną solówkę. Myślałem więc o samych smutnych, dołujących rzeczach i to mi pomogło, bo wprowadziłem się w odpowiedni nastrój. Później nagrałem czyste partie gitarowe do zwrotek, a James zagrał proste arpeggia, do których dorobiłem równie proste motywy. Uważam, że to brzmienie jest wyraźnie w stylu Dire Straits.
Utwór wyróżnia się też jedną z najlepszych partii wokalnych Hetfielda - dzięki niemu muzyk uwierzył w swoje możliwości wokalne, wcześniej chciał zrezygnować ze śpiewania (zespół rozważał nawet przyjęcie Johna Busha, wówczas występującego w Armored Saint, a w latach 1992-2005 w Anthrax).
Grupy takie jak Exodus czy Slayer nigdy nie grają ballad i w ten sposób zamykają się w jednej ściśle określonej konwencji - mówił Hetfield. My nigdy nie chcieliśmy znaleźć się w takiej sytuacji. Ograniczanie siebie tylko po to, żeby publiczność była zadowolona, jest gówno warte.
Tekst utworu brzmi jak wyznanie osoby chcącej popełnić samobójstwo. Hetfield napisał go po kradzieży sprzętu zespołu przed jednym z koncertów. Wokalista nie mógł się pogodzić zwłaszcza ze stratą wzmacniacza, który dostał kiedyś od swojej matki, nie żyjącej już, gdy doszło do kradzieży.
Podobnie jak "For Whom the Bell Tolls", "Fade to Black" został wydany na promocyjnym singlu, oraz regularnie jest grany na żywo (1054 razy, 8. miejsce).


7. "Master of Puppets" (z albumu "Master of Puppets", 1986)

Najczęściej grany na żywo utwór Metalliki (1435 razy) wyróżnia się bardziej rozbudowaną formą - w środku tej 8-minutowej kompozycji pojawia się balladowe zwolnienie z solówką, sugerujące inspirację rockiem progresywnym, chociaż bardziej prawdopodobne, że muzycy zgapili ten pomysł z "Powerslave" Iron Maiden. W pewnym momencie w solówce słychać dziwny dźwięk, który kończy część spokojniejszą - mówił Hammett. Brzmi to, jakbym zagrał bardzo wysoki dźwięk, taki, który powstałby, gdyby moja gitara miała progi gdzieś w okolicy przetworników. Tak naprawdę struna po prostu zeskoczyła mi z progu i znalazła się z boku gryfu. Po nagraniu odsłuchałem solówkę i stwierdziłem, że to genialne i że musimy to zostawić! Oczywiście nigdy później nie udało mi się tego dźwięku odtworzyć.
O tekście opowiadał Hetfield: Numer dotyczy w dużej mierze narkotyków, jak sprawy mogą się odwrócić. Zamiast kontrolowania tego, co zażywasz, co czynisz, to narkotyki kontrolują tobą... Poszedłem raz na imprezę w San Francisco, na której pełno było dziwaków wstrzykujących sobie różne rzeczy. Jedna dziewczyna wyglądała na poważnie chorą. Przeraziło mnie to jak cholera.
We Francji i Stanach utwór został wydany na singlu, ze skróconą wersją "Welcome Home (Sanitarium)" na stronie B.


8. "Welcome Home (Sanitarium)" (z albumu "Master of Puppets", 1986)

Kolejna półballada w repertuarze. "Fade to Black" nieźle się sprawdził, chcieliśmy mieć następną wolną, nieprzesterowaną piosenkę, tym razem z refrenem - wyjaśniał Hetfield. Miałem problemy z jego zaśpiewaniem. Brzmiał naprawdę wysoko. Pamiętam, że Flemming [Rasmussen, producent albumu] spojrzał na mnie w studiu na zasadzie "Chyba żartujesz". Powiedziałem: "Cholera, nie wiem czy dam radę to zrobić". W końcu zaśpiewałem niżej niż zamierzałem, ale dołożyliśmy wysoką harmonię i wyszło fajnie. Znaczenie tekstu wyjaśnił perkusista, Lars Ulrich: Utwór zainspirowany był filmem "Lot nad kukułczym gniazdem", nie bezpośrednio, ale jednak. Rzecz opowiada o takich miejscach, o wmawianiu ci, że jesteś szalony, że to jest twój dom, że musisz tam przebywać.
Utwór nie był wydany na singlu, nawet promocyjnym, ale stał się jedną z najpopularniejszych kompozycji zespołu, dzięki częstemu wykonywaniu na żywo (880 razy, 10. miejsce)


9. "One" (z albumu "...And Justice for All", 1988)

Jeszcze jedna półballada, najbardziej z nich znana. Był to pierwszy utwór zespołu, do którego nakręcono teledysk - zaowocowało to wysoką sprzedażą singla (35. miejsce w amerykańskim notowaniu, 13. w Wlk. Brytanii). Utwór zajmuje czwarte miejsce na liście najczęściej granych przez zespół utworów (1292 razy).
Pierwsza i ostatnia solówka do "One" były gotowe dużo wcześniej. Grałem je już od miesięcy - mówił Hammett w jednym z wywaidów. W przypadku pozostałych partii solowych chodziło mi właściwie tylko o to, żeby dostosować się brzmieniowo do tych dwóch gotowych solówek. W intro zastosowałem czyste brzmienie, co było dla mnie czymś nowym.Gdy już znaleźliśmy odpowiednie brzmienie, utwór właściwie popłynął sam i nie musieliśmy się wysilać. Przy końcowej solówce zastosowałem moje standardowe, ostrzejsze brzmienie. Tu również poszło szybko. Co ciekawe, na początku utworu udało mi się też umieścić krótki fragment grany tappingiem. Zależało mi, żeby intro było wyjątkowo energetyczne, żywiołowe, inne od wszystkiego, co robiłem wcześniej.
Tekst utworu, zainspirowany powieścią "Johnny poszedł na wojnę" Daltona Trumbo, pokazuje bezsensowność i okropieństwo wojny. Bohaterem jest młody mężczyzna, który podczas I Wojny Światowej zaciągnął się do armii i w wyniku nadepnięcia na minę stracił obie ręce, nogi, słuch i wzrok. Za pomocą alfabetu Morse'a błaga swoich dowódców o śmierć, ci jednak nie godzą się na eutanazję. Podobną tematykę zespół poruszył już na poprzednim albumie, w utworze "Disposable Heroes".


10. "To Live Is to Die" (z albumu "...And Justice for All", 1988)

Hołd dla Cliffa Burtona, zmarłego 27 września 1986 roku, w wyniku wypadku zespołowego autokaru, podczas trasy promującej album "Master of Puppets". Ten niemal dziesięciominutowy utwór, łączący delikatne fragmenty z naprawdę ciężkimi, często uznawany za instrumentalny. Jednak pod koniec pojawia się w nim słabo słyszalna, półminutowa recytacja Hetfielda. Autorstwo tych słów zostało przypisane Burtonowi. W rzeczywistości trzy pierwsze wersy (When a man lies / He murders some part of the world / These are the pale deaths which men miscall their lives) pochodzą z wiersza niemieckiego poety Paula Gerhardta; basista odpowiada tylko za dwa kolejne (All this I cannot bear to witness any longer / Cannot the kingdom of salvation take me home?). W utworze wykorzystano także linie basowe wykonywane przez Burtona podczas koncertów - zostały jednak nagrane już przez jego następcę, Jasona Newsteda i... praktycznie ich nie słychać, gdyż wszystkie partie gitary basowej na albumie "...And Justice for All" zostały wyciszone w miksie. Nie byłem z tego zadowolony - przyznawał Newsted, ale dodawał: Jestem tak samo odpowiedzialny za to, że mnie tam nie słychać, jak pozostali członkowie.
Na żywo utwór został wykonany tylko jeden raz - 7 grudnia 2011 roku, podczas jednego z czterech specjalnych koncertów w San Francisco, które odbyły się z okazji 30-lecia powstania zespołu.


11. "Enter Sandman" (z albumu "Metallica", 1991)


Jeden z największych singlowych przebojów zespołu (16. miejsce w Stanach, 5. w Wielkiej Brytanii) i najczęściej wykonywanych utworów na żywo (1128 razy, 6. miejsce w rankingu), popularność zawdzięcza znacznemu uproszczeniu struktury. Całe intro, zwrotka, wstawka, refren, wszystkie te rzeczy oparte są na jednym riffie - podsumował Ulrich. Motyw ten został zaproponowany przez Hammetta, a inspiracją był album "Louder Than Love" grupy Soundgarden.
Wraz ze zmianą kierunku muzycznego, na bardziej przystępny, zmieniły się teksty Hetfielda. Wokalista zaczął pisać słowa bardziej osobiste, mniej zaangażowane społecznie. "Enter Sandman" opowiada o strachu, jakie czuje dziecko przed zaśnięciem.


12. "The Unforgiven" (z albumu "Metallica", 1991)

Kolejny singlowy przebój (35. miejsce w USA, 15. w UK), nieco rzadziej wykonywany na żywo (jak dotąd - 359 razy), prawdopodobnie ze względu na zbyt trudną partię wokalną - o tym, że śpiewanie "The Unforgiven" na koncertach nie szło Hetfieldowi najlepiej, można przekonać się dzięki koncertówce "Live Shit: Binge & Purge" (1993). Pod względem muzycznym jest to kolejna półballada, jednak zbudowana zupełnie inaczej od poprzednich - po spokojnym wstępie wchodzi mocna zwrotka, a w refrenie znowu jest łagodnie. Wyróżnia się także solówka Hammetta - producent Bob Rock, któremu nie spodobała się solówka wymyślona przez Kirka, zasugerował mu, żeby zagrał coś w stylu Jeffa Becka. Na początku poczułem się urażony, ale zdałem sobie sprawę, że ma rację - mówił gitarzysta. Pierwszy raz zastosowałem technikę fingerpicking w solówce - dodawał.
Otwierający utwór dźwięk trąbki to puszczony od tyłu sampel z westernu, którego tytułu muzycy nie chcą ujawnić, ze względu na kwestie prawne. Filmem tym jest prawdopodobnie "Za kilka dolarów więcej" z 1965 roku, do którego muzykę napisał Ennio Morricone - kompozytor, do którego twórczości muzycy zespołu nie ukrywają swojej sympatii. Od 1983 używali jego kompozycji "The Ecstasy of Gold" (z westernu "Dobry, zły i brzydki" z 1966), jako puszczanego z taśmy otwieracza koncertów, a w 2007 roku nagrali nawet własną, metalową wersję, która trafiła na kompilację "We All Love Ennio Morricone".
Jeżeli zaś chodzi o tekst "The Unforgiven", utwór mówi o facecie, który tak naprawdę nigdy nie wykorzystuje sytuacji, nigdy nie ryzykuje - mówił Hetfield. Pod koniec życia żałuje, że nic nie zrobił, ale uznaje, że to wina świata, któremu nie chce wybaczyć. W innym wywiadzie wokalista dodawał, że był to jeden z pierwszych moich tekstów o takim charakterze, tzn. opowiadający jakąś historię.
Na wydanym w 1997 roku albumie "ReLoad" pojawiła się kontynuacja utworu, "The Unforgiven II". Ten utwór powstał przez pomyłkę - tłumaczył Hetfield. Kupiłem nową gitarę. Tak sobie brzdąkałem i przyszła mi do głowy melodia partii wokalnej. Pomyślałem: "Świetnie! Mam fajny kawałek!". Ale po jakimś czasie dotarło do mnie, że to po prostu "The Unforgiven", tyle że grany trochę inaczej. Ale zaraz pomyślałem: "No i co z tego?". I zamiast kombinować, co by tu zrobić, żeby ten nowy utwór przestał przypominać "The Unforgiven", uznałem, że najprościej będzie się pogodzić z faktem, iż to jest "The Unforgiven" i dać mu tytuł "The Unforgiven II". Tekst "The Unforgiven" opowiadał pewną historię, wystarczyło więc dopisać dalszy ciąg.
"The Unforgiven II" rozpoczynał się tym samym samplem co pierwsza część, dalej jednak nieco się różnił - wstęp i refreny były grane mocniej, natomiast zwrotki łagodniej. Kolejna część, "The Unforgiven III", powstała dekadę później i znalazła się na albumie "Death Magnetic" (2008). Pod względem struktury i nastroju bliższa była jedynki, niż dwójki. Zrezygnowano tym razem z sampla, który zastąpiono długim fortepianowym wstępem.


13. "Nothing Else Matters" (z albumu "Metallica", 1991)

Pierwszy w całości łagodny utwór w repertuarze grupy. Zawsze chciałem zrobić coś w tym stylu, ale wiedziałem, że to może wkurzyć ludzi - wyjaśniał Hetfield, a w innym wywiadzie tłumaczył, że początkowo nie chciał przedstawiać swojego pomysłu reszcie zespołu: To była piosenka dla mnie, nie sądziłem nawet, że pozostałym się spodoba. Ulrich: Naprawdę chcieliśmy uciec od schematu "Fade to Black" i "One". To były ballady, które ostatecznie przeradzały się w wielki pociąg towarowy, który wyrywał się spod kontroli. Tym razem chcieliśmy skupić się na melodii - i stąd czerpać moc.
W utworze w ogóle nie gra Hammett - wszystkie partie gitar, włącznie z solówką, wykonuje Hetfield. Natomiast napisany przez niego tekst początkowo miał być miłosnym wyznaniem, przerodził się jednak w utwór o poszukiwaniu zaufania. Coraz więcej tekstów traktowało o sprawach osobistych - mówił wokalista. Pisałem z własnej pozycji, zamiast wchodzić w czyjąś skórę, co okazało się trudniejsze.
"Nothing Else Matters" był trzecim - po "Enter Sandman" i "The Unforgiven" - singlem promującym tzw. "Czarny album" (później ukazały się jeszcze dwa: "Wherever I May Roam" i "Sad But True"). W Stanach radził sobie nieco gorzej od poprzedników (36. miejsce), za to w Wielkiej Brytanii znacznie lepiej od drugiego z nich (6. miejsce). Co oczywiste, "N.E.M." jest stałym punktem każdego koncertu zespołu - został już wykonany 1026 razy, co daje mu 9. miejsce w rankingu najczęściej granych przez zespół utworów. 


14. "Until It Sleeps" (z albumu "Load", 1996)

Najbardziej popularny kawałek z eksperymentalnego etapu działalności zespołu, a także największy singlowy przebój w całej karierze (10. miejsce w Stanach, 5. w Wielkiej Brytanii). Na jego przykładzie bardzo dobrze widać jak zmieniła się muzyka zespołu - pomimo ciężkich gitar, bliższy jest tradycyjnego rocka. Pierwotna wersja utworu nosiła zresztą tytuł "F.O.B.D.", ze względu na podobieństwo do "Fell On Black Days" Soundgarden.
Napisany przez Hetfielda tekst dotyczy śmierci jego ojca, który - podobnie jak kilka lat wcześniej matka - zmarł na nieleczonego raka. Rodzice Hetfielda należeli do Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki - organizacji religijnej zakazującej swoim członkom korzystania z medycyny, mają jedynie modlić się i czekać, aż wyleczy ich Bóg. "Until It Sleeps" nie jest jedynym utworem Metalliki poruszającym ten temat - już wcześniej pojawił się on w "Dyers Eve" z "...And Justice for All" i w "The God That Failed" z "Czarnego albumu", a także w innym utworze z "Load", "Thorn Within".


15. "The Day That Never Comes" (z albumu "Death Magnetic", 2008)

Po latach eksperymentów, na albumie "Death Magnetic" muzycy Metalliki postanowili wrócić do swoich korzeni i nagrać album w stylu "Ride the Lightning", "Master of Puppets" i "...And Justice for All". Nie mogło więc zabraknąć na nim półballady - "The Day That Never Comes" został zbudowany dokładnie na tej samej zasadzie, co "One" (długi, spokojny wstęp z solówką, melodyjne zwrotki, zaostrzony refren, a na koniec kilka minut metalowej "rzeźni" i nagłe zakończenie), a riff z refrenu przypomina mocniejsze fragmenty "Fade to Black".
Utwór był pierwszym z sześciu singli promujących "Death Magnetic" i osiągnął z nich największy sukces, dochodząc do 31. miejsca na liście Billboardu, oraz do 19. w notowaniu brytyjskim.


[Recenzja] Bad Religion - "The Empire Strikes First" (2004)



Trzynasty studyjny album Bad Religion to ogromne rozczarowanie - zwłaszcza, że po tak udanym longplayu, jak "The Process of Belief" można było oczekiwać, że na jego następcy grupa utrzyma wysoki poziom. "The Empire Strikes First" składa się jednak głównie z dziwnych eksperymentów (elektroniczny wstęp "Overture", przytłaczający "Sinister Rouge", półakustyczny "Boot Stamping on a Human Face Forever" czy "Let Them Eat War" z udziałem... rapera, Sage'a Francisa) oraz mnóstwa bezbarwnych kawałków ("Social Suicide", "All There Is", "The Quickening", "The Empire Strikes First", "Beyond Electric Dreams", a także obecny tylko na japońskim wydaniu "The Surface of Me"). Przynajmniej repertuar zespołu poszerzył się o kolejny przebój - bardzo melodyjny "Los Angeles Is Burning", który trafił nawet na 40. miejsce listy Billboardu. Ponad poziom całości wybija się jeszcze tylko jeden utwór, mój absolutny faworyt z tego albumu - wolniejszy "To Another Abyss" z bardzo chwytliwym refrenem. Niestety, to jedyny tutejszy przebłysk dawnej świetności. Ujdą jeszcze stricte-punkowe czady "Atheist Peace" i "God's Love", oraz cholernie chwytliwy "Live Again (The Fall of Man)".

Ocena: 4/10



Bad Religion - "The Empire Strikes First" (2004)

1. Overture; 2. Sinister Rouge; 3. Social Suicide; 4. Atheist Peace; 5. All There Is; 6. Los Angeles Is Burning; 7. Let Them Eat War; 8. God's Love; 9. To Another Abyss; 10. The Quickening; 11. The Empire Strikes First; 12. Beyond Electric Dreams; 13. Boot Stamping on a Human Face Forever; 14. Live Again (The Fall of Man)

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Brian Baker - gitara; Jay Bentley - bass; Brooks Wackerman - perkusja
Gościnnie: David Bragger - skrzypce (4); Mike Campbell - gitara (6); John Ginty - organy (6); Sage Francis - wokal (7)
Producent: Brett Gurewitz i Greg Graffin


26 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "The Process of Belief" (2002)



Po powrocie Bretta Gurewitza do składu, muzycy Bad Religion zdecydowali się na identyczne rozwiązanie, co kilka lat wcześniej Iron Maiden, gdy wracał do nich Adrian Smith - nie wyrzucono z zespołu jego następcy. O ile jednak miało to uzasadnienie w przypadku zespołu metalowego, stosującego mnóstwo harmonii gitarowych, tak mogło wydawać się całkiem bez sensu w przypadku grupy punk rockowej, a więc grającej znacznie prostsze rzeczy. Jednak wszystko wyjaśniło się podczas trasy koncertowej, gdy okazało się, że Gurewitz ze względu na obowiązki szefa wytwórni Epitaph nie może brać udziału we wszystkich występach.

Pierwszy album nagrany w sześcioosobowym składzie, "The Process of Belief", rozpoczyna się od trzech rozpędzonych, kipiących energią utworów, z których żaden nie trwa powyżej dwóch minut ("Supersonic", "Prove It", "Can't Stop It"). Jest więc prawie jak w czasach "Suffer"/"No Control". Ale chociaż na płycie znalazło się jeszcze kilka takich kawałków (np. "Materialist", czy troszkę dłuższe "Evangeline" i "The Lie"), to już w czwartemu z kolei "Broken" bliżej do twórczości grupy z lat 90. - mocny, ale bardzo chwytliwy refren zestawiono tu z melodyjnymi zwrotkami, opartymi na gitarze akustycznej, pojawia się też zgrabna solówka. W podobnym stylu utrzymany jest największy przebój z tego albumu, "Sorrow" - wolny kawałek, z kolejnym zapadającym w pamięć refrenem. Wyróżnia się też najdłuższy w zestawie "Epiphany", zupełnie nie punkowy, za to równie przebojowy, co dwa wyżej wspomniane utwory. Świetny jest riff następujący po refrenie, a uroku nie można odmówić spokojniejszym zwrotkom. Największym zaskoczeniem może być jednak "The Defense" z bardziej eksperymentalną strukturą i niemal metalowym riffowaniem, ale też z licznymi złagodnieniami. Wspomnieć warto jeszcze o finałowym "Bored and Extremely Dangerous", z bardzo ładną melodią i zaskakującą częścią środkową.

"The Process of Belief" to bardzo udany album, ciekawie łączący stylistykę zespołu z końca lat 80. z tym, co najlepsze z kolejnej dekady. W dodatku nie ma tu praktycznie żadnych wypełniaczy - chociaż jak się uprzeć, to można wskazać na nudnawy "You Don't Belong". Znacznie fajniejszy jest "Shattered Faith", obecny tylko na japońskim wydaniu albumu - pominięcie go na międzynarodowej edycji jest chyba największym błędem w całej karierze zespołu.

Ocena: 7/10



Bad Religion - "The Process of Belief" (2002)

1. Supersonic; 2. Prove It; 3. Can't Stop It; 4. Broken; 5. Destined For Nothing; 6. Materialist; 7. Kyoto Now!; 8. Sorrow; 9. Epiphany; 10. Evangeline; 11. The Defense; 12. The Lie; 13. You Don't Belong; 14. Bored and Extremely Dangerous

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Brian Baker - gitara; Jay Bentley - bass; Brooks Wackerman - perkusja
Producent: Brett Gurewitz i Greg Graffin


24 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "The New America" (2000)



O ile jeszcze w przypadku "No Substance" można było polemizować, czy jest to tylko lekki spadek formy, czy kompletny gniot, tak odnośnie "The New America" ciężko napisać cokolwiek pozytywnego. Bad Religion przekroczyli tutaj granicę dzielącą ich styl od pop punku - nagle zaczęli grać banalne, radosne pioseneczki. To, co wcześniej było zaletą zespołu - a więc melodie - tutaj stało się największą wadą. Takie kawałki, jak singlowy "I Love My Computer" czy np. "A Streetkid Named Desire" są po prostu obciachowe. Nieco ponad poziom wybija się tylko otwierający całość "You've Got a Chance" - zupełnie nie zapowiadający tragedii, która ma po nim nastąpić.

Okładka wydania amerykańskiego.
Całkiem fajny byłby jeszcze chwytliwy "A World Without Melody", gdyby nie okropny refren. Ciekawostką jest gościnny udział Bretta Gurewitza w "Believe It" - nie tylko w roli gitarzysty, ale również współkompozytora. To jednak największe rozczarowanie na płycie - udział byłego (i przyszłego, jak się wkrótce potem miało okazać) muzyka nie spowodował powrotu do dawnego stylu; "Believe It" to jeden z najbardziej banalnych kawałków na płycie. A konkurencję o tytuł najgorszej piosenki w całym repertuarze ma na tym albumie całkiem sporą. Mówiąc Pisząc krótko - "The New America" to najsłabszy longplay Bad Religion. Nawet "Into the Unknown" wydaje się przy nim całkiem udany.


Ocena: 1/10



Bad Religion - "The New America" (2000)

1. You've Got a Chance; 2. It's a Long Way to the Promise Land; 3. A World Without Melody; 4. New America; 5. 1000 Memories; 6. A Streetkid Named Desire; 7. Whisper in Time; 8. Believe It; 9. I Love My Computer; 10. The Hopeless Housewife; 11. There Will Be a Way; 12. Let It Burn; 13. Don't Sell Me Short

Skład: Greg Graffin - wokal; Greg Hetson - gitara; Brian Baker - gitara; Jay Bentley - bass; Bobby Schayer - perkusja
Gościnnie: Brett Gurewitz - gitara (8)
Producent: Todd Rundgren


23 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "No Substance" (1998)



Zarówno krytycy muzyczni, jak i wielbiciele zespołu uważają "No Substance" za jeden z najgorszych albumów Bad Religion, taki, który w ogóle nie powinien powstać. Czy jednak rzeczywiście jest aż tak słaby? Właściwie tylko trzy utwory (i okładka) są naprawdę odpychające: ewidentnie radiowy "Raise Your Voice!", z irytującym "pa pa pa" i gościnnym udziałem Campino - wokalisty najpopularniejszego punkowego zespołu z Niemiec, Die Toten Hosen; przegadany "The State of the End of the Millennium Address"; oraz pop punkowy "Mediocre Minds". Poza tym problem z "No Substance" polega na tym, że brakuje tu utworów, które wybijałby się ponad średnią. Nie ma tu żadnego kawałka, do którego grupa chętnie by wracała na koncertach. Mimo wszystko, można wyróżnić kilka całkiem przyjemnych fragmentów: "Shades of Truth", "All Fantastic Images", "Strange Denial" czy "The Same Person". Przesłuchanie całości jest jednak dość męczące, ze względu na monotonność zebranego tu materiału.

Ocena: 3/10

PS. Japońskie wydanie zawiera dodatkowy utwór "Dream of Unity" - poruszającą balladę, dostępną już wcześniej na koncertowym albumie "Tested" (1997). To najpiękniejszy utwór w całym dorobku grupy, znacznie lepszy od czegokolwiek na ogólnoświatowym wydaniu "No Substalnce".



Bad Religion - "No Substance" (1998)

1. Hear It; 2. Shades of Truth; 3. All Fantastic Images; 4. The Biggest Killer in American History; 5. No Substance; 6. Raise Your Voice!; 7. Sowing the Seeds of Utopia; 8. The Hippy Killers; 9. The State of the End of the Millennium Address; 10. The Voracious March of Godliness; 11. Mediocre Minds; 12. Victims of the Revolution; 13. Strange Denial; 14. At the Mercy of Imbeciles; 15. The Same Person; 16. In So Many Ways

Skład: Greg Graffin - wokal; Greg Hetson - gitara; Brian Baker - gitara; Jay Bentley - bass; Bobby Schayer - perkusja
Gościnnie: Campino - wokal (6)
Producent: Bad Religion, Alex Perialas i Ronnie Kimball


[Recenzja] Bad Religion - "The Gray Race" (1996)



Odejście Bretta Gurewitza było dla Bad Religion nie tylko stratą gitarzysty, ale także autora blisko połowy dotychczasowego repertuaru. Na "The Gray Race" cały ciężar kompozytorski spadł na barki Grega Graffina; jedynie w czterech kawałkach wspomógł go nowy gitarzysta, Brian Baker ("The Gray Race", "Nobody Listens", "Spirit Shine" i "The Streets of America"). Wbrew pozorom, longplay nie jest dużo słabszy od poprzedników. Fakt, zdarzają się tutaj kompozycje banalne ("A Walk", "Empty Causes", "Victory", "Drunk Sincerity") i przekombinowane ("Parallel", "Come Join Us"), ale równoważą je kawałki naprawdę udane. Wyróżnić trzeba przede wszystkim dwa najpopularniejsze fragmenty albumu: hymnowy "Punk Rock Song" oraz wolniejszy "The Streets of America", z jedną z najlepszych  linii wokalnych Graffina w całej karierze. Intrygująco wypada utwór tytułowy, z fantastycznym, spokojniejszym refrenem. Na albumie nie brak też typowych dla grupy energetycznych kawałków, ze świetnymi "Pity the Dead" i "Nobody Listens" na czele. A w roli zakończenia bardzo dobrze sprawdza się łagodniejszy "Cease". W sumie więc nie jest źle, chociaż mogło być lepiej. Jedynym naprawdę odpychającą rzeczą jest tutaj okładka - oj, nie zachęca do zasięgnięcia po ten album. Właściwie wszystkie okładki Bad Religion są kiepskie, ale ta straszy najbardziej.

Ocena: 6/10



Bad Religion - "The Gray Race" (1996)

1. The Gray Race; 2. Them and Us; 3. A Walk; 4. Parallel; 5. Punk Rock Song; 6. Empty Causes; 7. Nobody Listens; 8. Pity the Dead; 9. Spirit Shine; 10. The Streets of America; 11. Ten in 2010; 12. Victory; 13. Drunk Sincerity; 14. Come Join Us; 15. Cease

Skład: Greg Graffin - wokal; Greg Hetson - gitara; Brian Baker - gitara; Jay Bentley - bass; Bobby Schayer - perkusja
Producent: Ric Ocasek


22 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "Stranger Than Fiction" (1994)



Rok 1994 to koniec ery grunge'u. Właśnie wtedy Pearl Jam i Soundgarden nagrały ostatnie albumy, które można zaliczyć do tego nurtu, a Nirvana zakończyła działalność po samobójczej śmierci Kurta Cobaina. Z pewnością miało to wpływ na wybuch nowej mody - popularnością zaczęła się cieszyć kuriozalna, komercyjna odmiana punk rocka, zwana pop punkiem. W 1994 roku ogromną popularnością cieszyły się albumy "Smash" The Offspring i "Dookie" Green Day, natychmiast pojawiły się tysiące ich naśladowców, z których wszyscy grali dokładnie tak samo. Paradoksalnie, na fali tej popularności, sukcesu komercyjnego doczekał się także Bad Religion (który zresztą swoją melodyjną odmianą punku zbudował podstawy pod pop punk). Wcześniej jednak podpisali pakt z diabłem. A konkretnie - kontrakt z fonograficznym gigantem, firmą Atlantic. Nie wszyscy muzycy byli tym zachwyceni. Powody do narzekań miał zwłaszcza Brett Gurewitz, właściciel firmy Epitaph, która wydała wszystkie poprzednie albumy grupy. Gitarzysta wziął udział w nagrywaniu "Stranger Than Fiction", ale opuścił skład jeszcze przed premierą longplaya.

Kontrakt z Atlantic na szczęście nie miał wielkiego wpływu na zawartość albumu. Wytwórnia wymogła na zespole tylko jedną rzecz - ponowne nagranie "21st Century (Digital Boy)". Z komercyjnego punktu widzenia był to strzał w dziesiątkę - utwór został wydany na singlu i doszedł do 11. miejsca na liście Modern Rock Tracks magazynu Billboard. Do dzisiaj jest to największy singlowy sukces grupy. Nowa wersja "21st Century (Digital Boy)" nie różni się specjalnie od oryginału, jednak brzmienie jest znacznie lepsze. Dla wielu fanów grupy nie do zaakceptowania musiał być za to utwór "Slumber", z łagodnymi, wręcz balladowymi, zwrotkami. Innym takim zaskakującym momentem jest "Infected" - mocny utwór, ale raczej rockowy, niż punkowy. Mnie akurat podobają się takie eksperymenty - pokazują, że grupa wciąż się rozwijała. Za bardziej kontrowersyjne uważam zaproszenie na płytę dodatkowych wokalistów, pochodzących z popularnych wówczas punkowych zespołów: Tima Armstronga z Rancid ("Television") i Jima Lindberga z Pennywise ("Marked"). Ciekawy jest za to udział gitarzysty MC5, Wayne'a Kramera, w otwierającym całość "Incomplete".

Poza tym "Stranger Than Fiction" nie różni się specjalnie od wcześniejszych dokonań Bad Religion. To wciąż bardzo energetyczne i melodyjne granie, bez względu na to, czy grupa gra ostrzej (np. "Leave Mine to Me", "Tiny Voices", "The Handshake", "Inner Logic", "What It Is"), czy trochę łagodniej (tytułowy "Stranger Than Fiction", "Better Off Dead"). Słabym momentem albumu jest na pewno wspomniany "Television" - bardzo chaotyczny i pozbawiony dobrej melodii. A i zdarzają się tutaj  zwykłe wypełniacze ("Individual", "Hooray for Me...").

Ocena: 7/10



Bad Religion - "Stranger Than Fiction" (1994)

1. Incomplete; 2. Leave Mine to Me; 3. Stranger Than Fiction; 4. Tiny Voices; 5. The Handshake; 6. Better Off Dead; 7. Infected; 8. Television; 9. Individual; 10. Hooray for Me...; 11. Slumber; 12. Marked; 13. Inner Logic; 14. What It Is; 15. 21st Century (Digital Boy)

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Jay Bentley - bass; Bobby Schayer - perkusja
Gościnnie: Wayne Kramer - gitara (1); Tim Armstrong - wokal (8); Jim Lindberg - wokal (12)
Producent: Andy Wallace i Bad Religion


[Recenzja] Bad Religion - "Recipe for Hate" (1993)



Po eksperymentalnym "Generator" muzycy Bad Religion postanowili wrócić na właściwe tory i nagrać kolejną stricte punkową płytę. No prawie stricte, bo pewne odstępstwa od stylu jednak się zdarzają, czego najlepszym przykładem są cztery utwory: wolniejszy "Man With a Mission", wzbogacony brzmieniem gitary slide; pokomplikowany rytmicznie "All Good Soldier"; punkowo-metalowo-funkowy "Lookin' In"; oraz łagodniejszy "Skyscraper". Na "Recipe for Hate" przeważają jednak proste, punk rockowe czady, jak utwór tytułowy, "My Poor Friend Me", "Modern Day Catastrophists", czy "American Jesus". Ten ostatni to jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy. Z jednej strony bardzo dla niej typowy, oparty na niesamowicie chwytliwej melodii, a z drugiej zdradzający pewne wpływy modnego wówczas grunge'u - zresztą za chórki odpowiada tu sam Eddie Vedder. Wokalista Pearl Jam udziela się także w "Watch It Die", gdzie poza chórkami śpiewa także drugą zwrotkę. Wyróżnić trzeba jeszcze "Struck a Nerve" - obok "American Jesus" najbardziej znany fragment albumu, pod względem przebojowości nie pozostający w tyle. Oba kawałki zostały wydane na singlach, jednak nie weszły do notowań. Sukces komercyjny Bad Religion osiągnie dopiero dzięki swojemu kolejnemu longplayowi...

Niestety, "Recipe for Hate" ma też kilka słabszych momentów, jak banalny "Kerosene" (z niepotrzebnym udziałem aż dwóch dodatkowych gitarzystów) czy niewyróżniające się niczym szczególnym "Portrait of Authority" i "Don't Pray on Me". Równie niepotrzebny jest ukryty na końcu płyty muzyczny żart, zatytułowany "Stealth". Longplay trwa 37 minut, czyli bardzo długo, jak na standardy Bad Religion, więc spokojnie mogłoby się obyć bez tych czterech kawałków.

Ocena: 6/10



Bad Religion - "Recipe for Hate" (1993)

1. Recipe for Hate; 2. Kerosene; 3. American Jesus; 4. Portrait of Authority; 5. Man With a Mission; 6. All Good Soldiers; 7. Watch It Die; 8. Struck a Nerve; 9. My Poor Friend Me; 10. Lookin' In; 11. Don't Pray on Me; 12. Modern Day Catastrophists; 13. Skyscraper

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Jay Bentley - bass; Bobby Schayer - perkusja
Gościnnie: John Wahl - gitara (2); Chris Bagarozzi - gitara (2); Eddie Vedder - wokal (3,7); Greg Leisz - gitara (5); Joe Peccerillo - gitara (6); Johnette Napolitano - wokal (8)
Producent: Bad Religion


21 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "Generator" (1992)



"Generator" to najbardziej ponury album zespołu, z tekstami odnoszącymi się przede wszystkim do trwającej wówczas wojny w Zatoce Perskiej. Zmiany dotknęły jednak przede wszystkim warstwy muzycznej, muzycy postanowili więcej eksperymentować. Dobrym przykładem jest utwór tytułowy, z połamanym rytmem i fragmentami dysharmonicznymi - dzięki zmianie perkusisty, na bardziej uzdolnionego Bobby'ego Schayera, Bad Religion mógł zacząć grać takie bardziej skomplikowane rzeczy. Podobne eksperymenty słychać w singlowym "Atomic Garden", a "No Direction", "Two Babies in the Dark", "The Answer" i "Only Entertainment" są utrzymane w zdecydowanie wolniejszym tempie. W "Too Much to Ask" i "No Direction" brzmienie jest trochę łagodniejsze, fajnym pomysłem było wzbogacenie pierwszego z nich o spokojny wstęp. Dużo na "Generator" nieco bardziej wyrafinowanych, a więc zupełnie niepunkowych, solówek gitarowych (np. w "Generator", "No Direction", "Two Babies in the Dark" i "The Answer"). Ale spokojnie, trochę punk rockowego czadu też się znajdzie ("Tomorrow", "Heaven Is Falling", "Fertile Crescent"). O świetnych melodiach nawet nie wypada wspominać - to przecież oczywiste w przypadku tej grupy. Jako całość "Generator" trafia do mnie bardziej niż "Wielka Trójca" - nie ma tu żadnych wypełniaczy, jakie zdarzały się na "No Control" i "Against the Grain", a w przeciwieństwie do "Suffer", tutaj każdy utwór brzmi zupełnie inaczej.

Ocena: 7/10



Bad Religion - "Generator" (1992)

1. Generator; 2. Too Much to Ask; 3. No Direction; 4. Tomorrow; 5. Two Babies in the Dark; 6. Heaven Is Falling; 7. Atomic Garden; 8. The Answer; 9. Fertile Crescent; 10. Chimaera; 11. Only Entertainment

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Jay Bentley - bass; Bobby Schayer - perkusja
Producent: Bad Religion


[Recenzja] Bad Religion - "Against the Grain" (1990)



"Against the Grain" przez wielu fanów Bad Religion uznawany jest za największe dokonanie zespołu, na równi z "Suffer" i "No Control". Jednak "Against the Grain" nie jest powtórką dwóch poprzednich albumów z "Wielkiej Trójki". Zespół postanowił pójść do przodu, włączyć nowe elementy do swojej twórczości. Muzycy nie obawiają się tutaj stosować tak nietypowych w punk rocku zabiegów, jak rozpoczęcie kawałka od gitarowej solówki ("Modern Man") czy stosowania nagłych przełamań (przyśpieszenie w połowie "The Positive Aspect of Negative Thinking", zwolnienie w końcówce "Anesthesia", balladowe przejście w "Operation Rescue"). Rozwój grupy pokazuje także wolniejszy "Faith Alone" - kawałek rewelacyjny pod względem melodycznym, z wyjątkowo długą - jak na Bad Religion - solówką.

W parze z powyższymi zmianami idzie większa przebojowość. Spora część kawałków zapada w pamięć już przy pierwszym przesłuchaniu: "Anesthesia", "Flat Earth Society", "Faith Alone", "Against the Grain", "Operation Rescue", "God Song" czy "Walk Away", nie wspominając już o "21st Century (Digital Boy)" - to przecież jeden z największych przebojów grupy. Chociaż trzeba dodać, że popularność zyskała dopiero wersja z 1994 roku, nagrana na album "Stranger Than Fiction". Tytuł kawałka jest oczywiście nawiązaniem do "21st Century Schizoid Man" King Crimson, w tekście pojawia się nawet cytat z tego utworu: Cat's foot iron claw / Neuro-surgeons scream for more / Innocents raped with napalm fire...

Niestety, "Against the Grain" obok utworów świetnych i dobrych, zawiera także kilka wypełniaczy, jak "Blenderhead", "Unacceptable" czy "Quality or Quantity". Ale ciężko byłoby tego uniknąć na płycie zawierającej aż 17 utworów - nawet jeśli całość trwa niewiele ponad pół godziny. Ogólnie jednak jest to całkiem solidny longplay, utrwalający pozycję Bad Religion na scenie melodyjnego punk rocka, a jednocześnie pokazujący szerokie horyzonty muzyków.

Ocena: 7/10



Bad Religion - "Against the Grain" (1990)

1. Modern Man; 2. Turn on the Light; 3. Get Off; 4. Blenderhead; 5. The Positive Aspect of Negative Thinking; 6. Anesthesia; 7. Flat Earth Society; 8. Faith Alone; 9. Entropy; 10. Against the Grain; 11. Operation Rescue; 12. God Song; 13. 21st Century (Digital Boy); 14. Misery and Famine; 15. Unacceptable; 16. Quality or Quantity; 17. Walk Away

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Jay Bentley - bass; Pete Finestone - perkusja
Producent: Bad Religion


20 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "No Control" (1989)



Muzycy Bad Religion najwidoczniej doszli do wniosku, że nie ma sensu zmieniać czegoś, co jest - przynajmniej ich zdaniem - idealne. "No Control" jest zatem bezpośrednią kontynuacją "Suffer". Nie jest to jednak żaden zarzut. A pewien progres i tak słychać (i bynajmniej nie chodzi o utwór zatytułowany "Progress"). Na "No Control" zespół, zachowując wszystkie zalety "Suffer" (świetne melodie, teksty i brzmienie, mnóstwo energii), rozwiązał jedyny problem tamtego wydawnictwa, a mianowicie brak wyróżniających się utworów. Tutaj na brak takich nie można narzekać, wybija się zwłaszcza następująca piątka: "I Want to Conquer the World", z łagodniejszymi zwrotkami i ostrzejszym refrenem; wolniejszy "Sanity"; oraz rozpędzone "Henchman", "You" i "Anxiety", z fantastycznymi liniami wokalnymi Graffina, wspartego harmoniami jego kolegów - chociaż to akurat dotyczy całej płyty. Niestety, jednocześnie narodził się inny problem - w porównaniu z wyżej wymienionymi kawałkami, cała reszta wydaje się zbyt zachowawcza i spokojnie można je nazwać wypełniaczami.

Ocena: 6/10



Bad Religion - "No Control" (1989)

1. Change of Ideas; 2. Big Bang; 3. No Control; 4. Sometimes I Feel Like; 5. Automatic Man; 6. I Want to Conquer the World; 7. Sanity; 8. Henchman; 9. It Must Look Pretty Appealing; 10. You; 11. Progress; 12. I Want Something More; 13. Anxiety; 14. Billy; 15. The World Won't Stop

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Greg Hetson - gitara; Jay Bentley - bass; Pete Finestone - perkusja
Producent: Bad Religion


19 sierpnia 2013

[Recenzja] Bad Religion - "Into the Unknown" (1983)



"Into the Unknown" to nie tylko najdziwniejszy longplay w dyskografii Bad Religion, ale wręcz jeden z najbardziej zaskakujących albumów w historii muzyki. Zespół, który dopiero co zadebiutował stricte-punkowym "How Could Hell Be Any Worse?", nagle postanowił grać... rock progresywny. A właściwie postanowili Graffin i Gurewitz - członkom sekcji rytmicznej pomysł się nie spodobał i opuścili zespół. Obaj liderzy grupy oddają tutaj hołd muzyce, jakiej słuchali jeszcze zanim zainteresował ich punk rock (zresztą nazwa założonej przez Gurewitza wytwórni Epitaph pochodzi od tytułu utworu King Crimson). W otwierającym całość "It's Only Over When…" pierwszoplanową rolę odgrywają syntezatory, które od razu nasuwają na myśl grupy w rodzaju Genesis i Yes. Klawisze istotną rolę odgrywają także w "Chasing the Wild Goose" i "Billy Gnosis", ale tutaj melodie kierują skojarzenia raczej w stronę glam rocka i takich wykonawców, jak np. David Bowie.

Oparte na brzmieniach akustycznych "Time and Disregard" i "Million Days" momentami brzmią bardzo folkowo. Ten drugi to jednak najciekawszy fragment albumu, wyróżniający się naprawdę uroczą melodią. Dobrze wypada też "The Dichotomy", w którym muzycy na przemian grają wolno lub szybko - tym razem najbliżej im do Kanadyjczyków z Rush, ale z syntezatorowego etapu ich kariery. Całości dopełnia genesisowy "Losing Generation" oraz "…You Give Up" - z początku oparty na intrygujących brzmieniach pianina, uzupełnianych ostrymi gitarami, po chwili jednak niepotrzebnie przyśpieszający, przez co traci cały nastrój.

Jak na rock progresywny, "Into the Unknown" brzmi bardzo amatorsko i mało oryginalnie. Longplay okazał się klapą - większość egzemplarzy wróciła do magazynów Epitaph - a grupa rozpadła się na kilka lat (w trakcie których nagrali, w dość przypadkowym składzie, EPkę "Back to the Known", będącą powrotem do punkrockowych korzeni). Album nigdy nie został wydany na CD i prawdopodobnie już nigdy nie będzie - nawet Graffin i Gurewitz uważają, że nagranie "Into the Unknown" było błędem. Na szczęście wyciągnęli właściwe wnioski i po odświeżeniu początkowego stylu na następnym w dyskografii "Suffer", twardo trzymają się go do dzisiaj.

Ocena: 4/10



Bad Religion - "Into the Unknown" (1983)

1. It's Only Over When…; 2. Chasing the Wild Goose; 3. Billy Gnosis; 4. Time and Disregard; 5. The Dichotomy; 6. Million Days; 7. Losing Generation; 8. …You Give Up

Skład: Greg Graffin - wokal, syntezator, pianino, gitara; Brett Gurewitz - gitara; Paul Dedona - bass; Davy Goldman - perkusja
Producent: Greg Graffin i Brett Gurewitz


[Recenzja] Bad Religion - "How Could Hell Be Any Worse?" (1982)



Bad Religion to chyba najbardziej ambitny zespół punk rockowy, często zresztą wykraczający poza ten styl... Jednak ich debiutancki album "How Could Hell Be Any Worse?" zupełnie nie zapowiada, że będzie to jedna z najważniejszych grup w gatunku. Całość trwa niespełna pół godziny i dominują tutaj krótkie, szybkie, proste, trzyakordowe kawałki, zagrane bardzo niechlujnie. Ogólnie brzmienie pozostawia wiele do życzenia, ale nie powinno to dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, że płytę muzycy nagrali za własne pieniądze i wydali ją w (jeszcze) amatorskiej wytwórni Epitaph, założonej przez gitarzystę, Bretta Gurewitza. Czasem jednak grupie udaje się zagrać coś bardziej melodyjnego, czego najlepszym przykładem "Part III", z w miarę czystym śpiewem Grega Graffina; chociaż trochę chaosu wkrada się w solówkę, gościnnie zagraną przez Grega Hetsona - ówczesnego gitarzystę Circle Jerks, który kilka lat później dołączył na stałe do Bad Religion. Na tle całości wyróżniają się jeszcze "We're Only Gonna Die" i opatrzony spokojnym wstępem "Fuck Armageddon... This Is Hell" - oba do dzisiaj grane przez zespół na żywo - oraz "In the Night" (z wyraźnym bassem w końcówce) i bardziej rozbudowany "Doing Time". Reszta utworów zlewa się w całość, trudno je od siebie odróżnić.

Okładka EP "Bad Religion".
W 2004 ukazała się reedycja albumu, zawierająca aż 14 bonusowych utworów, pochodzących z debiutanckiej EPki "Bad Religion" (1981), kompilacji różnych wykonawców "Public Service" (także 1981), oraz z nieco późniejszej EPki, "Back to the Known" (1985). Nagrania z 1981 roku to jeszcze większa surowizna od kawałków z longplaya. Można jednak zaobserwować szybki rozwój grupy - trzy utwory z EPki ("Bad Religion", "Slaves" i "Drastic Actions") powtarzają się na kompilacji, gdzie brzmią dojrzalej. Ostatni z tych utworów, oparty na wyrazistej melodii "Drastic Actors", to zresztą jeden z najciekawszych utworów we wczesnym repertuarze grupy, szkoda, że zupełnie zapomniany, także przez sam zespół. Dodać trzeba, że EPka zawierała jeszcze trzy, także tutaj obecne, mniej ciekawe kawałki: "Politics", "Sensory Overload" i "World War III".

Zupełnie inaczej prezentuje się zawartość "Back to the Known", czyli pięć utworów nagranych w dość nietypowym składzie: z muzyków nagrywających "How Could Hell Be Any Worse?" zostali tylko wokalista Greg Graffin i perkusista Pete Finestone, a dołączyli do nich gitarzysta Greg Hetson i basista Tim Gallegos. Brett Gurewitz nie mógł wziąć udziału w nagraniach z powodu uzależnienia od narkotyków, ale wystąpił tu w roli producenta. Materiał rozpoczyna się rewelacyjnie przebojowym "Yesterday" (z tekstem będącym parafrazą przeboju Beatlesów) - to już w pełni dojrzały Bad Religion. I w końcu porządnie brzmiący. Dalej pojawiają się nieco dziwny, ale interesujący "Frogger", oraz nowa, wolniejsza wersja "Bad Religion". Hymnowy "Along the Way" słusznie uznawany jest za jeden z najlepszych utworów zespołu. Wielka szkoda, że kończy się po półtorej minuty - powinien trwać dwa razy tyle. Finałowy "New Leaf", w którym po raz pierwszy pojawiają się charakterystyczne dla Bad Religion harmonie wokalne, to dobra zapowiedź kolejnych albumów grupy (od "Suffer"). Gdybym miał oceniać "Back to the Known" jako osobne wydawnictwo, dałbym przynajmniej 7 na 10.

Ocena: 5/10

PS. W 1991 roku ukazała się kompilacja "80-85", mająca dokładnie taką samą tracklistę, jak opisana powyżej reedycja "How Could Hell Be Any Worse?".



Bad Religion - "How Could Hell Be Any Worse?" (1982)

1. We're Only Gonna Die; 2. Latch Key Kids; 3. Part III; 4. Faith in God; 5. Fuck Armageddon... This Is Hell; 6. Pity; 7. In the Night; 8. Damned to Be Free; 9. White Trash (2nd Generation); 10. American Dream; 11. Eat Your Dog; 12. Voice of God Is Government; 13. Oligarchy; 14. Doing Time

Skład: Greg Graffin - wokal; Brett Gurewitz - gitara; Jay Bentley - bass; Pete Finestone - perkusja (1,3,4,6,7,13); Jay Ziskrout - perkusja (2,5,8-12,14)
Gościnnie: Greg Hetson - gitara (3)
Producent: Bad Religion


17 sierpnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory The Doors

The Doors w oryginalnym składzie - z Jimem Morrisonem jako wokalistą - istniał zaledwie pięć lat. Przez ten czas muzycy zdążyli nagrać aż sześć albumów studyjnych i zyskać sławę najlepszego, ale też najbardziej kontrowersyjnego, zespołu amerykańskiego. Poniżej znajdziesz listę 10 najpopularniejszych utworów zespołu, uzupełnioną dwoma interesującymi kompozycjami, które nie znalazły się na żadnej z ich płyt: "Celebration of the Lizard" i "Orange Country Suite".

The Doors: Jim Morrison, John Densmore, Ray Manzarek i Robby Krieger.

1. "Break on Through (to the Other Side)" (z albumu "The Doors", 1967)

Szybki utwór oparty na rytmie bossa novy (zaproponowanym przez perkusistę, Johna Densmore'a), otwierający debiutancki album zespołu. Gitarzysta Robby Krieger przyznaje, że główny riff zaczerpnął z utworu "Shake Your Moneymaker" w wykonaniu Paula Butterfielda (oryginał wykonywał Elmore James). Tekst Jima Morrisona został częściowo zainspirowany książką "City of Night" Johna Rechy'ego i mówi o strachu przed przemijaniem. Nie jest jednak tajemnicą, że tytułowe słowa odnoszą się do stanu po zażyciu narkotyków. Klawiszowiec grupy, Ray Manzarek, nazywał ten utwór poezją LSD. Przedstawiciele wytwórni Electra Records postanowi ukryć przesłanie utworu, skracając powtarzany w refrenie wers "She gets high" do samego "She gets". Dopiero na reedycjach albumu po 1999 roku przywrócono słowo "high".
"Break on Through (to the Other Side)" był pierwszym singlem zespołu - nie radził sobie jednak najlepiej na notowaniach. Muzycy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce: Wszyscy czterej dzwoniliśmy do stacji radiowych - opowiadał Manzarek - i cienkimi głosikami mówiliśmy: "Cześć, chciałbym usłyszeć ten fantastyczny kawałek Doorsów. To nasze chłopaki z L.A.! Zagrajcie 'Break on Through'". No i w końcu dziewczyna, która odbierała telefony, czy DJ, czy kto tam był pod ręką, mówił: "Dobra, ale przestańcie dzwonić. Wiemy, że jesteście z zespołu, albo płacą wam za to, żebyście dzwonili, więc dajcie już sobie spokój". Utwór ostatecznie doszedł do 126. miejsca w Stanach. Znacznie wyżej notowany był w Europie - 64. miejsce w Wielkiej Brytanii, 8. we Francji.


2. "Light My Fire" (z albumu "The Doors", 1967)

W przeciwieństwie do "Break on Through", drugi singiel zespołu, "Light My Fire" radził sobie w notowaniach znacznie lepiej, docierając na sam szczyt amerykańskiego notowania. 1. miejsce osiągnął także we Francji, natomiast w Wielkiej Brytanii zaledwie 7., ale trzeba pamiętać, że wciąż był to czas hegemonii The Beatles na tamtejszym rynku muzycznym. Warto dodać, że singlowa wersja utworu była skrócona o ponad połowę - wycięto z niej długie solówki Manzarka i Kriegera, które nagrali pod wpływem utworu "My Favorite Things" Johna Coltrane'a.
"Light My Fire" jest głównie dziełem Kriegera. To była jego pierwsza piosenka, jaką napisał w życiu - mówił Manzarek. Zresztą jest to dość ciekawa historia. Po jednej z prób powiedzieliśmy sobie, że w domu każdy z nas napisze jedną piosenkę. Nikt z nas niczego nie wymyślił, a on przyszedł z "Light My Fire". Utwór był jednak niedopracowany, zawierał tylko zwrotkę i refren. Potem nastąpiła "obróbka zespołowa" - wyjaśniał w innym wywiadzie Manzarek. W tym przypadku John podrzucił rytm w stylu latynoskim, ja zbudowałem partię solową na organach i wstęp. Jim ułożył drugą zwrotkę: "Love become the funeral pyre..." To dobry przykład na to, jak powstawała piosenka The Doors - każdy dorzucał coś od siebie.


3. "The End" (z albumu "The Doors", 1967)

12-minutowy utwór kończący debiutancki album zespołu, to prawdziwe opus magnum rocka psychodelicznego, zabarwionego orientalizmami. Producent płyty, Paul A. Rothchild, zauważył to już podczas nagrywania: Grali już jakieś sześć minut, gdy zwróciłem się do Bruce'a [Botnicka, realizatora dźwięku] ze słowami: "Czy masz pojęcie, co się tutaj dzieje? To jeden z najważniejszych momentów w historii rock'n'rolla". Bruce, który miał jeszcze mleko pod nosem, zapytał: "Naprawdę?". Tłumaczę mu więc: "Przestań wsłuchiwać się w brzmienie - jest w porządku. Posłuchaj muzyki". Kiedy skończyli, miałem na całym ciele gęsią skórkę. To był magiczny moment.
O powstaniu utworu opowiadał Densmore: Jim nie grał na żadnym instrumencie, ale wymyślał melodie w głowie i potrafił je zaśpiewać. W ciągu tych kilku krótkich lat w zespole panowała pełna demokracja. Czasem Jim miał w głowie tylko zarys czegoś i siadaliśmy nad tym razem - tak powstał "The End". To było u mnie w domu. Jim powiedział na początku: "This is the end, beautiful friend - the end". A potem utwór zaczął się rozrastać... Grupa rozbudowywała go zwłaszcza podczas występów, na których poszerzyli utwór o część improwizowaną. W pamięci muzyków najbardziej zapisał się ich ostatni występ w klubie Whisky A Go Go, 21 sierpnia 1966 roku. Do Whisky  trafiliśmy właściwie przypadkiem - opowiadał Krieger. Graliśmy koncert w klubie na tej samej ulicy i dziewczyna, która bukowała koncerty w Whisky A Go Go, zobaczyła nas pewnego dnia i oczywiście od razu zakochała się w Jimie. Tym sposobem zagraliśmy koncert w tym właśnie klubie. Kontrowersyjne wykonanie "The End" przeszło już chyba do historii. Na początku występu Jim w ogóle nie pojawił się na scenie, więc my po prostu graliśmy utwory w wersji instrumentalnej, co jakimś cudem uszło nam na sucho. W końcu John i Ray poszli po Jima. Znaleźli go chowającego się pod łóżkiem. Jego zachowanie nie powinno dziwić, o ile weźmie się pod uwagę fakt, że wziął za dużo kwasu. Doprowadzili go trochę do porządku i wyprowadzili na scenę. Powiedział, że chce zagrać "The End". Cóż, zgodziliśmy się. Wtedy pierwszy raz wyśpiewał: "Father, I want to kill you. Mother, I want to fuck you". Przyznam szczerze, że byliśmy nie mniej zszokowani niż publiczność.
Podobnie jak "Break on Through", "The End" na płycie został ocenzurowany (podczas wersu "Mother, I want to fuck you", słowo "fuck" zostało zasłonięte krzykiem Morrisona). Chociaż utwór nie został wydany na singlu, zyskał popularność dzięki umieszczeniu go na ścieżce dźwiękowej filmu "Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppola z 1979 roku.


4. "People Are Strange" (z albumu "Strange Days", 1967)

Jim wpadł do domu w Laurel Canyon, który wynajmowałem z Johnem Densmorem - opowiadał Krieger. Był w stanie depresji i mówił, że chce się zabić, co tak naprawdę nie było niczym niezwykłym, ale uwierzyliśmy mu, jak zawsze. Mówił, że wszystko straciło dla niego wartość, że życie stało się koszmarem. Spędziliśmy więc razem noc - ja, Jim, John i nasza przyjaciółka, Georgie Newton. I próbowaliśmy odwieść go od myśli samobójczych. A nad ranem powiedzieliśmy: "OK, Jim, może jeśli wdrapiemy się na szczyt wzgórza i popatrzymy na wschód słońca, spojrzysz na wszystko inaczej". Wspięliśmy się więc na sam szczyt Laurel Canyon i nagle nastrój Jima całkowicie się odmienił. Wtedy wyskoczył z tekstem "People Are Strange". Powiedział: "Człowieku, właśnie zobaczyłem światło. Na górze było tak pięknie, że w drodze powrotnej napisałem piosenkę". Tam w górze zrozumiał, że "kiedy jesteś obcy, wszystko wydaje się zagmatwane, ale kiedy jesteś wśród swoich, wystarczy, że popatrzysz na wschodzące słońce, a wszystko staje się cudowne, w końcu staje się tobą, projekcją ciebie". A refleksje te wpisał w tekst piosenki, ja zaś jakąś godzinę później dodałem do niej muzykę. Nagraliśmy ten kawałek następnego dnia.
"People Are Strange" był pierwszym singlem promującym drugi album zespołu, "Strange Days". Osiągnął 12. pozycję na amerykańskim notowaniu.


5. "The Unknown Soldier" (z albumu "Waiting for the Sun", 1968)


Antywojenny utwór wybrany na singiel promujący trzeci album zespołu, "Waiting for the Sun". Ze względu na wymowę tekstu, nie był grany przez amerykańskie stacje radiowe, obawiające się, że zostanie odebrany jako ich protest przeciwko trwającej właśnie wojnie w Wietnamie. Oczywiście, bywaliśmy "upolitycznieni" - mówił Densmore. Chociaż Jim, w piosence "The Unknown Soldier" nie mówił nic konkretnego na temat wojny w Wietnamie; wiadomo było o co chodzi. Jego przesłanie było o wiele bardziej uniwersalne. On mówił o tym, że musimy szukać pokoju w sobie, musimy zajrzeć wgłąb siebie. Tylko w ten sposób można wpłynąć na zmiany w społeczeństwie - jeśli nie potrafisz pomóc sobie, to i dla społeczeństwa niewiele zrobisz. Singiel mimo wszystko zdołał dojść do 39. miejsca w Stanach.
Kawałek był podobno nagrywany 130 razy, ponieważ Paul Rothchild miał jasno określoną wizję utworu.


6. "Hello, I Love You" (z albumu "Waiting for the Sun", 1968)

Na kolejny singiel trafiła prosta, wręcz banalna, piosenka z miłosnym tekstem, napisanym przez Morrisona, pod wpływem spotkania na plaży pięknej, nieznajomej kobiety. Utwór spodobał się radiowcom, którzy odtwarzali go na tyle często, że stał się drugim - i ostatnim - numerem 1. zespołu na amerykańskiej liście najlepiej sprzedających się singli.
Ray Davies z grupy The Kinks zarzucił Doorsom, że splagiatowali ich hit "All Day and All of the Night". Zaprzecza temu Krieger, twierdzący, że inspiracją był "Sunshine of Your Love" Cream. Gitarzysty nie było jednak w grupie, kiedy kawałek powstał - pierwotna wersja znalazła się już na pierwszym demo zespołu, zarejestrowanym w 1965 roku.


7. "Five to One" (z albumu "Waiting for the Sun", 1968)

"Five to One" narodził się od zera w studiu - opowiadał Krieger. Paul Rothchild powiedział: "Przydałoby się coś naprawdę mocnego, prawdziwie rock'n'rollowego". Do dziś wiele osób uważa, że "Five to One" to pierwszy kawałek heavy metalowy. W każdym razie wyszło nam coś naprawdę fajnego. Rzeczywiście, album "Waiting for the Sun", zawierający "Five to One", ukazał się kilka miesięcy przed "Białym albumem" Beatlesów, na którym znajduje się kawałek "Helter Skelter", powszechnie uznawany za pierwszy utwór metalowy. Aczkolwiek, jeszcze w 1964 roku The Kinks nagrali kawałek "You Really Got Me", oparty na gitarowym motywie będącym archetypem heavy metalowego riffu.


8. "Celebration of the Lizard" (utwór niealbumowy, 1968)

Kilkunastominutowy utwór, składający się z siedmiu poematów Morrisona ("Lions in the Street", "Wake Up!", "A Little Game", "The Hill Dwellers", "Not to Touch the Earth", "Names of the Kingdom" i "The Palace of Exile"), z muzyką dopisaną przez pozostałych członków zespołu. Początkowo utwór miał wypełniać całą jedną stronę albumu "Waiting for the Sun", ale w między czasie wokalista stracił nim zainteresowanie. W ogóle śpiewanie przestało go wówczas zajmować - wyjaśniał Rothchild. Chciał robić inne rzeczy, jak pisanie. Bycie wokalistą The Doors przestało mieścić się w jego wyobrażeniach na temat dobrej zabawy. Ciężko było sprawić, by zaangażował się w nagrania.
Brak "Celebration of the Lizard" dokładnie wytłumaczył w jednym z wywiadów Manzarek: Nigdy właściwie nie został ukończony. Przymierzaliśmy się do tego, nagrywaliśmy to nawet kilka razy - ale to ciągle nie było to. Energia nie popłynęła we właściwym kierunku. Niektóre piosenki są gotowe od razu - inne wymagają pewnego okresu "wylęgania". W tym przypadku jaszczurka nie była jeszcze gotowa na opuszczenie jaja. Piosenka wykluła się na koncertach, a potem zabrakło nam czasu, żeby się do tego zabrać, chociaż mieliśmy taki zamiar. W '71 roku byliśmy przekonani, że numer jest już wreszcie gotowy i mogliśmy go nagrać w studiu, ale Jim nie wrócił z Paryża. Siedzący obok Krieger wyraził swoje zdumienie: Mieliśmy go nagrać? Pierwsze słyszę. Nie wiem. To był typowy koncertowy numer.
Grupa rzeczywiście często wykonywała utwór na żywo - można go usłyszeć na wielu koncertówkach, w tym na "Absolutely Live", jedynej wydanej za życia Morrisona (w 1970 roku). Studyjna wersja po raz pierwszy została opublikowana w 2003 roku, na kompilacji "Legacy: The Absolute Best".
Dodać trzeba, że jeden fragment kompozycji - "Not to Touch the Earth" - trafił na "Waiting for the Sun", jako niezależny utwór.


9. "Touch Me" (z albumu "The Soft Parade", 1969)


Album "The Soft Parade" przyniósł sporą zmianę w kwestii brzmienia, co najlepiej słychać na przykładzie najpopularniejszego utworu z płyty, "Touch Me". O ile zwrotki są jeszcze typowo doorsowe, tak w refrenie słychać sekcję smyczkową, a solówka została zagrana na saksofonie. Byłem przeciwny pomysłowi wzbogacenia brzmienia - mówił po latach Krieger. Nie wiem, jakie były odczucia reszty, ale moim zdaniem w jakimś sensie odebrano nam naszą muzykę. To było trochę jak Jim Morrison z towarzyszeniem orkiestry. Chociaż z drugiej strony, kiedy słucham tych kawałków, wiele z nich bardzo mi się podoba. "Touch Me" to przecież świetna rzecz.
Utwór został wydany na singlu i okazał się sporym sukcesem, docierając do 3. miejsca w Stanach.


10. "Roadhouse Blues" (z albumu "Morrison Hotel", 1970)

Powrót do korzeni, czyli surowy utwór bluesowy. Ta muzyka wytrysnęła z nas w następstwie grania standardów w rodzaju "Money" - mówił Krieger. Przelatując przez wszystkie te stare kawałki, wprowadzaliśmy się w hard rockowe klimaty i tworzyliśmy własne utwory w tym samym duchu.
"Roadhouse Blues" jest najbardziej znanym utworem z albumu "Morrison Hotel", często wykonywany był na żywo - nie był jednak singlem (trafił tylko na stronę B "You Make Me Real") aż do 1979 roku, kiedy na małej płycie ukazała się koncertowa wersja z albumu "An American Prayer".


11. "Orange Country Suite" (utwór niealbumowy, 1970)

Fortepianowy utwór, nagrany przez Jima Morrisona, bez udziału pozostałych członków zespołu. Po raz pierwszy został wydany na kompilacji "Essential Rarities", pierwotnie dostępnej tylko jako część boksu "The Complete Studio Recordings" z 1999 roku, ale rok później opublikowanej jako osobne wydawnictwo. Zamieszczona tam wersja zawiera jednak partie dograne przez instrumentalistów The Doors. Jim nagrał tę piosenkę w 1970 roku, uderzając kilka prostych akordów na fortepianie - mówił Ray Manzarek. Znałem ją, ale dopiero, kiedy usłyszałem ją ponownie, przy pracy nad Box Setem, powiedziałem: dokończmy to, zróbmy to dla Jima. Dorzućmy bębny, gitary i niech Bruce Botnick to wyprodukuje. Kiedy więc znaleźliśmy się w studiu, wyglądało to zupełnie tak, jak podczas sesji do "L.A. Woman". Botnick siedział przy konsoli, my przy swoich instrumentach, a Jima Morrisona mieliśmy w słuchawkach. Pograliśmy sobie trochę w czwórkę... Robby Krieger uzupełnia: Warto było to zrobić, chociaż John i ja mieliśmy co do tego wątpliwości i początkowo nie chcieliśmy dograć swoich partii. Ale daliśmy się namówić, pod warunkiem, że jeśli rezultat nie będzie nam odpowiadał, to wtedy zrezygnujemy z umieszczenia nagrania w boksie. John Densmore: Rzeczywiście początkowo byłem temu całkowicie przeciwny. Końcowy efekt jest jednak wspaniały i jestem przekonany, że Jim byłby zachwycony. Manzarek: Wszyscy porównują tę piosenkę do "Free As a Bird" Beatlesów. I słusznie, ale nasza jest lepsza. Piosenka Beatlesów bardzo mi się zresztą podoba, tylko za dużo tam wszystkiego napakowali - ledwo słychać Johna Lennona. W nowym nagraniu The Doors nie ma wątpliwości, że śpiewa Jim Morrison.


12. "Riders on the Storm" (z albumu "L.A. Woman", 1971)


Słynny utwór zamykający ostatni album The Doors z Jimem Morrisonem, narodził się kiedy zespół jamował wokół standardu country, "Riders in the Sky" (znanego też pod tytułami "Ghost Riders", "Ghost Riders in the Sky" lub "A Cowboy Legend"), napisanego w 1948 roku przez Stana Jonesa, a po raz pierwszy nagranego rok później, przez Burla Ivesa. Zdarzyło się, że graliśmy "Ghost Riders in the Sky" dla zabawy - mówił Robby Krieger. Wiele grup, gdy gra coś znanego, zwykle przyśpiesza tempo. The Doors należeli do niewielu zespołów, które grały wolniej. Utwór więc zmieniał się, zwalniał, aż w końcu zamiast zaśpiewać "Ghost Riders in the Sky", Jim zaczął "Riders on the Storm".
Ray Manzarek dodał do utworu charakterystyczną partię zagraną na elektrycznym fortepianie Fender Rhodes. Te mroczne frazy przesycone są zdecydowanie słowiańskim, polskim duchem - mówił klawiszowiec, mający polskie korzenie. W tym utworze najlepiej chyba słychać, skąd się wywodzę. Włącz "Riders on the Storm", a usłyszysz polską muzykę w amerykańskim wydaniu.
Na pomysł dodania odgłosów burzy wpadł Bruce Botnick, po raz pierwszy występujący w roli producenta albumu (Rothchild zrezygnował z tej funkcji, bo nie mógł poradzić sobie z muzykami, którzy - wg jego słów - nie mieli już serca do grania). Według Botnicka "Riders on the Storm" tuż po nagraniu był ładny i lekki. Kształtu nabrał na etapie miksu. Miałem świra na punkcie efektów dźwiękowych i zaproponowałem: "Chcę czegoś spróbować". Elektra miała kilka płyt z efektami, w tym deszcz i burzę. Przegrałem je na taśmę, którą odtworzyłem w czasie miksowania, bo brakowało nam już ścieżek. Gdy taśma z efektami się skończyła, przewijałem ją do jakiegoś miejsca, wciskałem "play" i wracałem do zgrania w stereo. Szczęśliwym trafem dźwięki gromu pojawiły się tam, gdzie się pojawiły - nie były zaplanowane.
Utwór został wydany na singlu w czerwcu 1971 roku. Do pierwszej setki listy Billboardu wszedł 3 lipca - w dniu śmierci Jima Morrisona; ostatecznie dotarł do 14. pozycji. Osiągnął także 22. w Wielkiej Brytanii, oraz 1. we Francji.