30 czerwca 2013

[Recenzja] Motörhead - "Orgasmatron" (1986)



Niedługo po ukazaniu się "Another Perfect Day" z zespołu został wyrzucony Brian Robertson - podobno z powodu pijaństwa, chociaż w przypadku takiego zespołu jak Motörhead, bardziej prawdopodobne wydaje się, że gitarzysta raczej za mało pił. Na jego miejsce przyjęto aż dwóch muzyków: występującego z zespołem do dziś Phila Campbella, oraz zmarłego przed dwoma laty Michaela Burstona, ukrywającego się pod pseudonimem Würzel. Niedługo po ich dołączeniu (i nagraniu nowej wersji "Ace of Spades") odszedł perkusista Phil Taylor, którego zastępcą został Pete Gill (ex-Saxon). Pierwszymi nagraniami nowego składu były cztery kompozycje, które swoją premierę miały na kompilacji "No Remorse" z 1984 roku (w tym przebój "Killed by Death"). Materiał ten sugerował, że Motörhead będzie w pełni wykorzystywał obecność dwóch gitarzystów w składzie, a także znacznie zaostrzy brzmienie.

Wydany dwa lata później "Orgasmatron" pokazuje jednak, że nie do końca taki był zamiar zespołu. Owszem, zdarzają się tu naprawdę ciężkie kawałki ("Deaf Forever", "Built for Speed", "Orgasmatron"). To właśnie one brzmią tu najbardziej świeżo. Bo niestety pozostałe są krokiem wstecz, do bardziej rock and rollowych czasów "Overkill" ("Ridin' with the Driver", "Ain't My Crime", "Doctor Rock"), czy surowego, ale niezbyt ciężkiego metalu z okresu "Ace of Spades" ("Nothing Up My Sleeve", "Claw"). W porównaniu z "Another Perfect Day" zdecydowanie mniej tutaj utworów zapadających w pamięć. Co ciekawe, największy potencjał mają te mocniejsze fragmenty, jak oparty na monotonnym riffowaniu, ale na swój sposób przebojowy "Deaf Forever", oraz rozpędzony "Built for Speed". Ewentualnie jeszcze energetyczny "Doctor Rock", ale to już mniej wartościowy utwór. Przeciwieństwem tych trzech utworów jest tytułowy "Orgasmatron" - jedna z najmniej przystępnych kompozycji w dorobku grupy. Trudno to jednak traktować jako zaletę. Szkoda też, że w przeciwieństwie do premierowych kawałków z "No Remorse", nie słychać zbytnio, że w nagrywaniu albumu brało udział dwóch gitarzystów.

Ocena: 7/10



Motörhead - "Orgasmatron" (1986)

1. Deaf Forever; 2. Nothing Up My Sleeve; 3. Ain't My Crime; 4. Claw; 5. Mean Machine; 6. Built for Speed; 7. Ridin' with the Driver; 8. Doctor Rock; 9. Orgasmatron

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara; Würzel - gitara; Pete Gill - perkusja
Producent: Bill Laswell i Jason Corsaro


29 czerwca 2013

[Recenzja] Motörhead - "Another Perfect Day" (1983)



Eddie Clark opuścił zespół w wyniku niefortunnej współpracy Motörhead z punkrockowym The Plasmatics, której wynikiem była okropna EPka "Stand by Your Man". Zastępca Clarke'a znalazł się już po tygodniu - został nim Brian Robertson, znany z długoletniej działalności w Thin Lizzy. Razem z nim nadeszły zmiany w kwestii muzycznej. Chociaż "Another Perfect Day" rozpoczyna się od surowego, typowego dla grupy "Back at the Funny Farm", to z każdym utworem coraz bardziej zaskakuje. "Shine" to bardzo przebojowy kawałek, bliższy wspomnianego Thin Lizzy - głównie za sprawą długich solówek gitarowych. Jeszcze bardziej melodyjny, chwytliwy i bliższy poprzedniej grupy Robertsona jest "Dancing on Your Grave". Bardzo podoba mi się takie łagodniejsze, hard rockowe, oblicze ekipy Lemmy'ego. W podobnych klimatach utrzymane są jeszcze "One Track Mind", utwór tytułowy, "I Got Mine", oraz nieco mniej udany "Tales of Glory". Bardziej motörheadowe są "Marching Off to War" i "Rock It", ale ten ostatni zaskakuje partią pianina. Najsłabiej wypada finałowy "Die You Bastard!" - zespół próbuje tutaj pogodzić dawny styl z nowym, wyszło coś kuriozalnego. Reszta longplaya jest jednak bardzo udana.

Ocena: 8/10



Motörhead - "Another Perfect Day" (1983)

1. Back at the Funny Farm; 2. Shine; 3. Dancing on Your Grave; 4. Rock It; 5. One Track Mind; 6. Another Perfect Day; 7. Marching Off to War; 8. I Got Mine; 9. Tales of Glory; 10. Die You Bastard!

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Brian Robertson - gitara, pianino (4); Phil Taylor - perkusja
Producent: Tony Platt


27 czerwca 2013

[Recenzja] Motörhead - "Iron Fist" (1982)



Ostatni album Motörhead nagrany z gitarzystą Eddiem Clarkem nie robi takiego wrażenia jak "Overkill" czy "Ace of Spades", ale warto go poznać dla kilku naprawdę niezłych kawałków. Przede wszystkim na tle całości wyróżniają się dwa utwory: autentycznie hitowy "Loser" oraz oparty na świetnych riffach "America". Niezrozumiałe pozostaje dla mnie dlaczego nie są to przeboje, albo chociaż żelazne punkty koncertów. Mając tak świetne kompozycje, zespół promował longplay zupełnie nijakim "Iron Fist", będący niczym więcej, jak nową, słabszą wersją "Ace of Spades". Takie nawiązanie pomogło przynajmniej odnieść komercyjny sukces - 29. miejsce na brytyjskiej liście singli... Tuż za "Loser" i "America" plasuje się "(Don't Let 'em) Grind Ya Down" ze świetną, długą solówką Clarke'a. Warto jeszcze zwrócić uwagę na rozpędzone "Shut It Down" oraz "Bang to Rights", a także na ciekawe pod względem muzycznym, ale kiepskie wokalnie "Go to Hell" i "(Don't Need) Religion". O pozostałych kawałkach nie warto nawet wspominać.

Ocena: 7/10



Motörhead - "Iron Fist" (1982)

1. Iron Fist; 2. Heart of Stone; 3. I'm the Doctor; 4. Go to Hell; 5. Loser; 6. Sex & Outrage; 7. America; 8. Shut It Down; 9. Speedfreak; 10. (Don't Let 'em) Grind Ya Down; 11. (Don't Need) Religion; 12. Bang to Rights

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Eddie Clarke - gitara; Phil Taylor - perkusja
Producent: Will Reid Dick i Eddie Clarke


26 czerwca 2013

[Recenzja] Motörhead - "Ace of Spades" (1980)



Longplay rozpoczyna się od największego przeboju Motörhead ("Ace of Spades"), a kolejne utwory trzymają poziom. Nie brak chwytliwych refrenów ("Love Me Like a Reptile", "(We Are) the Road Crew"), charakterystycznych riffów ("Shoot You in the Back", "Live to Win", "Fast and Loose", "Bite the Bullet"), czy całkiem niezłych solówek (np. "Fire, Fire", "Jailbait"). Wspomniany już utwór tytułowy łączy oczywiście wszystkie te cechy. Zapewniło to grupie 15. miejsce w na brytyjskim notowaniu singli. Ale utworem, w którym również udało się połączyć wszystkie te elementy, jest także "The Chase Is Better Than the Catch". Przy czym wydaje się on jeszcze ciekawszy od "Ace of Spades", dzięki ciekawemu zwolnieniu w drugiej połowie. Innym utworem wybijającym się ponad średnią jest "Live to Win", oparty przede wszystkim na basowym motywie Lemmy'ego. Jednak na dobrą sprawę nie ma tu żadnego słabego kawałka. Warto natomiast odnotować, że w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami grupy, mniej tutaj rock and rollowych melodii (wyjątek stanowi "Dance"), a więcej czystego metalu. Co akurat można zapisać na plus.

Ocena: 8/10



Motörhead - "Ace of Spades" (1980)

1. Ace of Spades; 2. Love Me Like a Reptile; 3. Shoot You in the Back; 4. Live to Win; 5. Fast and Loose; 6. (We Are) the Road Crew; 7. Fire, Fire; 8. Jailbait; 9. Dance; 10. Bite the Bullet; 11. The Chase Is Better Than the Catch; 12. The Hammer

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Eddie Clarke - gitara; Phil Taylor - perkusja
Producent: Vic Maile


25 czerwca 2013

[Recenzja] Motörhead - "Overkill" (1979)



Motörhead w ciągu niespełna czterdziestu lat istnienia zdążył wydać aż dwadzieścia studyjnych longplayów, a na wrzesień bieżącego roku zapowiedziany jest kolejny - "Aftershock". To naprawdę niezły wynik, mało który zespół może poszczycić się tak bogatą dyskografią. Ma to jednak także minusy - chyba tylko najwierniejsi fani grupy zadają sobie trud dotarcia do każdego albumu. Wszystkim pozostałym wystarcza znajomość tych najbardziej popularnych. Niestety, również ja mam zamiar omówić tutaj tylko wybrane pozycje z dyskografii tej kultowej grupy. Zresztą twórczość Motörhead najlepiej sprawdza się podczas koncertów (sam przekonałem się do niej na warszawskim Sonisphere Festival 2011, wcześniej była dla mnie niestrawna). To muzyka przede wszystkim do zabawy, nie zaś do słuchania i kontemplacji.

"Overkill" to drugi wydany, a trzeci nagrany, longplay zespołu. Wszystkie kawałki są utrzymane w jednakowym stylu, który najłatwiej określić jako podmetalizowany rock and roll. Pod względem wokalnym również nie ma co liczyć na urozmaicenia - nie pozwala na to zachrypnięty, przepity głos Lemmy'ego. Chociaż w tamtym czasie potrafił jeszcze zaśpiewać bardziej melodyjnie, gdy się starał ("Tear Ya Down"). Większość utworów ma jednak naprawdę przebojowy potencjał: "Stay Clean", "(I Won't) Pay Your Price", "No Class" (z riffem zerżniętym z "Tush" ZZ Top) czy wspomniany "Tear Ya Down" to najlepsze przykłady. Nie można nie wspomnieć o utworze tytułowym, który jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych kompozycji grupy, a ponadto całkiem nieźle poradził sobie na brytyjskim notowaniu singli (39. miejsce). Moim faworytem jest jednak "Stay Clean", za dobrą melodię i fajną solówkę na gitarze basowej.

Są też słabsze momenty. Całkiem ciekawy muzycznie "Metropolis" traci przez odpychającą partię wokalną. Ten sam zarzut można postawić kawałkom "Capricorn" i "Damage Case", ale te ponadto są nijakie także w warstwie instrumentalnej. Cóż, wokal Lemmy'ego może zniechęcać do grupy, ale przecież to właśnie on jest najbardziej charakterystycznym elementem jej twórczości. Tak więc krytykowanie Motörhead za śpiew, to jak narzekanie na Black Sabbath za riffy Tony'ego Iommi. A sam "Overkill", mimo tych słabszych momentów, trzeba znać.

Ocena: 8/10



Motörhead - "Overkill" (1979)

1. Overkill; 2. Stay Clean; 3. (I Won't) Pay Your Price; 4. I'll Be Your Sister; 5. Capricorn; 6. No Class; 7. Damage Case; 8. Tear Ya Down; 9. Metropolis; 10. Limb from Limb

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass, gitara (10); Eddie Clarke - gitara; Phil Taylor - perkusja
Producent: Jimmy Miller i Neil Richmond


24 czerwca 2013

[Recenzja] Deep Purple - "Copenhagen 1972" (2013)



Trudno zliczyć która to już koncertówka Deep Purple - nawet licząc tylko oficjalne. Przynajmniej czterdziesta-któraś. Za to dopiero druga z serii The Official Deep Purple (Overseas) Live Series, przygotowywanej przez obecnego wydawcę zespołu, earMUSIC. Jest to zapis koncertu najsłynniejszego składu grupy, znanego jako Mark II, z Kopenhagi, z 1 marca 1972 roku. A więc tuż przed premierą albumu "Machine Head", a także mniej niż pół roku przed słynnymi koncertami w Japonii, których zapis znalazł się na klasycznym "Made in Japan". Tutaj setlista była bardzo podobna. Główna różnica to brak "Smoke on the Water". Dzisiaj trudno sobie wyobrazić koncert Deep Purple bez tego kawałka, ale trzeba pamiętać, że dopiero w 1973 roku, kiedy został wydany na singlu, stał się przebojem. Wcześniej muzycy w ogóle nie zauważyli jego potencjału. Wydawca znalazł jednak sposób, aby i ten utwór się tutaj znalazł, ale o tym później.

Pierwsze zaskoczenie, i to niezbyt miłe, czeka już po odpaleniu płyty. Może niepotrzebnie spodziewałem się, że pod względem brzmienia będzie tu równie dobrze, jak na "Made in Japan". Niestety, jakość jest niemal bootlegowa. Wykonawczo jest całkiem nieźle, w końcu zespół był wówczas u szczytu popularności, a muzycy nie stracili jeszcze zaangażowania. Jednak materiał ten nie jest tak porywający, jak wspomniana już dwukrotnie koncertówka. Może to kwestia brzmienia... Zespół stosuje tu podobne patenty: gitarowo-wokalny pojedynek w "Strange Kind of Woman", solówka perkusyjna w "The Mule", itd. Jednak jak wiadomo, każdy koncert Deep Purple wyglądał zupełnie inaczej, ze względu na skłonność muzyków do improwizacji. I tak "Highway Star" słyszymy tutaj z rozbudowanym wstępem, zaś "Child in Time" rozrósł się do ponad 17 minut. W tym drugim, w siódmej minucie, pojawia się też nieznany mi wcześniej piękny motyw klawiszowy. Cóż jednak z tego, skoro oba utwory nie robią na mnie takiego wrażenia, jak wersje "japońskie". Ciężko było mi wysłuchać tej płyty w całości. Zwłaszcza jego finału, w postaci rozciągniętego do ponad dwudziestu minut "Space Truckin'".

Drugi dysk rozpoczynają trzy utwory zagrane na bis duńskiego koncertu. Cieszy zwłaszcza obecność "Fireball", od którego bisy się rozpoczęły. Utwór nie był grany podczas japońskich koncertów (zastąpił go "Speed King"); w ogóle nie był często wykonywany na żywo, co naprawdę ciężko zrozumieć. Przecież to idealny numer do grania na żywo. Pozostałe dwa utwory to przeróbka "Lucille" Little Richarda, oraz przebój "Black Night". Kolejne trzy utwory zostały zarejestrowane ponad rok później, 29 maja 1973, w Nowym Jorku. Jest wśród nich "Smoke on the Water", jak również krótsze niż na duńskim występie wykonania "Strange Kind of Woman" i "Space Truckin'", co akurat zaliczam na plus, zwłaszcza w przypadku tego drugiego kawałka. Także brzmienie jest o wiele lepsze. Szkoda tylko, że występ ten nie został zarejestrowany w całości. Jego zapis mógłby być bardziej ekscytujący od tego z Kopenhagi. Album zawiera jeszcze jeden dodatek - zapis wywiadu z 1971 roku, zarejestrowany podczas australijskiej trasy zespołu.

Warto dodać, że materiał z "Copenhagen 1972" nie jest premierowy. Duński występ został wydany w 2007 roku na albumie "Live in Denmark 1972", natomiast jego zapis wideo (jest to zresztą jedyny występ Mark II z lat 70., który został sfilmowany w całości) był dostępny na kasetach VHS: wydanej tylko w Japonii "Machine Head Live 1972" (1987), oraz europejskiej "Scandinavian Nights (Live in Denmark 1972)" (1990). W 2005 roku materiał ten został wznowiony na DVD, pod tytułem "Live in Concert 1972/73". Jako dodatek wydawnictwo zawierało - a jakże - rejestrację wspomnianych trzech utworów z Nowego Jorku. Co ciekawe, brzmienie tego wydawnictwa jest znacznie lepsze, niż "Copenhagen 1972".

Ocena: 6/10



Deep Purple - "Copenhagen 1972" (2013)

CD1: 1. Highway Star; 2. Strange Kind of Woman; 3. Child In Time; 4. The Mule; 5. Lazy; 6. Space Truckin'
CD2: 1. Fireball; 2. Lucille; 3. Black Night; 4. Strange Kind of Woman; 5. Smoke on the Water; 6. Space Truckin'; 7. 1971 Australian Interview

Skład: Ian Gillan - wokal, instr. perkusyjne, harmonijka; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Martin Birch


23 czerwca 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Iron Maiden

Już za niespełna dwa tygodnie Iron Maiden ponownie wystąpi w Polsce - 3 lipca w Łodzi i dzień później w Gdańsku. W ramach przygotowania, warto przypomnieć sobie najważniejsze utwory z repertuaru tej kultowej, heavy metalowej grupy. Jedenaście z dwudziestu wymienionych poniżej utworów znajduje się w setliście odbywającej się właśnie trasy Maiden England Tour.

Obecny skład Iron Maiden: Dave Murray, Janick Gers, Bruce Dickinson, Steve Harris, Nicko McBrain i Adrian Smith.

1. "Iron Maiden" (z albumu "Iron Maiden", 1980)

Odkąd tylko pamiętam, zawsze kończyliśmy koncerty tym właśnie numerem - mówił Steve Harris. Jest zresztą raczej prosty. Linia basu i perkusji nie są tam zbyt skomplikowane. Za to w partii gitar mamy harmoniczne szaleństwo. Dzięki temu jest to kawałek dość wyjątkowy.
To jedyna kompozycja, którą zespół grał na dosłownie każdym swoim koncercie - na zakończenie podstawowego setu, ale przed bisami. To przeważnie podczas jej wykonywania na scenę wchodzi Eddie - maskotka zespołu.
Pierwsza wersja utworu została zarejestrowana w Sylwestra 1978 roku i umieszczona na wydanej w listopadzie następnego roku EPce "The Soundhouse Tapes".
Tytułowa żelazna dziewica to średniowieczne urządzenie do wykonywania kar, o kształcie kobiecej sylwetki i rozmiarach dopasowanych do ciała ludzkiego, zaopatrzone w żelazne, dwuskrzydłowe drzwi. Powszechnie uważa się, że na drzwiach, po wewnętrznej stronie, znajdowały się kolce, które miały dotkliwie ranić, ale nie naruszać ważnych narządów, dzięki czemu torturowany człowiek miał dłużej cierpieć. W rzeczywistości, wszystkie żelazne dziewice z kolcami to XIX-wieczne falsyfikaty, mające wzbudzać zainteresowanie turystów. Prawdziwe dziewice kolców nie miały i służyły jedynie do wykonywania kar na honorze (był to łagodniejszy rodzaj kar - skazany nie był uśmiercany, a jedynie wystawiany na widok publiczny).


2. "Running Free" (z albumu "Iron Maiden", 1980)

Debiutancki singiel zespołu, całkiem nieźle notowany, jak na utwór nieznanego wcześniej zespołu (34. miejsce na UK Singles Chart). Utwór powstał, gdy w zespole był jeszcze perkusista Doug Sampson (w styczniu 1980 roku zastąpiony przez go Clive'a Burra), o czym świadczy następująca wypowiedź Steve'a Harrisa, dotycząca komponowania utworów: Czasem zaczynam od głównego riffu basowego, a potem dorabiam do tego melodię, a czasem zaczynam od linii melodycznej i potem opracowuję resztę. Prawie wszystko robię na basie - i riffy, i harmonie. Ale na przykład "Running Free" zaczął się rodzić, gdy dołożyłem riff do rytmu Douga Sampsona. Autorstwo muzyki utworu zostało przypisane jednak wyłącznie Harrisowi.
Za tekst odpowiada ówczesny wokalista, Paul Di'Anno. To bardzo autobiograficzna piosenka, choć oczywiście nigdy nie spędziłem nocy w więżeniu w Los Angeles - mówił, nawiązując do słów "Running Free".  To o byciu szesnastolatkiem, byciu dzikim i wolnym. Wzięła się z moich doświadczeń z czasów, gdy byłem skinheadem.
Utwór jest regularnie wykonywany na żywo, przeważnie jako ostatni bis. Ukazał się nawet na singlu w wersji koncertowej, pochodzącej z albumu "Live After Death" (ta wersja była notowana jeszcze wyżej od oryginalnej - 19. miejsce w Wielkiej Brytanii). "Running Free" był obecny w setlistach tras w latach 1980-82, 1984-88, 1992, 1996, 2005 i 2010-13, co oznacza, że jest grany także obecnie.


3. "Phantom of the Opera" (z albumu "Iron Maiden", 1980)

Najbardziej rozbudowany utwór na debiutanckim longplayu, zdradzający inspiracje zespołami progrockowymi, przede wszystkim zaś grupą Wishbone Ash. Ówczesny gitarzysta, Dennis Stratton, wspominał sesję nagraniową utworu: Gdy dołączyłem do Iron Maiden, nie mieli zbyt dużo gitarowych harmonii, a ponieważ ja mam fioła na ich punkcie, usiadłem w kącie studia i pododawałem trochę harmonii w paru numerach, na przykład w "Running Free" i "Phantom of the Opera". W sumie sporo tego tam nawrzucałem. Poświęciłem na to mnóstwo czasu, ale nie wszystkie się zachowały w wersji finalnej. Gdy pracowaliśmy nad "Phantom of the Opera", Paul [Di'Anno] śpiewał, a ja nagrałem cztery różne podkłady harmoniczne do jego głosu. Potem Rod [Smallwood, menadżer] wszedł do kabiny odsłuchowej, by zapoznać się z efektem i, usłyszawszy co nagraliśmy, wykrzyknął: "To brzmi jak j**any Queen!". I wyszedł. Usunięto także połowę wokali Paula.
Tytuł i tekst utworu nawiązuje do powieści "Upiór w operze" Gastona Leroux, publikowanej w odcinkach, w latach 1909-10. 
Kompozycja była stałym punktem koncertów na większości tras w latach 80., z setlisty zniknęła w kolejnej dekadzie, by wrócić w 1999 roku. Od tamtego czasu jest grana na trasach wspominkowych, czyli takich, na których zespół wykonuje wyłącznie utwory z pierwszych lat działalności. Trwająca obecnie Maiden England - European Tour 2013 właśnie do nich należy, a "Phantom of the Opera" jest grany w połowie głównej części występu.


4. "Wrathchild" (z albumu "Killers". 1981)

Jedna z najstarszych kompozycji zespołu, po raz pierwszy zarejestrowana w listopadzie 1979 roku (razem z "Sanctuary"), w celu umieszczenia na albumie "Metal for Muthas" - kompilacji wytwórni EMI, zawierającej nagrania zespołów z rodzącej się wówczas Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, z których żaden nie miał jeszcze podpisanego kontraktu. Pytano nas często, dlaczego nie umieściliśmy tego numeru na naszym debiutanckim albumie - mówił Harris. A nie zrobiliśmy tego dlatego, że ten utwór był już opublikowany na "Metal for Muthas". Ale nagrywając "Killers", nie byliśmy zadowoleni z tamtej wersji i chcieliśmy to nagrać jak należy.
W 1999 roku - po powrocie do składu Bruce'a Dickinsona i Adriana Smitha - zespół nagrał nową wersję utworu. Została wydana na ciężko dostępnym singlu, a także umieszczona jako ukryty bonus na amerykańskim wydaniu kompilacji "Ed Hunter".
"Wrathchild" jest regularnie wykonywany na większości tras zespołu, ale niestety nie został uwzględniony w setliście obecnie trwającej.


5. "Run to the Hills" (z albumu "The Number of the Beast", 1982)

Pierwszy singiel z nowym wokalistą, Brucem Dickinsonem i prawdopodobnie najbardziej popularny utwór zespołu. Kawałek opiera się na charakterystycznym riffie i prostej melodii - to wystarczyło na 7. miejsce w brytyjskim notowaniu singli i stałe miejsce w koncertowej setliście (z wyjątkiem tras z lat 1995-98 i 2010/11). Na singlu zostały wydane także dwa koncertowe wykonania tego utworu - z albumów "Live After Death" (26. miejsce na UK Singles Chart) i "Rock in Rio" (9. pozycja w tym samym notowaniu).
Pierwszym utworem, jaki zarejestrowaliśmy [na album "The Number of the Beast"], był "Run to the Hills" - mówił wokalista. Nie wiedzieliśmy jak to wszystko w końcu zabrzmi, więc kiedy puściliśmy sobie gotową taśmę, po prostu szczeny nam opadły. Nie mieliśmy wątpliwości, że brzmi to naprawdę niesamowicie. Wokalista wyjaśniał też znaczenie tekstu: Jest to rzecz o Indianach, napisana z dwóch perspektyw.Pierwsza część przedstawia stanowisko Indian, a druga - stanowisko żołnierzy.Chciałem by czuć tu było galopujące konie. Puszczając ten numer trzeba uważać, by się za bardzo w nim nie zatracić.
Chociaż słowa utworu zostały napisane przez Dickinsona, to nie mógł zostać dopisany jako współautor, ze względu na kontrakt podpisany w czasach, gdy śpiewał w grupie Samson. Z tego samego powodu jego nazwisko nie pojawia się przy tytułach "Children of the Damned" i "The Prisoner" (wszystkie trzy są podpisane nazwiskiem Steve'a Harrisa).



6. "The Number of the Beast" (z albumu "The Number of the Beast", 1982)

Zarówno tekst tego utworu, jak i fakt rozpoczęcia go recytowanym fragmentem Apokalipsy, przyczyniły się do oskarżeń zespołu o propagowanie satanizmu - głównie w Stanach. Amerykanie nie mają takiego poczucia humoru, jak Anglicy czy Francuzi - mówił Dickinson. Niektórzy z nich odczytują zbyt poważnie te z naszych tekstów, w których są nawiązania do Szatana. Pewne grupy religijne zażądały, by "The Number of the Beast" opatrzyć naklejkami, ostrzegającymi przed satanistycznym charakterem naszych tekstów! 
Tekst jest przede wszystkim opisem snu, jaki nawiedził Harrisa. Poza tym można dostrzec w nim inspirację horrorem "Omen", wierszem "Tam O'Shanter" szkockiego poety Roberta Burnsa, jak również wspomnianą Apokalipsą, czyli jedną z ksiąg Biblii.
Za wspomnianą recytację z początku utworu odpowiada brytyjski aktor Barry Clayton. Początkowo zespół zgłosił się do Vincenta Price'a, znanego z wielu filmów grozy, jednak ich zapał ostudził się, gdy aktor zażądał dwudziestu pięciu tysięcy funtów za swój udział.
Singiel z utworem "The Number of the Beast" okazał się nieco mniejszym sukcesem od "Run to the Hills" i doszedł zaledwie do 18. miejsca brytyjskich notowań. Kompozycja od razu weszła do koncertowej setlisty i od tamtej pory była grana na każdym koncercie.


7. "Hallowed Be Thy Name" (z albumu "The Number of the Beast", 1982)

Monumentalny utwór zamykający "The Number of the Beast" to jeden z wielu tego typu utworów napisanych wyłącznie przez Harrisa. Muzyka fantastycznie rozwija się wraz z genialną partią wokalną Dickinsona. Podmiot liryczny, wypowiadający się w pierwszej osobie, to skazaniec czekający na stracenie. Przechodzi przez różne etapy: od rozmyślania nad swoim losem (Reflecting on my past life and it doesn't have much time), gorycz (I take a look through the bars at the last sights / Of a world that has gone very wrong for me) i strach (Hard to stop the surmounting terror / Is this really the end, not some crazy dream?), bunt przeciwko wyznawanym wcześniej wartościom (If there's a God then why does he let me go?), aż w końcu pogodzenie się z tym, co go czeka (Don't worry now that I have gone / I've gone beyond to see the truth). Dodać trzeba, ze pojawiające się na koniec słowa tytułowe to wers z modlitwy: Święć się imię Twoje.
Utwór został wydany na singlu, ale dopiero w 1993 roku, w koncertowej wersji z albumu "A Real Dead Live" (mała płytka doszła do 9. miejsca w brytyjskim notowaniu). Na okładce singla zespołowa maskotka Eddie, w postaci diabła, zabija Bruce'a Dickinsona - jest to nawiązanie do tego, że właśnie w tamtym czasie wokalista postanowił opuścić zespół.
Od chwili powstania, przez niemal trzydzieści lat, utwór był wykonywany na każdym koncercie grupy. Niestety, muzycy postanowili usunąć go z setlisty obecnej trasy.


8. "The Trooper" (z albumu "Piece of Mind", 1983)

Chciałem by wstęp odzwierciedlał galop koni podczas ataku kawalerii - mówił Harris. Napisany przez niego tekst - zainspirowany wierszem "Szarża lekkiej brygady" Alfreda Tennysona - przedstawiony jest z perspektywy żołnierza walczącego na Wojnie Krymskiej, a dokładniej podczas bitwy pod Bałakławą, która rozegrała się pomiędzy wojskami brytyjskimi i rosyjskimi 25 października 1854 roku.
Utwór został wydany na singlu i doszedł do 12. miejsca na brytyjskim notowaniu - o jedną pozycję niżej niż poprzedzający go "Flight of Icarus". Być może powodem mniejszej popularności utworu była rzadka emisja nakręconego do niego teledysku. Uznany został jako zbyt drastyczny - zawierał sceny bitwy i śmierć kawalerzystów, wycięte z filmu "Szarża lekkiej brygady", nakręconego przez Michaela Curtiza w 1936 roku. Muzyków cała sytuacja mocno zirytowała: Czy w telewizji myślą, że to my zabijaliśmy konie na potrzeby klipu!?
Dzisiaj ciężko wyobrazić sobie koncert Iron Maiden bez "The Trooper". Co jednak ciekawe, utwór nie od razu wszedł na stałe do koncertowego repertuaru. Muzycy zrezygnowali z wykonywania go podczas trasy promującej album "Somewhere in Time" (1986/87). Wrócił do setlisty na kolejnej trasie, promującej "Seventh Son of a Seventh Son", choć nie był wówczas grany na wszystkich koncertach (stąd jego brak na albumie "Maiden England"). Dopiero od początku lat 90. jest grany na każdym koncercie.


9. "2 Minutes to Midnight" (z albumu "Powerslave", 1984)

Kolejny singlowy przebój (11. miejsce na UK Singles Chart) i stały punkt koncertów (z wyjątkiem tras z lat 2004/05 i 2010). Nic zresztą dziwnego - jest tutaj jeden z najbardziej chwytliwych refrenów w całym repertuarze grupy, jak również jeden z najbardziej charakterystycznych riffów. Ten ostatni został zaproponowany przez Adriana Smitha, który go jednak nie wymyślił sam. Identyczne riffy można znaleźć w wielu wcześniejszych metalowych utworach: "Swords and Tequila" Riot (1981), "Flash Rockin' Man" Accept (1982), "Curse of the Pharoahs" Mercyful Fate (1983) czy "Seek and Destroy" Raven (1983). Warto jeszcze wspomnieć o "Moonchild" Rory'ego Gallaghera, który powstał całą dekadę wcześniej, w 1971 roku. Najciekawsze wydaje się jednak podobieństwo do utworu "Midnight Chaser" z 1980 roku, mniej znanej grupy z nurtu NWOBHM o nazwie White Spirit. Jej gitarzystą był Janick Gers, który w 1990 roku dołączył do składu Iron Maiden. Gers twierdzi, że płytę swojej pierwszej grupy zaprezentował Ironom jeszcze zanim nagrali "Powerslave" i najwidoczniej riff "Midnight Chaser" utkwił w pamięci Adriana tak mocno, że nieświadomie go wykorzystał.
Tekst utworu powstał podczas tzw. zimnej wojny i dotyczy możliwości zagłady nuklearnej. Tytuł odnosi się do Zegara Zagłady, wymyślonego w 1947 roku przez zarząd naukowców zajmujących się energią atomową (Bulletin of the Atomic Scientists). Północ na zegarze oznacza zagładę ludzkości, a minuty przed nią odzwierciedlają stopień zagrożenia nią. Początkowo brano pod uwagę wyłącznie zagładę nuklearną, obecnie doszły do tego inne zagrożenia, np. degradacja środowiska. Najbliżej północy wskazówki zegara zostały ustawione w 1953 roku, kiedy nasilił się wyścig zbrojeń Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego (m.in. testy broni termojądrowej). Zegar przedstawiał wówczas właśnie dwie minuty do północy. W kolejnych latach groźba zagłady nieco się oddaliła, ale wzrosła do trzech minut w 1984 roku. Obecnie odległość od północy wynosi pięć minut, zaś najwyższa była w roku 1991 - 17 minut.


10. "Powerslave" (z albumu "Powerslave", 1984)

Jeden z czterech utworów - obok "Revelations", "Flash of the Blade" i "Bring Your Daughter to the Slaughter" - których autorstwo jest przypisane wyłącznie Dickinsonowi. [To] opowieść o umierającym faraonie - tłumaczył wokalista. Ma umrzeć i dowiaduje się, że jest niewolnikiem potęgi śmierci, a jednocześnie niewolnikiem własnej władzy. Kiedy umiera, umrzeć muszą także wszyscy niewolnicy, którzy budowali dla niego grób i brali udział w przygotowaniu do jego pogrzebu. Nawet gdyby on sam tego nie pragnął, prawo mówi, że ci ludzie muszą pożegnać się z życiem, on nie ma na to wpływu. Jest zatem więźniem swojej własnej potęgi. W Egipcie faraon był uosobieniem życia, był żywym bogiem, który miał pod kontrolą całą ziemię. Gdy uchodziło z niego życie, musiało opuścić ono także tych, którzy mu służyli, tak mówiło prawo. Paradoks polega na tym, ze nawet jeśli był on żywym bogiem i leżąc na łożu śmierci, postanowił żyć dalej, nie mógł swojej woli wyegzekwować. Jego władza uczyniła go niewolnikiem potęgi śmierci.
Bruce wyjaśniał także jak wpadł na pomysł takiego utworu: Myślałem sobie o "Revelations" z poprzedniego albumu i szukałem brakującego elementu. I w końcu go znalazłem. W "Revelations" jest wiele nawiązań do mitologii hinduskiej i egipskiej, do wątków na temat życia i śmierci. Ale jednej rzeczy tam nie ma - motywu władzy śmierci nad życiem, a jest to motyw często występujący w egipskiej mitologii. Można więc powiedzieć, że napisałem "Powerslave" słuchając "Revelations", z filiżanką herbaty w jednej dłoni i kanapką w drugiej.
Utwór na żywo był wykonywany tylko na trasach z lat 1984/85, 1999 i 2008/09.


11. "Rime of the Ancient Mariner" (z albumu "Powerslave", 1984)

Najdłuższy utwór Iron Maiden, trwający niemal czternaście minut. Steve Harris skomponował kawałek o prawdziwie epickim rozmachu - przyznawał Dave Murray. Na swój sposób podsumował nim wszystko, co zrobiliśmy do tamtej pory. Potrafił w jednej kompozycji pokazać, o co chodzi w muzyce zespołu. "Rime of the Ancient Mariner" ma bowiem wiele wątków melodycznych, jest zróżnicowany pod względem dynamicznym i ma inteligentny tekst wywiedziony z poematu Samuela Taylora Coleridge'a. To coś, co bardzo wiele mówi o ambicjach Iron Maiden. Moim zdaniem utwór ten ma cechy dzieł muzyki klasycznej, chociaż oczywiście powstał na poletku, którego krańce wyznaczają granice rocka.
Inspiracją był poemat "Rymy o sędziwym marynarzu", napisany w latach 1797-98, przez angielskiego poetę Samuela Taylora Coleridge'a. Spora część tekstu to cytaty z tego dzieła, a reszta - streszczenie jego fabuły, napisane przez Harrisa.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1984-87, a także na trasie z lat 2008/09.


12. "Wasted Years" (z albumu "Somewhere in Time", 1986)


Jeden z najbardziej znanych singli Iron Maiden (18. miejsce w UK), ale nie wykonywany zbyt często na żywo. Był grany regularnie w latach 1986-88, do setlisty wracał w latach 1993, 1999, 2008/09 i na obecnie trwającej trasie.
Tekst, podobnie jak wielu innych na albumie "Somewhere in Time", dotyczy czasu, Jeśli pomyśleć o tym, co ostatnio robiliśmy i gdzie byliśmy, wybór czasu na wiodący temat płyty raczej nie powinien nikogo dziwić - mówił Adrian Smith, jedyny kompozytor utworu. Albo traciliśmy czas, albo czas dawał nam nauczkę, bardzo zresztą kosztowną. Wszystko to jest tam między wierszami.
"Wasted Years" na tle reszty longplaya wyróżnia się natomiast pod względem muzycznym - to jedyny utwór na "Somewhere in Time" oparty wyłącznie na podstawowym instrumentarium. Pozostałe kawałki Harris i Smith postanowili wzbogacić brzmieniami syntezatorów gitarowych.


13. "The Evil That Men Do" (z albumu "Seventh Son of a Seventh Son", 1988)


"Seventh Son of a Seventh Son" to jedyny album koncepcyjny w dyskografii zespołu. Forma taka oznacza spójność wszystkich utworów, zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym. Adrian Smith mówił jednak: Zawsze uważałem, że każda piosenka powinna bronić się sama, nawet jeśli odseparuje się ją od pozostałych utworów. Być może dzięki niemu Ironom udało się stworzyć album, który nie tylko tworzy całość, ale także przyniósł sporą liczbę przebojów: "Can I Play with Madness" doszedł do trzeciego miejsca na brytyjskiej liście (jako jedyny był też notowany w Stanach - 4. miejsce), "The Evil That Men Do" do piątego, a "The Clairvoyant" i "Infinite Dreams" do szóstego.
Dlaczego zatem wybrałem "The Evil That Men Do"? Po prostu wydaje się on najbardziej esencjonalny dla całego longplaya. Zapadający w pamięć, ale nie tak tandetnie chwytliwy, jak "Can I Play with Madness". Do tego refleksyjny tekst, na temat zła czynionego przez ludzi, które trwa jeszcze długo po ich śmierci, jest jakby podsumowaniem całej opowiedzianej tu historii. Warto wspomnieć, że chociaż teksty na "Seventh Son of a Seventh Son" układają się w jedną historię, to każdy z nich powstał z różnych inspiracji. W przypadku "The Evil That Men Do" była to sztuka "Juliusz Cezar" Williama Shakespeare'a, a konkretnie - monolog Marka Antoniusza, w którym padają słowa: Złe czyny ludzi żyją dłużej od nich, dobro wraz z nimi znika nieraz w grobie.
Utwór od chwili powstania był grany na niemal wszystkich trasach koncertowych, chociaż został usunięty z setlisty w latach 2003-05, nie był też wykonywany podczas pierwszej części trasy Somewhere Back in Time World Tour.


14. "Bring Your Daughter... to the Slaughter" (z albumu "No Prayer for the Dying", 1990)

Można polemizować czy to ważny utwór. Faktem pozostaje, że to jedyny kawałek zespołu, jaki doszedł do 1. miejsca brytyjskich notowań (w Stanach doszedł do 27. pozycji, ale tam żaden singiel Ironów nie wszedł do pierwszej trójki). Czy jednak rzeczywiście jest to zasługa samej piosenki? Raczej sprytnego pomysłu, aby wydać singiel w kilku wersjach, różniących się nie tylko formatem (winyl lub kompakt) - ale też okładkami (trzy zupełnie inne grafiki!), a nawet dodatkami (jedna z wersji zawierała kalendarz). Oczywiście kolekcjonerzy musieli mieć wszystkie - stąd wysoka sprzedaż.
Początkowo nie miał to nawet być utwór Ironów. Powstał, kiedy Bruce Dickinson dostał propozycję napisania i nagrania solowego utworu do filmu "Koszmar z ulicy Wiązów V". Wokalista się zgodził, zaprosił do współpracy Janicka Gersa i nagrali wspólnie utwór, który - jak sam przyznaje - napisał w około trzy minuty. Kawałek tak się spodobał przedstawicielom wytwórni, że zaproponowali Bruce'owi nagranie całego longplaya. Zgodził się, mimo, że nie poza tym jednym utworem nie miał innych kompozycji. Jednak w ciągu dwóch tygodni jego pierwszy solowy album, "Tattooed Millionaire", był już gotowy. Ale "Bring Your Daughter... to the Slaughter" na niego nie trafił - tak spodobał się Steve'owi Harrisowi, że zmusił Dickinsona aby nagrać go z zespołem. Razem z tym kawałkiem do Iron Maiden dołączył Gers, który zastąpił znudzonego graniem metalu Adriana Smitha.
Mimo sukcesu jaki odniósł, utwór był grany na żywo tylko do 1993 roku, czyli do odejścia Dickinsona z zespołu. Po jego powrocie, kawałek wrócił do setlisty tylko na chwilę, w 2003 roku.


15. "Fear of the Dark" (z albumu "Fear of the Dark", 1992)

Ostatni z utworów, bez którego nie może się obyć żaden koncert Iron Maiden. Zespół wykonuje go nawet na trasach, na których zamysłem było, aby grać wyłącznie utwory z lat 80-ych (Somewhere Back In Time, Maiden England). Ale to po prostu utwór stworzony do wykonywania na żywo, do wspólnego śpiewania z publicznością. Koncertowe wykonania tego utworu były tak dobre, że to przeważnie one trafiały na albumy kompilacyjne. Również na singlu wydana została tylko wersja koncertowa (pochodząca z wydanej w 1993 roku koncertówki "A Real Live One"). Udało jej się ociągnąć 8. miejsce na brytyjskim notowaniu.
Tekst utworu opowiada oczywiście o strachu przed ciemnością, przeradzającym się w paniczny strach. Jest to metafora obawy przed popadnięciem w szaleństwo. W jednym z wywiadów Dickinson stwierdził, że Harris - autor kompozycji - naprawdę boi się ciemności. W dalszej części wypowiedzi wyjaśniał: To opowieść o człowieku, który o zmroku chodzi po parku. Robi się coraz ciemniej, a on zaczyna widzieć różne niepokojące rzeczy. Wpada w paranoję, ponosi go wyobraźnia. To naprawdę świetny numer.


16. "Afraid to Shoot Strangers" (z albumu "Fear of the Dark", 1992)

To rzecz o żołnierzu, który zaczyna strzelać podczas wojny w Zatoce Perskiej - tłumaczył Bruce. On nie chce nikogo zabić, ale wie, że będzie musiał, to jego obowiązek. Jeżeli on nie będzie strzelał, ktoś może jego zastrzelić. Nie ma więc dużego wyboru. o okrutny dylemat, ale nie da się go uniknąć. Pod względem muzycznym, jest to długi utwór, w pierwszej części brzmiący bardzo nastrojowo, później jednak rozkręcający się, pełen typowych dla grupy gitarowych unison.
Właśnie w tym utworze z repertuaru grupy najlepiej czuł się następca Dickinsona, Blaze Bayley. Żadnej innej kompozycji nie mógł zaśpiewać tak przekonująco - być może nawet lepiej od swojego poprzednika. Nie dziwi, ze to właśnie koncertowa wersja z udziałem Bayleya trafiła na kompilację "Best of the Beast". Po odejściu Blaze'a, Ironi przestali wykonywać "Afraid to Shoot Strangers" na żywo - aż do zeszłego roku. Tym samym jest to kolejny utwór, jaki na pewno zabrzmi na zbliżających się koncertach.


17. "Man on the Edge" (z albumu "The X Factor", 1995)

W drugiej połowie lat 90., Ironi rzeczywiście znaleźli się na krawędzi. Inny utwór z albumu "The X Factor" zresztą precyzuje, że była to krawędź ciemności ("The Edge of Darkness"). Strata charyzmatycznego frontmana, słabe przyjęcie przez fanów nowego, który nie był w stanie zaśpiewać podczas koncertów wielu starszych hitów... To z pewnością nie był dobry czas dla grupy. Na pewno nie pomogła lekka modyfikacja stylu, polegająca głównie na zwolnieniu tempa. Właściwie na całym longplayu jest tylko jedna żywsza, typowa dla zespołu, kompozycja - właśnie "Man on the Edge". Co ciekawe, jest to też jedyny z niej utwór, w którego komponowaniu nie brał udziału Steve Harris (jej autorami są Gers i Bayley).
Kawałek został wydany na singlu i doszedł do 10. miejsca w Wlk Brytanii. Był także jednym z pięciu utworów (obok "Lord of the Flies", "Sign of the Cross", "Futureal" i  "The Clansman") z albumów nagranych z Blazem, które były wykonywane na żywo po jego odejściu. Każdy z nich utrzymywał się jednak w setliście tylko przez jedną trasę - "Man on the Edge" grany był podczas The Ed Hunter Tour (1999). Zarejestrowaną wówczas wersję, z Dickinsonem jako wokalistą, przez lata można było znaleźć tylko na singlu "The Wicker Man" (2000), dopóki nie trafiła na kompilację "From Fear to Eternity: The Best of 1990-2010".


18. "Blood Brothers" (z albumu "Brave New World", 2000)

To o życiu po śmierci, nawiązaniu kontaktu z "tamtą stroną" - mówił Harris, który niedługo wcześniej stracił ojca. Dotyka tematu Ciemnej Strony twoich myśli. Ale także o poczuciu wstydu za to, co dzieje się na świecie. O wszystkich tych tych przerażających rzeczach, jakie się na nim dzieją, i o ludziach, którzy o tym czytają w gazetach, a potem zwyczajnie przewracają stronę. Nie twierdzę, że zapominają o tym horrorze - mogą go przechowywać w umyśle, ale przecież nie mogą nic zmienić. Po prostu mają nadzieję, że gdzieś jest ktoś, kto się tym zajmie. Tak więc tekst dotyczy różnych rzeczy, składa się na niego wiele elementów.
Utwór wyróżnia się pod względem muzycznym, jako jedna z niewielu kompozycji Iron Maiden w całości utrzymana w łagodnym nastroju. Poza podstawowym instrumentarium słychać tu także lekką orkiestrację. Zawsze chciałem, by nasze utwory miały orkiestrowe brzmienie - mówił Harris. Już wcześniej używaliśmy w ten sposób klawiszy. Ale tym razem było trochę inaczej, bo nasz producent Kevin Shirley znał gościa w Nowym Jorku, który umiał to ładnie warstwowo ułożyć.Wysłaliśmy mu taśmę z naszym nagraniem i rzeczami, o które mi mniej więcej chodziło. Zaskoczył mnie potem robiąc dokładnie to, do czego dążyłem. Byłem szczerze zdumiony.
Utwór był wykonywany na trasie promującej "Brave New World", a do setlisty wrócił dekadę później, na The Final Frontier Tour. Podczas pierwszej części trasy, w 2010 roku, utwór był dedykowany właśnie zmarłemu Ronniemu Jamesowi Dio, natomiast podczas drugiej, odbywającej się rok później - fanom zespołu. Dickinson deklarował ze sceny, że wszyscy wielbiciele zespołu tworzą jedną rodzinę, bez względu na to, jakiej są rasy czy wyznania.


19. "The Reincarnation of Benjamin Breeg" (z albumu "A Matter of Life and Death", 2006)


Siedmiominutowy utwór, z długim mrocznym wstępem, to dziwny wybór na singiel, tym bardziej, że promowany nim album zawierał kilka bardziej radiowych utworów ("Out of the Shadow", czy wydany na drugim singlu "Different World"). Muzycy zdecydowali się na taki krok, ponieważ według nich właśnie ten utwór najlepiej oddawał atmosferę albumu. Chcieliśmy wybrać do promocji utwór, który jak najlepiej oddawałby charakter nowego materiału, zamiast wypuścić krótszy numer, który celowałby w listy przebojów - tłumaczył Harris. "Benjamin Breeg" swoimi ciężkimi riffami znakomicie oddaje klimat płyty, a i jego bardzo mroczny tekst jest typowy dla całego albumu. 
Wszystko pięknie, tylko kim jest tytułowy Benjamin Breeg? Zespół przewidział, że fani zaczną szukać informacji o nim w sieci, więc stworzyli specjalną stronę zawierającą fikcyjną biografię malarza o tym nazwisku, wymyśloną przez Harrisa wspólnie z twórcą horrorów Shaunem Hutsonem. Zainteresowanie podsycały wywiady, w których muzycy nie chcieli zdradzić nic na temat Breega. To tajemnica - mówił Nicko McBrain. Nie mogę jej zdradzić. Sam jej nie znam, szczerze mówiąc. Myślę, że to alter ego Eddiego albo fragment jego przeszłości. To wszystko, czego się domyślam.


20. "When the Wild Wind Blows" (z albumu "The Final Frontier", 2010)

Rozbudowana kompozycja zamykająca ostatni jak dotąd album zespołu. Podczas pracy nad longplayem właśnie ta kompozycja przysporzyła muzykom najwięcej trudności. Rytmicznie ten utwór jest nieco inny od tego, co robiliśmy do tej pory - wyjaśniał Murray. Uczyliśmy się go partiami, tylko dlatego, że ma tak złożoną strukturę. Ale na płycie brzmi bardzo naturalnie. Mimo tej skomplikowanej struktury, był grany na żywo. Nie mogło być inaczej, skoro sami muzycy uważają "When the Wild Wind Blows" za jeden ze swoich najlepszych utworów. Od razu wiedziałem, że wyjdzie coś wyjątkowego - mówił McBrain. Kiedy skończyliśmy nagrywać, podszedłem do Steve'a i powiedziałem, że to kawałek podobny do "Hallowed Be Thy Name", chyba najlepszy jaki kiedykolwiek napisał, a on na to rzekł: "Tak właśnie czuję - jest po prostu fantastyczny!".
Fabuła tekstu jest podobna do książki "A gdy zawieje wiatr" ("When the Wind Blows") Raymonda Briggsa, napisanej w 1982 roku, a także zrealizowanego na jej podstawie filmu animowanego (1986). Książka, jak i film opowiadają o nuklearnej zagładzie świata, przedstawionej z perspektywy pary emerytów, żyjących z dala od świata polityki. Również bohaterowie utworu Iron Maiden czekają na zbliżającą się zagładę, media podsycają panikę, a oni rozmyślają o codziennym życiu, które dobiega końca. Od pierwowzoru odbiega ostatnia zwrotka, z której dowiadujemy się o znalezieniu zwłok małżeństwa - oboje wypili truciznę. Tymczasem okazuje się, że do zagłady nie doszło - było to tylko trzęsienie ziemi.
Co ciekawe, zespół musiał odwołać japońskie koncerty The Final Frontier Tour, 12 i 13 marca 2011 roku. Dokładnie dzień przed pierwszym z tych koncertów rozpoczęło się tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi u wybrzeży wyspy Honsiu. Spowodowana trzęsieniem fala tsunami uszkodziła elektrownię atomową w Fukushimie, powodując najdroższą katastrofę naturalną w historii. Kilka miesięcy później, Ironi przekazali ponad 50 tysięcy dolarów na pomoc ofiarom trzęsienia.


[Recenzja] Kyuss - "And the Circus Leaves Town" (1995)



Początek albumu jest naprawdę obiecujący. "Hurricane" to pod względem intensywności prawdziwy huragan. W dodatku utwór został ciekawie zmiksowany - całość napędza świetna gra nowego perkusisty Alfredo Hernándeza, gitarę słychać tylko w prawym kanale, a basową tylko w lewym. Podobny miks zastosowano w singlowym, bardzo udanym, "One Inch Man" (tutaj jednak gitara Homme'a przebija się do lewego kanału w refrenie i podczas solówki), oraz w instrumentalnym "Jumbo Blimp Jumbo". Możliwości stereofonii na pełną skalę wykorzystano jeszcze tylko w "El Rodeo", ale tutaj gitara basowa jest dobrze słyszalna tylko na początku, potem ginie za ścianą gitar. Słychać ją jeszcze w (tradycyjnie zmiksowanych) spokojniejszych fragmentach "Phototropic" i "Catamaran". Ten drugi to cover poprzedniego zespołu Hernándeza, Yawning Man. Z pozostałych utworów wyróżnia się przede wszystkim "Spaceship Landing" - kolejny rozbudowany utwór, z wieloma zmianami motywów, a także z nietypowymi dla grupy wielogłosami. Świetna rzecz. Niestety, pozostałe utwory - z nudnym intrumentalem "Thee Ol' Boozeroony" na czele - nie robią żadnego wrażenia. W sumie "And the Circus Leaves Town" jest odrobinę słabszy od dwóch poprzednich albumów Kyuss, ale także przynosi sporo udanej muzyki.

Ocena: 6/10



Kyuss - "And the Circus Leaves Town" (1995)

1. Hurricane; 2. One Inch Man; 3. Thee Ol' Boozeroony; 4. Gloria Lewis; 5. Phototropic; 6. El Rodeo; 7. Jumbo Blimp Jumbo; 8. Tangy Zizzle; 9. Size Queen; 10. Catamaran; 11. Spaceship Landing

Skład: John Garcia - wokal; Josh Homme - gitara; Scott Reeder - bass; Alfredo Hernández - perkusja
Producent: Kyuss i Chris Goss


22 czerwca 2013

[Recenzja] Kyuss - "Welcome to Sky Valley" (1994)



Wydając swój trzeci album, muzycy Kyuss wpadli na ciekawy pomysł, jak zmusić słuchaczy do odtworzenia całości, a nie tylko samych początków utworów. Chociaż na "Welcome to  Sky Valley" trafiło 10 kawałków, to zostały one (na pierwszych wydaniach kompaktowych) rozdzielone na trzy ścieżki: "Movement I" (utwory 1-3), "Movement II" (4-6) i "Movement III" (7-10). Jest jeszcze czwarta ścieżka, z nieuwzględnionym w opisie "Lick Doo" - to jednak tylko muzyczny żart, trwający poniżej minuty. Pozostałe utwory to solidna porcja stoner metalu, chociaż grupa postanowiła rozszerzyć trochę granice swojego stylu. W "100°" pojawia się funkowa wstawka, a oparty na brzmieniach akustycznych "Space Cadet" wyróżnia się spokojnym, psychodelicznym klimatem. Równie psychodelicznie jest w instrumentalnych fragmentach finałowego "Whitewater", stanowiącego opus magnum albumu.

Muzycy nie zapomnieli jednak, jak tworzyć cięższe kawałki, z zapadającymi w pamięć riffami i melodiami - "Gardenia", "Supa Scoopa and Mighty Scoop", "Demon Cleaner", "Odyssey" czy "N.O." to najlepsze przykłady. Ponadto od pierwszych sekund słychać, że dopracowane zostało brzmienie - tak wyrazistego brzmienia gitary basowej nie miały poprzednie albumy Kyuss. Ale może ma to też związek ze zmianą basisty - Nicka Olivieri zastąpił Scott Reeder. Wspomnieć też trzeba, że grupa niemal zrezygnowała z kawałków instrumentalnych - tylko w "Asteroid" nie ma partii wokalnej, ale muzycznie dzieje się tyle, że jakoś to nie przeszkadza, nie ma wrażenia, że utwór jest niekompletny.

Ocena: 7/10



Kyuss - "Welcome to Sky Valley" (1994)

1. Gardenia; 2. Asteroid; 3. Supa Scoopa and Mighty Scoop; 4. 100°; 5. Space Cadet; 6. Demon Cleaner; 7. Odyssey; 8. Conan Troutman; 9. N.O.; 10. Whitewater

Skład: John Garcia - wokal; Josh Homme - gitara; Scott Reeder - bass; Brant Bjork - perkusja
Producent: Kyuss i Chris Goss


20 czerwca 2013

[Recenzja] Kyuss - "Blues for the Red Sun" (1992)



W poprzednim poście krytykowałem grupę Kyuss, teraz czas na pochwały. Ledwie rok po przeciętnym debiucie "Wretch", zespół nagrał longplay kanoniczny dla stoner metalu - właśnie "Blues for the Red Sun". Tym razem nie brak wyrazistych riffów, ponadto uwypuklone zostały melodie. Kilka utworów spokojnie można nazwać przebojowymi: "Thumb", "Green Machine", nieco grunge'owy "Thong Song", a zwłaszcza "50 Million Year Trip (Downside Up)", wyróżniający się niespodziewanym, balladowym przełamaniem w połowie - świetna rzecz. Innym świetnym punktem albumu jest intensywny "Writhe", oparty na fajnym riffie i ze śpiewem w stylu Glenna Danziga. Pozytywne odczucia wywołują także najdłuższy w zestawie "Freedom Run", jak również dynamiczny "Allen's Wrench". Zupełnie nie przekonuje mnie natomiast "Mondo Generator" - męczący, rozlazły utwór ze zniekształconym śpiewem.

Kyuss na "Blues for the Red Sun" zaprezentował także sporo instrumentalnych utworów (co stało się później  typowe dla stoner metalu). Brak partii wokalnej doskwiera zwłaszcza w świetnym "Apothecaries' Weight" - kawałek jest dość zróżnicowany, momentami łagodny, kiedy indziej ciężki. Ze śpiewem mógłby to być przebój. Szkoda również, że riff "Caterpillar March" został zmarnowany do tak krótkiej, niepełnej kompozycji. Wyróżnia się jeszcze "Capsized" - akustyczna miniaturka, która kończy się jeszcze zanim na dobre się zacznie. Pozostałe instrumentale to już tylko zapychacze ("Molten Universe", "800"). Album zawiera jeszcze jedną ciekawostkę tego typu - "Yeah", czyli po prostu słowo yeah wypowiedziane bez podkładu instrumentalnego. Trzy lata później muzycy Queen w identyczny sposób zakończyli album "Made in Heaven". Przypadek?

Ocena: 7/10



Kyuss - "Blues for the Red Sun" (1992)

1. Thumb; 2. Green Machine; 3. Molten Universe; 4. 50 Million Year Trip (Downside Up); 5. Thong Song; 6. Apothecaries' Weight; 7. Caterpillar March; 8. Freedom Run; 9. 800; 10. Writhe; 11. Capsized; 12. Allen's Wrench; 13. Mondo Generator; 14. Yeah

Skład: John Garcia - wokal; Josh Homme - gitara; Nick Oliveri - bass; Brant Bjork - perkusja
Producent: Kyuss i Chris Goss


19 czerwca 2013

[Recenzja] Kyuss - "Wretch" (1991)



Black Sabbath z podkręconym tempem - tak można podsumować debiutancki album Kyuss, czyli jednego z najważniejszych przedstawicieli stoner metalu. Chociaż zdarzają się tutaj także wolniejsze utwory ("Son of a Bitch", nieco bluesowy "Black Widow", czy "Big Bikes"), to przeważają kawałki w tempach raczej punkowych (np. "Love Has Passed Me By", "Katzenjammer", "Isolation"). O tempie utworów wspominam już na samym początku, ponieważ to jedyne urozmaicenie tego monotonnego longplaya. Właściwie można odnieść wrażenie, że te niemal 50 minut muzyki to jedna, rozciągnięta kompozycja. Wszystkie riffy są do siebie bardzo podobne, przy czym większość tych najlepszych trafiła do jednego utworu - najdłuższego i najbardziej rozbudowanego (a więc także najbardziej ciekawego) "The Law". Może jeszcze główny motyw "I'm Not" wybija się ponad przeciętność. Dodać trzeba, że żaden z tych riffów nie może się równać z tymi, jakie Tony Iommi wymyślał dla wspomnianego Black Sabbath. Konkluzja może być jedna: nie należy zaczynać poznawania twórczości Kyuss od tego longplaya, bo można się zrazić. Za to kolejny w dyskografii "Blues for the Red Sun" to już klasyka gatunku.

Ocena: 4/10



Kyuss - "Wretch" (1991)

1. [Beginning of What's About to Happen] Hwy 74; 2. Love Has Passed Me By; 3. Son of a Bitch; 4. Black Widow; 5. Katzenjammer; 6. Deadly Kiss; 7. The Law; 8. Isolation; 9. I'm Not; 10. Big Bikes; 11. Stage III

Skład: John Garcia - wokal; Josh Homme - gitara; Nick Oliveri - bass; Chris Cockrell - bass (4,6); Brant Bjork - perkusja
Producent: Kyuss, Catherine Enny i Ron Krown


18 czerwca 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Deep Purple

Napisanie tego tekstu sprawiło mi więcej trudności, niż się spodziewałem. Ciężko było dotrzeć do wypowiedzi muzyków na temat poszczególnych utworów - z wyjątkiem tych pochodzących z albumów "In Rock" i "Machine Head" - tutaj akurat był ich nadmiar (patrz fragment o "Smoke on the Water"). Szkoda, że dziennikarze rozmawiający z zespołem nie pamiętają, że grupa wydała także inne płyty, często równie dobre jak obie wspomniane (chociażby "Burn" i "Perfect Strangers").
Zdecydowałem pominąć dwa utwory, które być może powinny się tutaj znaleźć: pierwszy przebój Deep Purple, "Hush", który nie jest autorską kompozycją grupy, oraz "Concerto for Group and Orchestra", którego nie można traktować na równi z ich innymi utworami.

Deep Purple Mark II: Jon Lord, Ian Paice, Ian Gillan, Ritchie Blackmore i Roger Glover.

1. "April" (z albumu "Deep Purple", 1969)

Pierwszy (i jedyny obok "Concerto for Group and Orchestra" i "Gemini Suite") utwór w repertuarze grupy, który pokazuje jak według Jona Lorda powinien brzmieć Deep Purple. Ta wielowątkowa kompozycja składa się z trzech części: pierwsza to popisy Lorda i gitarzysty Ritchiego Blackmore'a, nawiązujące do muzyki barakowej; w drugiej muzyków zespołu zastępuje orkiestra; natomiast część trzecia to zwykłe, hard rockowe granie - dopiero tutaj pojawia się partia wokalna. "April" był pierwszym krokiem ku koncertowym współpracom z orkiestrami, jakie niedługo potem miały nastąpić. Wizja Lorda nie przypadła do gustu pozostałym muzykom. Ówczesny basista, Nick Simper, mówił: Jeśli mam być szczery, wszyscy czuliśmy, że Jon Lord traktuje zespół jak odskocznię do własnej kariery. Moim zdaniem chciał być kimś takim jak Rick Wakeman. Zamierzał po jakimś czasie odłączyć się od Deep Purple i zająć się własną twórczością. Co w końcu, po wielu latach, udało mu się zrobić.
Sam Lord bronił się: To nigdy nie miało być wyznacznikiem kierunku zespołu. To był tylko eksperyment.
Pierwsza część utworu "April" znalazła się na stronie B singla "Hallelujah". Utwór ze strony A (dostarczony grupie przez songwritterów Rogera Greenawaya i Rogera Cooka) był pierwszym nagraniem Deep Purple, w jakim wzięli udział wokalista Ian Gillan i basista Roger Glover.


2. "Black Night" (niealbumowy singiel, 1970)

Próbowaliśmy wtedy stworzyć coś, co nadawałoby się na singiel - wspominał Gillan. Mordowaliśmy się z tym cały dzień. Próbowaliśmy różnych rzeczy, ale żadna się do niczego nie nadawała. Rzuciliśmy to więc w cholerę i poszliśmy do pubu. A kiedy wróciliśmy do studia, pierwsza rzecz, jaka przyszła Ritchiemu do głowy to właśnie ten riff. Dopiero wtedy wszyscy się zrelaksowali. A ja i Roger [Glover] wróciliśmy do pubu i przy kolejnym piwie napisaliśmy tekst. Popatrzyliśmy na siebie i któryś z nas zapytał: "Ale o czym to właściwie jest?", a drugi odpowiedział: "Nie mam pojęcia!".
Utwór nie trafił na przygotowywany wówczas album "In Rock" (poza wydaniem meksykańskim, gdzie umieszczony był na otwarcie krązka), ale znalazł się na wydanym w tym samym czasie singlu, który zresztą okazał się największym sukcesem w karierze zespołu, dochodząc do 2. miejsca w brytyjskim notowaniu. Album "In Rock" był hitem, ale "Black Night" wyniósł nas w stratosferę w Europie - ekscytował się Glover. To niesamowite czego może dokonać jedna piosenka. Nagle wszyscy Cię znają!


3. "Speed King" (z albumu "In Rock", 1970)

Ritchie chciał coś szybkiego na otwarcie setu i ten riff wyszedł ode mnie - wyjaśniał Glover w jednym z wywiadów. Podczas innego dokładnie opisał jak utwór powstał: Ritchie wspominał, że podoba mu się "Fire" Hendrixa. Stałem w tej dużej, pełnej echa sali gimnastycznej, i lękliwie zacząłem grac pierwszą rzecz w podobnym klimacie, jaka przyszła mi do głowy. Dźwięk basu Precision rozbrzmiewał samotnie, odbijając się od brudnych, pokrytych lamperią ścian. Po prostu to wymyśliłem, zaskakując samego siebie tym wyskokiem. Wtedy wszyscy się przyłączyli, sprawili, że zabrzmiało to świetnie. Nastąpił jam, który wyznaczył kształt utworu.
Tekst Gillana opiera się na fragmentach starych, rock and rollowych kawałków. U podstaw tego kawałka legł przebój Little Richarda "Good Golly Miss Molly" - przyznawał wokalista. Tekst zawiera wręcz cytaty z niego. Wprowadziłem je jako wyraz szacunku dla tych, którzy dali początek rock'n'rollowi. Ich twórczość inspirowała mnie. Wydaje mi się, że tekst "Speed King" jest dość oryginalny - powołanie się na swoich mistrzów, wskazanie własnych źródeł inspiracji  było wtedy czymś nowym, przed nami chyba nikt inny tego nie robił.
Początkowo "Speed King" był jednak wykonywany z innymi tekstami i pod innymi tytułami (najpierw "Kneel and Pray", potem "Ricochet").
Zgiełkliwy wstęp utworu został uznany za zbyt brutalny dla wrażliwych amerykanów i został pominięty na tamtejszym wydaniu "In Rock".


4. "Child in Time" (z albumu "In Rock", 1970)

Początek tego najbardziej wyróżniającego się utworu na płycie, sprawiającego wrażenie najbardziej przemyślanego, był taki sam, jak innych kompozycji. Narodził się przypadkiem, w czasie próby. Podczas jamowania zapadła cisza - mówił Glover. Ktoś wtedy powiedział: "Pamiętacie utwór 'Bombay Calling' It's a Beautiful Day?". Jon zaczął go dla nas grać. Dołączyliśmy, zwolniliśmy tempo, Ian zaczął coś śpiewać i brzmiało to interesująco. Na bazie cudzego utworu powstał liryczny wstęp kompozycji, podczas którego Gillan przejmująco śpiewa swój antywojenny tekst. Jest to utwór o głupocie, o zaślepieniu przywódców świata - tłumaczył wokalista. Miałem na myśli tych, którzy gotowi są rozstrzelać świat - jednostka się dla nich zupełnie nie liczy. A powołują się na ideologie, które są absolutnym szaleństwem. Wraz z zaostrzaniem muzyki, partia wokalna zmienia się w przeszywający krzyk. Nawet Blackmore chwalił Gillana: To prawdopodobnie jedyny wokalista, który mógł to zaśpiewać. Pokazał się od najlepszej strony. Gitarzysta skromnie natomiast oceniał swoje popisy w dalszej, instrumentalnej części utworu: Solówka gitarowa jest raczej przeciętna. Nagrałem ją w dwóch lub trzech podejściach. W tamtych czasach, gdy trzeba było nagrać solówkę, dostawałem około 15 minut. Tyle wystarczało gitarzyście.
"Child in Time" był stałym punktem koncertów w latach 1969-73, wypadł z setlisty wraz z odejściem Gillana, ale wrócił wraz z nim w 1984 roku i był regularnie grany do 1995. Od tamtej pory nawet Gillan nie jest w stanie poradzić sobie z tą partią wokalną.


5. "Hard Lovin' Man" (z albumu "In Rock", 1970)

Roger Glover przyznaje, że to jego ulubiony utwór w repertuarze Deep Purple. W wykonaniu jest mnóstwo ognia, a solo Jona - bliskie wyczynom na scenie - mówił basista. Według mnie utwór ten oddaje prawdziwy charakter zespołu w tamtym czasie: motoryczną moc, dziwne kompozycje, eksperymenty, dwie wspaniałe solówki, nonszalancki wyzywający tekst, żywiołowe nastawienie... Czuć zespół, który się odnalazł. Kiedy indziej mówił: Naprawdę trudno stworzyć coś prostego, co nie jest głupie albo nie brzmi jak tysiąc innych kawałków. Wydaję mi się, że chodzi właśnie o tę formułę, która w przypadku Deep Purple doskonale zadziałała. I już na "In Rock" odkryliśmy siebie. Dla mnie najlepsze świadectwo to utwór "Hard Lovin' Man". Kiedy go nagraliśmy, po raz pierwszy usłyszałem Deep Purple, prawdziwe Deep Purple. Nie "Speed King", nie "Child in Time", ale właśnie "Hard Lovin' Man". Ponieważ jest najbliższy tego, jak brzmieliśmy na scenie. Ma w sobie ducha grania na żywo.
Utwór został zadedykowany Martinowi Birchowi - oficjalnie inżynierowi dźwięku albumu. Muzycy jednak przyznają, że jego rola była bardziej istotna, równa producentowi albumu. Myślę, że w końcu zostawałeś z brzmieniem Martina, a nie swoim, ale ono było tak dobre, że nie miałeś nic przeciw - to słowa Iana Paice'a, natomiast Jon Lord mówił: To już taki slogan: zespół mówi o producencie jako o kolejnym członku grupy. Ale u nas wtedy to naprawdę tak działało. Martin był jednym z nas. Był niesamowicie inspirujący. Jego wysiłek uznaję za heroiczny. Musiał bowiem znajdować kompromisy między naszą piątką - a było to pięć różnych charakterów.
Martin Birch współpracował z Deep Purple od albumu "In Rock" do "Come Taste the Band" - dopiero na tej ostatniej został dopisany jako współproducent. Birch produkował także albumy wielu innych kultowych wykonawców z kręgu muzyki hard rockowej i heavy metalowej: m.in. Wishbone Ash (albumy od "Wishbone Ash" do "Argus"), Rainbow (od "Ritchie's Blackmore Rainbow" do "Long Live Rock 'n' Roll"), Whitesnake (od "Snakebite" do "Slide It In"), Black Sabbath ("Heaven and Hell" i "Mob Rules") oraz Iron Maiden (od "Killers" do "Fear of the Dark"). Współpracował także z Jeffem Beckiem i Fleetwood Mac. Od 1992 roku jest na emeryturze.


6. "Strange Kind of Woman" (niealbumowy singiel, 1971)

Utwór zarejestrowany w tym samym czasie, co album "Fireball", ale obecny tylko w amerykańskim wydaniu tego longplaya (zamiast "Demon's Eye"). W Wlk Brytanii ukazał się na singlu i doszedł do 8. miejsca notowań.
Utwór początkowo nosił tytuł "Prostitute". Na koncertowym albumie "Deep Purple in Concert" (zarejestrowany w latach 1970-72, wydany w 1980 roku) można usłyszeć zapowiedź Gillana, w której tłumaczył o czym jest ten tekst: To o naszym przyjacielu, który związał się z bardzo złą kobietą. To smutna historia. W końcu się pobrali, a kilka dni później kobieta zmarła. Na swojej stronie internetowej wokalista przedstawia jednak inną wersję tej historii, przyznając, że to o kobiecie, w której sam był zakochany (kim była wyjaśnia pierwotny tytuł), ale dodaje, że piosenka jest nie tylko o tej jednej kobiecie.
Podczas koncertów, utwór zawsze był rozbudowywany o dialog, między gitarą Blackmore'a, a Gillanem.


7. "Fireball" (z albumu "Fireball", 1971)

Muzycy zespołu - poza Ianem Gillanem - nie przepadają za albumem "Fireball", podobne zresztą jak wielu fanów. Pod koniec lat 90. Roger Glover próbował wyjaśnić dlaczego longplay nie spotkał się z uznaniem: Są tacy, którzy rozpatrują płyty w kategoriach przebojów. I właśnie dlatego "Fireball" nie był takim sukcesem, jak "In Rock". Najwyraźniej zapomniał, że jedyny singlowy przebój z sesji "In Rock", "Black Night", nie trafił na tamten album. Tymczasem na "Fireball" znalazł się jeden przebój - utwór tytułowy, który doszedł do 15. miejsca w brytyjskim notowaniu. Co prawda, kawałek nie dorównuje obecnie popularnością wielu niealbumowym utworom z "In Rock", ale winę za to ponosi sam zespół, który tylko sporadycznie wykonywał go na koncertach.
Otwierający utwór dźwięk brzmiący jak przelatująca tytułowa ognista kula, to w rzeczywistości odgłos włączanej klimatyzacji. Kawałek wyróżnia się ponadto solówką na gitarze basowej, przy braku tradycyjnej gitarowej solówki. Początkowo miała ona kończyć "Fireball" (jak można się dowiedzieć z pierwszej zarejestrowanej, instrumentalnej wersji kawałka, obecnej na reedycji albumu), ostatecznie utwór został wyciszony wcześniej.
A tekst? "Fireball" to oczywiście kawałek o kobiecie - mówił Gillan. Ale jest w nim zarazem coś surrealistycznego. Staraliśmy się bowiem uniknąć dosłowności, aby do końca nie było wiadomo, o co chodzi.


8. "Highway Star" (z albumu "Machine Head", 1972)

Utwór powstał przypadkiem, 13 września 1971 roku, kiedy zespół jechał na koncert w Porstmouth. W busie towarzyszyli im dziennikarze. Jeden z nich spytał jak komponujemy piosenki - opowiadał Gillan. Ritchie miał wtedy dobry humor, więc powiedział: "o tak!" i zaczął rytmicznie uderzać w struny gitary. Zaimprowizowałem tekst: "We're on the road, we're on the road, we're rock 'n' roll band". W innym wywiadzie, opowiadając tą samą historię, Gillan stwierdził, ze Blackmore grał wówczas na bandżo. W każdym razie, zespół dopracował pomysł na próbie i jeszcze tego samego wieczoru zaprezentował kompozycję przed publicznością. Później uległa ona oczywiście jeszcze wielu zmianom, zanim powstała ostateczna wersja, znana z albumu.
Wszystko napędza Ritchie, jego gitara brzmi jak karabin maszynowy - opisywał utwór Glover. Dużo tu pasaży i motywów neoklasycznych, trochę w stylu Mozarta. To nie są oczywiste współbrzmienia, takie jak kiedy gramy o tercję wyżej lub kwintę niżej. Tu czasem słychać tercję, czasem kwintę albo tonikę. To nadaje tej muzyce niesamowity wyraz, sprawia, że brzmi ona lirycznie i ładnie.
Uznałem, ze motyw w stylu Bacha nadawałby się na solówkę - dodawał Lord. Wykorzystaliśmy go po znacznym przyśpieszeniu. Tekst utworu został natomiast podsumowany przez klawiszowca krótko: Samochód, a potem dziewczyna - znakomite zestawienie.


9. "Smoke on the Water" (z albumu "Machine Head", 1972)

Najbardziej znany utwór Deep Purple, z jednym z najsłynniejszych riffów wszech czasów. Jego wielkość tkwi w prostocie - składa się z zaledwie czterech dźwięków. Latami grałem na gitarze jazz - skomplikowane, szybkie rzeczy - mówił Blackmore. A potem zacząłem słuchać The Kinks, The Who... Zespołów, które grały bardzo prosto. Pomyślałem, że coś takiego dotrze do ludzi. Chciałem mieć wkład w ten nurt. Sięgnąłem po motyw z V Symfonii Beethovena i postanowiłem zagrać go od końca. Tak to powstało. To interpretacja, czy też inwersja "Piątki" Beethovena. Wiszę mu mnóstwo kasy.
Równie proste są słowa napisane przez Gillana. To interesujący tekst - historia powstania płyty "Machine Head" - wyjaśniał wokalista. W skrócie: w grudniu 1971 roku zespół przybył do Montreux, gdzie w tamtejszym kasynie miał zarejestrować swój szósty album. Niedługo po przyjeździe udali się do tego obiektu, na koncert Franka Zappy. Podczas występu wybuchł pożar i kasyno doszczętnie spłonęło. Był to świetny show - wspominał Gillan. Dopóki na zewnątrz nie zaparkował jakiś facet w wielkim samochodzie. W tamtych czasach na koncertach nie było praktycznie żadnej ochrony, więc gość mógł wejść prosto do hali, gdzie wyciągnął Verey - jeden z tych starych pistoletów na flary. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, bo na koncercie Zappy mogło się zdarzyć wszystko. Wyglądało to więc na happening, gdy nagle się pojawił i odpalił w kierunku sufitu.
Co działo się dalej opowiadał Blackmore: Jakiś idiota zablokował wyjście awaryjne wieszakiem na ubrania. I chociaż tłum napierał, drzwi nie udało się otworzyć. Nikt tamtędy się nie wydostał! A sytuacja była naprawdę groźna, Wyobraź sobie kłęby dymu, w których nic nie widać - można się zaczadzić. A drzwi zablokowane wieszakiem na ubrania! Czyż nie jest to żałosne?W tym wszystkim Frank Zappa, który najpierw wygłosił do mikrofonu jakąś uspokajającą gadkę, a zaraz potem rzucił na ziemię gitarę i sam dał nogę przez okno. Był pierwszy, który zwiał. A pożar rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Zaledwie w pół godziny gmach spłonął do szczętu.
Dym unosił się jeszcze długo nad Jeziorem Genewskim; muzycy obserwowali go już z okna hotelu, kiedy - według Gillana - Glover wypowiedział słowa dym na wodzie, które dały tytuł utworu. Basista twierdzi jednak, że słowa te wypowiedział później, we śnie: Odzyskałem świadomość i zastanawiałem się, czy naprawdę to powiedziałem. Wyszło, ze tak. Uświadomiłem sobie, że to potencjalny tytuł piosenki.
W tekście brak informacji o tym, że kolejnym miejscem, w jakim mieli nagrywać, był Theatre du Pavilion. Zdążyli tam jednak zarejestrować tylko jeden utwór - właśnie "Smoke on the Water" - bez partii wokalnej. Kiedy zespół rozpoczął nagrywanie, na miejscu pojawiła się policja. Ponieważ graliśmy bardzo głośno, ktoś z sąsiedztwa ich wezwał - mówił Blackmore. Przyjechali i zaczęli dobijać się do drzwi. Chcieli nam oczywiście przerwać. Ale ponieważ wiedzieliśmy, że to policja, otworzyliśmy dopiero, gdy nagranie było już gotowe. Nie pozwoliliśmy sobie przerwać, co doprowadziło ich do szaleństwa. Można więc powiedzieć, że szwajcarska policja niemal doprowadziła do tego, że "Smoke on the Water" w ogóle by nie powstało. Gdybyśmy ich wpuścili, gdybyśmy pozwolili sobie przerwać, zanim utwór znalazł się na taśmie, i wznowili pracę później, powstałoby już zupełnie coś innego.
Następnie zespół przeniósł się - zgodnie z tym, co mówi tekst - do opuszczonego Grand Hotelu i z pomocą należącej do Rolling Stonesów ciężarówki z reżyserką, zarejestrowali partię wokalną "Smoke on the Water", oraz inne utwory, jakie trafiły na album "Machine Head". Cała sesja trwała zaledwie dwa tygodnie - od 6 do 21 grudnia 1971.
Muzycy nie od razu dostrzegli potencjał "Smoke on the Water". Początkowo wyśmiali pomysł wydania utworu na singlu, podsunięty im przez Joe Smitha, z amerykańskiego oddziału Warner Brothers. Jon Lord wspominał: Stwierdził, że to murowany typ na singiel. A my na to: "Chyba upadłeś na głowę!". Muzycy musieli się zdziwić, kiedy utwór doszedł do 4. miejsca amerykańskich notowań (najwyższą, 2. pozycję osiągnął w Kanadzie). "Smoke on the Water" stał się także jedyną małą płytą zespołu, której sprzedaż przyniosła Złotą Płytę (w Stanach). Dodać trzeba, że żadna z pozostałych nie przyniosła nawet Srebrnej.


10. "Space Truckin'" (z albumu "Machine Head", 1972)

W latach 60. telewizja ABC pokazywała serial o Batmanie - wspominał Blackmore. Pamiętam jak podobał się ludziom pochodzący z tego filmu prosty temat muzyczny, więc wymyśliłem podobny riff. Powiedziałem Gillanowi: "Mam pomysł, ale jest tak głupi i śmieszny, że nie wiem czy się do czegoś nadaje". Wokalista zareagował jednak entuzjastycznie i dopisał do niego tekst. Był komiks pod tytułem "Keep On Truckin'" - opowiadał Gillan o jednej z inspiracji. Jego bohaterowie, o dużych stopach, dziarsko maszerowali. A ponieważ w owym czasie imponował nam postępujący podbój kosmosu, uznałem, że będzie czymś ciekawym opisanie takiego marszu nie po zwykłej drodze, lecz po wszechświecie. W innym wywiadzie mówił: W Stanach popularny był taniec truckin'. Notatkę na ten temat w kolorowym magazynie ilustrowało zdjęcie niesamowitego chudzielca w ogromnych butach. Pod zdjęciem był podpis "Keep On Truckin'" albo coś w tym stylu. Przyszedł mi wtedy do głowy tytuł "Space Truckin'".
Utwór od razu wszedł do koncertowego repertuaru grupy, przeważnie jako zakończenie podstawowego setu. Kawałek, w wersji studyjnej trwający niewiele ponad trzy minuty, na żywo (w latach 1972-74) rozrastał się przeważnie do około dwudziestu minut, a czasem nawet do ponad pół godziny. Rozbudowany został o solowe popisy muzyków (wcześniej grane podczas wykonań "Mandrake Root"), często pojawiały się w nim także fragmenty innych kompozycji, jak "Fools" czy - podczas występów składu Mark III - "Child in Time". W latach 80. koncertowe wykonania "Space Truckin'" trwały już tylko po kilkanaście minut. Natomiast odkąd Ritchie Blackmore został zastąpiony przez Steve'a Morse'a, kawałek wykonywany jest sporadycznie, w wersji bliskiej studyjnego pierwowzoru, przynajmniej pod względem długości.


11. "When a Blind Man Cries" (strona B singla "Never Before", 1972)

Przejmująca ballada o nieco bluesowym charakterze, która nie trafiła na album "Machine Head", bo Blackmore uznał ją za zbyt spokojną i nie pasującą do pozostałych utworów. Kiedy wiele lat później Jon Lord został zapytany co zmieniłby na "Machine Head", odparł: Umieściłbym na płycie "When a Blind Man Cries", bo ten utwór pokazywał naszą wszechstronność.
Przekonałem się, że ludzie niepełnosprawni, w tym niewidomi, znakomicie dają sobie radę - tłumaczył swój tekst Gillan. Gdy ślepiec płacze - to już naprawdę musi być bardzo źle.
Utwór wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy dopiero w 1993 roku, kiedy ze składu odszedł Blackmore. Wcześniej utwór był wykonany tylko raz, 6 kwietnia 1972 roku, podczas koncertu w Quebecu, w Kanadzie. W występie nie brał jednak udziału Blackmore, który akurat zachorował. Zastąpił go Randy California z grupy Spirit (tej samej, od której podobno Jimmy Page zerżnął wstęp "Stairway to Heaven").


12. "Woman From Tokyo" (z albumu "Who Do We Think We Are", 1973)

Chociaż "Who Do We Think We Are" nie należy do najlepszych ani najbardziej lubionych albumów Deep Purple, to otwierający go utwór "Woman From Tokyo" jest sporym przebojem - co prawda wydany na singlu osiągnął zaledwie 60. pozycję w Stanach, to utwór stał się stałym punktem koncertów (w setliście pojawił się dopiero w 1985 roku, ale od tamtego czasu grany był na każdej kolejnej trasie). Tekst utworu nawiązuje do pierwszej trasy zespołu po Japonii, która miała miejsce w 1972 roku (i została uwieczniona na kultowym "Made in Japan").
"Woman From Tokyo" nie jest kawałkiem o kobiecie, ani nawet nie jest kawałkiem o Tokio - przyznawał Gillan. To wspomnienie trasy zespołu po Japonii. A kobieta, o której śpiewam, jest po prostu metaforą tego kraju.


13. "Burn" (z albumu "Burn", 1974)

Historia lubi się powtarzać - zespół po raz drugi zmienił wokalistę i basistę. Najpierw zaangażowano Glenna Hughesa, który chciał pełnić obie te role (tak jak w swoim poprzednim zespole, Trapeze). Takie rozwiązanie nie pasowało Lordowi, Blackmore'owi i Paice'owi, pozwolili jednak by był dodatkowym wokalistą. Po nieudanej próbie ściągnięcia do zespołu Paula Rodgersa z dopiero co rozwiązanego Free, na stanowisko głównego wokalisty zaangażowano nieznanego wówczas Davida Coverdale'a, na którego Jon Lord zwrócił uwagę już w 1969 roku i dał mu swój numer telefonu, na wypadek gdyby nie wyszło z Gillanem.
Jednym z pierwszych utworów stworzonych przez nowy skład (tzw. Mark III), była kompozycja Blackmore'a oparta na riffie zapożyczonym z utworu "Fascinating Rhythm" Glenna Millera. Coverdale, chcąc wypaść jak najlepiej przed pozostałymi członkami grupy, zaproponował do tego utworu aż siedem różnych tekstów. Wszystkim do gustu najbardziej przypadł ten o tytule "Burn".
Utwór był stałym punktem koncertów w latach 1973-76, a później wrócił na krótko do setlisty, w czasie kiedy obowiązki wokalisty chwilowo pełnił Joe Lynn Turner (trasa z 1991 roku). Nigdy natomiast nie został zagrany z udziałem Gillana (który twierdzi, że nawet nie słyszał żadnego utworu Mark III). Ritchie Blackmore wykonywał go za to ze swoją grupą Rainbow (podczas ostatniej trasy, w latach 1995-97), David Coverdale ze swoim Whitesnake (od 2003 roku), a Glenn Hughes na solowych koncertach.
"Burn" został wydany na singlu, ale nie został odnotowany na listach sprzedaży w żadnym kraju.


14. "Mistreated" (z albumu "Burn", 1974)

Ciężki blues, napisany przez Blackmore'a jeszcze podczas pracy nad albumem "Machine Head". Wówczas jednak postanowił zachować go na później. Coverdale dopisał tekst, pozostali muzycy nie brali udziału w komponowaniu tego utworu. Nagraliśmy "Mistreated" między dwudziestą trzecią, a siódmą trzydzieści rano - mówił Coverdale. Kiedy odtworzyliśmy nagranie, okazało się okropne. Było tak złe, że po prostu usiadłem i zacząłem płakać. Następnej nocy mieliśmy kolejną sesję i nagrałem wokal za drugim podejściem. Bardzo się starałem, bo wiedziałem, że ten utwór potrzebuje silnych emocji. To, co chciałem uzyskać, to żeby ktoś, kto słucha tego utworu pomyślał: "Wiem o czym on mówi". Przyczyną tego, że nie udało mi się to od razu, było po prostu to, że to bardzo trudny utwór do zaśpiewania.
"Mistreated" to jedyny utwór na "Burn", w którym śpiewa wyłącznie Coverdale, bez pomocy Hughesa. Utwór był wykonywany na żywo do połowy 1975 roku, czyli do odejścia Ritchiego Blackmore'a. Od tamtego czasu nie został już nigdy zagrany na koncercie Deep Purple. Wykonywany był natomiast przez Rainbow (od 1976 roku do odejścia wokalisty Ronniego Jamesa Dio w 1978 roku, a także w latach 1995-97), Whitesnake (w latach 1978-84, później sporadycznie), Glenna Hughesa (od 1998 roku), a nawet przez grupę Dio (w latach 1996-99).


15. "You Fool No One" (z albumu "Burn", 1974)

Przykład utworu pokazującego funkowe oblicze zespołu - taki kierunek narzucał Glenn Hughes, choć zalążkiem utworu był rytm wymyślony przez Iana Paice'a. "You Fool No One" zwraca uwagę soulową partią wokalną, w wykonaniu śpiewających jednocześnie Coverdale'a i Hughesa.
Ritchie Blackmore początkowo aprobował nowe inspiracje: Chciałem, aby to była zupełnie inna grupa. Nie po to zmienialiśmy wokalistę, aby kontynuować dotychczasowy styl - mówił. Kilka miesięcy później przyznawał jednak, że granie muzyki funkowej może się po jakimś czasie znudzić. Również Coverdale miał inną wizję zespołu: Myślę, że soul i funk to były gatunki nieadekwatne do stylu Deep Purple, blues za to świetnie tam pasował - mówił.
"You Fool No One" był stałym punktem koncertów zespołu w latach 1973-75. Na żywo rozrastał się do kilkunastu minut - w tym czasie muzycy mogli nie tylko pokazać swoją umiejętność wspólnego improwizowania, ale też niektórzy z nich mogli zaprezentować się solo. Całość zaczynała się od klawiszowego popisu Jona Lorda, a kończyła perkusyjną solówką Iana Paice'a. Popisy Ritchiego Blackmore'a z środkowej części utworu były później przez niego powtarzane na koncertach Rainbow - w utworach "Man on the Silver Mountain" i "Still I'm Sad".


16. "Stormbringer" (z albumu "Stormbringer", 1974)

Praktycznie jedyny utwór z drugiego albumu Mark III, który przypomina o hard rockowym obliczu grupy (pozostałe kawałki to albo funk albo spokojne ballady).
Nazwa "Stormbringer" została po raz pierwszy użyta przez pisarza Michaela Moorcocka. Był to magiczny miecz, pojawiający się w wielu powieściach jego autorstwa. Autor tekstu utworu Deep Purple, David Coverdale, zaprzeczał, że słyszał tę nazwę wcześniej. Być może zaproponował mu ją Ritchie Blackmore, zafascynowany w tamtym czasie literaturą fantasy.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1974-76, a więc także po odejściu jego kompozytora, Blackmore'a. W połowie lat 90. kawałek został włączony do koncertowego repertuaru przez Glenna Hughesa, a dekadę później zaczął być grany także przez Whitesnake.
"Stormbringer" został wydany na singlu, ale nie został odnotowany na listach sprzedaży w żadnym kraju.


17. "Soldier of Fortune" (z albumu "Stormbringer", 1974)

Tekst tego utworu Coverdale napisał jeszcze przed dołączeniem do zespołu. Muzyka została w całości napisana przez Ritchiego Blackmore'a, co może dziwić, biorąc pod uwagę, że jest utrzymana w klimacie nielubianego przez niego "When a Blind Man Cries". "Soldier of Fortune" nie przypadł z kolei do gustu Ianowi Paice'owi, który początkowo nie chciał w ogóle brać udziału w jego nagrywaniu, ostatecznie zgodził się jednak zagrać swoją partię - ale tylko w jednym podejściu.
Utwór grany był wyłącznie podczas japońskich występów na trasie z 1975 roku, promującej album "Come Taste the Band", czyli już po odejściu Blackmore'a. Co jednak ciekawe, gitarzysta regularnie wykonuje "Soldier of Fortune" na żywo ze swoim obecnym zespołem, Blackmore's Night. Równie chętnie sięga po niego David Coverdale ze swoim Whitesnake.


18. "Perfect Strangers" (z albumu "Perfect Strangers", 1984)

W połowie lat 80., po dziewięcioletniej przerwie w działalności, Deep Purple odrodził się w najsłynniejszym składzie, z Gillanem, Blackmorem, Gloverem, Lordem i Paicem. Tytułowy utwór z nagranego wówczas albumu "Perfect Strangers" odnosi się właśnie do tego powrotu, a konkretnie do stosunków panujących pomiędzy muzykami. Słowa: "Can you remember my name?" oznaczały "Hej, Ritchie, czy pamiętasz jeszcze jak się nazywam" - wyjaśniał Gillan. Tak to wtedy postrzegałem: w okresie między 1973 rokiem, kiedy odszedłem z zespołu, a 1984, kiedy znowu zebraliśmy się razem, staliśmy się sobie zupełnie obcy. Potem to się zmieniło, zmieniły się nasze osobowości. I dziś jesteśmy jak rodzina. Chociaż wcale nie musiało tak być. W świecie ludzi dojrzałych związki z innymi nie są już tak bliskie i żarliwe jak wśród młodych. Dla nastolatka przyjaciele są wszystkim. Ale kiedy dojrzewasz, wokół ciebie jest coraz więcej osób i dawni przyjaciele wtapiają się w to otoczenie, stają się jedynie jego częścią. Nie są to już więzi na śmierć i życie.
Blackmore przyznawał, że "Perfect Strangers" to jego ulubiony utwór Deep Purple - chociaż jest to jeden z nielicznych kawałków w repertuarze grupy, w którym nie ma gitarowej solówki.
Utwór został wydany na singlu i doszedł do 48. miejsca w brytyjskim notowaniu (tego wyniku nie przebił żaden późniejszy singiel grupy) oraz 12. w Stanach. Do dzisiaj pozostaje stałym punktem koncertów.


19. "Knocking at Your Back Door" (z albumu "Perfect Strangers", 1984)

Idealny otwieracz dla pierwszego albumu po dziewięcioletniej przerwie. Na początku słychać tylko mroczny klawiszowy motyw Jona Lorda, do którego dopiero po chwili dołącza pulsująca linia basu Rogera Glovera, a następnie perkusja Iana Paice'a i dopiero na końcu nośny riff Ritchiego Blackmore'a. Partia wokalna Iana Gillana rozpoczyna się dopiero pod koniec pierwszej minuty utworu. Cała kompozycja trwa ponad siedem minut, ale ani przez chwilę nie nuży - to zasługa bardzo chwytliwej melodii i świetnych popisów instrumentalistów.
"Knocking at Your Back Door" był jednym z singli promujących album "Perfect Strangers" - niestety, na małej płycie został umieszczony w wersji skróconej do czterech minut. Być może dlatego doszedł zaledwie do 68. miejsca w Wielkiej Brytanii. Amerykanom przypadł do gustu bardziej - kawałek osiągnął tam 7. miejsce. Ponadto, utwór do dziś jest chętnie wykonywany przez grupę na żywo.


20. "Vincent Price" (z albumu "Now What?!", 2013)

Kiedy byliśmy dzieciakami, w Anglii produkowało się mnóstwo naprawdę cudownych, niskobudżetowych horrorów - mówił Ian Paice. A gwiazdą w nich za każdym razem był właśnie Vincent Price. Niektóre z tych filmów były prawdę mówiąc całkiem przerażające, wiesz - wampiry, potwory, cały ten gotycki etos horroru. Dla nas, jako nastolatków, było to coś absolutnie fantastycznego - potajemne wypady, żeby oglądać te filmy. I tym utworem chcieliśmy oddać hołd tamtym czasom i naszej młodości.
"Vincent Price" został wybrany jako drugi singiel promujący najnowszy album zespołu.