18 maja 2013

[Recenzja] Queen - "The Miracle" (1989)



Zawartość "A Kind of Magic" dobrze rokowała na przyszłość, a kolejny album, "The Miracle", nie zawodził oczekiwań. Longplay otwiera kolejny etap w działalności Queen, bardzo kreatywny, ale i smutny. Freddie Mercury wiedział już o swojej chorobie i - podobnie jak cały zespół - zdawał sobie sprawę, że musi dać z siebie wszystko, bo w każdej chwili może nastąpić koniec. Sytuacja ta zbliżyła do siebie muzyków, co symbolizuje już sama okładka (zainspirowana, jak przyznawali, grafiką z singla "The Clairvoyant" Iron Maiden), ale też fakt przypisania autorstwa wszystkich utworów całemu zespołowi, a nie - jak na wszystkich wcześniejszych albumach - poszczególnym muzykom (chociaż i tak w większości kawałków od razu słychać czyjego jest autorstwa - każdy członek grupy miał od zawsze swój własny styl komponowania).

Początek albumu nie jest zbyt zachwycający - utwór "Party" to, zgodnie z tytułem, dyskotekowe granie, nie tak odległe od zawartości "Hot Space", chociaż z ostrzejszą częścią środkową. Kawałek jest co prawda tylko wstępem do bardziej rockowego "Khashoggi's Ship", ale ten utwór też wypada dość nijako. W dalszej kolejności pojawiają się jednak aż cztery singlowe przeboje pod rząd: przepiękny tytułowy "The Miracle"; świetny, zadziorny "I Want It All" (w lepszej wersji niż na singlu - bez wstępu a capella, za to z rozbudowaną częścią instrumentalną); oraz dwa nieco mniej przekonujące mnie, bo bardziej syntetyczne, kawałki - "The Invisible Man" i "Breakthru". Po mniej udanym "Rain Must Fall", następuje jeszcze jeden singlowy kawałek, rewelacyjny "Scandal" - tutaj syntezatory zostały stopione z zadziornym, rockowym podkładem (wspaniale brzmi bass Deacona), co pasuje do ostrego tekstu. Ostatnie dwa utwory wypadają najciekawiej z kawałków niesinglowych: "My Baby Does Me" to najbardziej subtelna kompozycja z tego albumu, natomiast w "Was It All Worth It" pojawiają się ciężkie gitarowe riffy, które jednak zestawiono z łagodniejszymi fragmentami.

Wersja kompaktowa zawierała trzy utwory więcej od winylowej: dłuższą wersję "The Invisible Man", a także dwie zwykłe kompozycje: z początku spokojny, a w drugiej połowie mocny "Hang On in There", oraz instrumentalny popis (niezbyt ciekawy) Maya, "Chinese Torture". Z bonusami czy nie - "The Miracle" to album, który trzeba znać.

Ocena: 7/10



Queen - "The Miracle" (1989)

1. Party; 2. Khashoggi's Ship; 3. The Miracle; 4. I Want It All; 5. The Invisible Man; 6. Breakthru; 7. Rain Must Fall; 8. Scandal; 9. My Baby Does Me; 10. Was It All Worth It

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (1,4); John Deacon - bass, gitara, instr. klawiszowe; Roger Taylor - perkusja, instr. klawiszowe, wokal (5)
Gościnnie: David Richards - instr. klawiszowe
Producent: Queen i David Richards


3 komentarze:

  1. Kuba Jasiński13 czerwca 2016 19:03

    Płyta nie wybitna, ale naprawdę dobra. Na pewno o niebo lepsza niż wszystko co nagrali w latach 1981-86. Szkoda tylko, że tak niedoceniana. 3 lata przerwy dobrze wpłynęło na członków grupy, nastąpiło oczyszczenie atmosfery, w czym na pewno też "pomogła" wieść o chorobie wokalisty. Oprócz Deacona współautora 2 średnio udanych kompozycji, każdy z muzyków dał z siebie jak najwięcej i stworzył po 2 świetne kompozycje. Pomińmy intro stworzone najprawdopodobniej grupowo, bo rzeczywiście ciężko zaliczyć je do udanych. Wokalista stworzył śpiewny, subtelny utwór tytułowy i ostry, ale przełamany pseudo-symfoniczną wstawką Was it All Worth It, May napisał chyba największy przebój z płyty - I Want It All oraz dramatyczny, rozdzierający Scandal, jakby lekka zapowiedź The Show Must Go On. Kompozycje Taylora są najbardziej radosne: elektroniczny The Invisible Man, który jednak o lata świetlne przerasta materiał zawarty na Hot Space oraz pop-rockowy, pędzący do przodu, typowo radiowy Breakthru. W sumie 4 kawałki słabe (choć dwa pierwsze, można potraktować jako jeden), 6 bardzo dobrych, z tym że bywają momenty, że Rain Must Fall mi się nawet podobuje. Ta płyta często jest oceniana za nisko, aczkolwiek zdarzają się też recenzję zbyt hurraoptymistyczne. Dla mnie jest to płyta na 4 w skali 5 stopniowej, choć po AKOM rzeczywiście może wydawać się wybitna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie to jeden z najlepszych albumów Queen, chociaż kilka utworów obniża nieco wartość płyty. Na pewno Party i Rain Must Fall chluby zespołowi nie przynoszą. Khashoggi`s Ship też jest bardzo nierówne, dopiero w końcówce zaczyna się ostre granie. Banalna jest też melodia. Reszta płyty to absolutny TOP i klasyka. Przebój goni przebój. To był fenomen, że na jednym krążku udało się skomponować tyle hitów! Wiadomo magia Queen! Was It All Worth It to jeden z najbardziej niedocenianiach numerów zespołu. W niczym nie ustępuje tym najbardziej znanym utworom. Zawsze byłem fanem tego hard rockowego oblicza grupy z lat 70., dlatego jak zespół trochę ostrzej przygrzeje to ja jestem kupiony. I Want it All jest wspaniałe nie tylko za sprawą genialnej partii gitary Briana Maya. Scandal to numer który mnie paraliżuje. Tylko Queen komponuje takie utwory, bo to przecież kawałek przebojowy i melodyjny a ile w nim emocji! Szkoda że solówka Briana jest wyciszona. Ponadto nie wiem czy wszyscy zwrócili uwagę ale fantastycznie gra na płycie Deacon a jego bas momentami naprawdę brzmi fenomenalnie i napędza kolejne utwory. Dla mnie to cichy bohater tego albumu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba moja ulubiona płyta Queen. Mam do tej pory taką składankę Queen "Mercurton", gdzie znajduje się połowa utworów właśnie z "The Miracle" (pozycje 1, 3, 5, 8 i 10). Co do samego krążka, to moim zdaniem nie ma tu żadnego słabego utworu czy wypełniacza. Faktycznie, pierwsze dwa numery trochę odstają od reszty, ale w żadnym przypadku mi nie wadzą i są lepsze od znacznej części "Hot Space".

    Co do reszty, to - jak zauważył kolega Michał B. powyżej - hicior za hiciorem. Bardzo podoba mi się np. "The Invisible Man", z genialnie brzmiącym podkładem syntezatorowym i świetną solówką Maya. W ogóle Brian gra tu chyba najlepsze partie w swojej karierze i w niemalże kazdym utworze zachwyca (jakby chciał odreagować za mniejszą rolę gitary na poprzednich kilku krążkach). Albo "Breakthru" z mylącym, balladowym wstępem i późniejszą dynamiczną częścią, niesioną przez znakomity basowy riff. Co do basu i Johna Deacona, to również podoba mi się jego duża rola na tym albumie, szczególnie w Scandal" - moim tutejszym faworycie, który jest z kolei wielkim popisem wokalnym Freddiego. Czyżby był zapowiedzią późniejszego "Innuendo"? A dla równowagi mamy takie przyjemne, rozluźniające kawałki jak "My Baby Does Me" czy "The Miracle", a także rockowe wymiatacze pokroju "I Want It All" (w dużo lepszej wersji niż singlowa) czy imponujący rozmachem "Was It All Worth It", który równie dobrze mógłby znaleźć się na "A Night at the Opera" (choć z drugiej strony tekst niejako podsumowuje karierę zespołu).

    Dobrze, że Queen po kilku latach lekkiego błądzenia (choć moim zdaniem nigdy nie zeszli poniżej pewnego poziomu) nagrał taki album. Słychać w tym ponownie luz i radość wspólnego grania. Choć może jest to również wina tragedii, jaka w tym czasie dotknęła Freddiego... Ode mnie 9/10.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.