15 maja 2013

[Recenzja] Queen - "Hot Space" (1982)



Muzycy Queen od samego początku działalności lubili eksperymentować, ale czas największych eksperymentów przypadł dopiero na pierwszą połowę lat 80. Jest to także najmniej ciekawy okres w dyskografii zespołu. O ile jeszcze można im było wybaczyć elektroniczny album "Flash Gordon", który był tylko ścieżką dźwiękową do tak samo zatytułowanego filmu, to wydany rok później, regularny album "Hot Space" należy uznać za największą pomyłkę w karierze grupy. Muzycy, zachęceni sukcesem "Another One Bites the Dust", postanowili nagrać cały album inspirowany muzyką funk i disco. O ile jednak tamten utwór zachowywał rockowy charakter, dzięki rockowemu instrumentarium, tak utwory na "Hot Space" są zdominowane przez syntezatory, które nie są już tylko dodatkiem, a niemal całkowicie zastępują żywe instrumenty, włącznie z perkusją i basem. Nawet jeśli czasem pojawiają się solówki Briana Maya ("Back Chat", "Las Palabras de Amor"), to zupełnie nie brzmią one rockowo - brak im tej zadziorności, która była jeszcze na "The Game" (może z wyjątkiem "Put Out the Fire").

O tym, że to najsłabszy album Queen, świadczy także kompletny brak hitów, co w przypadku tej grupy jest czymś nie do pomyślenia. No dobra, jest tu "Under Pressure" - wielki przebój (1. miejsce w UK) nagrany z udziałem Davida Bowie. Ale ten utwór ukazał się na singlu ponad pół roku przed premierą "Hot Space" i był już dostępny na niektórych wydaniach kompilacji "Greatest Hits". Zresztą od razu słychać, że powstał podczas innej sesji, bo ma bardziej naturalne brzmienie - chociaż raczej popowe, niż rockowe. Niemniej jednak jest to jedyny dający się słuchać utwór z obecnych na tej płycie. Może jeszcze z wyjątkiem dedykowanego Johnowi Lennonowi "Life Is Real" - całkiem zgrabnej ballady, trochę zbyt syntetycznej, ale nie irytującej tak, jak pozostałe kawałki. Druga ballada, bardziej znana "Las Palabras de Amor", też ma ładną melodię, ale partie wokalne, częściowo śpiewane po hiszpańsku, są zbyt przesłodzone. Cała reszta longplaya - ze wskazaniem na "Staying Power", "Dancer" i "Cool Cat" - jest po prostu odpychająca.

Ocena: 2/10



Queen - "Hot Space" (1982)

1. Staying Power; 2. Dancer; 3. Back Chat; 4. Body Language; 5. Action This Day; 6. Put Out the Fire; 7. Life Is Real (Song for Lennon); 8. Calling All Girls; 9. Las Palabras de Amor (The Words of Love); 10. Cool Cat; 11. Under Pressure

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara i instr. klawiszowe; John Deacon - bass, instr. klawiszowe i gitara; Roger Taylor - perkusja i instr. klawiszowe, wokal (5), gitara (8)
Gościnnie: Arif Mardin - aranżacja dęciaków (1); David Bowie - wokal (11)
Producent: Queen i Mack, Arif Mardin (1), David Bowie (11)


4 komentarze:

  1. Oczywiście płyta jest największym nieporozumieniem w całej karierze Queen. Doprawdy nie znajduję nic godnego uwagi w tej muzyce. Broni się jedynie Under Pressure chociaż nigdy nie przepadałem za tym utworem. Bardziej zyskuje na koncertach. Ni właśnie. Zastanawiające jest to że po tak kieoskiej płycie grupa nie straciła na popularności. Patrząc na wielką trasę koncertową ktora obejmowala Europę, Stany Zjednoczone i Japonię widać że popyt na występy na żywo był ogromny. Można też zobaczyć na archiwalych materiałach video i dostępnych oficjalnych rejestracjach koncertów że hale i stadiony pękały w szwach. No cóż, inna sprawa że sam bym był w siódmym niebie móc usłyszeć i zobaczyć np. Somebody To Love w Milton Keynes. I nawet wybaczyłbym zespołowi takie gnioty jak Action This Day czy Back Chat jakie wtedy wykonali. Co ciekawe późniejsze płyty nie dorównywały osiągnięciom z lat 70 a grupa grała najbardziej spektakularne koncerty w karierze. Nie powiem, oglądając na dvd koncerty z tamtych lat uczestniczy się niemal w misterium. A co dopiero być na takim koncercie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, dla rockowych słuchaczy najlepszy okres twórczości Queen to lata 70. (plus ewentualnie przełom lat 80. i 90.), ale bardziej komercyjna twórczość z lat 80. trafiła do szerszego grona słuchaczy i stąd te wszystkie "stadionowe" trasy koncertowe. To, co zespół zaproponował na "Hot Space", idealnie wpasowało się w ówczesne trendy - przynajmniej te kreowane przez media.

      Na żywo utwory z tego albumu nieco zyskiwały, ale i tak były najsłabszymi momentami ówczesnych koncertów.

      Usuń
  2. No tak, w Back Chat jest nawet fajna solówka Briana (np. w Milton Keynes). Kiedyś miałem też bootleg z koncertu z USA gdzie grali nawet Body Language, Calling All Girls i Put Out The Fire. Wygląda na to że na tej trasie grali większość kawałków z tej miernej płyty. Niewiarygodne

    OdpowiedzUsuń
  3. Inny, świeży i niedoceniany album. Innowacyjny, dlatego jeden z moich ulubionych w dyskografii Queen. Dęciaki dały nowy koloryt zespołowi, sporo eksperymentów. Jeden z moich ulubionych albumów Queen. Natomiast najgorsze albumy Queen to dla mnie News of the World, Jazz oraz Works. Pomimo, że na każdym z nich znajdują się perełki czy hity, to rażą jednak poziomem produkcji, chaotycznością lub zgiełkliwością

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.