31 maja 2013

[Recenzja] Opeth - "Watershed" (2008)



Początek tego albumu jest bardziej szokujący niż cały "Damnation". "Coil" to spokojna, akustyczna piosenka, o nieco folkowym klimacie. W pierwszej połowie śpiewa Åkerfeldt, a dalej... folkowa wokalistka Nathalie Lorichs (znana także ze współpracy z Jonem Lordem). Nie lubię damsko-męskich duetów, ale tutaj wyszło całkiem ciekawie. Cały klimat pryska wraz z "Heir Apparent" - zdecydowanie zbyt brutalnym, pomimo kilku charakterystycznych dla grupy łagodniejszych przejść. Lepiej wypada "The Lotus Eater", w którym growle są równoważone czystym śpiewem. Pojawia się tutaj też dużo odjechanych dźwięków klawiszowych. Po tym utworze album uspokaja się. Najlepszy (i jeden z najlepszych w całej dyskografii) na płycie "Burden" to piękna ballada, przywołująca klimat muzyki z lat 70-ych. Słychać tu i Deep Purple (Hammondy, melodia), i King Crimson (melotronowe tło), i Pink Floyd (długie gitarowe solówki). Szkoda tylko, że całość psuje żartobliwa końcówka grana na coraz bardziej niestrojącym akustyku.

Ostatnie trzy utwory zbudowane są na podobnej zasadzie - spokojne fragmenty, oparte na gitarach akustycznych i brzmieniach klawiszowo-symfonicznych, zestawiono z ciężkimi, stricte metalowymi (ale tylko w "Hessian Peel" pojawia się growling). Dwa ostatnie są mocno nużące, nieco lepiej jest w "Porcelain Heart", który jednak tle wcześniejszych utworów grupy utrzymanych w tym stylu, wypada blado. Zespół nagrał go także w spokojniejszej wersji o wszystko mówiącym tytule "Mellotron Heart". Obie wersje zostały wydane na osobnych singlach, tą drugą można było znaleźć na dodatkowym dysku promocyjnej wersji "Watershed". Longplay został wydany także w edycji specjalnej, z trzema innymi bonusami: autorskim "Derelict Herds" (bardzo udanym zresztą, niezrozumiały jest jego brak w edycji podstawowej), oraz interesującymi przeróbkami bluesrockowego "Bridge of Sighs" Robina Trowera i akustycznego "Den ständiga resan" z repertuaru wokalistki Roxette, Marie Fredriksson, w którym Åkerfeldt po raz pierwszy śpiewa w swoim ojczystym, szwedzkim języku. Szkoda, że zabrakło miejsca dla świetnej interpretacji "Would?" Alice in Chains, która trafiła na stronę B singla "Burden".

W chwili wydania "Watershed" wydawał się kolejnym eksperymentalnym longplayem w dorobku grupy. Z dzisiejszej perspektywy czasu nie jest już tak zaskakujący - to po prostu album przejściowy, pomiędzy "dawnym" Opeth, a tym z wydanego trzy lata później "Heritage".

Ocena: 6/10



Opeth - "Watershed" (2008)

1. Coil; 2. Heir Apparent; 3. The Lotus Eater; 4. Burden; 5. Porcelain Heart; 6. Hessian Peel; 7. Hex Omega

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Fredrik Åkesson - gitara; Martin Mendez - bass; Martin Axenrot - perkusja; Per Wiberg - instr. klawiszowe
Gościnnie: Nathalie Lorichs - wokal (1); Lisa Almberg - rożek angielski, obój; Christoffer Wadensten - flet; Karin Svensson - skrzypce; Andreas Tengberg - wiolonczela
Producent: Mikael Åkerfeldt i Jens Bogren


30 maja 2013

[Recenzja] Opeth - "Ghost Reveries" (2005)



Skład zespołu poszerzył się o klawiszowca, znanego z zespołu Spiritual Beggars Pera Wiberga, dzięki czemu muzyka Opeth stała się jeszcze bogatsza. Jeszcze częściej niż dawniej pojawiają się brzmienia melotronu (np. we wstępie "Beneath the Mire") i organów Hammonda ("Beneath the Mire", "The Grand Conjuration"). Poza tym muzyka zespołu niewiele się zmieniła. Åkerfeldt i reszta wciąż preferują rozbudowane, wielowątkowe utwory, w których death metalowa agresja przeplata się z pięknem i bogactwem rocka progresywnego. Wiele utworów pokazuje jednak, że zespół wyczerpał już tą formułę do dna (trzy pierwsze). Wyjątek stanowi "Reverie/Harlequin Forest" w którym pojawia się pewna nowość w twórczości grupy - czysty śpiew na tle metalowych riffów (wcześniej Åkerfeldt śpiewał tylko w tych łagodniejszych fragmentach). Dało to naprawdę świetny efekt, a sam utwór należy do najlepszych w twórczości Opeth. Szkoda tylko, że - podobnie jak wiele innych ich kawałków - został zepsuty długim, monotonnym zakończeniem. Ciekawie wypada jeszcze "The Grand Conjuration" z "nawiedzoną" partią wokalną we zwrotkach, aczkolwiek i ten utwór jest trochę przydługi.

Albumu dopełniają trzy krótsze utwory - łagodniejsze, pozbawione elementów metalowych. Intrygująco wypada "Atonement", z "plemienną" grą Martina Lopeza, nieco orientalnym motywem gitary i ciekawymi ozdobnikami Wiberga. Nieco mniej przekonująco wypada "Hours of Wealth", zdradzający odległy wpływ King Crimson, za to ładnym zakończeniem jest delikatny "Isolation Years". Specjalne wydanie "Ghost Reveries" zawiera jeszcze jeden spokojny kawałek - przeróbkę "Soldier of Fortune" z repertuaru Deep Purple, równie przejmującą, co oryginał. Co ciekawe w jej nagraniu wziął już udział nowy perkusista, Martin Axenrot, który zajął miejsce Lopeza wkrótce po ukończeniu albumu.

Ocena: 6/10



Opeth - "Ghost Reveries" (2005)

1. Ghost of Perdition; 2. The Baying of the Hounds; 3. Beneath the Mire; 4. Atonement; 5. Reverie/Harlequin Forest; 6. Hours of Wealth; 7. The Grand Conjuration; 8. Isolation Years

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara, melotron; Peter Lindgren - gitara; Martin Mendez - bass; Martin Lopez - perkusja; Per Wiberg - instr. klawiszowe
Producent: Opeth


29 maja 2013

[Recenzja] Opeth - "Damnation" (2003)



"Damnation" to najbardziej wyciszony album Opeth. Zespół Åkerfeldta tworzył już wcześniej delikatne utwory, przywołujące klimat i brzmienie rocka progresywnego z lat 70. (np. "Credence", "Harvest"), ale były one tylko urozmaiceniem repertuaru. Tym razem powstała cała płyta utrzymana w tym stylu. Aranżacje są delikatne, oparte na gitarach akustycznych lub nieprzesterowanych elektrycznych (poza ostrzejszymi solówkami w niektórych utworach - np. "Windowpane", "Death Whispered a Lullaby"), większą rolę niż dotychczas odgrywają instrumenty klawiszowe - przeważnie melotron, czasem fortepian ("To Rid the Disease"), jednak sekcja rytmiczna zapewnia dużą dynamikę (z wyjątkiem "Weakness", w którym grają wyłącznie Åkerfeldt i Wilson). 

Ciężko wyróżnić jakiś utwór, bo wszystkie są do siebie dość podobne i utrzymane na równym, wysokim, poziomie. Jeżeli już musiałbym wybrać najlepsze utwory, to z pewnością wskazałbym na "Windowpane", z długimi partiami solowymi, oraz "In My Time of Need", z piękną linią wokalną i podkładem melotronu przywołującym nastrój "Epitaph" King Crimson. Tuż za nimi plasują się prześliczne "Hope Leaves" i "To Rid the Disease" (z solówką Wilsona na fortepianie), a także nieco posępny "Death Whispered a Lullaby". Tak naprawdę mógłbym jednak wymienić każdy utwór, nawet instrumentalny "Ending Credits" (będący po prostu długą gitarową solówką). Jedynie wspomniany "Weakness", zdominowany przez brzmienia klawiszowe, ma bardziej eksperymentalny charakter, przez co wypada trochę mniej ciekawie.

"Damnation" to album wyjątkowy, zupełnie nie przypominając innych płyt Opeth. Polecić można go przede wszystkim wielbicielom starego rocka progresywnego, lub po prostu wszystkim ludziom otwartym na różne gatunki muzyczne. Natomiast wszyscy oczekujący od zespołu brutalnego, death metalowego grania, powinni trzymać się od tego longplaya z daleka.

Ocena: 8/10



Opeth - "Damnation" (2003)

1. Windowpane; 2. In My Time of Need; 3. Death Whispered a Lullaby; 4. Closure; 5. Hope Leaves; 6. To Rid the Disease; 7. Ending Credits; 8. Weakness

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Peter Lindgren - gitara; Martin Mendez - bass; Martin Lopez - perkusja
Gościnnie: Steven Wilson - instr. klawiszowe i dodatkowy wokal
Producent: Opeth i Steven Wilson


28 maja 2013

[Recenzja] Opeth - "Deliverance" (2002)



Tworząc następcę "Blackwater Park", Mikael Åkerfeldt napisał więcej utworów całkowicie niemetalowych, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiedział jednak jak pogodzić je z tymi cięższymi. Oczywiste rozwiązanie zaproponował jego przyjaciel, Jonas Renkse z Katatonii - podzielić album na dwie części. Pierwotnie miało to być wydawnictwo dwupłytowe, ostatecznie zespół zdecydował wydać dwa osobne longplaye - łagodne, prog rockowe utwory trafiły na wydany w 2003 roku "Damnation", natomiast na wcześniejszym o rok "Deliverance" znalazły się kawałki czadowe. Wyjątek stanowi akustyczna, instrumentalna miniaturka "For Absent Friends" (której tytuł został zaczerpnięty z utworu grupy Genesis).

Oczywiście, w zamieszczonych tutaj utworach także słychać, tradycyjnie już, elementy progresywne. Tytułowy "Deliverance" oraz "Master's Apprentices" to typowe dla grupy, rozbudowane utwory, w których przeplata się death metalowa agresja i piękne melodie (w tym drugim znowu pojawiają się harmonie wokalne Åkerfeldta i Stevena Wilsona). Zaskoczeniem może być za to otwierający całość "Wreath" - jeden z najbardziej brutalnych kawałków grupy, w którym odrobina delikatniejszych dźwięków pojawia się dopiero w ósmej minucie. Zupełnie inne oblicze zespołu pokazuje "A Fair Judgement". Owszem, tutaj też jest wiele ciężkich momentów, i to czasem nawet bardzo (końcówka), ale zestawiono je z naprawdę uroczymi, delikatnymi fragmentami, z pięknymi partiami wokalnymi (Åkerfeldt w ogóle nie stosuje tu growlu).

Do wspomnianego "Master's Apprentices" włącznie, longplay zdaje się być najbardziej dojrzałym i przemyślanym dziełem grupy, może nawet lepszym od "My Arms, Your Hearse" i "Blackwater Park". Niestety, całość psuje finałowy "By the Pain I See in Others" - bardzo chaotyczny, będący eksperymentem lub żartem. W jednym i drugim wypadku - po prostu nieudanym. Poza tym zdecydowanie za długim, bo aż 13-minutowym, a bez niego płyta byłaby i tak wystarczająco długa. I stąd niższa ocena w porównaniu z wspomnianymi albumami. Co jednak ciekawe, "Deliverance" był pierwszym dziełem Opeth, które znalazło się w notowaniach, zdobywając 16. miejsce na liście Top Heatseekers, a 19. na Top Independent Albums. Wszystkie kolejne albumy będą już notowane na bardziej prestiżowych listach.

Ocena: 6/10



Opeth - "Deliverance" (2002)

1. Wreath; 2. Deliverance; 3. A Fair Judgement; 4. For Absent Friends; 5. Master's Apprentices; 6. By the Pain I See in Others

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Peter Lindgren  - gitara; Martin Mendez - bass; Martin Lopez - perkusja
Gościnnie: Steven Wilson - instr. klawiszowe, gitara i dodatkowy wokal
Producent: Opeth i Steven Wilson


27 maja 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "The Devil Put Dinosaurs Here" (2013)



Kiedy zespół ujawnił tytuł swojego piątego - a drugiego z Williamem DuVall w składzie - albumu, miałem nadzieję, że to tylko żart, że naprawdę dadzą inny. Czy jakikolwiek poważny wykonawca zatytułowałby w ten sposób płytę? Okazuje się jednak, że za tym idiotycznie brzmiącym zdaniem kryje się ironia z jeszcze bardziej idiotycznej teorii, mówiącej o tym, że kości dinozaurów i innych prehistorycznych gatunków zostały podrzucone przez Szatana, aby człowiek wymyślił teorię ewolucji i przestał wierzyć w Boga. Kolejna sprawa to okładka - co z tego, że pomysłowa (w rzeczywistości są na niej dwie czaszki triceratopsów, które  - po odpowiedniej obróbce w programie graficznym - tworzą razem twarz diabła), skoro wygląda niepoważnie i obciachowo. A jak prezentuje się zawartość muzyczna? Na jej temat niestety też mam mieszane odczucia.

Okładka albumu po komputerowej
obróbce.
Dwa utwory wydane jakiś czas temu na singlach - "Hollow" i "Stone" - sugerowały, że po przebojowym "Black Gives Way to Blue", zespół zaproponuje longplay mniej przystępny (jak już kiedyś zrobili, wydając "Alice in Chains" jako następcę "Dirt"). Oba są co prawda na swój sposób całkiem chwytliwe, ale trzeba kilku przesłuchań, żeby to odkryć. "The Devil Put Dinosaurs Here" okazał się jednak albumem bardzo eklektycznym, chyba najbardziej w całej dyskografii zespołu. W podobnym klimacie, co kawałki singlowe, utrzymane są jeszcze trzy utwory: trochę słabszy "Pretty Done", całkiem niezły "Lab Monkey", a także "Phantom Limb". Ten ostatni to naprawdę potężny utwór, wprost miażdżący swoim ciężarem. Powinien od razu przypaść do gustu wszystkim wielbicielom grupy, za sprawą charakterystycznych harmonii wokalnych. Natomiast pod względem muzycznym słychać wyraźny wpływ Black Sabbath (te riffy!), ale to przecież też żadna nowość, bo już przynajmniej od czasu "Dirt" było słychać fascynację muzyków Alice in Chains tym zespołem.

Pozostałe utwory pokazują łagodniejsze oblicze grupy. Chociaż i wśród nich można znaleźć rzeczy o niezwykłym klimacie - jak mroczną balladę "The Devil Put Dinosaurs Here", z nietypowym dla grupy refrenem, a zwłaszcza "Hung on a Hook", z mocniejszymi dźwiękami w tle, które budują niepokojący nastrój, a także z intrygującą, niezwykłą partią wokalną. Pozostałe utwory już tak dobrze nie wypadają, grupa zanadto zbliża się do rockowego mainstreamu. "Low Ceiling" czy "Breath on a Window" brzmią po prostu banalnie. Podobnie jest z trzema kawałkami wzbogaconymi o brzmienia akustyczne, ale nie mające uroku nagrań z EPki "Jar of Flies". Jako tako broni się "Choke", ale już "Scalpel" jest zwyczajnie nijaki, a najgorsze wrażenie sprawia "Voices" - nazywanie go pop rockowym byłoby nadużyciem, to przecież czysty pop. Zapewne ma to być następca hitu "Your Decision" sprzed czterech lat - budowa obu utworów jest identyczna.

Ogólnie rzecz biorąc, "The Devil Put Dinosaurs Here" - mimo kilku lepszych momentów - sprawia wrażenie zbioru odrzutów po "Black Gives Way to Blue". Zespół nie wnosi tu nic nowego do swojego stylu (poza większym komercjalizmem), a czasem nawet powtarza te same patenty (melodia zwrotek "Pretty Done" i główny riff "Breath on a Window" pochodzą z "Check My Brain", o podobieństwie "Voices" do "Your Decision" już wspomniałem). Całość sprawia więc bardzo koniunkturalne wrażenie.

Ocena: 6/10



Alice in Chains - "The Devil Put Dinosaurs Here" (2013)

1. Hollow; 2. Pretty Done; 3. Stone; 4. Voices; 5. The Devil Put Dinosaurs Here; 6. Lab Monkey; 7. Low Ceiling; 8. Breath on a Window; 9. Scalpel; 10. Phantom Limb; 11. Hung on a Hook; 12. Choke

Skład: Jerry Cantrell - gitara i wokal; William DuVall - wokal i gitara; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Producent: Nick Raskulinecz


26 maja 2013

[Recenzja] Queen - "Queen Rock Montreal" (2007)



"Queen Rock Montreal" to archiwalny zapis występów grupy z 24 i 25 listopada 1981 roku w Montrealu, podczas trasy promującej album "The Game". Repertuar dość mocno pokrywa się z zarejestrowanym dwie trasy wcześniej, w 1979 roku, "Live Killers". Doszły oczywiście utwory z wydanych później albumów "The Game" ("Play the Game", "Save Me", "Dragon Attack", "Crazy Little Thing Called Love", "Another One Bites the Dust") i "Flash Gordon" ("Flash", "The Hero"), a nawet przebój "Under Pressure", który miał znaleźć się dopiero na "Hot Space" z 1982 roku. Ze starszych utworów doszedł natomiast "Somebody to Love", a także cover "Jailhouse Rock" Elvisa Presleya (wykonywany przez grupę na koncertach już w latach 70.). Wszystkie pozostałe utwory to powtórki z wspomnianego "Live Killers".

Chociaż "The Game" był przełomowym albumem w dyskografii zespołu - muzycy zaczęli korzystać z syntezatorów, a same utwory stały się bardziej popowe - to na promującej go trasie zachwali jeszcze niemal stricte rockowy charakter. W repertuarze wciąż było sporo hard rocka: szybsza wersja "We Will Rock You", "Let Me Entertain You", "Get Down, Make Love", "Now I'm Here", "Keep Yourself Alive", "Tie Your Mother Down", "Sheer Heart Attack", a nawet pochodzący z najnowszego albumu "Dragon Attack". Syntezatory słychać tylko w dwóch fragmentach - w introdukcji koncertu i w utworze "Flash".

Nowe utwory dobrze wpasowały się w bardziej klasyczny repertuar Queen. Szczególnie dobrze wypadły: piękna ballada "Save Me" (z Mayem grającym na pianinie przez pierwszą połowę utworu), zadziorny riffowiec "Dragon Attack", oraz już wtedy mający status kultowego utworu grupy "Another One Bites the Dust". Ze starszych utworów warto zwrócić uwagę przede wszystkim na poruszające wykonanie "Love of My Life". Dziwić może jedynie niemrawy udział publiczności - na innych koncertach z tamtego okresu publiczność niemal całkiem wyręczała Mercury'ego w śpiewaniu tego utworu. Wokalista skomentował to zresztą po pierwszej zwrotce słowami: You don't know it.

Warto dodać, że zapis koncertu (bez utworów "Flash" i "The Hero") ukazał się już wcześniej, w 1984 roku, na kasecie VHS "We Will Rock You". W 2007 roku ten sam materiał został wznowiony na DVD "Queen Rock Montreal". Rozszerzone, dwupłytowe wydanie "Queen Rock Montreal & Live Aid" zawiera także zapis występu z 13 lipca 1985 roku na słynnym charytatywnym koncercie Live Aid. Zespół wykonał wówczas następujące utwory: "Bohemian Rhapsody", "Radio Ga Ga", "Hammer to Fall", "Crazy Little Thing Called Love", "We Will Rock You", "We Are the Champions" i "Is This the World We Created?".

"Queen Rock Montreal" to ciekawy dokument, prezentujący zespół w doskonałej formie i w interesującym momencie kariery. Dla fanów zespołu - pozycja obowiązkowa. Dla całej reszty - warta poznania.

Ocena: 8/10



Queen - "Queen Rock Montreal" (2007)

CD1: 1. Intro; 2. We Will Rock You (fast version); 3. Let Me Entertain You; 4. Play the Game; 5. Somebody to Love; 6. Killer Queen; 7. I'm in Love with My Car; 8. Get Down, Make Love; 9. Save Me; 10. Now I'm Here; 11. Dragon Attack; 12. Now I'm Here (Reprise); 13. Love of My Life
CD2: 1. Under Pressure; 2. Keep Yourself Alive; 3. Drum and tympani solo; 4. Guitar solo; 5. Flash; 6. The Hero; 7. Crazy Little Thing Called Love; 8. Jailhouse Rock; 9. Bohemian Rhapsody; 10. Tie Your Mother Down; 11. Another One Bites the Dust; 12. Sheer Heart Attack; 13. We Will Rock You; 14. We Are the Champions; 15. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino, gitara (CD2: 7); Brian May - gitara, dodatkowy wokal, instr. klawiszowe (CD1: 9, CD2: 5); John Deacon - bass, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja, wokal (CD1: 7), dodatkowy wokal, syntezator (CD1: 1)
Producent: Justin Shirley-Smith, Kris Fredriksson i Joshua J. Macrae


[Recenzja] Queen - "Queen on Fire - Live at the Bowl" (2004)



"Queen on Fire" to zapis koncertu z 5 czerwca 1982 w Milton Keynes, który odbył się w ramach trasy promującej album "Hot Space" - najsłabszy w całej dyskografii zespołu. I niestety mający tutaj całkiem liczną reprezentację ("Action This Day", "Staying Power", "Back Chat", "Under Pressure"). Na żywo utwory te co prawda wiele zyskały, ale i tak nie mogły się równać z klasycznymi kompozycjami grupy. Sam koncert na pewno nie należał do najbardziej udanych, jakie grupa zagrała, ze względu na problemy z gitarą Briana Maya. Kilkakrotnie pękały struny (podczas szybszej wersji "We Will Rock You" i "Dragon Attack"), kiedy indziej gitarzysta musiał coś poprawić w swoim instrumencie (przed "Under Pressure"), co zmuszało Johna Deacona i Rogera Taylora do grania niezaplanowanych solówek.

Jeżeli chodzi o repertuar, to wyraźnie widać - w porównaniu z wcześniej zarejestrowanymi koncertówkami - odwrót od grania mocniejszych utworów (zostały tylko szybsza wersja "We Will Rock You", "Now I'm Here", "Dragon Attack", "Get Down, Make Love", "Tie Your Mother Down" i "Sheer Heart Attack"). Cieszy natomiast obecność "Somebody to Love" (w bardziej rozbudowanej wersji) i "Fat Bottomed Girls", których brakowało na "Live Killers", mimo że były grane w czasie, gdy nagrywano tamten album. Poza tym znalazły się tutaj największe przeboje zespołu, z "Crazy Litte Thing Called Love", "Bohemian Rhapsody", "Another One Bites the Dust", "We Will Rock You" i "We Are the Champions" na czele. Nie mogło również zabraknąć "Love of My Life", jak zwykle pięknie odegranego.

"Queen on Fire - Live at the Bowl" ukazał się także w wersji DVD, z koncertem w Milton Keynes na jednej płycie i dodatkowym dyskiem zawierającym m.in. wywiady z muzykami (jeden z Freddiem Mercurym, drugi z Brianem Mayem i Rogerem Taylorem), oraz fragmenty koncertów z 12 maja 1982 w Wiedniu i z 3 listopada tego samego roku w Tokorozawie (w Japonii).

Ocena: 6/10



Queen - "Queen on Fire - Live at the Bowl" (2004)

CD1: 1. Flash; 2. The Hero; 3. We Will Rock You (fast version); 4. Action This Day; 5. Play the Game; 6. Staying Power; 7. Somebody to Love; 8. Now I'm Here; 9. Dragon Attack; 10. Now I'm Here (Reprise); 11. Love of My Life; 12. Save Me; 13. Back Chat
CD2: 1. Get Down, Make Love; 2. Guitar solo; 3. Under Pressure; 4. Fat Bottomed Girls; 5. Crazy Little Thing Called Love; 6. Bohemian Rhapsody; 7. Tie Your Mother Down; 8. Another One Bites the Dust; 9. Sheer Heart Attack; 10. We Will Rock You; 11. We Are the Champions; 12. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal, pianino, gitara (CD2: 5); Brian May - gitara, pianino (CD1: 12), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (CD1: 6), dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja, wokal (CD1: 4, CD2: 9), dodatkowy wokal
Producent: Brian May, Roger Taylor i Justin Shirley-Smith


[Recenzja] Opeth - "Blackwater Park" (2001)



Produkcję "Blackwater Park" (tytuł pochodzi od nazwy niemieckiej grupy progresywnej działającej na początku lat 70.) Mikael Åkerfeldt postanowił zaproponować Stevenowi Wilsonowi, liderowi podziwianej przez niego grupy Porcupine Tree. Wilson zgodził się bez wahania, po przesłuchaniu zaprezentowanego mu materiału, tym bardziej, że już wcześniej publicznie chwalił dokonania Opeth. Pierwszym rezultatem tej współpracy był właśnie ten album, często uznawany za największe osiągnięcie grupy. Na pewno brzmi o wiele świeżej od "Still Life" - lepsze kompozycje, więcej ciekawych rozwiązań aranżacyjnych. To drugie z pewnością jest zasługą Wilsona, który zresztą poza rolą producenta, udziela się tutaj także jako klawiszowiec, a nawet dodatkowy wokalista i gitarzysta.

Alternatywna wersja okładki.
Otwierający całość "The Leper Affinity" nie koniecznie pokazuje czego można się spodziewać po tym albumie - przeważa w nim brutalne, death metalowe granie, wyjątkowo mało - w porównaniu z poprzednimi dwiema płytami - fragmentów spokojniejszych, czysty śpiew słychać tylko przez chwilę, pojawia się to piękna fortepianowa koda. Więcej melodii ma "Bleak" - w najcięższe fragmenty, z growlującym Åkerfeldtem została ciekawie wtopiona gitara akustyczna, zaskoczeniem są natomiast momenty w których głównym wokalistą jest Wilson. Dalej pojawia się krótszy "Harvest", jeden z najbardziej rozpoznawalnych kawałków grupy, kolejny z tych w całości spokojnych, urzekający wokalnymi harmoniami Åkerfeldta i Wilsona. Ten ostatni element pojawia się także w "The Drapery Falls". Utwór ten w sporej części jest łagodny, z przebojowym refrenem - to zresztą pierwszy kawałek Opeth wydany na singlu. Oczywiście w skróconej o połowę wersji. Bo albumowa nie dość, ze trwa ponad dziesięć minut, to jeszcze w pewnym momencie nagle się zaostrza, pojawia się growl, a instrumentaliści zaczynają grać bardzo technicznie, jak nigdy dotąd.

Na podobnej zasadzie zbudowany został "Dirge for November" - na początku słychać wyłącznie przejmujący wokal Åkerfeldta z akompaniamentem gitary akustycznej, ale po niespełna dwóch minutach zaczyna się deathowy czad, na koniec zaś następuje wyciszenie - tylko gitara i melotronowe tło. Ciężkie granie przeważa w "The Funeral Portrait", smaczkiem są w nim natomiast wtopione brzmienia akustyczne i kolejny wokalny duet w końcówce. Kolejny utwór, "Patterns in the Ivy", to tylko instrumentalna miniaturka, po której rozbrzmiewa tytułowy "Blackwater Park". Nieco zaskakujący, bo to pierwszy utwór Opeth od czasu "In Mist She Was Standing" z debiutanckiego "Orchid", w którym w ogóle nie ma czystego śpiewu. Jednak, podobnie jak w wspomnianej kompozycji, jest trochę spokojnych momentów, z akustyczną kodą na czele.

"Blackwater Park" to zatem dokładnie taka płyta, jakiej można się było spodziewać po Opeth - pełna zmian motywów, fragmentów pięknych, jak i brutalnych. I wszystko to na najwyższym poziomie. A jeszcze lepsze wrażenie robi wydana rok później reedycja, zawierająca dodatkowy dysk, a na nim teledysk do utworu "Harvest" (nic specjalnego - przedstawia zespół w studiu nagraniowym) oraz dwa nowe, w całości łagodne utwory - singlowy, bardzo chwytliwy "Still Day Beneath the Sun" i jego stronę B, czyli "Patterns in the Ivy II" (w przeciwieństwie do pierwszej części, posiadający partię wokalną).

Ocena: 7/10



Opeth - "Blackwater Park" (2001)

1. The Leper Affinity; 2. Bleak; 3. Harvest; 4. The Drapery Falls; 5. Dirge for November; 6. The Funeral Portrait; 7. Patterns in the Ivy; 8. Blackwater Park

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Peter Lindgren  - gitara; Martin Mendez - bass; Martin Lopez - perkusja
Gościnnie: Steven Wilson - wokal (2), dodatkowy wokal (3,4,6), instr. klawiszowe i gitara
Producent: Opeth i Steven Wilson


25 maja 2013

[Recenzja] Opeth - "Still Life" (1999)



Słuchając "Still Life" odnoszę wrażenie, że zespół - po raz pierwszy w swojej karierze - zatrzymał się w rozwoju. A może nawet w nim cofnął, ograniczając się do podstawowego instrumentarium (gitary, bass i bębny), a rezygnując z brzmień klawiszowych, które tak dobrze ubarwiały poprzedni longplay, "My Arms, Your Hearse". Same kompozycje też nie najlepiej wypadają, pokazują, że zespół się tutaj nieco wypalił. W końcu ile można wydać płyt, na których większość utworów to długie (w tym przypadku - od ośmiu do niemal dwunastu minut) kompozycje, w których co chwile następują gwałtowne zmiany stylu: od brutalnego death metalu, przez klasyczne heavy, po łagodne momenty prog rockowe? Trochę wydaje się to robione na siłę. Tym bardziej szkoda, bo gdyby z takiego "Godhead's Lament" lub "Moonlapse Vertigo" wyrzucić te agresywne części z growlem, powstałyby naprawdę zgrabne kompozycje. Oczywiście, grupa już wcześniej tworzyła utwory bez elementów ekstremalnego metalu i tutaj także takie można znaleźć. Krótszy, w całości spokojny "Benighted" to jakby odpowiednik "Credence" z "My Arms...", natomiast dłuższy, zaostrzony pod koniec "Face of Melinda" nasuwa skojarzenia z "To Bid You Farewell" z "Morningrise". Oba utwory wypadają jednak słabiej od swoich pierwowzorów, może nawet nużąco. Chociaż warto zwrócić uwagę na lekko jazzującą solówkę w "Benighted" - chyba jedyny przebłysk rozwoju grupy.

Mimo wszystko wciąż słychać, że Opeth to nieprzeciętna grupa, nawet tutaj grająca na poziomie nie osiągalnym dla innych zespołów prezentujących podobną stylistykę. A jeden słabszy longplay każdemu może się zdarzyć.

Ocena: 5/10



Opeth - "Still Life" (1999)

1. The Moor; 2. Godhead's Lament; 3. Benighted; 4. Moonlapse Vertigo; 5. Face of Melinda; 6. Serenity Painted Death; 7. White Cluster

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Peter Lindgren - gitara; Martin Mendez - bass; Martin Lopez - perkusja
Producent: Opeth i Fredrik Nordström


[Recenzja] Opeth - "My Arms, Your Hearse" (1998)



Muzyka Opeth wciąż ewoluuje, a mimo to ciężko pomylić ich z jakąkolwiek inną grupą. Tym razem żaden utwór nie przekracza dziesięciu minut, ale grupa brzmi tu jeszcze bardziej progresywnie. Chociaż tak agresywnie jak w "April Ethereal" jeszcze wcześniej nie grali (przynajmniej na płytach), to co chwilę pojawiają się w nim a to niespodziewane wejścia akustyków, a to znowu nagłe przejście z czystym śpiewem, po którym rozpoczynają się solówki typowe dla łagodniejszych odmian metalu. Podobnie jest w "When" -chociaż tutaj więcej jest łagodnych wstawek (a ostatnie cztery minuty są po prostu genialne) - a także w "The Amen Corner", "Demon of the Fall" i "Karma". Zaskoczeniem jest natomiast "Credence" - bardziej piosenkowy, oparty na brzmieniach akustycznych, zaś całkiem pozbawiony metalowych patentów. Piękny utwór, będący pierwowzorem dla albumu "Damnation". Ponadto znalazły się tutaj jeszcze trzy łagodne utwory instrumentalne. Dwa pierwsze to tylko miniaturki (fortepianowy "Prologue" i zagrany na akustycznej gitarze "Madrigal"), ale finałowy "Epilogue" to już pełnoprawny utwór, z piękną, długą gitarową solówką i hammondowym tłem. Perfekcyjne zwieńczenie albumu.

Ocena: 7/10

PS. Reedycja została wzbogacona o dwa bonusy, przeróbki "Circle of the Tyrants" Celtic Frost i "Remember Tomorrow" Iron Maiden. Pierwsza zachowuje brutalność oryginału, chociaż została lekko złagodzona i "uprogresywniona", druga natomiast trochę straciła swój klimat - Åkerfeldtowi udało się podrobić sposób śpiewania Paula DiAnno, ale gitary w spokojniejszych fragmentach brzmią zbyt delikatnie, mało mrocznie, natomiast w ostrzejszych - zbyt zgiełkliwie. Może powinni wziąć na warsztat inny utwór Ironów, np. "Strange World" lub "Prodigal Son" - bardzo jestem ciekaw jak one zabrzmiałyby w ich wykonaniu.



Opeth - "My Arms, Your Hearse" (1998)

1. Prologue; 2. April Ethereal; 3. When; 4. Madrigal; 5. The Amen Corner; 6. Demon of the Fall; 7. Credence; 8. Karma; 9. Epilogue

Skład: Mikael Åkerfeldt  - wokal, gitara, bass, fortepian; Peter Lindgren - gitara; Martin Lopez - perkusja
Gościnnie: Fredrik Nordström - organy Hammonda (9)
Producent: Fredrik Nordström i Opeth


24 maja 2013

[Recenzja] Opeth - "Morningrise" (1996)



Drugi album Opeth to bezpośrednia kontynuacja debiutu. Znalazło się tutaj pięć długich utworów (wszystkie trwające ponad dziesięć minut, czas trwania najdłuższego "Black Rose Immortal" przekracza dwadzieścia minut), z czego pierwsze cztery zbudowano na podobnych patentach, co kompozycje z "Orchid" - ciężkie, ekstremalnie metalowe fragmenty z growlującym Mikaelem Åkerfeldtem, przeplatają się tutaj z łagodnymi momentami akustycznymi, nawiązującymi do rocka progresywnego bądź inspirowane muzyką dawną, z czystymi partiami wokalnymi (najładniej wypadają chyba w "The Night and the Silent Water" i "Nectar"). W porównaniu z poprzednim albumem zdecydowanie więcej jest tutaj tych spokojnych momentów. Największym zaskoczeniem jest natomiast finałowy "To Bid You Farewell" - naprawdę niesamowity utwór, pierwszy w dorobku grupy z przewagą łagodnych momentów - zaostrza się po siódmej minucie, ale Åkerfeldt nawet w tym fragmencie śpiewa czysto. Momentami utwór przypomina nieco "To Live Is to Die" Metalliki, ale przynajmniej w trzech kwestiach drastycznie się różni: więcej tu łagodnego grania, tekst jest dłuższy, a gitara basowa jest słyszalna. Podobnie jak w każdym z pozostałych utworów na "Morningrise", zespół co chwilę proponuje tu zmiany motywów i nie wraca już do tych wcześniej granych.

Ocena: 6/10



Opeth - "Morningrise" (1996)

1. Advent; 2. The Night and the Silent Water; 3. Nectar; 4. Black Rose Immortal; 5. To Bid You Farewell

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Peter Lindgren - gitara; Johan DeFarfalla - bass; Anders Nordin - perkusja
Producent: Opeth i Dan Swanö


23 maja 2013

[Recenzja] Queen - "Made in Heaven" (1995)



Nie jestem zwolennikiem "pośmiertelnych" albumów - przeważnie ukazują się tylko po to, żeby wyciągnąć od ludzi dodatkową kasę (i tak zawsze, gdy umrze znany muzyk, to sprzedaż jego płyt rośnie) za niedokończony lub bezwartościowy materiał. W przypadku "Made in Heaven" sprawa wygląda nieco inaczej - Freddie Mercury przed swoją śmiercią ciężko pracował, by zostawić po sobie jak najwięcej nagrań. Pozostali muzycy Queen mieli więc pełne prawo by dokończyć te utwory i zebrać je na płycie. Inna sprawa, że sięgnęli także po starsze, już wcześniej wydane kawałki - "Made in Heaven" i "I Was Born to Love You" pochodzą z solowego albumu Mercury'ego, "Mr. Bad Guy" (1985), tutaj jednak pojawiają się w bardziej rockowych wersjach, z dogranymi partiami Maya, Taylora i Deacona.

Ogólnie rzecz biorąc, "Made in Heaven" to bardzo wyciszony album, z przewagą utworów balladowych (np. pięknych "Mother Love" i "Too Much Love Will Kill You"), czasem nieco mocniejszych ("I Was Born to Love You", "It's a Beautiful Day (Reprise)"), czy po prostu bardziej dynamicznych ("Let Me Live", taneczny "You Don't Fool Me"). Nie ma tutaj wielkich, ponadczasowych przebojów (chociaż trzy utwory - "Heaven for Everyone", "A Winter's Tale" i "Let Me Live" - dotarły do pierwszej dziesiątki w brytyjskim notowaniu), ani charakterystycznych dla grupy podniosłych hymnów. Praktycznie nie ma też eksperymentów - nie licząc dwóch ostatnich, niepotrzebnych kompozycji, czyli 4-sekundowego "Yeah" - będącego po prostu  wyciętym z utworu "Don't Try Suicide" okrzykiem Freddiego, oraz ponad 22-minutowego, niezatytułowanego utworu, którego ambientowy klimat nie ma nic wspólnego z twórczością Queen.

W sumie cały album jest całkiem udanym pożegnaniem z Freddiem Mercurym - "Made in Heaven" to piękne zwieńczenie studyjnej dyskografii grupy (bo nie zaliczam do niej wydanego pod szyldem Queen + Paul Rodgers albumu "The Cosmos Rocks" z 2008 roku). Szkoda, że powód powstania tej płyty był tak smutny.

Ocena: 7/10



Queen - "Made in Heaven" (1995)

1. It's a Beautiful Day; 2. Made in Heaven; 3. Let Me Live; 4. Mother Love; 5. My Life Has Been Saved; 6. I Was Born to Love You; 7. Heaven for Everyone; 8. Too Much Love Will Kill You; 9. You Don't Fool Me; 10. A Winter's Tale; 11. It's a Beautiful Day (Reprise); 12. Yeah; 13. Untitled

Skład: Freddie Mercury - wokal i inst. klawiszowe; Brian May - gitara i instr. klawiszowe, wokal (3,4); John Deacon - bass, gitara i instr. klawiszowe; Roger Taylor - perkusja i instr. klawiszowe, wokal (3)
Producent: Queen


22 maja 2013

[Recenzja] Satan - "Life Sentence" (2013)



Ostatnimi czasy nastąpiło prawdziwe odrodzenie nurtu Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. W zeszłym roku powrócił Angel Witch z pierwszym od 25 lat albumem studyjnym, teraz z nieco krótszego niebytu wraca Satan. Historia tego zespołu jest dość skomplikowana, ze względu na liczne zmiany składu i... nazwy. Grupa została założona w Newcastle w 1979 roku, a w jej skład wchodzili wówczas gitarzyści Steve Ramsey i Russ Tippins, basista Graeme English, wokalista Trevor Robinson, oraz perkusista Andy Reed. Dwaj ostatni zostali wkrótce zastąpieni przez Iana Swifta i Iana McCormacka, a tych z kolei zastąpili Brian Ross (ex-Blitzkrieg) i Sean Taylor. W takim składzie grupa nagrała swój debiutancki album "Court in the Act" (1983), po czym ze składu odszedł Ross. Satan, wraz z nowym wokalistą, Lou Taylorem, zmienił nazwę na Blind Fury i wydał pod tym szyldem longplay "Out of Reach" (1985).

Również Taylor szybko rozstał się z zespołem. Pozostali muzycy nawiązali współpracę z Michaelem Jacksonem (zbieżność nazwisk z gwiazdą pop przypadkowa), wrócili do nazwy Satan i nagrali dwa kolejne wydawnictwa: EPkę "Into the Future" (1986) i LP "Suspended Sentence" (1987). Ówczesny skład okazał się bardzo stabilny i stworzył jeszcze dwa regularne albumy ("The Kindred" z 1988 i późniejszy o rok "Blaze of Obscurity"), oba jednak ukazały się pod szyldem Pariah. Nazwą tą było sygnowane również kolejne wydawnictwo, "Unity" (1998), na którym zadebiutował wokalista Alan Hunter, natomiast za bębny wrócił Ian McCormack. Na długie lata było to ostatnie studyjne wydawnictwo grupy. Ukazały się jednak dwie koncertówki, "Blitzkrieg in Holland" (2000) i "Live in the Act" (2004) - obie sygnowane nazwą Satan i zarejestrowane w 1983 roku, na trasie promującej "Court in the Act". Na pierwszej zamiast Ramseya gra Gary Westgate, na drugiej wystąpił pełny skład z debiutu.

I to właśnie ten skład wraca teraz z albumem "Life Sentence". Bardzo solidnym albumem. Nie wnosi on nic do gatunku, ani nawet do twórczości tej grupy, ale przecież nie tego oczekuje się od takich zespołów, a raczej sentymentalnej podróży do przeszłości. I każdy kto uwielbia metal spod znaku NWOBHM będzie tym albumem zachwycony. Ten album to przede wszystkim energetyczne riffy i solówki, szybkie, speed metalowe tempa i świetny wokal Briana Rossa. Facet śpiewa niżej od przeciętnego metalowego krzykacza, co daje naprawdę świetny efekt. A kiedy trzeba, potrafi wydobyć z siebie wysoki, ostry krzyk (np. w końcówce "Time to Die"). W dwóch pierwszych utworach zespół sporo kombinuje ("Time to Die" pełen jest zmian tempa, pojawia się także balladowe zwolnienie, a "Twenty Twenty Five" to niemal progresywny metal), ale od "Cenotaph" większych zaskoczeń już nie ma. Cóż jednak z tego, kiedy potrafią tworzyć naprawdę świetne, zapadające w pamięć kawałki ("Siege Mentality", "Testimony", "Tears of Blood"). Pod koniec robi się co prawda trochę nudno (w rozpędzonym utworze tytułowym i zdecydowanie przydługim "Personal Demons"), ale złe wrażenie zaciera finałowy "Another Universe". Utwór rozpoczyna się delikatnie, balladowo, by po dwóch minutach zespół uderzył ze zdwojoną mocą.

Zatem podsumowując, jest to kolejny bardzo udany powrót po latach nieobecności - oby tym razem na dłużej. I oby jak najwięcej zapomnianych przedstawicieli NWOBHM poszło w ślady Satan i Angel Witch, i przypomniało o sobie nowymi albumami.

Ocena: 7/10



Satan - "Life Sentence" (2013)

1. Time to Die; 2. Twenty Twenty Five; 3. Cenotaph; 4. Siege Mentality; 5. Incantations; 6. Testimony; 7.  Tears of Blood; 8. Life Sentence; 9. Personal Demons; 10. Another Universe

Skład: Brian Ross - wokal; Steve Ramsey - gitara; Russ Tippins - gitara; Graeme English - bass; Sean Taylor - perkusja
Producent: Darío Mollo


21 maja 2013

[Artykuł] Rock in Peace: Ray Manzarek (1939-2013)

Rok 2013 okazuje się coraz bardziej pechowy dla muzyki rockowej, co kilka tygodni odchodzą kolejni wielcy muzycy. Wczoraj walkę z rakiem przegrał Ray Manzarek, legendarny klawiszowiec i współżacyciel The Doors. Miał 74 lata.



Urodził się 12 lutego 1939 roku w Chicago, jako Raymond Daniel Manczarek - jego rodzice Helena i Raymond Manczarek byli potomkami polskich emigrantów. Od najmłodszych lat uczył się grać na pianinie, studiował muzykę na chicagowskim DePaul University, jednak największy wpływ wywarła na nim muzyka jazzowa i bluesowa. W 1961 roku, wraz ze swoimi braćmi, Jimem i Rickiem, założył grupę Rick & the Ravens. Jednocześnie myślał także o karierze filmowca - w 1962 roku zaczął studnia na wydziale kinematografii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Właśnie tam poznał Jima Morrisona. W lipcu 1965 roku - czterdzieści dni po zakończeniu studiów - obaj spotkali się na plaży w Venice, gdzie podjęli decyzję o stworzeniu zespołu. Tak powstało The Doors (składu dopełnili gitarzysta Robby Krieger i perkusista John Densmore).

Ray Manzarek w The Doors
(na dole)
W latach 1967-71 zespół wydał aż sześć albumów studyjnych i jeden koncertowy. Po śmierci Jima Morrisona w lipcu 1971 pozostała trójka wydała pod tą nazwą jeszcze dwa albumy, po czym zakończyła działalność. W 1973 roku Manzarek zadebiutował solowym albumem "The Golden Scarab", a rok później wydał kolejny, "The Whole Thing Started with Rock & Roll Now It's Out of Control". Pierwsza była niezbyt odległa od klimatów doorsowych, ale na drugiej poszerzył horyzonty, udając się w kierunku czystego rock and rolla, jak i jazz rocka. Klawiszowiec szybko znudził się karierą solisty i już w 1977 roku stworzył grupę Nite City, w skład której weszli także gitarzysta Paul Warren, basista Nigel Harrison, oraz perkusista Jimmy Hunter. Dyskografia grupy to dwa, dość mocne longplaye: "Nite City" (1977) i "Golden Days Diamond Night" (1978). W latach 80. zaczął pracować jako producent (m.in. współpracował z punk rockowym zespołem X nad ich debiutanckim krążkiem "Los Angeles", 1980), a także wydał swój trzeci solowy album, znacznie jednak różniący się od poprzednich - "Carmina Burana" to jego interpretacja tak samo zatytułowanego dzieła Carla Offa. 

W 1993 roku The Doors został wprowadzony do amerykańskiego Rock and Roll Hall of Fame - na tę okazje Manzarek wraz z Kriegerem i Densmorem zagrali trzy utwory, z Eddiem Vedderem (Peral Jam) jako wokalistą. W 2002 roku Manzarek i Krieger wyruszyli wspólnie w trasę koncertową, pod szyldem The Doors of the 21st Century - tym razem wokalistą był Ian Astbury (The Cult), a perkusistą Stewart Copeland (The Police). Densmore podobno nie brał udziału w tej reaktywacji z powodu problemów ze słuchem - wkrótce wytoczył jednak proces swoim dawnym kolegom, w wyniku którego musieli zmienić nazwę. Zdecydowali się występować pod szyldem Riders on the Storm (na złość dawnemu perkusiście, który tak zatytułował swoją autobiografię), a w 2009 roku po raz kolejny zmienili nazwę, tym razem na Manzarek-Krieger. W międzyczasie doszło także do kilku zmian na stanowisku wokalisty. W ostatnich latach Ray Manzarek współpracował także z bluesowym gitarzystą Royem Rogersem - wspólnie wydali dwa albumy, "Ballads Before the Rain" (2008) i "Translucent Blues" (2011). Były to ostatnie wydawnictwa klawiszowca.

W 2006 roku, w wywiadzie udzielonym Agencji Reutera, Ray pozwolił sobie na egzystencjalne przemyślenia  które najlepiej sprawdzą się jako podsumowanie: Zamieszkujemy nasze ciała przez 70, 80, 90 lat, a życie tu na planecie Ziemia to taka frajda, że chce się, by to trwało. Twój duch, umysł, dusza z wiekiem stają się coraz lepsze. Zaczynasz patrzeć na wiele spraw z perspektywy. To wszystko przyspiesza i tylko to cholerne ciało spowalnia.


[Recenzja] Thin Lizzy - "Thunder and Lightning" (1983)



Zespół przeszedł kolejną zmianę gitarzysty - Snowy White został zastąpiony przez Johna Sykesa, wcześniej związanego z heavy metalową grupą Tygers of Pan Tang, będącą przedstawicielem Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. Jego wpływ na nowy materiał jest od razu słyszalny - grupa brzmi tu zdecydowanie bardziej metalowo, niż na jakimkolwiek poprzednim longplayu. Otwieracz w postaci tytułowego "Thunder and Lightning" to wręcz thrash metalowe riffowanie, z agresywnym śpiewem Lynotta we zwrotkach, a skandowaniem w refrenie. Nie łagodzą go nawet klawiszowe ozdobniki Whartona. To akurat najbardziej skrajny przykład, kolejne utwory są już bardziej melodyjne, chociaż równie ciężkie - czego najlepszym przykładem świetny riffowiec "Cold Sweat", czy rozpędzony "Heart Attack". Nawet pozornie łagodniejszy "The Sun Goes Down", z subtelnymi dźwiękami gitar, brzmi dość ciężko, za sprawą mocnego brzmienia gitary basowej.

Z drugiej strony, nowe brzmienie nie sprawdza się dobrze w bardziej typowych dla Thin Lizzy kawałkach. O ile jeszcze chwytliwy "Baby Please Don't Go" wypada całkiem nieźle, to już "Someday She Is Going to Hit Back" brzmi chaotycznie, a "Bad Habits" - banalnie w porównaniu z resztą płyty. Ponadto, podobnie jak na poprzednim w dyskografii "Renegade", często słabo wypada śpiew Lynotta. W "Holy War" partia wokalna jest naprawdę porywająca we zwrotkach, ale już refren jest strasznie wymęczony. Odwrotnie wygląda sytuacja w "This Is the One" - refren zapada w pamięć, ale podczas zwrotek ma się ochotę przełączyć na kolejny utwór. Całość jednak broni się całkiem nieźle, zwłaszcza na tle kilku poprzednich płyt zespołu - "Thunder and Lightning" to zdecydowanie najbardziej udane dzieło Thin Lizzy od czasu "Bad Reputation".

Niedługo po ukazaniu się tego longplaya, działalność zespołu została zawieszona przez Phila Lynotta, zmagającego się z uzależnieniem i rozczarowanego słabnącą popularnością grupy. Również pozostali muzycy, ze Scottem Gorhamem na czele, nie mieli ochoty na kontynuowanie działalności. Jednak wkrótce zaczęły krążyć pogłoski o planowanym na połowę 1986 roku powrocie Thin Lizzy. Niestety, plany te pokrzyżowała śmierć Lynotta, 4 stycznia '86. Przyczyną było zapalenie płuc i niewydolność serca - konsekwencja nadużywania alkoholu i narkotyków.

Ocena: 7/10



Thin Lizzy - "Thunder and Lightning" (1983)

1. Thunder and Lightning; 2. This Is the One; 3. The Sun Goes Down; 4. The Holy War; 5. Cold Sweat; 6. Someday She Is Going to Hit Back; 7. Baby Please Don't Go; 8. Bad Habits; 9. Heart Attack

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; John Sykes - gitara; Brian Downey - perkusja; Darren Wharton - instr. klawiszowe
Producent: Chris Tsangarides


20 maja 2013

[Recenzja] Opeth - "Orchid" (1995)



Zazwyczaj dyskografie recenzuję w kolejności chronologicznej, jednak w przypadku Opeth wyszło trochę inaczej: zacząłem od najnowszego, dziesiątego z kolei albumu, "Heritage" (2011), a następnie omówiłem siódmy, "Damnation" (2003). To dlatego, że obie te płyty są najbardziej przystępnymi jakie nagrała grupa - całkowicie pozbawionymi elementów ekstremalnego metalu. Postanowiłem dać szansę także pozostałym ich dziełom, na których także nie brakuje pięknych momentów. Już na debiutanckim "Orchid" zespół zaprezentował się bardzo dojrzale - są tu już obecne praktycznie wszystkie elementy z jakich zbudowali swój styl, w nieco innych proporcjach (więcej ciężaru), ale na pewno nie można narzekać na brak umiejętności muzyków (jako twórców i wykonawców), ani na brak zróżnicowania.

"Orchid" składa się pięciu długich utworów, trwających przeważnie powyżej dziesięciu minut (tylko "Under the Weeping Moon" jest kilka sekund krótszy), a uzupełniają je dwie instrumentalne miniaturki - klasycyzująca "Silhouette", zagrana na pianinie przez perkusistę Andersa Nordina, a także "Requiem" zbliżona do akustycznych przerywników znanych z wczesnych płyt Black Sabbath. No właśnie - chociaż początki Opeth to ekstremalne, death metalowe granie, to Mikael Åkerfeldt zawsze był raczej fanem klasycznego hard rocka i heavy metalu, a także rocka progresywnego. I to słychać w każdej z normalnych kompozycji zamieszczonych na debiucie. Obok brutalnych fragmentów z growlem, pojawiają się tutaj także typowo heavy metalowe solówki, w stylu np. Iron Maiden, jak również delikatne zwolnienia. Tych ostatnich jest zresztą bardzo dużo, a w takim "The Apostle in Triumph" pierwsze trzy minuty to czysty prog rock - spokojne granie na gitarach akustycznych, pełne zmian motywów. Ponadto w prawie każdym utworze, poza "In Mist She Was Standing", obok growli pojawiają się także czyste partie wokalne. Jest tu więc wszystko za co można pokochać ten zespół. A na kolejnych albumach Opeth jeszcze bardziej rozwinie skrzydła.

Ocena: 6/10



Opeth - "Orchid" (1995)

1. In Mist She Was Standing; 2. Under the Weeping Moon; 3. Silhouette; 4. Forest of October; 5. The Twilight Is My Robe; 6. Requiem; 7. The Apostle in Triumph

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Peter Lindgren - gitara; Johan DeFarfalla - bass; Anders Nordin - perkusja, pianino (3)
Producent: Opeth i Dan Swanö


19 maja 2013

[Recenzja] Queen - "Innuendo" (1991)



"Innuendo" to ostatni album Queen wydany za życia Freddiego Mercury, nagrywany przez niego ze świadomością zbliżającej się śmierci. Sytuacja ta ma odzwierciedlenie w tekstach utworów (zwłaszcza "These Are the Days of Our Lives" i "The Show Must Go On"), ale cały zespół był także zdeterminowany by warstwa muzyczna prezentowała jak najwyższy poziom. I tak na albumie znalazło się wszystko, za co grupa była uwielbiana przez te wszystkie lata istnienia - i dalej jest - od piosenek pastiszowych ("I'm Going Slightly Mad", "Delilah" z miauczącą gitarą), przez eksperymentalne (operowy "All God's People", nagrany bez udziału Taylora i Deacona "Bijou"), balladowe ("Don't Try So Hard", "These Are the Days of Our Lives"), po hard rockowe ("Headlong", "The Hitman").

Przede wszystkim wyróżniają się tutaj jednak dwie wspaniałe kompozycje, otwierająca i zamykająca album. Monumentalny, ciężki utwór tytułowy przywołuje klimat zeppelinowego "Kashmir" (zresztą na słynnym koncercie z 1992 roku, poświęconego pamięci Mercury'ego, został on zaśpiewany przez Roberta Planta - co jednak zastanawiające, kompletnie mu to nie wyszło). W środku pojawia się jednak bardziej eksperymentalna część, ze świetną partią gitarzysty Yes, Steve'a Howe'a, zagraną w stylu flamenco. Mimo, że to jedna z najbardziej ambitnych kompozycji grupy, została wydana na singlu i odniosła zaskakujący sukces - 1. miejsce w brytyjskim notowaniu (jedyne poza "Bohemian Rhapsody" i "Under Pressure"). Z kolei finałowy "The Show Must Go On" to kolejny podniosły hymn w repertuarze grupy, z wspaniałymi solówkami Maya i pełnym zaangażowania śpiewem Mercury'ego.

Niestety, album ma też słabsze momenty. Pierwszym z nich jest "I Can't Live with You" - utwór, który miał trafić na solowy album Maya, "Back to the Light", ale tak się spodobał pozostałym członkom grupy, że został przez nią nagrany (identyczna sytuacja miała miejsce z "Headlong"). Kawałek sam w sobie nie jest zły, nieudana jest jego aranżacja - hard rockowym riffom towarzyszą tu elektroniczna perkusja i klawisze. Jego bardziej rockowa wersja, z prawdziwymi bębnami, trafiła na kompilację "Queen Rocks" z 1997 roku. Innym utworem, którego nie mogę słuchać jest "Don't Try So Hard" - ze względu na bardzo wysoką, wręcz irytującą, partię wokalną Mercury'ego.

Ocena: 7/10

PS. W wersji winylowej siedem utworów pojawia się w nieco skróconych wersjach ("I'm Going Slightly Mad", "Headlong", "Don't Try So Hard", "All God's People", "These Are the Days of Our Lives", "The Hitman" i "Bijou"), dzięki czemu longplay mógł być wydany na jednej płycie.



Queen - "Innuendo" (1991)

1. Innuendo; 2. I'm Going Slightly Mad; 3. Headlong; 4. I Can't Live With You; 5. Don't Try So Hard; 6. Ride the Wild Wind; 7. All God's People; 8. These Are the Days of Our Lives; 9. Delilah; 10. The Hitman; 11. Bijou; 12. The Show Must Go On

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara i instr. klawiszowe; John Deacon - bass i instr. klawiszowe; Roger Taylor - perkusja, instr. klawiszowe, wokal (6)
Gościnnie: Steve Howe - gitara akustyczna (1); Mike Moran - instr. klawiszowe (7); David Richards - instr. klawiszowe
Producent: Queen i David Richards


[Recenzja] Thin Lizzy - "Renegade" (1981)



"Renegade" powszechnie uznawany jest za artystyczną porażkę Thin Lizzy... i niestety spory w tym prawdy. Chociaż początek tego nie zapowiada. "Angel of Death" to jedna z najbardziej niesamowitych kompozycji grupy. Jej współautorem jest klawiszowiec Darren Wharton, który brał udział już w nagrywaniu "Chinatown", tym razem mający jednak status członka zespołu. I to właśnie jego mrocznym wstępem utwór się rozpoczyna - skojarzenia od razu biegną w kierunku Pink Floyd, a wrażenie to pogłębia się wraz z wejściem pulsującej linii basu. Po chwili jednak dołączają ciężkie, heavy metalowe gitarowe riffy i mocny śpiew Lynotta. Chociaż w środku pojawia się elektroniczna wstawka, dzięki czemu zostaje zachowany progresywny charakter utworu. Dalej na płycie nie jest jednak równie wspaniale.

Bronią się jeszcze typowe dla grupy utwory, jak "The Pressure Will Blow" (są tu charakterystyczne unisona gitar i dobra melodia), oraz "Hollywood (Down on Your Luck)" (najzgrabniejszy na płycie, z najbardziej chwytliwym refrenem). Pozostałe kawałki niestety nie robią najlepszego wrażenia - niektóre są zbyt rozwleczone ("Renegade", "It's Getting Dangerous"), inne zanadto eksperymentalne ("Fats" z jazzrockowymi partiami Whartona, akustyczny "Mexican Blood" w latynoskim klimacie), albo po prostu nijakie ("Leave This Town", "No One Told Him"). Najbardziej jednak w ich odbiorze przeszkadza słaba forma wciąż uzależnionego Lynotta - naprawdę ciężko słucha się jego wymęczonych partii wokalnych (zwłaszcza w "Fats").

Szkoda, że ten album został w ogóle wydany. Trzy najlepsze utwory mogły trochę poczekać i znaleźć się dopiero na kolejnym wydawnictwie, pozostałe nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego. "Renegade" ma za to walor edukacyjny - pokazuje co narkotyki mogą zrobić z utalentowanym człowiekiem.

Ocena: 4/10



Thin Lizzy - "Renegade" (1981)

1. Angel of Death; 2. Renegade; 3. The Pressure Will Blow; 4. Leave This Town; 5. Hollywood (Down on Your Luck); 6. No One Told Him; 7. Fats; 8. Mexican Blood; 9. It's Getting Dangerous

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Snowy White - gitara; Brian Downey - perkusja; Darren Wharton - instr. klawiszowe
Producent: Thin Lizzy i Chris Tsangarides


18 maja 2013

[Recenzja] Queen - "The Miracle" (1989)



Zawartość "A Kind of Magic" dobrze rokowała na przyszłość, a kolejny album, "The Miracle", nie zawodził oczekiwań. Longplay otwiera kolejny etap w działalności Queen, bardzo kreatywny, ale i smutny. Freddie Mercury wiedział już o swojej chorobie i - podobnie jak cały zespół - zdawał sobie sprawę, że musi dać z siebie wszystko, bo w każdej chwili może nastąpić koniec. Sytuacja ta zbliżyła do siebie muzyków, co symbolizuje już sama okładka (zainspirowana, jak przyznawali, grafiką z singla "The Clairvoyant" Iron Maiden), ale też fakt przypisania autorstwa wszystkich utworów całemu zespołowi, a nie - jak na wszystkich wcześniejszych albumach - poszczególnym muzykom (chociaż i tak w większości kawałków od razu słychać czyjego jest autorstwa - każdy członek grupy miał od zawsze swój własny styl komponowania).

Początek albumu nie jest zbyt zachwycający - utwór "Party" to, zgodnie z tytułem, dyskotekowe granie, nie tak odległe od zawartości "Hot Space", chociaż z ostrzejszą częścią środkową. Kawałek jest co prawda tylko wstępem do bardziej rockowego "Khashoggi's Ship", ale ten utwór też wypada dość nijako. W dalszej kolejności pojawiają się jednak aż cztery singlowe przeboje pod rząd: przepiękny tytułowy "The Miracle"; świetny, zadziorny "I Want It All" (w lepszej wersji niż na singlu - bez wstępu a capella, za to z rozbudowaną częścią instrumentalną); oraz dwa nieco mniej przekonujące mnie, bo bardziej syntetyczne, kawałki - "The Invisible Man" i "Breakthru". Po mniej udanym "Rain Must Fall", następuje jeszcze jeden singlowy kawałek, rewelacyjny "Scandal" - tutaj syntezatory zostały stopione z zadziornym, rockowym podkładem (wspaniale brzmi bass Deacona), co pasuje do ostrego tekstu. Ostatnie dwa utwory wypadają najciekawiej z kawałków niesinglowych: "My Baby Does Me" to najbardziej subtelna kompozycja z tego albumu, natomiast w "Was It All Worth It" pojawiają się ciężkie gitarowe riffy, które jednak zestawiono z łagodniejszymi fragmentami.

Wersja kompaktowa zawierała trzy utwory więcej od winylowej: dłuższą wersję "The Invisible Man", a także dwie zwykłe kompozycje: z początku spokojny, a w drugiej połowie mocny "Hang On in There", oraz instrumentalny popis (niezbyt ciekawy) Maya, "Chinese Torture". Z bonusami czy nie - "The Miracle" to album, który trzeba znać.

Ocena: 7/10



Queen - "The Miracle" (1989)

1. Party; 2. Khashoggi's Ship; 3. The Miracle; 4. I Want It All; 5. The Invisible Man; 6. Breakthru; 7. Rain Must Fall; 8. Scandal; 9. My Baby Does Me; 10. Was It All Worth It

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (1,4); John Deacon - bass, gitara, instr. klawiszowe; Roger Taylor - perkusja, instr. klawiszowe, wokal (5)
Gościnnie: David Richards - instr. klawiszowe
Producent: Queen i David Richards


[Recenzja] Thin Lizzy - "Chinatown" (1980)



Zła sytuacja w zespole (spowodowane narkotykowym uzależnieniem Lynotta i Gorhama) przyczyniła się do odejścia ze składu Gary'ego Moore'a. Nowym gitarzystą został na krótko Midge Ure (znany z Ultravox), a następnie Snowy White (mający na koncie występy z Pink Floyd, na trasach promujących albumy "Animals" i "The Wall"), który przetrwał w grupie trochę dłużej i zarejestrował z nią dwa longplaye. Pierwszym z nich był "China White", będący kolejnym - po "Black Rose: A Rock Legend" - dowodem na słabnącą formę zespołu. Podobnie jak na poprzednim albumie, zdarzają się tutaj utwory naprawdę niezłe, jak i zdecydowanie słabsze. 

Do tych pierwszych należy otwieracz "We Will Be Strong" - typowy dla grupy, melodyjny hard rock; a poziom trzymają tytułowy "Chinatown", z długimi solówkami, a także singlowy przebój "Killer on the Loose". Opus magnum stanowi natomiast "Genocide", który w perfekcyjny sposób łączy w sobie wszystko co najlepsze w twórczości grupy. Całkiem niezły jest jeszcze finałowy "Hey You", natomiast cała reszta zaniża poziom. Zespołowi zdarza się przynudzać ("Sweetheart" "Sugar Blues"), a wypada jeszcze gorzej, gdy zaczyna kombinować (w "Having a Good Time" i "Didn't I" słychać i brzmienia akustyczne, i długie ostre solówki, i elektroniczne ozdobniki - ten drugi to zresztą wręcz podręcznikowy przykład przesłodzonej ballady).

W porównaniu z "Black Rose", "Chinatown" jest bardziej zróżnicowany, nie ma tutaj utworów brzmiących identycznie. Z drugiej strony, na poprzednim albumie było więcej kawałków znacznie wybijających się ponad średnią.  W rezultacie postanowiłem oba longplaye ocenić tak samo.

Ocena: 7/10



Thin Lizzy - "Chinatown" (1980)

1. We Will Be Strong; 2. Chinatown; 3. Sweetheart; 4. Sugar Blues; 5. Killer on the Loose; 6. Having a Good Time; 7. Genocide (The Killing of the Buffalo); 8. Didn't I; 9. Hey You

Skład: Phil Lynott - wokal i bass, instr. klawiszowe; Scott Gorham - gitara; Snowy White - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: Darren Wharton  - instr. klawiszowe; Midge Ure - instr. klawiszowe; Tim Hinkley - pianino elektryczne
Producent: Thin Lizzy i Kit Woolven


17 maja 2013

[Recenzja] Queen - "A Kind of Magic" (1986)



"A Kind of Magic" - dwunasty album studyjny Queen - to tak naprawdę dość specyficzna kompilacja. Trafiły tu bowiem utwory z filmów "Nieśmiertelny" ("A Kind of Magic", "One Year of Love", "Who Wants to Live Forever", "Gimme the Prize", "Don't Lose Your Head", "Princes of the Universe" - wszystkie w innych, bardziej dopracowanych wersjach) i "Żelazny orzeł" ("One Vision"), a także dwa dodatkowe, "niefilmowe" kawałki ("Pain Is So Close to Pleasure", "Friends Will Be Friends"). O tym, że zgromadzony tu materiał ma potencjał komercyjny świadczy fakt, że aż siedem z dziewięciu utworów zostało wydane na singlach (cztery były ogólnoświatowe, trzy kolejne ukazały się w wybranych krajach). Ale i pod względem artystycznym jest znacznie lepiej, niż na trzech (licząc "Flash Gordon") poprzednich albumach.

Słychać, że zespół był już trochę znudzony brzmieniami elektronicznymi i jeśli już się pojawiają, to częściej są one tylko dodatkiem do hard rockowych riffów ("One Vision", "Princes of the Universe"), niż dominującym elementem. Sztuczne brzmienia większą rolę odgrywają tylko w utworach "A Kind of Magic" i "Don't Lose Your Head", ale równoważą je ostre solówki Maya. Do najlepszych fragmentów albumu należy podniosły hymn "Friends Will Be Friends", a także dwie wspaniałe ballady: wzbogacona saksofonem "One Year of Love" i naprawdę przejmująca "Who Wants to Live Forever". Ten ostatni to chyba najpiękniejszy utwór w całym repertuarze grupy. Całkiem udany byłby jeszcze "Gimme the Prize", świetnie wykrzyczany przez Freddiego, gdyby nie zepsuto go efektami ilustracyjnymi, pochodzącymi z "Nieśmiertelnego". Przekombinowany jest także inny ciężki utwór, "Princes of the Universe", w którym zespół co chwilę proponuje nowe motywy. Jednak tak naprawdę jedynym utworem obniżającym poziom albumu jest "Pain Is So Close to Pleasure" - nieciekawy muzycznie, z wyjątkowo nieudanym śpiewem Mercury'ego.

Ocena: 7/10



Queen - "A Kind of Magic" (1986)

1. One Vision; 2. A Kind of Magic; 3. One Year of Love; 4. Pain Is So Close to Pleasure; 5. Friends Will Be Friends; 6. Who Wants to Live Forever; 7. Gimme the Prize (Kurgan's Theme); 8. Don't Lose Your Head; 9. Princes of the Universe

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, instr. klawiszowe, wokal (6); John Deacon - bass, gitara, inst. klawiszowe; Roger Taylor - perkusja, instr. klawiszowe
Gościnnie: Spike Edney - instr. klawiszowe; Steve Gregory - saksofon (3); Lynton Naiff - aranżacja smyków (3); Michael Kamen - orkiestracja (6)
Producent: Queen i Reinhold Mack


16 maja 2013

[Recenzja] Queen - "The Works" (1984)



Muzycy Queen szybko zdali sobie sprawę, że grając muzykę funk i disco daleko nie zajdą. Co prawda, na "The Works" dalej eksperymentują z brzmieniami elektronicznymi (zwłaszcza w synthpopowym hicie "Radio Ga Ga" oraz w "Machines" - oba są równie koszmarne, co zawartość "Hot Space") i nie brzydzą się czystym popem ("I Want to Break Free" - kolejny przebój, pamiętany głównie dzięki zabawnemu teledyskowi). Ale z drugiej strony longplay ten zawiera także utwory w dawnym stylu grupy. Jest tu miejsce i na podniosłą balladę z brzmieniami pianina ("It's a Hard Life"), i na sporą dawkę hard rocka (zadziorny "Tear It Up" i bardziej wygładzony "Hammer to Fall"), jak i kolejny rockandrollowy pastisz ("Man on the Prowl"). Nie brak jeszcze bardziej oczywistych nawiązań do przeszłości - "Keep Passing the Open Windows" został zbudowany na podobnej zasadzie, co "Don't Stop Me Now". Oczywiście, nie może się równać ze swoim pierwowzorem. Zresztą tak naprawdę każdy z zamieszczonych tu utworów jest jedynie bladym odbiciem dawnego Queen. Dopiero w zamykającej album przejmującej balladzie "Is This the World We Created...?" wraca dawna magia. Chociaż najpiękniejsza wersja tego utworu została zaprezentowana dopiero rok później, podczas słynnego koncertu Live Aid.

Ocena: 5/10



Queen - "The Works" (1984)

1. Radio Ga Ga; 2. Tear It Up; 3. It's a Hard Life; 4. Man on the Prowl; 5. Machines (Or 'Back to Humans'); 6. I Want to Break Free; 7. Keep Passing the Open Windows; 8. Hammer to Fall; 9. Is This the World We Created...?

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara i instr. klawiszowe; John Deacon - bass, instr. klawiszowe i gitara; Roger Taylor - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: Fred Mandel - instr. klawiszowe
Producent: Queen i Reinhold Mack


[Recenzja] Thin Lizzy - "Black Rose: A Rock Legend" (1979)



Po kilku latach stabilnego składu Thin Lizzy, znowu zaczęły się problemy z muzykami. Gitarzysta Brian Robertson postanowił odejść, by wraz z Jimmym Bainem (byłym basistą Rainbow i Dio) założyć grupę Wild Horses, która zresztą nigdy nie odniosła sukcesu - przede wszystkim dlatego, że była tylko kiepską podróbką Thin Lizzy. Co ciekawe, Bain zagrał gościnnie na kolejnej płycie Irlandyczków, "Black Rose: A Rock Legend", w utworze "With Love". Zastępcą Robertsona został natomiast dawny znajomy grupy, Gary Moore. Można było mieć obawy, czy taki indywidualista odnajdzie się dobrze w zespole - jednak udało mu się stworzyć naprawdę świetny gitarowy duet ze Scottem Gorhamem.

"Black Rose: A Rock Legend" to bardzo przebojowy longplay, w chwili wydania notowany wyżej od "Jailbreak" i "Bad Reputation". Znalazły się tutaj dwa spore przeboje - "Waiting for an Alibi" i "Do Anything You Want To" - których sukces może nieco dziwić. Pierwszy napędzany jest przez świetny motyw basowy, ale jego refren jest strasznie banalny; natomiast drugi z tych utworów w całości wypada banalnie. Lepiej na single nadawałaby się dwa inne utwory: bardzo chwytliwy, ale nie ocierający się o kicz, "Got to Give It Up" (który zresztą został wydany na małej płycie w Stanach), oraz naprawdę rewelacyjny "With Love" - czadowy, ale ciekawie wzbogacony gitarą akustyczną.

Ogólnie problem z tym albumem polega na tym, że wiele utworów brzmi do siebie podobnie, np. "Get Out of Here" został zbudowany z identycznych patentów, co "Waiting for an Alibi". Ale znalazły się tutaj także trzy utwory znacznie odstające od reszty. Pierwszy z nich, "S&M", brzmi jak nieudany żart, ale już kolejny - akustyczna ballada "Sarah" (poza tytułem niemająca nic wspólnego z identycznie zatytułowanym utworem z drugiego albumu grupy, "Shades of a Blue Orphanage") - wypada bardzo ciekawie. Ciężko jednak uwierzyć, ze to naprawdę ten zespół - Lynott śpiewa zupełnie inaczej niż zwykle, bardziej delikatnie, zaś jedynym grającym tu gitarzystą jest Moore. Ponadto na perkusji podobno zagrał Mark Nauseef - tak przynajmniej twierdzi Moore, bo w opisie albumu nie zostało to odnotowane (warto jednak dodać, że Nauseef zastępował Downeya na trasie promującej longplay).

Równie zaskakująca okazuje się kompozycja "Róisín Dubh (Black Rose): A Rock Legend" - jedna z najdłuższych i najbardziej złożonych w repertuarze zespołu. Lynott i Moore wzięli na warsztat kilka tradycyjnych pieśni irlandzkich ("Shenandoah", "Danny Boy", "The Mason's Apron"), a także kompozycję Williama McPeake'a "Will You Go Lassie Go" (znaną też jako "Wild Mountain Thyme"), a następnie połączyli je w spójną całość, której nadali zdecydowanie hardrockowego charakteru. Utwór przesiąknięty jest irlandzkim klimatem - szczególnie w porywających partiach gitarowego duetu. To zdecydowanie czołówka najlepszych dokonań Thin Lizzy.

Mimo naprawdę wspaniałych momentów, "Black Rose: A Rock Legend" to bardzo nierówny longplay. Chociaż problem ten dotyczy właściwie wszystkich płyt Thin Lizzy.

Ocena: 7/10



Thin Lizzy - "Black Rose: A Rock Legend" (1979)

1. Do Anything You Want To; 2. Toughest Street in Town; 3. S&M; 4. Waiting for an Alibi; 5. Sarah; 6. Got to Give It Up; 7. Get Out of Here; 8. With Love; 9. Róisín Dubh (Black Rose): A Rock Legend

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Gary Moore - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: Huey Lewis - harmonijka (5,8); Mark Nauseef - perkusja (5); Jimmy Bain - bass (8)
Producent: Tony Visconti


15 maja 2013

[Recenzja] Queen - "Hot Space" (1982)



Muzycy Queen od samego początku działalności lubili eksperymentować, ale czas największych eksperymentów przypadł dopiero na pierwszą połowę lat 80. Jest to także najmniej ciekawy okres w dyskografii zespołu. O ile jeszcze można im było wybaczyć elektroniczny album "Flash Gordon", który był tylko ścieżką dźwiękową do tak samo zatytułowanego filmu, to wydany rok później, regularny album "Hot Space" należy uznać za największą pomyłkę w karierze grupy. Muzycy, zachęceni sukcesem "Another One Bites the Dust", postanowili nagrać cały album inspirowany muzyką funk i disco. O ile jednak tamten utwór zachowywał rockowy charakter, dzięki rockowemu instrumentarium, tak utwory na "Hot Space" są zdominowane przez syntezatory, które nie są już tylko dodatkiem, a niemal całkowicie zastępują żywe instrumenty, włącznie z perkusją i basem. Nawet jeśli czasem pojawiają się solówki Briana Maya ("Back Chat", "Las Palabras de Amor"), to zupełnie nie brzmią one rockowo - brak im tej zadziorności, która była jeszcze na "The Game" (może z wyjątkiem "Put Out the Fire").

O tym, że to najsłabszy album Queen, świadczy także kompletny brak hitów, co w przypadku tej grupy jest czymś nie do pomyślenia. No dobra, jest tu "Under Pressure" - wielki przebój (1. miejsce w UK) nagrany z udziałem Davida Bowie. Ale ten utwór ukazał się na singlu ponad pół roku przed premierą "Hot Space" i był już dostępny na niektórych wydaniach kompilacji "Greatest Hits". Zresztą od razu słychać, że powstał podczas innej sesji, bo ma bardziej naturalne brzmienie - chociaż raczej popowe, niż rockowe. Niemniej jednak jest to jedyny dający się słuchać utwór z obecnych na tej płycie. Może jeszcze z wyjątkiem dedykowanego Johnowi Lennonowi "Life Is Real" - całkiem zgrabnej ballady, trochę zbyt syntetycznej, ale nie irytującej tak, jak pozostałe kawałki. Druga ballada, bardziej znana "Las Palabras de Amor", też ma ładną melodię, ale partie wokalne, częściowo śpiewane po hiszpańsku, są zbyt przesłodzone. Cała reszta longplaya - ze wskazaniem na "Staying Power", "Dancer" i "Cool Cat" - jest po prostu odpychająca.

Ocena: 2/10



Queen - "Hot Space" (1982)

1. Staying Power; 2. Dancer; 3. Back Chat; 4. Body Language; 5. Action This Day; 6. Put Out the Fire; 7. Life Is Real (Song for Lennon); 8. Calling All Girls; 9. Las Palabras de Amor (The Words of Love); 10. Cool Cat; 11. Under Pressure

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara i instr. klawiszowe; John Deacon - bass, instr. klawiszowe i gitara; Roger Taylor - perkusja i instr. klawiszowe, wokal (5), gitara (8)
Gościnnie: Arif Mardin - aranżacja dęciaków (1); David Bowie - wokal (11)
Producent: Queen i Mack, Arif Mardin (1), David Bowie (11)


[Recenzja] Thin Lizzy - "Live and Dangerous" (1978)



"Live and Dangerous" z jednej strony uznawany jest za jeden z najlepszych koncertowych albumów koncertowych, zaś z drugiej - powszechnie wiadomo, że w sporej części został poprawiony w studiu (wg Tony'ego Visconti tylko 25% jego zawartości zostało nagrane podczas koncertów; natomiast wg muzyków 25% to studyjne poprawki). Jednak nawet jeśli jedynie publiczność została zarejestrowana na żywo, to zupełnie nie ma to znaczenia - istotne jest tylko to, że to naprawdę rewelacyjny materiał. W porównaniu z oryginalnymi wersjami, utwory nabrały większej ekspresji - co dotyczy zwłaszcza tych cięższych, które tutaj brzmią wręcz heavy metalowo ("Emerald", "Massacre", "Warriors", "Suicide", "Sha-La-La", "The Rocker"). Jednak równie świetnie brzmią te łagodniejsze utwory, jak "Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight)" z niesamowitymi solówkami saksofonu i gitar, czy ballada "Still in Love With You", która wypadła jeszcze piękniej niż w oryginale - duet Gorham-Robertson gra tu mniej bluesowo od Gary'ego Moore, za to jeszcze z większym wyczuciem. Jeżeli dodać do tego fakt, że grupa posiada w repertuarze wiele typowo koncertowych hymnów - i wszystkie z nich tu wykonała ("Jailbreak", "Cowboy Song", "The Boys Are Back in Town", "Don't Believe a World") - nie powinno być żadnych wątpliwości, że to faktycznie jedna z najlepszych koncertówek.

Oczywiście, jak zwykle w przypadku takich płyt, można mieć zastrzeżenia do wyboru utworów. Kilka z zamieszczonych nie należy do najciekawszych z dorobku grupy ("Southbound", "Johnny the Fox Meets Jimmy the Weed"), za to kilku innych bardzo brakuje (np. "It's Only Money", "Soldier of Fortune" czy "Bad Reputation" - ten ostatni, w świetnej wersji wzbogaconej o perkusyjne solo, zamieszczony został na kompaktowej reedycji). Warto zwrócić jednak uwagę, że pojawiają się tu trzy utwory, których próżno szukać na studyjnych wydawnictwach grupy. I o ile "Cowgirl's Song" to tylko wariacja na temat "Cowboy Song", zagrana jako rozwinięcie "Rosalie", tak pozostałe dwa utwory - "Are You Ready" i "Baby Drives Me Crazy" - to zupełnie nowe kompozycje. Pierwszy, ciekawszy, to kolejny hard rockowy czad, natomiast drugi, mniej udany - rozimprowizowany, wolny blues z harmonijką. Zamykający oryginalne wydanie "The Rocker" to jedyny utwór z czasów gdy gitarzystą był Eric Bell - grupa postawiła na nowszy materiał, co wyszło zdecydowanie na dobre. Wspomniana reedycja, poza "Bad Reputation", zawiera jeszcze jeden bonusowy utwór, "Opium Trail".

"Live and Dangerous" ukazał się także w wersji DVD (wyd. 2007). Filmowa wersja zawiera jednak tylko 11 utworów (w tym kolejny niealbumowy utwór, "Me and the Boys", wcześniej dostępny tylko na singlu "Rosalie"/"Cowgirl's Song"). Warto jeszcze wspomnieć o wydanym w 2009 albumie "Still Dangerous", także zarejestrowanym podczas trasy promującej album "Bad Reputation" - tym razem nie dokonano jednak żadnych poprawek w studiu. Tracklista jest skromniejsza i w sporej części powtarza się z "Live and Dangerous" (chociaż zawiera także "Soldier of Fortune" i "Me and the Boys"), a co więcej - niektóre utwory są zamieszczone dokładnie w tych samych wykonaniach (np. "Cowboy Song"). Ze względu na różnice w repertuarze można go potraktować jako uzupełnienie starszej koncertówki. Bo jako konkurencyjne wydawnictwo wypada znacznie słabiej.

Ocena: 8/10



Thin Lizzy - "Live and Dangerous" (1978)

LP1: 1. Jailbreak; 2. Emerald; 3. Southbound; 4. Rosalie / Cowgirl's Song; 5. Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight); 6. Massacre; 7. Still in Love With You; 8. Johnny the Fox Meets Jimmy the Weed
LP2: 1. Cowboy Song; 2. The Boys Are Back in Town; 3. Don't Believe a Word; 4. Warriors; 5. Are You Ready; 6. Suicide; 7. Sha La La; 8. Baby Drives Me Crazy; 9. The Rocker

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Brian Robertson - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: John Earle - saksofon (1.5); Huey Lewis - harmonijka (2.8)
Producent: Phil Lynott i Tony Visconti